Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 2027 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezus z Nazarethu (Komplet czterech tomów) - Roman Brandstaetter

Cztery tomy Jezusa z Nazarethu Romana Brandstaettera - przesycone duchem psalmów, duchem Biblii, duchem starej poezji semickiej - zachwycają czytelników atmosferą miejsca, czasu i tradycji żydowskiej. Zadziwiający jest także portret psychologiczny Chrystusa - Boga i Człowieka. Tom pierwszy, Czas milczenia, opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce od zapowiedzi narodzenia Jana Chrzciciela do pobytu Jezusa na pustyni. Tom drugi, Czas wody żywej, to zapis dalszych wydarzeń aż do śmierci Jana Chrzciciela. Autor przedstawia tu pierwsze miesiące publicznego nauczania Jezusa i pierwsze zatargi z faryzeuszami. W tomie trzecim, Czas chleba i światła, autor przedstawia zdarzenia pomiędzy ścięciem św. Jana Chrzciciela a ostatnim tygodniem życia Jezusa. Dzieło kończy Pełnia czasu. Opowieść oparta jest na ewangelicznej relacji Jana. Opisuje wydarzenia Wielkiego Tygodnia, poranek Zmartwychwstania i Wniebowstąpienie.

Opinie o ebooku Jezus z Nazarethu (Komplet czterech tomów) - Roman Brandstaetter

Fragment ebooka Jezus z Nazarethu (Komplet czterech tomów) - Roman Brandstaetter

Strona redakcyjna

Redakcja:

Jędrzej Majka

Redakcja techniczna:

Ewa Czyżowska

Łamanie:

Joanna Łazarów

Korekta:

Monika Rusin

Okładka:

Andrzej Wełmiński

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2003

ISBN 978-83-7595-631-3

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail:mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Rzecz o Romanie Brandstaetterze

I pomyśleć, że jego powieści, przesiąknięte duchem chrześcijaństwa, mogły nigdy nie powstać! Roman Brandstaetter — Zyd, który inspirację dla swojej twórczości znalazł w wierze w Chrystusa, to przecież na gruncie literatury — i to nie tylko polskiej — ewenement. Nawet jeśli Brandstaetter był na karierę pisarza skazany. Tradycje literackie jego rodziny rozpoczęły się bowiem wraz z twórczością Mordechaja Dawida Brandstaettera, dziadka późniejszego autora Jezusa z Nazarethu. Wywarł on silny wpływ na wnuka. Był jego pierwszym nauczycielem Biblii. Stanowił też dla małego Romana fundament norm i zasad. Był mędrcem, który nie narzucał swych poglądów, lecz zmuszał ucznia do samodzielnego myślenia. Po latach pisarz będzie go ciepło i serdecznie wspominał w Kręgu biblijnym.

Roman Brandstaetter urodził się 3 stycznia 1906 roku w Tarnowie. Wzrastał w rodzinie zasymilowanej z lokalną społecznością, dlatego od najmłodszych lat czuł się Polakiem. Brandstaetterowie uważali język polski za ojczysty, matka uczyła Romana polszczyzny posługując się Biblią w przekładzie ks. Jakuba Wujka. Czując się Polakami, Brandstaetterowie niezmiennie pielęgnowali w domu rodzinnym tradycje żydowskie.

Odkrycie Chrystusa

W wieku jedenastu lat, za sprawą służącej Maryni, Roman Brandstaetter pierwszy raz usłyszał o ukrzyżowanym Chrystusie. O wydarzeniu tym napisze później:

(...) wytłumaczyła mi, że modliłem się do tego Boga w cierniowej koronie, który wisi przed nami na ołtarzu, na krzyżu. Nic nie rozumiałem.

— To jest Bóg? — spytałem. Potwierdziła skinieniem głowy.

— W cierniowej koronie?

— Tak.

— Czyj Bóg?

— Nasz...

— Mój?...

— I twój, i mój.

Ogarnął mnie lęk. Czułem, że ta Postać wisząca na krzyżu — dlaczego wisi na krzyżu? dlaczego w cierniowej koronie? po co? w jakim celu? — znajduje się w jakimś niewidzialnym kręgu, którego nie umiem przekroczyć. Nikogo jednak nie prosiłem o wyjaśnienie trapiących mnie niepewności. (...) Ten rozpięty na krzyżu Człowiek, sczerniały od deszczów i wiatrów, napełniał mnie coraz większym niepokojem[1].

Dwa lata później chwyta za pióro. Bezpośrednim impulsem do napisania pierwszych wierszy, poruszających tematykę chrześcijańską staje się wiersz Juliana Tuwima: Chrystusie: Jeszcze się kiedyś rozsmucę, Jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie... (... )

Że duch mój przed Tobą uklęknie

I wtedy serce mi pęknie,

Chrystusie...[2]

Słowa te wywołały w chłopcu niepokój. Choć poznał historyczną postać Chrystusa, wciąż był nieochrzczonym Żydem. Później napisze: To odkrycie wywróciło na nice wszystkie moje chłopięce wyobrażenia o związkach i sporach żydowsko-chrześcijanskich i jeszcze bardziej je pogmatwało. W głowie mojej powstał nie byle jaki zamęt, którego nie umiałem ujarzmić[3].

Niestety, wiersze z tego okresu spłonęły w czasie okupacji. Nie wiemy zatem, jakie były pierwsze próby pogodzenia tradycji rodzinnej z rodzącą się wiarą w Chrystusa. Dotrzeć możemy jedynie do literackiego zapisu z ponownego spotkania Brandstaettera z Jezusem-Bogiem, które nastąpiło jednak wiele lat później, w zupełnie innej rzeczywistości.

Jarzma antysemityzmu

W roku 1924 Roman Brandstaetter udaje się do Krakowa, gdzie rozpoczyna studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pod kierunkiem profesorów Stanisława Windakiewicza i Tadeusza Lehra-Spławińskiego studiuje filozofię i filologię polską. Na łamach „Kuriera Literacko-Naukowego” publikuje wiersz napisany z okazji śmierci Jesienina (Elegia o śmierci Sergiusza Jesienina), w „Nowej Reformie” ogłasza wiersz pt. Piłsudski. Kolejne wiersze i artykuły pisze m. in. do „Głosu Prawdy” i „Gazety Polskiej”. W 1928 r. ukazuje się jego pierwszy tomik poezji zatytułowany Jarzma.

Po ukończeniu studiów w 1929 r. Brandstaetter otrzymuje rządowe stypendium naukowe i wyjeżdża na dwa lata do Francji. W Paryżu zbiera materiały na temat działalności społeczno-politycznej Adama Mickiewicza. Po powrocie zamieszkuje w Warszawie i przez rok pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Owocem jego paryskich studiów staje się doktorat z filozofii, który otrzymuje w 1932 r. na podstawie rozprawy Adam Mickiewicz jako krytyk literatury polskiej w okresie wileńsko-kowieńskim.

Widząc narastający w Polsce antysemityzm, Brandstaetter od 1932 r. występuje z ostrymi artykułami polemicznymi. Tamara Karren, pierwsza żona pisarza, wspomina: Śledziłam jego gwałtowne i gorące wypowiedzi publicystyczne w różnych pismach w języku polskim, dotyczące spraw żydowskich. Gwałtownie i nie szczędząc nikogo, walczył z rosnącym w Polsce antydemokratyzmem, aby nie nazwać tego faszyzmem i antysemityzmem. Pisywał w lwowskiej „Chwili”, krakowskim „Nowym Dzienniku”, w warszawskim „Naszym Przeglądzie” i „Sterze”. Każdy jego artykuł to był kij w mrowisko. Tępiony i nienawidzony był przez wielu[4].

W tym okresie wydaje także szkice historyczno-literackie: Legion żydowski Adama Mickiewicza[5], Wybryki antyżydowskie studentów Uniwersytetu Wileńskiego w roku 1815[6], Tragedię Juliana Klaczki[7], tomik poezji Węzły i miecze[8] oraz zbiór pamfletów Zmowa eunuchów, w którym zgromadził świadectwa różnych żydowskich grzechów.

W roku 1935 Roman Brandstaetter wyrusza w podróż do Turcji, Grecji i Palestyny, gdzie po raz pierwszy kroczy po ziemi przodków. Zafascynowany miejscem szuka śladów Chrystusa.

Ziemia Jezusa

Tuż po wybuchu II wojny światowej Roman Brandstaetter wyjeżdża do Wilna[9]. Przed wyjazdem po raz ostatni widzi rodziców. O ich śmierci w komorach gazowych obozu w Treblinc dowiaduje się dopiero w Jerozolimie. Po latach, w Fauście zwycię żonym, napisze:

To wszystko, co czynię,

Nie okupuje mojego życia

I ani o cal nie jest bardziej wartościowe

Od śmierci mojej matki

I od śmierci mojego ojca.

Nie wiem nawet, co myśleli

W godzinę pojednania z dymem [10].

Temat ten poruszy jeszcze kilkakrotnie, choćby w Stabat Mater, gdzie zanosi błagania do Madonny Treblińskiej:

Święta Madonno człowieczych popiołów,

Módl się za popiół

Mojej matki,

Za jej spalone życie,

Za jej spalone włosy,

Za jej spalone oczy,

Módl się, Madonno, na szczycie Trupiej Czaszki,

Madonno Treblińska[11].

