Jutra może nie być - Gabriela Gargaś - ebook
Opis

Czy miłość może być zła? Czy niektórzy ludzie spotykają się za późno, a inni za wcześnie? Czy możliwe jest, by prawdziwe uczucie trwało wbrew wszystkiemu? Czy wybaczy ono każde potknięcie? Kinga jest zdolna zarówno do miłości, jak i nienawiści, do tego aby zadać ból i odejść, toteż powyższe pytania wpływają na losy wszystkich, z którymi się wiąże. To historia o wielkiej miłości odnalezionej po latach, o wielkich namiętnościach i wielkich oczekiwaniach. O stracie, cierpieniu i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. "Jutra może nie być" to opowieść o sile współczesnych kobiet i odwadze w dążeniu do realizacji własnych pragnień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Ciebie…

NAWET JEŚLI NIEBO KŁAMIE, MYŚLĘ: MOŻE TAK MA BYĆ…

Zawsze twierdziłem, że gdy się prawdziwie kogoś kocha, wierność nie jest żadną zasługą.

Giovanni Giacomo Casanova

Wrzesień jest dla mnie najpiękniejszym miesiącem w roku. Po długich, upalnych dniach, następują chłodne i rześkie noce. Liście przybierają rdzawych kolorów. Króluje czerwień i złoto, które rozsypuje lśniące drobinki po całym otaczającym świecie. Słońce coraz częściej chowa się za chmury; na żółto-brązowej trawie kładą się długie, zimne cienie. Jagody w tym roku są małe i pomarszczone przez letnie słońce. Mimo to biorę kilka owoców do ust i rozkoszuję się ich smakiem. Zostawiają na języku miłe wspomnienie lata. Otwieram okno i spoglądam na otaczający świat. Rozkoszuję się tą chwilą. Zerkam na zegarek. Mam niecałą godzinę do wyjścia.

Wczoraj były moje urodziny – trzydzieste. Trzydzieści to już nie to samo co dwadzieścia parę. Trzydzieści brzmi dumnie, dojrzale, a może to po prostu tylko okrągła rocznica, nic więcej? Kiedyś myślałam, że każda okrągła rocznica wiąże się z jakimś przełomem w życiu. Może faktycznie tak jest? U mnie w życiu w przeciągu ostatniego roku dużo się wydarzyło. Pogubiłam się. Wszystko poszło nie w tym kierunku, co trzeba. A może we właściwym kierunku? Każde kolejne doświadczenie uczy nas czegoś nowego. A życie? Cóż, życie nie zawsze jest takie, jakbyśmy chcieli, by było. Czasami komplikujemy je sobie na własne życzenie, a czasami ono samo stawia nas przed takim czy innym wyborem.

Przed wyjściem z domu spoglądam w lusterko, by sprawdzić, czy wszystko w porządku z makijażem. Widzę całkiem ładną kobietę, z długimi, kręconymi włosami, króciutką grzywką i zielonymi oczami. Niestety, czas biegnie, coraz szybciej zostawiając po sobie pamiątki. Drobne zmarszczki bezlitośnie zbierają się w kącikach oczu i ust. Pociągam policzki różem, po czym pospiesznie wychodzę z domu. Zbiegam po schodach i pędzę w kierunku centrum. Wydawać by się mogło, że miałam dużo czasu w zapasie, jednak jakoś mi uciekł.

Nie lubię gabinetów, przerażają mnie, czy to lekarskie, dyrektorskie, czy dentystyczne. W gabinetach wiadomo, że jedna osoba jest górą i od niej wszystko zależy, a druga petentem, klientem, pacjentem. Właśnie siedzę w takim pomieszczeniu na skórzanej kozetce i czuję, jak ciarki przebiegają mi po plecach. Pierwszy raz jestem u psychologa i jakoś nie jestem przekonana, czy dobrze zrobiłam, przychodząc tutaj. Kobieta naprzeciwko mnie uśmiecha się ciepło i zachęca do zwierzeń. Co ja mogę jej powiedzieć? Że przyszłam do niej, bo w moim związku coś poważnie szwankuje? Bo zachciało mi się romansów? Uśmiecham się pod nosem i zaczynam opowiadać.

– Wszystko zaczęło się od jednego maila, który wysłałam do dawnego znajomego… – zamyśliłam się przez chwilę. – Wtedy po raz pierwszy serce zakołatało mi szybciej do innego mężczyzny. Maile przybrały na częstotliwości, pojawiła się fascynacja tym drugim. Najgorsze jest to, że jestem w stałym związku od siedmiu lat. W związku, w którym nie czuję się do końca spełniona. Za trzy miesiące wychodzę za mąż. Rozumie pani, suknia, torty, zaproszenia i te sprawy. Powinnam być szczęśliwa a nie jestem. Nie kocham narzeczonego, a bynajmniej tak mi się wydaje.

Przerwałam. Jaki to ma sens? Ilu pacjentów dziennie przyjmuje ta kobieta? Udaje, że przez opłaconą godzinę zajmuje się ich problemami, coś notuje w swoim kajecie, a potem zapomina. Kończy pracę, wyrzuca wszystko z pamięci i żyje własnym życiem. Taksuję ją wzrokiem. Niebrzydka pyzata buzia, ładna cera, blisko osadzone, duże, szare oczy, przyjemny wyraz twarzy. Skoro już zaczęłam, to może dokończę swoją opowieść? Zawsze łatwiej otworzyć się przed nieznaną osobą i jej opowiedzieć swoją historię.

– Na czym skończyłam? Od kilku lat w moim związku rutyna, nuda, seks raz w tygodniu, w niedzielę, zaraz po pobudce. Wszystko jest takie zimne, oschłe, nie takie, jak powinno być. Nie ma bliskości, pożądania… Żyjemy w osobnych światach. Rozmowa – brak.

– Jeżeli na jakiejkolwiek płaszczyźnie odczuwa pani braki w związku; czy to brak przyjaźni, zrozumienia, rozmowy, seksu; jeśli czuje się pani niespełniona, to nie można myśleć, że wszystko jakoś fajnie się ułoży, bo się nie ułoży. Ma pani wybór: albo trzeba się z tym pogodzić, albo naprawić, albo zrezygnować ze związku. Jeśli chcą państwo ratować ten związek, powinniście spróbować rozwiązać nawarstwiające się problemy i szczerze ze sobą porozmawiać. Spokojnie, bez pyskówek. Jeśli nie będzie porozumienia, to lepiej zakończyć wszystko i ładnie wokół siebie posprzątać. Jeśli pozostawi pani wszystko tak, jak jest, będzie pani coraz bardziej rozgoryczona i sfrustrowana. Przyjdzie taki dzień, że wszystko w końcu wyskoczy gdzieś z dna duszy i zaleje pani swoimi żalami partnera i wszystkich dookoła. Trzeba to zrobić jak najszybciej, nie można odwlekać takich spraw w nieskończoność, bo im dłużej będzie pani czekała, tym bardziej będzie w pani to rosło jak wrzód, który wcześniej czy później pęknie i zaleje wszystko ropą.

Spojrzała na mnie dobrodusznie, pociągnęła łyk kawy i kontynuowała: – W związku z takim stażem musi być oprócz partnerstwa, szacunku i bezpieczeństwa wciąż podsycana wzajemna fascynacja. Musi być romans.

Uśmiałam się w duchu na te słowa. W moim związku jest taki romans, że po prostu w zamrażarce jest cieplej.

– Czuje się pani samotna?

