Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Joy Division od środka. Nieznane przyjemności ebook

Peter Hook

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 511 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Joy Division od środka. Nieznane przyjemności - Peter Hook

Historia Joy Division, opowiedziana przez legendarnego basistę grupy. Jej członkowie zostali pionierami współczesnej muzyki alternatywnej i stworzyli własną definicję rocka ery post-punku. Ich brzmienie – mroczne  i hipnotyczne – inspirowało wielu wybitnych artystów. Wizerunek sceniczny muzyków, niegdyś uważany za tajemniczy i niszowy, naśladują dziś rzesze młodych ludzi na całym świecie. Peter Hook, zafascynowany ruchem punkowym, oraz jego szkolny przyjaciel, Bernard Sumner, powołali zespół, do którego którego weszli utalentowany wokalista i autor tekstów Ian Curtis oraz genialny perkusista Stephen Morris. Tych czterech młodych gości wyruszyło w trasę rozklekotanym vanem i oczarowało słuchaczy w całej Wielkiej Brytanii. W 1980 roku zespół doczekał się dwóch albumów studyjnych i zamierzał podbić USA. Tragiczna śmierć Iana Curtisa zniweczyła te plany i pozostawiła głęboki ślad w sercach członków Joy Division. Hook rzuca nowe światło na samobójstwo Curtisa. Z ujmującą szczerością opowiada o przyjaźni, która łączyła członków zespołu. Wspomina także o trudnych momentach w historii Joy Division i opisuje proces, który doprowadził do zakończenia współpracy jego członków.

Opinie o ebooku Joy Division od środka. Nieznane przyjemności - Peter Hook

Cytaty z ebooka Joy Division od środka. Nieznane przyjemności - Peter Hook

Zostałem samoukiem i niestety przypłaciłem to złym nawykiem grania trzema palcami. Gdybym ćwiczył pod okiem nauczyciela, z pewnością zwróciłby mi na to uwagę, ale podręcznik Palmera-Hughesa Book of Rock’n’Roll Bass Guitar nie był zbyt gadatliwy. Grałem trzema palcami – a trzymanie z boku małego palca sprawia, że jestem wolniejszy. Z drugiej jednak strony, dzięki temu stałem się charakterystyczny. Wypracowałem swój styl – gram wolniej, ale bardziej melodycznie od pozostałych basistów. To całkiem nowy sposób grania, który powstał przez przypadek, w wyniku błędów szkoleniowych.
dwóch filmów, które opowiadają historię zespołu, znacznie lepiej nakreślono postać Iana w 24 Hour Party People . Aktor wcielający się w Iana w Control , Sam Riley, troszkę go ugrzecznił. Sean Harris w 24 Hour Party People lepiej oddał jego skomplikowaną osobowość i intensywność, z jaką żył. Oczywiście żaden film nie jest w stanie stworzyć dokładnego portretu Iana, ale moim zdaniem to kreacja Harrisa jest bliższa prawdy.
Znacznie łatwiej słucha mi się Closer niż Unknown Pleasures . Nasz drugi krążek bardziej podoba mi się muzycznie i czasem łapię się na tym, że włączam go sobie dla czystej przyjemności – a bardzo rzadko zdarza mi się słuchać własnej twórczości. Z przykrością stwierdzam, że szerokim łukiem omijam materiał New Order. Closer to jeden z moich ulubionych krążków w ogóle. Do mojej subiektywnej ścisłej czołówki dostało się pięć albumów: Nico Chelsea Girls ; Ian Dury & The Blockheads New Boots & Panties ; Iggy Pop Raw Power ; Lou Reed Berlin ; Joy Division Closer . Och, zapomniałem o Johnie Cale’u i Paris 1919 oraz Sex Pistols… Cóż, chyba jednak wyszło siedem… 5310bcd2fa79ce28d2000fd7

Fragment ebooka Joy Division od środka. Nieznane przyjemności - Peter Hook

Tytuł oryginału: Unknown Pleasures: Inside Joy Division

Copyright © 2012 by Peter Hook All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014

ISBN 978-83-64481-12-3

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: © Pennie Smith/Idols/UPPA/MJS REDAKCJA: Anna Wawryszuk KOREKTA: Urszula Włodarska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda ŻRÓDŁA FOTOGRAFII NA WKŁADKACH: archiwum autora: 1, 2a, 2b, 2c, 3a, 3b, 3c, 4a, 4b, 4c, 5a, 5b, 7b, 8a, 8b, 9b, 10a, 10b, 11a, 11b, 12a, 13a, 13b, 14a, 15b; Kelvin Briggs: 6a, 6b, 6c; Kevin Cummins: 9a, 16; Pierre Rene Worms: 12b, 15a; Christopher Hewitt: 14b; Paul Welsh: 7a

FOTOGRAFIE POZOSTAŁE: archiwum autora

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

Z dedykacją dla mojej kochanej mamy Irene i jej siostry Jean

W tej książce jest prawda, cała prawda i tylko prawda… tak, jak ją zapamiętałem!

Wstęp

Co za dziwny świat. W moich opowieściach nie opieram się na relacjach innych. To samo wydarzenie w oczach różnych ludzi wygląda zupełnie inaczej. Różnice we wspomnieniach mogą doprowadzić do tego, że autor zaczyna wątpić w siebie i swoją pamięć. Przekonałem się o tym, gdy pokazałem tekst książki bliskiemu przyjacielowi. Usłyszałem od niego: „Jaki widzisz sens w spisywaniu tych rzeczy?”.

Pretensje proszę przesłać pocztą.

Hooky

X

Prolog

Styczeń 1978 rok

Pierwszy koncert, który zagraliśmy już jako Joy Division, zakończył się bójką. Normalka.

Wcześniej występowaliśmy razem wielokrotnie, ale nazywaliśmy się Warsaw. W dalszej części książki wytłumaczę, dlaczego ostatecznie zrezygnowaliśmy z tej nazwy. Musieliśmy wykombinować coś nowego. Braliśmy pod uwagę Boys in Bondage, a nawet The Slaves of Venus – co chyba jasno dowodzi, jak bardzo byliśmy zdesperowani.

Nazwę Joy Division zasugerował Ian. Czytał wtedy książkę Dom lalek Ka-Tzetnika 135633, po którą potem sięgnął każdy z nas. „Joy Divisions” tworzyły Żydówki więzione w obozach koncentracyjnych i zmuszane do świadczenia usług seksualnych żołnierzom nazistowskim. Uciskani, nigdy uciskający. Właśnie czegoś takiego szukaliśmy – punkowego i dekadenckiego. Zaproponowana przez Iana nazwa miała podobny wydźwięk do Slaves of Venus, ale nie była tak kiczowata.

Postanowione. Od tamtego momentu byliśmy Joy Division. Nie mieliśmy jednak pojęcia, w co sami się wpakowaliśmy. Wciąż pytano nas: „Czy jesteście nazistami?”.

„Nie, nie jesteśmy pieprzonymi nazistami. Jesteśmy chłopakami z Salford”.

Tamtego wieczoru graliśmy w Pips Discotheque (wcześniej Nice ‘N’ Easy), przy Fennel Street w Manchesterze. To był nasz pierwszy występ już jako Joy Division, choć na plakatach wciąż widniała stara nazwa Warsaw (dopiero około świąt Bożego Narodzenia oficjalnie zmieniliśmy nazwę). Wszyscy byliśmy podekscytowani, ale ja wyjątkowo nie mogłem doczekać się wieczornego grania – tamtego dnia kupiłem nową gitarę.

Od nagrania naszej epki An Ideal for Living miałem obsesję na punkcie starej gitary. Barney powiedział, że mój instrument nie trzyma dźwięków pomiędzy F i G. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale brzmiał poważnie. Zacząłem odkładać pieniądze i w końcu poszedłem do sklepu – gitara Hondo II Rickenbacker Stereo Copy była moja (udało mi się stargować cenę z 99 na 95 funtów). Podczas tego koncertu miałem zagrać na niej po raz pierwszy. Jednak nie tylko z tego powodu byłem tak zdenerwowany. Na koncert mieli przyjść nasi znajomi – nazywaliśmy ich paczką z Salford: Alex Parker i jego brat Ian, Twinny oraz chłopaki z pubu Flemish Weaver z Salford Precinct, czyli z moich rodzinnych stron.

