Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 165 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Józki, Jaśki i Franki - Janusz Korczak

Rozpoczynają się wakacje 1908 roku, a wraz z nimi kolonie w Wilhelmówce. Stu pięćdziesięciu chłopców o niespożytych zasobach energii stara się wcielić w życie szalone pomysły, właściwe bezbrzeżnej dziecięcej wyobraźni. Historia przekomarzań, bezgotówkowych interesów, silnych a krótkotrwałych fascynacji zdaje się nie mieć końca. Skąpany w letnim słońcu rozgardiasz starają się opanować wychowawcy, którzy dają chłopcom zarówno mnóstwo swobody, jak i poczucie bezpieczeństwa.

Świat na kolonii nie jest jednak idealny – wakacyjna beztroska przeplatana jest codziennymi problemami: P. starszy, S. i B. zniszczyli ptasie gniazdo, dyżurni oblizują miód, dziewczynki z pobliskiej kolonii rzucają szyszkami, a Piechowicz cisnął komuś grzybem w oko. Takie sprawy zawsze kończą się ugodą, chociaż prawo obowiązuje wszystkich jednakowo i za męczenie żab obowiązuje kara klęczenia przez dziesięć minut.

 

z recenzji „Króla Maciusia Pierwszego”

Polecam tę książkę wszystkim dorosłym, aby sobie przypomnieli, jak wygląda świat z perspektywy dziecka i dzieciom w wieku szkolnym, aby zobaczyły, że pewne sprawy warto zostawić dorosłym.

mini-kultura.pl

Najmłodszych ma zachęcać do zmieniania świata, ale też uczyć, że każda decyzja ma konsekwencje – dla starszych jest jak zwierciadło, w którym odbijają się wyolbrzymione wady dorosłości.

Monika Stachura, zwierciadło.pl

Opinie o ebooku Józki, Jaśki i Franki - Janusz Korczak

Fragment ebooka Józki, Jaśki i Franki - Janusz Korczak

Ja­nusz Kor­czak

Józ­ki, Jaś­ki i Fran­ki

Ilu­stra­cje: Ma­rian­na Szty­ma

Co­py­ri­ght © by In­sty­tut Książ­ki

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2013

Wy­da­nie I w tej edy­cji

War­sza­wa

Bardzo krótki wstęp

Nie­daw­no ukoń­czy­łem opo­wieść o Moś­kach, Jo­skach i Sru­lach1. Wszyst­ko, co ro­bi­li chłop­cy ży­dow­scy w Mi­cha­łów­ce, było tam do­kład­nie opo­wie­dzia­ne. Książ­ka się po­do­ba­ła2.

I jak­że mo­gły się nie po­do­bać cie­ka­we przy­go­dy aż stu pięć­dzie­się­ciu chłop­ców na wsi?

Opo­wieść o Józ­kach, Jaś­kach i Fran­kach za­pew­ne bę­dzie jesz­cze cie­kaw­sza.

Po pierw­sze, las w Wil­hel­mów­ce jest wiel­ki, więc chłop­cy zbie­ra­ją ja­go­dy i grzy­by, a z ga­łę­zi bu­du­ją sza­ła­sy. – Z sza­ła­sów tych dwie po­wsta­ły osa­dy: Mi­ło­sna i Łysa Góra.

Po dru­gie, obok Wil­hel­mów­ki jest ko­lo­nia dla dziew­cząt, Zo­fiów­ka; a stąd wie­le cie­ka­wych zda­rzeń, jak na przy­kład na­pad na do­mek Pau­lin­ki. – Bo i w Wil­hel­mów­ce jest stu pięć­dzie­się­ciu chłop­ców, a mię­dzy nimi, jak się ła­two do­my­śleć, nie brak po­rząd­nych ło­bu­zów.

Rozdział pierwszyPodróż. – Nudne opowiadanie, którego nie warto słuchać. – Ot, jutro będzie wesoło

Pierw­szy roz­dział Moś­ków po­świę­co­ny był opi­so­wi, jak zbie­ra­li­śmy się na dwor­cu, usta­wi­li w pary, jak ro­dzi­ce że­gna­li się z dzieć­mi, jak wresz­cie ru­szy­li­śmy w dro­gę.

Tam do­zor­ca wy­wo­łu­je z ka­je­tu:

– Fryd­man, Mil­ler, Grin­baum, Brom­berg.

A tu:

– Ko­wal­ski, Gór­ski, Fran­kow­ski, Tre­le­wicz.

Poza tym wszyst­ko tak samo.

W wi­lię po­dró­ży zbie­ra­ją się chłop­cy w biu­rze na Świę­to­krzy­skiej; bada ich le­karz, szewc przy­mie­rza ko­lo­nij­ne obu­wie, fry­zjer strzy­że, gdy kto ma zbyt dłu­gie wło­sy. W dzień wy­jaz­du tak samo do­zor­cy usta­wia­ją ich w pary i po dzwon­ku pro­wa­dzą do wa­go­nów.