W Wilnie Brandstaetter przebywa kilka miesięcy. Właśnie tam, w roku 1940, poślubia Żydówkę Tamarę Karren, którą poznał wcześniej w Warszawie. Dzięki staraniom jej rodziny pisarz przedostaje się do Palestyny[12]. W tym okresie, na przełomie roku 1940 i 1941, powstaje pierwszy z jego dramatów zatytułowany Kupiec warszawski. Jednak kiedy inscenizacja sztuki w hebrajskim Narodowym Teatrze Habima okazuje się mieć charakter antypolski, autor zrywa wszelkie kontakty z tamtejszym środowiskiem kulturalnym. Z tego powodu ma trudności ze znalezieniem pracy w polskich placówkach w Palestynie. Z pomocą przychodzi mu dawny profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Stanisław Kot. To dzięki jego protekcji otrzymuje pracę w Polskiej Agencji Telegraficznej. W latach 1941-1946 pisze pięć kolejnych dramatów, których nigdy jednak nie wystawia na scenie. Powstaje wówczas jeden z największych jego dramatów Powrót syna marnotrawnego, opowiadający o życiu i dziele Rembrandta van Rijn.

Noc biblijna

Prawdziwy przełom następuje w Jerozolimie. Każdego dnia pisarz rozmyśla nad życiem Chrystusa. Tamara Karren wspomina: Były to lata hiobowych wieści z Polski. Roman przeżył bardzo boleśnie potwierdzenie wiadomości o zagładzie swoich rodziców. Był nerwowy, trudny we współżyciu (nie mówię teraz o małżeńskim), skłócony z otoczeniem, coraz bardziej wyobcowany ze środowiska zarówno żydowskiego, jak i polskiego. Spokój znajdował w wędrówkach murami starej Jerozolimy, w zagłębianiu się w jej miejsca święte, a może nade wszystko w godzinnych spacerach Doliną Świętego Krzyża (...)[13].

Właśnie tutaj, w Jerozolimie, następuje duchowa przemiana, moment przyjęcia i akceptacji chrześcijaństwa. Wydarzenie to określa pisarz jako „spotkanie”:

Skończyłem pracę po północy. Zapaliłem papierosa. Wstałem od stołu, rozejrzałem się po pokoju i przypomniałem sobie, że nie mam w domu nic do czytania. (...) zatrzymałem wzrok na leżącej obok jednego z biurek stercie starych tygodników. Wyciągnąłem na chybił trafił kilka numerów. Z jednego z nich wypadła na podłogę dużych rozmiarów wkładka. Podniosłem ją. Była to reprodukcja rzeźby z XVII wieku Innocenza da Palermo z kościoła San Damiano w Asyżu, przedstawiająca ukrzyżowanego Chrystusa. (...) Spojrzałem na reprodukcję. Wyobrażała Chrystusa w chwilę po Jego śmierci. Z półrozchylonych warg uszedł ostatni oddech. Kolczasta korona spoczywała na Jego głowie jak gniazdo uwite z cierni. Miał oczy zamknięte, ale widział. Głowa Jego wprawdzie opadła bezsilnie ku prawemu ramieniu, ale na twarzy malowało się skupione zasłuchanie we wszystko, co się wokół działo. Ten martwy Chrystus żył.

Pomyślałem: Bóg.

I, włożywszy reprodukcję do teczki, wyszedłem [14].

W innym miejscu dodaje:

Wprawdzie jeszcze kilkakrotnie ciemna strona wieczności rzucała głęboki cień na obszary mojego czasu i wprowadzała wiele zamętu i nieładu w moje ówczesne dni, mimo to dzieje tej biblijnej nocy są dla mnie smugą najwspanialszego światła, jakie widziałem w moim życiu [15].

Z tym gazetowym wizerunkiem Chrystusa już nigdy Brandstaetter się nie rozstanie. Oprawiwszy go w ramkę zawiesi na ścianie swojego mieszkania.

Chciał zacząć życie od nowa (...). Nie ukrywał swego pochodzenia — wszystko stało się tak, jak się stało, bo czuł się korzeniami związany ze swymi dalekimi przodkami — przeszedł długą drogę nim stał się Żydem chrześcijaninem. Tak jak Żyd — Chrystus. I to — jak zaznacza Tamara Karren — było piękne w nim[16].

Ten religijny przełom, który dokonał się jerozolimskiej nocy 1944 roku, to sprawa najbardziej intymna, dlatego wiemy o nim niewiele. Pisarz powiedział tylko:

Ja nie byłem poganinem, bym się miał nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była tylko logiczną konsekwencją tego faktu[17].

Nowe życie

W roku 1946 Roman Brandstaetter opuszcza Palestynę i udaje się do Rzymu. Tu spotyka prof. Stanisława Kota. Profesor, pełniący funkcję ambasadora RP, po raz kolejny wspomaga znanego już literata. Brandstaetter otrzymuje posadę attache kulturalnego przy ambasadzie RP w Rzymie. Przyjmuje chrzest, a na mocy przywileju św. Pawła rozstaje się z Tamarą Karren, która odeszła od niego jeszcze w czasie pobytu w Palestynie. Wkrótce poślubia Reginę z Brochwiczów Wiktorównę, którą poznał w sekretariacie ambasady.

We Włoszech przeżywa pisarz nowe fascynacje. Jego ulubioną krainą zostaje Umbria, która swym krajobrazem przypomina mu Ziemię Świętą. Ciągle powraca do Asyżu [18].

W 1947 r. nadszedł dla Brandstaettera upragniony czas powrotu do ojczyzny. Po siedmiu latach, w dworcowej restauracji w Zebrzydowicach, wziął znowu do ręki polski chleb. Jak pisze — poraziły go wtedy ewangeliczne słowa o spotkaniu w Emaus; uczniowie rozpoznali Jezusa przy łamaniu chleba. Przy stole nikt ze mną nie siedział, nikt nie pobłogosławił chleba leżącego przede mną, nikt go nie przełamał, ale mimo to ręka, w której trzymałem chleb mojej ziemi, drżała[19].

Zamieszkał w Poznaniu. Zaważyła na tym decyzja ministra kultury, Włodzimierza Sokorskiego, który nie pozwolił pisarzowi na zamieszkanie w Warszawie czy Krakowie. Władza obawiała się, że „pisarz za dobrze by się czuł w tych reakcyjnych miastach”. W Poznaniu Brandstaetter otrzymuje posadę kierownika literackiego w Teatrze Polskim, a później w Operze im. Stanisława Moniuszki. W 1950 r. opuszcza jednak Poznań na dziesięć lat i przenosi się do Zakopanego. Tam kontynuuje pracę literacką, a w szczególności dramatopisarską. Starotestamentową Pieśnią nad pieśniami rozpoczyna nowy cykl przekładów biblijnych z języka hebrajskiego. W następnej kolejności ukazuje się Antologia poezji Starego Przymierza, Cztery poematy biblijne, Psałterz. W ostatnich dziesięciu latach życia Brandstaetter podejmuje się przekładu Nowego Testamentu [20].

Niewątpliwie najważniejszym dziełem Brandstaettera jest czterotomowa powieść Jezus z Nazarethu. O napisaniu powieści o Chrystusie myślał już w czasie swojej pierwszej podróży do Palestyny w 1935 roku. Wtedy miała to być historia Jezusa — wielkiego proroka żydowskiego, teraz powieść o Jezusie — Bogu Zywym.

Pisarz — który nie raz myślał o porzuceniu tematu — zawarł w powieści całe dotychczasowe doświadczenie literackie, swoje przeżycia religijne oraz żywą wiarę w Jezusa-Mesjasza. Przed śmiercią wyznał: Wielkie dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom upewnia mnie w przekonaniu, że moje „odejście” od judaizmu, moja „zdrada”, jak to chcieliby widzieć niektórzy, nie jest odejściem w znaczeniu dosłownym. Ja dotykam obu krańców łuku. Ja czekam na ten wielki Most. Chciałbym postępować tak jakby mieszkał we mnie Bóg[21]. Umiera 28 września 1987 roku w Poznaniu.

Jędrzej Majka

Roman Brandstaetter – Jak pisałem Jezusa z Nazaretu

Roman Brandstaetter

Jak pisałem Jezusa z Nazaretu[22]

Miałem takie chwile przed dziesięciu laty, gdy siadałem do pisania tej książki, że byłem skłonny, proszę mi wierzyć — mówię to szczerze — przerwać pisanie, rzucić je. Miałem wrażenie, że nie przewalczę wszystkich trudności, które się piętrzą; a były to trudności rozmaite: poczynając od gromadzenia odpowiedniego materiału, a kończąc na takich kłopotach, jak pewnego rodzaju dwufazowość pisania tej całej rzeczy. Zaraz Państwu wytłumaczę, o co mi chodzi.

Otóż przez te cztery tomy mojej książki nieustannie przewijają się dwie fazy: faza Jezusowa oraz faza wszystkich postaci zgrupowanych dookoła Chrystusa. Ilekroć przystępowałem do opisywania faz Chrystusowych — to znaczy w chwili, kiedy Chrystus występował u mnie na scenę, na widownię — wtedy w pełnym tego słowa znaczeniu odczuwałem moją znikomość pisarską: niemożność wyrażenia tego, co chcę powiedzieć. Pocieszałem się jednak myślą, że właściwie w ludzkim języku nie istnieją te słowa ani nie ma tych pojęć w naszej świadomości, które by zdołały oddać to, czym był Chrystus. Po prostu brak mi było słów na określenie pewnych zjawisk i pewnych procesów dziejących się w Jego życiu.

