Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 937 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jim Henson. Tata Muppetów - Brian Jay Jones

Biografia jednego z najbardziej nowatorskich artystów XX wieku: niezrównanego, niezastąpionego Jima Hensona.

Był marzycielem. Jego brodata twarz stała się rozpoznawalna na całym świecie. Któż nie zna Kermita, Berta i Erniego, panny Piggy czy Wielkiego Ptaka. Muppety – choć przyniosły mu sławę – były tylko częścią jego wyjątkowej historii.

Korzystając z setek godzin wywiadów z rodziną, przyjaciółmi i bliskimi współpracownikami Hensona, jak również rodzinnych i firmowych archiwów, Brian Jay Jones zgłębia historię Ulicy Sezamkowej i Saturday Night Live oraz niemal dziesięcioletnich starań o wprowadzenie The Muppet Show do telewizji. Jones opowiada też o filmach: Ciemnym krysztale i Labiryncie oraz o pomysłach, które nie wypaliły (jak otwarcie dmuchanego psychodelicznego klubu nocnego).

Poznajemy mistrza rzemiosła, który zrewolucjonizował lalkarstwo, błyskotliwego biznesmana, którego umiejętności nadały mu przydomek „nowego Walta Disneya” oraz kreatywnego szefa, którego lojalność przyniosła mu dozgonną wierność współpracowników. Zaglądamy do starannie chronionego prywatnego życia Hensona: religijnego wychowania w duchu chrześcijaństwa naukowego, miłości do szybkich samochodów i dzieł sztuki, a także słabości do kobiet.
Tata Muppetów pozwala przyjrzeć się z bliska życiu człowieka legendy, którego geniusz przekraczał granice wieku, języka, geografii i kultur.

Pracowałem z Jimem ponad trzydzieści lat. Był jednym z moich najbliższych przyjaciół. A jednak z tej książki dowiedziałem się o nim nowych rzeczy. Brian Jay Jones uchwycił wszystkie zalety, ale także wady, które czyniły Jima czarująco nieidealnym. Uchwycił ducha Jima Hensona.
Frank Oz

Brian Jay Jones jest nagradzanym biografem i wiceprezesem Międzynarodowej Organizacji Biografów. Jest też przedstawicielem „pokolenia Jima Hensona”: kiedy Ulica Sezamkowa zadebiutowała na ekranie w 1969 roku, miał dwa lata, a dziewięć, gdy w 1976 roku wystartował The Muppet Show. Jones pracował jako analityk ustaw i doradca w amerykańskim senacie, ale w 2008 roku zdecydował się porzucić politykę dla pisarstwa: wtedy ukazała się jego nagradzana biografia Washington Irving. Mieszka z żoną i córką w Damascus w stanie Maryland. Jego ulubionym Muppetem jest Rowlf (dzięki, że pytacie).

Opinie o ebooku Jim Henson. Tata Muppetów - Brian Jay Jones

Fragment ebooka Jim Henson. Tata Muppetów - Brian Jay Jones

Tytuł oryginału: JIM HENSON. THE BIOGRAPHY
Przekład: MAGDALENA BUGAJSKA
Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja: ANNA KUBALSKA
Korekta: EWELINA PĘDZICH, ELŻBIETA JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Łamanie, montaż: MANUFAKTURAmanufaktu-ar.com
Zdjęcie na I stronie okładki: © Bettmann / Corbis / FotoChannels; Kermit the Frog © Disney
Copyright © 2013 by Brian Jay Jones This translation published by arrangement with Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Random House LLC. Copyright © for the translation by Magdalena Bugajska Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014
Wydanie pierwsze Warszawa 2014
ISBN 978-83-64700-42-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

DLA BARB I MADI

WSTĘP / BŁĘKIT NIEBA1973

Jim Henson powoli układał się na kanapie w Reeves Teletape Studio, osuwał się dopóty, dopóki nie znalazł się w niemal horyzontalnej pozycji – często tak robił. Kudłatą głowę oparł na poduchach, a długie nogi wyciągnął przed siebie. Jak zawsze Jim zachowywał spokój pośród panującego wokół chaosu i milczał, podczas gdy technicy i członkowie ekipy uwijali się w pobliżu i ustawiali światło oraz elementy scenografii na potrzeby sceny z Muppetami w programie Ulica Sezamkowa. Jim po prostu siedział sobie wygodnie z palcami splecionymi na brzuchu. Na jego kolanach bezwładnie leżał kawałek zielonego materiału – Kermit, który z otwartą paszczą gapił się bez życia w podłogę.

Jim i Kermit czekali.

W ciągu pięciu lat emitowania Ulicy Sezamkowej większość fragmentów programu najlepiej zapamiętanych przez widzów to te, w których zaproszone dzieci nawiązywały kontakt z Muppetami. I chociaż wszyscy aktorzy potrafili pracować z dziećmi, niemal każdy przyznawał, że to właśnie Kermitowi najmłodsi wierzyli bezgranicznie – przede wszystkim dlatego, że w takim samym stopniu ufali Jimowi Hensonowi. Jim – a tym samym Kermit – miał w sobie naturalną słodycz, uspokajającą cierpliwość i chęć do wygłupów – a z tej mieszanki w zetknięciu z dziecięcą naturą musiała powstawać czysta magia. Nawet kiedy Jim tylko siedział przed swoim wejściem na antenę, zawsze panowała wokół niego atmosfera wyczekiwania.

Reżyser Ulicy Sezamkowej Jon Stone – uśmiechnięty i ciepły mężczyzna o posturze niedźwiedzia – przechadzał się po planie, a przeżuta końcówka ołówka wystawała z jego szpakowatej brody. „Błękit nieba!” – powiedział głośno. Hasło to oznaczało, że na planie pojawiło się dziecko i ekipa od Muppetów, zwykle zawadiacka, powinna się pilnować. Prawdopodobieństwo, że Jim przeklnie, było jednak bardzo małe – zazwyczaj jego epitety nie brzmiały dobitniej niż „na litość boską!” – ale na sygnał, że przyjechała jego młoda towarzyszka, dziewczynka o imieniu Joey, wstał powoli i wyprostował się do swojego pełnego wzrostu – metra osiemdziesięciu pięciu.

Jim swobodnie wciągnął Kermita na swoje prawe ramię i lekko oddzielił kciuk od reszty palców, gdy wsuwał dłoń w pysk żaby, a potem wygładził na przedramieniu długi, zielony rękaw stanowiący ciało Kermita. Skierował twarz żaby ku sobie i lekko przekrzywił jej głowę – nagle w magiczny sposób Kermit ożył i wpatrywał się w Jima oczami, które zdawały się rozszerzać i mrużyć, kiedy Jim kurczył albo prostował palce w środku głowy pacynki.

Scenografię dla Muppetów w programie Ulica Sezamkowa zwykle ustawiano na palach na wysokości około metra osiemdziesięciu, żeby lalkarze mieli możliwość występowania na stojąco, ale żadne dziecko nie mogło grać na tak niebezpiecznej wysokości. Zamiast tego Joey – w różowej, pasiastej koszulce i z długimi blond włosami związanymi na czubku głowy – została posadzona na stołku, a Jim klęknął na podłodze obok niej. Powoli uniósł Kermita i sprawdził ustawienie Muppeta na monitorze przed sobą. Oczy Joey natychmiast skupiły się na Kermicie. Żaba nie była po prostu kukiełką; Kermit stał się prawdziwy.

– Akcja! – zawołał Stone i gdy taśma zaczęła się kręcić, Joey już głaskała żabę z miłością.

– Hej, potrafisz zaśpiewać alfabet, Joey? – zapytał Kermit.

– Tak – odparła dziewczynka i z powagą pokiwała głową. – Tak, potrafię.

– Posłuchajmy więc, jak śpiewasz.

– A, b, c, d... – śpiewała Joey, a Jim kiwał Kermitem w rytm znajomej melodii Twinkle, Twinkle, Little Star i ruszał głową żaby w przód i w tył.

– E, f – kontynuowała Joey. A potem zamiast „g” zaśpiewała: – Ciasteczkowy Potwór! – I zaśmiała się sama ze swojego dowcipu.

Wszystkie oczy w studio skupiły się na żabie w oczekiwaniu na to, co zrobi Jim.

Zareagował natychmiast i zgiął swoje długie palce w środku Kermita, żeby nadać mu zaskoczony wyraz twarzy. Powoli odwrócił żabę w kierunku nadal chichoczącego dziecka.

– Nie śpiewasz alfabetu – powiedział radośnie Kermit i zaczął piosenkę od początku.

Joey dołączyła do niego z zapałem – tym razem gładko przeszła przez literę „g” – i tylko nieznacznie potknęła się na trudnym kwintecie: l, m, n, o, p.

Delikatnie poklepała Kermita, gdyż nie mogła utrzymać rąk z dala od kosmatego Muppeta.

– Q, r, Ciasteczkowy Potwór! – zaśpiewała i znów wybuchnęła śmiechem.

Jim mocno przycisnął palce do kciuka w środku głowy Kermita i sprawił, że na twarzy żaby pojawiła się na chwilę zirytowana mina. Następnie rozluźnił dłoń i Kermit ponownie wyglądał na lekko zaskoczonego. Joey odrobinę przechyliła głowę i zaśmiała się, patrząc prosto w oczy Kermita. Całkowicie w niego wierzyła.

– Ciasteczkowy Potwór nie jest literą alfabetu – wyjaśnił Kermit. – Powinno być: q, r, s...

– T, u, Ciasteczkowy Potwór! – Joey zachichotała i ścisnęła przed sobą dłonie.

Jim niemal wyszedł z roli. Cicho parsknął.

– Ty, ty tylko się ze mną droczysz – stwierdził wreszcie głosem Kermita i zaśpiewali w duecie: – W, x, y i z...

Joey na chwilę położyła dłoń na ramieniu Kermita, gdy doszli do refrenu: „Teraz zaśpiewaliśmy swoje ABC...”.

– ...następnym razem Ciasteczkowy Potwór! – dokończyła ze śmiechem.

– Następnym razem to niech Ciasteczkowy Potwór z tobą zaśpiewa! – wypalił obrażony Kermit. – Idę sobie! – Jim wykrzywił twarz pacynki w lekkim grymasie i z jękiem zniecierpliwienia zabrał żabę z wizji.

Joey podążyła za nim wzrokiem.

– Kocham cię – stwierdziła zwyczajnym tonem.

Jim szybko wrócił z Kermitem do dziewczynki.

– Ja też cię kocham – powiedział ciepło.

– Dzięki – odparła Joey.

Objęła Kermita i pocałowała go w głowę.