Przed koncertem Ian Curtis słuchał albumu Trans-Europe Express zespołu Kraftwerk. Uwielbiał ten krążek. Zdaje się, że poprosił didżeja, by puścił tę płytę przez głośniki jako nasze intro, bo pląsał po parkiecie i kopał kawałki pobitego szkła, a w tle leciała jego ulubiona muzyka. Nie byłem pewny, czy wejdzie z nami na scenę. Nie miałem pojęcia, co w ogóle zamierza. Był kompletnie nieprzewidywalny. Tańczył i kopał rozrzucone szkło.

Wiedzieliśmy już wtedy, że Ian często się ekscytuje. Niejednokrotnie też widzieliśmy jego ataki agresji. Przechodził przez fazę chuligaństwa, delikatnie mówiąc. To chyba charakterystyczne dla wszystkich frontmanów. W jego wypadku jednak był to też wyraz fascynacji Iggym Poppem oraz frustracji – frustracji wynikającej z tego, że nie możemy się wybić, że inne zespoły pochodzące z Manchesteru radzą sobie znacznie lepiej od nas i grają więcej koncertów. Chłopaki z The Drones wydali album. The Fall, The Panik oraz Slaughter & The Dogs wypuszczały kolejne single, a ich nagrania nie brzmiały tak kiepsko jak nasze. Podsumowując, mieliśmy wyjść na scenę i zagrać pierwszy koncert jako Joy Division, a na widowni zgromadziło się zaledwie trzydzieści osób – z czego dwadzieścia to byli moi kumple.

Wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę – ja, Steve i Bernard, lecz Ian znosił tę sytuację najgorzej. My wciąż mieszkaliśmy z rodzicami, a on miał już wtedy żonę i traktował zespół bardzo poważnie. Czuł, że musi zrobić wszystko, byśmy się wybili.

Albo doszukuję się zbyt wiele. Może po prostu Ian kopał szkło, bo był wściekły i zwyczajnie miał na to ochotę. W sumie nieważne, o co mu chodziło: o tworzenie scenicznego alter ego, wyładowanie frustracji czy cokolwiek innego. Nie obchodziło to tym bardziej bramkarza, który zobaczył po prostu ćwoka rzucającego kawałkami szkła. Ochroniarz podbiegł do Iana, złapał go i wyrzucił za drzwi.

Świetny początek. Podszedł do nas ktoś z obsługi klubu i powiedział, że zanim wyjdziemy na scenę, musimy w trójkę wybrać się do bramkarza i ubłagać go, żeby wpuścił Iana z powrotem.

Bramkarz nie dawał za wygraną. Mówił: „Odpierdolcie się ode mnie. To zwykły idiota, rzuca pobitym szkłem…”. A my błagaliśmy: „Zgadza się, ale ten idiota jest naszym wokalistą. Człowieku, to wokalista naszego zespołu, musisz go wpuścić. Prosimy, człowieku…”.

W końcu, po długiej i wykańczającej dyskusji, bramkarz odpuścił i pozwolił Ianowi wrócić do klubu. Po dwudziestu minutach obsuwy wyszliśmy na scenę. Popatrzyłem na zgromadzony tłum – jeśli tak można było nazwać publiczność – i zobaczyłem, że w pierwszym rzędzie pod sceną stoją sami moi kumple. Wszyscy szczerzyli się do mnie, podnosili kciuki do góry i krzyczeli: „Hej, Hooky. Wszystko gra, Hooky?”. To naprawdę miło z ich strony, że przyszli na nasz koncert, ale szczerzenie i kciuki mogli sobie darować. Bardzo poważnie podchodziliśmy do naszej działalności w Joy Division. Liczyliśmy raczej na gniewne spojrzenia i pochmurne oblicza.

Barney cały czas mnie upominał: „Zrób coś ze swoimi kumplami, niech przestaną się tak zachowywać”. Ian od razu się do niego przyłączył, bezczelne dupki.

W końcu Ian zwrócił się do publiczności: „Dobra, zaczynamy. Jesteśmy Joy Division, a to jest… Exercise One”. Przybrałem odpowiednią pozę, eksponując nowiusieńką hondo II, i uderzyłem w otwartą strunę E, chcąc wydobyć pierwszy dźwięk naszej pierwszej piosenki.

Niestety, zamiast dźwięku rozpoczynającego numer Exercise One rozległ się głośny brzdęk, a wszystkie oczy momentalnie zwróciły się w moją stronę.

Kurwa. Z gitary wypadła struna. Naciągnąłem ją na główkę, przełożyłem przez otwór i zabezpieczyłem. Ponownie uderzyłem w strunę.

Brzdęk.

Znów wypadła.

Kurwa, kurwa, kurwa mać.

Wszystkiemu winna była gitara, słowo daję. Cały koncert przytrzymywałem strunę dwoma palcami. Doszedłem do niemałej wprawy. W pewnym momencie spojrzałem na widownię i zobaczyłem, że Alex Parker, mój dobry przyjaciel, oraz jego brat Ian wdali się w bójkę.

Nie trzeba się zbytnio martwić, pomyślałem. Na pewno pozostali kumple jakoś temu zaradzą. Do walczących braci dołączali inni chłopcy z Flemish Weaver, próbując ich rozdzielić. Jednak po chwili zauważyłem, że bójka się nasila, a jeden z kolegów wylądował na podłodze. Skończyło się na tym, że wszyscy moi kumple okładali się pod sceną i zadawali kolejne ciosy. Nie przestawaliśmy grać i obserwowaliśmy ten kocioł. Wielki Boże! Pozostali członkowie zespołu dość wymownie patrzyli to na bijących się, to na mnie, a kula składająca się ze splątanych ludzkich ciał przetaczała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Po bramkarzu, który wyrzucił wcześniej Iana, nie było oczywiście śladu. Nikt nie zwracał na nich uwagi, więc moi kumple bili się dalej. Nie przestawaliśmy grać. Co z tego, że byliśmy do dupy.

Zaczęło robić się niebezpiecznie. Do moich kumpli podbiegły dzieciaki, stojące do tej pory z tyłu, i dołączyły się do bójki. Kiedy zobaczyłem, że atakują moich ludzi, mocno się wkurzyłem. Zacząłem kopać ich ze sceny.

– Odwalcie się od moich kumpli, gnoje!

– Hej, zabierajcie się stąd!

– Spieprzajcie!

Kopałem przyjezdnych po głowach, próbując grać dalej Exercise One. Musiałem wciąż przytrzymywać palcem odskakującą strunę, a moi koledzy z zespołu patrzyli na mnie tak, jakby nigdy nie mieli mi wybaczyć, że przyprowadziłem na koncert moich durnych kumpli. Przechlapane!

W końcu pojawił się bramkarz. Wpadł na parkiet z większą obstawą i zaczął rozganiać walczących. Bili ich w głowy, kopali. Najpierw wygonili z klubu paczkę z Flemish Weaver, potem zabrali się za The Scousers. Po chwili zorientowaliśmy się, że gramy dla pustej sali – wciąż przytrzymywałem strunę, a Ian, Barney i Steve patrzyli na mnie, jakby chcieli mnie udusić. Kompletna, miażdżąca porażka. Nasz pierwszy koncert jako Joy Division zmienił się w koszmar. Przez kolejne dwa miesiące nie udało się nam załatwić żadnego występu. Dla nas to była cała wieczność.

Jak już mówiłem, musieliśmy się jeszcze wiele nauczyć.

Część pierwsza

INSIGHT

Siedemnaście dni na frytkach i kurczaku

Urodziłem się około 16.00 w Hope Hospital w Salford, 13 lutego 1956 roku – na szczęście nie w piątek, a w poniedziałek.

