Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jimi Hendrix. Oczami brata - Leon Hendrix

Klucz do zrozumienia osobowości i muzycznego świata Jimiego Hendrixa

Nawet jak na gwiazdę rocka jego droga na szczyt była dramatycznie trudna. Przygnębiająca bieda, pijackie awantury, niepełnosprawne rodzeństwo, kłopoty z prawem. Swoją pierwszą gitarę znalazł w śmieciach. Miała tylko jedną strunę. Od tego momentu wszystko inne przestało się liczyć.

Na krótkie cztery lata świat zachłysnął się jego geniuszem – być może większym niż kogokolwiek innego w historii rocka. Dla Leona Hendrixa brat na zawsze pozostał jednak Busterem – bohaterem z dzieciństwa.

Opinie o ebooku Jimi Hendrix. Oczami brata - Leon Hendrix

Fragment ebooka Jimi Hendrix. Oczami brata - Leon Hendrix

Przedmowa

Jimi Hendrix był największym gitarzystą ery rocka. Odkrywcą nieznanych dźwiękowych przestrzeni. Nowatorem. Muzycznym wizjonerem.

Jego kariera trwała zaledwie cztery lata – od przybycia do Londynu we wrześniu 1966 roku do przedwczesnej śmierci we wrześniu 1970. Zakończyła się ponad czterdzieści lat temu. A jednak jego dorobek – cztery albumy wydane za życia i liczne nagrania opublikowane później – pozostaje niewyczerpanym źródłem natchnienia dla kolejnych pokoleń muzyków, nie tylko rockowych.

Jego utwory wykonywali wszyscy. Eric Clapton i Jeff Beck. Carlos Santana i Brian May. The Cure i Sting. The Pretenders i Devo. Prince i Lenny Kravitz. George Clinton i Living Colour. Patti Smith i Tori Amos. Red Hot Chili Peppers i Body Count. Steve Lukather i Kenny Wayne Shepherd. Frank Zappa i Slash. Yngwie Malmsteen i Michael Shenker. Albert King i Buddy Guy. Gary Moore i Stevie Ray Vaughan. Ben Harper i Emmylou Harris. Nomeansno i The Young Gods. Ozzy Osbourne i Czesław Niemen. Phish i Gov’t Mule. Gil Evans i John McLaughlin. Larry Coryell i Pat Metheny. Kronos Quartet i Nigel Kennedy. Joe Satriani, Steve Vai i John Petrucci. Muzycy rockowi, bluesowi, jazzowi i awangardowi. Nowofalowcy i heavymetalowcy. Folkowcy i gwiazdy country. Raperzy i artyści R&B. Młodzi i starzy.

Od czasu ukazania się klasycznych płyt Are You Experienced, Axis: Bold As Love, Electric Ladyland i Band of Gypsys nie było chyba gitarzysty elektrycznego, który nie spróbowałby zagrać jego kompozycji, nauczyć się jego solówek, poznać tajników jego techniki gry, a przede wszystkim wczuć się w jego myślenie o muzyce, nieuznające żadnych granic i barier, nacechowane zuchwałością, bez której nie ma artystycznych odkryć i objawień, prawdziwie kosmiczne.

Przypomnijmy. Jimi Hendrix, urodzony w 1942 roku w Seattle w Stanach Zjednoczonych, był muzycznym samoukiem. Sam opanował podstawy gry na gitarze i od 1959 roku występował z takimi zespołami jak The Velvetones, The Rocking Kings czy Thomas and the Tomcats w klubach, kampusach uniwersyteckich, bazach wojskowych. Od 1961 odbywał służbę wojskową w 101. Dywizji Powietrznodesantowej, ale po roku został zwolniony do cywila w związku z obrażeniami doznanymi podczas nieudanego skoku na spadochronie. Kontynuował działalność muzyka, między innymi z własnym zespołem The King Kasuals. Już w tamtych latach stworzył pierwsze nagrania – jako gitarzysta Lonniego Youngblooda, Curtisa Knighta, popularnych The Isley Brothers czy legendarnego Little Richarda. Już wtedy był świetnym gitarzystą o porywającym, nowatorskim sposobie gry i nieograniczonej wyobraźni. A jednak pozostawał w cieniu artystów, którym towarzyszył. Co więcej, w zespole żadnego z nich nie utrzymał się dłużej. Czy można się jednak temu dziwić? Hendrix wyprzedzał swoją epokę. Czas jego muzyki jeszcze nie nadszedł. Bracia Isley czy Little Richard nie byli w stanie jej zrozumieć. Drażniła ich, wydawała się im kakofonicznym hałasem.

Dopiero w 1966 roku poznano się na talencie Hendrixa. Jego umiejętnościami zachwycił się Chas Chandler, basista The Animals. Ściągnął go do Londynu, wprowadził w tamtejsze środowisko rockowe, znalazł muzyków do zespołu nazwanego The Jimi Hendrix Experience, został menedżerem. Już pierwszy własny singiel, zawierający dynamiczne wykonanie mrocznej ballady Billy’ego Robertsa Hey Joe, przyniósł gitarzyście popularność. Drugi, z własnym utworem Purple Haze – do dziś powalającym cudownym riffem gitarowym o mocnym, sfuzzowanym brzmieniu – ugruntował jego sukces. A wydany w maju 1967 roku album Are You Experienced zapewnił miejsce w rockowej elicie wszech czasów.

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że od chwili przybycia Hendrixa do Londynu gitara elektryczna nigdy już nie brzmiała tak jak dawniej. Oczywiście młody muzyk – w chwili premiery Are You Experienced nie ukończył jeszcze dwudziestu pięciu lat – nie spadł z księżyca. Jego porywający sposób gry był wypadkową poszukiwań wielu poprzedników, od bluesowych mistrzów po gigantów rocka z Erikiem Claptonem, którego uwielbiał, na czele. Ale dopiero on pokazał całą gamę możliwości ekspresyjnych, dźwiękowych oraz dynamicznych instrumentu. I otworzył drzwi do eksperymentów, na jakie wcześniej nikt się nawet nie poważył.

Album Are You Experienced nie zapisałby się jednak tak mocno w historii rocka, gdyby był jedynie świadectwem geniuszu Hendrixa jako gitarzysty. Podkreślić trzeba, że wypełniały go wyborne kompozycje, wyłącznie własne, świetnie zaśpiewane przez samego twórcę, takie jak Red House, Foxy Lady, Fire, Manic Depression, I Don’t Live Today czy tytułowa Are You Experienced?. Potwierdzające wielką miłość do bluesa i soulu, często pełne jazzowej swobody, nasycone psychodeliczną aurą, chwilami uduchowione, kiedy indziej pełne gwałtowności, ognia i szaleństwa. Zapowiadały już wtedy wiele rockowych stylów następnego okresu.