Do­zor­ca i tu za­py­tu­je:

– Czy kto z was wor­ka nie zgu­bił? Nie wy­chy­laj­cie się z okien.

– A chłop­cy tak samo pcha­ją się wa­go­nie do okien, wo­ła­jąc:

– Od­suń się, to moje okno. Nie pchaj się, bo ci po łbie na­kła­dę.

In­a­czej w po­wrot­nej dro­dze, kie­dy wszy­scy już do­brze się zna­ją.

Wte­dy każ­de okno zaj­mu­je gru­pa przy­ja­ciół i wza­jem­nie so­bie ustę­po­wać będą:

– Ty te­raz tro­chę po­patrz, po­tem ja znów po­pa­trzę.

I tu rów­nież chłop­cy od­da­ją pocz­tów­ki, żeby co ty­dzień pi­sać do ro­dzi­ców, że do­brze się ba­wią; i tu po­dró­ży to­wa­rzy­szą licz­ne i nad­zwy­czaj­ne przy­go­dy. Jed­ne­mu wę­giel wpadł w oko; ka­za­li mu pluć, żeby wę­giel wy­le­ciał; gdy jed­nak to nie po­mo­gło, do­zor­ca ro­giem chust­ki wy­ło­wił wę­giel z oka i chwa­lił się po­tem:

– A wi­dzisz, a nie mó­wi­łem, żeby się nie wy­chy­lać; wie­dzia­łem, że tak bę­dzie.

To­ma­szew­ski po­wie­wał wor­kiem dla uczcze­nia pa­stusz­ków, któ­rzy kła­nia­ją się albo ję­zyk po­ka­zu­ją po­cią­go­wi; są­siad pchnął go i wo­rek wy­le­ciał. Inny znów chust­ką do nosa że­gnał miesz­kań­ców Wo­ło­mi­na i chust­ka mu wy­fru­nę­ła.

– O, wro­ny, wro­ny… Ooo, bo­cian…

I ani się do­my­śla­ją, że obok na ław­ce sie­dzi Zyg­munt Boć­kie­wicz, któ­re­go już ju­tro na­zwą Boć­kiem – Bo­cia­nem.

– O, ule, ule!

I za­raz ktoś opo­wia­da, jak po­szedł do ula, kie­dy był na wsi u stry­ja, i jak go psz­czo­ły po­gry­zły; mały był jesz­cze wte­dy i głu­pi.

W Tłusz­czu, gdzie po­ciąg się cofa, prze­cho­dząc na inną li­nię3, ko­lo­nij­ni by­wal­cy stra­szą:

– Do War­sza­wy je­dzie­my, o, na­zad wra­ca­my.

A im bli­żej Go­wo­ro­wa4, tym czę­ściej roz­le­ga się nie­cier­pli­we py­ta­nie:

– Czy jesz­cze da­le­ko?

Bo cie­ka­wi są zo­ba­czyć ko­lo­nię i każ­dy in­a­czej ją so­bie wy­obra­ża. Je­den my­śli, że miesz­kać będą na wsi w cha­łu­pach, dru­gi, że ko­lo­nia po­dob­na do domu w War­sza­wie i z dłu­gie­go ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą drzwi do ma­łych po­ko­ików, gdzie sy­piać będą po kil­ku ra­zem. A już nikt nie wie, co to jest we­ran­da, o któ­rej tyle sły­sze­li.

Leon Ko­peć, któ­re­go Ach­cyk póź­niej na­zy­wał Ko­piej­ką – po­czuł głód sro­gi, Le­wiń­ski dał mu pięć ob­wa­rzan­ków; a Boć­kie­wicz za­ja­da chleb z ma­słem i mówi tro­chę do sie­bie, a tro­chę na pró­bę i do do­zor­cy:

– Ja nig­dy jesz­cze nie je­cha­łem ko­le­ją.

– A przy­jem­nie je­chać ko­le­ją?

– Przy­jem­nie – mówi Boć­kie­wicz i za­ja­da chleb z ma­słem. Mały Su­le­jew­ski, nie prze­czu­wa­jąc zgo­ła, że nie­za­dłu­go bę­dzie męż­nym ka­pi­ta­nem okrę­tu – po­pła­ku­je z ci­cha i nos rę­ka­wem wy­cie­ra: sio­stra przy­rze­kła, że na ko­lo­nię go od­pro­wa­dzi, tym­cza­sem po­szła, sa­me­go zo­sta­wi­ła. Och, lo­sie, lo­sie!

– O, pa­trz­cie, jaki owies.