Ilekroć następowała druga faza pisania, faza, w której występowały na scenę postaci zgrupowane dookoła Chrystusa — Kajfasz, Annasz, Apostołowie itd., itd. — niewątpliwie odczuwałem dużą ulgę. Czułem pewnego rodzaju odprężenie w tworzeniu postaci i sytuacji, chociaż starałem się przez cały czas pisania utrzymać samego siebie w pełnej dyscyplinie, nie chciałem fantazjować i nie fantazjowałem, tak mi się przynajmniej wydaje. Nie fantazjowałem, to znaczy każdą scenę, każdy obraz związany z postacią Chrystusa oraz z poszczególnymi postaciami mogę w każdej chwili obronić za pomocą argumentów historycznych, egzegetycznych i psychologicznych.

Proszę Państwa, będę tutaj mówił o stanie naszej egzegezy, mam na myśli egzegezę polską, ale nie mam zamiaru nikogo atakować, nikogo nie mam zamiaru w jakimś sensie ujemnie oceniać; chciałem po prostu stwierdzić pewne obiektywne fakty. Przystępując do pisania książki o Chrystusie, uświadomiłem sobie jedno: że dopóki nie uda mi się postaci Chrystusa umiejscowić w ściśle określonym czasie, w ściśle określonym miejscu i jeżeli tego środowiska, w którym Chrystus działał, nie zdołam w pełnym tego słowa znaczeniu wyeksponować, to plastyczność Jego postaci niewątpliwie na tym ucierpi. Bo jeżeli chodzi o ziemskie życie Chrystusa, było ono niewątpliwie określone tym, co Niemcy nazywają Sitz in der Geschichte — miejsce w historii. Wchodziły w ten zakres takie sprawy jak znajomość zwyczajów i obyczajów żydowskich, liturgii żydowskiej, sposobu żydowskiego myślenia i odczuwania, sposobu reagowania, który jest zupełnie inny od sposobu i rodzaju ludzi wychowywanych i żyjących w zasięgu kultury łacińsko-greckiej. Myślenie semickie nie ma nic wspólnego z myśleniem greckim, z myśleniem łacińskim, z myśleniem, którym my myślimy. Te rzeczy bardzo plastycznie wychodzą na wierzch, jeżeli np. sięgniemy do problemu Słowa, Logosu, hebrajskiego Dawar lub do zagadnienia funkcji czasownika w gramatyce hebrajskiej. Proszę sobie wyobrazić, że język hebrajski nie posiada czasu teraźniejszego; on nie istnieje w języku hebrajskim. Istnieje czas przeszły i czas przyszły; czas teraźniejszy tworzony jest za pomocą imiesłowów. To znowu z kolei, o wieczny paradoksie, jest sprzeczne ze znanym sposobem odczuwania czasu przez Żydów, dla których właściwie wszystko, co przeszłe, i wszystko, co przyszłe, jest teraźniejsze; tak się to odczuwanie czasów u Żydów ukształtowało. Żyd mówi, że „było” (mając, powiedzmy, na myśli Obietnicę Pańską), a rozumie to „było” jako „jest”. Jest to myślenie typowo teokratyczne. Obecność Pańska była nieustannie obecna. Podobnie jak Żyd nigdy by nie powiedział, że Bóg „był”, tak samo nigdy nie powie, że Abraham istniał. W jego świadomości Abraham wciąż istnieje.

Otóż te rzeczy trzeba było wziąć pod uwagę podczas pisania książki o Chrystusie. Bez tej znajomości psychiki semickiej i semickiego odczuwania czasu jest niemożliwością — moim zdaniem — podejść w ogóle do „problemu” Chrystusa i do problemy czasu, w którym żył.

Dam Państwu taki drugi przykład, bardzo znamienny — jak potrzebna jest znajomość ówczesnych obyczajów, aby zrozumieć tekst Ewangelii. Jest u św. Jana fragment o cudzie w Kanie Galilejskiej. Jest tam powiedziane tak: „a dnia trzeciego były gody w Kanie Galilejskiej, a była tam Matka Jezusowa” itd. Egzegeci zastanawiali się długo, co znaczy „a dnia trzeciego”, od kiedy należy te dni liczyć. Czy tu chodziło o dni od czasu przybycia Chrystusa znad Jordanu do Kany Galilejskiej? Byli tacy, którzy twierdzili, że należy to zdanie rozumieć w sposób symboliczny, w jakiś sposób metafizyczny: dnia trzeciego odbyły się gody w Kanie Galilejskiej, dnia trzeciego Chrystus zmartwychwstał itd., itd.

— to są wszystko dociekania, raczej nieco lekkomyślne, powiedziałbym. Po prostu sprawa znajduje się w zupełnie innym kontekście i na zupełnie innej płaszczyźnie. O co tu chodzi?

Proszę Państwa, synowie Izraela — jak się zwykło mówić i jak oni sami siebie nazywali — nie posiadali nazw na oznaczenie dni tygodnia. Żydzi mówili: pierwszy dzień tygodnia, drugi dzień tygodnia itd. Pierwszy dzień to była nasza niedziela, drugi dzień — nasz poniedziałek, trzeci dzień — nasz wtorek itd., aż do siódmego dnia tygodnia, który jeden jedyny ze wszystkich dni posiadał swoją nazwę: szabat. Otóż dnia trzeciego — bejom haszliszi po hebrajsku — czyli w nasz wtorek, odbyły się gody weselne w Kanie Galilejskiej. Dlaczego dnia trzeciego? Otóż dnia trzeciego według Genezis nastąpiło z rozkazu Boga cofnięcie się wód, odsłonięcie się Ziemi i wtedy Pan, widząc dzieło swoje, powiedział, że jest ono dobre: ki tow. Ale to słowo „dobre” w tym właśnie dniu cofnięcia się wód i odsłonięcia się ziemi powtórzy dwa razy. I dlatego w tym dniu, którego dobroć Bóg dwukrotnie przypieczętował słowem ki tow odbywały się śluby w Izraelu. To był szczęśliwy dzień i w tym szczęśliwym dniu — w nasz wtorek — Zydzi ówcześni zawierali małżeństwa.

Wrócę do moich kłopotów związanych z materiałami historycznymi. U nas niestety, a mam na myśli naszą biblistykę, nie istnieje dobrze przygotowany warsztat naukowy. Nie mamy np. w języku polskim, mówię o wydawnictwach katolickich, ani jednej konkordancji, stojącej na poziomie naukowym. Nie mamy ani jednego dzieła przetłumaczonego na język polski z dziedziny pozabiblijnego piśmiennictwa, z czasów Chrystusa i z czasów poprzedzających Chrystusa: mam na myśli czasokres mniej więcej 200 lat przed Chrystusem i 200 lat po Chrystusie. Dosłownie nie ma ani jednego apokryfu hebrajskiego przetłumaczonego na język polski, a przede wszystkim nie ma przetłumaczonych na język polski apokalips starohebrajskich. Następnie dokonał się u nas bardzo smutny proces: właściwie nie istnieje u nas kultura czytania Pisma świętego. Polak po prostu nie wie, jak wziąć Pismo św. do ręki i czytać. Złożyło się na to wiele problemów, niewątpliwie usprawiedliwiających to zjawisko. Ale mówimy o faktach. A takie właśnie są fakty. Nie jest rzeczą ważną to, że Biblia Tysiąclecia rozeszła się w przeciągu jednego tygodnia. Tu nie chodzi o to, że ona stoi w bibliotece, że pięknie oprawiona stoi na półce; tu chodzi o to, żeby ta książka była książką dnia codziennego. Tego zjawiska u nas nie ma. Mamy bardzo mało przekładów Pisma św. — mam na myśli znowu przekłady katolickie. Przecież do początków XX w. mieliśmy tylko Pismo św. w przekładzie ks. Wujka. Potem było długo nic, wreszcie było kilka przekładów Pisma Nowego Testamentu, m. in. Dąbrowskiego, Szczepańskiego itd., i dopiero pełny tekst całego Pisma św., Starego i Nowego Testamentu, mamy w postaci Biblii Tysiąclecia. Pewnego razu przysłał mi Herder Verlag z Wiednia katalog przekładów Starego i Nowego Testamentu na język niemiecki, w w. XX naliczyłem 24 przekłady i to nieopracowane przez całą dywizję tłumaczy. Jeden do dwóch tłumaczy tłumaczyło całą Biblię. O naszych komentarzach do Pisma św. może by nawet nie należało mówić głośno. Zacytuję tylko jeden taki przykład. Nieżyjący już dzisiaj, niewątpliwie bardzo zasłużony biblista i tłumacz, ks. Eugeniusz Dąbrowski, przy imieniu „Annasz” w Ewangelii św. Jana daje tego rodzaju komentarz: Annasz dziewięć lat stał na czele narodu. W r. 6 po Chrystusie, mianował go arcykapłanem słynny Quiryniusz, a złożył go z urzędu Walerius Gratus w r. 15 za egzekucję dokonaną nad wieloma więźniami bez uzyskania zgody władz rzymskich. Gdyby tak było, byłaby to jedna z największych rewelacji i odkryć w dziedzinie Biblistyki Chrystusowej. Ale takiego wypadku nie było. Taki wypadek się nigdy nie zdarzył i nie ma o nim śladu w całym piśmiennictwie ówczesnym, żydowskim i rzymskim.