Klasę i nieograniczoną wyobraźnię Hendrixa potwierdziła następna płyta, Axis Bold As Love z grudnia 1967 roku. Była bardziej poetycka i wyrafinowana, zawierała takie utwory jak Spanish Castle Magic, If Six Was Nine, Castles Made of Sand czy Little Wing. Ale za opus magnum gitarzysty uważa się album następny, oryginalnie dwupłytowy, Electric Ladyland z października 1968 roku. Był pełen bardzo różnej muzyki, od kapitalnej, bardzo osobistej wersji ballady Boba Dylana All Along the Watchtower przez mroczny song 1983… (A Merman I Should Turn To Be), osnuty wokół porażających obrazów dźwiękowych chylącej się ku upadkowi cywilizacji, po zagrany z obłędną wręcz wirtuozerią, natchniony, futurystyczny blues Voodoo Child (Slight Return).

Niezwykłe dzieło było jedynym dokonaniem Hendrixa, nad którym miał całkowitą artystyczną władzę. Nie zdążył ukończyć następnej studyjnej płyty, a nagrania, które szlifował w ostatnim okresie życia, ukazały się już po jego śmierci w różnych zestawach w rodzaju The Cry of Love z marca 1971, Rainbow Bridge z października tego samego roku, Voodoo Soup z kwietnia 1995 czy First Rays of The New Rising Sun z kwietnia 1997. Żaden nie był jednak w pełni udaną próbą odtworzenia autorskiej wizji.

Ostatnim albumem wydanym za życia Hendrixa pozostał Band of Gypsys z marca 1970 roku, nagrany na żywo już po rozwiązaniu The Jimi Hendrix Experience, z nowym zespołem, nazwanym właśnie Band of Gypsys, bardziej jednoznacznie soulowo-funkowym niż tamten. Zawierał między innymi wyśmienitą, antywojenną kompozycję Machine Gun z brawurową improwizacją gitarową nasyconą zgiełkiem rodem z pola bitwy. Podobny charakter nadał Hendrix własnej parafrazie hymnu Stanów Zjednoczonych Star Spangled Banner, wykonanej między innymi w sierpniu 1969 roku podczas pamiętnego festiwalu Woodstock. Występ ten, znany przez lata we fragmentach, udokumentowano w końcu w całości pełnowymiarowym albumem (Jimi Hendrix Live at Woodstock z lipca 1999) i filmem. Podobnie zresztą uczyniono z wieloma innymi widowiskowymi koncertami artysty, chociażby tym, od którego zaczęła się jego właściwa amerykańska kariera, danym w czerwcu 1967 roku na festiwalu w Monterey (Jimi Hendrix Experience Live at Monterey Pop Festival z października 1993).

Przedwczesna śmierć Jimiego Hendrixa – zmarł rankiem 18 września 1970 roku w hotelowym apartamencie w Londynie – pozostaje jedną z największych tragedii w historii muzyki rockowej. Jego legenda żyje jednak do dziś, podsycana przez liczne wydawnictwa płytowe, filmowe i książkowe. O gitarzyście pisali dziennikarze, krytycy, fani, a także różni współpracownicy, w tym muzycy grupy The Jimi Hendrix Experience, Noel Redding i Mitch Mitchell, oraz realizator dźwięku Eddie Kramer. Zawdzięczamy im publikacje dające w sumie w miarę pełny obraz kariery Hendrixa w latach 1966–1970. Niektórzy autorzy podjęli też próbę opowiedzenia o jego życiu w latach wcześniejszych. Ale dopiero wspomnienia Leona Hendrixa, młodszego brata Jimiego, dają wiarygodny obraz tamtego okresu, przywołują nieznane szczegóły, pozwalają nam poznać losy genialnego muzyka w czasach, kiedy nie był jeszcze genialnym muzykiem, a zwykłym chłopakiem z Seattle.

Oczami brata to relacja przywołująca na myśl książki Marka Twaina, napisana z nerwem, barwna, żywa i poruszająca. Poznajemy z niej z pierwszej ręki historię dorastania Jimiego w rozbitej rodzinie, właściwie bez matki, pod surową opieką ojca alkoholika i hazardzisty, w niedostatku, wręcz w biedzie. Śledzimy rozwój muzycznej pasji przyszłego wirtuoza, dowiadujemy się, skąd wziął pierwsze instrumenty, z jakim trudem zdobył upragnioną gitarę elektryczną, czyich nagrań słuchał, w jakich zespołach zdobywał doświadczenie. Wraz z Leonem Hendrixem odkrywamy w słynnych piosenkach Jimiego zawoalowane wątki autobiograficzne oraz ślady dziecięcej fascynacji kosmosem. Wskakujemy też na rockandrollową karuzelę – czytamy, jak pod koniec lat sześćdziesiątych wyglądało szalone, hedonistyczne życie gwiazd rocka. Bez wątpienia poznajemy duszę twórcy Purple Haze lepiej niż kiedykolwiek dotychczas. Odkrywamy powody traum, niepokojów i rozterek wyrażonych w jego muzyce. Wchodzimy w jego niezwykłą twórczość jak do siebie.

Szkoda, że Oczami brata powstała tak późno. Dobrze jednak, że jest już z nami.

Wiesław Weiss

Jimi na festiwalu Woodstock – 18 sierpnia 1969 roku

Fot. Leonard Eisenberg / dzięki uprzejmości Rockin Artwork LLC

Wstęp

Wczesnym wrześniowym rankiem 1970 roku wyglądałem przez kraty celi o powierzchni dwa na dwa metry w zakładzie poprawczym Monroe Reformatory w stanie Waszyngton. Przez rząd łukowych okien rozmieszczonych w przeciwległej betonowej ścianie wpadły pierwsze promienie słońca, które rozjaśniało czyste, błękitne niebo. Piękne barwy świata na zewnątrz sprawiły, że groszkowa zieleń krat oraz ścian celi wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco. Zgarniałem właśnie rzeczy, żeby zgłosić się do pracy w kuchni, gdy moją uwagę zwróciło poruszenie wśród więźniów z cel na pierwszym poziomie. Niewyraźne komunikaty rozbrzmiewające w radiu mieszały się z szeptami innych osadzonych.