– Tak – odparłam szczerze. – Niby razem, a osobno. Czuję pustkę gdzieś w głębi serca. Tonę w morzu żalu, gniewu i przemilczeń. Ale do kogo ja mam pretensje? Jeśli jest mi źle, powinnam spakować manatki i odejść. Żyć swoim własnym życiem, a jemu pozwolić wieść jego życie.

– Jak długo zamierza się pani godzić na samotność we dwoje, skoro pani to nie odpowiada? Jest pani w tym związku tylko dlatego, że boi się pani samotności? A może lubi pani stać w miejscu, bo tak wygodniej?

Zadawała pytania tak szybko, tak zdecydowanie, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Czułam się tak, jakbym dostała obuchem. Coś powoli zaczęło do mnie docierać. Budziłam się z letargu. Otwierałam zaspane oczy. Moja dusza krzyczała.

– To pani oddalanie się od partnera nie jest kaprysem, tylko wynikiem głębokiego zawodu, długotrwałej frustracji, która przeszła w końcu w obojętność.

– Gdyby to wszystko było takie łatwe, gdybym umiała powiedzieć „do widzenia”… Najgorsze jest to, że tyle razem przeżyliśmy pięknych chwil. Jestem zaręczona, za kilka miesięcy ślub… A ja? Ja się zakochałam w innym. Bynajmniej tak mi się wydaje. A może ten drugi ma wypełnić pustkę, jaką odczuwam w związku z narzeczonym?

– Wie pani, co powiadają Francuzi? Że z każdym wypowiedzianym „do widzenia” trochę umieramy. A kiedy się mówi „żegnaj”, to już na zawsze. Ale jeśli jest szansa, żeby uratować siebie, zacząć nowe życie, trzeba spróbować, nawet gdyby miało to się skończyć odwołaniem ślubu. Może ten drugi mężczyzna pojawił się w pani życiu w odpowiednim momencie. Fascynacja nim pokazała pani, że tak naprawdę nie jest pani szczęśliwa w obecnym związku.

Miałam ochotę do niej podejść i ją uściskać. Ktoś mi uświadomił, że za rozpad związku nie odpowiadam jedynie ja. Wina zawsze leży pośrodku. Zauroczyłam się innym – może nie tak to powinno wyglądać, może powinnam odejść wcześniej, może zabrakło mi odwagi. Teraz jednak wiem, że wszystko musiało się wydarzyć po to, żebym uświadomiła sobie, że w moim związku nie jest dobrze.

– Rozstania są bolesne, szczególnie dla kobiet. Są ich osobistą klęską. Kobiety całą rozpacz i ból zwracają przeciwko sobie, nawet jeśli zawinił partner. Proszę mi jednak wierzyć, wszystko da się przeżyć. Człowiek jest silną istotą. Moja koleżanka mówi, że stworzoną do bólu. Taka decyzja jest jednak poważna, wiąże się z wieloma konsekwencjami. Musi pani przemyśleć wszystkie za i przeciw.

– A co pani zrobiłaby na moim miejscu? – zapytałam, chociaż wątpiłam, czy mi odpowie. Psycholodzy, terapeuci, oni umieją tylko odwracać kota ogonem lub pięknie słuchać, odpowiadając milczeniem.

– Przespałabym się z tym.

Spodobała mi się ta rada. Nie można podjąć tak poważnej decyzji z dnia na dzień. Trzeba to przespać. Zachłysnęłam się powietrzem, po czym delikatnie wypuściłam je z płuc.

Śmiertelna kula trafiła go prosto w serce. Osunął się na zimną posadzkę. Trwał chwilę bez ruchu. Blady, bez życia. A potem jakby i on zrozumiał. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę robię mu przysługę. Nie było wielkich awantur, wyzwisk, choć był wielki ból, a może raczej jego urażona męska duma. Rozstaliśmy się cicho, niemal szepcząc do siebie. Tak jakbyśmy nie mieli sobie nic do powiedzenia. Wydało mi się, że Darek trwał przy mnie z przyzwyczajenia, z jakiegoś głupiego obowiązku. A może było mu tak wygodnie. Przez ostatnie dwa lata kochaliśmy się, ale chyba bardziej nienawidziliśmy. Oboje czuliśmy, że wszystko zmierza w niewłaściwym kierunku, ale chcieliśmy się z tym jakoś uporać. Przyjęłam oświadczyny, gdyż sądziłam, że tak być powinno. Nie z wielkiej miłości, ale dlatego, że skoro jesteśmy już razem tyle czasu, to powinniśmy postawić kolejny krok. Naciskały obie nasze rodziny. Przecież wszyscy dookoła już się pobrali, a my? My tak trwaliśmy ze sobą dla samego trwania i popadaliśmy w coraz większe przygnębienie. Rozwiązaniem miał być ślub. Ślub wśród wzajemnych żali i pretensji. Wspaniale…

Byliśmy sobą zmęczeni. Upaprani w rzygowinach obojętności. Po kłótniach nawet nie chciało nam się godzić. Te chwile milczenia, te ciche dni były dla nas upragnionym wypoczynkiem. Smutne. Dopiero teraz zaczęłam dostrzegać, jakie to wszystko było smutne i żałosne. Nigdy nie zaprzeczę, że go kochałam, bo kochałam go bardzo. Czasami jednak ktoś jest dla nas jednocześnie wielkim wybawieniem i kulą u nogi.

Mamy wybór: możemy zostać lub odejść. Każde wyjście pociąga za sobą cały szereg konsekwencji. Nawet jeśli odejdziemy, do końca nie będzie wiadomo, czy wybór był słuszny. Jeśli zostaniemy, możemy zatracić się w cierpiętnictwie. Dwie osoby, dwa różne spojrzenia na świat, dwa odmienne zdania, dwa podejścia do tego samego tematu.

Nie było mi łatwo. Ale może trochę łatwiej niż innym w podobnej sytuacji. Odnowiłam znajomość z M. Oślepiła mnie żądza i namiętność. Może zaczęłam sobie za dużo wyobrażać? Może uwierzyłam w kolejną miłość? W siłę miłości?

Musiałam odejść od Darka, sama uporać się z wyrzutami sumienia. Czułam się tak, jakbym go przejechała autem. Czy mogłam dopuścić do tego, żeby ranny wykrwawił się na skraju drogi? Jednocześnie nie mogłam do niego wrócić. Musiałam się od niego uwolnić, choćby po to, aby samej przetrwać.

To rozstanie było mi potrzebne. Uświadomiło mi pewne oczywiste sprawy. Oboje źle się do tego zabraliśmy. Ja od początku dawałam zbyt dużo, mimo iż on o to wcale nie prosił. Serwowałam obiadki z dwóch dań i desery, prałam, prasowałam. On brał. Skoro wszystko miał podane na tacy, czemu miał nie korzystać? Po pewnym czasie uznał, że mu się to wszystko należy. Robiłam z siebie cierpiętnicę, bo wcale nie chciało mi się mu usługiwać. Użalałam się nad sobą, zamiast z nim porozmawiać. Uzależniłam swoje szczęście od jego zadowolenia.