James Maury Henson w 1937 roku, w wieku około sześciu miesięcy.

1 / DELTA1936–1949

Strumień Deer wije się niedbale, niemal leniwie, przez wilgotne niziny w sercu delty Missisipi. Jego źródło znajduje się w pobliżu miasteczka Scott w hrabstwie Bolivar, ujście zaś trzy hrabstwa dalej, czyli około stu pięćdziesięciu kilometrów na północ od rzeki Yazoo, w której kończy bieg. Deer jednak nie spieszy się, żeby tam dotrzeć, wije się w tę i we w tę, rozciąga swoją wędrówkę na ponad trzysta dwadzieścia kilometrów, by prezentować się na mapie jak zawijasy narysowane dziecięcą ręką.

Miasto Leland w stanie Missisipi obejmuje Deer w miejscu, w którym strumień wchodzi w jeden ze swoich pierwszych zakosów, jakieś szesnaście kilometrów na wschód od Greenville.[1] Senna osada, założona jeszcze przed wojną secesyjną, rozciąga się na terenie wielu dawnych plantacji. Dzięki żyznej glebie i regularnemu ruchowi parowców stała się jedną z najbogatszych w regionie delty. W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku pojawiły się trasy kolejowe Yazoo i Missisipi. Przybyli nimi sklepikarze, posiadacze majątków ziemskich i karczmarze – ale mimo rozrastającej się klasy kupców i gentryfikacji, w Leland i całej delcie Missisipi nadal to ziemia liczyła się najbardziej. W 1904 roku stanowe prawo nakazało stworzyć eksperymentalną stację rolniczą w regionie delty, najlepiej „w miejscu, w którym będzie można prowadzić eksperymenty z glebą zarówno ze zboczy wzgórz, jak i z delty”[2]. Tym miejscem okazało się osiemdziesiąt hektarów ziemi wokół strumienia Deer w wiosce Stoneville, i Delta Branch Experiment Station [Stacja Eksperymentalna Oddział Delta] wciśnięto trochę na północ od Leland. W roku 1918 w ośrodku w Stoneville wraz z rodzinami mieszkali uczeni z amerykańskiego Departamentu Rolnictwa [USDA]. Prowadzili dla rządu federalnego badania plonów, gleby i zwierząt hodowlanych. Na początku lat trzydziestych ich odkrycia dotyczące karmy dla zwierząt i dezynsekcji zostały z radością przyjęte przez plantatorów i dzierżawców, którzy robili co mogli, żeby wyżyć z bagnistych gleb delty w czasie Wielkiego Kryzysu.

Paul Ransom Henson – ojciec Jima Hensona – nie był ani plantatorem, ani dzierżawcą. Nie zjawił się też w okolicach delty, żeby założyć rodzinną farmę i pracować na niej podczas kryzysu, ani też nie przyprowadziło go nagłe pragnienie ruszenia w podróż. Paul Henson jako rozsądny mężczyzna zawitał do Leland w 1931 roku ze swoją nowo poślubioną żoną Betty z praktycznego powodu: przyjął rządową posadę w Delta Branch Experiment Station.

Paul Henson wywodził się z rodziny równie silnych i trzeźwo myślących mężczyzn, którzy nie szukali zwady, a jego słynny syn odziedziczył te cechy. Co więcej, Jim Henson zawsze był bardzo dumny ze swoich twardych i zrównoważonych przodków ze Środkowego Zachodu. Po jednej stronie rodziny ojca znajdowali się Doltonowie i Barnesowie – dobroduszni, niekonfliktowi i niemal nieznośnie ugodowi, po drugiej zaś Hensonowie – praktyczni, nieustępliwi i niewzruszeni.

Jedna z ulubionych historii rodzinnych Jima dotyczy jego prapradziadka Richmonda Doltona, zwolennika Unii. Podczas wojny secesyjnej mieszkał w miasteczku w stanie Missouri, w którym większość osadników stanowili sympatycy Południa.[3] Zamiast narażać się sąsiadom, dobrotliwy Dolton po prostu zamienił swoją farmę na podobną – w słuszny i przedsiębiorczy sposób – tyle że położoną w stanie Kansas, gdzie mieszkańcy podzielali jego poglądy. Przeprowadzkę wyjątkowo doceniła nastoletnia córka Doltona, Aramentia, chociaż z powodów bardziej uczuciowych niż politycznych – ponieważ to właśnie w Kansas Aramentia Dolton spotkała pochodzącego z New Jersey Ransoma Aarona Barnesa. Pobrali się w 1869 roku; zanim minął rok, urodziła im się córka Effie Carrie Barnes – matka Paula Hensona.

Ze strony Hensonów Jim potrafił prześledzić swoje pochodzenie aż do czasów kolonialnych rolników w Karolinie Północnej, których potomkowie posuwali się na zachód wraz ze zmieniającą się granicą amerykańską, budowali farmy i zakładali rodziny w Kentucky i Kansas. Jednym z tych potomków był dziadek ze strony ojca Jima, twardy farmer z Kansas Albert Gordon Henson. W 1889 roku poślubił rozsądną wnuczkę Richmonda Doltona, Effie Carrie Barnes. Po ambitnej, ale zakończonej porażką próbie otrzymania ziemi podczas rozdziału terenów odebranych Indianom z plemienia Czirokezów – kiedy to Albert i Effie dotarli do zakurzonej wsi w stanie Oklahoma w ciągniętym przez muła wozie – w końcu osiedlili się w hrabstwie Lincoln, na wschód od Oklahoma City.[4] To właśnie tutaj w 1904 roku urodził się Paul Ransom Henson – imię Ransom dostał po ojcu Effie, Ransomie Aaronie Barnesie – najmłodsze z dziewięciorga dzieci Alberta i Effie.

Każdego ranka Paul Henson budził się o wschodzie słońca, żeby wykonać swoje obowiązki domowe i przejść kilometr do szkoły, jednoizbowego budynku, w którym gnieździła się pięćdziesiątka dzieci i dwójka nauczycieli. Chociaż Albert Henson nie otrzymał pełnego szkolnego wykształcenia, postanowił solidnie wyedukować swoje dzieci. Dzięki takiej rodzicielskiej postawie Paul skończył liceum w 1924 roku w wieku dziewiętnastu lat i od razu ruszył do Iowa State College – obecnie Iowa State University – uczelni, która była wtedy, podobnie jak jest dzisiaj, cenioną placówką kształcącą w zakresie rolnictwa. Przez następne cztery lata Paul należał do związanego z rolnictwem bractwa Alpha Gamma Rho, brał udział w 1927 roku w Farm Crops Judging Team, czyli konkursie oceny plonów (i zajął ze swoim zespołem trzecie miejsce w kraju).[5] Odkrył też w sobie zamiłowanie do występów w kółku teatralnym. W czerwcu 1928 roku uzyskał licencjat w zakresie upraw i gleb, a jego praca końcowa dotyczyła hybrydyzacji soi.

Następnie Paul kontynuował naukę na poziomie magisterskim na University of Maryland, zapisawszy się na kursy: fizyki roślin, biochemii, genetyki, statystyki, agronomii i technologii uprawy gleby. Pewnego popołudnia, gdy jadł lunch, w oko wpadła mu atrakcyjna młoda kobieta, która szła w stronę restauracji w kampusie, i postanowił ją poznać – gdy się go przycisnęło, przyznawał później, że jego wzrok przyciągnęły przede wszystkim jej nogi.[6] Nogi, jak się okazało, należały do Elizabeth Brown – przez wszystkich nazywanej Betty – dwudziestojednoletniej sekretarki Harry’ego Pattersona, dziekana katedry rolnictwa.

Elizabeth Marcella Brown urodziła się w Waszyngtonie, wychowała w Marylandzie, ale mieszkała w Memphis i Nowym Orleanie wystarczająco długo, żeby podłapać melodyjny akcent i elegancki styl ślicznotki z Południa. Akcent i maniery do niej pasowały, ponieważ Betty pochodziła z wytwornej, uzdolnionej artystycznie rodziny. Właśnie tym przodkom Jim Henson zawdzięczał swoje talenty, istniejące w rodzinie aż od czasów jego pradziadka ze strony matki, Oscara, świetnego rysownika map z okresu wojny secesyjnej.

Oscar Hinrichs – buńczuczny Prusak, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w 1837 roku, gdy miał dwa lata – zaczął pracę jako kartograf dla United States Coast Survey[1*] w wieku dwudziestu jeden lat, a jego bezpośrednim przełożonym był Alexander Dallas Bache, dyrektor placówki i prawnuk Benjamina Franklina.[7] Kiedy w 1860 roku wybuchła wojna secesyjna, Oscar z entuzjazmem zaciągnął się do armii konfederackiej – a nawet przedarł się na Południe z pomocą sympatyków konfederatów w stanie Maryland – i ofiarował swoje cenne umiejętności rysowania map. Nie zrezygnował nawet po bitwach nad Antietam, pod Gettysburgiem i „W dziczy”. Po wojnie Oscar poślubił pochodzącą z Marylandu Mary Stanley (to jej ojciec pomógł mu dostać się do konfederatów) i przeprowadził się do Nowego Jorku. Przez kolejne dziesięć lat Mary urodziła Oscarowi szóstkę dzieci, w tym jedną córkę, Sarah – matkę Betty Brown i babcię Jima Hensona. To właśnie Sarah odziedziczyła talent Oscara Hinrichsa i nauczyła się nie tylko malować oraz rysować, lecz także szyć, rzeźbić i majsterkować. Dwa pokolenia później Jim Henson rozwijał te same talenty, gdy projektował, ciosał i szył swoje najwcześniejsze Muppety.

Rodzina Hinrichsów ostatecznie osiedliła się w Waszyngtonie, gdzie Oscar z niezadowoleniem zmieniał posady jak rękawiczki, przekonany, że pracodawcy dyskryminowali go ze względu na służbę po stronie konfederatów. Jakby mu mało było nieszczęść, Mary zachorowała na raka macicy i zmarła w 1891 roku, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Po niecałym roku pogrążony w rozpaczy Oscar popełnił samobójstwo i pozostawił dwóch młodszych synów pod opieką czternastoletniej Sarah.[8] Posłusznie zrezygnowała ze szkoły artystycznej, do której właśnie się dostała, i przeniosła się z braćmi do waszyngtońskiego pensjonatu. Do końca życia ani Sarah, ani jej rodzeństwo nie rozmawiali otwarcie o smutnym końcu życia Oscara Hinrichsa. To zamiłowanie do milczenia na temat nieszczęśliwych okoliczności życia odziedziczył wnuk Sarah, Jim Henson.

