Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 84

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Josek Gesundheit i S-ka - Władysław Książek

Autor publikował pod nazwiskiem Julian Łętowski. Pod wpływem naturalizmu często umieszczał akcję w kręgach nizin społecznych. Tym razem Książek w swojej opowieści podjął wątek codziennego życia środowiska żydowskiego. Drobiazgowo i niezwykle plastycznie zaprezentował ulice warszawskie, które nieodłącznie były związane z Żydami. Przedstawił relacje panujące w tym środowisku, pracę, stosunki międzyludzkie, zwyczaje i obyczaje. Uwagę przyciąga umiejętne wplecenie w dialogi cytatów z języka jidysz, dzięki czemu opowieść staje się bardziej autentyczna w odbiorze. Z pewnością Książek w tym niewielkim opowiadaniu potrafi wyśmienicie oddać prawdziwą atmosferę żydowskiej części Warszawy w drugiej połowie XIX w., dlatego też warto polecić lekturę tego opowiadania. Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Josek Gesundheit i S-ka - Władysław Książek

Fragment ebooka Josek Gesundheit i S-ka - Władysław Książek

Władysław Książek

Josek Gesundheit i S-ka

Opowieść z życia Żydów warszawskich

Warszawa 2012

[Josek Gesundheit i S-ka]

Nie było szczęśliwszej pory w życiu Joska Gesundheita nad jego lata dziecięce!

Puszczany samopas i niedoglądany przez nikogo od chwili, gdy tylko skrzywione w pałąk nogi stawiać jako tako począł, a nawet wypędzany często z izby, aby nie zawadzał starszym przy robocie – bujał sobie swobodnie, najpierw po podwórzu rodzinnego domu, później po twardym bruku ulicy Muranowskiej, na koniec zaś po wydeptanej łące wokoło Cytadeli. Tam to, wraz z gromadką takich jak sam brudnych i odartych dzieci, wywracał ucieszne kozły, zabawiał się piłką, uwitą nie tyle misternie, ile pracowicie ze starych gałganków i strzępków, a wreszcie szachrował z towarzyszami i towarzyszkami, przybywającymi na ową łąkę z kromką chleba lub kawałkiem makagigi.

Piękne to były chwile! Tu już ojciec nie mógł uderzyć, dorosła siostra nie zrzędziła, jej mąż, a małego Joska szwagier, nie potrącał – jeśli zaś który z waleczniejszych towarzyszów zadrapał czasem twarz, płaciło mu się taką samą monetą lub też wymieniało ją na kułak albo kopnięcie nogą – i wszystko dobrze się kończyło.

A uciechy było w bród! Często nawet mały Josek, po wydostaniu się z rana z domu, w niemałym bywał kłopocie: gdzie iść i z którą partią? Czy na plac Broni z gromadką z Niskiej, czy pod Cytadelę z towarzyszami z Muranowskiej, czy na koniec z partią z Bonifraterskiej pod wiadukt kolei Nadwiślańskiej?...

Pragnął też często trzech takich małych Josków z siebie zrobić, aby mógł być wszędzie naraz obecnym.

Po większej jednak części przyłączał się do ostatniej z wymienionych kompanii, raz dlatego, że w kompanii tej najwięcej bywało kolegów, uposażonych w różne łakocie, a po wtóre, że bliskość drogi kolejowej przyczyniała się niemało do urozmaicenia rozkoszy, nasycających wrzaskliwą gromadkę.

Mianowicie, każdy przechodzący po linii pociąg wywoływał w całym zebraniu wielką sensację, ściągając z murawy i prostując nawet najbardziej zapalonych „koziołkowiczów” lub graczy guzikowych. Zapatrzeni w buchającą dymem lokomotywę, stawali wszyscy na chwilę w osłupieniu, co jednak nie przeszkadzało im potem wnieść ogromnej wrzawy na powitanie „żelaznego diabła”, a czasem nawet i kamykami celować do okien pomykających wagonów.

Błogi ten stan byłby może trwał jeszcze długo, gdyby nie śmierć ojca, oraz nie złośliwość siostry i szwagra, którzy przypomnieli sobie, iż dwunastoletni chłopiec powinien nareszcie wziąć się do jakiej roboty.