Jak miał mnie kochać, skoro ja siebie nie kochałam? Poza tym stało się ze mną to samo, co z tymi wszystkimi kobietami, które twierdzą: „Nieważne, czy bił, pił, ważne, by był”. On, co prawda, nie pił, ale zdałam sobie sprawę, że tkwię w związku bez przyszłości. Darkowi po prostu się nie chciało o mnie zabiegać. A najgorsze, że mi po pewnym czasie też się odechciało. Jak się chce chociaż troszeczkę, ociupinkę, wtedy jest jeszcze nadzieja. Ale gdy umiera chęć, rodzi się obojętność. A obojętność w związku jest największą zbrodnią, bo kiedy pojawia się złość, gniew czy nawet nienawiść, to ten związek jeszcze dycha. Natomiast z obojętnością nadchodzi koniec. Ze wszystkich uczuć to właśnie obojętność zabija najbardziej. Jest gorsza od tego pieprzonego bólu. Zabija na raty. Spala. Wierci dziurę na otwartym sercu. Pozwala się wykrwawić.

Nasz związek zalewała nuda. On przestał się starać, od kiedy uznał, że jestem jego i nie odejdę. Ja przestałam zabiegać o jego względy, bo byłam rozgoryczona jego brakiem starań. A trzeba było wyjść z domu i nie wrócić na noc albo wyjechać z koleżankami na tydzień i dobrze się bawić. Wzbudzać jego zazdrość, prowadzić swoje życie. Najgorsze, co kobieta może zrobić, to uwiesić się męskiej nogawki i trwać, uczepiona tego kawałka szmaty, czekając na cud. Cudów nie ma.

Za każdym razem wierzyłam, że coś się zmieni. Największą frustrację budziło w nas to, że po czterech latach starań nie doczekaliśmy się dzieci. Robiliśmy dziesiątki badań i za każdym razem okazywało się, że wszystko jest z nami w porządku. Co miesiąc kupowałam testy owulacyjne i w wyznaczonych dniach uprawialiśmy seks. Nie można było tego jednak nazwać kochaniem się, tylko kopulacją, która miała doprowadzić do poczęcia. Bez miłości, namiętności. Wsunięcie, kilka ruchów. On już marzył, żeby wrócić do pracy, ja tępo patrzyłam się w sufit, odliczając minuty do końca. Po stosunku czułam się rozbita. A trzeba było iść na żywioł, zaufać losowi. Co będzie, to będzie!

Liczyłam dni do spodziewanej miesiączki. Jeden dzień opóźnienia i już wyciągałam z szuflady kolejny test ciążowy i biegłam do łazienki. Wiedziałam z góry, jaki będzie wynik, wiedziałam, że nie pokaże się upragniona druga kreska, która świadczyłaby o poczęciu, ale żyłam właśnie dla tych kilku chwil oczekiwania w toalecie, dla złudzeń.

Co miesiąc ten sam rytuał. Po kilku dniach od stosunku włączałam komputer i w wyszukiwarce wpisywałam „pierwsze objawy ciąży”. Znałam już je na pamięć i daremnie szukałam ich u siebie.

Serce pękało mi z żalu, kiedy dowiadywałam się o kolejnych ciążach koleżanek, kuzynek, szwagierek. Tak, byłam zazdrosna. Czy nie miałam do tego prawa? Nie potrafiłam pojąć tego wszystkiego, po tysiąckroć umierałam z rozpaczy. Dla mnie każdy najmniejszy objaw świadczył o ciąży. Potrafiłam wmówić sobie wszystko – od bolących piersi przez ospałość, zmęczenie aż po nudności.

Żyłam z mężczyzną tylko dlatego, że dzięki niemu mogłabym mieć upragnione dziecko, na które przelałabym swoją niespełnioną miłość. Kiedyś było inaczej…

Darka poznałam w księgarni, zabrakło mi pieniędzy na książkę, którą bardzo chciałam kupić. Stał za mną w kolejce do kasy, bez namysłu wyjął portfel i zapłacił.

Zaczarował mnie od pierwszego wejrzenia. Smażył mi naleśniki i przynosił bukiety z urwanych w parku stokrotek, przyozdobione liśćmi.

ETAP PIERWSZY: NIENASYCENIE

Siedziałam koło Darka w ostatnim rzędzie w ciemnej sali kinowej, co raz zerkając kątem oka na jego profil. Był taki skupiony, taki poważny, a przy tym nieziemsko przystojny. Zaimponował mi wybranym filmem: Spragnieni miłości. Sam tytuł odstrasza facetów, jego widocznie nie. Może chciał mi pokazać, że jest niezwykłym facetem w zwyczajnym świecie.

Film był znakomity. Wong Karwai mistrzowsko pokazał przejmującą historię zakochanych ludzi, oddał melancholijny klimat i ukazał niezłomność pięknego uczucia. Muzyka, która płynęła z głośników, też była wyśmienita, wszechobecne tango i kantońskie przeboje lat sześćdziesiątych. Kolory były nasycone, ostre, raziły w oczy i ta czerwień, która niemal wypływała na widza z ekranu jak krew, gęsta, gorąca, taka, co krąży szybciej w żyłach, kiedy kochamy…

Nasza miłość wtedy jeszcze wrzała, kipiała od tumultu emocji. Była pełna nieznanych doznań, namiętności i seksu. Seksu przede wszystkim. To było raczej preludium miłości, bosko wygrywane wraz z każdym połączeniem naszych ciał. Odkrywaliśmy nowe zakamarki swoich ciał i dusz. Rozmawialiśmy jeszcze wtedy dużo. Pragnęliśmy się poznać i dowiedzieć o sobie jak najwięcej. Byliśmy tacy nienasyceni.

ETAP DRUGI: PYSZNY DESER

Czerwcowy wieczór. Jemy ciepłe bułeczki z jabłkiem i cynamonem. Rozpływają się w ustach, są takie mięciutkie, przepyszne, pachnące. Uwielbiam cynamon. Szarlotka mojej mamy ma zawsze mnóstwo cynamonu. Trzymamy się za ręce. Przechodzimy obok stolików, które latem są zawsze wystawione na zewnątrz przed knajpki. Jest gwarno. Ludzie piją zimne piwo w oszronionych kuflach. Pary się całują. Jakaś samotna, piękna dziewczyna je lody.

Darek objął mnie, scałował z moich ust resztki jabłka.

– Lubisz róże? – szepnął. Ach… ten jego szept, gorący szept, pachnący jabłkiem, otulił moją szyję, delikatnie rozpłynął się po policzku i zniknął.

– Lubię. Bardzo lubię.

Podszedł do jakiegoś stolika i wyjął z wazonu dorodną purpurową różę. Wręczył mi ją, chwycił mnie za rękę i zaczęliśmy biec przed siebie, słysząc za sobą głos wściekłego kelnera.

– Ukradłeś dla mnie różę.

– Dla ciebie zrobię wszystko…

– Licz się ze słowami, bo kiedyś to wykorzystam.

– Od razu możesz mnie wykorzystać.

Przycisnął mnie do ściany jakiegoś budynku i zaczął całować. Szybko, mocno, cudownie…

Miłość niczym słodki deser przyjemnie rozpływała się w ustach, dając ogromną rozkosz. To nic, że ten deser był przed obiadem. Tego właśnie potrzebowaliśmy.

Na tym etapie zaczęła się nasza symbioza, zespolenie w pełnym tego słowa znaczeniu. Ciągle było nam mało siebie. Spędzaliśmy z sobą kolejne dni i ciągle było nam mało i mało. Zaczęłam dla niego rezygnować z siebie. Stopniowo, małymi kroczkami, by po chwili puścić się w dziki pęd, zaniedbując znajomych, rodzinę, swoje zajęcia. Na początku zrezygnowałam z lekcji hiszpańskiego. Po co mi hiszpański? Potem był aerobik. Właściwie mogę też ćwiczyć w domu, byle tylko mieć więcej czasu dla niego.