W 1902 roku dwudziestoczteroletnia Sarah Hinrichs została przedstawiona Maury’emu Brownowi, tyczkowatemu, trzydziestoczteroletniemu urzędnikowi i stenotypiście zatrudnionemu przez Southern Railway [Koleje Południowe]. Urodzony w stanie Kentucky, dzień po Bożym Narodzeniu 1868 roku, Maury Heady Brown – dziadek Jima Hensona – był człowiekiem, który wszystko, do czego doszedł, zawdzięczał swojej pracy i determinacji mieszkańca Południa.[9] Wychowywany przez samotną matkę, w dodatku całkowicie głuchą, Brown uciekł z domu w wieku dziesięciu lat i nauczył się korzystać z telegrafu. Utrzymywał się z ogłaszania wyników wyścigów konnych na torze Lexington. Uwielbiał czytać i miał bystry umysł, więc sam opanował umiejętność pisania na maszynie i stenotypii. Był w tym tak dobry, że został zatrudniony na pełen etat w roli sekretarza prezesa Southern Railway. Kiedy poznał Sarah Hinrichs zimą 1902 roku, Brown natychmiast się zakochał i na drugiej randce, kiedy jeździli na łyżwach po zamarzniętej rzece Potomac, dał jej w prezencie naręcze czerwonych róż, prosząc, żeby za niego wyszła. Co prawda gazety w 1903 roku odnotowały zaślubiny Maury’ego i Sarah Brown, ale oni zawsze nazywali siebie Pop [Tatko] i Dear [Najdroższa], i tak też czyniła reszta rodziny.

Przez kilka następnych lat Pop i Dear przenosili się wraz z Southern Railway i lądowali na chwilę w Missouri, Waszyngtonie, Memphis i Nowym Orleanie. W tym czasie wychowywali trzy córki, Mary Agnes, Elizabeth i Barbarę – lepiej znane jako Attie, Betty i Bobby. Prawdopodobnie dlatego, że tak często się przeprowadzali, Brownowie stanowili wyjątkowo zżytą i zgodną rodzinę.[10]

– Nasz rodzinny dom był najszczęśliwszy na świecie – powiedziała później Bobby. – Pamiętam, jakie czułam zdziwienie, gdy szłam na noc do innych rodzin i zdawałam sobie sprawę, że nie wszystkie rodziny były takie wesołe i dobre dla siebie jak my![11]

Jeszcze w młodości Maury Brown zainteresował się nowym związkiem wyznaniowym Chrześcijaństwo Naukowe, który formalnie powstał w 1879 roku.[12] W konsekwencji wszystkie córki zostały wychowane w tym wyznaniu, chociaż nie praktykowały swojej religii zbyt gorliwie, głównie pod wpływem Dear. Córki prawdopodobnie rezygnowały z opieki medycznej na rzecz modlitwy i leków homeopatycznych – jako dziewczynka Betty była zanurzana na zmianę w gorącej i zimnej wodzie, aby zwalczyć koklusz – ale poważniejsze problemy zdrowotne niemal zawsze rozwiązywali lekarze. Kiedy pewnej zimy Attie uległa wypadkowi samochodowemu, rodzina natychmiast wezwała lekarza. Attie pamiętała bardziej to, jak zażenowana się czuła, gdy doktor musiał rozciąć jej długie majtki, żeby nastawić złamaną nogę, niż to, że naruszyła zasady swojej religii.

Rodzina Brownów w końcu na dobre powróciła do Dystryktu Kolumbii. Najpierw mieszkali w „naprawdę okropnym” miejscu blisko torów kolejowych w Hyattsville, w stanie Maryland – dom trząsł się w posadach, gdy przejeżdżał pociąg – zanim w 1923 roku osiedlili się w cichszej okolicy, przy Marion Street.[13] Attie i Betty miały każdego miesiąca dokładać się do kredytu na dom i wkrótce po skończeniu liceum obie znalazły pracę jako sekretarki – Attie w firmie transportowej, a Betty na pobliskim University of Maryland, gdzie ona i jej nogi szybko wpadły w oko Paulowi Hensonowi.

Paul zalecał się do Betty przez prawie dwa lata, studiował genetykę i biologię roślin w ciągu tygodnia, a w weekendy przychodził na tenisowe przyjęcia urządzane przez Brownów – szybko zauroczył się nie tylko Betty, ale całą jej rodziną. Łatwo można zrozumieć dlaczego. Dear i Pop sprawiali wrażenie całkowicie sobie oddanych, a dziewczyny, zarówno wtedy, jak i potem, miały zupełnie odmienne osobowości, skrojone na miarę bohaterek Dickensa. Attie – poważna i pruderyjna – została oddaną członkinią Kościoła episkopalnego. Betty uważano za praktyczną i konkretną, chociaż czasem pokazywała swoje naiwne poczucie humoru, podczas gdy Bobby – wesoła i beztroska – pilnowała, żeby wszystko zawsze było „optymistyczne”[14]. Wszystkie trzy doskonale grały w tenisa, bowiem od dziecka szkolił je do tego dziarski wujek Fritz Hinrichs, który nauczył je też tańczyć. Attie przyznała później, że tenis „mało ją obchodził”, ale przyjęcia pozwalały Brownom pozostać w centrum szerokich towarzyskich kręgów, a ich nazwisko pojawiało się w kronikach „The Washington Post”.

Wiosną 1930 roku Paul skończył pisać pracę magisterską na temat „Wpływu skrobiowej endospermy na dystrybucję węglowodanów w roślinie kukurydzy” i w czerwcu otrzymał dyplom magistra.[15] Pobrali się 27 grudnia 1930 roku – tego samego dnia Attie, nadal dochodząca do siebie po wypadku, wyszła za mąż za Stanleigha „Jinxa” Jenkinsa, dobrotliwego licealnego nauczyciela i pastora Kościoła episkopalnego. Chociaż Paul kończył studia w ciężkich latach początków Wielkiego Kryzysu, ze swoim dyplomem i doświadczeniem w badaniu soi niemal natychmiast znalazł zatrudnienie w charakterze agronoma w Departamencie Rolnictwa. Na początku 1931 roku USDA zdecydował, żeby przydzielić go nie do ośrodka badawczego w pobliskim Beltsville, w stanie Maryland – na co zapewne liczyła Betty – ale do Delta Branch Experiment Station w stanie Missisipi. Młodzi państwo Hensonowie wyruszyli do Leland.

Nawet Betty Henson musiała przyznać, że Leland, pomimo swego odległego położenia od rodzinnych stron, stanowiło atrakcyjne miejsce do założenia rodziny. Otoczała ich zieleń, a polne kwiaty kwitły niemal cały rok. Wzdłuż strumienia Deer rosły cyprysy dające cień i przyjemny chłód podczas gorącego i wilgotnego lata. Liczba mieszkańców wystarczyła – wynosiła około trzech tysięcy – aby utrzymać kina, apteki, wiele kościołów i restauracji, a jednocześnie zachować klimat małego miasteczka. Dzięki napływowi wykształconych naukowców – z których większość, tak jak Paul Henson, miała dyplomy magistra – szkoła w Leland była jedną z najlepszych w stanie Missisipi. Miasteczko zdawało się odporne na wielki kryzys. Niemal rekordowe zbiory bawełny ze Stoneville pakowano do wagonów kolejowych regularnie telepiących się przez region delty.[16] Branża budowlana się rozwijała, a przedsiębiorstwa działały tak dobrze, że lokalna policja zamartwiała się, jak najlepiej kierować ruchem wiecznie zakorkowanych w sobotnie wieczory Broad i Main Street.

Ponadto rząd z całych sił starał się, aby względnie odległy ośrodek Stoneville był możliwie jak najbardziej atrakcyjny dla jego naukowców i personelu. Wielu z nich mieszkało na terenie placówki, a dla Hensonów w 1931 roku wybudowano, na południowy wschód od nowego budynku administracji, czteropokojowy dom, którego wzniesienie kosztowało trzy tysiące dziewięćdziesiąt trzy dolary.[17] Codziennie dostarczano darmowe mleko z lokalnej mleczarni, a każdego roku ośrodek sponsorował obchody Dni Delty. Zjeżdżały się na nie z daleka całe rodziny, aby jeść kurczaka i wieprzowinę z ogromnego rusztu, grać w baseball i brać udział w wielu konkursach.[18]

Hensonowie byli w Leland trochę ponad rok, gdy pojawiło się ich pierwsze dziecko.[19] Jesienią 1932 roku, z Dear i Bobbym obok, Betty urodziła synka – małego, smutnookiego chłopca, na którego punkcie oszalała, a nazwali go Paul Ransom Henson junior.[20] Przez następne cztery lata Betty regularnie jeździła do rodziców do Marylandu, gdzie reszta rodziny mogła zachwycać się ich pierwszym potomkiem, podczas gdy Paul senior przyzwyczajał się do swojej pracy w Stoneville, a każdego dnia uciekał przed nieznośnym upałem panującym w budynku administracji na pobliskie pola soi wzrastającej ku słońcu Missisipi.[21]

Po czterech latach, 20 września 1936 roku, w regionie delty panowała niezwykle, jak na tę porę roku, wysoka temperatura. Bawełna więdła w gorących promieniach słońca, podczas gdy krótkie opady deszczu powodowały, że woda słabo wsiąkała w wyschniętą, spękaną glebę. W środowy wieczór, 23 września, przy wtórze burzowych grzmotów rozlegających się w obszarze delty, Paul Henson ruszył ze swoją brzemienną żoną piętnastokilometrową, zakurzoną drogą ze Stoneville do Greenville i dowiózł ją do szpitala King’s Daughters, srogo wyglądającego budynku, który lokalni mieszkańcy nazywali po prostu „szpitalem”, ponieważ była to jedyna taka placówka w regionie.[22] Następnego ranka, o 11.40 w czwartek 24 września 1936 roku, przy wsparciu doktora Lucasa Betty Henson urodziła swoje drugie dziecko, ważącego niemal cztery kilogramy chłopca z okrągłą buzią i burzą blond włosów.[23] Podczas gdy ich pierworodny syn został nazwany przez męża, w przypadku drugiego Betty sięgnęła do imion popularnych w jej rodzinie – być może z premedytacją zastosowała ten sam trik, co matka Paula Hensona, i na drugie imię synka wybrała imię swojego ojca. Tym samym młodszy syn Betty i Paula Hensona dostał imiona James Maury – chociaż jego rodzina niemal zawsze zwracała się do niego Jimmy.