Nagle poranną ciszę rozdarł krzyk:

– Człowieku, nawet tak nie mów!

– Serio, Jimi Hendrix nie żyje! – rzekł ktoś. – Właśnie powiedzieli w radiu.

– Morda w kubeł! – krzyknął inny. – Stary, tam na górze siedzi jego młodszy brat.

Z początku starałem się nie zwracać uwagi na kłótnię. Plotki o śmierci Jimiego wypływały w mediach regularnie, uznałem więc, że więźniowie spierają się o jakieś bzdury wyssane z palca przez ludzi chcących sprzedać gazetom kolejną sensację. Media od lat donosiły, że Jimi zrobił to czy tamto i ukazywały go stale w zupełnie innym świetle. W tych plotkach przeważnie nie było krzty prawdy.

Wtedy w całym bloku C zadudnił dochodzący z więziennego megafonu zniekształcony głos:

– Więzień Leon Hendrix, 156724. Zgłosić się do biura kapelana.

Po tym komunikacie serce zamarło mi w piersi, gdyż w kiciu taka wiadomość oznacza zwykle jedną z dwóch rzeczy. Oficjele więzienia wzywają osadzonego do biur na parterze tylko w wypadku, gdy nadszedł dzień wyjścia na wolność albo doszło do śmierci w rodzinie. Do wyjścia brakowało mi sześciu miesięcy.

Drzwi celi otworzyły się gwałtownie, w całym bloku zapadła cisza. Więźniowie patrzyli, jak przemierzam długą drogę do biur. To straszne, ale po drodze słyszałem, jak radio w jednej z cel nadaje piosenkę Jimiego If 6 Was 9. Kiedy w końcu dotarłem do biura, kapelan stał za biurkiem, trzymając słuchawkę telefonu.

– Zła wiadomość – rzekł, a tak poważnego wyrazu twarzy nie widziałem u niego przez całe dziewięć miesięcy, które tu spędziłem. – Dzwoni twój tata, chce z tobą rozmawiać.

Wziąłem słuchawkę i niespiesznie podniosłem do ucha. Rozległ się znajomy szorstki głos. Zwykle cieszyłem się, kiedy miałem okazję go słyszeć. Dziś było inaczej.

– Co jest grane, tato? – zapytałem powoli.

– Trudno mi to mówić, ale Jimiego nie ma już z nami, synu. Powiedzieli, że zmarł zeszłej nocy – oznajmił tata cicho, głosem pełnym łez. – Ale nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

– W porządku. Rozumiem. – Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić w tamtej chwili. Po odłożeniu słuchawki wyszedłem z biura, cały wstrząśnięty. Czułem emocje budzące się w żołądku, wiedziałem, że muszę dotrzeć do celi, zanim zacznę robić sceny. Strażnicy nie patrzyli dobrze na takie rzeczy.

Nie widziałem się z Jimim od ponad roku, ostatni raz spotkałem go tuż przed tym, jak żandarmeria złapała mnie na ulicach Seattle i przekazała w ręce policji. Było jasne, że więcej go nie zobaczę – przynajmniej nie w tym życiu. Jedną z nielicznych rzeczy, która pozwalała mi przetrwać w pudle, była myśl o ponownym spotkaniu z Jimim. Mieliśmy wrócić razem na trasę, rozpocząć nową wyprawę, a teraz ten scenariusz miał się nigdy nie rozegrać.

Po powrocie do celi większość dnia przesiedziałem w milczeniu w rogu łóżka, wspominając lata spędzone z bratem. Strażnicy zwykle umieszczają więźnia, który otrzymał złe wieści z zewnątrz, w przymusowym trzydobowym odosobnieniu, na wszelki wypadek – żeby nie podburzał pozostałych osadzonych. Siedziałem więc w celi, odseparowany od innych. Wspomnienia dobrych chwil z Jimim wywoływały uśmiech na mojej twarzy, natomiast przywołując w pamięci trudne czasy, czułem ciężar na sercu. Choćbym nie wiem jak się starał, nie byłem w stanie powstrzymać łez. Odkąd trafiłem do Monroe Reformatory, byłem przekonany, że bez problemu odsiedzę wyrok. Teraz jednak czułem, że nie ma nadziei. A w więzieniu nadzieja to wszystko, co mi pozostało.

Później tego samego dnia wstałem z łóżka i podszedłem do krat. Przyciskając twarz do zimnych stalowych prętów, po raz drugi spojrzałem przez łukowe okna na przeciwległej ścianie. Powoli zmierzchało, światła było coraz mniej. Kiedy ostatnie promienie dnia przeniknęły szkło najdalszego z okien, nie mogłem oderwać oczu od ciemniejącego nieba. Stałem otępiały i z pustką w sercu, zastanawiając się, gdzie znajdę siłę potrzebną do samotnego zniesienia bólu. Wkrótce słońce zaszło całkowicie.

Rainier Vista

W jednym z moich najwcześniejszych wspomnień biegnę ze starszym bratem przez pole nieopodal osiedla socjalnego Rainier Vista w Seattle w stanie Waszyngton – tam właśnie mieszkaliśmy. Nasz tata, Al Hendrix, oraz mama Lucille mieli w zwyczaju urządzać w domu imprezy. Kiedy zaczynało robić się ciasno, a my pałętaliśmy się pod nogami, zwykle kazali nam iść bawić się na dworze. Nie mogłem mieć więcej niż dwa lata, mój brat miał sześć czy siedem. Biegając po okolicy, wciąż słyszeliśmy krzątaninę w domu – delikatne podzwanianie lodu wrzucanego do kieliszków koktajlowych oraz salwy śmiechu dochodzące z salonu. Zatrzymując się co jakiś czas i zaglądając przez okno panoramiczne, odnosiłem wrażenie, że nasi rodzice to szczęśliwi ludzie. Tak mi się wtedy wydawało, choć w innych okolicznościach przedstawiało się to zupełnie inaczej. Oboje lubili popić, na imprezach kochali być duszami towarzystwa. Lecz kiedy mijało upojenie alkoholowe, życie nabierało zupełnie innych barw. Zaczynały się krzyki i bluzgi.

