Wydawca: Inpingo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Jóźwa Szymczak - Waleria Marrene-Morzkowska

Pozytywistyczna nowela z 1882 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Jóźwa Szymczak - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Jóźwa Szymczak - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Jóźwa Szymczak

Warszawa 2012

[Jóźwa Szymczak]

Jóźwa Szymczak siedział podparty w karczmie na ławie, przy nim stał półkwaterek blaszany wysączony do dna i leżała czapka barania, spłowiała już i wytarta od długiego noszenia. Bo też był to koniec zimy, na dworze szalał wicher marcowy i siekł w oczy krupami śniegu, które padając na ziemię, rozpływały się w czarne błoto, a tylko na dachach bielały chwilę, zanim kroplami staczały się i kapały ze strzech słomianych.

Toć nie dziw, że chociaż to był dzień powszedni, ludzie gromadzili się w karczmie. Jaki taki zaglądał tutaj, żeby się rozgrzać, a że wstępowali i przejeżdżający gościńcem, więc w karczmie gwarno było i ludno. Izba to była duża, zadeptana, z wysokim pułapem z oknami wychodzącymi na gościniec. Przez nie widać było błotnistą drogę, pełną wielkich kałuży i kamieni gdzieniegdzie sterczących, ciągnącą się pomiędzy bielejącymi jeszcze śniegiem polami i gęsi wałęsające się koło karczmy, i kwiczący dobytek, i obłamane wierzby przy drodze z obdartymi pniami i młodymi gałązkami rozwianymi wichrem.

Wszystko to było brzydkie, smutne, opuszczone i powleczone czarnym kolorytem, jak niebo ołowiane, ciemniejące nad lasem, które sypało nieustannie mokrym śniegiem.

Nie było tu jednak żadnej poetycznej duszy, która by odczuwała smutek natury. Kumoszki i gospodarze wstępujący do karczmy, częstowali się wzajem kieliszkiem wódki, przepijali do siebie, zamieniali po parę słów ze szpakowatym Moszkiem, który za szynkwasem palił krótką fajeczkę i nalewał półkwaterki, w czym pomagała mu gorliwie kilkunastoletnia Fejga, piegowata Żydóweczka o wielkich czarnych oczach i włosach rudych jak miedź roztopiona.

Tym sposobem w karczmie przewinęła się niemal wieś cała, każdy zakręcił się, pogadał, roześmiał, lub zaklął i wyszedł, tylko Jóźwa Szymczak nie ruszał się z miejsca. Niby patrzył, a nie patrzył na przechodzących koło niego ludzi i nie zdawał się zważać na ich spojrzenia ani gadania.

Był to człowiek młody jeszcze, muskularny, barczysty, ciemne włosy gęste i kręcone spadały mu na czoło pokryte bruzdami frasunku czy troski, bo wiek jeszcze nie miał czasu wyżłobić się na nim. W twarzy jego przyciemnionej od promieni słonecznych, od wichrów i dżdżów zimowych, widną była jakaś energia i determinacja, która w innych warunkach mogła była nadać jej sympatyczny charakter i uczynić z tego silnego wieśniaka typową postać niezmordowanego pracownika. Wpatrzywszy się w nią głębiej dostrzegało się słodycz wielką w zarysie ust i ślady na nich dawnych uśmiechów, ale teraz determinacja i energia w połączeniu z ponurym wyrazem czyniła ją przykrą.

Nie wiadomo, czy myślał on o czym, a przynajmniej jeśli myślał, czy umiał sobie z tych myśli zdać sprawę. Najprędzej myśli jego jak myśli dziecinne błąkały się bez kontroli i ładu. Zapewne snuły się one około wichru, który wyrywał mech ze szpar w jego chałupie i obdzierał poszewkę ze strzechy, około wody, co zalewała puste doły po wygnitych kartoflach, a może około przednówkowego głodu, który w podobne lata zaglądał gęsto do chat kilkumorgowych osadników, zwłaszcza, gdy gąb do jadła było wiele, a mało rąk do pracy, a może około postaci schorowanej kobiety jego Jagny i dzieciaków, których było troje.

Ale nie, nie musiał myśleć on o nich, bo wówczas zamiast siedzieć w karczmie, poszedłby za jakim zarobkiem, którego przecież zdrowym rękom u nas nie brakuje. Jóźwa był chłop dobry i pracowity, a choć teraz popadł w biedę, nie była to jego wina. Od jakiegoś czasu wszystko mu szło oporem, jak gdyby kto zamówił. Krowa mu się zmarnowała, woły podupadły tak, że je dorznąć musiał. Dziecko dał Bóg czwarte, ale wykosztował się tylko na chrzciny i musiał zaraz sprawić pochowek, a kobieta jak zaniemogła, tak przez całą zimę nie przyszła do siebie, kaszlała i kaszlała, a wymizerniała, a schudła i sczerniała, że nikt nie mógł w niej poznać tej Jagny, którą niegdyś nazywali białą Jagną dla jej urody.