Trochę ponad rok później, na początku 1938 roku, Hensonowie przeprowadzili się z powrotem do stanu Maryland i zamieszkali w domu przy 4012 Tennyson Road w Hyattsville, w miasteczku założonym tuż przed wojną secesyjną, które leżało między węzłem kolejowym a autostradą Baltimore–Waszyngton.[24] Lokalizacja Hyattsville idealnie nadawała się do tego, aby kierować ruchem i handlem odbywającym się między Baltimore a stolicą. Pod koniec lat trzydziestych dwudziestego wieku miasteczko tętniło życiem, jego centrum się rozwijało – znajdował się tam nowo wybudowany dom towarowy Woolworth’s – i podobnie jak Leland cierpiało już z powodu korków i zbyt małej liczby miejsc parkingowych.[25]

Przez kolejnych pięć lat, w przerwach pomiędzy ciągłym gwarem brydżowych i tenisowych przyjęć w domu Brownów znajdującym się kilka przecznic dalej, Paul Henson odbywał codzienną krótką podróż wzdłuż Baltimore Avenue do Beltsville Agricultural Research Centre [Centrum Badań Agrarnych Beltsville] i jego nowo powstałego Bureau of Plant Industry [Biuro ds. Przemysłu Roślinnego].[26] W 1940 roku ukończył kurs z cytologii na University of Maryland i zaczął badać nowe karmy dla krów. Swoje odkrycia publikował w poważanym periodyku „Journal of Animal Science”[27].

Jednak dla jego młodszego syna pierwsze lata w Marylandzie były mało ważne – nie powinno więc dziwić, że koledzy Jima w przyszłości często śmiali się, że nie jest w stanie przywołać żadnych wspomnień. „Jim prawie nigdy nie potrafi przypomnieć sobie faktów z przeszłości” – powiedział scenarzysta Muppetów, Jerry Juhl. – „To dlatego, że jest całkowicie skupiony na przyszłości”[28]. Jim pamiętał, że w tamtym czasie oglądał Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków orazCzarnoksiężnika z Oz – i chociaż potem mówił, że Czarnoksiężnik z Oz był jego ulubionym filmem, to wziąwszy pod uwagę fakt, że w 1939 roku, gdy film pojawił się w kinach, Jim miał zaledwie trzy lata, nie powinno nikogo dziwić, że najlepiej zapamiętał swoje przerażenie na widok ryczącego lwa wytwórni MGM jeszcze przed pierwszą sceną filmu.[29]

Prawdopodobnie jednak jedną z najważniejszych i trwałych oznak wpływu tych wczesnych lat spędzonych w Marylandzie na Jima był sposób, w jaki się wysławiał. Mimo że urodził się na Południu, Jim nauczył się mówić w Dystrykcie Kolumbii. I chociaż w domu słyszał melodyjny i łagodny południowy akcent matki z przeciąganiem samogłosek, to jednak przejął lekko przednie samogłoski, nosowy akcent ze Środkowego Zachodu oraz niemal szepczący sposób mówienia ojca. Z wiekiem Jim wyrobił sobie specyficzną manierę, która dla wielu stała się równie nieodłączną częścią jego osoby jak gęsta broda: Jim cicho mruczał, kiedy był zamyślony i rozważał jakieś pytanie albo uwagę – jego współpracownicy nauczyli się oceniać jego nastrój po długości albo tonie konkretnego „hmmm”.

Kiedy Jim skończył pierwszą klasę, Hensonowie wrócili do Leland i zamieszkali w rządowym domu w kampusie Stoneville. Dom Hensonów przylegał do sadu hikorowego zasadzonego dla celów naukowych i badań nad hybrydyzacją, ale Jim i Paul junior często go nawiedzali i przynosili Betty torby pełne orzechów, z którymi piekła potem ciasto. Po małym ogrodzonym terenie z boku domu biegały kurczaki, a za budynkiem znajdowała się fontanna i okrągły podjazd prowadzący do trzypiętrowego budynku administracyjnego z czerwonej cegły. Tuż za drogą przed domem Hensonów teren gwałtownie się obniżał i prowadził do strumienia Deer.

Zwykły dzień zabawy. Młody Jim – owinięty w prowizoryczny turban i szaty – zaklina ogrodowego węża.

Mimo swojego niewątpliwego uroku Deer nie nadawał się do pływania. Był płytki i mętny, a cyprysy rosnące wzdłuż jego brzegów regularnie do niego wpadały i tworzyły naturalne tamy, przy których zbierały się błoto i śmieci. „Nie mogliśmy się kąpać w tym strumieniu”[30] – wspominał Gordon Jones, najlepszy przyjaciel Jima z dzieciństwa. Nadal jednak tam najbardziej lubili się bawić, tylko że zamiast pływać albo łowić ryby, Jim i jego koledzy woleli szaleć na stromych brzegach strumienia. „Na brzegach mieszkały węże i wszyscy musieliśmy być bardzo ostrożni, żeby na żadnego nie nadepnąć”[31] – opowiadał Tommy Baggette, kolejny przyjaciel z Leland. Dla Jima węże stanowiły część tego, co z sentymentem nazywał „czasem idylli”. „Byłem Tomkiem Sawyerem Missisipi” – mówił później. – „Miałem wiatrówkę i strzelałem do mokasynów błotnych, żeby je obudzić”[32].

Kiedy nie szalał na brzegach strumienia Deer i nie straszył węży swoim pistoletem, Jim uwielbiał obserwować ptaki, krył się w wysokich trawach w pobliżu pól należących do Stoneville albo wpatrywał się w wierzchołki cyprysów przez lornetkę, a potem wertował swoją grubą książkę, żeby dowiedzieć się, jakiego gatunku przedstawiciel właśnie przeleciał mu nad głową. Baggette pamięta, że duże wrażenie zrobił na nim atlas, który Jim sam stworzył ze zdjęć i obrazków ptaków wyciętych z książek i magazynów, a marginesy ozdobił własnymi rysunkami. Kiedy Jima przycisnąć, mówił, że wilgowron jest jego ulubionym ptakiem, nie tylko ze względu na odważną osobowość, ale także dlatego, że uwielbiał jego nazwę [po angielsku grackle].[33] Było to jedno z tych cudownie ostro brzmiących, bezsensownych słów, które Jim kochał.

Jimmy Henson jako uczeń szkoły podstawowej w Leland, Missisipi, w 1946 roku. „Byłem Tomkiem Sawyerem Missisipi” – powiedział Jim.

Jim i Paul junior zostali zapisani do Leland Consolidated School, szkoły mieszczącej się w eleganckim, jednopiętrowym ceglanym budynku z wysokimi stropami, którego tył wychodził na pobliski strumień. Tutaj Jim dołączył do skautów i spotkał grupę przyjaciół. Należeli do niej mól książkowy Jones, urwis Baggette, kwieciście nazwany Royall Frazier, a także postawny młody człowiek Theodore Kermit Scott. Podczas gdy Hensonowie nadal wołali na swojego najmłodszego syna Jimmy, Jones, Frazier i większość Leland zwała go Jamesem, a to dzięki nauczycielce, która musiała jakoś odróżnić trzech chłopców w klasie o takim samym imieniu. „Jimmy Childress miał być Jimmym” – wspominał Frazier, śmiejąc się. – „Jim Carr został Jimem, a to oznaczało, że Jim Henson musiał być Jamesem!”[34].

W niedziele w Leland chodziło się do kościoła, i mimo względnie małej populacji w mieście znajdowało się wiele świątyń – imponujących ceglanych lub kamiennych budynków – w tym metodystów, katolików, prezbiterian, baptystów i kilku innych rodzajów Kościołów z czarnoskórymi wiernymi. Paul Henson był niepraktykującym metodystą, podczas gdy Betty wraz z synami należała do małej grupy wyznawców Chrześcijaństwa Naukowego – zanim Hensonowie sprowadzili się do miasta, ankieta dotycząca religii przeprowadzona wśród mieszkańców wykazała zaledwie dwóch członków tego związku wyznaniowego – ale niespotykana religia Jima nigdy nie powodowała kontrowersji w jego relacjach z przyjaciółmi.[35] Gdy Jim opowiadał o swojej religii wiele lat później, wyraził respekt wobec wiary w ogóle, co spotkało się z wielkim szacunkiem jego przyjaciół i kolegów.

„Przez lata rozwinąłem swój własny zestaw wierzeń i opinii – jak my wszyscy – który moim zdaniem dobrze się sprawdza” – pisał Jim po latach. – „Nie czuję się zbyt komfortowo, gdy mówię innym, jak mają myśleć albo żyć. Wielu ludzi wie o tym znacznie więcej niż ja”[36]. „Wcale nie był ewangeliczny – zgadza się Gordon Jones – i zastanawiałem się, czy nie chodziło tu o coś bardziej intelektualnego, co narzucili mu rodzice, ponieważ nie lubił o tym mówić ani nie czuł się zobligowany, żeby to robić”[37].

Jednak Jones, baptysta, był na tyle ciekawy, żeby przynajmniej raz zapytać Jima o jego religię. „Pamiętam, że udzielał całkiem trafnych odpowiedzi” – powiedział Jones. – „Chciałem wiedzieć, co się dzieje, gdy się rozchoruje, oraz czy nie chodzi do lekarzy, a on odparł, że Chrześcijaństwo Naukowe zajmuje się tymi kwestiami”. Jeśli chodzi o poważniejsze choroby, Jim wyjaśnił mu, że są spowodowane „chwilową słabością wiary”. W takich wypadkach „szli do lekarza” – jak mówi Jones. – „Ale z reguły w lecznictwie polegali na swojej wierze”.

Nie istniało zgromadzenie wiary Jima w pobliżu, więc do pewnego stopnia angażował się w działalność innych Kościołów w okolicy. W niektóre weekendy ze Stoneville zabierała go rodzina Kermita Scotta i jechali na mszę do hiszpańskiego kościoła metodystów w Leland. Innym razem rodzina Frazierów podwoziła go do ceglanego kościoła prezbiteriańskiego na rogu ulic Willeroy i Broad, gdzie Jim chodził do szkółki niedzielnej. W sali w piwnicy rządził kręgarz doktor Cronin, którego lekcje zapadały w pamięć bardziej ze względu na walory rozrywkowe niż edukacyjne. Cronin uwielbiał angażować uczestników pytaniami o ciekawostki i dawał nagrody za najszybsze poprawne odpowiedzi. W jednym z jego konkursów główną nagrodę stanowił kij baseballowy, a zdobywca drugiego miejsca otrzymywał piłkę. „Jim odpowiedział na chwilkę przede mną i wygrał, a ja dostałem nagrodę pocieszenia” – wspominał Frazier. – „Ale on miał już kij, więc stwierdził, że weźmie piłkę, i oddał mi kij tylko dlatego, że tak bardzo go chciałem. To typowe zachowanie Jima. Był dobrym przyjacielem”[38].