Mały Josek szarpał się, rzucał i krzyczał, nie chcąc z gniazda rodzinnego wyruszyć, ale ostatecznie musiał ulec przemocy. Naprzód bowiem obito go sumiennie, a następnie poczęto mu tłumaczyć, że trafia się miejsce w sklepie żelaznym przy ulicy Bagno, za trzy ruble na miesiąc z początku, a po roku pięć, później dziesięć, piętnaście i więcej...

– Fufcen! – zapytał mały Josek.

– Fufcen! – odpowiedział szwagier.

To go ostatecznie przekonało. Wprawdzie bolał na tym wielce, iż ulica Bagno tak bardzo oddalona jest od Muranowskiej i łąki pod Cytadelą, ale nie było na to rady. Szwagier bowiem zagroził znowu biciem, a skorsza do takich egzekucji siostra zamierzała natychmiast groźbę męża swego wypełnić.

Tym sposobem, już nazajutrz, stał młody Josek za ladą sklepową, pilnie i z ciekawością wtajemniczając się w arkana handlu żelaznego.

Nowe zajęcie bawiło go o wiele nawet więcej, niż się tego spodziewał. Poczuł od razu, że jest w swoim żywiole i z lubością wpatrywał się w dziesiątki, złotówki i ruble, wpływające do kasy pryncypała. Dotychczas z daleka tylko mógł na prawdziwe pieniądze spoglądać – teraz dotykał ich własną ręką, doznając rozkosznego wzruszenia, gdy je przez chwilę w palcach zatrzymał; na myśl zaś, że po upływie miesiąca własne swoje trzy ruble mieć będzie, uczuwał zawrót głowy i upojenie, przyprawiające go chwilami o mdłości. Całymi godzinami, zwłaszcza nocą, marzył teraz o tym tylko, co z ową sumą uczyni?

Trzy ruble! Güter Gott! A potem będzie sześć, a po trzech miesiącach dziewięć, a po roku trzydzieści sześć... Strach pomyśleć!...

Spotkało go wszakże wielkie rozczarowanie.

Oto bowiem, w ostatni dzień miesiąca, przybyła siostra wraz ze szwagrem i pryncypał na ich ręce wypłacił Joskową zasługę.

Zawiedziony Josek rozpłakał się z żalu.

Płakał cały wieczór, całą noc, całe następne rano, a gdy się na koniec uspokoił, począł rozmyślać nad tym: czy już nigdy nie będzie mieć swych własnych pieniędzy?...

Rozmyślał przez tydzień, a w następnym tygodniu stała się z nim rzecz dziwna.

Ze żwawego jak iskra malca, zrobił się ciężkim i powolnym; mieszał się, bladł lub zieleniał na przemian, a humor i żywość, jakie dotąd go cechowały, przepadły bez śladu.

Tymczasem do tego samego sklepu, przyprowadzono pewnego ranka takiego jak Josek wyrostka, którego ojciec, jak się okazało, był dobrym znajomym pryncypała.

Z pierwszych już zamienionych wyrazów dowiedział się Josek, iż otrzyma nowego kolegę i że ten kolega, wyglądający na bardzo potulnego chłopczynę, nazywa się Herszek Kessler. Przypatrując mu się z ukosa, zauważył nadto, że Herszek nie jest wcale spłakany, jak spłakanym był on sam, gdy go szwagier przyprowadzał. Owszem, kolega nowy przybywał wesół, a gdy układ między ojcem a pryncypałem po krótkich pertraktacjach stanął, zostawał w sklepie z ochotą i żegnał się z ojcem czule, obiecując na „szabas” przybyć do domu.

Przez dwie godziny nowi znajomi, mający odtąd wspólną dzielić dolę, oglądali się wzajemnie w milczeniu, jak ogląda się para zwierząt, do jednej wpuszczonych klatki. Herszek podziwiał nabyte już wiadomości fachowe Joska, które tenże miał sposobność okazać, znalazł się bowiem jakiś interesant, przybywający kupić parę kłódek; Josek zaś badał garderobę i ogólny wygląd Herszka i przychodził do przekonania, iż lepiej mieć ojca niż siostrę i szwagra, albowiem Herszek miał na sobie nową kapotę, której kieszenie powypychane były kromkami chleba i pęczkami cebuli.

