Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1232 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jutro będzie „Zemsta” - Andrzej Łapicki

A może wydać je za życia? Nie, nie wypada, po śmierci.
Tadeusz Łomnicki powiedział kiedyś: – Zazdroszczę publiczności, która ogląda mnie w „Karierze Artura Ui”. Andrzej Łapicki mógłby powiedzieć więcej: – Zazdroszczę publiczności, która ogląda mnie w czymkolwiek. Dlaczego mógłby? Bo był znakomitym aktorem o zabójczej prezencji, świetnie wychowanym synem profesora prawa rzymskiego, który czuł się naturalnie nawet w najwytworniejszym towarzystwie. Czarował już samym głosem, jakże charakterystycznym – gdy w roku 1955 czytał w radiu powieść „Królewna”, wymierały ulice polskich miast, wszyscy pędzili do radioodbiorników. Jedni zapamiętali go jako Kettlinga w serialowych „Przygodach pana Michała” (1969) Pawła Komorowskiego i kapitana MO z „Lekarstwa na miłość” (1965) Jana Batorego, inni jako bohatera „Wesela” (1972) czy „Wszystko na sprzedaż” (1969) Andrzeja Wajdy i „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971) Tadeusza Konwickiego, jeszcze inni jako aktora teatrów Erwina Axera i Adama Hanuszkiewicza.
Gdyby nie aktorstwo, na które zdecydował się podczas II wojny światowej, błyszczałby pewnie jako sławny pisarz, prawnik czy polityk. O politykę tylko się otarł, w czasach pierwszej „Solidarności”, zostawszy posłem. Z aktorstwa przerzucił się na reżyserię teatralną, został też rektorem stołecznej Akademii Teatralnej, dyrektorem Teatru Polskiego i prezesem Związku Artystów Scen Polskich. 
Był świadom swych ograniczeń – nie porywał się na repertuar romantyczny, nie marzył o Hamlecie. Jego teatralnym idolem był Aleksander hrabia Fredro – wykwintny panicz o fantastycznym poczuciu humoru. On też czuł się właśnie kimś takim. Starał się zawsze zachować dystans, co przeszkadza w „graniu bebechami”. Na aktora był może nawet za inteligentny. A inteligent, co podkreślał, się wstydzi. Z tego powodu Łapicki skromnie umieszczał siebie w pierwszej dziesiątce współczesnego mu aktorstwa polskiego, ale nigdy nie na podium. Powtarzał autoironicznie, że jest Mastroiannim Jana Rybkowskiego. Powodzenie u kobiet miał legendarne, gustował w blondynkach. Na ten temat jednak gustownie milczał. 
Żartował z samego siebie, że jest mistrzem mów pogrzebowych. Teraz, niejako zza grobu, przemawia do nas ze swych pisanych przez 21 lat „Dzienników”. I pewnie śmieje się w zaświatach, widząc zdumione miny czytelników: 
Takiego „niegrzecznego” się mnie nie spodziewaliście, prawda?

Opinie o ebooku Jutro będzie „Zemsta” - Andrzej Łapicki

Fragment ebooka Jutro będzie „Zemsta” - Andrzej Łapicki

Redakcja: Jacek Szczerba

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: Ryszard Horowitz

Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało im się ustalić osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza oznaczonymi przy zdjęciach).

Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Zuzanna Łapicka-Olbrychska 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2106-6 (epub), 978-83-268-2107-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Nie wszystko o moim Ojcu

Ojciec był, i wciąż pozostaje, najważniejszym mężczyzną mojego życia. Wszystkiego jednak o Nim nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że w 1984 roku, kiedy byłam na emigracji we Francji, zaczął pisać „Dzienniki”. Czasem wtrącał w rozmowie: „Wszystko, co po mnie zostanie, to dwie, trzy role i zapiski, które teraz robię”.

Nie chciał mi ich dać do przeczytania, mówił, że zeszyty z zapiskami – bo oczywiście pisał odręcznie, komputera nigdy nie opanował – trzyma w srebrnej misie pod telewizorem. Misa, jedno z niewielu sreber, które Mamie udało się uratować, gdy uciekała z majątku na Kujawach przed Rosjanami, była równie cenna. Wiedział, że tylko ja będę w stanie odczytać te zapiski, bo Jego trudny do rozgryzienia charakter pisma znam od dziecka.

Mijały lata, wróciłam z emigracji, rozwiodłam się i codziennie rozmawiałam z Rodzicami, o wszystkim. W naszej rodzinie rozmowa, wymiana myśli na sto tematów była ważniejsza niż obiad na stole, zwłaszcza że Ojciec nie znosił zapachów gotowania w mieszkaniu.

W 2005 roku umarła moja Mama – Ojciec uznał wtedy, że Jego życie też się skończyło. Odłożył ostatni zeszyt z zapiskami do srebrnej misy i zastrzegł kategorycznie: „Pamiętaj, zależy mi wyłącznie na »Dziennikach«. Pogrzeb urządź skromny, niech przemówi Janek Englert, nikt więcej, żadnych mów oficjalnych, żadnych odznaczeń, żadnej Alei Zasłużonych. Chcę leżeć z Żoną w rodzinnym, XIX-wiecznym grobie na Powązkach. Natomiast później, zza grobu, chcę przypieprzyć wszystkim »Dziennikami«”.

Doskonale rozumiałam, o co Mu chodzi. Cale życie przeżył w gorsecie dobrego wychowania. Nie umiał nikomu w oczy powiedzieć prawdy. Podtrzymywał męczące Go znajomości, bo tak wypadało. Nie chodził na premiery, żeby nie kłamać, że było świetnie, gdy nie było świetnie.

Męczył Go przedwojenny panicz z dobrego domu, którym był do końca, co, jak sam twierdził, przeszkadzało Mu w zawodzie.

Nigdy nie zabierał się do repertuaru romantycznego, bo jak tu wadzić się z Bogiem na Mont Blanc, gdy dobre wychowanie nie pozwala. Terapeutyczne ujście znajdował więc w pisaniu „Dzienników”. Pisał, leżąc na tapczanie, niczym – toutes proportions gardées – Jego przyjaciel Tadeusz Konwicki. Zamyślał się, patrząc na holenderski portret „Fajczarza” – który teraz powiesiłam sobie w mieszkaniu, naprzeciwko kanapy, i też na niego patrzę – no i kreślił kolejne zapiski, tydzień po tygodniu.

Charakterystyczne, że zaczął je pisać, mając sześćdziesiąt lat. Wcześniej Jego głównym zajęciem pozazawodowym były flirty z pięknymi polskimi aktorkami, pod warunkiem że były blondynkami. A tego na pewno opisywać nie chciał, zwłaszcza że miał do tego dosyć ironiczny stosunek, co krzywdziłoby zakochane w Nim kobiety. Pamiętam, jak kiedyś narzekał na bezsenność, więc poradziłam Mu, żeby przed snem liczył swoje blondynki. „O, nie – jęknął. – Nie zasnąłbym do rana”.

Dlaczego czekałam z wydaniem Jego „Dzienników” aż pięć lat? Czego się bałam? Tego samego, co Ojciec za życia. Zrobienia przykrości ludziom, których lubię i cenię, i, co zabawne, których Ojciec również lubił i cenił.

Ojciec był osobą chimeryczną, zmienną w nastrojach. Był, jak to się teraz modnie mówi, skrajnie dwubiegunowy w osądzie zdarzeń i w ocenach ludzi. Często słyszałam od Niego o kimś, że jest strasznym skurwysynem, po czym ten człowiek wpadał do nas na kolację, klepali się z Ojcem po plecach, a gdy gość wychodził, Ojciec mówił: „No, bardzo w porządku facet”. Nasiąkałam tym od dziecka, więc mnie to w ogóle nie dziwiło, ale czytelników „Dzienników” może nieco zdziwić. Radzę więc przeczytać całość, nie sugerując się zdaniem, że pan X to fałszywiec, i do tego niezdolny artysta, bo kilkadziesiąt stron dalej X okaże się utalentowanym i oddanym przyjacielem Ojca.

Dotyczyło to również rodziny – na wielu stronach Ojciec zachwyca się Danielem Olbrychskim, za którego wyszłam za mąż pod koniec lat siedemdziesiątych. Ojciec nawet sprzyjał naszemu bliższemu poznaniu się, ceniąc Daniela za jego odwagę i prostolinijność. „Nawet gdy wytarza się w błocie, wychodzi z niego czysty” – mówił. No ale gdy po paru latach dowiedział się, że nie jestem najszczęśliwsza w tym związku, Daniel okazał się godzien najgorszych inwektyw. Co tu dużo mówić, ta zmiana oceny brała się z miłości do mnie. Ojcu zależało na tym, żeby córka była szczęśliwa, dlatego tracił obiektywizm. Jedno tylko było bezdyskusyjne – to, że Daniel jest wielkim aktorem.

Ta skrajność dotyczy także sprawy dla Ojca niezwykle ważnej – przyjaźni z Gustawem Holoubkiem i Konwickim. Tadzia Konwickiego Ojciec wielbił. Miał z nim niezwykłe porozumienie. Łączył ich etos przedwojennego chłopca, te same lektury, ten sam sceptyczny sposób patrzenia na świat. Przyjaźń z Tadeuszem, która zaczęła się w Łodzi pod koniec lat czterdziestych i trwała do końca życia, była dla mojego Ojca rodzajem nobilitacji. Aktorstwa Ojciec specjalnie nie szanował. Uważał, że to zawód dla narcystycznych idiotów, że inteligencja w nim tylko przeszkadza. Złościł się, że nie został prawnikiem, jak Jego ojciec Borys, albo lekarzem, tylko aktorem, i nawet po pięćdziesiątce musi się wygłupiać, co jest już w ogóle bez sensu. Na szczęście miał przyjaźń Konwickiego, ich codzienne telefony o stałych porach i przebywanie w sferze intelektualnych zainteresowań tego wielkiego pisarza, jakże dalekich od zainteresowań kolegów aktorów. Bo Ojciec nie chodził po przedstawieniu do SPATiF-u, nie pił wódki z innymi aktorami, którzy w kółko międlili stare teatralne anegdoty. Utrzymywał kontakt tylko z Tadziem. I, oczywiście, chciał mieć Tadzia na wyłączność. Tyle że miłością Tadzia był z kolei, co Ojciec z bólem przyznawał, Gucio Holoubek.

Stosunek Ojca do Holoubka wyrażony w „Dziennikach” jest spowodowany zazdrością o Tadzia. Byłam wielokrotnie świadkiem tego, jak Ojciec mówił, że największym aktorem w tym kraju, no może poza Tadeuszem Łomnickim, jest Gustaw Holoubek. Opowiadał, że przedstawienia „Trąd w Pałacu Sprawiedliwości”, którym Holoubek podbił Warszawę w latach pięćdziesiątych, nie zapomni do końca życia. Gdy się spotykali, najczęściej na kawie u Bliklego, to się lubili, widziałam to w ich oczach. No, ale ta zazdrość o Tadzia. Nie widziałam Ojca zazdrosnego o jakąkolwiek kobietę, to raczej kobiety były zazdrosne o Niego. Jednak w przypadku Tadzia i Gucia zazdrość, ten zielonooki potwór, miała nad Nim władzę i kazała Mu pisać zdania okrutne i niesprawiedliwe. Nie chciałam ich cenzurować, bo oddają one dosyć pokrętny charakter Ojca, pozornego egoisty, zaborczego, wymagającego wiele od świata, a tak naprawdę człowieka niepewnego siebie, nieustannie zmagającego się z wątpliwościami na swój temat.