– To żyto, ośle, nie owies.

– A ty co?

Po­ciąg z hu­kiem wiel­kim przez most prze­jeż­dża – i za­raz ktoś za­py­tu­je: „Jak się ta Wi­sła na­zy­wa?”5.

Słu­py wior­sto­we li­czą, spie­ra­ją się, czy mila6 ma sie­dem czy czter­na­ście wiorst – i co by się sta­ło, gdy­by tak chło­pak wy­le­ciał.

– Sta­cja Go­wo­rów!

Mal­cy sia­da­ją na fury; star­si pój­dą pie­szo, bo do Wil­hel­mów­ki nie­zbyt da­le­ko.

Słoń­ce za­cho­dzi, chłod­ny wie­trzyk wie­je. – Da­lej w dro­gę.

Kto ma w Zo­fiów­ce sio­strę albo ku­zyn­kę, ten za­py­tu­je, czy prze­cho­dzić bę­dzie­my koło Zo­fiów­ki i czy dziś jesz­cze pój­dzie­my do dziew­cząt.

– Czy dziś jesz­cze do­sta­nie­my ko­lo­nij­ne ubra­nia?

– Czy ju­tro li­sty bę­dzie­my pi­sać?

– Kie­dy pierw­szy raz wy­da­dzą ło­pa­ty do ko­pa­nia?

Bo o ło­pa­tach opo­wia­da­li chłop­cy z po­przed­nie­go se­zo­nu. Py­ta­ją się pa­nów, ale jesz­cze nie­śmia­ło, ale tyl­ko na pró­bę, żeby zo­ba­czyć, czy się nie ob­ra­żą.

– Pro­szę pana, czy na ko­lo­nii są zmo­ry?

– Zmo­ry? Cóż to ma być ta­kie­go?

– Ano, złe du­chy… Bo mó­wią, że ko­lo­nia jest w le­sie, a w le­sie są za­wsze du­chy.

– Nie, na ko­lo­nii nie ma złych du­chów; są tyl­ko do­bre du­chy – wszyst­kie naj­ła­skaw­sze i naj­do­bro­tliw­sze. A w le­sie są grzy­by, po­ziom­ki, ja­go­dy – nie zmo­ry.

Z boku, tro­chę na lewo od szo­sy, czer­wie­ni się gmach mu­ro­wa­ny.

– Już?

– Nie, to do­pie­ro Zo­fiów­ka; tam są dziew­czyn­ki.

Wy­bie­gły przed las i z da­le­ka po­wie­wa­ją chust­ka­mi.

– Wi­wat! – krzy­czą chłop­cy.

Chęt­nie by się za­trzy­ma­li, ale w domu cze­ka­ją z ko­la­cją. Jesz­cze mo­stek, ka­wa­łek lasu, łąka, po­lan­ka. Je­ste­śmy.

– Pa­trz­cie, pie­cu­chy: wy­ście na fu­rach je­cha­li – a my­śmy pie­szo przy­wę­dro­wa­li.

Ko­la­cja, mo­dli­twa – umyć się z dro­gi i jaz­da do łó­żek. A wte­dy opo­wie się, co bę­dzie ju­tro.

Spiesz­nie się myją i raz w raz któ­ryś daje nur­ka do łóż­ka – bo cie­ka­wi, co też im pan o dniu ju­trzej­szym opo­wie. Spiesz­nie się myją i spiesz­nie kła­dą, bo się jesz­cze nie zna­ją i nic nie mają so­bie do po­wie­dze­nia. Spiesz­nie idą do łó­żek, bo jesz­cze są skrę­po­wa­ni i grzecz­ni, bo to pierw­szy wie­czór do­pie­ro.

Wprost nie wy­pa­da pierw­sze­go za­raz wie­czo­ra wleźć pod łóż­ko i prze­cho­dzą­cych ła­pać za nogi albo ukryć się w szat­ni i uda­wać stra­cha, albo scho­wać Tom­ko­wi po­dusz­kę, niby że mu ją skra­dzio­no.

– Czy wszy­scy już leżą?

– Wszy­scy.

– A więc za­czy­nam.

I za­czął pan opo­wia­dać, co bę­dzie ju­tro.

– Rano ha­ła­so­wać nie wol­no, do­pó­ki nie wej­dę na salę i nie po­wiem dzień do­bry; ubra­nia wy­da­my, wa­żyć was bę­dzie­my, pa­znok­cie wam się obe­tnie, ko­lo­nię po­ka­że.

Po­tem pan za­czął co­raz nud­niej mó­wić:

– Trze­ba so­bie wza­jem­nie ustę­po­wać, nie bić się, prze­zwisk nie da­wać, ubrań nie nisz­czyć, zwie­rząt nie mę­czyć, dziew­czyn­kom nie do­ku­czać. – Za­wsze w pierw­szym ty­go­dniu dużo bro­ją chłop­cy: i po cóż – czyż nie le­piej do­brze się spra­wo­wać?