Jeżeli chodzi o naszych egzegetów — jestem zresztą pełen szacunku dla ich wysiłku i wiedzy — muszę powiedzieć: niestety nie wszyscy zdradzają znajomość stosunków politycznych i historycznych za czasów Chrystusa. Jeden z naszych egzegetów w pracy swojej o Chrystusie tak pisze o sytuacji politycznej ówczesnego Izraela: niespokojny jednak żydowski naród tyle u rzymskich władz potrafił sobie wywalczyć przywilejów, tyle swoją wnikliwością, ruchliwością, swoimi pretensjami sprawiał kłopotów państwowej administracji, że Rzym był zmuszony wyznaczyć dla Palestry specjalnego prokuratora. Był nim właśnie Pontius Pilatus itd., itd. Nie chciałbym być złośliwy, ale jest w tym jednym zdaniu tyle błędów, co słów. Rozważmy sytuację: Niespokojny jednak żydowski naród tyle u rzymskich władz potrafił sobie wywalczyć przywilejów. Nieprawda, tak nie jest. Nie można określać za pomocą przymiotnika „niespokojny” politycznego położenia narodu, który walczy o swoją niepodległość. Gdyby nam ktoś postronny powiedział, że naród polski był „niespokojny” za czasów okupacji hitlerowskiej, spojrzelibyśmy na pewno nieco z ukosa na niefortunnego komentatora naszej tragedii.

Chrystus przyszedł na świat w Palestynie. Kraj był pod okupacją rzymską. Już wnet władzę miał objąć, z rozkazu cesarza rzymskiego, prokurator Pontius Pilatus. Był klasycznym typem generalgubernatora — pamiętajmy o Franku! — człowiekiem bez skrupułów, który dopuszczał się niesłychanych gwałtów i rzezi na ludności żydowskiej i samarytańskiej. To jednomyślnie stwierdzają historycy. Nie można zatem ówczesnej sytuacji politycznej, w jakiej się znalazł naród żydowski określać za pomocą takich zwrotów, jak np. potrafił sobie wywalczyć przywileje (!), tyle swoją ruchliwością (!), i swoimi pretensjami (!) sprawiał kłopotów (!) państwowej administracji rzymskiej. Komu sprawiał kłopoty? Okupantowi rzymskiemu? A co to były za kłopoty? Walka o niepodległość. My przecież najlepiej powinniśmy rozumieć, czym jest walka o niepodległość. Albo takie zdanie tego samego uczonego: Przed Piłatem i przed kilku innymi rzymskimi prokuratorami Żydzi mieli swojego (!) króla, Heroda Wielkiego. Żydzi jednak z niego nie byli zadowoleni (!). I znowu same błędy. Żydzi nigdy nie uważali Idumejczyka, Heroda, za swojego króla, lecz za uzurpatora, tyrana, zbrodniarza, parweniusza, który za pomocą konszachtów, intryg i mordów politycznych — dokonywanych najczęściej z najniższych pobudek — dostał się na jerozolimski tron króla Dawida. Taka jest o nim jednomyślna opinia we wszystkich żydowskich przekazach historycznych.

Proszę Państwa, w mojej pracy nad dziejami Chrystusa starałem się osiągnąć jak największą ostrożność w stawianiu tez i hipotez. Posunąłem się tak daleko w dbałości o ścisłość historyczną, że na przestrzeni czterech tomów nie włożyłem ani razu w usta Chrystusa moich własnych słów co nie było rzeczą łatwą z punku widzenia techniki pisarskiej — gdyż uważam takie metody, którym zresztą z zamiłowaniem hołdują pisarze, za rzecz po prostu nietaktowną. Chrystus mówiący moimi słowami... to było coś, co stało poza moją świadomością. Dlatego Chrystus w Jezusie z Nazarethu mówi tylko swoimi słowami, przekazanymi nam przez Ewangelie. Jeżeli natomiast wypowiada jakieś myśli lub myśli jakimś obrazami niezanotowanymi przez Nowy Testament, są to wszystko myśli i obrazy, które czerpałem ze Starego Testamentu. A tymi obrazami i myślami ze Starego Testamentu mógł myśleć i mówić, albowiem Stary Testament był Jego codzienną strawą duchową — czego niezliczone dowody mamy w Ewangeliach — na którego boski autorytet wielokrotnie się powoływał.

Miałem duży kłopot z procesem Chrystusa. To był w tomie czwartym jeden — po Ukrzyżowaniu i Zmartwychwstaniu — z najtrudniejszych „orzechów” do zgryzienia. Mając przed sobą trzy teksty procesu Chrystusa, doszedłem po wielu penetracjach i analizach do przekonania — mimochodem zaznaczę, że nad samym procesem Jezusa pracowałem (a mam na myśli samo pisanie) ponad trzy miesiące — otóż po wielu analizach i rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że w tekstach historycznych jest tak wiele luk, że trudno stworzyć sobie pełny obraz całości rozprawy. Aby go stworzyć, musiałem się posłużyć metodą rekonstrukcji.

Relacje z procesu mamy w trzech Ewangeliach: u św. Mateusza, św. Marka i św. Łukasza. Ale to nie są ani reportaże, ani sprawozdania z rozprawy sądowej, albowiem apostołowie takich rodzajów literackich nie znali. To są notatki. Z tych notatek musimy sobie stworzyć pełny oraz procesu. Ale musimy sobie uświadomić jedno: żeby odbudować możliwy przebieg sądu, powinniśmy poznać kodeks prawny, według którego sądzono Chrystusa. Czyli powinniśmy znać przepisy prawa procesowego i karnego w Talmudzie, jedynym źródle historycznym epoki, zawierającym mniej lub więcej dokładnie karne prawodawstwo żydowskie. Przede wszystkim uderzył mnie jeden fakt: według ustawodawstwa żydowskiego w procesie mogli brać udział wszyscy pełnoletni mężczyźni. To znaczy każdy mógł przyjść na salę rozpraw i powiedzieć: przepraszam panów, ale ja mam takie i takie argumenty, przemawiające za niewinnością oskarżonego. Według ówczesnego kodeksu żydowskiego nie wolno było tym postronnym ludziom przemawiać przeciw oskarżonemu. Ciekawa ustawa. I cóż się okazało: żaden z Apostołów na rozprawę nie przybył. Mogli przybyć i mogli przemówić w obronie swojego Rabbiego. Ale nikt z tego prawa nie skorzystał. Nikt nie przybył z tych, których Chrystus cudownie uleczył. Nikt nie przybył z tych, którym Chrystus przysporzył Łaski. Nie przybył nawet Łazarz, którego Chrystus wskrzesił. Bardzo znamienne fakty.

A teraz drugi trudny do rozstrzygnięcia problem: kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza, czyli kiedy Chrystus odprawił ucztę paschalną? Powinien był odprawić ją w piątek wieczór. Ale w piątek wieczór już nie żył. Zatem?... Niewątpliwie Pascha Chrystusowa odbyła się w czwartek wieczór. Z czwartku na piątek Chrystus został uwięziony, w nocy odbył się proces, w piątek rano odbyły się rozprawy przed Piłatem i Herodem Antypasem, dalsze perypetie na Litostrotos, wreszcie Ukrzyżowanie w piątek w południe i tuż przed zapadnięciem wieczoru, zanim ukazała się pierwsza gwiazda — zdjęcie z krzyża i pogrzeb. Ale z tego wynikałoby, że uczta paschalna, którą Chrystus odprawił w czwartek wieczór — nie była w pełnym tego słowa znaczeniu Paschą żydowską. Pascha żydowska, jak wiemy, która rozpoczyna się od spożycia jagnięcia pieczonego na ogniu, przypada na piątek wieczór, samo zaś zarzynanie jagniąt w świątyni, przeznaczonych na stół paschalny, rozpoczynało się na dwanaście godzin przed samą ucztą, czyli w piątek od godziny 5 rano. Wobec tego uczta paschalna, odprawiona przez Chrystusa w czwartek wieczór, nie była Paschą żydowską, lecz Chrystusową. Baranek, moim zdaniem, nie był Chrystusowi potrzebny do odprawienia uczty, ponieważ sam był... owym barankiem. Otóż z tego powodu umieściłem całą akcję w czwartek wieczór — mówiąc „akcję” mam na myśli Ostatnią Wieczerzę, a potem dalsze perypetie z uwięzieniem, sądem itd., itd. Ale nie ulega wątpliwości dla mnie, że Sanhedryn, który został zwołany w sposób nagły, na jeden dzień przed uroczystym świętem — gdy czytałem Ewangelię, miałem wrażenie, jakby Kajfaszowi spieszyło się, jakby ziemia paliła się pod jego nogami — nie mógł zjawić się in corpore na oznaczoną godzinę w Jerozolimie. To była fizyczna niemożliwość, nawet gdybyśmy przyjęli za fakt ewentualność, że na kilka godzin przed zamierzoną rozprawą kancelaria Sanhedrynu — w przeddzień święta Paschy! — rozesłała 70 posłańców Sanhedrynu z wezwaniem na nocne posiedzenie sądowe. Wspominam o tym dlatego, bo według mojego przekonania skład Sanhedrynu w tę fatalną i tragiczną noc — był niepełny. Któż mógł z tych wszystkich ludzi przypuścić, że właśnie podczas tego posiedzenia rozstrzygną się na całą wieczność losy Obietnicy i człowieka.