Matka: Irene Acton. Była kobietą upartą, zawziętą i obdarzoną niesamowitą siłą woli. Słowem, typowa matka rodem z północy. Ojciec: John (Jack) Woodhead. Był kierowcą w Frederick Hampson Glasswork w Salford. Obiekt, w którym mieściła się huta szkła, jako jeden z nielicznych ocalał po przebudowie Salford w latach siedemdziesiątych – władze miasta postanowiły wyburzyć większość domów i zbudować wszystko od nowa. Dziś wciąż przejeżdżam obok tej huty.

Pierwszą rzeczą, jaką pamiętam z dzieciństwa, jest to, że siedzę w wózku na pomoście, a ktoś karmi mnie frytkami – chyba była to ciotka Jean. Wkrótce potem rodzice podjęli decyzję o rozwodzie. Jako oficjalną przyczynę rozstania podano „stosowanie przemocy wobec powódki”, czyli mojej mamy. Ojciec ją bił. W tamtych czasach w Salford większość mężczyzn wyładowywała w ten sposób swoje frustracje, więc to akurat nikogo nie dziwiło. Czara goryczy przelała się dopiero wtedy, gdy ojciec zaczął spotykać się z inną kobietą. Tego już mama nie zniosła. Nienawidziła go do końca życia. Choć udało się jej jakoś pozbierać i związała się z Billem, z którym spędziła czterdzieści lat – czterdzieści lat! – nie mogła zapomnieć o tym, co zrobił jej mój ojciec. Nie wybaczyła mu nawet po jego śmierci. Nigdy o nim nie wspominała. Nie słyszałem też, by kiedykolwiek wypowiedziała jego imię. Była twardą kobietą.

Po rozstaniu rodziców wyprowadziliśmy się do babci: matka, mój młodszy brat Chris i ja. Kiedy matka skończyła spłacać dywan z salonu w starym domu (nie chciała polegać na Jacku, a bała się, że ludzie, od których pożyczyła pieniądze, uznają ją za niegodną zaufania – była tak dumna), przez jakiś czas żyliśmy jak typowa, utrzymywana przez jednego rodzica rodzina z klasy średniej. Mieszkaliśmy przy Jane Street w Langworthy, we wspaniałym, starym i brudnym Salford. Mieliśmy dwa pokoje na górze, dwa na dole, wychodek na zewnątrz i komórkę na węgiel. Wiele lat później obejrzałem Control i zupełnie umknął mi fakt, że to czarno-biały film. Właśnie tak wyglądał wtedy mój dziecięcy świat: ciemny, zadymiony i bury – w odcieniu tekturowego pudła – jak większość miast w hrabstwie Manchester w tamtych czasach.

Całymi dniami wałęsałem się z kolegami po ulicach, kopiąc puszki i szukając draki. Traktowaliśmy Salford jak nasz wielki prywatny plac zabaw. Wychodziliśmy z domu z samego rana. Nikt niczego od nas nie wymagał, wiedzieliśmy, że mamy wrócić na podwieczorek i herbatę. Pamiętam, że kilka razy się zgubiłem i policjanci odprowadzali mnie do domu. Pierwsze zabawki dostaliśmy, dopiero gdy Bill spędził z nami święta Bożego Narodzenia, miałem wtedy pięć lat. Bill zalecał się do mamy, więc robił wszystko, by zjednać sobie mnie i małego Chrisa. Nigdy nie zapomnę świątecznego poranka. Zszedłem na dół i moim oczom ukazały się prezenty, o jakich nigdy wcześniej nie śniłem: dostaliśmy z Chrisem minisamochody na pedały oraz mnóstwo drobiazgów. Tego jednego dnia naprawdę nas dopieścił, ale już nigdy się to nie powtórzyło – wróciły pomarańcze i orzechy.

Bill naprawdę nazywał się Ernest William Hook. Wydawało mi się oczywiste, że jeśli Bill spotyka się z mamą, nie ma innej rodziny. Wiele lat później odkryłem jednak, że wcześniej był już żonaty i miał dwie córki z poprzedniego małżeństwa. Prawda wyszła na jaw któregoś dnia po meczu piłkarskim – kibicowałem oczywiście Manchesterowi United. Zawsze zabierałem program z meczu i pędziłem do dziadka Hooka, ojca Billa, wspaniałego starszego faceta, który razem z żoną sprzedawał używaną odzież na Salford Market. Kiedy umarła, zamieszkał w Precinct, w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się slumsy. Na kredensie u dziadka stało oprawione zdjęcie dwóch dziewczynek. Zapytałem niewinnie:

– Dziadku, kim są te dziewczynki?

– To druga rodzina twojego ojca – odpowiedział.

Do dziś trudno mi uwierzyć, że nikt wcześniej o nich nie wspomniał.

Na początku związku z mamą Bill był dla nas naprawdę dobry. Pamiętam, jak któregoś dnia razem z Chrisem wlaliśmy herbatę do zbiornika na paliwo w jego samochodzie (chyba z zazdrości, bo wcześniej mama była tylko nasza). Nie dostaliśmy za to choćby małego kuksańca! Skończyło się na słownej reprymendzie. Nie minęło jednak dużo czasu, a Bill pokazał swoją prawdziwą twarz. Zacząłem wtedy rozumieć, dlaczego lekceważył swoją drugą rodzinę. Potrafił być wyjątkowym skurwysynem, szczególnie gdy nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Miał swoje ulubione powiedzenie: „Kiedy cierpię ja, cierpi cała rodzina” – i w tych słowach nie było cienia przesady. Lubię czasem napędzić stracha moim dzieciom, przypominając im tę złotą myśl.

Jednego nie można było odmówić Billowi – zarabiał przyzwoite pieniądze. Był wykwalifikowanym szklarzem. Kojarzycie maszyny, które służą do dmuchania szkła i wytwarzania butelek, słoików albo innych szklanych naczyń? Bill je naprawiał. Jeździł w tym celu po całym świecie – od Singapuru, przez Indie, aż na Karaiby. Był zahartowanym podróżnikiem i jedynym facetem na naszej ulicy z własnym samochodem – miał czterodrzwiowego rileya RMB o pojemności silnika 2,5 litra. To właśnie do niego wlaliśmy z młodym herbatę. Bill kupił też telewizor, a w tamtych czasach była to prawdziwa sensacja. Staliśmy się znani w całej okolicy, a przed naszym domem zaczęła ustawiać się kolejka chętnych do obejrzenia nowego wynalazku. Z tym wiąże się moje kolejne wspomnienie z dzieciństwa: mama położyła nas do łóżek i miała nadzieję, że zasnęliśmy, a my wstaliśmy, usiedliśmy na szczycie schodów i podsłuchiwaliśmy, kiedy rodzice oglądali Coronation Street.

Zacząłem uczęszczać do Stowell Memorial School. Byłem w siódmym niebie, bo uwielbiałem tę szkołę. Byłem naprawdę szczęśliwy. Mama i Bill pobrali się – my tego dnia zostaliśmy z babcią – a wkrótce potem Bill otrzymał propozycję pracy w Jamaica Glassworks. Musieliśmy się przeprowadzić, i to nie byle gdzie: mieliśmy zamieszkać na Jamajce.

Był rok 1962. Bill wyjechał pierwszy. Kilka dni później cała nasza trójka wraz z ziemskim dobytkiem wyruszyła do Southampton. Pamiętam, że trzymałem w rękach plastikową torbę z moimi żołnierzykami. Na morzu szalał sztorm, więc musieliśmy dopłynąć do statku holownikiem. Byliśmy przerażeni: silniki ryczały, a my nigdy nie widzieliśmy tak ogromnych fal. Marynarze wrzeszczeli, gdy po kolei wciągali nas na pokład. Kiedy w końcu nadeszła moja kolej, torba z zabawkami pękła i wszyscy moi żołnierze utonęli we wzburzonym morzu. A ja kurczowo ściskałem w ręce strzępy foliowej torebki.