Mówiąc delikatnie, w tamtym czasie w ich związku nie układało się najlepiej, jednak na początku nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Gdy mama poznała tatę, była jeszcze dzieciakiem. Nie miała siedemnastu lat, kiedy poprosił ją do tańca w Washington Club. Starszy o sześć lat, nie był pewien, czy między nimi zaiskrzy. Oboje uwielbiali tańczyć oraz imprezować, szybko się do siebie zbliżyli. Wkrótce stali się nierozłączni. Tata znalazł pracę w centrum Seattle przy myciu stołów w restauracji Ben Paris przy Pike Street, potem harował na dzienną zmianę w żeliwni, aż w końcu rzucił to i zahaczył się w Honeysuckle’s Pool Hall. Podsumowując, razem wiedli przyzwoite życie.

Potem Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i wszystko się zmieniło. Rząd USA przysłał tacie powołanie w momencie, gdy mama odkryła, że jest w ciąży z pierwszym dzieckiem. Musieli się zmierzyć z tą trudną sytuacją i spróbować wyjść z niej zwycięsko. Tata wiedział, że niedługo zostanie zmuszony do wyjazdu, więc on i mama pobrali się podczas pospiesznie przygotowanej ceremonii 31 marca 1942 roku. Oficjalnie byli mężem i żoną mniej niż tydzień, zanim ojciec stawił się w arsenale w Forcie Lewis, a potem został odesłany na przeszkolenie podstawowe w Forcie Sill w Oklahomie. Tata akurat stacjonował w Camp Rucker w Alabamie, kiedy otrzymał od siostry mojej mamy, ciotki Delores, telegram, że jego żona urodziła dziecko. Stał się dumnym ojcem pięknego synka, któremu mama nadała imiona John Allen Hendrix. Po tym, jak na początku stycznia 1943 roku tata wyruszył za ocean, ciotka Delores dokładała wszelkich starań, żeby jak najczęściej wysyłać mu zdjęcia syna, tak by mógł widzieć, jak rośnie. Tacie jednak trudno było skupić się na czymkolwiek oprócz wojny. Nieustannie gdzieś go wysyłano, stacjonował na wyspach Fidżi, Guadalcanal, a potem w Nowej Gwinei.

Tymczasem w Seattle życie nie oszczędzało mamy. Opuściła dom rodziców i wprowadziła się do przyjaciółki, próbując wiązać koniec z końcem i opiekować się małym chłopcem. Wtedy mama była jeszcze regularnie chodzącą na imprezy smarkulą. Życie ciskało nią z miejsca na miejsce wśród różnych okoliczności, aż w końcu ciężar stał się zbyt wielki. Nie będąc w stanie zajmować się małym dzieckiem, została zmuszona do podjęcia drastycznej decyzji. Po krótkim okresie spędzonym z babcią Clarice i dziadkiem Jeterem chłopiec na krótko trafił pod opiekę kobiety o nazwisku Walls, lecz ta niespodziewanie zmarła. Na szczęście na scenie pojawiła się jej siostra, pani Champ, i przejęła obowiązek opieki nad małym Johnnym. Kiedy pani Champ zabrała dziecko do swojego domu w Berkeley w stanie Kalifornia, wysłała tacie list informujący go o zaistniałej sytuacji. Jednak choćby bardzo chciał jakoś zareagować i pomóc, przebywał po drugiej stronie kuli ziemskiej i nie był w stanie wiele poradzić na to, co działo się w rodzinnym Seattle. Jego syn mieszkał teraz w Kalifornii, a jego żona… no cóż, tata nie był nawet pewien, gdzie spędzała czas.

Gdy we wrześniu 1945 roku w końcu wrócił z wojny i przyjechał do Seattle, pierwsze co postanowił, to dostać się do Berkeley, żeby odebrać chłopca. Mój brat nie cieszył się, że ktoś chciał zabrać go z domu, w którym żył przez blisko trzy pierwsze lata życia. Nagle u drzwi stanął jakiś obcy mężczyzna, którego malec nigdy nie widział na oczy, chyba że na jakimś niewyraźnym zdjęciu z wojny, i zaczął wmawiać mu, że jest jego ojcem i zabierze go w jakieś dalekie miejsce. Żaden mały chłopiec nie zareagowałby dobrze na tego typu wiadomość. Ale nie to było najgorsze. Zaraz po ich powrocie do Seattle tata zaprowadził mojego brata do biura hrabstwa King i w świetle prawa zmienił jego imiona. Od teraz John Allen Hendrix miał się nazywać James Marshall Hendrix. Brat nie tylko został zabrany od ludzi, których uznawał za rodzinę, ale powiedziano mu także, że nie nazywa się już Johnny Allen, lecz Jimmy.

Niedługo po przyjeździe taty do dzielnicy Seattle zwanej Central District w domu ciotki Delores na osiedlu socjalnym Yesler Terrace, gdzie tata mieszkał z moim bratem, pojawiła się mama. Jestem pewien, że tata nie wiedział, co ma myśleć o tych wszystkich zdarzeniach, które miały miejsce podczas tylu lat jego służby w wojsku. Mimo to wciąż ją kochał. Choćby nie wiem co zrobiła, niezależnie od tego, ile razy znikała, nie wierzę, by tata kiedykolwiek przestał ją kochać. Tak więc pogodzili się i zdecydowali dać sobie kolejną szansę. Rozstawali się i wracali do siebie przez całe nasze dzieciństwo.

Gdy 13 stycznia 1948 roku pojawiłem się ja, Leon Morris Hendrix, mama i tata uspokoili się nieco i postanowili powstrzymać się od kłótni. Tata był wniebowzięty narodzinami kolejnego chłopca. Żałował, że przez wojnę stracił szansę na uczestniczenie we wczesnych latach wychowania mojego brata, a tymczasem los dał mu drugą szansę na sprawdzenie się w roli ojca. Niedługo po moim urodzeniu cała nasza czwórka przeprowadziła się do mieszkania z dwiema sypialniami pod numerem 3022 przy Genesee Street na osiedlu Rainier Vista, do budynku dawniej zajmowanego przez wojsko. W czasie wojny w Seattle zbudowano dla całego personelu armii oraz marynarki wojennej baraki – rząd uważał, że Japonia napadnie na kraj. Kiedy konflikt dobiegł końca, obiekty te przeznaczono na mieszkania dla rodzin o niskich zarobkach, głównie czarnych oraz żydowskich.