Oczywiście, było też w tym pokrętnym uczuciu do Gucia trochę zazdrości zawodowej. To Łomnicki mówił, że „każdy ma swojego Holoubka”, kogoś, kogo trudno przeskoczyć, kto zabiera ci role, które mógłbyś zagrać. Dlatego Ojciec był tak szczęśliwy, że ukochany Konwicki w „Jak daleko stąd, jak blisko”, filmowym manifeście ich pokolenia, w głównej roli obsadził Jego, a nie Gucia, który zresztą miał o to do Tadzia pretensje.

Co prawda Ojciec uważał, że tę rolę zawdzięcza Dance Konwickiej, żonie Tadeusza, która miała do Niego wyraźną słabość. Poza tym w filmie było wiele scen łóżkowych, do których Ojciec, w przeciwieństwie do Gucia, był stworzony. A tak naprawdę to reżyserzy chętnie obsadzali Ojca w roli samych siebie, jak chociażby Wajda we „Wszystko na sprzedaż”, bo miło chociaż przez dwie godziny filmu wyglądać tak dobrze jak Łapicki.

Zniechęcenie uprawianym zawodem, fikcja, w której spędził czterdzieści lat, osiągnęły swoją kulminację na początku lat osiemdziesiątych. Na pierwszej stronie „Dzienników” Ojciec pisze o swym pobycie na planie „Dziewcząt z Nowolipek” Barbary Sass: „Całowałem młodą dziewczynę, Marysię Ciunelis – kiedy to się skończy?”. Ten Jego nastrój zbiegł się ze zmianami politycznymi w naszym kraju, aktorzy zaczęli brać w nich czynny udział – czytając wiersze w kościołach, bojkotując Telewizję Polską, uczestnicząc w wiecach. Ojciec, wchodząc w politykę, zobaczył nagle inny, prawdziwy świat, i to Go zachwyciło. Ale szybko dała o sobie znać Jego prawdziwa natura. Zdjęcie na plakacie z Wałęsą, marsze w rozentuzjazmowanym tłumie, wygrana w wyborach z Urbanem, występ na wiecu z Yves’em Montandem – to było wspaniałe. Ale gdy jako poseł musiał się spotykać w pokoiku gdzieś na tyłach kina Skarpa z jakimiś staruszkami narzekającymi na problemy lokalowe, to to już nie było dla Niego. Społecznikiem był żadnym, urodził się po to, żeby błyszczeć. Błyszczał nawet w roli mistrza mów pogrzebowych – jak tylko któryś z aktorów umarł, dzwonili po Niego. Każdy występ – w Sejmie, na cmentarzu czy na scenie – wciągał Go. Staruszki w pokoiku za kinem Skarpa tolerował tylko wtedy, gdy mówiły Mu, jak się w Nim kiedyś kochały.

Po latach powiedział mi nagle, że polityka to jednak brudna rzecz i że tylko życie w fikcji ma sens. Zachwyt luminarzami naszej polityki szybko zmienił się u Niego w wielkie rozczarowanie – jest to na pewno niesprawiedliwe i krzywdzące dla tych, którzy przesiedzieli lata w więzieniu, walcząc o wolność. Ojciec jakby nie chciał o tym pamiętać, zarzucając im kompromisy, na jakie szli wobec komunistów. Być może dlatego, że sam walczył ze swoim skłonnym do kompromisów charakterem.

Po latach rozstania z zawodem wrócił do aktorstwa, które przychodziło Mu łatwo. W latach osiemdziesiątych Jerzy Stuhr powiedział w wywiadzie: „Taki Łapicki to ma dobrze, siedzi sobie na scenie, leciutko podaje tekst, a ja muszę się napocić, nachodzić na czworakach, żeby uzyskać efekt, który on osiąga w pięć minut”. To prawda, Ojciec uważał, że próby trzeba prowadzić lekko i góra do trzynastej, a nie jak u Lupy i Warlikowskiego po dwadzieścia godzin. Po co? To przecież musi iść lekko. Dlatego lubił sztuki Fredry, panicza całą gębą. Nie zmagał się z Thomasem Bernhardem, czyli z zamiataniem austriackiego Holocaustu pod dywan. Ale lekkość nigdy nie była w cenie, więc Ojciec cierpiał, za to dziś nikt już tej lekkości nie potrafi osiągnąć.

Ojciec cały był przedwojenny, oprócz świetnego wyglądu miał także fotograficzną pamięć – czytał stronę i od razu jakby ją skanował. Miał skaner w oczach, czasem bałam się tego Jego wszystkowidzącego wzroku. Gdy szukał w gazecie wzmianki o sobie, wyłapywał wszystkie zdania, w których była „Ameryka Łacińska”. Skaner odbierał ją jako Andrzej Łapicki. Gdy pod osiemdziesiątkę pamięć zaczęła Mu szwankować, wściekał się, że musi się tak męczyć z tekstem. „Gdyby dopadło mnie to wcześniej – mówił – nigdy nie zostałbym aktorem”.

Teraz czytelnikom „Dzienników” Ojca jestem winna wprowadzenie o charakterze rodzinnym, bez którego nie sposób zrozumieć kontekstu niektórych zapisków.

Mój Dziadek Borys Łapicki był profesorem prawa rzymskiego na Uniwersytecie Warszawskim, a po wojnie na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie został nawet rektorem. Jego nieliczne żyjące jeszcze studentki wspominają, że był dużo przystojniejszy od swojego syna. Poza tym był bardzo powściągliwy w okazywaniu uczuć, w przeciwieństwie do Babci Zosi, która była emocjonalna, chciała, zresztą ku przerażeniu rodziny, zostać aktorką. Przesłuchiwał ją sam Konstanty Stanisławski. Obowiązkowym punktem domowych herbatek był zawsze występ Babci – chciano, żeby coś zaśpiewała albo wyrecytowała. Nie dawała się długo prosić – uwielbiała to. A Dziadek, a później i mój Ojciec, umierał wtedy ze wstydu. Babcia – biała Rosjanka o nazwisku Fromont – kochała syna Andrzeja wielką, graniczącą z uwielbieniem miłością, rozpieszczała Go do niemożliwości. Zwłaszcza że ich pierwszy syn umarł w dzieciństwie. Kiedy Ojciec poszedł walczyć w powstaniu warszawskim, Babcia szalała z lęku. Po paru dniach przyszła wiadomość od rzekomego świadka, że Ojca rozstrzelali. Babcia położyła się do łóżka, chcąc umrzeć. Ojciec rzeczywiście miał być rozstrzelany, już kopał sobie grób, ale uratowała Go znajomość niemieckiego. Niemcy złapali jakiegoś bandytę i potrzebny był tłumacz. Potem, korzystając z zamieszania, uciekł. Po latach opisał to zdarzenie w felietonie – gdy wyznaczono Go do rozstrzelania, włożył ręce do kieszeni i zagwizdał amerykański standard „Cheek to Cheek” – jak umierać, to w dobrym stylu!

W latach osiemdziesiątych spotkaliśmy w Milanówku starszą panią, świadka tej sceny, która wciąż była pod wrażeniem zachowania Ojca. A on ucieszył się, że usłyszałam jej relację, bo pewnie podejrzewał, że nie do końca wierzyłam w Jego powstańcze opowieści. Gdy Ojciec pojawił się w domu cały i zdrowy, Babcia zemdlała z wrażenia, a Dziadek Borys, nie ruszając się z fotela, powiedział tylko: „Dobrze, że jesteś”. Ojciec był więc mieszanką emocjonalności Babci Zosi i chłodu Dziadka Borysa. Chłód pojawiał się u Niego w nieoczekiwanych momentach, jakby stawiał przed ludźmi ścianę. Przy Jego szarmie i dobrym wychowaniu robiło to piorunujące wrażenie. Często stosował ten zabieg świadomie.

Ojciec chodził do warszawskiego Liceum Batorego, elitarnej szkoły, gdzie wpajano uczniom charakterystyczny etos – wzorem był bohater Conradowski, hasłem – mężczyzna nigdy nie płacze. To łączyło Ojca z Konwickim, uczniem Liceum Zygmunta Augusta w Wilnie. Podczas okupacji Ojciec był studentem Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Poszedł doń, jak twierdził, bo usłyszał, że studiują tam ładne panienki. Tajne komplety odbywały się na Ochocie, koło Filtrowej, zawsze mówił o tych czasach, gdy tamtędy przejeżdżaliśmy: „O, tu mieli mnie rozstrzelać, a tu całą noc leżałem w kartoflach, bo strzelali”. Gdy poszłam z Nim na „Pianistę” Polańskiego, ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena z zastrzeloną w alei Niepodległości kobietą, która nie wypuściła z objęć wazonu. A ojciec w ekskluzywnym kinie Silver Screen, gdzie widzowie podczas seansu popijali szampana, szepnął mi do ucha: „Widziałem to na żywo. Cały dzień klęczała oparta o wazon”.

Ale oprócz paru wstrząsających wspomnień wojna jawiła się Ojcu dość rozrywkowo – tańce przy piosenkach z patefonu, randki – przyznał mi się, że podczas pewnej randki odkrył, że pod łóżkiem, w pokoju pożyczonym od kolegi, leżały granaty szykowane na wybuch powstania. Ten obraz kłócił mi się w dzieciństwie z wojną przedstawianą nam w szkole czy w radzieckich filmach. W opowieściach Ojca wyglądała po parysku, żeby nie powiedzieć po francusku.

Ojciec, herbu Syrokomla, poznał moją Mamę, Zofię Chrząszczewską herbu Trzaska, już po wojnie, w Łodzi. Mama pochodziła z ziemiańskiej rodziny z Kujaw, ich majątek zwał się Wierzbinek. Była panienką z dworku biegającą z rakietą po korcie tenisowym. Miejscowi chłopi śpiewali: „Panna Zofija po tenisie się uwija”.

Miałam przykazane, żeby w komunistycznej szkole nie przyznawać się do naszego pochodzenia – unikałam więc tego tematu, a teraz żałuję, że nie powyciągałam od Mamy więcej rodzinnych opowieści. Rok temu Elżbieta Jaworowicz zaprosiła do swojego programu „Sprawa dla reportera” potomków chłopów z tamtych okolic. Wzruszona słuchałam, jak w ich rodzinnych legendach przetrwał piękny obraz mojego Dziadka i Pradziadka. Okazało się, że byli to prawdziwi socjaliści – oddawali ziemię chłopom, zostawiając sobie niezbędne minimum. Dbali o edukację chłopskich dzieci. I pomyśleć, że całe dzieciństwo wstydziłam się moich przodków krwiopijców, chodząc do mokotowskiej szkoły imienia prawnika Teodora Duracza z jego wnuczką, dumną ze swojego komunistycznego dziadka.