Ale że to, co pan mówi, nie jest zaj­mu­ją­ce, a chłop­cy zmę­cze­ni dro­gą – więc co­raz mniej tych, co słu­cha­ją, a wię­cej tych, co za­snę­li.

Spo­strzegł pan wresz­cie, że wszyst­kich uśpił dłu­gą prze­mo­wą; po­szedł do swe­go po­ko­ju, tyl­ko na wszel­ki wy­pa­dek zo­sta­wił okien­ko na salę otwar­te.

A so­sny już wie­dzą, że nowa par­tia dzie­ci przy­je­cha­ła, i mó­wią:

– Ot, ju­tro bę­dzie we­so­ło.

Rozdział drugiMinister w niebieskiej koszuli. – Już znają Boćka. – Kosieradzki dostał skąpą bluzę, a Zaremba dał dęba

Go­dzi­na pią­ta rano. Po wczo­raj­szej po­dró­ży za­pew­ne śpią jesz­cze wszy­scy? – Jak­byś zgadł: już pół sali roz­ma­wia, śmie­je się, bie­ga – nie­cier­pli­wie cze­ka na ha­sło ran­ne­go wsta­nia.

– Ty gdzie miesz­kasz? – Ty jak się na­zy­wasz? – Ty któ­ry raz na ko­lo­nii?

Od­by­wa się waż­na pra­ca w tym szep­cie, prze­ry­wa­nym śmie­chem: gru­pa roz­glą­da się po so­bie, za­po­zna­je z sobą – na złe czy na do­bre?

Dylu-dylu na ba­dy­lu,

Nie po­trze­ba smycz­ka.

Czar­ne oczy u dziew­czy­ny,

Czer­wo­na spód­nicz­ka.

Snadź pio­sen­ka się spodo­ba­ła, bo roz­le­ga się śmiech gło­śniej­szy.

– Chło­pa­ki, ci­cho, pana obu­dzi­cie.

– No to co? Pro­szę pana, niech pan przyj­dzie, co pan tak dłu­go śpi?

– Ku­ku­ry­ku, wsta­waj­ta, chło­pa­ki. Świe­że bu­łecz­ki cze­ka­ją. Ku­ku­ry­ku!

Moc­ny sen pana, któ­ry na­wet przez otwar­te na salę okien­ko nic nie sły­szy, do­brze uspo­sa­bia chłop­ców. Zga­dły so­sny ko­lo­nij­ne: co­raz we­se­lej na sali. Te­raz się po­je­dy­nek na ręcz­ni­ki od­by­wa; sły­chać głu­che ich ude­rze­nia.

– Po­cze­kaj­cie, jak pan przyj­dzie, to po­wiem, że nie da­je­cie spać.

– Idź, po­wiedz. Pa­trz­cie go: ubrał się w nie­bie­ską ko­szu­lę i prze­wo­dzi. Mi­ni­ster: panu po­wie.

– Mi­ni­ster pocz­ty.

– Li­zuch! Skar­ży­py­ta!

Te­raz je­den mówi pół­gło­sem coś cie­ka­we­go za­pew­ne, bo ci­sza za­le­gła: słu­cha­ją. Na sali, po­wta­rzam, od­by­wa się waż­na ro­bo­ta, gru­pa za­po­zna­je się z sobą i, nie wie­dząc wca­le, już wy­bie­ra tych, któ­rzy jej prze­wod­ni­czyć będą tyl­ko czy w do­brym, czy w złym?

– No, chłop­cy, za­śpie­waj­cie; ja wam po­zwa­lam.

– Ci­cho, bąki wi­la­now­skie7.

– Ty sam bąk.

– Te, pią­ty tam przy drzwiach, cze­go spać nie da­jesz?

Ktoś goni się po sali, inny klasz­cze w ręce.

– Pa­trz­cie, chło­pa­ki, na dole jest ka­ru­ze­la.

Wszy­scy bie­gną do okien, żeby ka­ru­ze­lę zo­ba­czyć.

– Idź, głu­pi! To kie­rat od stud­ni: ko­nia się wprzę­ga i wodę się krę­ci.

– A jak­że: ko­nia. – Może nie? – Wi­dzisz, tam ośka wisi, co się ko­nia przy­przę­ga. – To się nie ośka wca­le na­zy­wa. – A jak? – Ja sam nie wiem. – Jak nie wiesz, to nie ga­daj. – A wiem, bo ośka jest przy ko­łach.

– Chłop­cy, wróć­cie do łó­żek – ostrze­ga ktoś prze­zor­nie. – Pan mó­wił, żeby nie wsta­wać, aż pan przyj­dzie i po­wie dzień do­bry.