Ledwie rok po tym, jak się pojawiłem, mama urodziła kolejnego chłopca, którego razem z tatą nazwali Joseph Allen Hendrix. Byłem za młody, żeby pamiętać Joego, wiem jednak, że pojawienie się kolejnej gęby do wykarmienia pogłębiło napięcie panujące w związku moich rodziców. Poza tym Joe urodził się z poważnymi problemami zdrowotnymi: z rozszczepem podniebienia, jedną nogą krótszą od drugiej, a także tak zwaną stopą końsko-szpotawą. Leczenie takich schorzeń wymagało sporych pieniędzy, których mama i tata po prostu nie byli w stanie zarobić. Tata zwrócił się o pomoc do swojej matki, naszej babci, Nory Hendrix, a w końcu zdecydował, że najlepsze, co może zrobić, to posłać całą naszą trójkę do niej do Kanady na lato 1949 roku. Ta krótka przerwa od obowiązków pozwoliła mamie i tacie uporządkować sprawy na pewien czas. Niestety, pod koniec lata, gdy wróciliśmy na osiedle Rainier Vista, sprawy wyglądały na równie pogmatwane, co przed wyjazdem. Sytuacja finansowa nie uległa znacznej zmianie. Rodziców wciąż nie było stać na opiekę medyczną dla Joego.

Jesienią 1950 roku, niedługo po tym, jak mój brat poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej Horace Mann Elementary, mama urodziła córeczkę, której nadała imiona Kathy Ira. Kathy nie tylko przyszła na świat cztery miesiące za wcześnie, lecz szybko okazało się, że jest niewidoma. Nasi rodzice mieli teraz czwórkę dzieci, z których dwoje wymagało specjalnej opieki. Przez kolejny rok próbowali trzymać się razem, lecz ostatecznie nie mieli wyboru i oddali Kathy pod opiekę zastępczą.

W październiku 1951 roku, krótko po powierzeniu Kathy władzom stanowym, mama urodziła kolejną córkę, której nadała imię Pamela. Wciąż dokładając wszelkich starań, by zarobić na wychowanie Jimmy’ego, Joego oraz mnie, mama i tata zostali zmuszeni oddać opiece zastępczej również ją.

W tamtym czasie brat zaczął naukę w trzeciej klasie szkoły podstawowej Rainier Vista Elementary School, a nasza rodzina wciąż mieszkała w niewielkim mieszkaniu z dwiema sypialniami. Ponieważ Joe nadal nie otrzymał odpowiedniej opieki medycznej, wciąż zmagał się z problemami zdrowotnymi. Jedyną szansą na to, by nie kulał, była operacja nogi. A na nią rodzice nie mieli pieniędzy.

Nasze mieszkanie pozostawało miejscem ciągłych imprez, ludzie wchodzili i wychodzili o każdej porze. Kiedy z bratem wślizgiwaliśmy się z zewnątrz, obchodziliśmy cały pokój, dopijając resztki piwa z rozrzuconych na podłodze i stoliku butelek. Wielu ludzi uważało, że śmiesznie wyglądam, żłopiąc z butelki w samym środku imprezy. Wydawało mi się, że byliśmy cwani, ukradkiem spijając resztki, jednak później dowiedziałem się, że mama i tata umyślnie zostawiali na dnie każdej butelki trzy czy cztery łyczki. Jak na swój wiek byłem szczególnie nadpobudliwy, alkohol zaś trochę mnie uspokajał. Po kilku pociągnięciach stawałem się cichym, potulnym, a na koniec wyczerpanym małym chłopcem.

Do wielu ludzi nie dociera, że w okresie dorastania brata prawie zawsze nazywano Buster, a rzadko kiedy Jimmy. Do oficjalnego imienia przyzwyczaił się dużo później, gdy był starszy i pogodzony ze sobą i swoim otoczeniem. Imię Jimmy nadał mu w dzieciństwie ojciec zaraz po powrocie z armii. Za każdym razem, gdy tata upominał go, żeby używał nowego imienia, Jimmy dostawał szału. Nieustannie się o to kłócili.

– To nie moje imię – krzyczał mój brat. – Nazywam się Johnny!

– Chłopcze, powtarzam ci po raz ostatni, nazywasz się James Marshall Hendrix! – odpowiadał podniesionym głosem tata. – Masz na imię Jimmy!

Brat ostatecznie zrozumiał, że rodzic nie ma zamiaru pozwolić mu używać imienia Johnny w swojej obecności. Uznał, że potrzebuje czegoś zastępczego, żeby tata nie wściekał się za każdym razem. Niedługo po tym, jak obejrzeliśmy serial Flash Gordon, brat wpadł na pomysł, żeby zapożyczyć ksywkę odtwórcy głównej roli, Larry’ego „Bustera” Crabbe’a.

Bywało, że w soboty tata dawał nam trochę drobnych na filmy w odcinkach, które pokazywali w hali sportowej Rainier Vista. Zazwyczaj Buster musiał błagać tatę o pieniądze na bilety. Nawet jeśli ojciec zamierzał wysupłać jakieś drobniaki, zwykle musieliśmy swoje odczekać. Za każdym razem, gdy tata odpowiadał: „Nie”, wiedzieliśmy, że to ostateczna odmowa, kiedy jednak padało: „Zobaczymy”, można było liczyć na zgodę. Ale wtedy zaczynało się czekanie. Czasem musieliśmy niecierpliwić się całą godzinę, zanim sięgnął do kieszeni i wyjął bilon.

Wejście kosztowało pięć centów, za drugie tyle każdy z nas dostawał niedużą torebkę popcornu. Naszym ulubionym serialem był Flash Gordon – były tam statki kosmiczne i rakiety, które magicznymi sposobami przemierzały przestrzeń kosmiczną. Może „magiczny” to za wiele powiedziane. Nie dało się nie zobaczyć sznurków podtrzymujących w górze rakiety, poza tym za silniki odrzutowe w statkach kosmicznych pędzących przez małe czarno-białe kadry na ekranie służyły zapalone zapałki. Każdego tygodnia widzieliśmy zaledwie piętnaście minut filmu i nie mogliśmy się doczekać następnej soboty oraz kolejnego odcinka. Poznanie całej historii zajmowało nam zapewne dwa miesiące cotygodniowego chodzenia do ośrodka sportu. Seriale były naszą wielką ucieczką, pozwalały nam śnić o odległych światach oddalonych o miliony kilometrów od ciężkiego życia na osiedlu socjalnym.