Mama, tęskniąc za miejscem swojego dzieciństwa, nie odważyła się za komunizmu odwiedzić Wierzbinka. Pojechaliśmy tam, z Mamą i z Danielem, dopiero w czasach „Solidarności”.

Mama wzięła relanium na uspokojenie, a mimo to biegała po parku, szukając zapuszczonego kortu. Przebiegła przez pokoje urzędników miejscowej gminy, które urządzono, stawiając przepierzenia w sali balowej, wreszcie wbiegła do swojego pokoju w wieży i patrząc przez okno, ze łzami w oczach wyszeptała: „Nie myślałam, że jeszcze kiedyś to zobaczę”. W tym samym momencie zza biurka podniósł się urzędnik w pokrytym łupieżem garniturze i wzruszony wyszeptał: „Nie myślałem, że kiedyś zobaczę pana Olbrychskiego na żywo”.

Możliwość odzyskania Wierzbinka pojawiła się po sześćdziesięciu latach od jego utracenia. Zaczęto wyliczać, ile PRL włożył w koszty utrzymania parku i pałacu, w którym działał urząd stanu cywilnego i biura gminy. Potem, po odjęciu tej ogromnej jak na ówczesny stan pałacu i parku sumy, resztę podzielono między członków rodziny Chrząszczewskich. Ostatecznie na Mamę przypadło 7 tysięcy euro. Taką decyzję Mama dostała na dwa dni przed śmiercią, kiedy już nie miała dość sił, żeby się na niej podpisać.

Tak oto Ojciec, posądzany przez rodzinę Mamy, w czasach gdy zabiegał o jej względy, o to, że czyha na majątek Chrząszczewskich, nigdy nie zobaczył z niego ani grosza. To on całe życie utrzymywał rodzinę, uważając, że pracujące kobiety są pozbawione seksapilu. Mnie powtarzał z odrazą: „Tylko nie bądź dyrektorem, jakimś babochłopem”. Babcia Halina ze strachu, że młody zięć przeputa resztki fortuny Mamy, oddała ich oszczędności w ręce Francuza, niejakiego de la Roche, wedle dzisiejszej terminologii inwestora. Więcej go nie zobaczyła, a sama wylądowała w areszcie za kontakty z cudzoziemcem, wtedy karalne. Nadmienię jedynie, że w areszcie odwiedzał ją tylko mój Ojciec.

Pierwszym mężem Mamy był baron Lauber, o rozlicznych koligacjach arystokratycznych. W czasie wojny wzięli ślub w Warszawie, na placu Zbawiciela. Mama zaszła w ciążę, a wtedy mąż zapadł na gruźlicę. Do końca siedziała przy jego łóżku, nie zważając na prątki gruźlicy. Mój brat Grześ urodził się już po śmierci swego ojca. Kiedy mój Ojciec ożenił się z moją Mamą, usynowił Grzesia, który, ku rozpaczy nielicznych potomków rodu Lauberów, nazywa się Łapicki.

Po śmierci męża Mama przeżyła jeszcze śmierć swego brata Jerzego i swego ojca Józefa Chrząszczewskiego, postrzelonego w nogę podczas próby przekroczenia wschodniej granicy gdzieś w okolicach Brześcia. Była wdową z rocznym dzieckiem, gdy ze swoją matką Haliną przeniosła się do Łodzi, bo do zniszczonej Warszawy nie sposób było wrócić. Odnaleźli się tam wszyscy – aktorzy, pisarze, malarze, kompozytorzy. Spotykali się wieczorami w Klubie Pickwicka, żeby odreagować straszne przeżycia wojenne. Babcia Halina, prawdziwa bizneswoman, nie zraziła się stratą majątku – Rosjanie we dworze wycinali nawet obrazy z ram. Resztkę sreber zakopała na Polu Mokotowskim, w obecności szofera. Oczywiście gdy po nie wróciła, nic już tam nie było. Za to w Łodzi otworzyła warsztat tkacki, a produkowane w nim tkaniny z sukcesem sprzedawała. Ma to swoją pokoleniową kontynuację, bo moja mieszkająca w Nowym Jorku córka Weronika, prawnuczka Haliny, jest szefową produkcji kultowej firmy modowej Proenza Schouler i zajmuje się między innymi wyszukiwaniem tkanin. A ja kupiłam sobie przy Polu Mokotowskim mieszkanie, więc w pewnym sensie zakopane tam rodzinne skarby do mnie wróciły.

Wspomnę jeszcze, że mój o dziewięć lat starszy brat Grzegorz, zdolny student fizyki ciała stałego na Uniwersytecie Warszawskim, w 1967 roku wyemigrował do Ameryki. Spłacił polskie studia i został profesorem fizyki na East Carolina University. Ożenił się z Carin, nauczycielką hiszpańskiego, mają syna Jeremy’ego. Dziesięcioletni Jeremy, będąc z nami na wakacjach w Juracie, zaprzyjaźnił się między innymi z Agnieszką Osiecką, w ogóle był zachwycony pobytem. Wyjeżdżając, westchnął jednak: „Tacy wspaniali ludzie ci Polacy, a tacy okrutni”. „Dlaczego tak mówisz?” – spytaliśmy. „Bo byłem tu dwa tygodnie i nie spotkałem ani jednego Murzyna. Wszystkich wymordowaliście”. Mieszkając od dziecka w Karolinie Południowej, gdzie był jednym z nielicznych białych w szkole, nie wyobrażał sobie, że może istnieć świat o jednym kolorze skóry.

Ojciec pisał „Dzienniki” w naszym mieszkaniu na Karłowicza na Mokotowie – trzy małe pokoiki, pięćdziesiąt cztery metry kwadratowe. Rodzice wprowadzili się tam w 1953 roku, rok później urodziłam się tuż obok, w szpitalu na Madalińskiego. Teraz mieszkam na końcu Madalińskiego, przy Polu Mokotowskim, w pięćdziesięciu ośmiu metrach kwadratowych, i nie zamierzam się już przeprowadzać. Spełniam więc sformułowany przez mojego ulubionego pisarza Isaaca Bashevisa Singera wymóg – żeby życie było szczęśliwe, musi być niewielka odległość między miejscem urodzenia i miejscem śmierci.

W trzech pokojach na Karłowicza mieszkali Rodzice, mój brat Grześ, Marynia, moja niania, no i ja. Często nocowała u nas Babcia Halina. A mimo to, żeby nam nikogo nie dokwaterowano, co było w tamtych czasach nagminne, Ojciec musiał wziąć z teatru, od Erwina Axera, zaświadczenie z pieczątką, że jako aktorowi, który uczy się roli w domu, przysługuje Mu nadmetraż. Zachowała się nawet zabawna z dzisiejszego punktu widzenia korespondencja w tej sprawie. Ojciec nigdy nie wyrwał się z Karłowicza, bo nie chciał się wyrwać. Mama, widząc, jak znajomi urządzają sobie wille, a w najgorszym wypadku tzw. segmenty, bezskutecznie namawiała Go na zmianę mieszkania. W takich wypadkach Ojciec wypowiadał swoje koronne zdanie: „Po co nam, Łapickim, cokolwiek, myśmy już wszystko mieli, pół Białorusi do nas należało”.

Na Karłowicza, w bloku z porządnej cegły, byłoby nawet miło, gdyby nie to, że władza przydzielała tam mieszkania według klucza – artysta, ubek, lekarz, ubek, prawnik, ubek. Kiedyś nieopatrznie weszłam bez pukania do sąsiadów pożyczyć cukru i zastałam ich ze słojami (po cukrze) przy ścianie, bo tak się wtedy najlepiej podsłuchiwało.

Zazdrościłam koleżankom, które miały ojców ubeków, że oni wracają o szesnastej do domu, że u nich jest pomidorowa na stole. Rodziny ubeckie były dla mnie wzorem szczęścia rodzinnego. Ojciec spędził życie w pięćdziesięciu czterech metrach, nie robiąc nawet porządnego remontu łazienki, w której z trudem można się było obrócić. Po Jego śmierci tabloidy rozpisywały się o majątku, jaki zostawił, jakby chodziło o willę w Konstancinie. No, ale pół Białorusi do nas należało.

W tym zdaniu jest klucz do skromności Ojca, połączonej z pychą. I tak nic nie było w stanie Go zadowolić. Tyczy się to również pochwał. Za to jedno bolesne słowo dręczyło Go latami.

Największą traumą Ojca była Polska Kronika Filmowa. Kontekst tego nieszczęścia był prosty – Ojciec miał dwadzieścia trzy lata, był początkującym aktorem, gdy ogłoszono konkurs na lektora PKF. Do konkursu stanęli sławni wówczas aktorzy, a nawet Jeremi Przybora, który przed wojną pracował w radiu.

No i Ojciec na swoje nieszczęście wygrał, bo miał piękny głos. Nie pisał tych strasznych rzeczy do Kroniki, ale czytał je swym entuzjastycznym tonem. Pamiętam Jego męki, gdy w telewizji powtarzano stare wydania PKF. Dosłownie było od tego chory. Powtarzał mi: „Pamiętaj, że każdy błąd popełniony w młodości, nawet taki, który wydaje ci się niewielki, może zaważyć na całym twoim życiu. A karą jest to, że nie możesz od tego uciec”.

Pamiętam, jak Ojciec postanowił się z Kroniki wycofać. Zasłonięte miodowe aksamitne story w oknach, a w nich mała dziurka, przez którą Rodzice patrzyli, kto stoi na podwórku i gapi się w nasze okna. To byli ubecy, straszyli Ojca, co Mu zrobią, jak odejdzie z PKF. Zabawne, że w tym samym miejscu pół wieku później, po słynnym ożenku Ojca z młodszą o sześćdziesiąt lat wybranką, dzień i noc czatowali paparazzi.

Ojciec wracał do domu późno, po spektaklu. Kładł się na tapczanie i do północy rozmawiał z Mamą. W ten sposób schodziło z Niego napięcie, którego Jego koledzy pozbywali się, pijąc wódkę w SPATiF-ie. Rano spał długo, do dziewiątej. Wychodząc do szkoły przed ósmą, wkładałam buty na klatce schodowej, żeby nie obudzić Go stukaniem obcasami. Wtedy widziałam, jak córka ubeka jest czule żegnana przez tatusia, który wręcza jej drugie śniadanie zawinięte w pergamin.

Sądziłam, że Ojciec mnie nie widzi, że myślami jest gdzie indziej. Kiedyś poprosiłam Go o pomoc w zadaniu matematycznym i oczywiście wszystko pomylił. Pewnie myślał o którejś ze swoich blondynek. Ja to zapisałam, wierząc, że Ojciec jest nieomylny, dostałam dwóję i więcej go o pomoc nie prosiłam.