Rozpoczęła się nasza wielka przeprawa. Boże, zmiłuj się…

Muszę koniecznie wspomnieć o tym, że moja matka do ostatnich dni życia miała bardzo konserwatywne podejście do jedzenia. Nic, co pochodziło z południa Salford, nie spełniało jej wygórowanych kryteriów. Kiedy zaś wylądowaliśmy na płynącym na Jamajkę włoskim statku, okazało się, że jest tylko jedna potrawa, którą będzie w stanie przełknąć. Żeby było jasne – oznaczało to, że nasze menu także ograniczy się do tego jednego dania: frytek i kurczaka. Wciąż uwielbiam takie jedzenie – dobrze wysmażone, ze szczyptą soli i dużą ilością pieprzu. Bóg jeden wie, dlaczego wciąż mi smakuje, bo za każdym razem przypomina mi tamtą podróż oraz siedemnaście dni na frytkach i kurczaku. Podczas posiłku dla dzieci obserwowaliśmy z bratem, jak obsługa statku wycina rzeźby z brył lodu i wnosi na salę ogromne torty, które później serwowano dorosłym. Nie mogliśmy spróbować nawet kawałka. Mama mówiła, że ciasto na pewno jest zanieczyszczone.

Chris miał wtedy trzy latka. Był raczej głośnym dzieckiem, należał do tych maluchów, które częściej krzyczą, niż śpią. Podczas tamtej podróży płakał tak dużo, że zapewne mieszkańcy Indii Zachodnich mieli go dość jeszcze przed naszym przybyciem. Nie byliśmy więc ulubioną rodziną na okręcie. Omijano nas szerokim łukiem szczególnie po południu, gdy pasażerowie mieli zwyczaj rozsiadać się na pokładzie z nadzieją na poobiednią drzemkę. Poza tym wszyscy cierpieliśmy na chorobę morską i wyjątkowo rzadko wychodziliśmy z kabiny (raz, gdy puściłem się w szalony bieg korytarzem, przewróciłem się, rozbiłem nos, a krew sikała na wszystkie strony). Statek cumował w fascynujących portach: w Bilbao, na Maderze, Wyspach Kanaryjskich i Trynidadzie. Nie spróbowaliśmy jednak potraw w tych egzotycznych miejscach i zawsze wracaliśmy na pokład w samą porę na frytki i kurczaka. Podróż dłużyła się nam w nieskończoność, ale wreszcie bez większych przygód – nie licząc tego, że Chris prawie wypadł za burtę podczas cumowania, ponieważ zauważył na brzegu Billa – bezpiecznie dopłynęliśmy do celu.

Naszym domem na Jamajce okazał się wynajęty wolno stojący bungalow. Do dyspozycji mieliśmy trzy sypialnie i łazienkę – po raz pierwszy zaznałem luksusu korzystania z toalety, która znajdowała się wewnątrz budynku. Wszystkie podłogi były z marmuru. Któregoś dnia do drzwi zapukali dwaj czarnoskórzy mężczyźni i zapytali, czy mogą zebrać owoce z tykwy rosnącej w naszym ogrodzie. W zamian zaoferowali, że zrobią marakasy dla mnie i małego Chrisa. Prawdziwe marakasy robi się właśnie z owoców tykwy pospolitej – należy je wydrążyć, włożyć do środka kilka kamieni i gotowe. Mama po niedługim namyśle się zgodziła. Mężczyźni z ogromną zręcznością wspięli się na drzewo, pozrzucali owoce, szybko zrobili dwa marakasy – jeden dla mnie, a drugi dla młodego – i natychmiast zwiali.

A później rozpętało się piekło. Okazało się, że na drzewach mieszkały pająki. Tamtej nocy nasz dom przeżył prawdziwe oblężenie – nie przesadzam, były ich setki. Setki pieprzonych pająków. Ogromnych, a mogę się założyć, że także jadowitych. Na pewno szczególnie upodobały sobie ludzkie mięso. Bill biegał po domu i zabijał atakujące nas bestie, a my z mamą wspięliśmy się na stół i wrzeszczeliśmy ze strachu. W końcu postanowiliśmy wycofać się do sypialni. Wciąż płakaliśmy, a Bill wybijał pająki, które próbowały wtargnąć do nas pod drzwiami. Nie przesadzam – w naszym domu rozgrywały się sceny rodem z horroru. Na samo wspomnienie mam ciarki na całym ciele. Do dziś nienawidzę pająków i nigdy nie zdecydowałbym się na udział w reality show I’m a Celebrity… Get Me Out of Here! (co zabawne, w zeszłym roku otrzymałem taką propozycję).

Krótko po tej przygodzie przeprowadziliśmy się do Kingston i zamieszkaliśmy w podobnym wolno stojącym bungalowie przy Phoenix Avenue 31. Wokół rozciągał się przepiękny ogród, w którym rosły ananasy. Tu również mieliśmy łazienkę w środku, a marmury na podłodze były jeszcze piękniejsze niż w poprzednim domu. Było tak elegancko, że nawet przydzielono nam służbę. Chrisa i mnie posłano do prywatnej szkoły Surbiton Preparatory – cóż za przerażające doświadczenie. Nauczyciele krzykiem wymuszali na nas naukę kaligrafii i ortografii, co dla sześciolatka z Salford było czarną magią. Po jakimś czasie jednak przyzwyczailiśmy się do tamtejszych zwyczajów. Szczególnie spodobało się nam, że ze względu na panujące upały lekcje kończyły się o 14.30. Wszystko wskazywało na to, że trafiliśmy do raju, jednak idylla szybko się skończyła. Po pierwsze, mamie przestało układać się z Billem, a po drugie, rodowici mieszkańcy Jamajki z coraz większą wrogością odnosili się do Chińczyków i białych imigrantów, którzy zdominowali tamtejszy rynek. Jamajczycy chcieli odzyskać władzę – rabowali sklepy, atakowali właścicieli i próbowali przejąć ich interesy. W tym czasie odnotowano wiele napadów na prywatne posiadłości, a niewinni ludzie stawali się ofiarami ulicznych zamieszek. Także w naszej okolicy nie było bezpiecznie i często dochodziło tam do starć. W powietrzu czuło się rosnące napięcie. Wiele razy widziałem, jak policjanci spuszczali łomot złodziejom, gonili ich po ulicach, a gdy już dorwali – siadali na nich okrakiem i bili kolbami pistoletów.

Bill przestał wracać do domu. Po swojej zmianie zazwyczaj ruszał do miejscowego klubu i pił. Był strasznym skurczybykiem i potrafił zamienić nasze życie w koszmar, ale innym często okazywał życzliwość. Jako jedyny pracownik huty cieszył się akceptacją Jamajczyków. Po pracy zaczynał pić w towarzystwie białych robotników, a potem przenosił się do czarnych. Uważał, że tylko dlatego nasz dom jest jedynym na ulicy, którego nie obrabowano. Nocami matka przesiadywała na werandzie i czekała na niego. Piła jedną butelkę red stripe’a za drugą, a z każdym łykiem robiła się coraz bardziej pijana i coraz mocniej zdenerwowana. Kiedy w końcu Bill się pojawiał, w domu wybuchała awantura. Chowaliśmy się z Chrisem za kanapą i modliliśmy o śmierć Billa, a oni wrzeszczeli na siebie, rzucali przedmiotami, darli wszystko na strzępy. Bill niejednokrotnie bił matkę, a ona często odpłacała mu, napadając na niego i okładając butem. Kiedy w końcu zawierali chwilowy rozejm, dom wyglądał jak pobojowisko. Rano przychodziła pokojówka i sprzątała ten bałagan. Mogliśmy w ładzie i porządku oczekiwać na kolejną awanturę.

Przecież nie można mieć wszystkiego… Prawda, mama i Bill byli w stanie wojny, ale to mała cena za wspaniałą pogodę, luksusowy dom, samochód i furę pieniędzy. Co więcej, mama pracowała w biurze informacji turystycznej, więc dostawaliśmy darmowe bilety na różne atrakcje, dużo czasu spędzaliśmy w kurortach i eleganckich klubach. Wspomniałem wcześniej, że życie w Salford było szare i nudne. Jamajka to natomiast kraj wielu odcieni. Tam wiedliśmy wyjątkowo kolorowe życie.