– Dziś pierw­szy dzień, to wol­no.

Nie­zu­peł­nie jed­nak są prze­ko­na­ni, że wol­no, bo nie­chęt­nie, ale po­wra­ca­ją do łó­żek.

– Pro­szę pana, niech pan wsta­nie, nam się przy­krzy.

Trzy mi­nu­ty trwa ci­sza, może za­sną jesz­cze?

Złud­ne na­dzie­je – znów sta­nął któ­ryś na środ­ku sali i mówi gru­bym gło­sem:

– Dzień do­bry, chłop­cy, wsta­waj­cie.

A inny, za­pew­ne mi­ni­ster pocz­ty:

– Po­cze­kaj, pana prze­drzeź­niasz. Wszyst­ko panu po­wiem.

Do szó­stej brak wpraw­dzie dwu­dzie­stu mi­nut, że jed­nak nikt nie śpi, a ro­bo­ty pierw­sze­go dnia dużo, więc moż­na wcze­śniej roz­po­cząć.

– Dzień do­bry, chłop­cy.

– Dzień do­bry.

Otwie­ra­ją oczy, pod­no­szą gło­wy – oto spa­li przy­kład­nie, a pan ich obu­dził. Zu­peł­nie jak w po­wia­st­ce dla grzecz­nych dzie­ci. – Ach, jaki ten pan głu­pi, że ni­cze­go się nie do­my­śla.

– A któ­ry to z was jest mi­ni­strem w nie­bie­skiej ko­szu­li?

Pio­run z ja­sne­go nie­ba! Pan uda­wał, że śpi, i wszyst­ko sły­szał.

Co bę­dzie te­raz? Okrop­ne, prze­ra­ża­ją­ce. Sam na­wet mi­ni­ster pocz­ty się stro­pił.

Ale pan się śmie­je. Wszyst­ko sły­szał, a śmie­je się. Wszyst­ko sły­szał i wca­le się nie gnie­wa. – Pan cho­dzi po sali we­sół, trium­fu­ją­cy, jak Na­po­le­on po wy­gra­nej bi­twie: jed­nym uda­nym ata­kiem zdo­był za­ufa­nie dzie­ci, bez któ­re­go nie tyl­ko książ­ki o dzie­ciach na­pi­sać nie moż­na, ale nie moż­na ani ich ko­chać, ani wy­cho­wy­wać, ani do­zo­ro­wać na­wet.

Ośmiu chłop­ców, któ­rzy śpią przy oknach, będą dy­żur­ny­mi okien: obo­wiąz­kiem ich okna rano otwie­rać. Ci, któ­rzy naj­le­piej łóż­ka po­ście­lą będą dy­żur­ny­mi łó­żek – po jed­nym na każ­dym z pię­ciu rzę­dów.

– No, wsta­wać i myć się po­rząd­nie, bo będę uszy oglą­dał.

Zyg­munt Boć­kie­wicz prze­cią­ga się le­ni­wie i za­py­tu­je sen­nym gło­sem:

– Czy ja mam tak­że wstać? Bo ja bym jesz­cze tro­chę po­spał.

Zbie­gło się pół sali, by obej­rzeć chłop­ca, któ­ry by jesz­cze tro­chę po­spał – już wie­dzą, jak się na­zy­wa – już Boć­kiem go prze­zwa­li – już Ach­cyk, przy­szły woź­ny ko­lo­nij­ne­go sądu, wy­ra­ża przy­pusz­cze­nie:

– On bo­cian, to pew­nie się ża­bów najadł i taki te­raz cięż­ki.

A Ła­zar­kie­wicz8 po­pra­wia po­waż­nie:

– Nie mówi się: ża­bów, tyl­ko żab.

Kie­dy pół sali sku­pi­ło się koło Boć­ka, dru­gie pół sali słu­cha cie­ka­we­go opo­wia­da­nia Olka Li­ga­szew­skie­go. Obok Olka śpi Wik­tor. Bu­dzi się w nocy Olek, pa­trzy, a tu nie ma koł­dry – i zląkł się; my­ślał za­pew­ne, że koł­dra wy­fru­nę­ła przez okno jak chust­ka do nosa z po­cią­gu. Za­czy­na bu­dzić Wik­to­ra; Wik­tor pa­trzy, a jego koł­dra leży po dru­giej stro­nie łóż­ka. Koł­dra spaść mu­sia­ła, a on był za­spa­ny, ścią­gnął koł­drę z Olka i sam się w nią owi­nął.

– A ja, pro­szę pana, spa­dłem w nocy z łóż­ka.

– A mnie, pro­szę pana, ko­mar ugryzł.

– To mu­siał być wście­kły ko­mar, pro­szę pana, bo mu taki duży bą­bel wy­sko­czył.