Od tego momentu brat nalegał, żeby cała rodzina mówiła na niego Buster. Reszta członków rodziny doszukiwała się pochodzenia imienia w różnych źródłach, jednak brat chciał, żeby nazywano go jak jego bohatera, Bustera Crabbe’a. Jeśli jakiś krewny nie zwrócił się do niego tym imieniem, mój brat nawet nie reagował. Tatę zmęczyły ciągłe przepychanki na ten temat i ostatecznie dał za wygraną. Szczerze mówiąc, nie miał wielkiego wyboru. Jeśli brat nie chciał w tamtym czasie być Jimmym, a nie pozwalano mu być Johnnym, to uznał, że nazwie się Buster.

Dniami i nocami wcielał się w tę postać, zrobił sobie nawet pelerynę ze starej szmaty.

– Jestem Buster, wybawca wszechświata! – krzyczał za każdym razem, gdy bawiliśmy się na boisku. Naprawdę myślał, że posiada supermoce… przynajmniej do czasu. Pewnego popołudnia wspiął się na dach naszego parterowego domu – na wysokość jakichś trzech metrów – po czym zeskoczył, wymachując rękami. Szybko zrozumiał, że nie posiada nadprzyrodzonych mocy. Łupnął o ziemię w towarzystwie jednego z najgłośniejszych huków, jakie w życiu słyszałem. Poczułem ulgę, widząc, że zrywa się na równe nogi, chociaż z krwawiącą ręką.

Usłyszawszy w środku domu płacz syna, tata wypadł przez drzwi frontowe.

– Chłopie, padło ci na rozum? – krzyknął. – Co ty odstawiasz?

– Ale… ja jestem Buster Crabbe – wyjąkał przez łzy mój brat.

Dla malca, jakim byłem w tamtym czasie, starszy brat wyrastał na swego rodzaju superbohatera. Codziennie bronił mnie i otaczał opieką. Kiedy byłem głodny, pomagał znaleźć coś do jedzenia. Gdy rodzice się kłócili, obejmował mnie ramieniem i pocieszał.

Po wyjściu taty do pracy mama zostawała w domu i zazwyczaj zaczynała zabawę z przyjaciółmi, którzy zaglądali do niej przez cały dzień. Wszystko było w porządku, dopóki tata nie wracał pod wieczór z pracy. Po zaliczeniu jednego czy dwóch barów w drodze do domu nie tryskał szczególnie radością, kiedy na miejscu zastawał goszczących się nieznajomych. Jeśli nie był w nastroju i nie miał ochoty brać udziału w zabawie, po prostu wykopywał wszystkich za drzwi i darł się na naszą mamę. Wkrótce stało się to regułą. Długie dni, które rodzice spędzali na piciu, kończyły się głośnymi kłótniami do późnych godzin nocnych. Już pod wieczór cały śmiech standardowo zamieniał się we wrzaski. Czasem awantury zdawały się ciągnąć bez końca. Tata nie zachowywał się brutalnie w stosunku do mamy i nigdy nie podniósł na nią ręki, jednak kiedy ona sobie popiła, wychodził z niej diabeł. Nie miała oporów, żeby zdzielić tatę po łbie butelką od piwa albo czymkolwiek, co akurat nawinęło się pod rękę. Brat i ja nauczyliśmy się siedzieć cicho w czasie sprzeczek rodziców. Miałem pięć lat mniej, toteż zawsze słuchałem się brata. Gdy wyczuwaliśmy, że zaczyna ich nosić, natychmiast zamykaliśmy drzwi do naszej sypialni i przeczekiwaliśmy całą awanturę. Kiedy robiło się naprawdę groźnie, zamykaliśmy się w szafie. W ciemności nasłuchiwaliśmy przytłumionych krzyków, licząc na to, że wreszcie się skończą.

– Wszystko będzie dobrze, Leon – mawiał brat, obejmując mnie ramieniem i przyciągając do siebie.

Wiedział, że głośne wyrzuty czynione rodzicom tylko pogorszą sprawę. Czasem kryliśmy się w szafie przez godzinę, aż mama i tata w końcu padli ze zmęczenia.

Żaden z nas nie wiedział, czego się spodziewać. Bywało, że rodzice przez jakiś czas żyli ze sobą całkiem dobrze, ale takie okresy nie trwały długo. Trzy tygodnie zgody zaprzepaszczał jeden tydzień kłótni, a wtedy sprawy układały się coraz gorzej. Tata błagał mamę, żeby nie odchodziła, lecz ona nie potrafiła już znieść domowego zgiełku. Chociaż kochali się do szaleństwa, nie byli w stanie mieszkać pod jednym dachem i mama musiała się wyprowadzić. Późną jesienią 1951 roku tata oznajmił jej, że składa pozew o rozwód i opiekę nad nami, ona zaś nie mogła nic na to poradzić. Mama nie byłaby w stanie utrzymywać nas sama, musiała ustąpić. Do tego w tamtym czasie miała już dość zmagań z własnymi demonami. Małżeństwo się rozpadło, a ciężar opieki nad trzema chłopcami okazał się dla taty zbyt duży. Żeby zapewnić Joemu odpowiedni nadzór medyczny, wraz mamą doszedł do wniosku, że chłopca również należy oddać pod opiekę zastępczą. Latem 1952 roku Joe nagle zniknął z naszego otoczenia. Jednego dnia siedział w swoim kojcu, następnego już go nie było. Minęło wiele lat, nim nasze drogi ponownie się zeszły.

Pomimo rozdzierających serce doświadczeń związanych z oddaniem dzieci pod opiekę zastępczą oraz rozwodem, mama i tata nie potrafili długo bez siebie wytrzymać. Wyprowadziła się, to fakt, a jednak brat i ja czasami budziliśmy się, słysząc, jak przygotowuje śniadanie w kuchni. Gdy tylko czuliśmy słodki zapach naleśników i kiełbasek, wiedzieliśmy, że mama jest w domu. Mogli przy każdej okazji zapewniać, że skończyli ze sobą, lecz tak naprawdę nigdy nie rozstali się na dobre. Nie było szans, żeby mieszkali razem, ale też nie potrafili żyć całkowicie osobno. Kiedy tylko mama pojawiała się w domu, sprawy znowu wyglądały dobrze, choćby przez chwilę. Znikała równie szybko, jak się pojawiała.