Około południa jedna z tych kromek znalazła się w rękach, a następnie i w żołądku Joskowym i odtąd nowi koledzy pozostali przyjaciółmi.

W niewielu wyrazach wtajemniczyli się wzajemnie w swoje stosunki rodzinne, poczęli sobie przypominać zabawy dziecięce i rozpowiadać o nadziejach na przyszłość. Okazało się nawet przy tym, iż musieli się kiedyś znać i widywać, Herszek bowiem przez lat dwa należał do wypraw dzieciaków z Niskiej ulicy i ich uciech na placu broni. Josek na koniec dowiedział się, iż jak jego pociągnęła obietnica zyskania kiedyś aż piętnastu rubli na miesiąc, tak dla Herszka argumentem wymownym do porzucenia zabaw były właśnie owe kromki chleba. Poznał też wkrótce, iż nad swym towarzyszem, znacznie mniej rozwiniętym, będzie miał bezwzględną przewagę.

Ostatecznie jednak nowa przyjaźń zadokumentowaną została dopiero przy pierwszym „geszefcie”, jakiego Josek i Herszek wspólnie dokonali.

Oto zdarzyło się w parę dni po przybyciu Herszka, iż pryncypał wyszedł na chwilę ze sklepu z jakimś interesantem, a pod ten czas zjawił się właśnie chłopiec szewski dla zakupienia „sztyftów” za dwanaście groszy. Josek sztyfty odliczył i po wyjściu chłopca przyzwał skinieniem Herszka, a wsuwając mu w rękę trzygroszniak, rzekł:

– Weź, to dla ciebie, ale schowaj dobrze...

– Wie hajst? – zapytał naiwnie Herszek, wytrzeszczając zdziwione oczy.

– Nim! dżele sze z tobą! – dodał Josek.

Herszkowi przeleciał płomień po twarzy. Zaczął pojmować.

– Nu, a jak stary pozna? – dodał trwożliwie.

Josek uśmiechnął się z politowaniem.

– Co pozna? co on może poznać? Skąd on sze będzie dowiedzieć, co tu był kto za kupnem? Nu, a co on może poznać: czy sztyftów ubyło z takiej wielkiej paczki?...

Herszek został przekonany.

– To tu tak można? – zapytał.

– Jak sze da, to można.

– A gdzie schować?

– Do buta! – brzmiała informacja.

– Gut gedacht! To dobrze pomiszlane! – szepnął Herszek, podziwiając rozum swego towarzysza.

Im zaś dłużej myślał, tym operacja ta wydawała mu się naturalniejszą. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego jemu dostało się trzy grosze, podczas gdy Josek zabrał dziewięć?

Nie miał jednak czasu nad tym rozumować, wieczorem bowiem nastręczyła się nowa trudność. W bucie pozyskanej monety nie można było trzymać, w ubraniu także, gdyż Josek z góry przestrzegał, iż w nocy pryncypał rewiduje garderobę swoich pomocników.

Trzeba było obmyśleć lepszą kryjówkę i Josek istotnie ją obmyślił, ale jak zręczny dyplomata, nie kwapił się z wyznaniem, chcąc, aby Herszek sam go o to poprosił i uznał tym samem jego wyższość.

Tak się istotnie stało. Wówczas Josek wywabił Herszka w ciemny kąt siani, a dając mu kawałek szmaty i sznurka, kazał mu w szmatę dobrze pieniądz zawiązać i na sznurku zawiesić na szyi, w ten jednak sposób, że środek pętlicy z prawej tylko strony dotykał karku, węzełek zaś z monetą szedł pod pachwinę lewej ręki.

Tak żołnierze, tylko niżej nieco, przewieszają szable przez ramię.

– Hörst du! – mówił przy tym Josek – choćby stary macał nas, jak będziemy spali, to nic nie znajdzie...