Teraz z kolei nasuwa się jeszcze jedna wątpliwość o charakterze proceduralnym. Według ustawodawstwa żydowskiego nie wolno było wydawać wyroku w dniu rozprawy. Musiało nastąpić tzw. przenocowanie sprawy, to znaczy musiały upłynąć 24 godziny od rozprawy sądowej, i dopiero po upływie tego terminu mógł być wydany wyrok. Przez ten czas sędziowie rozważali w swoim sumieniu wszystkie przesłanki, przemawiające za oskarżonym i przeciw niemu. Jak skrupulatnie opracowane było prawodawstwo żydowskie, świadczy choćby fakt, że sędziom, którzy sądzili w Sanhedrynie, przez 24 godziny po rozprawie — aż do wydania wyroku — nie wolno było pić wina pod klątwą. Obowiązywał ich również częściowy post, zwłaszcza jeżeli chodziło o sprawy gardłowe. W wypadku wydania wyroku skazującego obowiązywał post całkowity. I oto, proszę Państwa, Kajfasz nagle w porze nocnej — wbrew przepisom prawnym — zwołuje posiedzenie Sanhedrynu, a termin wyroku nie zostaje przesunięty o ustawowe 24 godziny... Co się zatem stało? Kajfasz był doskonałym prawnikiem — sam zresztą przydomek „Kajafa” oznaczał funkcję jakby sędziego śledczego, którą spełniał w Sanhedrynie prawdopodobnie przed objęciem stanowiska arcykapłana — i wątpię, czy nawet mimo swojego negatywnego stanowiska wobec Jezusa, zdecydowałby się na takie jawne pogwałcenie prawa, zwłaszcza że chodziło mu przecież o to, by stworzyć podczas rozprawy wszystkie pozory praworządności.

Otóż doszedłem do wniosku takiego: W ówczesnym prawie żydowskim istniała tzw. Horaath Szaah, co znaczy „według nakazu godziny”, zezwalająca na wypadek niebezpieczeństwa grożącemu Izraelowi, jako całości religijnej, na zwoływanie sądów nadzwyczajnych. Wówczas zawieszano wszystkie przepisy prawne, a sądy wydawały wyroki według własnego uznania. Mówiąc dzisiejszym językiem, była to forma sądów doraźnych i stanu wyjątkowego. W tych warunkach sędzia miał prawo natychmiast zwoływać Sanhedryn na posiedzenie sądowe, nawet nocą, wyrok mógł być w porze nocnej wydany. Otóż najprawdopodobniej, mimo że o tym Ewangeliści nic nie piszą — a świadczy o mojej hipotezie pośpiech Kajfasza i szybkie następstwo wypadków — Kajfasz musiał zastosować wobec Chrystusa ustawę Horaath Szaah i ogłosić stan zagrożenia religii. Jeżeli przyjmiemy tę hipotezę, cała procedura staje się zrozumiała i jasna.

Proszę Państwa, teraz jeszcze kilka słów w sprawie samego wyroku. Moim zdaniem Sanhedryn stwierdził „winę” Chrystusa, ale wyroku nie wydał. Wyrok został wydany przez rzymskiego prokuratora, w którego ręce wydała Chrystusa saducejsko-kapłańska klika Kajfasza i Annasza. Wydali Go jednak nie jako przestępcę religijnego, lecz politycznego. Mówiąc innymi słowami: Sanhedryn stwierdził fakt „bluźnierstwa”, którego rzekomo Chrystus się dopuścił, ale powstrzymał się od wydania wyroku, bojąc się, że go Piłat nie zatwierdzi. Zresztą, jak pisałem w mojej książce, żaden nawet najbardziej zagorzały faryzeusz, żaden saduceusz, żaden nawet najwierniejszy kolaboracjonista, nie poszedłby do rzymskiego prokuratora — nie wiem, czy sobie Państwo zdają sprawę, czym dla ówczesnych synów Izraela był rzymski prokurator, poganin, wyznawca kamiennych bogów! — i nie żądałby od niego potwierdzenia wyroku wydanego przez Żydów w obronie... Jahwe! Kto zna stosunki religijne i polityczne, panujące w ówczesnym Izraelu, kto zna piśmiennictwo starohebrajskie, kto się w ogóle naprawdę orientuje w tym zagadnieniu, na pewno dojdzie do wniosku, że taka interwencja u prokuratora rzymskiego w sprawie wyroku w obronie Jahwe, jest po prostu nie do pomyślenia. Przeciwnicy Chrystusa uknuli przeciw Niemu spisek, który w dalszej konsekwencji dał ten sam rezultat, co wyrok skazujący, wydany ewentualnie przez Sanhedryn. Kajfasz wraz z kapłanami, saduceuszami i pewnym skrajnym odłamem faryzeuszów oskarżył Chrystusa przed Piłatem o przestępstwo polityczne, równocześnie szantażując prokuratora groźbą donosu... do cesarza. Argumentacja była nad wyraz prosta: Kajfasz przyszedł do prokuratora i tak mu powiedział: Prokuratorze Judei, tu przed tobą stoi przestępca polityczny, który mianuje się królem Judei. Ty jesteś prokuratorem Judei, a on uważa się za króla Judei. Godzi zatem w interes cesarza i imperium. Ty reprezentujesz wolę, prawo i stanowisko cesarza na terenie Judei, a przed tobą stoi człowiek, który rości sobie prawo do miana króla Judei. Wydaj wyrok skazujący w obronie obrażonego majestatu cesarza. I Piłat wydał wyrok skazujący. Koncepcja Kajafy zwyciężyła: „Przestępca religijny”, Jezus z Nazaretu, zginął z wyroku rzymskiego prokuratora jako „przestępca polityczny” i (mówiąc naszym dzisiejszym językiem) jako „działacz antypaństwowy”.

Chciałbym jeszcze na zakończenie zwrócić uwagę na jedną rzecz. W Ewangelii św. Mateusza czytamy: Szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go o śmierć przyprawić i nie znaleźli, choć wielu fałszywych świadków przychodziło. I oto dylemat, nad którym długo bardzo się biedziłem. Pomyślałem tak: zjawili się fałszywi świadkowie i stanęli przed sądem. Złożyli zeznania przeciw Chrystusowi. Ale kto im udowodnił kłamliwość ich zeznań? Kajfasz tego nie mógł uczynić, bo przecież byli jego świadkami, zeznającymi na niekorzyść Oskarżonego. Wobec tego musieli być ludzie wśród członków Sanhedrynu, w komnacie sądowej, którzy tych świadków wzięli w krzyżowy ogień pytań i udowodnili im, że fałszywie zeznają. Po prostu musieli po kolei obalać ich zeznania, udowadniać ich kłamliwość, walczyć o obiektywną prawdę, z czego wynika, że na sali rozprawy znajdował się odłam członków Sanhedrynu, występujących w obronie Chrystusa, obojętnie z jakich powodów. Mnie chodzi o sam fakt, pośrednio potwierdzony zgodnym zapisem trzech Ewangelistów. A zresztą obrońcy Chrystusa w Sanhedrynie zwyciężyli. Nie zapominajmy, że Chrystus w ostatecznej konsekwencji i w wyniku batalii sądowej stoczonej w Jego obronie, nie został skazany na podstawie zeznań świadków, ale na podstawie własnego zeznania i wyznania, że jest Mesjaszem.

Proszę Państwa, w mojej opowieści o Jezusie z Nazarethu chciałem zawrzeć moją wiarę w historycznego Chrystusa. Ja bym w samego Chrystusa wiary, gdyby On nie był dla mnie równocześnie Chrystusem historycznym, nigdy nie uwierzył. Dla mnie istnieje historyczny Chrystus, Postać Boga-Człowieka, Postać ściśle określona ramami historycznymi i dlatego w Niego wierzę. I w żadnego Chrystusa wiary, gdyby nie miał On ze sobą tej całej konstrukcji historycznej, nigdy bym nie uwierzył. Każdy z nas ma wizję swojego Chrystusa, swojego Boga. Jesteśmy do tej wizji Chrystusa przyzwyczajeni i przywiązani. Nie mam zamiaru dyskutować z tymi wizjami. Nie zwykłem nigdy dyskutować z niczyją koncepcją wiary. Ale mam inną wizję. Ta wizja jest ściśle zrośnięta z moją psychiką, ze sposobem myślenia, odczuwania. Przypominam sobie niezwykle ciekawe sformułowanie papieża Piusa XI, wypowiedziane przez niego, zdaje mi się, dwa lata przed śmiercią, w jednej z jego enuncjacji w związku z aktualnymi wówczas zagadnieniami rasizmu: My wszyscy jesteśmy z ducha semitami. Ja, proszę Państwa, nigdy do czasu pisania opowieści o Chrystusie nie byłem tak bardzo przekonany o słuszności tej tezy, jak właśnie podczas pracy, kiedy począłem wgłębiać się w teksty ewangeliczne, starotestamentowe, w literaturę starohebrajską, pozabiblijną. Coraz bardziej, dochodziłem wtedy do głębokiego, a dziś już niezachwianego przekonania, że na przestrzeni naszej historii nastąpiło zlatynizowanie Boga — Chrystusa. Człowiek chrześcijański odszedł do historycznego Chrystusa i począł Go nasycać wartościami grecko-rzymskimi. Złożyło się na to wiele powodów, a jednym z nich była niewątpliwie niechęć do Zydów — rzekomych Bogobójców, niechęć, która w konsekwencji kazała już wczesnym chrześcijanom skłaniać się raczej do Chrystusa wiary, podczas gdy Chrystus historyczny, coraz bardziej stylizowany, schodził na plan drugi, a może nawet i... dalszy. Niezwykle mądrą i wnikliwą, i słuszną myśl Piusa XI w innej formie powtórzył Thomas Merton, który w swojej wspaniałej rozprawie o Psalmach napisał, że chcąc je w pełni zrozumieć, musimy stać się w pewnej mierze ludźmi Wschodu. Kto uważa, że powinien o tej maksymie pamiętać, niechaj o niej pamięta. Kto uważa, że nie jest mu ona dla pogłębienia wiary potrzebna, niechaj pozostanie ze swoim obrazem Boga, z obrazem, z którym nigdy nie miałem zamiaru polemizować. Zresztą moja książka nie temu służy celowi.