Dopiero w 1968 roku, gdy miałam czternaście lat, zaproponował, że razem pojedziemy na wycieczkę Orbisu do Jugosławii. Lubiłam Go wtedy dręczyć – pływając, chowałam się za skały i patrzyłam, jak biega przerażony po plaży, szukając, gdzie jestem. Fundowałam Mu pięć minut nerwów i dopiero wtedy się wynurzałam. Podczas tego pobytu spytałam Go, dlaczego dopiero teraz zabrał mnie na wakacje. Odpowiedział: „A wiesz, bo ja nie lubię dzieci”.

Ale gdy urodziła się moja córka Weronika, pokochał ją bezgranicznie. Wybaczał jej wszystko, miał do niej wielką cierpliwość. Byłam nawet zazdrosna, że to, czego nie potrafił okazać mnie jako trzydziestoletni ojciec, okazał po sześćdziesiątce swojej wnuczce.

Ojciec niewątpliwie wpłynął na moje dorastanie i mój stosunek do mężczyzn. Był taki przystojny, cała Polska się w Nim kochała, więc ja wypierałam tę Jego urodę. Szukałam wyłącznie blondynów z niebieskimi oczami. Nie podobał mi się ani Mastroianni, ani Delon.

Chciałam zaimponować Ojcu, wychodząc za kogoś, kto nie będzie miał niższej niż On pozycji. Gdy w moim życiu pojawił się Daniel, który właśnie zaczynał międzynarodową karierę, grając w oscarowym „Blaszanym bębenku”, a po Kmicicu był ulubieńcem narodu, zdecydowałam się przedstawić Ojcu kandydata na męża. Moje małżeństwo z niewiernym Danielem nie było łatwe, to się rozstawaliśmy, to znowu schodziliśmy. Myślę, że dopiero widząc moje cierpienie, Ojciec zdał sobie sprawę z tego, ile bólu sprawiał Mamie swoimi romansami. Musiało Go to boleć podwójnie.

Gdy zaczynają się „Dzienniki”, Ojciec gra w Teatrze Polskim, u Kazimierza Dejmka, i jest rektorem PWST. I to już drugą kadencję. Po Jego wyborze Aleksander Bardini powiedział: „Habemus Łapam”. Bardini był mistrzem ciętej riposty i błyskotliwej puenty. Ojciec go uwielbiał, bardzo liczył się z jego zdaniem. Zresztą to u nas dziedziczne. Moja córka wspomina, jak w naszym mieszkaniu, podczas jakiegoś przyjęcia, Bardini uważnie się jej, wtedy pięciolatce, przyglądał, po czym rzekł: „Ty się będziesz bardzo nudzić w szkole”. A na odchodne dodał: „Ty się będziesz bardzo nudzić w życiu”.

Na siedemdziesiątych urodzinach Ojca Bardini powiedział do siedzącego obok na kanapie Dudka Dziewońskiego: „Zobacz, nasz Jędruś skończył już siedemdziesiąt lat” – bo obaj byli starsi o lat dziesięć. A w jego mowie urodzinowej znalazło się zdanie: „Łapicki długo trzymał się cyfry 69, ale kiedyś trzeba było skończyć ten etap”.

Ojciec uwielbiał być rektorem. Wchodził na zajęcia w sztruksach i w tweedowych marynarkach, pachnący elegancką wodą i opowiadał anegdoty. Ale gdy od studentów zaczęły Go dzielić pokolenia, postanowił się wycofać: „Oni nie mają pojęcia, kto to był Osterwa, co gorsza, nie wiedzą nawet, kim była Śląska czy Mrozowska. To jak ja mam ich uczyć”.

Wycofał się z uczenia, wycofał się z teatru. Zaszył się w domu i czytał książki, miał ich przy łóżku cały stosik. Głównie książki o czasach przedwojennych, wspomnienia, dzienniki. Bardzo mało fikcji, żadna tam nowa proza polska. Uwielbiał „Lalkę” Prusa, czytał ją co parę miesięcy. Pewnie spodobałaby Mu się wydana niedawno biografia Prusa, dowiedziałby się, ile lęków egzystencjalnych męczyło pisarza. W ostatnim tygodniu przed śmiercią Ojciec czytał biografię Szymborskiej. Interesowały Go życiorysy ludzi z Jego czasów, ludzi, którzy przeżyli wojnę, stalinizm, komunizm. I to, jak przejść przez te czasy suchą nogą. Postawiłam sobie teraz na półce Jego ulubione lektury i po kolei je zgłębiam – dzienniki Moniki Żeromskiej, Lechonia, Marii Dąbrowskiej. Patrzę na strony, których dotykał, i zostawiam na nich te same ślady co on. Ślady jakiejś pysznej czekoladki, którą lubił jeść podczas lektury.

Co pewien czas Ojciec udawał, że jest chory. Łatwo się przeziębiał, chore gardło, choroba zawodowa. Mówił po powrocie z teatru: „Te aktorki zawsze są chore, a ja muszę je całować na scenie”. Ale w głębi duszy był zadowolony, bo mógł się położyć do łóżka i czytać. W „Dziennikach” powtarza się motyw – „Grypa, leżę, czysta rozkosz”. Mam to po Nim.

Zuzanna Łapicka

1984
29 września – sobota

Dzień jak każdy, ale postanowiłem zacząć Dziennik. Wczoraj kręciłem „Dziewczęta z Nowolipek”[1] – nieduża to rola, ale trzy lata nie byłem na planie, więc wróciły wszystkie wspomnienia. Poza tym całowałem młodą dziewczynę – Marysię Ciunelis – kiedy to się skończy? Naprawdę nie powinienem już grać takich spraw.

Mieszkanie wynajęte do zdjęć było niezwykłe. Córki Chowańczaka – tego od futer – na Emilii Plater 9/11, dziwnym trafem niespalone. Zachowane nawet z bibelotami. Myśli – co by było, gdyby nie było Powstania? Stałoby miasto – europejskie, nie azjatyckie, jak teraz, i byłoby 20 tysięcy rodzin inteligenckich – co najmniej.

Ale nie byłoby: i tu różne daty naszego „bohaterstwa”. I co ważniejsze? Nigdy nie rozstrzygniemy tego. „My jesteśmy jak przeklęci...”[2] – właśnie skończyłem powtarzać tekst Poety, bo jedziemy do Krakowa. Zabawne, a i trochę wzruszające – 6 lutego 1945 r. debiutowałem na scenie Teatru Słowackiego w „Weselu”, z kosą. A teraz, po 40 latach, będę grał Poetę[3]. Myślę, że go gram rozumnie – tak go odbiera Tadzio Konwicki, Samsonowicz i inni rozsądni ludzie. Jak ktoś oczekuje egzaltacji poetyckiej, to już nie u mnie.

Dziś byłem w Szkole. Ostatnie przygotowania do inauguracji. Szkoła odmalowana, parę tygodni będzie czysto. Szletyński na szczęście przysłał depeszę, że nie przyjdzie – zaprosił go podstępem Faber. Ucieszyłem się. Ciekaw jestem, jak przyjmą przemówienie. Oczywiście najważniejsze są podteksty. Dyskusja o szkołach wyższych w „Przeglądzie Katolickim” – idiotyczna. Redaktor Mikke wyraźnie sterował w stronę kontestacji i spięcia z władzą, a myśmy z Radomską i Findeisenem po prostu byli obiektywni.

„Solidarność” przez dwa i pół roku – niemal trzy – nie mogła w podziemiu wypracować programu innego niż – nie. Nieszczęśni mediewiści z elektrykami nie mogą kierować dużym narodem – nie ma rozsądnych polityków. Aktorzy powinni się tym zająć. Reagan z Papieżem już to nieźle robią.

30 września – niedziela

Rano. Niedługo pójdę do kościoła. Ciekawe, czy dalej będzie pusto, czy już się to znudziło niektórym kolegom? Na Nowym Mieście nie ma podziemia politycznego, więc nie ma i atrakcji. Nudzi mnie granie Mrożka[4], wczoraj przyszedł do garderoby Dejmek i opowiadał o swojej rozmowie z Holoubkiem w sprawie „Fantazego”[5]. Obsada rzeczywiście – fantazyjna. Idalia – Cieślak, a Diana – Ciesielska, przy czym Respektowa – Łabonarska! Kompletny bezsens, ale u Gucia zawsze tak z obsadą.

Oczywiście podobnie jak Tadzio – Dejmek jest pod czarem Gucia, żeby nie powiedzieć, że obaj są zakochani w nim. I to taką starczą miłością, która widzi błędy i ułomności, ale kocha, bo to już ostatnia miłość. Ja zaczynam „Śluby”[6] osiemnastego. Patrzę na tego Janka w garderobie, ani on młody, ani nie ma tego słońca, które jest w Gustawie niezbędne – ale jest aktor. Zobaczymy. Skończyłem w nocy czytać Marczaka o teatrach przedwojennych. Nic nowego, ale lektura o tyle przyjemna, że przenosi w piękne czasy „Snu o Bezgrzesznej”[7]. Oczywiście, to był sen, który się nie powtórzy. Przed teraźniejszym snem zaaplikowałem sobie jeszcze „IV rozbiór Polski”[8] jakiegoś niezbyt inteligentnego pana. Ciekawe, że znowu zostałem zasypany stertą podziemnych wydawnictw. Pewno już tak będzie. Na wierzchu nieuznawana władza, pod spodem grupa nieprzejednanych, a pomiędzy – galareta, pijane, zdemoralizowane, osowiałe społeczeństwo. Szczęście, że mam tę Szkołę, gdzie wydaje mi się, że mam pewną niezależność, i coś się dzieje, w co wierzę i czego chcę. Choć ten margines coraz węższy.

Wysłałem życzenia do Radomskiej, Findeisena, Nielubowicza i Rakowskiego. Banda Pięciorga.

2 października

No więc inauguracja się udała. Nastrój był wspaniały. Tłumy, już dawno tyle osób nie przyszło. Władze przysłały siódmy garnitur. Przemówienie się podobało, dwa razy przerywane oklaskami – szczególnie za „takie chowanie, jaka Rzeczpospolita”. Treugutt mówił ciekawie, ale forma nudna, ciurkająca. Wspomniał o Jouvecie i o „Szkole żon”. Przypomniałem sobie swojego Arnolfa i pomyślałem, że w końcu nie przegrałem mojego aktorskiego życia, jeżeli postanowienie z 48 roku, żeby go zagrać, spełniłem w roku 79.

Było b. gorąco, piękny, ciepły dzień i oczywiście kaloryfery na cały regulator. Łomnicki był biedny, bo i mój jednak sukces, i przemówienie Ani Majcher, która powiedziała, że miała szczęście zacząć Szkołę w 81 roku, w nowej epoce i pod nowym kierownictwem, demokratycznie wybranym. Tadzio zrobił się fioletowy. Gratulował mi później, ale dużo go to kosztowało. A przecież to człowiek, dzięki któremu jestem w Szkole. Mało. Jedyny człowiek teatru, z którym lubię i mogę rozmawiać. A jako aktor – umie absolutnie wszystko.