Dopiero lata później dowiedziałem się, że parę tygodni po moich piątych urodzinach, na początku 1953 roku, mama powiła kolejnego syna. Podobnie jak poprzednia trójka, dziecko przyszło na świat z wadami wrodzonymi, zostało więc oddane pod opiekę zastępczą. W tamtym czasie bratu i mnie bardzo zależało na tym, żeby być na bieżąco z tym, co u niej. Nie widzieliśmy mamy przez długi czas, aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiła się przed drzwiami, prosząc tatę o pozwolenie na spotkanie z nami. Po paru miesiącach wprowadziła się do mieszkania przy browarze Rainiera ze swoją matką, a naszą babcią Clarice Jeter. Wtedy w końcu zaczęliśmy spędzać z nią więcej czasu. Tata nie miał samochodu, dlatego prowadzał Bustera i mnie przez trzynaście przecznic od naszego mieszkania na osiedlu Rainier Vista, żebyśmy zobaczyli się z mamą, podczas gdy sam zmierzał do Edison Tech na rogu ulic Yesler i Dwudziestej Trzeciej, gdzie co tydzień chodził na zajęcia przyuczające do zawodu elektryka. Mieszkanie mamy znajdowało się dokładnie naprzeciwko browaru Rainiera, stąd też cały budynek wypełniał silny, słodkawy zapach chmielu oraz jęczmienia. Nie było sposobu na uwolnienie się od tego smrodu. Do dziś zapach chmielu przypomina mi mamę.

Czuliśmy się z nią jak w niebie. W naszych oczach była świętą, nie popełniała żadnych złych czynów. Wciąż pamiętam cudowny zapach jej perfum oraz piękne ubrania, jakie wkładała na siebie. Bardzo się starała, gotowała niesamowite rzeczy. Jej specjał śniadaniowy to móżdżki z jajkami, a na obiad karkówka z kością, kiełbasa oraz kiszona kapusta. Zapewne wszystko to brzmi niezbyt zachęcająco, ale nam smakowało – w tamtych dniach nie mieliśmy wielkiego wyboru. Jeśli szło się do mięsnego z niewielką ilością pieniędzy, można było dostać co najwyżej krowie resztki. Podczas smażenia móżdżków na patelni w mieszkaniu rozchodził się okropny smród, ale w smaku nie były takie złe. Prawdziwą specjalność mamy stanowiła kiszona kapusta, którą przygotowywała starannie od samego początku. Po starciu główki i moczeniu kapusty przez całą noc w occie rano suszyła ją i gotowała z polską kiełbasą. Było to ulubione danie mojego brata.

Gdy późnym wieczorem tata wracał z zajęć w Edison Tech, zaglądał do mieszkania mamy, sadzał mnie na ramionach, a mojego brata brał za rękę i szliśmy do domu. Brat obruszał się, że jestem traktowany z taryfą ulgową i przez całą drogę siedzę na ramionach.

– Tato, Leon nie śpi – skarżył się. – Zobacz. Może iść sam. On udaje!

Nigdy nie przepuściłem okazji, by uchylić powiekę i puścić oko do Bustera.

Ciocia Delores, niech Bóg jej wynagrodzi, zorientowała się, jak ciężko jest tacie, i postanowiła pomóc. Mimo że ona i jej mąż, wujek Bob, sami mieli ośmioro dzieci, regularnie proponowała, że zaopiekuje się Busterem i mną. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie próbowała ulżyć naszemu tacie.

Po latach bez samochodu tata, dzięki pożyczce rządowej zdobytej za wstawiennictwem Urzędu ds. Weteranów (UW), kupił w końcu pięknego, lazurowego pontiaca z 1953 roku ze składanym dachem z białego płótna. Był to najbardziej wypasiony kabriolet w okolicy. Latem ojciec zabrał mnie i brata do Vancouver, żebyśmy spędzili czas z rodziną w domu przyrodniego brata, u wujka Franka i cioci Pearl, gdzie zostaliśmy ostatecznie na parę miesięcy. Kiedy pod koniec lata wrócił do Kanady i odwiózł nas do Seattle, wkrótce zdał sobie sprawę z poważnego problemu: nie wiedział, co z nami zrobić. Tata za dnia pracował bardzo długo, a w okolicy nie było nikogo, kto by się nami zajął. Szczęściem jego siostra, nasza ciotka Pat, usłyszała o jego problemach i zaproponowała, żebyśmy zostali u niej i u jej męża, Joego, w ich domu przy Drake Street w Vancouver. Tata nie miał wyboru: spakował nasze rzeczy, wsadził do samochodu i pognał z powrotem autostradą numer 99 do Kanady.

Ciocia Pat w Vancouver dobrze się nami opiekowała. Zapisała Bustera do szkoły podstawowej Dawson Grade, do której za młodu chodził tata, ja zaś rozpocząłem zajęcia w przedszkolu. Tata robił wszystko, żeby spotykać się z nami co drugi weekend i sprawdzać, jak nam się powodzi, jednak nie mieszkaliśmy w Vancouver zbyt długo. Gdy mąż cioci Pat niespodziewanie zmarł, spakowała się i zabrała nas ze sobą do Seattle, żeby zamieszkać z naszym tatą przy Genesee Street. Ciocia Pat zajmowała jeden pokój, a tata, Buster i ja dzieliliśmy łóżko w drugim. Dobrze było mieć przy sobie ciocię, kiedy brat za dnia uczył się w szkole Rainier Vista Elementary. Fakt, że się do nas wprowadza, ekscytował nas tym bardziej, że przywiozła ze sobą telewizor. Wraz z Busterem nie musieliśmy już wyłącznie słuchać listy przebojów Top 40, teraz mogliśmy ją oglądać.

Ciocia Pat, chwała jej za to, mieszkała z nami, dopóki nie spotkała drugiego męża, który również miał na imię Pat. Kupili razem dom nad jeziorem Washington. Tata ponownie znalazł się w trudnej sytuacji, nie mając nikogo, kto by się nami zajął. W połowie 1953 roku pracował na dzienną zmianę w przepompowni gazu dla firmy energetycznej Seattle City Light, a wieczorami chodził szkolić się na elektryka.

Mimo że z pieniędzmi było krucho, tata uciułał trochę gotówki, by zatrudnić na część etatu sprzątaczkę i opiekunkę do dzieci, Ednę Murray. Poza tym, nie zwlekając długo, uczynił ją swoją nową dziewczyną i zaprosił do wspólnego mieszkania. Ani Buster, ani ja nie byliśmy tym zachwyceni, gdyż w naszych oczach Edna była podłą starą jędzą. Chociaż, patrząc z obecnej perspektywy, muszę przyznać, że to nie do końca jej wina. Były z nas niezłe ziółka. Ponieważ zdarzało się, że w domu lodówka świeciła pustkami, specjalnością Edny stało się przyrządzanie kanapek z keczupem. Jeśli nigdy nie jedliście na obiad kanapki z keczupem, to ostrzegam: smakuje tak źle, jak wskazuje nazwa. Może nawet gorzej. Z drugiej strony, kiedy burczało nam w brzuchach, Buster i ja jedliśmy wszystko, co serwowała.