Co więc zrobiliśmy? Wróciliśmy do Salford.

Mama cały czas tęskniła za rodzinnymi stronami. Nie znosiła jedzenia na Jamajce i brakowało jej wsparcia matki oraz siostry. Kiedy wygasł kontrakt Billa, namówiła go na powrót do Anglii. Wyobrażam sobie, że wiele ją to kosztowało, bo Bill wolał oczywiście zostać na Jamajce. Od dawna szeptano, że znalazł sobie inną kobietę, Amerykankę. Pamiętam, że którejś nocy mama wpakowała mnie do naszego niebieskiego forda prefecta. Była już wtedy mocno wstawiona. Ściskała w ręku nóż do chleba i chciała ich oboje zamordować. Problem polegał jednak na tym, że nie potrafiła prowadzić samochodu. Pierwsza lekcja jazdy autem z nożem w jednej i papierosem w drugiej ręce? Nie najlepszy pomysł. Na szczęście po przejechaniu kilku przecznic odzyskała panowanie nad sobą i postanowiła zawrócić. Jakimś cudem udało nam się dotrzeć do domu. Wciąż się zastanawiam, dlaczego nie wzięła wtedy również Chrisa. Upiekło się małemu farciarzowi.

Mama jednak potrafiła postawić na swoim i w sprawie przeprowadzki była nieugięta (jestem pewny, że nie brała nawet pod uwagę tego, że coś pójdzie nie po jej myśli). Bill w końcu ustąpił. Miał nadzieję, że także w Manchesterze uda mu się znaleźć dobrą pracę. W naszej okolicy znajdowało się wiele hut szkła, a w razie nieprzewidzianych trudności mama i Bill mogli posiłkować się pieniędzmi zaoszczędzonymi na Jamajce. Nie musieliśmy przejmować się finansami.

Przynajmniej tak się nam wydawało. W dniu wyjazdu do Anglii (miał to być mój pierwszy lot samolotem) przyszedł do nas urzędnik w asyście policjantów, twierdząc, że Bill nie płacił podatków. Nasi goście doskonale wiedzieli, że Bill ma przy sobie pieniądze – wszystkie oszczędności wypłacił z banku, by zabrać je do Anglii – i nie zamierzali nam odpuścić. Skończyło się na tym, że ograbili Billa ze wszystkiego, co odłożył, pracując na Jamajce, a my wróciliśmy do domu kompletnie spłukani.

Było lato, rok 1966, a ja miałem dziesięć lat. Anglia wygrała mistrzostwo świata w piłce nożnej i cały kraj szalał z radości. Po czterech latach życia na Jamajce moja rodzina znów była u siebie. Zamieniliśmy luksusowy bungalow z marmurowymi podłogami, łazienką i służbą na czteropokojowy dom w Salford z wychodkiem na podwórku. Bill nie dostał pracy w hucie. Z upływem lat stawał się coraz bardziej zgorzkniały i już chyba nigdy nie był szczęśliwy.

Przez jakiś czas mieszkaliśmy z babcią, ale ostatecznie przeprowadziliśmy się do Ordsall, do domu w sąsiedztwie, który znajdował się przy Rothwell Street 32, tuż obok parku. Wynajmowaliśmy go za prawie trzysta funtów. Zacząłem uczęszczać do koedukacyjnej szkoły Regent Road Primary. Bardzo mi się tam spodobało, bo w stołówce pracowała ciotka Jean. Mogłem dzięki temu liczyć na dowolną liczbę dokładek budyniu, ale ważniejsze było dla mnie to, że miałem tam „swojego” człowieka. Od powrotu z Jamajki czułem się trochę wyobcowany i potrzebowałem wsparcia. Na Jamajce musiałem się nieźle natrudzić, by sprostać wymaganiom edukacyjnym w tamtejszej szkole. Dzięki temu po powrocie do Salford okazało się, że umiem znacznie więcej od rówieśników. Tym razem dostawałem ochrzan za to, że umiem kaligrafować. Mnie to pasowało, mogłem wyluzować. Dobrze wspominam Regent Road Primary. Ponownie całe Salford przeistoczyło się w wielki plac zabaw. To były dobre czasy – poza kilkoma docinkami na temat mojego dużego nosa i tym, że byłem chorobliwie nieśmiały w kontaktach z dziewczynami – bawiłem się świetnie.

Jestem przekonany, że właśnie te cztery lata spędzone w szkole na Jamajce spowodowały, że zdałem egzamin dla jedenastolatków – byłem naprawdę lepiej wykształcony od innych dzieci. W tamtych czasach tylko najzdolniejsi dostawali się do szkoły średniej. Dzieci, które oblały egzamin, szły do szkoły dla głupków. Technikum było dla tych ze słabym wynikiem, a najzdolniejsi uczniowie trafiali do szkół średnich. Taki głąb jak ja nie miałby żadnych szans, by trafić do dobrej szkoły bez tej przewagi.

Dostałem się do Salford Grammar School. To tam poznałem Barneya Dickina (znanego później pod nazwiskiem Sumner). Wspólnie założyliśmy zespół Joy Division, a potem New Order. Jamajce zawdzięczam dozgonną miłość do frytek i kurczaka oraz paraliżujący strach przed pająkami, ale także – w pewnym sensie – całą przygodę z muzyką. Ciekawe, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nigdy stamtąd nie wyjechał. Czy zapuściłbym dredy i pokochał reggae?

Można wyrwać się z Salford, ale ten łobuziak z Salford zawsze będzie w tobie

Barneya poznałem w Salford Grammar, gdy chodziłem do pierwszej klasy. Do dziś wścieka się na mnie, że tak go nazywam.

– Jesteś jedynym pieprzonym człowiekiem na ziemi, który mówi do mnie Barney. Dla wszystkich innych jestem Bernardem – narzeka.

Prawda jest jednak taka, że w szkole koledzy zwracali się do niego Barney Rubble – wspomniano o tym w jednej z pierwszych recenzji Joy Division – a naprawdę miał na nazwisko Dickin. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że dzieciaki dały mu z tego powodu nieźle popalić. Barney zmienił nazwisko na Sumner zaraz po ukończeniu szkoły.

Nie chodziliśmy do tej samej klasy. Co więcej, byliśmy w dwóch różnych obozach – ja należałem do Lancester, a on do Gloucester. Oprócz tych były jeszcze dwa obozy: Warwick oraz York. Zdarzały się zajęcia, na które chodziliśmy razem, ale należały one raczej do rzadkości. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Wyszedłem z sali gimnastycznej i minąłem Barneya. Rzuciłem luźne:

– Wszystko gra?

On odpowiedział tym samym i na tym się skończyło. Tak wyglądał nasz pierwszy kontakt. Nic nie wskazywało na to, że los nas połączy, byśmy wywrócili świat muzyki do góry nogami – i to nie raz, a dwa razy. Nie zaprzyjaźniliśmy się od pierwszej chwili. Poczuliśmy, że nadajemy na tej samej fali, dopiero w trzeciej klasie, gdy obaj zostaliśmy skinheadami.

Stworzyliśmy prawdziwy łobuzerski duet. Zawsze wpadaliśmy w tarapaty. Muszę się przyznać, że byłem niezłym brutalem i czasem znęcałem się nad innymi. W naszej grupie istniała pewna hierarchia i nie można było się z niej wyłamać. Nie należałem do najgorszych zbirów – wiele mi do nich brakowało, szczerze – ale spędzałem z nimi całe dnie i nasiąkałem ich stylem życia. Presja grupy, jak mówią. Nie byłem więc niewiniątkiem. Żaden z nas nie był. A na dodatek kradłem. Dobry Boże, ale był ze mnie złodziej.