Jeśli niedziele oznaczały dzień Kościoła, soboty poświęcano Temple – ceglanemu budynkowi, w którym mieściło się kino. Zbudowali go, na rogu Broad i Fourth Street, masoni i wykorzystywali jego pokoje na piętrze jako miejsce spotkań.[39] Nazwa tego budynku była bardzo odpowiednia[2*], ponieważ właśnie tutaj ośmioletni Jim Henson spędzał niezliczone godziny, siedząc w ciemności z oczami zwróconymi ku górze, zafascynowany obrazami na ekranie. „Zawsze w soboty chodziliśmy na podwójny seans filmów o kowbojach”[40] – opowiadał Baggette. Za piętnaście centów Jim i jego przyjaciele mogli zjeść po torbie popcornu i spędzić cały dzień na chłonięciu seriali, kronik, kreskówek oraz najnowszych komedii i filmów akcji. Jim szczególnie lubił filmy, które działy się w egzotycznych miejscach, a bohaterowie nosili niezwykłe kostiumy – wydarzenia mogły mieć miejsce na Dzikim Zachodzie albo Dalekim Wschodzie, a Jim razem z kolegami spędzali resztę tygodnia na odgrywaniu tego, co widzieli na ekranie: gonili się po sadzie, konstruowali skomplikowane rekwizyty i tworzyli kostiumy ze starych ubrań i materiałów z domowych szaf.

Czasem sąsiedzi widywali Jima, gdy siedział po turecku na trawniku przed domem Hensonów owinięty prześcieradłem, z własnej roboty turbanem na głowie i udawał, że zaklina węża ogrodowego. Typowe. Nieważne, czy chodziło o to, jak zrobić pistolet z żabek do prania, który miał strzelać gumkami, czy o zbudowanie miniaturowych proc, Jim niemal zawsze znajdywał jakiś sprytny albo kreatywny sposób na uatrakcyjnienie zabaw. „Dziecięca wyobraźnia i fantazja przemienia się w jego inwencją twórczą” – tłumaczył później Jim. Trik polegał na tym, żeby „wypróbować zupełnie nowe kierunki. Istnieje wiele sposobów na robienie każdej rzeczy. Ważne, żeby szukać takich, których nikt wcześniej nie próbował”[41]. W swoim życiu wielokrotnie pokazał, że czasem najsprytniejszym rozwiązaniem problemu jest to najprostsze, zwykle łatwo dostępne. Trzeba tylko umieć spojrzeć na sprawę inaczej.

Jones, na przykład, pamięta, że fascynował go serial wytwórni Columbia z 1944 roku The Desert Hawk – awanturnicza arabska przygoda z Gilbertem Rolandem w podwójnej roli braci bliźniaków – jednego dobrego, drugiego złego.

„Ten dobry miał znamię, czarną gwiazdkę na nadgarstku” – wspomina Jones. – „Jim więc przyniósł mi korek, w którym wyciął kształt gwiazdki, osmolił ją węglem tak, żebym mógł odbijać ją sobie na nadgarstku, jeśli chciałem, i uznałem, że jest to absolutnie wspaniałe. Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że można zrobić coś takiego, nie mówiąc już nawet o tym, że nie wiedziałbym jak... ale jemu zawsze przychodziły do głowy takie pomysły, które wszystkich zaskakiwały”. Jones mówi, że nawet jako ośmiolatek „Jim wyróżniał się czymś, czego nie posiadała cała reszta – niezwykłym poziomem oryginalności”[42].

Jim miał jednak coś jeszcze – Dear.

Nawet gdy jej córka Betty mieszkała ponad tysiąc pięćset kilometrów od niej, Dear regularnie przyjeżdżała z Marylandu do Missisipi.[43] Zazwyczaj pociągiem z córką Bobby dla towarzystwa. Być może dlatego, że Betty zazwyczaj poświęcała więcej uwagi bardziej delikatnemu i mniej samodzielnemu Paulowi juniorowi i pozostawiała Jima często samemu sobie, łączyła go z Dear niezwykła więź – mieli nawet urodziny w ten sam dzień – więc kiedy przyjeżdżała, pochłaniała ich zabawa farbkami, ołówkami, kredkami i klejem. Podobnie jak jej zajmujący się rysowaniem map ojciec, Dear szybko i sprawnie posługiwała się ołówkiem i zachęcała Jima do szkicowania – najczęściej rysował ptaki z wielkimi oczami albo potwory o szerokich paszczach – w trakcie którego odkrywał, że umiejscowienie dwóch kropek w miejscu oczu może pokazać emocje albo że dzięki zwykłej kresce powstaje wściekła mina. Wrócił do tej prostoty po wielu latach, gdy projektował Muppety.

Dear równie sprawnie posługiwała się pędzlem – namalowała, na przykład, olejny obraz przedstawiający róże, które dostała od Popa w dniu oświadczyn. Pozostał rodzinnym skarbem aż do momentu, kiedy rozpadł się na kawałki w latach siedemdziesiątych. Miała też smykałkę do rękodzieła i lekkiej stolarki, w tym do rzeźbienia. Wszystkiego nauczyła się od Oscara Hinrichsa, co potwierdzała Attie.[44] Dear przekazała talent i entuzjazm swojemu wnukowi.

Dear obdarzona była nie tylko niemałymi umiejętnościami malarskimi i rysowniczymi, ale także doskonale radziła sobie z igłą i nitką. Jej talenty krawieckie obrosły w rodzinie legendą. Jej dom zdobiły ogromne narzuty i robótki, a Dear nie tylko szyła wszystkie swoje ubrania, lecz także stroje swoich córek. Attie z podziwem wspominała, jak Dear potrafiła stworzyć coś z niemal każdego materiału – kiedyś uszyła płaszcz z ciężkiego, szorstkiego wojskowego koca. „Jak jej się to udało?” – pytała Attie. – „Nikt tego nie wie”. Dear również tę umiejętność przekazała Jimowi, który później konstruował, rzeźbił i szył swoje kukiełki niemal z każdego tworzywa, jakie wpadło mu w ręce.

Prawdopodobnie najważniejsze było jednak to, że Dear stanowiła najlepszą publiczność Jima. Zachęcała go do kreatywnych zabaw, przebieranek i tworzenia rekwizytów, namawiała do wymyślania historyjek, a także cierpliwie znosiła jego żarty i kawały, które jej robił. Dear uwielbiała książki i zaszczepiła w Jimie miłość do czytania, zarówno cyklu o Czarnoksiężniku z Krainy Oz L. Franka Bauma, jak i komiksów w gazetach. Jako dumna dama z Południa: „córki Brownów nigdy nie mogły zapomnieć, że pochodzą z Południa!”[45] – opowiadała Bobby, Dear nauczyła Jima podobnego lekkiego samozadowolenia. Nie była to arogancja, ale przekonanie, że może robić to, o czym marzy, i stać się tym, kim tylko chce – pewność i samoświadomość, które do końca życia podziwiali jego rodzina i koledzy. „Nie miał wątpliwości, że odniesie sukces” – przyznała potem jego żona Jane. – „Myślę, że wiedział, że jest wyjątkowy. Ale objawiało się to w sposobie, w jaki działał, a nie mówieniem o tym głośno”[46].

Dzięki wsparciu otrzymywanym w domu Jim nie miał w szkole żadnych problemów. Nie został co prawda najlepszym uczniem w klasie – to wyróżnienie należało do Jonesa, przyszłego fizyka – ale zajmował miejsce na podium. Jego koledzy z klasy pamiętają, że był bardzo zdolny, ale nigdy nie szukał poklasku. Nikt nie przypominał sobie, żeby angażował się w szkolne produkcje teatralne, poza obowiązkowymi występami w chórze albo w przedstawieniach świątecznych. Zapewne również dlatego, że mówił zbyt cicho, by publiczność mogła go usłyszeć.

Jim, wyższy niż większość chłopców w jego wieku, nie był ani niezdarny, ani wysportowany, ale Kermit Scott nazwał Jima największym „mózgowcem”[47] w ich paczce. Potrafił jednak zaskoczyć swoich rówieśników i wykazywał się nieustępliwością odziedziczoną po dziadku ze strony ojca, którego przygnało na ziemie plemienia Czirokezów. Pewnego wieczoru na farmie Jonesów Jim razem z kolegami wziął udział w meczu bokserskim – ulubionej dyscyplinie ich dobrze zbudowanego i nieco starszego kumpla Tommy’ego Baggette’a. Chłopcy na zmianę zakładali rękawice i walczyli ze sobą, ale kiedy przyszła kolej, żeby zmierzyć się z poczciwym, ale muskularnym Baggette’em, wszyscy wbili wzrok w ziemię. Wreszcie odważył się Jim. „[On] często tak postępował” – wspomina Jones. – „Miał jaja [...], jeśli nikt inny nie chciał, to on brał takie rzeczy na siebie; szedł do przodu i dawał z siebie wszystko”. Efekt? „Sierpowy Tommy’ego zwalił go z nóg” – opowiada Jones. – „Pamiętam jednak tylko, że myślałem, ile odwagi musiał wtedy mieć w sobie Jim”[48].

Jim jednak nie żywił urazy do Baggette’a, którego matka była jedną z opiekunek ich zastępu skautów[3*]. To właśnie wśród tych dzieci po raz pierwszy zasmakował występów, kiedy to podczas wieczoru skeczów przygotował z Gordonem Jonesem coś w stylu pantomimy. Jones stał z rękoma schowanymi za plecami i z wielką powagą wygłaszał krótką mowę, a Jim chował się za nim i wcisnąwszy ręce pod jego ramiona, gestykulował, jakby należały do Jonesa. „Sięgnął po chusteczkę i wycierał czoło [Jonesa]; robił rzeczy, które uważaliśmy za niesamowicie zabawne”[49] – wspomina Frazier. To nie przypadek, że Jim odegrał rolę gestykulujących rąk, ponieważ stanowiło to element występu „wymagający oryginalności i umiejętności przyciągnięcia uwagi audytorium. [...] Jim był showmanem”[50].

Betty Henson także opiekowała się skautami. Okazało się, że dom Hensonów stał się ulubionym miejscem spotkań zastępu nie tylko z powodu słynnych placków z orzechami hikorowymi, które Betty serwowała podczas zbiórek, lecz także ze względu na ciepło panujące w domu Hensonów. Wszyscy się lubili i mieli poczucie humoru. Hensonowie, jak stwierdził Jones, „byli bardzo spokojnymi ludźmi [...], ale obdarzonymi poczuciem humoru, wszyscy mówili zabawne rzeczy. Nikt jednak nie śmiał się w głos. Panowała wesoła atmosfera, a ich rozmowy wypełniały gry słowne i tego typu rzeczy”[51].