Po powrocie taty do domu Buster wyjawił, co jedliśmy na obiad.

– Nie opowiadajcie głupot, wcale nie jedliście kanapek z keczupem – odparł zniecierpliwiony tata podniesionym głosem.

– A właśnie, że tak – potwierdziłem. – W lodówce nic nie ma.

Tata otworzył drzwi chłodziarki i ujrzał jedynie opróżnioną do połowy butelkę starego keczupu. W ten sposób skończyły mu się argumenty. Wróciwszy po całym dniu, pijany i wyczerpany, nie miał ochoty wysłuchiwać naszych narzekań i jęków. Nawet jeśli wracał o przyzwoitej godzinie po zakończeniu zmiany, to nasze żale były ostatnią rzeczą pod słońcem, jakiej by sobie życzył. Wycierając buty przed wejściem, zazwyczaj rzucał jedno polecenie:

– Do łóżka.

Może i byliśmy biedni i upośledzeni społecznie, lecz Buster i ja nie wiedzieliśmy o tym. Nie mieliśmy skrzyń z zabawkami ani telewizora, przed którym spędzalibyśmy wieczory, używaliśmy więc czegoś, czego nam nie brakowało – wyobraźni. Mieliśmy mnóstwo pomysłów na zabicie czasu. Do naszych ulubionych zajęć wliczało się leżenie na podwórku i wpatrywanie w nocne niebo. Buster często opowiadał historie o konstelacjach i o tym, w jaki sposób każda zyskała swoją nazwę. W głowie miał pełno pomysłów związanych ze wszechświatem i przestrzenią kosmiczną.

– Mars i Wenus byli kiedyś kochankami – mówił. – A teraz kręcimy się dookoła tylko na jednej planecie w całym kosmosie. Kto wie, ile ich tam jest. To znaczy gdzieś tam daleko. Są miejsca i galaktyki tak odległe, że nikt nie wie, że w ogóle istnieją.

Patrząc na drobne, świecące kropki na niebie, zastanawiałem się, ile istnieje cywilizacji oprócz naszej. Nie było szans tego stwierdzić, ale wierzyliśmy, że gdzieś tam istnieje życie. Już wtedy, leżąc na trawie, brat poruszał wczesne wersje tematów, o których pisał później. Na poczekaniu sypał tekstami o epokach lodowcowych, płonących planetach oraz stworzeniu wszechświata. Do dziś nie wiem, skąd brał te wszystkie teorie oraz informacje. Jeśli opowiadał mi jakąś historię, wydawała się prawdziwa. Będąc nawet tak małym chłopcem, z łatwością dostrzegałem, że Buster nieco inaczej odbierał świat. Nigdy nie widziałem, żeby czytał książkę, nie miał też dobrych ocen w szkole, a mimo to zdawał się posiadać wewnętrzną wiedzę o wszystkim. Zawsze odnosiłem wrażenie, że wie coś, o czym nikt inny nie ma pojęcia, dlatego właśnie nigdy nie czułem się zaniepokojony w jego obecności. Nie wiem, co by się stało, gdyby nie zajął się mną i nie poprowadził na swój wyjątkowy sposób przez pierwsze lata życia. Oprócz oglądania serialu science fiction Flash Gordon Buster czytał wszystkie komiksy, które wpadły mu w ręce. Superbohaterowie, tacy jak Superman czy Batman, byli jego ulubieńcami, zaraz obok innych postaci, takich jak Myszka Miki czy Kaczor Donald. Jednak najbardziej fascynowała go przestrzeń kosmiczna oraz odległe światy.

Pamiętam, jak mówił:

– Ciekawe, jak to jest lecieć statkiem i mijać inne planety oraz gwiazdy. Założę się, że kosmos ciągnie się bez końca. Na pewno Ziemia nie jest jedyną planetą, na której żyją ludzie.

Inni rodzice z osiedla łapali się za głowy, słysząc podobne rzeczy, ale Buster taki miał właśnie sposób myślenia. A ja się zaraziłem. Ludzie uważali nas za świrusów. Po obejrzeniu Flasha Gordona brat i ja byliśmy przekonani, że zaczniemy widywać codziennie statki kosmiczne. Nie powiem, żebym był zaskoczony, gdy pewnego popołudnia bawiliśmy się na boisku, a brat wskazał na niebo, na którym w oddali unosił się olbrzymi dysk.

– Patrz – powiedział ściszonym głosem. – Widzisz to?

– Łał! – wykrzyknąłem, pokazując obiekt w górze.

– Tylko cicho. Nie hałasuj.

Zamarłem w kompletnym bezruchu i patrzyłem na unoszący się na niebie statek. Jego krawędzie zaczęły pulsować światłem.

– Co to? – zapytałem.

– Nie wiem, ale się dowiem.

Wystarczyło, że brat ostrożnie zrobił krok do przodu, a dysk wystrzelił w górę do atmosfery i zniknął. Przeczesywałem wzrokiem niebo, próbując go zlokalizować.

– Gdzie on się podział? – pytałem.

Buster rozglądał się po niebie, lecz po dysku, który dopiero co widzieliśmy, nie pozostał ślad.

– Nie martw się – rzekł, odwracając się w moją stronę. – Jestem pewien, że wrócą.

Tytuł oryginału

Jimi Hendrix: A Brother’s Story

Copyright © 2012 by Leon Hendrix with Adam Mitchell. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN, 2014

Copyright © for the translation by Mateusz Kopacz, 2014

Copyright © for the introduction by Wiesław Weiss, 2014

Redakcja–Sonia Miniewicz

Korekta–Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład–Joanna Pelc

Projekt okładki–Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover image © Michael Ochs Archives/Corbis

Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej częśćniemoże być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposóbreprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB 978-83-7924-130-9

ISBN MOBI 978-83-7924-131-6

GIGANCI ROCKA

www.wsqn.pl

Szukaj na

www.wsqn.pl

LaBotiga.pl

www.wsqn.pl