Pryncypał rzeczywiście w nocy przeszukał starannie garderobę Herszka (Joskowi widocznie już wierzył), zbliżył się doń nawet i macał go po piersiach. Ale obawiając się przebudzić śpiącego, nie wykonywał tej czynności tak dokładnie, aby aż sznurek pod palcami mógł poczuć, a węzeł z monetą znajdował się pod pachą.

Podczas tej funkcji pryncypała, Josek udawał tylko śpiącego, biedny Herszek zaś, najwięcej w rewizji interesowany, spał istotnie jak zabity.

Spółka została więc zawarta i usankcjonowana powodzeniem.

Odtąd dzień, który by nie przyniósł wspólnikom żadnej korzyści, należał do wyjątków. Josek kierował operacjami i działał zawsze tak, iż nie mógł być schwytany. Za rzeczy, których ubytek łatwo pryncypał mógł dostrzec, oddawał wszystko rzetelnie, oszukując tylko na sprzedaży drobniejszych lub liczniejszych przedmiotów.

Operacje te ułatwiał im zresztą sam system, przyjęty po żydowskich handlach. Stałych cen nie było. Istniało wprawdzie pewne minimum, za jakie ten lub ów przedmiot można było oddać, zawsze jednak mówiło się cenę niższą, z której sprzedający opuszczał dopiero przy targu mniej lub więcej.

Spółce zatem dobrze się wiodło.

Ale jak pierwszego dnia, tak i następnych Herszek zawsze był krzywdzony przez chytrego wspólnika. Josek nigdy nie oddawał mu równej połowy, gdy zaś Herszek operacji  dokonywał, domagał się odeń najrówniejszego podziału.

– Jak to może być? – protestował czasem potulny Herszek.

– Ja to pomiszlałem! ja ciebie nauczyłem! Co byś miał beze mnie? – odpowiadał wówczas Josek.

I Hersz przekonany ulegał.

Czasem jednak występował energiczniej przeciw tej nierówności podziału, ale zwykle źle na buncie wychodził, Josek bowiem w braku innych argumentów uciekł się nawet parę razy do pięści w kułak zaciśniętej, a we władaniu tym orężem był od słabego Herszka znacznie bieglejszym.

Zazwyczaj jednak zgoda prędko nastawała, bo zresztą i sposoby, jakich Josek do wyzyskiwania Herszka używał, były najczęściej łagodniejszej natury. A pomysłu do nich nie brakowało w bystrej mózgownicy dawnego rycerza spod Cytadeli.

– Hörst du, Hersz! – rzekł mu pewnego ranka – ty narobisz kiedy kram i wielkie awanturę, bo gadasz w nocy.

– Jak to gadam?

– Gadasz, jak szpisz...

– Nie może być!

– Słyszałem już parę razy. Ty gadasz!

– A co ja gadam?

– Różne rzeczy... Ty jeszcze kiedy wszystko wygadasz, a stary może wysłuchać. Wtedy byłoby ci ciepło!...

Herszek, zakłopotany, począł mlaskać językiem i głową kiwać, jakby się sam sobie dziwił.

– Nu, co robić? – zapytał wreszcie.

– Trzeba coś robić na to – odparł Josek z udaną wybornie obojętnością.

– Ale co? ja nie wiem...

– Pomiszl!...

Wtedy Herszek uderzył w pokorę.

– Josele! – rzekł, zbliżając się do kolegi i głaszcząc go po karku – Josele! ja wiem, co ty jesteś dziesięć razy, sto razy ode mnie mądrzejszy. Ty pomiszlisz za twojego Hersza!

– Może pomiszlę, jak będzie mi się podobać!

– Nu, niech ci się podoba, Josele, niech ci się podoba! – prosił Herszek.

Mistrz pokiwał głową protekcjonalnie.

– Ja tobie co powiem! – rzekł. – Ja szpię tak czule, jak misz, albo kot! Jak ty zaczniesz gadać, to ja ciebie uszczipnę, to ty przestaniesz gadać, bo ty się obudzisz...