Kończąc ten mój monolog, pragnę zwrócić Państwa uwagę na jeszcze jeden szczegół, bardzo osobisty. Dla mnie Chrystus Ewangelii jest Bogiem groźnym i wymagającym. Nie jest słodkim Jezusikiem z Jasełek, w miarę naiwnym, w miarę infantylnym, w miarę groteskowym. Jest sprawiedliwym, przebaczającym, ale nie mniej surowym Bogiem, a dostać się w Jego karzące ręce nie jest jasełkową przygodą. Chrystus na kartach Ewangelii i Apokalipsy jest często Chrystusem Jahwicznym. Przypomnijmy sobie Jego klątwy ciskane na Korozain, Bethsaidę i Kafarnaum, Jego siedmiokrotne biada, Jego gniew i zapalczywość, kiedy rzucił swojemu apostołowi: Jesteś szatanem. Przypomnijmy sobie Chrystusa z Apokalipsy, tego Chrystusa-Słowo z mieczem obosiecznym w ustach, przychodzącego brać pomstę na narodach. Jest na pewno Bogiem cichego serca, ale zarazem Bogiem wielkiej zapalczywości, jest Bogiem miłosierdzia i twardych żądań, Bogiem przebaczającym i Bogiem Łaski, ale zarazem Bogiem nacierającym, wymagającym i „zazdrosnym” o człowieka jak Jego... starotestamentowy Ojciec. Chce urobić człowieka na swoje podobieństwo. Chce go uczynić świętym. Nie w przenośnym, ale w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie stylizujmy tekstu ewangelicznego dla celów naszego oportunistycznego wygodnictwa. Chrystus żądał od nas, abyśmy wszystko i wszystkich zostawili, i ojca, i matkę, i braci, i siostry, i całą naszą majętność — i poszli za Nim. Domagał się od nas, żebyśmy byli biedni, bo wiedział, że pieniądz, złoto, posiadanie dóbr materialnych demoralizuje człowieka. Nieprawdą jest, że chodzi tutaj o „ubogich duchem”. Chodzi o ludzi, którzy swoich dóbr materialnych wyrzekli się z wewnętrznej potrzeby duchowej, z nakazu wewnętrznego. Chrystus dosłownie, a nie metaforycznie żądał od nas wyzbycia się wszystkiego, aby człowiek wolny od ciężaru doczesnego posiadania mógł za Nim iść. Nie róbmy z Chrystusa wspólnika naszych nędznych pożądań. W każdym razie ja tak Chrystusa odczuwam. I gdybym Go tak nie odczuwał, nie byłby dla mnie Bogiem dwóch Testamentów, ale bogiem mitologii.

Roman Brandstaetter – Czy Jezus z Nazarethu był cieślą?

Roman Brandstaetter

Czy Jezus z Nazarethu był cieślą?

Pytanie to postawiłem sobie po raz pierwszy podczas mojej pracy nad Jezusem z Nazarethu. Usiłując w pierwszym tomie zrekonstruować siedemnaście lat utajonego życia Jezusa na ziemi i wedrzeć się w dziedzinę nietkniętą przez badaczy i egzegetów, w pełni zdawałem sobie sprawę ze śmiałości moich zamiarów i z ryzyka, jakie na siebie biorę. Pocieszałem się myślą, że nie robię tego dla pustej ciekawości, ale dla pogłębienia własnego widzenia Jezusa, dla plastycznego wywołania Postaci Boga-Człowieka z głębi odległego czasu, który ukrył zazdrośnie przed naszymi oczami bezcenny fragment Jego ziemskiej działalności. Chciałem przeżyć przygodę odkrywania Boga dla siebie i dla swej własnej duchowej korzyści, znaleźć Jego niewidzialne ślady, zmierzać ich tropem po to, by Go lepiej odczuć i zrozumieć. Metoda, którą usiłowałem się posłużyć przy ich poszukiwaniu, wydała mi się dopuszczalna i słuszna. Mianowicie odrzuciłem wszelkie fantazjowanie i dowolne na ten temat domysły, zrezygnowałem z tworzenia fikcji literackiej i całkowicie skupiłem moją uwagę na materiale ewangelicznym, mówiąc ściśle — na przypowieściach, parabolach, alegoriach, opowiadanych przez Jezusa podczas Jego późniejszej trzyletniej działalności. Wyszedłem bowiem z założenia, że materiał do przypowieści czerpał Jezus ze swoich życiowych doświadczeń, z autentycznych wypadków i zdarzeń, w których bezpośrednio uczestniczył lub był ich naocznym świadkiem. Jezus żył wśród ludzi i dla ludzi. Codziennie stykał się z ich biedą, niedolą, z trudnymi warunkami pracy i życia, z ich krzywdą, z niedostatkami, jakie cierpieli, z ich walką o byt, z wyzyskiem, jakiego padali ofiarą. Rozmawiał i rozprawiał z ludźmi. Jedni zadawali Mu pytania, On im udzielał odpowiedzi, drudzy wtajemniczali Go w swoje poufne troski i niepokoje, a jeszcze inni zasięgali Jego rady w sprawach, których sami nie umieli rozsupłać. Z czasem Jezus zasłyszane i zaobserwowane, i — co najważniejsze — osobiście przeżyte zdarzenia zaadaptował dla potrzeb swojej Nauki, nadał im różne wymiary i przekształcił je w przypowieści, hiperbole, parabole, analogie i natchnął je duchem swej Boskiej myśli, dzięki czemu stały się wykładnikami Jego Objawienia.

Im dłużej rozmyślałem o tej metodzie, tym mocniej utrwalało się we mnie przekonanie, że moje dociekania, chociaż są zbudowane na prawdopodobieństwie, są trafne, albowiem ich punktem wyjścia są prawa rządzące życiem człowieka w ściśle określonym środowisku, które posiada swój własny kodeks praw, zwyczajów i obyczajów. Pomocna mi była w tych moich poszukiwaniach teza kardynała Newmana o „gromadzeniu prawdopodobieństw”, z których „można zbudować prawomocny dowód, wystarczający do pewności”. Newman porównuje tę metodę do „liny splecionej z włókien, słabych z osobna, ale razem tak mocnych jak żelazna sztaba”. Przyznam się, że nie znając tej tezy wielkiego teologa i filozofa i nie mając za sobą jego autorytetu, może nie odważyłbym się na niebezpieczną wyprawę w głąb nieznanego czasu.

Aby odpowiedzieć na pytanie, czy Jezus z Nazarethu był cieślą, musimy nie tylko zastanowić się nad zagadnieniem, w jakim środowisku On żył przez siedemnaście utajonych lat swojego ziemskiego życia, ale przede wszystkim musimy znaleźć właściwe środki i przesłanki, pozwalające nam ściśle określić społeczny charakter tego środowiska, bo bez tych koniecznych zabiegów i ustaleń możemy łatwo zabłądzić na bezdroża, które nas zaprowadzą w błędnym kierunku. Otóż na samym wstępie moich badań uderzyło mnie, że w Ewangeliach na sześćdziesiąt cztery przypowieści i porównania, czterdzieści sześć ma za temat pracę na roli i pasterstwo, a tylko jedna przypowieść pochodzi z dziedziny ciesielskiej, dwie natomiast tylko wtedy uznać możemy za związane z zawodem ciesielskim, jeżeli przez cieślę (po grecku tékton) rozumieć będziemy człowieka parającego się również pracą kamieniarską, bo właśnie o niej jest mowa w owych dwóch przypowieściach. Mam na myśli przypowieści o domu budowanym na skale i o budowaniu wieży. (Budynków z drewna w Palestynie nie wznoszono poza strażnicami — szałasami w winnicach i sadach). Czy kamieniarstwo i budowa domów z bloków kamiennych czy z gliny, zmieszanej z trzciną lub słomą, wchodziły w zakres rzemiosła ciesielskiego? Aelius Aristides twierdzi, że do zawodu ciesielskiego należało również kamieniarstwo. Ale według miarodajnej wykładni Epikteta grecki wyraz tékton oznaczał rzemieślnika, którego praca związana jest z drzewem, Maximus Tyrius twierdzi, że tékton wyrabiał pługi, a Justin — pługi i jarzma. Natomiast w czasach biblijnych — i to jest chyba przesłanka najważniejsza — hebrajski rzeczownik charasz wprawdzie oznaczał ogólnie rzemieślnika pracującego w materiale twardym, ale kilka tekstów w Starym Testamencie wyraźnie świadczy, że przez charasz rozumieli starożytni Hebrajczycy cieślę-stolarza. W niektórych Księgach natchnieni autorzy uściślają słowo charasz, dodając do niego słowo ec (drzewo), dzięki czemu nie ulega wątpliwości, że w danym fragmencie jest mowa o cieśli-stolarzu. Wydaje się, że w okresie Chrystusowym, w Palestynie cieśla był zarazem kołodziejem, stolarzem, wytwórcą jarzm, pługów, schodów, dyszli, odrzwi, mebli, łodzi rybackich, a nawet drwalem, czyli wytwarzał przedmioty z drewna lub wykonywał prace związane z drzewem (wyrąb lasu). Dowodem na to jest fakt, że oznaką zawodu cieśli w dawnym Izraelu był wiór drzewny zatknięty za ucho.

Jak już wspomniałem, motywy rolne są tematem czterdziestu sześciu przypowieści i porównań Jezusa. Jest w nich mowa o orce, siewie, zbiorach, ziarnach, dojrzewaniu zbóż, spichlerzach, figowcach, nawozie, winnicach, winogrodnikach, ogrodnikach, pasterzach, owcach, o pracy najemnej, o pracownikach rolnych, o ich dziennym wynagrodzeniu itp. We wszystkich natomiast pozostałych przypowieściach nie ma ani jednego słowa o narzędziach ciesielskich, o siekierze, cyrklu, o sznurach mierniczych, o dłucie, młocie, gwoździach ani o warunkach pracy w zawodzie ciesielskim, ani o związanych z nim kłopotach i troskach.