Bie­gną do umy­wal­ni, gdzie są do­bre i złe kra­ny, w złe kra­ny dmu­cha­ją, żeby wię­cej wody le­cia­ło.

– A moje uszy czy­ste, pro­szę pana?

– A moje czy­ste? Eee, pan jemu dłu­go uszy oglą­dał, a mnie tyl­ko tak po łeb­ku.

– Och, jak mi mo­kro w uszach – wzdy­cha ktoś, otrzą­sa­jąc się sro­dze.

Te­raz każ­dy sta­je po pra­wej stro­nie łóż­ka, do­zor­ca roz­da­je bie­li­znę, po­tem spodnie z sza­re­go płót­na, wresz­cie szel­ki i blu­zy.

– Oo, szel­ki z kno­ta zro­bio­ne.

– Oo, jaka luź­na dziur­ka.

– Pro­szę pana – mówi smut­nie mały Ko­sie­radz­ki ze łza­mi w oczach – ta blu­za na mnie za ską­pa.

Za­rem­ba nie cze­kał na blu­zę, bez blu­zy i czap­ki po­le­ciał na we­ran­dę. Spro­wa­dzo­no zbie­ga, a pan taki czte­ro­wiersz uło­żył9:

Ło­buz wiel­ki

Imć Za­rem­ba:

Zła­pał szel­ki

I dał dęba.

Wiersz spo­tkał się z uzna­niem nie mniej­szym niż chust­ki do nosa.

– O, chust­ki w tym roku ład­niej­sze, bo ze szla­kiem.

– A moja bez szla­ka.

– Ale two­ja więk­sza.

– Chcesz, za­mień się. – A twój jaki szlak? – Nie­bie­ski. – Ja chcę czer­wo­ny. – Idź, głu­pi: nie­bie­ski lep­szy. – A nie, bo czer­wo­ny. – A naj­le­piej bez szla­ka.

Trąb­ka wzy­wa na mo­dli­twę po­ran­ną.

Na we­ran­dę – brzmi ko­men­da. Dy­żur­ny sali za­my­ka drzwi na klucz.

Rozdział trzeciNieudana próba. – „Pan zatrąbił, pan zatrąbił”. – Pamiętnik chłopca i podpis z zakrętasem

Kie­dy za­pro­po­no­wa­no chłop­com pi­sa­nie pa­mięt­ni­ków10 i za­po­wie­dzia­no, że tym, któ­rzy je pi­sać ze­chcą, wy­da­ne zo­sta­ną ka­je­ty – wie­lu zna­la­zło się chęt­nych.

– Ja chcę pi­sać, pro­szę pana. – I ja. – I ja tak­że.

Za­czy­na­ło wie­lu, nie wszy­scy jed­nak umie­li; a ci na­wet,

któ­rzy tro­chę umie­li – pi­sa­li parę dni, po­tem im się nu­dzi­ło i prze­sta­wa­li.

Za­nim kto ka­jet otrzy­ma, musi na kart­ce opo­wie­dzieć na pró­bę, jak spę­dził dzień je­den.

Oto nie­uda­na pró­ba An­to­sia:

„Jak rano wsta­łem, pan za­trą­bił i zmó­wi­łem pa­cierz, po­tem pan za­trą­bił i zja­dłem śnia­da­nie, po­tem pan za­trą­bił i po­szli­śmy do ką­pie­li, po­tem pan za­trą­bił i był obiad, i pan za­trą­bił, i po­szli­śmy do lasu”.

– Idź, głu­pi – zgro­mił go ko­le­ga – pan ci nie da ka­je­ta. Nic nie pi­szesz, tyl­ko: „Pan za­trą­bił, pan za­trą­bił”.

– A jak mam pi­sać?

– Jak nie wiesz, to nie pisz, a na po­śmie­wi­sko się nie na­ra­żaj, wi­dzisz.

Po­tem chłop­cy naj­bar­dziej się wy­strze­ga­li, żeby w pa­mięt­ni­ku nie było za dużo: „Pan za­trą­bił”.

Wie­lu chłop­ców pi­sać za­czy­na­ło. Fra­nek Przy­byl­ski, Cha­bel­ski Zyg­munt, Ka­raś­kie­wicz, Fa­bi­siak, Pie­cho­wicz, Gry­czyń­ski Cze­sio, Olek Su­wiń­ski – ale ten zo­stał bur­mi­strzem, ów ka­pi­ta­nem okrę­tu, trze­ci sę­dzią lub pre­ze­sem jed­ne­go z licz­nych to­wa­rzystw – i do koń­ca do­trwa­li tyl­ko: Trosz­kie­wicz i Łę­gow­ski.