Darkowi podobało się to. Nie powiem, by bronił się rękami i nogami. Po prostu otrzymywał mnie za darmo, podaną na tacy. Nie musiał się o mnie starać.

ETAP TRZECI: POBOLEWANIE BRZUCHA

Ile kobieta jest w stanie poświęcić dla mężczyzny? Dużo. A zakochana kobieta? Bardzo dużo, powiedziałabym nawet, że czasami za dużo, zaczynając od drobiazgów – fryzury, stylu ubierania, sałatki na rzecz schabowego (tylko dlatego, że on go uwielbia) – a kończąc na pasjach, marzeniach, przyjaciołach…

Zawsze miałam swoje zdanie, swoje ambicje, plany, ale od kiedy ślepo zakochałam się w Darku, liczył się tylko on. Jego marzenia, jego plany, jego widzimisię. Gotowałam pod niego, szliśmy na film, jaki on wybierał, spotykaliśmy się z jego znajomymi. Wszystko cacy, ale w pewnym momencie coś zaczęło mnie uwierać, jakbym założyła za ciasne buty na bal i miała w nich przetańczyć całą noc. Wciąż go kochałam, chociaż czułam, że coś jest nie w porządku. Bal wciąż był upojny, mimo iż buty obcierały. Mimo iż miałam już wielkie bąble na stopach…

W pewnym momencie zaczęłam jednak zauważać, że nie jesteśmy jednym organizmem, tylko dwiema oddzielnymi osobami. Moje życie nie może zależeć od jego, a jego życie ode mnie. Zaczęłam się dusić w tym układzie. A on zaczął się burzyć, że się zmieniam i nie jestem już taka jak na początku związku. Przyszła jedna kłótnia, druga, a potem już coraz częstsze pyskówki.

Zerknęłam na zegar. Za godzinę będą u nas goście. Czas biegł nieubłaganie, a ja byłam w proszku. Kroiłam kurczaka w paski i wrzucałam na rozgrzaną patelnię. Na kuchence bulgotały już trzy garnki, a w piekarniku dopiekał się sernik. Pot ciurkiem spływał mi po plecach. Ze złością cisnęłam brudny garnek do zlewozmywaka. Darek nawet nie zareagował. Siedział na kanapie z wyciągniętymi nogami, na stoliku obok postawił sobie kieliszek koniaku. Nie zapytał: „Czy mogę ci pomóc?”, „Co mógłbym zrobić?”. Ciekawe, co by zrobił, gdybym to ja usiadła sobie z gazetą w ręku i miała to wszystko w dupie.

Jak można kogoś kochać, a chwilami tak mieć go dosyć? Miałam ochotę wziąć żeliwną patelnię i zdzielić go przez głowę. Zaczęłam psioczyć pod nosem, kląć i narzekać.

– Co znowu? – zapytał, jakby nigdy nic.

– Wszystko w porządku – mruknęłam naburmuszona.

– Przecież widzę, że nie.

– Jak widzisz, to, do cholery, mi pomóż! – uniosłam się.

– A co ja miałbym robić? – popatrzył na mnie smutnymi oczami zbitego z tropu pieska.

– Co mógłbyś robić? – zaczęłam go przedrzeźniać. – Do cholery, człowieku, ja ledwo żywa jestem! Muszę jeszcze dokończyć curry z kurczaka, wziąć prysznic, nakryć do stołu. A ty sobie siedzisz! Weź dupę w troki i mi pomóż!

– Ale ja nie umiem gotować – bezradnie rozłożył ręce.

Moje stopy zawsze były zimne. To chyba u nas rodzinne. Słabe krążenie – tłumaczyła moja babcia. Kiedy już znaliśmy się ze trzy lata, zaczęłam do spania zakładać skarpety i grubą piżamę frotte; nie zamierzałam się katować i spać we frywolnych koronkach. Z niesmakiem spoglądał w moją stronę. Wiedziałam, że nie lubi kobiet sypiających w skarpetkach, to takie mało seksowne. Co miałam jednak zrobić, jeśli nie potrafię usnąć, kiedy mi zimno?

Wskakuję do łóżka. Odwraca się do mnie dupą!

Gdzie ta kusa koszulka? Gdzie ta dziewczyna, którą rozgrzewał jego dotyk? Gdzie ta kobieta, która leżała nago wyciągnięta obok niego, rozgrzana podczas miłosnych uniesień?

To przeszłość. Już za nami.

I kiedy myślałam o rozstaniu, on się oświadczył. Tak najzwyczajniej, jakby to było tylko pro forma po siedmiu latach naszego związku. Może tak wypadało, może przyszła pora, a rodzina zaczęła się już niecierpliwić i dopytywać o ślub. Od tego czasu wszystko zaczęło się sypać. Schło, kruszyło się i rozsypywało na potęgę.

ETAP CZWARTY: NIESTRAWNOŚĆ

Żona do męża:

– Kochanie, powiedz mi coś słodkiego…

– Nie teraz, jestem zajęty.

– Kochanie, no, powiedz mi coś słodkiego…

– Naprawdę teraz nie mam czasu.

– Ale kochanie, chociaż jedno słówko…

– „Miód”, do kurwy nędzy, i odpierdol się!

Szary zmierzch, blady świt. My: razem a jednak osobno. Siedzimy po przeciwnych stronach kanapy. On czyta, ja oglądam film. Ani słowem się do siebie nie odzywamy.

Lepiej odejść i samotnie wypijać lampkę wina. Lepiej samemu patrzeć w migotliwe płomienie świec, niż siedzieć z drugim człowiekiem przy gasnącym ognisku. Lepiej być samemu, niż odczuwać samotność we dwoje. Postawić na bylejakość czy wolność? Ile razy słyszymy od znajomych, rodziny, przyjaciół, że w tym wieku – skoro mamy trzydzieści, trzydzieści pięć czy czterdzieści lat – nie należy się już wygłupiać i zaczynać wszystkiego od nowa. Ale dlaczego nie? Każdy wiek jest odpowiedni na nowe początki.

„Chcesz się rozwieść? W tym wieku? Kogo teraz poznasz, latka lecą”. Lepiej jest więc trwać dla samego trwania, przy boku osoby, z którą nic nas już nie łączy? Pewnie, że lepiej jest być z kimś i być z nim szczęśliwą, niż spędzać samotne dni. Ale nie za wszelką cenę, nie kosztem utraty siebie.

Ślepo trwałam w tym związku, choć wiedziałam, że mój wybór jest zły. Wiedziałam, że nie jestem szczęśliwa, a mimo to zaczęłam przygotowywać się na ów wielki dzień. Dzień, który powinien być najpiękniejszy w życiu każdej kobiety. Jednak coś mnie gryzło, nie dawało spokoju. Cieszyłam się z każdego opóźnienia. Z tego, że wolne terminy na wynajęcie sali są dopiero za dziewięć miesięcy. „Dziewięć długich miesięcy” – odetchnęłam z ulgą.

Związki dojrzewają tak jak owoce. Tylko że czasami owoc przedwcześnie gnije i nie da się go już zjeść. Bez sensu jest się zmuszać do jedzenia czegoś, co jest niesmaczne i pozbawione jakichkolwiek wartości. Od takiego owocu można się pochorować.

Od lat towarzyszyło mi wspomnienie pewnego mężczyzny, w którym skrycie się podkochiwałam. Dużo wody w rzece upłynęło, sporo lat od naszego ostatniego spotkania, a ja wciąż nie potrafiłam go zapomnieć. Miał coś w sobie, coś wyjątkowego, wręcz magicznego. Nie widziałam go już tyle lat, a jednak czułam, że kiedyś się jeszcze spotkamy, po prostu to wiedziałam.