Dziś w gazecie wczorajsza inauguracja w PWST na czołowych miejscach – włożyli mi w usta słowa, których nie powiedziałem. Ale widocznie, wg PAP, powinienem powiedzieć. Zależy im na tym, żeby mnie reklamować, ale jako lekko umoczonego.

Byłem na Sympozjum Strindbergowskim[9]. Upał i nuda. Ale chwała Bogu, i Magdzie Bibrich, za mój angielski. Bardini opowiadał mi nowinki z USA.

Zadzwoniłem do Tadzia Konwickiego, bo jedzie do Konstancina, uprzedzałem go co do wzmianki o inauguracji. Może go odwiedzę. Muszę dziś grać, bo Teleszyński ma opryszczkę[10], a nie chce mi się strasznie.

Szkoła się ożywiła, pełno młodzieży, to mnie trzyma, choć kiepsko się czuję. Mam jakieś bóle. Wziąłem vegentalgin, pewno zasnę na scenie.

3 października

Ciekawe spotkanie w sprawie mojej inicjatywy – dyskusji w Szkole o teatrze. Meller, Zapasiewicz, Treugutt. Przyjemnie porozmawiać z inteligentnymi ludźmi.

Ustaliliśmy, że pierwsze spotkanie będzie na temat – tekst a forma, albo prościej – literatura a teatr. Tytuł niezły: „Teatr dwóch wrogów”. Zaprosimy Dejmka i Grzegorzewskiego – niech się kłócą. Może to być jedyne forum, gdzie będzie można poważnie porozmawiać o teatrze.

Rano u lekarza – w porządku.

Po południu straszny mecz w TV: Pogoń – FC Köln[11]. Polska niemożność. Jak mogła „Solidarność” wygrać, jak Polacy nie umieli strzelić dwóch karnych!

5 października

Machowski dostał zawału, więc Dejmek mnie ubłagał o zastępstwo w „Wyzwoleniu”[12]. Nawet dość skwapliwie się zgodziłem, żeby uciec trochę z Warszawy.

Dejmek zgodził się wziąć udział w dyskusji w Szkole – będzie ciekawie. Jego ostatni wywiad w „Zdaniu” jest, jak na nasze stosunki, nieprawdopodobny – dokopał wszystkim. Opozycji, władzy, a przy okazji przekornie pochwalił ZASP. Gucio podobno udzielił mu nagany. Widziałem dzisiaj Gucia, jak z kwaśną miną wysłuchiwał zachwytów Szczepkowskiego nad moim przemówieniem. Strasznie jest zazdrosny o wszystkich, którzy działają i mają jakąś tam pozycję.

A więc Kraków – dawno tam nie byłem. Na opowieści o Machowskim, że podobno nadużył jakiejś panienki, rzuciłem uwagę, że trzeba wiedzieć, kiedy przestać, czym wywołałem niezrozumiałą wesołość.

6 października

Ciepło, piękny dzień, ale na próbie zimno jak w psiarni, nie wiadomo, kiedy ten remont się skończy. Jak zawsze po wakacjach wszyscy się kochają. Machowski miał drugi zawał, pęknięcie tylnej komory. Groźne.

Zmierzyłem kostium. Ze 30 kilogramów. Infuła z maską trupią – żebym wiedział, tobym się nie zgodził. Przecież ja się w tym wywalę w Krakowie.

Daniel na szczęście wraca jutro, więc nie muszę po niego jechać. Od czwartku ma film we Włoszech[13]. Jego wyjazd przyda się mojej córeczce.

Wieczorem mam próbę z „Wyzwolenia”. Perspektywa ucieczki z Jasnej Polany trzyma mnie przy życiu, choćby na tydzień!

9 października

Ale awantura. Wczoraj, ledwo przyjechałem do Szkoły z angielskiego, którego masę zapomniałem, wpadł Bortkiewicz, że KW szaleje z powodu mojej mowy inauguracyjnej – że mówiłem o Jałcie[14], że takie chowanie, jaka Rzeczpospolita[15], że łzy po „S” itd. Wzywali go dwa razy. I PWST została oceniona najgorzej ze wszystkich uczelni. Nawet gorzej od UW, gdzie połowa młodzieży wyszła w czasie przemówienia sekretarza partii. A czego oni się po mnie spodziewali? Górska mówi, że to b. dobrze, bo wszyscy odetchnęli. Bali się, że będę kompromisowy, a tu zobaczyli, że przypieprzyłem. Poinstruowałem Bortkiewicza, co ma mówić w KW, gdzie go obsobaczyli – „No i macie swojego rektora!”.

W niedzielę widziałem Prymasa, stałem w Bandzie Pięciorga i powiedziałem mu na ucho: „Polecenie wypełnione, Eminencjo” – roześmiał się. Swoją drogą, nikt nie przypuszczał, że przyjedziemy w komplecie. Przemówienie Prymasa apolityczne – o moralności. Dziś jadę do Krakowa – oderwę się od tego całego kociołka.

17 października

No, długo mnie nie było. Kraków ciekawy. Przede wszystkim sprawdziłem, czy potrafię jeszcze zrobić zastępstwo. Bez trudu. Sceniczny prymas wypadł dobrze.

Tekst i koncentracja, a więc nie jestem taki stary. „Wesele” bardzo się podobało. Entuzjazm, nadkomplety, kwiaty. Nie przypuszczaliśmy. Męczyłem się, bo byłem chory, grypa, febra i sześćdziesiątka, a miałem grać amanta. Jeździłem do szpitala, nawet między przedstawieniami, na inhalacje.

Z innych ciekawostek. Byłem na pogrzebie Majdrowicz. W życiu jej nie widziałem, ale Węgrzyn powiedział, że choć była taka piękna, nie mógł z nią grać, bo zapach. Więc poszliśmy sprawdzić ze Szczepkowskim. Na pięknym cmentarzu Rakowickim grupka ludzi, w tym krucha staruszka: „Czy pan specjalnie przyjechał z Warszawy?”. „Tak”. „Mój Boże, to by się Marysia ucieszyła!”.

Poza tym P. wydała kolację – dom jak ze „Zbrodni i kary”, za oknem pociągi. W oczach ma lęk przed utratą Janka E., a jest b. fajna, dowcipna i do podobania się. Była jeszcze Dymna – dla mnie do towarzystwa. Janek zrobił spaghetti. Było miło. Ale Janek za daleko zabrnął, a zdaje mu się, że z tego łatwo wyjdzie.

Z kobiet z mojego życia – spotkałem się z Michałowską i przegadałem dwie godziny, po czym wróciłem do zimnego hotelu – trochę się zmieniłem.

Dziś byłem na inauguracji lalkarzy w Białymstoku. Był I sekretarz, PRON, prezydent – i bardzo dobrze, niech się oddzielą od stołecznej PWST.

Wieczorem pędziliśmy, bo mecz z Grecją[16]. Z trudem 3:1.

Jednak co do Dziekanowskiego miałem rację, i Tadzio przyznał. Zosia nocuje u Zuzi. Dziwne, ale na Karłowicza lepiej się czuję nerwowo. Jutro pierwsza próba „Ślubów”.

21 października

Tekst „Ślubów” nad podziw żywotny. Bałem się, że przez szkolną nudę się nie przebijemy, ale trzy próby, i to bardzo udane, mam za sobą. Ale wszystko to nieważne w związku z porwaniem X. Popiełuszki. Za Gierka były pożary – jak w Petersburgu i Moskwie, a teraz porwanie – ruska specjalność. Nie wiem, czy naród to rozumie, ale to jest jedyne wytłumaczenie.

Kościsty paluch Katarzyny sięgnął aż pod Bydgoszcz. Jak Repnin biskupa Sołtyka. Może to mieć nieobliczalne skutki. Łącznie z obaleniem tej ekipy i z ruską bez osłonek już dominacją.

X. Popiełuszkę pierwszy raz zobaczyłem u strażaków w grudniu 81 r. Miał nad głową aureolę X. Skorupki. „Oho – pomyślałem – on nie umrze w łóżku”. Będziemy mieli nowego świętego.

24 października

W sprawie X. Popiełuszki nic. Lis ogonem zaciera ślady. Szczepkowski przyniósł mi dość głupio zredagowany „Apel do rodaków”. Nie podpisałem, bo sformułowania były nie do przyjęcia. Co nie zmienia faktu, że ta władza też jest nie do przyjęcia: w poniedziałek było partyjne spotkanie z Kubiakiem i Świrgoniem. Poszedłem, bo uważałem, że nieobecny byłem długo – potem żałowałem. TV – cały czas mnie filmowano, na zmianę z Kłosińskim. Tymczasem, zamiast hańby wieczornej, w „Dzienniku” nic! Ani mnie, ani Hübnera, ani Warmińskiego – nie jesteśmy im potrzebni, wbrew lirycznym apostrofom Kubiaka. Dookoła tłum o twarzach z Bruegla – napiętnowanych grzechem, sprzedajnością, fałszem. Takiego zbioru nigdy dotąd, przez 40 lat, nie widziałem. Zaczęła się wymiana elity. Nie ma racji Dejmek, że coś tam chce ratować. Pójdziemy na śmietnik.

Najuczciwsza wypowiedź Siemiona: „My tu gadu, gadu, a tam porwali X. Popiełuszkę”. Myślę, że mu tego nie darują. Tak jak Świrgoń nie darował Dejmkowi Holoubka, którego ten wspomniał. „Dlaczego pan Dejmek nie interesuje się losem Kłosińskiego?” – czysty stalinizm. Nie ma tu już nic do roboty. Póki się da, będę się ostrzeliwał w Szkole – to rzeczywiście ostatnia enklawa.

2 listopada

Jutro pogrzeb X. Popiełuszki. Komunikat o znalezieniu ciała, choć wszyscy się tego i tak spodziewali, uderzył w łeb. Jednak Jaruzelski chce do końca wyjaśnić – ma szansę, żeby tylko nie srał tak przed Ruskimi. Ciekawe, czy te telefony do mnie z wyrokami śmierci w czasie bojkotu to ta sama firma? Pewnie tak. Skończyło się na kupach pod drzwiami i wybiciu szyby w samochodzie. Chcę pójść na pogrzeb, tylko jak się dostać? Dziś będę u Prymasa, mam referować sprawę pomnika kardynała Wyszyńskiego.

Ksiądz kanclerz Król mnie o to prosił, więc niech mi ułatwi pójście do kościoła. Co to się będzie działo! Szczepkowski zdziwiony. Nie chciałem podpisać, a na pogrzeb się wyrywam. Nie chciałem podpisać, bo nie będę podpisywał cudzych głupstw. A tu jest tylko moja decyzja.

W teatrze „Śluby” nie mogą się rozkręcić. Ciągle kogoś nie ma, a teraz nawet sceny. Nie wiem, czy zdążę na 20 grudnia.