Przypowieści Jezusa o tematyce rolnej i pasterskiej świadczą o Jego doskonałej znajomości wszystkich, nawet najdrobniejszych szczegółów związanych z orką, zasiewami, z sadownictwem, z uprawą winnic, plewieniem chwastów, z hodowlą owiec, z uprawą różnych gatunków zbóż, z warunkami klimatycznymi, od których przecież rolnictwo jest zależne. Był obznajomiony z rodzajami gleb, z ich nawilgoceniem, śledził bacznie zmiany pogody, kiełkowanie ziarna, dojrzewanie owoców, umiał okopywać drzewa figowe, znał wszystkie kłopoty i troski, trudy, obowiązki, płace, zwyczaje pracowników najemnych, warunki ich życia, prawa obowiązujące dzierżawców ziemskich. Wiedział, jak robotników rolnych przyjmuje się do pracy, jak długo powinni pracować, znał technikę pracy żniwiarskiej. Jego wypowiedzi o przyrodzie świadczą o bezpośrednich z nią związkach. Nie są to obserwacje człowieka, śledzącego z dystansu jej życie i zjawiska, ale uczestniczącego bezpośrednio w tych zjawiskach i związanego z nimi na co dzień. Znał naturę drzew, zwierząt, ptaków, sposoby magazynowania moszczu, zwyczaje pasterskie i obowiązki pasterza wobec owiec, znajdujących się w niebezpieczeństwie. A poza tym — jak świadczy jedna z opowieści — nie uszły Jego bacznej uwagi matactwa włodarzów, ich fortele i oszukańcza rachunkowość.

Ilekroć Jezus opowiada przypowieść o siewcy czy o pasterzu, czy o ogrodniku, zawsze utożsamia się z nimi, a tę tożsamość wyraża bądź bezpośrednio: Ten który sieje dobre nasienie, to Syn Człowieczy (Mt 13,7) lub Ja jestem dobry pasterz (J 10,11), bądź czyni to pośrednio, ale z wyraźnym naciskiem, który wyczuwa się przez utajone w zdaniu akcenty: Wyszedł siewca, aby zasiać ziarno, a gdy siał... (Mt 13,4). W jednym wypadku tożsamość swoją ustalił za pomocą dwóch porównań: naprzód porównał Królestwo Boże do siewcy dobrego ziarna, a potem siewcę dobrego ziarna do Syna Człowieczego, czyli do siebie. Te dwa porównania są niezwykle charakterystyczne i ważne, gdyż świadczą o identyczności trzech pojęć: Królestwa Bożego, Siewcy i Syna Człowieczego. Trzonem tych dwóch wariantów jest porównanie z Siewcą, pojęciem w danym wypadku kluczowym, bo Jezus nie porównałby siebie z kimś, kim nie był naprawdę. Każde słowo wypowiedziane przez Jezusa ma podwójne znaczenie: dosłowne i transcendentne. Jezus był sam w sobie Królestwem Bożym, był najemnikiem rolnym czyli Siewcą Dobrego Ziarna i był Synem Człowieczym, czyli człowiekiem i zarazem Postacią transcendentną.

Wiadomo, że każdy człowiek w swojej mowie potocznej posługuje się językiem środowiskowym, to znaczy czerpie słownictwo i frazeologię z języka tego środowiska, w którym żyje i pracuje. Każda wspólnota zawodowa posiada własne zasoby leksykalne, własną obrazowość językową i własne środki wypowiedzi, które są konsekwencją wspólnoty doświadczeń. Innym materiałem leksykalnym posługuje się lekarz, innym inżynier, innym ogrodnik, innym krawiec, innym filozof. Bez wątpienia przynależność danego osobnika do określonej grupy zawodowej można z dużym prawdopodobieństwem ustalić na podstawie doboru słów, zwrotów, porównań i obrazów, jakimi się on posługuje w kolokwialnej mowie, po sposobie jego argumentowania, rozmawiania i wnioskowania. Poza tym każde środowisko posiada umiejętność przekształcania swoich doświadczeń, spostrzeżeń, przedmiotów codziennego użytku i narzędzi pracy — w symbole, którymi się posługuje dla wyrażenia różnych swoich duchowych doznań i przeżyć. Po prostu każdy człowiek skorzysta ze swojego środowiskowego słownictwa dla wyrażania spraw niewyrażalnych, które go niepokoją, a niepokojąc, tworzą wszelkiego rodzaju figury stylistyczne, w pełni zrozumiałe dla ludzi, wśród których żyje, pracuje i działa.

Te wszystkie przesłanki umocniły mnie w przekonaniu, że Jezus przez siedemnaście lat swojego utajonego życia pracował jako pracownik rolny — w pewnych okresach w pasterstwie — o czym świadczą obrazowość i skarbiec leksykalny Jego przypowieści, których tematykę czerpał z pracy na roli, z życia wiejskiego. Mało tego. Wszystkie te czynności zawodowe, bądź z dziedziny pracy na roli, bądź z pasterstwa, przekształcił w symbole o znaczeniu transcendentnym, których właściwy sens niekiedy ujawniał wtajemniczonym uczniom. Tu pragnę zaznaczyć, że przez symbol rozumiem każde pojęcie materialne, kontrolowane naszymi zmysłami, pojęcie, które będąc poza nami oznacza pod pretekstem swojego istnienia coś, co jest w nas, w duszy naszej, w sferze podlegającej prawom nadzmysłowego doznania. Gdyby Jezus był cieślą, język Jego przypowieści, Jego hiperbole, parabole, analogie i całe obrazownictwo Jego stylu wzięte z innej konwencji środowiskowej, byłoby zupełnie inne, w innej kadencji byłoby utrzymane, a tym samym kształt Jego symbolów byłby zupełnie inny. W jednej z przypowieści Jezus porównał siebie do winnego krzewu, a Boga, Ojca swojego do rolnika. To porównanie nie było przypadkowe, bo nic w życiu Jezusa nie było przypadkowe ani też nie było figurą poetycką stworzoną bez pokrycia, dla chwilowego efektu. W tym porównaniu tkwi nieposzlakowany autentyzm przeżyć poparty doświadczeniem winogrodnika hodującego pieczołowicie swoją winną latorośl. Nieomal widzimy jego Postać pochyloną nad dojrzewającym gronem i palce dotykające je delikatnie, z ojcowską miłością. Nie. Jezus z Nazarethu w swoim życiu ziemskim nie był cieślą. Gdyby nim był, inaczej określiłby swojego Ojca i inaczej określiłby siebie Samego.

Tu muszę wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zjawisku. Był zwyczaj w Izraelu, w epoce Chrystusowej i po-Chrystusowej, mniej więcej aż do powstania Bar Kochby, że uczeni w Piśmie Świętym i doktorzy Prawa byli równocześnie rzemieślnikami i obok nauczycielskich obowiązków wypełniali swoje rękodzielnicze zawody. I tak rabbi Jehoszu ben Chanania był kowalem, rabbi Jehuda piekarzem, rabbi Jochanan szewcem, rabbi Jehuda był twórcą przypraw korzennych, wielki rabbi Hillel Starszy był drwalem, rabbi Jehoszua młynarzem, Saul z Tarsu tkaczem namiotów. Jest zjawiskiem równie znamiennym — i ten fakt pragnę z naciskiem podkreślić — że żaden z uczonych żydowskich nie pracował jako robotnik rolny, najemny, a byli nawet i tacy uczeni, którzy uważali, że najemna praca na roli jest niegodna uczonego. Zresztą w tym względzie — jak świadczy o tym traktat Jebamoth — zdania uczonych były podzielone. Ale nam w tej chwili nie chodzi o takie czy inne opinie, ale o fakty. A faktem jest, że pośród uczonych rabinów żydowskich nie spotykamy ani jednego najemnika rolnego.

Co mówią Ewangelie i Ojcowie Kościoła o zawodzie Jezusa? O pracy Jezusa w rolnictwie wiedzieli — moim zdaniem — Jego współcześni i kojarzyli Jego osobę z tym zawodem. Świadczy o tym wypowiedź jednego z nich. Mianowicie św. Jan Chrzciciel chcąc wskazać na Jezusa jako Tego, który już wkrótce zanurzy lud w Duchu Świętym i Ogniu (Łk 3,16), posłużył się porównaniem Jego posłannictwa do trudu pracownika rolnego, który mając w swoim ręku wiejadło, oczyści swoje boisko, pszenicę zbierze do spichrza swojego, a plewy spali w ogniu nieugaszonym... (Łk 3,17). Zdumiewająca jest ta misja Mesjasza, robotnika rolnego, młócącego pszenicę i mającego już wkrótce objawić się światu. Św. Jan Chrzciciel nie nazwał Go po imieniu. Wiedział, że mu nie wolno wyprzedzać Głosu Boga. Mesjańską tożsamość Jezusa dyskretnie stwierdził, wskazując tylko na Jego zawód.