Życie przynosi niespodzianki w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy wszystko wydaje się poukładane i zapięte na ostatni guzik, kiedy człowiek myśli, że już nic go ciekawego nie spotka, wtedy wydarza się coś, co burzy porządek. Wiele razy będę się potem zastanawiała, dlaczego to jedno zdarzenie uruchomiło cały szereg dalszych wydarzeń. Gdybym jednak miała cofnąć czas, nic bym nie zmieniała. Może z wyjątkiem jednego…

Wszystko miało sens. Nawet kiedy toniemy czasem w morzu bezsensu, w tym też jest jakiś sens. Sprawy nabierają wyrazistszych kształtów, gdy możemy spojrzeć na nie z dystansu.

Odnalazłam go przez przypadek. Koleżanka pokazała mi jego profil na facebooku. Było to dokładnie dziewięć miesięcy przed planowanym ślubem, te długie dziewięć miesięcy, które mogłyby się ciągnąć w nieskończoność. I było to też wtedy, kiedy z Darkiem już wszystko wygasło. Wtedy, gdy każdy dzień rozpoczynał się i kończył kłótnią.

Pracowałyśmy z nim kiedyś w jednej z tych wielkich korporacji, gdzie ludzie funkcjonują automatycznie niczym roboty, udając, że siebie nie zauważają. On był inny. Zawsze uprzejmy, uśmiechnięty, przyjazny. Nigdy nikogo nie traktował z góry, mimo iż sam był dyrektorem ds. handlu.

– Kojarzysz go? – rzuciła, otwierając galerię jego zdjęć.

Wciąż był tak samo rozbrajająco przystojny. Mimo kilku siwych włosów, nic się nie zmienił. Promienny uśmiech i te iskierki w oczach. Uśmiechnęłam się do jego zdjęcia.

Napisać do niego czy nie? Dręczyło mnie to pytanie od paru dni. Nie był już wolny, miał żonę. Właściwie czego mogłam się spodziewać? Przystojny mężczyzna wcześniej czy później zostaje usidlony. Zazwyczaj wcześniej.

Patrzyłam na jego zdjęcie i zastanawiałam się, czy jest szczęśliwy, czy kocha naprawdę, czy ma dzieci. Właściwie nic od niego nie chciałam, nie wyobrażałam sobie żadnego love story z moim i jego udziałem. A jednak coś mnie kusiło, by wysłać do niego wiadomość. Jedną niewinną wiadomość.

Pewnego ranka drżącymi rękami zdecydowałam się na ten krok. Pomału naciskałam klawisze klawiatury:

Szanowny Panie M.

Przez Pana się dziś nie wyspałam. Nie śpię już od 7 rano i to w niedzielę :-( Może na początku wszystko wyjaśnię. Otóż znalazłam Pana profil na tym osławionym portalu internetowym i chyba właśnie wspomnienia dotyczące Pańskiej osoby nie pozwoliły mi spać spokojnie :-)

Tak w ogóle to całkiem nieźle Pan wygląda. Inaczej niż kiedy razem współpracowaliśmy. Powiem Panu szczerze, że w tych stalowych garniturach prezentował się Pan bardzo oficjalnie i chłodno (tylko proszę się nie obrażać). Dużo lepiej prezentuje się Pan w sportowych ciuchach, co mogę ocenić na zdjęciach :-)

Pozdrawiam,

Kinga

Po naciśnięciu „wyślij” nie słyszałam nic poza biciem własnego serca. Zimny pot oblał mi skronie, usta spierzchły, a w gardle pojawiła się dziwna suchość. Bałam się. Bałam się, że nie odpisze, bałam się, że zlekceważy mnie albo uprzejmie da do zrozumienia, żebym nie zawracała mu głowy.

Minął dzień, drugi, trzeci, tydzień i nic, zero odpowiedzi. Klikałam w pracy na swój profil – NIC! W domu też wchodziłam na skrzynkę odbiorczą, nic! A kiedy już straciłam nadzieję, zobaczyłam wiadomość. Wiedziałam, że musi być od niego, czułam to. Nie myliłam się, bo w okienku nadawcy widniało „M.”.

Witam, Pani Kingo!

Składam pełną samokrytykę i biorę na siebie całą winę za wczesną pobudkę. Aczkolwiek w takiej wczesnej pobudce jest ukryta propozycja, by spędzić dzień inaczej niż zwykle. Pójść do kina, na spacer, uporządkować listy od wielbicieli lub po prostu zrobić coś, co się lubi, a potem się zdziwić, że tyle się wydarzyło, a tu wciąż wczesna pora. Polecam się następnym razem ;-)

Mam przeczucie, że jest coś jeszcze oprócz słusznej bury, co chciała mi Pani w swoim liście zakomunikować. Czy się mylę? ;-)

PS. Fakt, w garniturze jestem chłodny jak stal, zgadzam się. Też się wtedy nie lubię.

PS2. A dlaczego piszemy do siebie per Pan/Pani?

PS3. Bardzo lubię to Twoje zdjęcie z kotkiem. Twoje oczy są na nim pełne blasku.

Pamiętam to jak dziś. Ujął mnie jego uśmiech. Mężczyźni tak rzadko się uśmiechają, a on uśmiechał się niemal cały czas. Inteligencja robi na mnie wrażenie, męskość robi na mnie wrażenie, siła charakteru też. Ale najbardziej ujmuje mnie piękny uśmiech. W uśmiechu kryje się zrozumienie drugiej osoby. Uśmiech oświetla ciemne zakamarki naszej duszy. Kiedy się uśmiechał, mrużył ciemne oczy, osłaniając je długimi, ciężkimi rzęsami.

– Dzień dobry! – rzucał w moją stronę z uśmiechem na twarzy i mój dzień zaczynał się naprawdę dobrze.

– Dziękuję pani – uśmiech od ucha do ucha, ukazujący równe zęby.

– Co ja bym bez pani zrobił – zalotne spojrzenie i ta radość bijąca od niego.

Tych kilka słów rzucone w ciągu ośmiu godzin pracy powodowało, że moje serce szybciej biło. Zabujałam się w nim po uszy. Snułam fantazje na jego temat. Widziałam siebie w jego ramionach, wyobrażałam sobie, jak jemy razem kolację przy świecach, jak jego dłoń otula moją dłoń. Na tym się jednak wszystko kończyło. Nieosiągalny, niedostępny, mężczyzna nie dla mnie. Jeździł wypasionym audi, ja autobusem, ubierał się u Armaniego, ja w centrum handlowym, zwiedził pół świata, ja byłam tylko w Grecji.

Raz podwiózł mnie do domu, raz udało mi się z nim zatańczyć. Tyle. Dyrektor i asystentka. Nie przekraczaliśmy służbowych kontaktów.

Panie M.,

cieszę się, że Pan odpisał. Postaram się odpowiedzieć na Pańskie pytania. Po pierwsze, piszemy do siebie per Pan/Pani, gdyż nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek przeszli ze sobą na „ty”.

Co do ukrytych podtekstów, nie ma żadnych. Napisałam do Pana, gdyż jestem strasznym śpiochem i nie znoszę, kiedy jakieś nieprzyzwoite myśli zaprzątają mi głowę ;-)

Musiałam się z kimś podzielić swoim nieszczęściem, a że było to przez Pana, więc stwierdziłam, iż słusznie należy się Panu bura.