Byłem wczoraj w Łodzi. Helena[17] coraz mniejsza, siada na łóżku jak kupka nieszczęścia, maleńka, pokręcona staruszeczka, tylko mózg jej chodzi. A kiedyś rzucała dyskiem i była piękna. Na grobach tłok i ładna pogoda. Dziś też pięknie i ciepło. Muszę sobie przygotować przemówienie do Prymasa.

10 listopada

Dawno po pogrzebie Popiełuszki. Był wspaniały. Wolna Polska na pięć godzin. Nastrój podniosły, ale nie podniecony. Raptem oficjalnie się mówi: Krajowa Komisja „S”, Wałęsa, tłum krzyczy: „Solidarność”! Transparenty. Przemówienia dobre, Prymasa b. dobre, wyważone Wałęsy, ostre, ale ładne Szczepkowskiego.

Wczoraj komitet budowy pomnika – kanclerz dziękował, bo przeparłem Prymasa, który nie chciał tego projektu. W końcu się zgodził, po mojej argumentacji, i dał błogosławieństwo. Ale przed komitetem był telefon z KC, Ziętek, który w kwietniu polecił mnie zawiadomić, że nie będę rektorem, najsłodziej prosi o spotkanie. Był o trzeciej w Szkole. W imieniu Generała, żebym się zgodził na nominację do Narodowej Rady Kultury. Poprosiłem o czas do namysłu. Słodziutko poprosił, żeby odpowiedź dać dziś, i że Generał rozszerza Radę o osoby w moim rodzaju.

Strasznie się zdenerwowałem. Zacząłem konsultacje. Samsonowicz – stanowczo tak, jedyna szansa, żeby poprzeć Jaruzelskiego. Szczepkowski – bezwzględnie tak, bo inaczej środowisko będzie skreślone, a on bierze na siebie bronienie mnie przed głupimi atakami, Holoubek – tak. Noc nieprzespana, jeszcze rano Meller – tak. Zadzwoniłem do Ziętka – szał radości.

W poniedziałek o 8.45 do Generała po nominację. Przestaję być dziewicą. Poza tym kończę 60 lat – dostałem śliczne 60 róż od I roku. Od poniedziałku nowa era – ale jaka?

16 listopada

Jedenastego b. miłe urodziny. Mellerowie, Samsonowiczowie, Dziewońscy, Maja, Holoubkowie, Konwicki i Szczepkowski. Przyjechał Daniel.

Rano dwunastego do Generała[18]. Szok. Zamiast oczekiwanej opozycji – Szletyński, Auderska, Bratny itp. Myślałem, że już dawno są w tej Radzie. Od szatni począwszy – mała apokalipsa. Szatniarz nieogolony, w brudnym swetrze, jakieś sprzątaczki – brudy, sekretarka w przepoconym różowym sweterku. I głowa państwa.

Generał wesolutki, Suchodolski sklerotyczny. Stoję koło Marczewskiego (tak samo przerażony jak i ja) i Majewskiego. Po wręczeniu nominacji gratulacje od Żygulskiego, który z diabelskim uśmiechem mówi: „Mamy pana!”. Dalej czerwoniutki Nawrocki coś bełkocze, szczęśliwy Rakowski, wychodzę z uczuciem potężnego kaca. W teorii wszystko wygląda lepiej i słuszniej.

Dni mijają, do mnie nic nie dociera, ale wiem, że bomba pękła. Na drugi dzień lista członków Rady, nieprawdopodobne figury. Myślę, że tego nie spodziewał się nikt z tych, co mi doradzali, a najmniej ja. O ile wiem, do dziś nikt nie uważa, że jestem świnia, natomiast, że to błąd. Meller i Holoubek podtrzymują, że to była słuszna decyzja. Ja też tak uważam, ale nie podejrzewałem, że jestem aż tak ważny dla ludzi. Żałoba. Jak to wytłumaczyć? Myślę, że czas pokaże, a już jest jakiś numer z ustawą, więc może będzie okazja do jakiegoś wystąpienia. Dziś jadę do Wrocławia z Mrożkiem na festiwal, więc się trochę rozerwę.

22 listopada

We Wrocławiu b. przyjemnie. Miły nastrój, publiczność świetna, Dejmek miły, a Englert jak syn. Odpocząłem, odespałem, choć graliśmy trzy razy w dwa dni, i dwie noce w sleepingu. Wieczorem dziewiętnastego koncert u Niewęgłowskiego, ciotki „S” mają za złe (Homerska), ale rozumieją, że konieczność. Koncert blady, choć gwiazdy, z Danielem, który jedyny ma brawo – (biedny emigrant). Prymas bez wyrazu. Publiczność wdzięczna.

Na drugi dzień telefon od Janasa – „Ja umrę przez pana” i „Niech pan wpadnie jutro”. Środa rano jestem – Janas z Roguskim – „Po co to panu?” itp., „Niech pan już skończy z tym Kościołem” itd. Mówię śmiejąc się, że chyba z tego powodu jestem, z najwyższą przykrością zresztą, w Radzie Kultury, bo był potrzebny jeden taki jak ja. On na to: „Ale wie pan, że Oni nie dają mi żyć, bo ja za pana zagwarantowałem”. „Oni” tzn. – beton, Ruscy i wszyscy razem.

Naśmialiśmy się przy kawce, jak to cynicy, ale powiedziałem, że nie widzę powodu, żeby się zmieniać. Na to Janas: „No to niech chociaż o tym koncercie i pana w nim udziale nie piszą. Ja też, jak pan, służyłem do mszy”. A raczej powiedział: „My dwaj służyliśmy do mszy”. Roguski nie, bo był w ZMP. Załatwiłem Nyczaka dla Szkoły i stypendia dla reżyserów.

Holoubek uchwalił ze Szczepkowskim, żebym poszedł do Jaruzelskiego. „Chyba zwariowałeś – mówię. – Ja mam z Janasem dobre układy, więc nie widzę powodu do skarg”. Dziś Dejmek znów mnie lansuje na prezesa ZASP-u. Powiedziałem, że, pominąwszy absolutny brak czasu, zgodzę się, jeżeli odbędzie się sejmik i Szczepkowski przekaże władzę. Co, oczywiście, nie nastąpi. A z Chamcem i Kossobudzką rządził przecież nie będę.

2 grudnia

Imieniny b. miłe. Kwiatów pełno i wszyscy chcą dać odczuć, że mnie szanują czy lubią. Dużo telefonów, np. Szaniawski, że jest ze mną, Markuszewski, że mnie szanuje i podziwia, itd., itp., oczywiście to wszystko związane z tą pieprzoną Radą, widocznie doszło, gdzie trzeba, po co i na skutek jakich konsultacji się zgodziłem. Poza tym próby. Nawet chyba nieźle te „Śluby” się zapowiadają. Szczepkowska, Seniuk, mężczyźni słabsi, ale na poziomie. Źle się czuję, czyżby to już?

Miałem zdjęcia do „Dziewcząt z Nowolipek” na cmentarzu i ledwie stałem na nogach. Wczoraj była fuksówka. Słaba, ale młodzież b. miła, grzeczna, aż chyba za bardzo. Obejrzałem „Otella”[19] na wideo, Daniel rzeczywiście świetny.

Idę do kościoła, jedyne miejsce oprócz Szkoły, gdzie oddycham.

9 grudnia

Siódma rano. Nie mogę spać. Wczoraj Dejmek dość brutalnie mi powiedział, że we Wrocławiu mnie i jego objechali za „Letni dzień” Mrożka. Zanim złapałem oddech, już poszedł. Potem sobie przypomniałem, że przecież I sekretarzem jest tam Balicki, ciemna postać. Wywołał aferę Szczepańskiego z nami, związaną z bruderszaftem[20]. Trudno, żeby nas we Wrocławiu wychwalano. W każdym razie zdenerwowałem się. Pod koniec życia nie mam już siły na te gówna. Poza tym Dejmek powiedział, że Ziębiński wybłagał u niego mnie na Stanisława Augusta. Sam nie wiem – grać na Pradze? A może w ogóle nie grać?

Próby „Ślubów” idą dobrze. Zobaczymy.

Kiedy wracałem, zatrzymała mnie grupa młodych chłopców z jakimś rannym narkomanem – pociętym, z krwią tryskającą z rąk. Żeby podrzucić do pogotowia. Powiedzieli, że bezskutecznie zatrzymywali ze 20 samochodów. Ludzie się boją.

Umarł Leszek Prorok, pojechał po benzynę i umarł. Pewno się zdenerwował, jak ja Dejmkiem. Zabawne, że w lecie postanowiłem sobie wzmóc działalność polityczną i zagrać króla Stasia. Polityka to, jak na razie, ta pieprzona Rada Kultury, ale Stasia chyba jednak zagram.

Dejmek wciąż namawia, żebym był prezesem ZASP-u. Bez zgody Szczepkowskiego to niemożliwe, a on się nigdy nie zgodzi, bo przecież nie po to się wykreował na bohatera, żeby rezygnować. Ciekawe, mam dziwne przeczucie, że jeszcze coś będę musiał wykonać. Politycznego. W każdym razie nic bez akceptacji tych, którzy jednak, czy mi się to podoba, czy nie, tworzą opinię. A tego niewysokiego króla Stasia zagram dla siebie. To też polityka.

15 grudnia

Dobijam celu ze „Ślubami”. Mnie się podobają. Szczepkowska idzie na kreację. Najsłabszy Englert, co było do przewidzenia, ale... pomimo to są „Śluby”. A może mi się wydaje? Będę grał króla Stasia, jeżeli Ziębiński się nie przestraszy, bo coś się na mnie skrzywili w Radzie Narodowej, że dlaczego ja i co się za tym kryje. Dobre – członek NR Kultury – podejrzany. Bo też nikt nie wierzy w mój szczery akces. Jak powiedziała Kalina przez telefon – robię za Wallenroda[21]. Przyjechali Francuzi z paryskiego Conservatoire[22] – b. mili. Nasi się prześcigają w gościnności. Zobaczymy, jaki będzie rewanż w Paryżu. Mamy jechać w końcu kwietnia. Byli dość biedni na „Weselu”, wytrzymali do końca. Uprzejmi.

Święta się zbliżają, o czym myślę z dreszczem. Biedna ta Zuzia. Robię, co mogę, żeby jej osłodzić życie. Jutro pokażę Francuzom przedstawienie dyplomowe Strzeleckiego[23] – powinni ocipieć.

23 grudnia

Więc po premierze. Udała się. Chyba, jak mówi Korzeniewski, pierwsze „Śluby” od 40 lat. Bardzo chwalił przedstawienie, że fredrowskie i że z miłością zrobione. Zresztą ogólny zachwyt albo zazdrość, co na jedno wychodzi. Dejmek mi podniósł stawkę, z 60 na 90, co jest u niego najwyższym dowodem uznania. Miałem tydzień ożywiony, bo i Francuzi, i generalna. Francuzi wszystkim zachwyceni, ich pokaz się podobał. Świetna Mulatka, reszta średnia albo wcale, ale prawidłowo uczeni. Zobaczymy, jak my wypadniemy u nich. Wydałem obiad w Wilanowie.