W mojej okolicy większość młodych ludzi kradła, a my byliśmy bardzo biedni. To nie żadna tania wymówka – byliśmy kompletnie spłukani. Moja matka nie miała nic, ale w życiu niczego nie ukradła. Kiedyś znalazła na King Street dziesięć szylingów i czekała w tym miejscu przez dwie godziny, by się upewnić, że nikt po nie nie wróci. Nie twierdzę, że zostałem drobnym złodziejaszkiem, bo nie otrzymałem ciepła od rodziców i nie poświęcali mi uwagi. W tamtych czasach nikt nie mógł się pochwalić zbytnią uwagą rodziców. Nie mogę jednak zaprzeczyć faktom – kradłem.

Niestety, wiele razy dałem się złapać na gorącym uczynku, a to zawsze kończyło się porządnym laniem od policjantów. Wtedy jedyną karą za kradzież było kilka kuksańców od policjanta. Parę ciosów i kradzież już nigdy nie miała przyjść nam do głowy. Strata czasu. Oczywiście kradliśmy dalej, ale nie musieliśmy martwić się sądem i całym tym cyrkiem. Policjanci tłukli nas na kwaśne jabłko. Dzisiaj są raczej milusińscy, prawda?

Pamiętam, jak któregoś dnia zrobiliśmy nalot na zakład bukmacherski. Od razu dodam – zanim oburzycie się i zrezygnujecie z dalszej lektury – że nie wyglądało to tak źle, jak może się wydawać. Nie rozbijaliśmy się po mieście ze spluwami i w kominiarkach na twarzach. Nigdy nie byliśmy agresywni i nie używaliśmy przemocy – w końcu mieliśmy po trzynaście lat. W tamtych latach Salford przechodziło modernizację: eksmitowano mieszkańców starych budynków, wszędzie dookoła było mnóstwo pustych placów – pozostałości po wojnie, miejsc, w które niegdyś trafiły bomby, a potem je odgruzowano – oraz opustoszałych domów. Na końcu jednej z wyludnionych ulic znajdował się budynek, gdzie niegdyś mieściły się zakłady bukmacherskie. Razem z kumplami skombinowaliśmy jakieś narzędzia i postanowiliśmy przebić się przez ścianę do zakładu. Wyjęcie tylu cegieł, żeby udało się nam przecisnąć do środka, zajęło nam prawie tydzień, ale przecież nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Byliśmy o włos od zanudzenia się na śmierć i zrobilibyśmy wszystko, by przeżyć jakąś przygodę, a mieliśmy dość strzelania petardami i błąkania się po pustych budynkach. Przez tydzień pracowaliśmy nad przejściem i w końcu wślizgnęliśmy się do środka. Czekało nas jednak wielkie rozczarowanie – zakład bukmacherski był tak samo pusty jak reszta domów na tej ulicy. Później poszliśmy do jakiegoś sklepu, staliśmy przy wejściu i wygłupialiśmy się, gdy nadbiegli policjanci, wrzeszcząc wniebogłosy. Zaczęliśmy uciekać, a oni ruszyli za nami. Bieg­łem uliczką na tyłach i wywracałem za sobą wszystkie pojemniki na śmieci. Policjanci wpadali na nie i się potykali. Kiedy dobieg­łem do końca uliczki, wpadłem na innego policjanta. Podstawił mi nogę i upadłem na ziemię. Potem podniósł mnie i wrzucił do swojego vana. Spuścił mi wielki łomot, zawiózł na posterunek i znowu pobił. Tamtej nocy przyznałem się chyba do wszystkich przestępstw kiedykolwiek popełnionych w Salford. Kolejne lanie dostałem od mamy, która przyjechała, żeby mnie odebrać i zawieźć do domu. Auuua.

Kradliśmy także z zakładu produkcyjnego Canada Dry. Nocami wskakiwaliśmy do środka przez uchylone okno i wynosiliśmy mnóstwo rzeczy. Dzień po takiej eskapadzie szedłem do szkoły obładowany puszkami z colą i lemoniadą. Sprzedawałem je kolegom po pięć pensów i stawiałem im frytki. Czasem okradaliśmy sklepy. W tamtych czasach ludzie prowadzili sklepy w swoich domach: wchodziło się głównymi drzwiami, dzwoniło, a starsza pani wyłaniała się z salonu i powoli człapała do sklepu. Gdy w końcu docierała na miejsce, nie było już połowy towaru. Te łupy również sprzedawałem w szkole: „Ciasteczka, krakersy. Czego szukacie? Długopisów? Do wyboru, do koloru!”.

Wiecie co? W ten sam sposób podchodziliśmy do muzyki. Okazało się, że można wyrwać się z Salford, ale łobuziak z Salford zawsze będzie w tobie. Byliśmy strasznymi złodziejaszkami, także jeśli chodzi o brzmienie i styl grania Joy Division oraz New Order. Chodziliśmy na wspaniałe koncerty, obserwowaliśmy, co dzieje się za sceną, i wszystko naśladowaliśmy. Nowe zespoły, jak Happy Mondays lub Oasis (przynajmniej w początkach kariery), również mają kiepską reputację, a ci muzycy wyrastali w takich samych warunkach jak my i należą do złodziejaszków z klasy średniej. Jeśli nikt niczego ci nie dał, trzeba nauczyć się brać samemu to, co jest potrzebne. Podobnie myśleliśmy o muzyce: musieliśmy jakoś zacząć. Problem w tym, że nikt nie spodziewał się takiego zachowania po chłopakach z Joy Division i New Order – widziano w nas artystów i intelektualistów. Dziś pozwalam sobie na mały szaber jedynie w hotelach.

Moja przygoda z miejscową łobuzerią trwała tylko kilka lat. Wszystko nagle się urwało, gdy zainteresowałem się dziewczynami. Jednak w ciągu tego czasu zaprzyjaźniłem się z Barneyem. Był wyjątkowo zabawnym kolesiem. Barney może pochwalić się diabolicznym poczuciem humoru, charakterystycznym dla mieszkańców północnej części Wielkiej Brytanii. Uwielbiał płatać innym figle (choć sam nie lubił być obiektem żartów), więc tworzyliśmy razem niezły duet. Jak pisałem wcześniej, obaj postanowiliśmy zostać skinheadami i trzymaliśmy z najbardziej podejrzanymi typami w szkole. Baz Benson, najlepszy kumpel Barneya, był największym skurczybykiem w naszej szkole, a mój najlepszy kumpel z Regent Road Dave Ward był największym skurczybykiem z technikum, które znajdowało się tuż za boiskiem Salford Grammar. Wspólnie okradali dzieci, zabierali im pieniądze na obiad, kupowali sobie za to jakieś bzdety, inicjowali bójki, terroryzowali nauczycieli i tym podobne. Z założenia nie odrabialiśmy prac domowych. Mieliśmy to w dupie. Rano łapaliśmy jakiegoś kujona, zastraszaliśmy go niewielkim szturchańcem i przepisywaliśmy zadania w toalecie.

Wiele lat później odwiedziliśmy z Barneyem naszą szkołę. W magazynie „New Musical Express” (NME) przygotowywano artykuł o zespole. Fotograf, który był odpowiedzialny za sesję zdjęciową, zasugerował, że byłoby świetnie pokazać, skąd się wywodzimy, i zrobić nam zdjęcia w naszej starej szkole. Odpowiedzieliśmy „Nie ma sprawy, stary”, zabraliśmy go ze sobą i pojechaliśmy do Salford Grammar. Okazało się jednak, że fotograf mógł trochę lepiej zaplanować naszą wizytę. Jestem pewny, że dodzwonił się do woźnej i usłyszał coś w stylu:

– Jaki zespół? No Order? A ktoś go w ogóle kojarzy? Blue Monday? Nie słyszałam. Dobra, dobra, przyjeżdżajcie, zobaczymy, co da się zrobić.