A teraz chyba się zanosi na kolejną burę – ale Pan sobie nagrabił ;-) Nie znoszę, jak ktoś zwraca się do mnie „Pani Kingo”, po prostu dostaję gęsiej skórki i wysypki na całym ciele. Jak już, to Panno.

Dziękuję za komplement, proszę jednak mnie już więcej nie onieśmielać.

Buziaki, a co ;-)

K.

PS. Żeby nie czuł się Pan w tym garniturze tak kiepsko, może spróbuje Pan włożyć jakiś inny kolor, np. wściekły pomarańczowy :-)

Z każdym kliknięciem, napisanym do niego słowem odrywam się od szarej rzeczywistości. Żadne złe słowo wypowiedziane przez Darka już nie boli. Zobojętniałam.

Obojętność jest gorsza od nienawiści. Jeśli kogoś nienawidzimy, to znaczy, że coś do niego czujemy. Jeszcze buzują w nas jakieś emocje. Jeszcze jest szansa. A obojętność nie motywuje do działania. Obojętność wbija zimne, skostniałe palce w moje serce.

Uciekam w marzenia o tym drugim, mimo że wiem, że są nierealne, zamknięte w kręgu szarej codzienności.

Cześć,

Czy to możliwe, byśmy nawet podczas tańca mówili do siebie Pan/Pani…? A wtedy gdy podwoziłem Cię, też rozmawialiśmy z zachowaniem grzecznościowych form? Stanowczo zatem nigdy więcej Pani Kingi, raczej Mademoiselle. Co do komplementów, to uważam, że naprawdę świetnie wyglądasz. Jeniffer O‘Connelly to Twoja starsza siostra? Jesteś do Niej podobna.

PS Od kiedy rzuciłem pracę w koncernie, rzadziej chodzę w garniturach i krokiem dużo bardziej luźnym. Mimo wszystko pomarańczowe mogę ubrać co najwyżej majtki. Garnitur… hmm, ciągle nie osiągnąłem tego poziomu.

Powiedz mi, jaka jesteś? Czy jesteś prawdziwa w tych naszych mailach? Czy udajesz, boisz się odkryć?

Można Ci ufać? Mi możesz zaufać.

Buziaki, a co ;-)

M.

Analizuję każde zdanie, które do mnie pisze. W każdym słowie doszukuję się ukrytych podtekstów. Niby wszystko jest w formie żartów, a jednak… Ile można marzyć o kimś i śnić beznadziejnie? Beznadziejnie tęsknić za jakąś mrzonką? Gnać za marzeniami, wiedząc, że i tak odpadnie się w przedbiegach? Wystarczała mi świadomość, że on jest gdzieś tam, że ma się dobrze, że ma swój świat. To było za mało. Nigdy nie poczuć jego dotyku, nie posmakować jego ust, nie móc spojrzeć mu w oczy… Beznadziejna sytuacja.

Kim jestem dla niego? Kim on jest dla mnie? Kilka zdjęć, jedna piosenka, garść komplementów. Fikcja taka sama jak wiele innych internetowych znajomości, odgrzebanych „starych miłości”. Ktoś kiedyś powiedział, że „stara miłość nie rdzewieje, ale serce zardzewiałe już nie to”. Jak to jest z tą starą miłością? Faktycznie nie rdzewieje? Czy to rzeczywiście prawda? Każdą staroć można przetrzeć ściereczką, oczyścić z kurzu, odszlifować, przelać odrdzewiaczem i nabłyszczyć. Ale co dalej?

Wspomnienia to piękny materiał, tylko mało budowlany. Mogą najwyżej posłużyć do dekoracji wnętrz. Sentyment nie jest doradcą na całe życie. Dziś wydawało mi się, że zakochałam się na nowo, że wszystko mi się z nim kojarzy. A tymczasem on kojarzył mi się z moimi dawnymi emocjami, wyobrażeniami. To było jakiś czas temu, gdy byłam jeszcze beztroska, miałam przed sobą perspektywy, szalone pomysły. Czas nie stanął w miejscu. Czas, który pędzi jak szalony, zmienił zarówno mnie, jak i jego. I ten sam czas nie pozwolił zapomnieć.

Czy nie gonię przypadkiem za czymś, czego już dawno nie ma, a tak naprawdę nigdy nie było? Dziś przychodzę do niego inna, bogatsza o doświadczenia, które bynajmniej nie ułatwiają życia. On też ma już za sobą historię, która zmieniła jego życie emocjonalne. Nie wiadomo, czy te historie będą do siebie przystawać. Czy mamy jeszcze jakikolwiek wspólny punkt zaczepny? Zresztą nie mogę o nim myśleć jako o potencjalnym kochanku; on ma przecież żonę. A małżeństw się nie rozbija, choćby nie wiem co.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z drugiej jednak strony rzeka nigdy nie jest ta sama; zmienia się podobnie jak ludzie. Zawsze istnieje ryzyko utonięcia, ale czy nie warto wejść drugi raz nawet do tej wody, w której kiedyś się podtopiliśmy? Oczywiście nie po to, żeby utonąć, ale by udowodnić sobie, że umiemy pływać.

Pamiętał, że mnie podwoził gdzieś, kiedyś, tyle to już lat… Pamiętał, że tylko raz udało nam się zatańczyć. Tylko raz. Cóż, było, minęło… Nic dwa razy się nie zdarza. Takie nieistotne wspomnienia wykasowuje się z pamięci. Po co niepotrzebne sprawy mają zaśmiecać nam umysł? Przechowujemy w głowie tylko to, co dla nas ważne: cudowne wspomnienia, kolorowe chwile szczęścia, pierwszy pocałunek, zauroczenie, największą miłość. Skoro więc po sześciu czy siedmiu latach pamiętał…

Zaczęliśmy ze sobą korespondować. Maile przychodziły z dużą częstotliwością. Na początku jeden dziennie. Potem dwa, trzy. Z czasem dochodziliśmy do dziesięciu.

Cześć!

Hmm… Chyba zaczyna mnie przerażać to nasze pisanie. Za często, za dużo. Zadaję sobie pytanie: dlaczego? Mam narzeczonego, ślub za pół roku, ty masz żonę. Chyba trochę to nie fair z naszej strony, że korespondujemy ze sobą za ich plecami.

A może to jest tak, że czasami lepiej po prostu porozmawiać z osobą, której nie widzimy i tak do końca nie znamy. Dlaczego? Może dlatego, że nie radzimy sobie w rzeczywistym świecie, mamy mało czasu, szukamy wrażeń, ekscytacji, zrozumienia, przyjaźni, ciepłego słowa, kogoś podobnego do nas, a może całkiem odmiennego.

Żadne skupisko wyświetlanych liter nie zastąpi dotyku, pełnych podniecenia spojrzeń, ale wystarcza do budowy pięknej konstrukcji poznawczej.

Dałeś mi dużo do myślenia. Napisałeś, że wciąż udaję przed Tobą, jaka jestem. Tylko widzisz, ja sama nie wiem, jaka jestem. Czasami rozmemłana, czasami zdrowo szurnięta, czasami żyję z dnia na dzień, a czasami jestem cholernie rozważna i wszystko dziesięć razy przemyślę, zanim coś zrobię. Nie wiem sama, kim jestem. We mnie siedzi kilka King i każda wychodzi kiedy indziej. Nie miałabym po co przed Tobą udawać.