Za­miesz­czę tu kil­ka uryw­ków pa­mięt­ni­ka dla tych chłop­ców, któ­rzy by chcie­li kie­dyś też pi­sać – by ich ustrzec od zbyt czę­ste­go i fa­tal­ne­go: „Pan za­trą­bił” – co, jak wia­do­mo, na­ra­ża au­to­ra na po­śmie­wi­sko.

Wy­bie­ram, rzecz ja­sna, uryw­ki naj­cie­kaw­sze.

***

Mój pa­mięt­nik. Wra­że­nia z po­by­tu na ko­lo­nii w Wil­hel­mów­ce.

Pierw­szy dzień na wsi tak spę­dzi­łem.

Wy­je­cha­li­śmy z War­sza­wy we czwar­tek o go­dzi­nie szó­stej po po­łu­dniu. Je­cha­li­śmy ko­le­ją do Go­wo­ro­wa, a po­tem szli­śmy, a młod­si je­cha­li na fu­rach. W Wil­hel­mów­ce pan usta­wił nas w pary i po­sa­dził na ław­ki, że­by­śmy za­wsze tak sie­dzie­li, i roz­da­no ko­la­cję. Po ko­la­cji pan za­pro­wa­dził nas na górę do sy­pial­ni. Gru­pa A i B śpią na dole, a gru­py C i D śpią na pierw­szym pię­trze. Gru­pa E śpi na róż­nych sa­lach, bo są tyl­ko czte­ry sy­pial­nie. W każ­dej gru­pie jest trzy­dzie­stu chłop­ców. Na sali pan po­ka­zy­wał każ­de­mu z nas łóż­ko, dla mnie wy­brał tak­że jed­no łóż­ko i po­ło­ży­łem się, a pan cho­dził po sali i mó­wił, cze­go nie wol­no ro­bić i jak kto ma zmar­twie­nie, żeby przy­szedł do pana. Po­tem nie mo­głem za­snąć, ale za­sną­łem.

Na dru­gi dzień umy­łem się, ubra­łem, po­sła­łem łóż­ko i po­szli­śmy na we­ran­dę. Po paru mi­nu­tach, kie­dy się już wszy­scy ze­bra­li, klę­kli­śmy przed oł­ta­rzem, któ­ry jest na we­ran­dzie, i zmó­wi­li­śmy pa­cierz, a po­tem śpie­wa­li­śmy: Kie­dy ran­ne wsta­ją zo­rze11. Po­tem dy­żur­ni roz­da­li chleb i mle­ko. Po śnia­da­niu pan usta­wił nas w pary i po­ka­zy­wał gra­ni­ce ko­lo­nii, do­kąd wol­no się ba­wić i cho­dzić. Po obie­dzie po­szli­śmy do lasu, ale dziew­czyn­ki nie przy­szły, bo od nich jest da­lej, więc się bały, że bę­dzie deszcz.

Po­tem gra­li­śmy w pa­lan­ta, a po ko­la­cji umy­łem nogi i jak już wszy­scy le­że­li, pan opo­wie­dział hi­sto­rię trzech łó­żek, kto na nich spał przed­tem.

I to jest pró­ba mo­je­go pa­mięt­ni­ka.

So­bo­ta

Dziś by­li­śmy w ką­pie­li. Póź­niej, jak kto umie pły­wać, bę­dzie się mógł ką­pać koło ła­zien­ki, żeby mógł pły­wać.

Po­tem ra­zem z Woj­da­kiem ro­bi­li­śmy dom­ki z pia­sku i mo­sty zwo­dzo­ne, ale chłop­cy nam prze­szka­dza­li i psu­li, więc przy­glą­da­li­śmy się, jak ro­bią inni.

Po obie­dzie gra­łem w war­ca­by, ale chłop­cy za­czę­li krzy­czeć, że chodź­cie, bo pan pusz­cza ogrom­ne­go la­taw­ca. Pan A. pu­ścił go wy­so­ko i świet­nie szedł, bo był duży wiatr, a po­tem pusz­cza­li­śmy pocz­tę do la­taw­ca, ale deszcz za­czął pa­dać, więc go pan ścią­gnął, żeby płót­no nie roz­mo­kło.

Po­tem na we­ran­dzie był sąd na chłop­ca, że mę­czył żabę.

Nie­dzie­la

Dziś jest nie­dzie­la. Oł­tarz był ład­nie ubra­ny i ław­ki były po­pu­sta­wia­ne: za­raz przy­szła Zo­fiów­ka i wi­dzia­łem się z He­len­ką.

Po­tem przy­je­chał ksiądz12 i od­pra­wił mszę, i dziew­czyn­ki ja­dły u nas dru­gie śnia­da­nie.