Paul senior, czyli doktor Henson – jak z szacunkiem nazywali go chłopcy – prawdopodobnie był najcichszym członkiem rodziny, ale znanym w Stoneville ze swojego talentu do opowiadania historyjek. Podczas niemal cotygodniowych letnich spotkań przy rybie i frytkach, organizowanych w eksperymentalnej stacji, wokół Paula zbierał się tłum, a on rzucał jedną anegdotkę po drugiej.[52] Betty Henson była „niezwykle urocza”, jak powiedział Jones, i miała „błyskotliwe poczucie humoru”. Uwielbiała delikatnie drażnić się z chłopcami, na przykład nalewała im mleka do szklanek aż po same brzegi, ponieważ nie mówili „już”. „Wołałem: «Okej, wystarczy», a ona lała dalej!”[53] – śmiał się Jones. „Jego matka uwielbiała żarty” – zgodził się Frazier i wspomniał, jak Betty starała się go przekonać, że zamazane zdjęcie dziecka, które mu pokazywała, przedstawia Jima z sześcioma palcami u stopy. „Mówiła: «Jak to? Nigdy nie zauważyłeś, że ma sześć palców?». [...] A ja prosiłem: «Jim, zdejmij but!»”[54].

Wydawało się, że Jim widział zabawną stronę każdej sytuacji. Przez pewien czas Hensonowie mieli klacz o imieniu Peggy, zmienne stworzenie, na którym Jim i Kermit Scott próbowali jeździć pośród drzewek hikorowych rosnących w pobliżu domu Hensonów. Peggy wbiegała pod niskie gałęzie, żeby strącić Jima albo kogokolwiek innego, kto siedział na jej grzbiecie. Podczas gdy Jim pękał ze śmiechu, gdy widział upór swojego konia, Scott był mniej rozbawiony. „Obaj niemal zginęliśmy”[55] – wymamrotał wściekły.

Kiedy brakowało w pobliżu narowistych koni, Jim i Paul junior ciągle przy czymś grzebali. Paul miał ściślejszy umysł i pracował nad bardziej złożonymi projektami składającymi się z małych elementów. Jim, jako bardziej ambitny z braci, często zabierał się do pomysłów, które niejednokrotnie wymagały przestrzeni i pobrudzenia sobie rąk. Mimo że Paula i Jima dzieliła czteroletnia różnica wieku, bracia byli sobie bliscy – ze względu na swoją wątłą budowę Paul wolał bawić się z Jimem niż z rówieśnikami (Paul Henson pozostał drobny do końca życia) – i spędzali wspólnie na podwórku długie godziny pochyleni nad modelami samolotów czy radiem detektorowym.[56] Jim zawsze miał słabość do gadżetów odziedziczoną najpewniej po swoim wujku Erniem, młodszym bracie Dear, który w latach dwudziestych zbudował radio detektorowe, żeby mogli z Dear słuchać programu Two Black Crows przez słuchawki.[57] Frazier był zachwycony, że radio Jima też działało. „Ledwo wyłapywało jedną stację” – mówił rozemocjonowany Frazier. – „Ale działało!”[58].

Betty i Paul Henson senior z synami Jimem (w środku) i Paulem juniorem około 1940 roku.

Jim uwielbiał składać radia i dowiadywać się, jak działają, ale jeszcze bardziej lubił ich słuchać. „Wczesne radiowe słuchowiska stały się ważną częścią mojego dzieciństwa” – opowiadał Jim. – „Wracałem do domu koło czwartej trzydzieści, piątej po południu, żeby słuchać programów takich, jak The Green Hornet, The Shadow i Red Ryder [...] i oczywiście kochałem komików”[59]. Fibber McGee i Molly to jedni z jego ulubieńców, podobnie jak Jack Benny.[60] Przede wszystkim jednak Jim czekał z niecierpliwością na niedzielne wieczory, kiedy radio NBC nadawało audycję The Chase and Sanborn Hour. Występowali w niej brzuchomówca Edgar Bergen i jego kukiełka Charlie McCarthy.[61]

Bergen był dziwacznym zjawiskiem – brzuchomówcą, który odniósł ogromny sukces w radiu, więc nikt nie mógł zobaczyć jego występów. Widzowie obserwujący go na żywo w studiu stwierdziliby pewnie, że tak było lepiej. Umiejętności brzuchomówcze Bergena często pozostawiały wiele do życzenia, jego usta ruszały się w widoczny sposób, kiedy miały mówić kukiełki. Bergen jednak nie przejmował się taką krytyką, ponieważ uważał, że technika jest drugorzędna względem postaci, w które się wcielał – a osiągnął doskonałość w wymyślaniu pamiętnych bohaterów i powoływaniu ich do życia niemal wyłącznie dzięki swojemu głosowi. Bergen tak sprawnie prowadził ożywione rozmowy ze swoimi kukiełkami – bezbłędnie lawirował między własnym głosem a kwestiami swoich psotnych towarzyszy, Charliego McCarthy’ego i głupka Mortimera Snerda – że słuchacze radiowi byli przekonani, że to prawdziwi ludzie. Jim Henson bezwzględnie w to wierzył. „Nie myślałem o żadnym z nich jak o kukiełce” – mówił. – „Traktowałem ich jak ludzi z krwi i kości”[62].

Nie chodziło jednak tylko o to, jak Jim tłumaczył po latach. Pomoc kukiełki pozwalała Bergenowi dokonać czegoś niedefiniowalnego. „To, co Edgar Bergen robił z Charliem i Mortimerem było niesamowite” – ekscytował się Jim. – „Czysta magia. Kiedy Edgar wcielał się w Charliego, padały słowa, których nie wypowiedziałby przeciętny człowiek”. Jak odkrył Jim, panowała wówczas cudowna swoboda pozwalająca bohaterom siedzącym na czyimś ramieniu wypowiadać kwestie, na które być może nie zdobyliby się w przebraniach, jak Jim ich nazywał, „zwykłych ludzi”.

W 1948 roku amerykański Departament Rolnictwa wysłał rodzinę Hensonów z powrotem do Marylandu, gdzie Paul powrócił do pracy dla Centrum Badań Agrarnych Beltsville. Rodzina zakupiła przytulny, stuczterdziestometrowy dom przy 4002 Beechwood Road w miejscu niedawno przyłączonym do University Park, trochę ponad dwa kilometry od University of Maryland.[63] Wyprowadzka z Leland okazała się trudna nie tylko dla dwunastoletniego Jima, lecz także dla jego przyjaciół. „Było mi bardzo smutno, gdy szykował się do wyjazdu”[64] – powiedział Gordon Jones, który sam opuścił miasteczko niedługo później. Powrót do Marylandu miał jednak jedną wielką zaletę: rodzina przeniosła się blisko Dear nadal mieszkającej z Popem w domu przy Marion Street 4306 w Hyattsville, zaledwie dziesięć minut drogi od nich. Teraz, zamiast spotykać się w rodzinnym gronie raz na trzy miesiące, Hensonowie i Brownowie mogli co tydzień zbierać się na wspólny obiad przy skrupulatnie nakrytym stole Dear. Potem wychodzili na werandę, bujali się na skrzypiących metalowych huśtawkach i snuli opowieści.[65] Spotkania te na zawsze pozostały najprzyjemniejszymi wspomnieniami Jima. „Ciągle się wtedy śmialiśmy, ponieważ wszyscy opowiadali kawały i mówili śmieszne rzeczy”[66].

Jim twierdził, że właśnie takim rodzinnym spotkaniom przy kolacji – jak to w 1956 roku – zawdzięczał swoje poczucie humoru. Od lewej: ciotki Jima, Attie i Bess, wujek Jinx (tyłem do obiektywu), babcia Dear, Paul senior, Helen, Jim oraz Betty Henson.

Łatwo się można domyślić, skąd się wziął zmysł humoru u Betty, ponieważ zarówno Dear, jak i Pop byli zabawni, choć na różne sposoby. Dear lubiła niewyrafinowane dowcipy, podczas gdy Pop wolał bardziej „subtelne poczucie humoru”. Nigdy jednak nie śmiał się „w szyderczy sposób” – wyjaśniła Attie. – „Nie uważał wyśmiewania się za zabawne”. Co więcej, Pop nigdy nie pozwalał, aby rozmowy schodziły na tematy w najmniejszy nawet sposób nieprzyjemne – Jim też taki był. „Kiedy rozmowa przy stole wymykała się spod kontroli, brał magazyn «Reader’s Digest» i zaczynał nam czytać!” – opowiadał Paul Henson. Często Pop siadał do obiadu z żartem albo zabawną historyjką przygotowanymi na wypadek, gdyby musiał przejąć kontrolę nad rozmową, która potoczyła się w przygnębiającym kierunku.

Atmosfera robiła się jeszcze żywsza, gdy przychodziły wakacje i do towarzystwa dołączały Attie i Bobby z rodzinami. „Przy stole zbierało się jakieś piętnaście, dwadzieścia osób” – wspominał Jim. – „A moi dziadkowie bawili nas historyjkami ze swojego dzieciństwa. Opowiadali coś, a ktoś próbował ich przebić. Zawsze uważałem, że te dziecięce doświadczenia siedzenia przy stole z rodziną, gdy wszyscy się nawzajem rozśmieszali, były moim wstępem do humoru”[67]. Tak naprawdę poczucie humoru Jima stanowiło wypadkową poczucia humoru wszystkich zebranych wokół stołu – trochę wrażliwości śmieszki Dear, trochę spokojnej radości ze snucia opowiastek Paula, odrobina rozkosznych gier słownych Betty, doprawione bardziej subtelną nutką humoru Popa, który zawsze śmiał się z publicznością, a nie z niej.

Zanim nadszedł 1949 rok, zdarzyło się jednak coś, co może wywarło jeszcze większy wpływ na Jima. Pojawiło się nowe urządzenie i zafascynowało uwielbiającego gadżety chłopca. Obsesja ta wskazała mu cel, wykształciła w nim artystę, którym miał się stać, i zmieniła kierunek, w jakim potoczyło się jego życie.

Powstała telewizja. A Jim był gotowy „doprowadzić wszystkich do szaleństwa”[68], dopóki nie sprawią mu odbiornika.

2 / ŚRODEK DO CELU1949–1955

Historia telewizji zaczyna się – podobnie jak każda dobra amerykańska historia sukcesu – od narodzin pewnego dziecka w drewnianej chatce.