Sama nie wiem, dlaczego do Ciebie piszę. To mnie przeraża. Bo co innego mieć do czynienia z człowiekiem, którego się zna, i pisać do niego, a co innego pisać do człowieka, z którym w realu zamieniło się kilka zdań, a potem nagle, ot tak, wymienić z nim maile stronicowe.

Nie, nie udaję przed Tobą. Po, co? Jaki miałoby to sens? Widzisz, taka znajomość jest bezpieczna. W każdej chwili Ty możesz wyłączyć komputer albo ja mogę wyłączyć. Możemy zamilknąć i to, co zostało powiedziane, zostanie gdzieś tam pogrzebane na łączach :-)

Pytasz, czy można mi ufać. Nie wiem, nikogo jeszcze nie zdradziłam, ani przyjaciela, ani faceta. Więc chyba można mi ufać. Tylko samemu trudno się ocenić, prawda? I trzeba się też zastanowić, kiedy zaczyna się zdrada. Moja koleżanka mi kiedyś tak powiedziała: „Bo ty masz dla innych inne wytłumaczenie moralności i zdrady, a dla siebie inne”. Czy zdrada zaczyna się, jak powiesz komuś sekret innej osoby, czy jak ją zdradzisz fizycznie, czy jak myślisz za dużo o innej osobie, będąc w związku? No i inna jest zdrada przyjaciela, inna partnera.

Kończę. Czasami mi naprawdę głupio, że do Ciebie piszę. Jak piszemy tak swobodnie, jak żartujemy, to myślę, że jest ok. Ale gorzej, jak się człowiek otworzy, to tak dziwnie. Wszystkie bebechy i ta dusza na tacy podana :-) Ta druga osoba może je rozgrzebać i wtedy będzie bolało. Oj, nie wiem, czy zrozumiesz, o co mi chodzi. Tak czy siak, trzymaj się ciepło. Buziaki.

A jeszcze Ci napiszę, że boję się, że to wszystko jest iluzją. Znalazłam sobie – a raczej wmówiłam, że mam – internetowego znajomego i do niego piszę. Boję się, wielu rzeczy…

I co, jestem już teraz dla ciebie prawdziwa? Czasami jestem taka, a czasami taka. Chcę żebyś wiedział, że jestem prawdziwa. Jak myślisz, co możemy sobie dać?

Gdzieś z samego dna pamięci wydobywają się zdarzenia, o których zdawałoby się już dawno zapomnieliśmy. Czym są wspomnienia? Czy tylko swego rodzaju fotografią, która przypomina nam o chwilach z przeszłości, czy może czymś więcej? Ulotne chwile, które żyją gdzieś w sercu. Poukładane w szufladkach na dnie duszy. Te zakurzone i te, po które sięgamy często. Nie pamiętamy niektórych, część z nich już nie jest taka wyraźna jak dawniej, straciła kolor i blask. Może po pewnym czasie spojrzymy na przeszłość inaczej, przez pryzmat doświadczeń, może będziemy żałowali niewykorzystanych chwil, niewypowiedzianych myśli, ale będziemy pamiętać – o tych kilku chwilach szczęścia, które przetykały niczym złote nitki szarość dnia, o upadkach i cierpieniu, błędach młodości. O tym, co było wczoraj, tydzień temu, o tamtych wakacjach… O rozstaniach i powrotach, słodkim uśmiechu, słonych łzach, cierpkich słowach, nieprzespanych nocach, złotym piasku i wzburzonym morzu.

Wspomnienia to słodki zapach jaśminu, poczucie bezpieczeństwa i miłości. To jest to coś, czego nam nikt nie zabierze, nasz najcenniejszy skarb. Wspomnienie pierwszej miłości, takiej prawdziwej i chyba najpiękniejszej, bo właśnie pierwszej i czystej, pozbawionej zazdrości, ufnej. Zakopane i ta ławka w parku, obok zbita latarnia, która nie świeciła. Pocałunek, którym obdarzył mnie mój pierwszy chłopak tej parnej, gwieździstej lipcowej nocy. Choć minęło już tyle lat, wciąż pamiętam delikatny dotyk jego ust, błękit jego oczu. Wydobywam z dna serca wszystkie chwile, które już minęły, odkurzam je i pielęgnuję. Dla mnie będą zawsze trwały.

Smaki, zapachy, miejsca sprawiają, że powracają wspomnienia pięknych chwil. Wielkie, czerwone truskawki ze śmietaną i tamte wakacje na wsi z przyjaciółką, zapach Hugo Bossa i ten przystojny mężczyzna z autobusu, tamto drzewo, a na nim wyryte nasze inicjały.

Ileż razy przy dźwiękach muzyki odlatujemy do krainy wspomnień! Każdy ma jakieś utwory, które przypominają mu o minionych czasach, szczęśliwych momentach lub chwilach zwątpienia, o dawnej miłości, o jakimś szalonym tańcu. Są hity, przy których mamy ochotę się uśmiechać, i takie, przy których spływają łzy po policzkach. Wspomnienia mają zwyczaj powracać do nas w najmniej oczekiwanych momentach, głośno krzycząc i dobijając się do drzwi, jakby od tego, czy je wpuścimy zależało ich przetrwanie.

Zwariowane, uczuciowe serce domaga się kolejnych dawek rocka, folku, miłosnych ballad. A jak już polecą pierwsze takty, wtedy ściska nas w dołku, coś dusi w gardle, skóra pokrywa się gęsią skórką… Wspomnienia…

Nie możemy sobie powiedzieć: od teraz nic nie wzbudzi naszych wspomnień.Ciągle będą się pojawiać jakieś ślady z przeszłości i wywoływać jakieś obrazy, zapachy, momenty zapamiętane przez umysł. Rozpalą zmysły, doprowadzą do łez. Od wspomnień nie da się uciec. To idzie za nami. Ciągnie się latami. I dobrze! Niech człowiek ma co powspominać.

Wspomnienia niczym zasuszone w albumie kwiaty. Magiczne, wyjątkowe, zaskakują swoją intensywnością.

Wspomnienia o M. powodują, że uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Otulają mnie melancholią, rozpylają w powietrzu nutkę smutku i żalu. Jego słowa sieją na skórze dreszcze, ocierają się o szept, dają ukojenie.

To było kilka lat temu. Którejś środy, a może któregoś piątku M. poprosił mnie, abym podstemplowała dokumenty. Jak na złość nie mogłam znaleźć firmowej pieczątki. Ręce mi drżały, byłam jak galareta, która rozlewa się na boki, nie trzymałam się kupy. Przy nim nie mogłam się skoncentrować. Przecież gdzieś ta cholerna pieczątka musi być – przeklinałam w duchu. Jest! Była pod stertą dokumentów. Podsunął plik papierów.

– Tutaj mam podstemplować? – zapytałam drżącym z podniecenia głosem.

– Może być – nachylił się delikatnie w moim kierunku. Poczułam ciepło bijące od niego, cudowny zapach perfum, ostry, męski, zakończony korzenną nutką. Ciarki przebiegły przez moje ciało, fala gorąca uderzyła do głowy, rozlała się w piersiach.

– Coś jeszcze?

– Jeszcze chwilę na panią popatrzę.

– Stwierdza pan czy pyta o pozwolenie?

– M., przepraszam za spóźnienie – bezceremonialnie przerwał nam któryś z kontrahentów. Może to i lepiej, bo chyba rozpłynęłabym się albo zemdlała. Zresztą wariant z utratą przytomności nie byłby taki zły. Wpadłabym w jego ramiona, a on by mnie cucił. Zrobiłby mi oddychanie metodą usta-usta…

Wróciłam do rzeczywistości. W górnym rogu monitora migała nieprzeczytana wiadomość.