Podjechaliśmy z Barneyem ubrani w skórzane kurtki i w masywnych butach – był rok 1982 lub 1983, więc wyglądaliśmy jak rasowi punkowcy. Trochę nie pasowaliśmy do starych szkolnych murów i czuliśmy się naprawdę dziwnie. W tamtym czasie Salford Grammar uzyskało status szkoły średniej, ale oprócz tego nic się nie zmieniło: wciąż mieściła się w tych samych wielkich budynkach z lat sześćdziesiątych, w gablotach wystawiono puchary i medale zdobyte przez uczniów, a na obitych boazerią ścianach wisiały zdjęcia wszystkich przewodniczących klas. Poczuliśmy się, jakby czas stanął w miejscu. Szkoła wyglądała tak samo jak w naszym dzieciństwie, ale wydała się nam znacznie mniejsza. Pamiętam, że pomyślałem: Cholera, ale jazda. Znowu tu jestem. Szaleństwo. Nawet pachniało tam jak kiedyś.

Ruszyliśmy w stronę gabinetu dyrektora. Fotograf z „NME” zwrócił się do sekretarki:

– Dzień dobry, przyjechałem w odwiedziny z Peterem Hookiem i Bernardem Sumnerem, muzykami znanego zespołu New Order, którzy kiedyś uczęszczali do tej szkoły. Czy moglibyśmy przejść się po korytarzach i zrobić im kilka zdjęć, które ukażą się potem w „New Musical Express”, największym muzycznym piśmie w Wielkiej Brytanii?

Sekretarka była bardzo uprzejma i wyglądała na podekscytowaną tym pomysłem. – Proszę chwilkę poczekać, pójdę zapytać o zdanie naszego dyrektora – powiedziała i wyszła do gabinetu.

Po chwili usłyszeliśmy okrzyk:

– Słucham? Są tu ci dwaj debile?

Drzwi otworzyły się z hukiem, a z gabinetu wybiegł nasz nauczyciel geografii Dave Cain, który awansował na dyrektora szkoły.

– Wy dranie! – krzyknął.

Ale zrządzenie losu – przez lata znęcaliśmy się nad nim i zamieniliśmy jego życie w piekło.

– Wynocha! – wrzeszczał. – Wynoście się stąd, palanty!

Co zrobiliśmy? W ułamku sekundy zamieniliśmy się znowu w szkolnych łobuziaków. Zupełnie, jakbyśmy wyszli z wehikułu czasu. Wybiegliśmy z gabinetu w mgnieniu oka i uciekaliśmy przed rozzłoszczonym dyrektorem przez obite boazerią korytarze, tupiąc masywnymi buciorami i krztusząc się ze śmiechu. Minęło tyle lat, a nasz stary nauczyciel od geografii wyrzucił nas ze szkoły.

Nie daliśmy jednak za wygraną. Gdy upewniliśmy się, że teren jest czysty, ponownie podkradliśmy się pod szkołę. Facet z „NME” odchodził od zmysłów, bo wiedział, że musi wrócić ze zdjęciem. Na budynku wisiała tablica z imieniem szkoły. Fotograf zaproponował, żebyśmy zapozowali na jej tle. Dał nam odpowiednie wskazówki i ustawiliśmy się z Barneyem obok siebie. Gdy wszystko było gotowe, usłyszeliśmy kolejne krzyki:

– Znowu wy! Przecież powiedziałem wam, dupki, że macie stąd spieprzać!

Dyrektor znów ruszył na nas. A my znów daliśmy drapaka. Fotograf wciąż trzymał aparat wycelowany w kierunku tablicy, tyle że nas już pod nią nie było. Z jego wspaniałego planu nic nie wyszło. Udało mu się jedynie zrobić zdjęcie polaroidem, mam je zresztą do dziś. Ostatecznie zdjęcie do artykułu zrobiliśmy niedaleko starego mieszkania Barneya, w Greengate, w Broughton.

Wracając do tematu… W 1973 roku, przed ukończeniem szkoły, poszedłem na spotkanie z doradcą zawodowym, który zapytał mnie:

– Co chciałbyś robić w życiu?

– Chcę grać w zespole – stwierdziłem.

Pamiętam, że poprzedniego dnia byłem na koncercie, zdaje się, że Led Zeppelin.

Doradca przewrócił oczami, pacnął mnie w głowę i zapytał:

– Czy miałbyś coś przeciwko pracy, w której można się trochę pobrudzić?

– Szczerze? Tak – odpowiedziałem, masując obolałą głowę.

– Rozumiem – westchnął. – Czyli wolisz pracę w biurze. Co wybierasz: Salford Town Hall czy Manchester Town Hall?

Cóż, mieszkałem w Salford, więc zdecydowałem, że pójdę na rozmowę kwalifikacyjną do Salford Town Hall. Jeszcze raz podkreślę, że w szkole byłem strasznym obibokiem – szlajałem się z kumplami, w ogóle nie przykładałem się do nauki i miałem minimalne szanse, żeby zdać egzamin dojrzałości. Liczyłem, że uda mi się uzbierać wymagane minimum punktów z angielskiego. Facet w Salford Town Hall zapytał:

– Czy uważasz, że uda ci się zdać egzaminy?

– Wątpię – wyznałem. – Jeśli będę miał szczęście, zaliczę jeden lub dwa przedmioty, co do reszty nie byłbym już taki pewien.

– Rozumiem. Wynoś się stąd, łobuzie – powiedział i wyrzucił mnie za drzwi.

Poszedłem więc na rozmowę do Manchester Town Hall, gdzie usłyszałem dokładnie to samo pytanie:

– Czy uważasz, że uda ci się zdać egzaminy?

– Pewnie, nie może być inaczej. Zaliczę wszystkie przedmioty. Dam radę.

– Świetnie, masz tę pracę – usłyszałem.

Łatwo poszło, bułka z masłem.

Rzeczywiście, z literatury angielskiej dostałem szóstkę – zdałem, ledwo – i na tym się skończyło. Oblałem całą resztę. Nie zaliczyłem nawet rysunku, a był to mój ulubiony przedmiot. Nauczyciel plastyki, którego przezywaliśmy Cup Cake, durny, stary pryk, nie zauważył, że test składa się z dwóch arkuszy. Gdy się zorientował, egzamin dobiegał końca, więc nie mieliśmy szans. Nauczyciel powiedział nam tylko: „Cóż, trudno”. Barney zdał z plastyki. Wielokrotnie powtarzano nam, że każdy zdaje z plastyki, wystarczy tylko nie zasnąć na egzaminie. Barney zdał z dwóch przedmiotów – z angielskiego i plastyki, a ja tylko z jednego. Tak zaczęła się rywalizacja, która trwała latami.

Ja za to zacząłem wcześniej pracować. Gdy miałem czternaście lat, ciotka Jean załatwiła mi posadę w Quay House w Manchesterze. Pracowałem w firmie Whipclean i sprzątałem biura. Wkrótce dołączyli do mnie moi kumple. Nie można przecenić tego doświadczenia, wiele się tam nauczyliśmy – pracowaliśmy pośród starszych kobiet, wyjątkowo sprośnych jak na swój wiek – ciotka Jean pewnie nawet nie wie, że była pierwszą kobietą, która przy mnie przeklęła. Zarabiałem 1,75 funta za dziesięć godzin pracy tygodniowo. Czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. Kupowałem sobie nowe ciuchy i byłem wyjątkowo eleganckim skinheadem. Jednak pierwsze poważne stanowisko udało mi się zdobyć dopiero w Manchester Town Hall. Zarabiałem 8 funtów tygodniowo. Pracowałem w pokoju numer 234. Dzieliłem go z panem Wilsonem, który ćmił sobie fajeczkę. Nie wiedziałem wtedy, jak wielką rolę odegra on w moim życiu. Los potrafi nas zaskakiwać.

– Panie Wilson, jak mogę panu pomóc? – pytałem.

Wypuszczał gęsty obłok fajkowego dymu i odpowiadał:

– Siedź cicho i mi nie przeszkadzaj.

Tak też robiłem. Całymi dniami siedziałem i nie robiłem nic pożytecznego, ale starałem się nie przeszkadzać panu Wilsonowi.