W ambasadzie francuskiej przyjęcie. Jak powiedział ambasador: „Dzięki panu tu się spotykamy”. Jedzie do Moskwy. Dla niego awans, ale żeby nie przyjechał za niego jakiś palant. Chyba powinienem dostać order, i od Mitterranda, i od Jaruzelskiego, za przełamanie blokady. Ci Francuzi to pierwsza wizyta oficjalna od 13 grudnia.

Lubię te „Śluby”, siedzę codziennie z przyjemnością, i to nie dlatego, że sam zrobiłem. Szczepkowska rewelacyjna – nowa epoka w graniu Anieli. Dziś wydaję mały bankiecik.

Byłem u Radomskiej, zebranie rektorów z Białkowskim, którego minister zatwierdził. Findeisen uważa, że w razie zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym[24] trzeba się podać do dymisji. Ja tak nie uważam, bo trzeba bronić do końca, aż do wyrzucenia, co, myślę, jednak nie nastąpi. Dostałem album „Dni Powstania”[25] – wstrząsające zdjęcia, z których jasno wynika, że Powstanie było bez sensu.

Zawsze nam się zdaje, że powinniśmy mieć inne prawa. Strzelamy do Niemców i dziwimy się, że nas rozstrzeliwują. Chcemy zrobić strajk generalny i wywrócić stalinizm czy socjalizm, czy jak to się nazywa, i dziwimy się, że nas internują. Wolałbym to samo robić, tylko po męsku, tzn. nie dziwić się, że przeciwnik używa przeciwko nam siły. To jest normalne, z tym trzeba się liczyć. Nie mamy specjalnych praw.

Widziałem świetny film Titkowa o Konwickim, jestem tam we fragmentach. Nie byłem złym aktorem. Englert nawet twierdzi, że jedynym. Dobrze, że zostaną po mnie tu i ówdzie jakieś fragmenciki, i może trochę pamięci.

29 grudnia

Święta mokre i trudne, szczególnie Wigilia. Kiedy to się skończy. Biedna Zuzia i Zosia, która jest za gosposię. Bez sensu. Jedyna ucieczka to teatr, co zresztą przewidziałem 20 lat temu. „Śluby” coraz lepsze. Wczoraj byłem u Prymasa z Bandą Pięciorga powiększoną o rektora Białkowskiego. Nie mogli wyartykułować nowych kłopotów, więc zwięźle przedstawiłem sytuację w związku z nowelizacją ustawy. Nie jestem zdania, że należy robić jakieś gwałtowne ruchy. Trzeba bronić, ile się da i jak długo się da. Prymas myśli to samo, a i Białkowski też. Zobaczymy.

Przyszło mi na myśl, czyby nie zagrać w „W małym domku” Rittnera. W poniedziałek rozmawiam z Dejmkiem o tym i o królu Stasiu na Pradze. W końcu ten rok zamykam – „Letnim dniem”, „Weselem” i „Ślubami”. Nie najgorzej. W Szkole wybrano mnie po raz drugi, a dyplom zrobił furorę. Też dobrze.

Jedyne minusy to zmniejszający się margines wolności i ocieranie się o władzę, wiedziałem, że to nieuchronnie nastąpi. Z plusów jeszcze wizyta Conservatoire i perspektywa Paryża. Przykrzejsze, że się starzeję, i czuję to fizycznie. Stąd, myślę, to przyspieszenie działalności. A może lepiej odpuścić i chodzić do Łazienek?

1985
2 stycznia

A więc już po wszystkim i zaczynamy na nowo. Stary rok skończył się marnie – „Cyd”[26] w Ateneum okropny. Hanuszkiewicz z głupoty z drugiej części zrobił farsę. Nie rozumie, nieuk, że to tragikomedia, tzn. tragedia ze szczęśliwym zakończeniem, i nic więcej. A tu, po nudnej, retorycznej pierwszej części – Labiche i piosenka! Daniel nie wie, co gra – nie warto było sprowadzać na to Francuzów (18!).

Na widowni cała Warszawa (a niech ją cholera!) i ten taki swąd.

Na sylwestra siedzieliśmy w domu i było b. dobrze. Zuzia powiedziała, że Ateneum ma ciekawy repertuar: „Złe zachowanie” i złe przedstawienie.

Byłem dziś u Żygulskiego w sprawie odbudowy Teatru Szkolnego – dałem mu projekt Cieślaka z planami i dokumentacją. Przełknął gładko i powiedział, że to dobra idea – a więc może w 2000 r. będzie teatr na Miodowej? Ze „Ślubów” wspaniała recenzja Misiornego, który nareszcie, jak widać, może pisać o mnie, jak chce – nadrabia zaległości i donosi o wyklaskaniu Kłosińskiego. W poniedziałek nie mogę nie iść na przyjęcie noworoczne do Żygulskiego, a raczej ob. Jaruzelskiego, bo to w Radzie Ministrów. Nie mogę odbudowywać teatru i jednocześnie się odwracać plecami. Meller był dziś u mnie – ma inteligentne plany i z nim jednym mogę inteligentnie rozmawiać. À propos, ten reżyser Daniela z „Przeminęło z wiatrem” – Daniel Benoin, też inteligentny, powiedział, że „Cyd” to sztuka polityczna i myślał, że to tak w Polsce będzie grane. Ja dodałem, że w polskich kostiumach, co on z entuzjazmem zaakceptował. Przecież Jan Zamoyski dał prapremierę w 1660 r. – rozumiejąc, że Maurowie to Szwedzi – i na siebie wskazując jako na Cyda – przeciwko Sobieskiemu, który był wtedy ze Szwedami.

Dziś aż się prosi, żeby tak to zagrać!

12 stycznia

Jak mówi Englert: „Ty to masz szczęście”. Byłem na przyjęciu – Rakowski mnie ściskał, Jaruzelski się podniecił i dziękował, że zechciałem przyjąć zaproszenie, a ani w „Dzienniku” nie byłem, ani, co już zgoła zakrawa na cud, nie zostałem wymieniony w gazecie. Byłem i nie byłem. Krasowskiemu to, że byłem, uniemożliwiło atak na mnie w KW – dla opozycji, że nie byłem, to plusik. Ale w ogóle atmosfera się zagęszcza – nowelizacja tuż-tuż. Banda Pięciorga ciągle się konsultuje.

I jednak, jeżeli Sejm uchwali nowelizację, trzeba się będzie podać do dymisji. Uchwaliliśmy, że muszą się ostać przynajmniej dwa punkty – obieralność rektorów i wybieralność przedstawicielstwa młodzieży – to jedyne i minimalne wymogi demokracji. Poniżej tego jest już stalinizm i nie możemy się na to zgodzić. Niech bomba wybucha. Oczywiście szkoda Szkoły, ale są tzw. pryncypia, których obrona po latach zostanie oceniona. Więc znowu napięcie.

Teatr Polski nie gra. Ze „Ślubów” recenzje raczej dobre albo bardzo dobre. Misiorny napisał panegiryk, ale na przyjęciu ode mnie uciekał. Zabawne, że jednak jestem trefny. Daniela opieprzają, i słusznie, zagrał Cyda kompletnie bezmyślnie. Odgrywa się na Zuzi. Tam sytuacja nie do wytrzymania!

Wieczorem w radio proces zabójców X. Popiełuszki. Obnażone organy – nie do wiary. Wszystko jakieś splątane – ataki na Kościół pomieszane z atakami na SB. Co się dzieje? Nowelizacja to chyba ustępstwo dla twardych za Popiełuszkę.

19 stycznia

Tydzień angielski. „Czarownice z Salem”[27] na przyzwoitym poziomie – ciekawa technicznie inscenizacja. Największy sukces to mój, bo okazuje się, że mówię po angielsku. Na przyjęciu w British Council nawet dobrze mi szło. Wczoraj spotkanie w ambasadzie brytyjskiej. Jedzenie wspaniałe. Mówiłem po angielsku, czym wzbudziłem popłoch u kolegów, bo przez 60 lat się do tego nie przyznałem. Po francusku z ambasadorem Francji i po niemiecku z p. Brühl[28] (!) z RFN. Już na schodach złapała mnie brytyjska ambasadorowa, że chce przyjść na dyplom: zabawne, że jak się rozluźniłem, to mi poszło marnie. Ale w poniedziałek pochwalę Bibrich, to ona sprawiła ten cud.

Poza tym Rakowski prosi na trzydziestego w sprawie nowelizacji. Przygotowałem sobie przemówienie i chcę pierwszy zabrać głos, żeby nadać ton dyskusji. Z Mellerem pouzgadniałem to i owo. Uważa, żeby dymisję złożyć w ostateczności, ale oglądać się na UW, a nie na Findeisena i Radomską. Stawia na prorektora Mączaka. A tymczasem w ambasadzie Dobrowolski mi mówi, że Mączak oprotestowany. Zobaczymy.

W poniedziałek Senat, mamy ich delikatnie przygotować do sytuacji – niewiadomej, ale mam złe rokowania. Czuję, że jeszcze odegram jakąś rolę. Ludzie wiedzą i nie wiedzą, czy byłem na przyjęciu. Więc to wzmaga tajemniczość wokół mnie. A to atut polityczny. W Szkole wszystko się rozwija jak należy. Sesja Witkacego, wyjazdy zagraniczne i szara codzienność, ale najważniejsze – sesja zimowa.

W teatrze grywam i w lutym zaczynam Stanisława Augusta[29]. Czytałem powtórnie książkę o nim Cata-Mackiewicza. Napisane w 53 r. Niesłychana zbieżność z sytuacją. I zbieżność konfederacji barskiej[30] z „S”. W plusach patriotycznych i minusach ciemnogrodu. Myśleć, myśleć, myśleć! Właściwie tylko z Mellerem rozmawiam szczerze.

22 stycznia

Odwilż. Nuda. Wydaje się, że to krzątanie się nie ma wielkiego sensu. Ale przestać, jak dziś, kiedy w ogóle nic nie robią – to umrzeć. Najlepiej, jak czytam – teraz pamiętniki Stanisława Augusta, albo rozmawiam z ciekawymi lub co najmniej inteligentnymi ludźmi.

W sobotę byliśmy u Samsonowiczów. Był Geremek, Klemens Szaniawski, właśnie oprotestowany prorektor UW Mączak – właściwie mógłby się ukazać felieton w „Trybunie”, że SB wkroczyło na tzw. imieniny. Ale Geremek jest inteligentny, otwarty i chłodno ocenia sytuację. Nareszcie ktoś bez mistycznego zamętu. Przyjęty byłem przez to całe towarzystwo b. dobrze, co znaczy, że Radą Kultury nikt się nie przejął. Co zresztą źle mi robi w drugą stronę, bo przodów u władzy też nie mam, czyli w sumie jest b. dobrze.

W niedzielę b. ładny Szekspir. Coraz lepiej czuję się w angielskim. W poniedziałek z Bibrich gadałem jak nigdy. W Szkole od rana ambasadorowa się dobija o bilety na dyplom. Posłałem z bilecikiem.