A dokładniej, zaczyna się w chacie w Beaver, w stanie Utah, gdzie Philo Taylor Farnsworth – albo Phil, jak niemal wszyscy go nazywali – przyszedł na świat 19 sierpnia 1906 roku. Był nad wiek rozwinięty już jako dziecko i nikt nie miał wątpliwości, że Phil okaże się geniuszem – a on nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. W 1919 roku, w wieku trzynastu lat, Phil skonstruował przełącznik do stacyjki samochodowej, zabezpieczający przed kradzieżą. Otrzymał za to nagrodę magazynu „Science and Invention”. W wieku siedemnastu lat został przyjęty na Brigham Young University na wydział chemii i elektroniki. Zanim skończył dwadzieścia lat, prowadził już swój własny biznes.[1]

Pierwszy Muppet Jima Francuski Szczur Pierre.

Ale dopiero pomysł, który przyszedł mu do głowy, gdy miał czternaście lat – i pojawił się rzekomo jak objawienie; historia zbyt piękna, aby była prawdziwa – pozwolił Philowi znaleźć się w panteonie kultury popularnej oraz zapisać się na kartach historii. W 1920 roku, gdy znudzony orał pole pod ziemniaki pługiem ciągniętym przez konia w tę i we w tę, Phil wyobraził sobie, że elektron może skanować obraz właśnie w taki sposób: przesuwając się przez niego linia po linii.[2]

Miał rację – 7 września 1927 roku, w prowizorycznym laboratorium na strychu w San Francisco, Philo T. Farnsworth przesłał pierwszy na świecie obraz telewizyjny: prostą białą linię wydrapaną na pomalowanym na czarno szkle. Kiedy szklany slajd został powoli obrócony o dziewięćdziesiąt stopni, podobnie zachował się obraz na ekranie. „Oto jesteś” – powiedział Farnsworth z typową dla siebie pewnością siebie. – „Elektroniczna telewizja”[3].

Podczas kolejnych dwudziestu lat Farnsworth stawał się coraz bardziej zniecierpliwiony swoim najbardziej znanym wynalazkiem – zakazał nawet własnej rodzinie oglądania telewizji – jego irytacji nie podzielało jednak coraz liczniejsze grono telewidzów.[4] Chociaż w 1950 roku w telewizji nie było wielu programów do oglądania, nie miało to wielkiego wpływu na entuzjazm publiczności wobec tego wyjątkowego urządzenia. Jak później określił to pewien historyk: „symultaniczność telewizji przeważyła nad wszelkimi defektami; kiedy ludzie mogli zobaczyć to, co działo się daleko, nie mogli wyjść z podziwu”[5].

Dla Jima Hensona ta symultaniczność okazała się nie tylko ekscytująca, ale wręcz magiczna. Dla chłopca, który długie godziny spędzał zaczarowany przed kinowym ekranem i oglądał egzotyczne opowieści o Dalekim Wschodzie, telewizja była niczym prezent od dżina z butelki. „Fakt, że to, co widziałem na ekranie, działo się w tym samym czasie gdzieś daleko, zachwycał mnie” – wspominał Jim. – „Było to coś absolutnie wspaniałego”[6]. Po tym, jak obejrzał telewizję w 1949 roku w domu jednego ze swoich przyjaciół, Jim nie miał wątpliwości, że jego rodzina też musi mieć własny odbiornik. Natychmiast.

Pojawił się jednak jeden problem: jako względnie nowy i rzadko spotykany sprzęt – w 1948 roku szacowało się, że w użyciu znajdowało się około trzystu pięćdziesięciu tysięcy telewizorów, odbiorników radiowych zaś aż sześćdziesiąt sześć milionów – telewizory były drogie. W 1950 roku czarno-biały telewizor z szesnastocalowym ekranem – jak kanciasty admiral z „automatycznym ustawieniem obrazu” gwarantującym „stały, wyraźny odbiór nawet w oddalonych obszarach” – kosztował około dwustu pięćdziesięciu dolarów, odpowiednik dzisiejszych dwóch tysięcy.[7] Ceny bardziej ekskluzywnych modeli z szafkami albo jeszcze droższe, takie z wbudowanym radiem i gramofonem, mogły sięgać trzystu dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów, czyli równowartości dzisiejszych trzech i pół tysiąca.

Pomimo kosztów Jim był zdeterminowany. „Męczyłem moją rodzinę, żeby kupili odbiornik” – przyznał zawstydzony. – „Po prostu bezgranicznie kochałem telewizję”[8]. Paul Henson senior nie miał szans w tej walce. W 1950 roku Jim Henson posiadał już swój telewizor i oglądał go bezustannie z religijnym namaszczeniem.

W Dystrykcie Kolumbii w 1950 roku dostępne były cztery kanały – całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że zaledwie dwa lata wcześniej mniej niż czterdzieści stacji nadawało w zaledwie dwudziestu trzech miastach.[9] Badania mówiły, że już w 1950 roku ludzie z rejonu Baltimore–Waszyngton spędzali więcej czasu na oglądaniu telewizji niż słuchaniu radia.[10] Stacje bawiły się nową technologią i różnymi formułami, a lokalne programy pojawiały się i znikały, niektóre były naprawdę eksperymentalne, inne nudne, a większość utrzymywała się na antenie zaledwie przez kilka tygodni i słuch po nich ginął. Jim oglądał co tylko się dało i jedno szybko stało się jasne: „Od razu zapragnąłem pracować w telewizji”[11].

Nie był pewien, co tak naprawdę miałby tam robić, ale jak na razie Jim chłonął wszystko, co telewizja mu oferowała, w tym konwencje i formuły, które później z miłością parodiował, jak i techniczne sztuczki, opanowane przez niego do perfekcji, a następnie ulepszone. Szczególnie intrygowały go programy rozrywkowe, będące jedną z podstawowych pozycji na początku ery telewizji. Brali w nich udział komicy, piosenkarze, orkiestry, magicy – występowali na żywo i wykonywali skecze, piosenki, wygłaszali monologi w niezwykle dynamicznym tempie. Najczęściej nad całością panował gospodarz programu albo mistrz ceremonii, który był częścią tego chaosu w równym stopniu, co występujący w programie artyści, mimo że starał się jak mógł zapewnić gładki przebieg show. Jim uważał taką formułę programu za porywającą.

Wieczorami, na przykład, oglądał Miltona Berle, którego szalone występy w Texaco Star Theater zrobiły bardzo wiele dla popularyzacji telewizji i przyczyniły się do tego, że każdy chciał mieć to nowe urządzenie. Następnie manipulował pokrętłem, żeby zobaczyć program Your Show of Shows. Sid Caesar, gospodarz tego programu, często porzucał scenariusz, improwizował jak szalony, zmieniał głosy i akcenty, bełkotał bez ładu i składu, a wszystko to, żeby rozbawić innych. Przy widowisku Caesara pracowali jednak jedni z najbystrzejszych scenarzystów komediowych, w tym Carl Reiner i Mel Brooks – dali Caesarowi solidny materiał stanowiący podstawę jego improwizacji. Your Show of Shows był mądrym programem, ale nie bano się w nim też uciesznych żartów – a Jim doceniał taki rodzaj humoru.

Nieważne jednak, jak natchnione okazywały się występy Caesara, zdaniem Jima nie równały się z tymi Erniego Kovacsa.[12] Nie tylko był mistrzem, który z kamienną twarzą robił żarty, lecz także rozumiał działanie nowego medium jak mało kto. Doceniał to, że najbardziej liczył się obraz na ekranie, a nie to, co może zobaczyć publiczność zgromadzona w studiu – dlatego też uwielbiał wykorzystywać wizualne triki, które robiły wrażenie tylko oglądane w telewizorze. Korzystał z technicznych sztuczek, żeby wzmocnić wrażenie swoich gagów, nakładał na siebie i odwracał obrazy. Jednak jeden z jego najbardziej pamiętnych numerów – przedmioty wyjęte z pojemnika na lunch toczyły się poziomo po stole i spadały komuś na kolana – był banalnie prosty. Kovacs ostro przechylił całą scenografię, a potem kamerę pod tym samym kątem, tak żeby obraz na ekranie zdawał się idealnie poziomy. Jim mógł pękać ze śmiechu, gdy widział ten skecz, ale stanowił on także ważną – nawet jeśli banalną – lekcję: patrz przez kamerę, żeby wiedzieć, co dokładnie jest na ekranie, ponieważ właśnie to jest rzeczywistość, którą ogląda twoja widownia. Jim za kilka lat miał docenić tę naukę i w mistrzowski sposób wprowadzić ją w życie.

Na antenie puszczano również mnóstwo programów dla dzieci – Howdy Dowdy był jednym z pierwszych show pokazywanych w telewizji ogólnokrajowej, począwszy od 1947 roku. Młodzi mieszkańcy Marylandu mieli do wyboru nie tylko Howdy Dowdy, lecz także: Life with Snarky Parker, kowbojski show z marionetkami Bila i Cory Bairdów, a także The Adventures of Lucky Pup, z kukiełkami wykonanymi przez Morey Bunin. „Nigdy chyba nie oglądałem Snarky Parkera”[13] – przyznał później Jim, ale nie może to dziwić, ponieważ był o wiele starszy niż docelowa grupa odbiorców tego programu. Pamiętał jednak, że widział Bairdów z ich kukiełkami w innym show. „Znałem pracę Bila i Cory Bairdów z programów rozrywkowych” – opowiadał. – „Występowali w porannym programie CBS, konkurencyjnego wobec Today. Mieli krótkie skecze do nowoczesnych piosenek”.

Lepiej zaznajomił się jednak z pracą utalentowanego lalkarza, który po latach został jego przyjacielem, Burra Tillstroma, pracującego z gwiazdorskimi kukiełkami niezwykle popularnego show na antenie NBC Kukla, Fran and Ollie. Tak naprawdę nie istniało wiele osób, które nie wielbiłyby pracy Tillstroma. Kukla, Fran and Ollie zadebiutował na antenie w 1947 roku jako program dla dzieci, ale szybko zdobył większą popularność wśród dorosłych – uwielbiali go między innymi John Steinbeck, Orson Welles i James Thurber – a w 1949 roku pisał już o nim magazyn „Life”.

W show wymyślonym przez urodzonego w Chicago Tillstroma występowały dwie jego kukiełki – pełen dobrych zamiarów Kukla i zawadiacki smok Ollie – które grały z jedynym ludzkim bohaterem, Fran Allison, byłą nauczycielką obdarzoną bystrością umysłu i ogromnym urokiem. Prawdziwa magia zawierała się w niezwykłej chemii pomiędzy Allison i jej kukiełkowymi towarzyszami, kiedy się przekomarzali, rozmawiali, śpiewali i śmiali – a wszystko to bez scenariusza, improwizując od początku do końca. Kunszt Tillstroma był tak ogromny, że kiedy chory Kukla „wytarł” sobie nos w kurtynę ich kukiełkowego teatrzyku, setki zaniepokojonych fanów wysłały mu chusteczki.