Jaki taki, przechodząc koło Jóźwy spoglądał na niego i miał ochotę zagadać, aż wreszcie jedna z kobiet, w takich razach kobiety bywają śmielszej natury, podeszła ku niemu i rzekła.

– Jak się macie kumie?

Miała prawo w ten sposób odzywać się do niego, bo trzymała mu do chrztu jedno z dzieci.

Jóźwa podniósł głowę, jak człowiek ze snu zbudzony, ale nachmurzył się jeszcze bardziej i mruknął przez zęby tak, że trudno go było zrozumieć.

– Jak się mam, to mam.

I podparł się znowu nierad widocznie wdawać się w gawędkę.

Jednak kuma jego Michałowa, pospolicie Michałką zwana, nie zraziła się tym opryskliwym tonem. Podeszła bliżej jeszcze.

– Cóż to u was święto dzisiej czy co, że tak siedzicie za stołem?

Jóźwa spojrzał na nią, a oczy mu zabłysły gniewem.

– A wam, co do tego? – zawołał.

Michałka nie dała się zbić z tropu tym wybuchem, podparła się pod boki, jak zwykła była robić, kiedy czuła, że ma słuszność po sobie i zawołała.

– Chyba Boga w sercu nie macie, żeby tu przepijać pieniądze, kiedy tam wasza mrze, głód w chałupie.

Jóźwa zerwał się i można było myśleć, że rzuci się na Michałkę za jej śmiałość. Ale to tak się tylko zdawało. Przez chwilę patrzył na nią i mruczał coś niezrozumiałego, postąpił do szynkwasu i na złość chciał zawołać.

– Hej, jeszcze półkwaterek.

Przecież nie powiedział nic, tylko w milczeniu sięgnął po czapkę, leżącą na stole, wcisnął ją na uszy i wyszedł z karczmy nie powiedziawszy nikomu słowa, nie kiwnąwszy głową, drzwi zatrzasnął, że o mało z zawias nie wypadły i można było widzieć przez okno, jak kroczył powoli błotnistą drogą ku chacie, znajdującej się po drugiej jej stronie, na samym końcu wsi, a wiatr rozwiewał mu ciemne kędziory włosów i poły kożucha.

Po wyjściu Jóźwy przez chwilę była cisza w karczmie, aż wreszcie kobiety otoczyły Michałkę.

– Dobrzeście mu powiedziała kumo – odezwały się chórem.

Zwycięstwo to jednak i uznanie powszechne nie robiły na niej wielkiego wrażenia, przyszła tutaj za interesem, chciała kupić funt soli, którą zawsze szynkarz miał na sprzedaż, a chociaż wiedziała z doświadczenia, że funty u niego były mniejsze i droższe niż w mieście, to przecież za takim małym sprawunkiem nie chciała chodzić mile drogi. Zbliżyła się do szynkwasu i zaczęła wydobywać parę groszy schowanych w węzełku.

– A na co wy mnie Michałowa ludzi z karczmy wyganiacie – zaczął Mosiek, odważając starannie funt soli, którego ona z oka nie spuszczała.

Kobieta rozśmiała się, pokazując, jak często u wieśniaczek bywa, dwa rzędy ślicznych białych zębów wśród ust szerokich, otwartych od ucha do ucha.

– Ot, dużo też wam przyjdzie z takiego Jóźwy, dużo by wam zapłacił.

– No, co zapłacił, to zapłacił! to swoja rzecz! już my się tam pogodzimy!

Zgoda ta jednak nie trafiała do przekonania Michałki.

– Ot! namazaliście pewno już na niego pogański rachunek.

Żyd niewzruszony odrzekł z uśmiechem.

– Na to on ma być pogański, potrzeba mu soli, przyjdzie do mnie, potrzeba mu garstki mąki, ba! i mleka dla dzieci, przyjdzie do mnie.

– A po wódkę do was nie przyjdzie?

– Co by to była za karczma, żeby w niej wódki nie było. Dlaczego ja jemu nie mam dać, dopóki wiem, że Jóźwę stać na zapłatę. No, ale jak wy Michałowa powiadacie, że nie trzeba...

– E! kto tam z wami końca dojdzie – oburknęła się kobieta. – Juści jak bieda, to do Żyda! gdzież on pójdzie, we wsi takich bogaczy nie ma, a kto ma więcej, to chowa dla siebie, bo taki rok nastał, że kartofle ludziom pogniły i dobytek się pomarnował i kto tam wie, jak nowego chleba doczekać.