Senat udany, ostrzegłem przed możliwymi skutkami nowelizacji, a Lasocka ze mną zręcznie rozegrała sesję, tzn. żeby nie było sesji (a co za tym idzie jubileuszu, orderów itp.), ale sympozja, począwszy od 30. rocznicy śmierci Zelwera (16 czerwca). Z Zuzią nadal kłopoty.

Bibrich mnie zapytała, czy – bo przecież, wg niej, zrealizowałem się w życiu – zacząłbym je drugi raz tak samo. Odpowiedziałem, że nie, i że chyba bym był blisko polityki, tylko – jakiej i gdzie?

2 lutego

Najciekawsze wydarzenie to obiad u Rakowskiego. Najpierw wódeczka, potem indyk w maladze, rosół, zraz, lody, kawa, koniak. Nieprzyzwoite i ruskie.

Potem on przyznał, że ustawa to jego błąd, bo została uchwalona przedwcześnie i wykorzystana antysocjalistycznie. Do końca lutego proszą o konsultacje, a jak będziecie przeciwko, to i tak ją przeprowadzimy bez was. To cena za głowę Piotrowskiego. Potem dużo o geopolityce. Czekałem, żeby się wstrzelić jako pierwszy. Byłem spięty, ale udało mi się. Powiedziałem, że w 81 r. kłóciłem się z Kubiakiem, co można było zobaczyć w TV, o ustawę, ale o jakie szczegóły, to już dziś nie pamiętam, a pół roku później ta sama ustawa zrobiła się za liberalna, bo był stan wojenny. Spytałem o to, dlaczego dziś, przy stabilizacji, w roku wyborów, chce się wywołać konfrontację, bo przecież termin jest tak krótki, że nasza odpowiedź też będzie krótka – nie. I dodałem, że ocena sytuacji przez władzę jest mylna, bo szczególnie wybory wykazały obopólną dojrzałość – 96 proc. rektorów zostało zatwierdzonych, a więc mamy porozumienie (tu Żygulski się zżymał). Dlatego w sprawie projektu nowelizacji zgłaszam formalny wniosek (uzgodniony z Bandą Pięciorga): utworzenie komisji mieszanej – rząd, Rada Główna Szkolnictwa Wyższego i rektorzy – która tę nowelizację przygotuje. Tu Rakowski zastrzygł uszami. Ale poza dwa punkty nie można się posunąć – wybieralność rektorów i wybieralność przedstawicielstw młodzieży. Inaczej wszystko runie.

Potem mówili, popierając mnie, Zieliński, Ekier, Kluba kluczył – trwało to przeszło trzy i pół godziny. Rakowski podsumował raczej w anegdotach i strasząc Sowietami: „Panowie rektorzy, u jakiego sąsiada jest taka wolność jak u nas!”. Pewnie.

Skończył i dopiero wstając, zwrócił się do mnie: „Pański wniosek muszę przedstawić Generałowi”. Findeisen uważa, że to sukces w połączeniu z rozmową Radomskiej z Kiszczakiem, może to przyniesie jakąś zmianę. Pewno od 1 kwietnia będzie nowelizacja, tylko w jakim zakresie? A więc dymisja? Zobaczymy.

Dejmek chce ją złożyć, bo nie pozwalają grać „Nie-Boskiej komedii”. Na razie prosi mnie o zagranie w „Miraklach” Henryka Bardijewskiego[31] – nie mam ochoty, bo wolałem grać Króla na Pradze. Wszystko zaczyna być lekko bez sensu.

10 lutego

Skończył się proces. Początkowo, jak się wydawało, uczciwy, raptem skręcił w sowiecką stronę i zrobił się procesem przeciw Kościołowi. Wystarczył jeden telefon z KGB i Piotrowski w ciągu kwadransa z oskarżonego stał się oskarżycielem, i to zręcznym. Wygląda, że ta ekipa przegrywa. Za dużą cenę będziemy musieli zapłacić za ten proces. Przede wszystkim inteligencja i mój światek – świadczy o tym zarówno spotkanie z Rakowskim („Nam już lojalność nie wystarcza!”), jak i felieton Rema, czyli Urbana, przeciwko Fronczewskiemu, który się tłumaczy z przyjęcia u Żygulskiego. Swoją drogą, dlaczego mnie nie było na liście w gazetach ani w TV, nikt do dziś nie rozumie. Sprawa Fronczewskiego będzie pretekstem do ostatecznego rozprawienia się z aktorami, którym bojkotu nigdy nie darują. Jeżeli dodać nowelizację ustawy i weryfikację kadr, mamy perspektywę końca już bliskiego, bo wszystko ma być zamknięte do 1 kwietnia. Myślę, że jeżeli nie podam się do dymisji na skutek nowelizacji, to polecę z weryfikacji.

Jutro idę do Glempa. To też będzie hak ostateczny na mnie – ale chcę to robić i muszę. Powiem dość ostro o sytuacji – co oczywiście będzie doniesione. Za parę dni – wezwanie ob. Janasa do KC itd., itp. Sytuacja bez wyjścia – broniłem się trzy lata, ba, przeszło trzy lata, i tak sukces. Na żaden kompromis więcej mnie nie stać.

Żal trochę Szkoły, tym bardziej że sesja b. dobra. Wszystko idzie do przodu i pomyśleć, że jednego dnia runie.

Na razie Dejmek chce grać Eliota – „Mąż stanu”[32], którego mu podsunąłem, żeby chociaż w teatrze można było coś robić. A tak to – Czechy.

17 lutego

Tydzień dosyć nudny. Organizowanie Eliota, poszukiwanie Kaliny, którą wymyśliliśmy, zabawne, jednocześnie z Dejmkiem. Parę przedstawień i pusta Szkoła.

Przeczytałem Tymona Terleckiego[33] – wspaniałe, mądre, tylko ten styl przedwojenny, Dziś, gdyby tu mieszkał, pisałby inaczej, a tak zwykły anachronizm, choć b. piękny. Axera[34] też przeczytałem – ja, ja, o mnie – hucpa straszna pod pozorem skromności, której wymaga inteligencja, i ta świadomość, że jest spadkobiercą Tomasza Manna na tym Polesiu Europy.

W piątek ćwiczyłem angielski z jakimiś Arabami z Kuwejtu. Nie byłoby źle pojechać tam i ustawić im szkołę, za pieniądze.

W poniedziałek – u Prymasa. Powitałem go jak zwykle, powiedziałem, że biegniemy do niego jak owieczki do pasterza wśród ujadania wilków, po otuchę, nadzieję i prawdę. Mówili wszyscy przedstawiciele, Szczepkowski najostrzej, Lutosławski, Eysymontt, Międzyrzecki, Moskwa.

Prymas dziękował i mówił o teologii wyzwolenia, odnosił do naszej sytuacji. Czy księża wchodzą u nas w politykę, czy raczej jest to obrona narodu? Rozczulił się, opowiadając o zaślubinach z Bałtykiem, w ich 65. rocznicę. Mówił o konieczności utrzymania ducha narodowego, o tym, że Episkopat wypowie się w sprawie procesu. Przy stole opowiedziałem mu anegdotę, jak to Stalin zwierzył się Bierutowi: Choroszo byłoby imiet’ swojego prymasa! Bardzo się śmiał. List Episkopatu rzeczywiście bezkompromisowy. Zaczyna się chyba konfrontacja Kościół – państwo. Jeżeli dodać do tego sprawę kultury i w ogóle inteligencji – zapowiada się niewesoło.

27 lutego

Długa przerwa w pisaniu, a nawet nie wiadomo dlaczego. Osiemnastego Senat b. dobrze przebiegł, po rzeczowej i spokojnej dyskusji przyjęto proponowaną przeze mnie uchwałę, niemal bez zmian. Było tam to, co powiedziałem Rakowskiemu. Dwa punkty graniczne – wybór rektora i samorządność młodzieży. I nowelizacja rozciągnięta do końca kadencji.

Potem spotkałem się z III rokiem – „Francuzi” szczęśliwi, reszta kwaśna. W czwartek zaczęliśmy próby „Męża stanu” – b. ciekawe w czytaniu – w rezultacie Kalina będzie grała i będzie atrakcją. Przeraża mnie tylko ilość tekstu. Dejmek ze mną flirtuje, że niby ja mu kazałem to grać, sam chciałem główną rolę dla siebie, a on to musi reżyserować. Wszyscy niby się śmieją, ale coś w tym jest.

W piątek msza za Zosię Mrozowską. X. Orzechowski pięknie mówił i był cudowny nastrój. Cała niedziela to Witkacy – najpierw oficjałka w Teatrze Studio, z Żygulskim, o trzynastej – nie wiadomo co w Nowym, i o piętnastej w Szkole bardzo dobre sympozjum – Micińska, Szpakowska, Degler, Sokół – pełna wolność słowa i najwyższy poziom. Znowu punkt dla mnie. Powiedziałem, że to dzień kanonizacji Witkacego na klasyka – co się potem przyjęło.

W „Dzienniku TV” byłem ze studia – strasznie stary, a może już chory, bo teraz leżę z grypą i stąd mam trochę czasu na pisanie. Poza tym uczę się tekstu. Ale kiedy to morze opanuję? Dwudziestego piątego gramy w Opolu[35] „Wesele” i „Śluby” – Englert mówi, że nie daj Boże, żebym dostał jakieś wyróżnienie, bo mnie Dejmek zabije. Nie ma obawy.

Szykujemy się powoli do Paryża. Program ułożyłem dobry, od ćwiczeń, przez „Kordiana”, piosenki, „Wesele”, do Czechowa i Diderota.

Umarł Jurek Kreczmar. Nie był on moim entuzjastą. Raz tylko szczerze mi gratulował, po „Kochanym kłamcy”[36]. Jak na 40 lat to niewiele. Przygotowałem pożegnanie, bo może będę musiał coś powiedzieć.

10 marca

I znowu mi grypa wróciła. Sam jestem, bo Zosia wyjechała do Zakopanego. Mam czas uczyć się tekstu. Sztuka wspaniała, ale przygnębia mnie, bo demaskuje mnie prywatnie – tak jak bohater całe życie grałem kogoś innego i podsumowanie na starość jest bolesne. Rozumiem to aż za dobrze, co nie znaczy, że dobrze zagram. Kalina to świetny pomysł. Dejmek miły i zachwycony sztuką. Zobaczymy.

Wczoraj spalił się Teatr Narodowy. Najpierw na próbie słyszeliśmy syreny, potem zadzwonił Satanowski senior, że pali się Narodowy. Zaraz po próbie pobiegłem. Żałosny widok, kłęby dymu, gdzieś z okolic bufetu i biblioteki, i z pracowni krawieckiej, potem z dachu. Dwie godziny chodziłem wkoło. Zagrałem tu parę ról i spędziłem parę lat życia. Spaliła się cała scena i część widowni, kurtyna żelazna się stopiła!

Myślę, że to znak polityczny – pożar, jak Rotunda, ruska ochrana działa. Jak słusznie powiedział Dejmek – przed plenum o inteligencji. Jeżeli chodzi o nowelizację, jakby małe wycofanie.