W 1950 roku poza telewizją absorbowały Jima jeszcze inne sprawy. W marcu tego roku „The Christian Science Monitor” opublikował jeden z wielu dowcipów rysunkowych, które tam wysłał, co dla trzynastoletniego chłopca i jego rodziny było powodem do wielkiej dumy – a zwłaszcza dla Dear, zawsze zachęcającej go do rysowania ołówkami, długopisami i farbkami. Rysunek – autorstwa Jimmy’ego Hensona – przedstawia dwóch kucharzy zastanawiających się, co zrobić z wielkim garnkiem na stole. „Pomieszamy to i nazwiemy sałatką?” – pyta jeden z nich i wskazuje na zawartość garnka. – „Czy ugotujemy i nazwiemy potrawką?”. Pierwszy kucharz jest chudy jak patyk – wygląda niemal tak, jak Jim będzie wyglądać wiele lat później – drugi zaś jest okrąglejszy i ma lekko przekrzywioną czapkę. Ich wizerunki pokazywały już kierunek, w jakim poszedł przy tworzeniu swoich bohaterów, takich jak Ernie i Bert czy Bunsen Honeydew i Beaker z The Muppet Show. Jim uważał, że kontrasty są komiczne.[14]

Rysunki i komiksy były inną ważną częścią twórczej strony życia Jima. Jak większość młodych ludzi niemal instynktownie otwierał każdego dnia gazetę na stronie z rysunkowymi dowcipami. Podczas gdy „The Washington Post” zawierał ich mnóstwo, Jim wolał te publikowane w waszyngtońskiej gazecie „Evening Star”, a to z powodu komiksu Pogo autorstwa Walta Kelly’ego.

W niewiele ponad rok od początku kariery, która miała trwać dwadzieścia siedem lat – a w 1950 roku drukowany zaledwie w kilku gazetach – Pogo już zyskał prestiżowe miejsce w lewym górnym rogu strony z komiksami „Evening Star”. Artysta umiejscowił akcję komiksu w należącej do stanu Georgia części bagien Okefenokee – która pewnie stanowiła dla Jima wyidealizowaną wersję Leland. Bohater Pogo był sympatyczny i skryty, a jego łagodna natura często, a czasem niechcący, angażowała go w życie i intrygi barwnych drugoplanowych bohaterów, w tym dowcipkującego aligatora o imieniu Albert i przemądrzałego, sowiego pseudointelektualisty, dr. Howlanda Owla.

Jim był zagorzałym wielbicielem Pogo, kupował zebrane w książki przedruki historyjek niemal natychmiast, gdy wydawnictwo Simon & Schuster je publikowało, i pozostał fanem do końca życia. W bohaterze zachowującym spokój w oku cyklonu i barwnych postaciach drugoplanowych nietrudno odkryć wpływy Kelly’ego na późniejsze Muppety. Sam Jim często i chętnie wymieniał Kelly’ego jako źródło inspiracji:

Walt Kelly stworzył zespół postaci. Zaczął od głównego bohatera, czyli Pogo [...] całkiem normalnej, zwykłej osoby [...] a wokół niego postawił aligatora Alberta i mnóstwo komicznych bohaterów. U nas występuje podobna konstrukcja. Kermit jest odpowiednikiem Pogo. Mamy jedną postać, która reprezentuje sposób, w jaki myślą zwykli ludzie. Wszystko inne oraz nieco bardziej szaleni, komediowi bohaterowie zbudowani są wokół tej postaci.[15]

Oprócz stworzenia dynamiki wykreowanych bohaterów Kelly wykorzystał jeszcze jeden dobry patent w Pogo – trik, później opanowany przez Jima do perfekcji, który pod wieloma względami podsumowywał jego urok jako artysty. Kelly, zdolny satyryk, często używał swojego komiksu do przemycenia komentarzy na społeczne i polityczne tematy, zahaczające o religię i jajogłowych, prezydentów i polityków. Czasem jego komentarze były złośliwe i wywrotowe, ale kiedy wypowiadały je zabawne, obezwładniająco urocze zwierzątka, czytelnicy pozwalali, żeby wszystko uchodziło mu płazem. Stworzył przyjemną satyrę, rozkosznie niebezpieczną mieszankę sztuki i pisarstwa – a młodsi czytelnicy cieszyli się przygodami uroczych bohaterów, podczas gdy ich rodzice uśmiechali się, ponieważ odczytywali bardziej dorosły humor i tematy.

Jim zrozumiał, że jeśli umie się to robić, można zdobyć sympatię jednych i drugich. Zapewniając rozrywkę młodszej publiczności, jednocześnie docierać do dorosłych. To dzięki temu wkład Jima w Ulicę Sezamkową znaczył tak wiele. Przykład Kelly’ego pokazał, co chyba nawet ważniejsze, że prowokacja i poruszanie głębokich tematów mogło ujść bezkarnie, gdy robiło się to z uśmiechem na twarzy i świadomością, że rozrywka jest najważniejsza. Dzięki temu osiągalne było połączenie zabawy i wywrotowości.

Dla Jima, który nauczył się cenić Leland za to, że nie musiał ruszać się dalej niż na własne podwórko, żeby znaleźć coś ekscytującego do roboty, Hyattsville stanowiło niewyczerpane źródło rozrywki. Płynnie łączyło się ono z północno-wschodnimi osiedlami Waszyngtonu. Miasteczko było w pełni rozwiniętym przedmieściem, a mieszkańcy mogli łatwo korzystać ze wszelkich dobrodziejstw swojego dużego sąsiada – dobre drogi i środki transportu, łatwy dostęp do muzeów i atrakcji turystycznych Waszyngtonu – jednak nadal miało klimat rolniczego Missisipi z dużą ilością lasów i otwartych przestrzeni, gdzie Jim mógł obserwować ptaki albo po prostu leżeć i marzycielsko gapić się w niebo.

Jim bardzo lubił jeździć z Paulem na rowerach w parku Rock Creek w Waszyngtonie, pędzić z górki osłoniętymi przez drzewa ścieżkami albo śmiać się i krzyczeć, gdy pedałowali obok siebie. Gdy tak jeździli, Jim pstrykał zdjęcia i zwykle uwieczniał Paula jako rozmazaną, pędzącą postać. Wpadał w zachwyt, gdy w czasie jazdy obok Paula z aparatem udawało mu się utrzymać ostrość i uchwycić go na tle rozmytych drzew i przechodniów. W deszczowe weekendy bracia jeździli po parku ze swoimi kuzynami Willem i Stanem – synami Attie. Jim ustawiał się w pobliżu jednej z głębokich kałuż na ścieżce, żeby uchwycić aparatem dokładnie tę chwilę, gdy przednie koło Willa wjeżdżało w wodę i rozpryskiwało ją w kształt wysokiego V wokół roweru. Nawet w wieku trzynastu lat Jim cieszył się, gdy mógł patrzeć na świat przez obiektyw.

Wieczorami Hensonowie siadywali na werandzie i długo rozmawiali – Jim uwielbiał ciekawe konwersacje – albo gromadzili się wokół starej fisharmonii, którą Jim i Paul junior znaleźli na śmietniku i zreperowali tak, że znów dało się na niej grać. Podczas gdy Betty Henson naciskała pedały i waliła w klawisze z całych sił, rodzina śpiewała piosenki ze śpiewnika A.A. Milne’a, a potem z pełnej gier słownych książki Walta Kelly’ego Songs of the Pogo, które Jim wręcz ubóstwiał. Dwadzieścia lat później Jim wykorzystał piosenki z obu śpiewników – Don’t Sugar Me Kelly’ego i Halfway Down the Stairs Milne’a – w The Muppet Show.

Jesienią 1950 roku zarówno Jim, jak i Paul junior szli do nowych szkół – Paul na University of Maryland, a Jim do Hyattsville High School.[16] Chociaż Paul studiował pedagogikę – prawdopodobnie z nakazu Betty Henson – miał inne ambicje zawodowe. W Hyattsville, podobnie jak w Leland, Paul i Jim lubili grzebać w silnikach i małych maszynach. Podczas gdy Jim fascynował się samochodami – i fascynacja ta nie opuściła go do końca życia – Paul zwariował na punkcie samolotów. „Zawsze chciał latać”[17] – wspominał Tommy Baggette. Gdyby Paul mógł robić to, co chciał, zostałby pilotem.

Jim uczęszczał do Hyattsville High School tylko do 1951 roku, kiedy rozpadającą się szkołę zamknięto. Przez kolejne trzy lata chodził do nowo wybudowanej szkoły Northwestern High School, dumy społeczności Hyattsville – sam gubernator stanu Maryland T.R. McKeldin przemawiał podczas ceremonii oddania budynku do użytku w listopadzie. Znajdowała się tuż za rogiem domu Hensonów. W Northwestern Jim dołączył do drużyny tenisowej, w której szybko został jednym z najlepszych zawodników. Podobnie jak jego rodzice i dziadkowie Jim poważnie podchodził do gry. Wedle słów jego kolegi z drużyny, Joego Irwina, z którym zaprzyjaźnił się na resztę życia, kort tenisowy był jedynym miejscem, gdzie Jimowi zdarzało się tracić zimną krew. Podczas meczu deblowego „odbiłem kiepskiego loba i przeciwnik uderzył smeczem prosto w Jima” – opowiadał Irwin. Spojrzeli z Jimem na siebie „i wiedziałem, że mecz teraz potoczy się inaczej” – relacjonował Irwin. Przy następnym woleju „Jim oddał temu kolesiowi”. „Nigdy więcej nie widziałem Jima okazującego gniew. Miał potrzebę wyrównania rachunków i zrobił to. A potem już grali przyzwoicie”[18]. Granie przyzwoicie zawsze było dla Jima bardzo ważne.

Kiedy nie przebywał na kortach, Jim udzielał się w szkolnej grupie teatralnej, gdzie przede wszystkim zajmował się projektowaniem plakatów i malowaniem scenografii, ale czasem też grał małe role. Dołączył również do nowo powstałego szkolnego klubu kukiełkowego, prawdopodobnie dlatego, że prowadząca go nauczycielka, panna Dawson, zapowiedziała przygotowanie przedstawienia opartego na ukochanym przez niego Pogo.[19] Podobnie jednak jak w przypadku grupy teatralnej Jima bardziej interesowało projektowanie i tworzenie scenografii niż występowanie.