Właśnie w Manchester Town Hall przeżyłem coś w rodzaju inicjacji – choć nie takiej, o jakiej z pewnością teraz myślicie. Na tamten wieczór zaplanowano uroczystą kolację z okazji świąt Bożego Narodzenia. Przez cały tydzień koledzy z pracy opowiadali mi przeróżne bzdury. Chcieli mnie nastraszyć, bo to było moje pierwsze oficjalne wyjście ze wszystkimi pracownikami. Mówili, co działo się w zeszłym roku i jak jeden gosć narozrabiał. Przypominam, że miałem zaledwie szesnaście lat. Po pracy poszliśmy do pubu. Koledzy z biura wlali we mnie tyle kufli ciemnego piwa, że w końcu nie wiedziałem już, gdzie jestem, a cały świat wirował mi przed oczami. Pamiętam, że wróciliśmy do Lesser Free Trade Hall na świąteczną imprezę. Udało mi się zejść po schodach i schować w rogu sali. Tylko na tyle było mnie stać. Byłem tak zalany, że się przewróciłem. Nie wiem, jak długo leżałem na podłodze. Pamiętam, że w końcu ktoś pomógł mi wstać. Koledzy wzięli mnie na ręce i wnieśli po schodach. Jestem pewny, że wyglądaliśmy jak orszak pogrzebowy wikingów. Rzucili mnie na ziemię na szczycie schodów. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zanieśli mnie gdzieś dalej. Leżałem na plecach na kamiennej posadzce i wymiotowałem na siebie, a sufit w holu wirował mi przed oczami. W pewnym momencie zorientowałem się, że wokół mnie chodzi mnóstwo ludzi, widziałem ich buty. Usłyszałem, jak ktoś zapytał: „Kto to?”. Popatrzyłem w górę i wytężyłem wzrok – nade mną stał burmistrz we własnej osobie.

– Och, to Peter Hook z wydziału transportu – odpowiedział jakiś urzędnik, a następnie pomógł burmistrzowi i jego żonie ominąć moje wymiociny.

Potem wszyscy udali się na uroczysty posiłek. W końcu dwóch kolegów z biura zaoferowało mi, że odprowadzą mnie do domu.

– Gdzie mieszkasz, młody? – zapytał jeden z nich.

– Tuż za rogiem – wymamrotałem.

Poczciwcy odprowadzili mnie pod sam dom, który znajdował się w Ordsall, godzinę drogi od ratusza. Przez cały czas utrzymywałem, że jesteśmy prawie na miejscu.

– Mieszkam tuż za rogiem – powtarzałem.

– Do jasnej cholery, gdzie mieszkasz?

– Za rogiem…

Oparli mnie o drzwi, zapukali i dali drapaka. Gdy drzwi się otworzyły, zwaliłem się na podłogę w przedpokoju. Mama była wściekła.

To miałem na myśli, pisząc o inicjacji w Lesser Free Trade Hall. O dziwo, nie wyrzucono mnie z pracy, więc już następnego dnia wróciłem do pokoju 234 i starałem się nie przeszkadzać panu Wilsonowi.

Nocami przesiadywałem u Bernarda. Obaj mieliśmy skutery, choć on dostał swój wcześniej. O licencję można się było ubiegać dopiero po ukończeniu siedemnastu lat, więc Barney skłamał, że jest o rok starszy. Ja musiałem poczekać na własny skuter rok dłużej. Powoli wciągał nas świat muzyki: słuchaliśmy soulu i reggae, potem zainteresowaliśmy się popem. Barney ozdobił skuter naklejką z nazwą jego ulubionego zespołu Santana. Gdy wreszcie doczekałem się swojego, nakleiłem na nim tytuł drugiego albumu tej formacji – Abraxas. Jeździliśmy więc po Langworthy Road na naszych mechanicznych rumakach, dumnie prezentując swój muzyczny gust, i podrywaliśmy dziewczyny.

Tak wyglądało moje życie: chodziłem do pracy i w ciągu dnia się opieprzałem, a wieczorami spotykałem się z Barneyem. Sielanka nie mogła jednak trwać wiecznie – w końcu zemściło się na mnie to, że nie zdałem egzaminów. Co ciekawe, w pracy szło mi na tyle dobrze, że zaproponowano mi podwyżkę. Wtedy właśnie pracownicy urzędu miasta zorientowali się, że nie dotrzymałem mojej obietnicy. Próbowałem jeszcze raz podejść do egzaminów, ale tak naprawdę wyszedł z tego wielki przekręt – dostawałem pieniądze, bo uwierzono mi, że dotrzymam obietnicy i zdam egzaminy. Musiałem odejść z pracy. Nikt mnie nie poganiał, ale wiedziałem, że na tym się skończy. Oczywiście byłem zbyt zajęty szlajaniem się po mieście z kumplami, żeby przejąć się nauką. Ostatecznie odszedłem przez Davida Essexa.

Pieprzony David Essex.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Część druga

DISORDER

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jedno z moich ulubionych zdjęć. Zrobiono je chyba podczas europejskiej trasy koncertowej.

O rany! Moje pierwsze zdjęcie. Taki ze mnie trzylatek, Salford.

Pocztówka, którą mama wysłała babci w 1961 roku.

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

Część trzecia

TRANSMISSION

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Część czwarta

LOVE WILL TEAR US APART

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jeden z naszych pierwszych koncertów. Duchy przeszłości…

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

Część piąta

CEREMONY

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

EPILOG

Podziękowania

Dziękuję mojej pięknej żonie Rebecce oraz wspaniałym dzieciom, Heather, Jackowi oraz Jess. Ta książka nie mogłaby powstać bez waszej miłości, cierpliwości i zrozumienia.

Ku pamięci, odpoczywajcie w pokoju… Jean Jackson, Derrick Jackson, Dave Dee, Rex Sargeant, Larry Cassidy, Mia Hook, Martin Rushent oraz New Order.

Specjalne podziękowania składam Andrew Holmesowi oraz Davidowi Sultanowi. Bez waszej pomocy i ciężkiej pracy nie byłoby tej książki. Udało się wam wydobyć z mojej historii to, co najlepsze. Jestem waszym dłużnikiem, chłopaki… po wsze czasy.

Moje najszczersze podziękowania zechcą przyjąć także (kolejność przypadkowa): Twinny, Terry Mason, Claude Flowers, Lesley Thorne, wszyscy pracownicy Aitken, Alexander & Co., Phil Murphy, James Masters (za niesłychaną wiedzę), Kelvin Briggs, Mike Jones, Emily Husain oraz wszyscy pracownicy Simon & Schuster, Mike i Carol Georgieff-Jones, mieszkańcy Manchesteru i Salford, Alan Erasmus, Aaron Mellor i wszyscy z The Factory, Anthony Addis i pracownicy OJK & Co, Stephen Lea, Mike Hall z IPS Law, zespół The Light: Jack Bates, Nathan Wason, Andy Poole oraz Paul (The Bear) Kehoe, Stephen Jones, Pete i Peasy @ Oxygen Management, Steve Strange z X-Ray Agency, The Mighty Sarge, Debbie i Natalie Curtis, zespół The Buzzcocks, Alison Bell, Amanda Dunlop, dr Hew Jones, Kate King z JMC Office Services, Joanne oraz pracownicy Alderley Edge Hotel, Spellcheck, JoyDiv.org, Chris i Tom Hewitt, John Brierley, moi bracia: Chris i Paul Hook, oraz ich rodziny, Dianne Bourne oraz redakcja „Manchester Evening News”, OZ PA, Dave Pils i Jasmine, wszyscy w Factory Records, Phil Saxe, Matt Greenhalgh i Anton Corbijn, Electro-Harmonix, Shergold Guitars, Crown Amps, Alembic, AMS Digital Delay, Michael Winterbottom i wszyscy z 24 Hour Party People, Kevin Hewick, Peter Saville i Alice Cowling, Paul Fletcher z One Love Music, Warner Brothers Music, Universal Publishing, The Sex Pistols, Roger Eagle, Jean-Jacques Burnel za brzmienie, Paul Simonon za pasek do gitary, Cockney Rebel za zainteresowanie mnie muzyką, David Essex i Ringo Starr. Ta lista nie ma końca…