Po obie­dzie po­szli­śmy z pod­wie­czor­kiem do lasu i pan opo­wia­dał nam baj­ki, jed­ną śmiesz­ną, a dru­gą o kró­le­wi­czu, i czy­ta­łem książ­kę.

Po śnia­da­niu pan B. ma z nami śpie­wy, i na­uczy­łem się pio­sen­ki:

Dni wio­sen­ne za­wi­ta­ły,

Słon­ko ja­sne, pięk­ne świe­ci.

Skow­ro­ne­czek, pta­szek mały,

Z cie­płych kra­jów do nas leci.

Za skow­ron­kiem, mo­ści pa­nie,

Przy­la­tu­jesz, mój bo­cia­nie.

A za boć­kiem ja­skó­łecz­ka,

Za ja­skół­ką ku­ku­łecz­ka.

I sło­wi­czek ulu­bio­ny

Spiesz­nie cią­gnie w na­sze stro­ny.

Po­tem była ką­piel, a po obie­dzie zbie­ra­łem ga­łę­zie i za­czę­li­śmy bu­do­wać sza­łas, któ­ry pierw­szy raz w ży­ciu ro­bię, więc udał się nie bar­dzo.

***

Po śnia­da­niu były śpie­wy, a po­tem pan po­szedł z nami do lasu i sta­wiał stop­nie ze spra­wo­wa­nia, i py­tał się, komu tu jest do­brze i komu źle. Po­tem na­zbie­ra­li­śmy dużo ga­łę­zi i zbu­do­wa­li­śmy sza­łas, któ­ry się udał.

Po­tem znów by­li­śmy w le­sie i jed­na dziew­czyn­ka, któ­rą na­zy­wa­ją Kro­pe­lecz­ka, ład­nie de­kla­mo­wa­ła.

Po pod­wie­czor­ku gra­łem w pa­lan­ta i za­ro­bi­łem dwie mety, a po­tem po­ło­ży­łem się, żeby tro­chę od­po­cząć, ale za­sną­łem i tak moc­no spa­łem, że nie sły­sza­łem trąb­ki na ko­la­cję, lecz się obu­dzi­łem i jesz­cze zdą­ży­łem.

Po obie­dzie, któ­ry się skła­dał z zupy, ka­szy z pie­cze­nią i chle­ba, do­sta­łem ło­pa­tę i ro­bi­li­śmy z Li­ga­szew­skim wały przy sza­ła­sie.

Po desz­czu było w le­sie dużo grzy­bów, ja zna­la­złem dwa praw­dzi­we i trzy ma­śla­ki, i w le­sie je­den chło­piec zgi­nął, ale się zna­lazł. A po­tem roz­ma­wia­li­śmy o wy­pad­kach.

Wczo­raj za­po­mnia­łem na­pi­sać, że były sztu­ki ma­gicz­ne i dwa gro­sze za­mie­ni­ły się na czter­dzie­ści gro­szy.

Tak spę­dzi­łem dzień wczo­raj­szy.

***

Na­uczy­łem się dużo ład­nych pio­se­nek i taką:

Ja tra­twę z li­ści zro­bię,

Zo­ba­czysz ślicz­ną rzecz.

Po­pły­niem z wodą so­bie,

Aż het, da­le­ko precz.

***

Wczo­raj była wiel­ka za­ba­wa w Zo­fiów­ce i te­atr. Roz­two­rzy­ła się kur­ty­na i była mat­ka cho­ra, i mia­ła trzy cór­ki. Przy­szedł sta­rzec pro­sić o go­ścin­ność i one go za­py­ta­ły, jak uzdro­wić mat­kę, i sta­ru­szek ka­zał przy­nieść wody z lasu.

W dru­gim ak­cie przy­szły dwie cór­ki do lasu, ale po­twór je prze­stra­szył i ucie­kły. Po­tem przy­szła trze­cia cór­ka i koło niej anio­ło­wie. Po­twór wy­szedł z wody i po­wie­dział: „Nie dam ci wody, do­pó­ki nie zo­sta­niesz moją żoną”. Ona się zgo­dzi­ła, wzię­ła wody i po­szła do domu.

W trze­cim ak­cie przy­cho­dzi kró­le­wicz i chce się że­nić z tą cór­ką. Bo ten po­twór w le­sie to był za­cza­ro­wa­ny kró­le­wicz.

***

Dużo jesz­cze cie­ka­wych rze­czy mie­ści­ło się w pa­mięt­ni­ku, a na ostat­niej stro­ni­cy było sta­ran­nie na­pi­sa­ne:

„Ko­niec ca­łe­go ka­je­tu, za­pi­sa­ne­go pa­mięt­ni­kiem, co ro­bi­łem na ko­lo­nii, co wi­dzia­łem i co sły­sza­łem”.

I pod­pis au­to­ra z wiel­kim za­krę­ta­sem.