Odpowiedź od niego:

Hejka!

Chcę, żebyś wiedziała, że cieszy mnie nasza internetowa znajomość. Każdy list od Ciebie wnosi coś nowego do mojego życia. Przede wszystkim uśmiech. Tak mało się ostatnio uśmiechałem, a dzięki Tobie uśmiecham się niemal każdego dnia.

Odkryli to już jakiś czas temu, że internetowe kontakty są bezpieczniejsze i milsze. Dużo ludzi siedzi na czatach, mailach, skypie, będąc w kontakcie z setkami osób, których nigdy nie widzieli. I to przed tymi obcymi osobami się otwierają, bo nie mają nic do stracenia. Jest dużo łatwiej niż w realu. Nie ma tej gorączki, nerwówki i zawsze można szybko zamknąć komputer, gdy coś pójdzie nie tak, jak trzeba. A na spotkaniu twarzą w twarz można co najwyżej uciec, narażając się na śmieszność.

U nas to działa troszeczkę inaczej. My się już widzieliśmy. Rozmawialiśmy ze sobą. Co prawda nie dużo, ale to zawsze coś. Mamy w głowie jakiś obraz tej drugiej osoby. Ty masz swoją iluzję na mój temat, a ja swoją na Twój. Bazujemy na obrazie sprzed jakichś siedmiu lat. Facet był wtedy jeszcze przystojny, nie miał brzucha i łysiny, dziewczyna również zachwycała urodą…

Tak mniej więcej siebie pamiętamy. I na bazie takiego wyobrażenia piszemy do siebie.

Co możemy sobie dać? Myślę, że jest tu kilka obszarów. Pierwszy już wypełniamy – dajemy sobie frajdę z pisania. Kolejny obszar to możliwość odnajdywania oparcia w sobie. Kolejny to flirtowanie bez konsumpcji. Kolejny to flirtowanie, prowadzące do konsumpcji. Kolejny, jeszcze wyższy, to danie sobie miłości, w której oboje nie jesteśmy spełnieni. Od nas zależy, dokąd pójdziemy. Determinują nas okoliczności, na które mamy wpływ, i takie, na które nie mamy wpływu. Co zrobimy, tego nikt nie wie, nawet my – i dlatego to nas tak kręci :-)

Nie widzę powodów do obaw i niepokoju, że w naszej relacji jest coś złego. Nie napisaliśmy sobie ani jednego pikantnego zwrotu erotycznego, nie ingerujemy w swoje życie, więc jest bezpiecznie. Na razie :-)

Czemu się odezwałem? Bo zawsze Cię lubiłem. Wydawałaś mi się sympatyczna i miałaś coś w oczach, jakąś cudowną energię, siłę i wielką radość z życia. To mnie w Tobie zachwyciło. Poza tym, nie będę ukrywał, bardzo mi się podobałaś. Sprawiałaś wrażenie takiej nieosiągalnej piękności, co jeszcze bardziej mnie do Ciebie ciągnęło.

Pozdrawiam gorąco,

M.

Niedopowiedziane myśli. Zdania, które dokańczałam sobie sama w głowie.

Postanowiłam odpisać mu po Nowym Roku. Nie mogłam zepsuć sobie Sylwestra, biegając wciąż do komputera i sprawdzając, czy odpisał na mail, czy też nie. Myślałam o nim w każdej wolnej minucie. Myślałam o nim, kiedy wybiła północ i wszyscy składali sobie życzenia. Popatrzyłam w niebo i posłałam mu ciepły pocałunek. Było czarno od nocy, gdzieniegdzie tylko błyskały światła latarni. „Szczęśliwego Nowego Roku, M. Mam nadzieję, że ten przyszły rok da nam szansę”. Co ja mówię? Szansę na co? Chciałam cofnąć te słowa, które przed chwilą wypowiedziałam na głos. Nie dało się. Życzenie zostało wypuszczone w świat.

Kiedy go poznałam, miał trzydzieści cztery lata, a ja dwadzieścia trzy. Mimo młodego wieku byłam dość dojrzała, a na pewno miałam poukładane w głowie. Rozważna studentka, dorabiająca jako sekretarka i chłonąca wiedzę, bo raziła ją głupota.

Minęły lata. On skończył czterdzieści jeden, ja trzydzieści. Zauroczona w nim tak samo jak wtedy, niczym jakaś smarkula, która za dużo sobie wyobraża. Pozwoliłam na to, by moje życie podporządkowało się jakiejś wirtualnej znajomości. Zafascynował mnie, dodał cukru do gorzkiej kawy, trochę śmietanki i znów mogłam delektować się wspaniałością życia. Mroczne niebo samotności rozświetliła gwiazda nadziei.

Witaj,

mnie też cieszy nasza wymiana mailowa. Daje mi dużo radości, jest oderwaniem od szarych dni. Kiedy znajduję w skrzynce wiadomość od Ciebie, mój dzień robi się wspaniały.

Masz rację, możemy dać sobie dużo, oby tylko nie przekroczyć wyznaczonej granicy. Ale gdzie ona jest?

To, co zrobimy, dokąd pójdziemy, zależy tylko od nas.

Minęło tyle lat. Zmienił nas czas.

Chciałabym, żebyś nie postrzegał mnie tylko przez pryzmat mojej urody. Miałam kilka sytuacji w swoim życiu, które zraziły mnie do mężczyzn. Chcieli mieć moje ciało, reszta ich nie obchodziła. A ja oprócz ciała mam coś więcej do zaoferowania. Jestem wrażliwą osobą, mam serce, duszę…

Życzę Ci cudownego dnia.

Kinga

Odpisał po kilkunastu minutach. Jakby czekał na moją wiadomość, tych parę słów na szklanym ekranie. Nadzieja na dalszy kontakt. Czas skradziony żonie, nie mój czas, nie nasz.

Nie znamy się, ale dostrzegam nie tylko Twoją urodę. Nie ukrywam, bardzo mi się podobasz. Fascynuje mnie cała Twoja osoba.

Atrakcyjna kobieta oznacza całe mnóstwo przejść z facetami i niejasnych sytuacji. Gdzieś kiedyś w filmie ktoś powiedział (a ściśle, biskup do młodej dziewczyny), że uroda to przekleństwo. I coś w tym jest. Uroda, zewnętrzny wygląd jest jak kostium, maska, który separuje tego człowieka od innych ludzi. Bo co widzą mężczyźni, kiedy do pomieszczenia wchodzi ładna dziewczyna? Co widzą inne, mniej atrakcyjne kobiety? Nie widzą nic poza opakowaniem. A w środku być może jest niezwykłe piękno innego rodzaju, wrażliwość i całe pokłady miłości.

Istnieje stereotyp, że piękna kobieta to pusta lalka, która nie potrafi myśleć i nie grzeszy inteligencją. Jak długo takie kobiety muszą udowadniać, wykazywać przed innymi swoje osiągnięcia, aby odklejono od nich tę etykietkę!

Piękno może być wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Chociaż to wewnętrzne jest po stokroć cenniejsze. Niektórzy szczęściarze mają to i to…

Jesteś piękną, atrakcyjną, wrażliwą kobietą. Nie chcę, abyś pomyślała sobie, że chcę Cię wykorzystać.

Myślę, że nadal będziesz chciała ze mną utrzymywać kontakt, może nawet kiedyś uda nam się spotkać?

Buziaki

M.