Jest scena w Ewangelii św. Jana (20,1-16), w której zmartwychwstały Jezus zjawia się Marii Magdalenie w postaci pracownika rolnego, a mówiąc ściśle — ogrodnika. Maria Magdalena nie poznała Jezusa. Mogła zatem określić zawód stojącego przed nią nieznanego jej Męża tylko po Jego stroju lub po jakichś szczególnych znakach. Czy Nieznajomy miał na sobie jakiś charakterystyczny strój, świadczący o Jego przynależności zawodowej? Może trzymał w ręce jakieś narzędzie ogrodnicze? Nie wiemy. Nie ma żadnej o tym wzmianki w Ewangelii św. Jana. Ponieważ jednak Maria Magdalena „mniemała” — jak mówi Ewangelista — że stojący przed nią Mąż jest ogrodnikiem, należy przyjąć, że miała po temu pewne konkretne, rzucające się w oczy dowody, świadczące o Jego takim a nie innym zawodzie. Przy czym należy wziąć pod uwagę, że „mniemanie” Marii Magdaleny — niezależnie od tego, jak się odbywał proces skojarzeń, ukoronowanych wnioskiem o ogrodniku — było niewątpliwie projekcją samego Jezusa — jest to przecież jeden z klasycznych mechanizmów psychologicznych — który myśl swoją rzutował na swoją rozmówczynię.

Dlaczego więc Jezus zjawił się Marii Magdalenie jako ogrodnik? Co chciał przez to zademonstrować? Dlaczego ukrywał swoją Boskość za obrazem człowieka parającego się uprawą ziemi? Czyżby zmartwychwstały Jezus, po raz pierwszy zjawiający się żywemu człowiekowi, chciał objawić się w majestacie swojego ziemskiego zawodu, który wypełniał do chwili, gdy w czasie przez siebie wyznaczonym i ustalonym, porzucił pracę rolnego pracownika, by rozpocząć inną uprawę, uprawę serc ludzkich? Czyżby chciał okres swojego utajonego i jawnego życia zamknąć w jednym symbolu, przekazującym wymownie cel Jego zbawczej misji, wyrażonej w miłości Boga do ziemi? Nie chcę z tego epizodu snuć dalszych domysłów na potwierdzenie mojej hipotezy o ziemskim zawodzie Jezusa, ale pragnę jedynie podkreślić ten znamienny fakt, że stanął On przed zdumioną Marią Magdaleną nie z wiórem za uchem — bo taka była, jak wiemy, w dawnym Izraelu oznaka zawodu ciesielskiego — ale jako ogrodnik, uprawiacz ziemi.

Przejdźmy do dalszych wzmianek w Ewangeliach o zawodzie Jezusa. Św. Mateusz pisze o Jezusie jako o Synu cieśli. Św. Marek natomiast nazywa Go cieślą. Ewangelie św. Łukasza i św. Jana nic o zawodzie Jezusa nie piszą. Relacje św. Mateusza i św. Marka pozornie sobie przeczą. Ale tylko pozornie. Tę pozorną sprzeczność zauważyli egzegeci i bibliści już w okresie wczesnego chrześcijaństwa. Orygenes w swojej rozprawie skierowanej przeciw Celsusowi opowiada się za wersją św. Mateusza. Zresztą sama lekcja św. Marka o „cieśli, synu Marii”, zakwestionowana jest przez drugą lekcję, w której Jezus nazwany jest „Synem cieśli”. Ta lekcja znajduje się w Papirusie z III wieku po Chrystusie. Wzmianka św. Justyna Męczennika w jego Dialogu z Żydem Tryfonem o ciesielskim zawodzie Jezusa nie tylko nie jest żadnym dowodem na to, że On był rzeczywiście cieślą, ale przeciwnie, tę tezę podważa, o czym świadczy kontekst. Ów fragment w polskim przekładzie brzmi następująco: Gdy Jezus przybył nad Jordan, przypuszczali (w domyśle: ludzie), że jest synem Józefa, cieśli. A był postaci niepozornej, jak to Pisma wyjaśniały, i przypuszczali, że jest cieślą, bo przebywając wśród ludzi, wykonywał prace ciesielskie, pługi i jarzma (...). Św. Justyn pisząc o ojcostwie Józefa i ciesielskim zawodzie Jezusa posługuje się tym samym greckim czasownikiem nomizomenou, który należy przetłumaczyć: przypuszczali, sądzili. Z tego wynika, że autor Dialogu nie uważa ani ojcostwa Józefa, ani ciesielskiego zawodu Jezusa za fakt pewny i wiarogodny, ale tylko stwierdza, że w obu wypadkach ludzie snuli takie domysły.

Wszystkie te pozornie sprzeczne ze sobą wersje można pogodzić za pomocą argumentacji, zgodnej z ówczesną obyczajowością żydowską. Otóż według zwyczajów żydowskich, których obraz znajdujemy w pozabiblijnym piśmiennictwie z epoki Chrystusowej, ojciec kształcił w zawodzie, który uprawiał, swojego syna, wskutek czego istniały w Izraelu rody wykonujące od pokoleń to samo rzemiosło. Nie odrzucając zatem wersji św. Marka ani tradycji, na którą powołuje się św. Justyn, sądzę, że rzeczywiście Józef nauczył Chłopca ciesielskiego rzemiosła, ale Jezus po przedwczesnej śmierci swojego opiekuna, gdy już nie było komu pomagać w warsztacie, porzucił ów zawód i począł najmować się do prac rolnych. I tu wyłania się zagadnienie najważniejsze. Dlaczego to uczynił? Dlaczego zmienił profesję, która cieszyła się wielkim szacunkiem w Izraelu? Przecież ciesielstwo należało w owych czasach nie tylko do zawodów wielce cenionych i poważnych, ale według Talmudu i Midraszu parali się nią przede wszystkim ludzie mądrzy i uczeni. Podczas dysputy na trudne tematy, gdy nie umiano ich rozstrzygnąć, jej uczestnicy zwykli często mówić: „A czy jest tutaj cieśla, syn cieśli, który mógłby nam odpowiedzieć na to pytanie?”. Dlaczego więc Jezus, porzuciwszy cieszące się dobrą sławą rzemiosło ciesielskie, które zapewniało skromny, ale mniej więcej stały zarobek, przez siedemnaście lat swojego utajonego życia poświęcił się najemnej pracy na roli, zawodowi źle płatnemu, wykonywanemu przez ludzi najbiedniejszych.

Odpowiedzi szukać należy w posłannictwie Jezusa. W przeciwieństwie do Greków i Rzymian, którzy mieli pracę fizyczną w pogardzie, a pracownika fizycznego nie uważali za pełnoprawnego obywatela, Zydzi upatrywali w pracy fizycznej nakaz uświęcony przez Boga. W Księdze Genesis czytamy: W pocie oblicza swego będziesz pożywał chleba (Rdz 1,19). Sw. Paweł powiedział: Jeżeli kto nie chce pracować, niechaj też nie je (2 Tes 3,16). Jak twierdzili mędrcy żydowscy, opierając się na tekście biblijnym, nawet Adam pracował w raju. Dzięki temu zamiłowaniu do pracy fizycznej, Zydzi stworzyli swoiste prawodawstwo pracy, o którym Daniel Rops pisze: Izrael stworzył przepisy regulujące stosunek między pracodawcą a robotnikami. Jest to fakt zbyt mało znany, a przecież jeden z tych, które najwięcej zaszczytu przynoszą Narodowi Wybranemu. Pochodzi z bardzo odległych czasów, od samego Mojżesza. Czyż nie czytamy w Księdze PowtórzonegoPrawa (24,14): „Nie odmówisz zapłaty potrzebującym i ubogiemu bratu twemu albo przychodniowi, który z tobą mieszka na ziemi i między braćmi twymi, ale tegoż dnia oddasz Panu zapłatę za pracę jego przed zachodem słońca, bo ubogi jest, a z tego utrzymuje życie swoje; aby nie wołał do Pana przeciw tobie i byłoby ci to poczytane za grzech” (D. Rops, Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa, Poznań 1964, s. 206).

Ale mimo to ciężka była dola pracowników najemnych, o których Jezus mówi w jednej ze swoich przypowieści, albowiem przepisy były przepisami, a rzeczywistość rzeczywistością. Olbrzymia była w owym czasie rozpiętość w podziale dóbr materialnych. Obok wielkich bogactw rodów arcykapłańskich, kapłańskich, plutokracji ziemiańskiej — kupiectwem Żydzi się nie parali, uważając ten zawód za niegodny synów Izraela — żyła warstwa średniozamożnych i ubogich rzemieślników, a obok nich liczna warstwa najemnych pracowników rolnych, biedaków, nędzarzy, żebraków, kalek bez opieki i zaopatrzenia. Niewiele pomagały nawoływania mędrców i uczonych w Piśmie. W Księdze Syracha czytamy: Synu, nie pozbawiaj ubogiego jałmużny, / A oczu twoich nie odrywaj od ubogiego. / Nie gardź duszą łaknącą /1 nie drażnij ubogiego w niedostatku jego. / Nie trap serca człowieka biednego / I nie zwlekaj z datkiem uciśnionemu. / Nie odrzucaj prośby utrapionego /1 nie odwracaj oblicza twego od potrzebującego. / Nie odwracaj oczu twoich od ubogiego dla gniewu /1 nie dopuszczaj, by proszący przeklinali cię za twoimi plecami, / Bo modlitwa tego, który cię w gorzkości duszy przeklina, / Będzie wysłuchana, a wysłucha go Ten, który go stworzył (Syr 4,1-6)

Po tych wezwaniach kilka rozdziałów dalej Syrach gwałtownie oskarża bogaczy:

Jaki pokój może panować między hieną a psem / Ijaki pokój może panować między bogatym a biednym? / Jak dziki osioł na pustyni jest żerem dla lwów, / Tak biedacy są żerem dla bogatego. / Jak pokora jest obrzydliwością dla pyszałka, / Tak biedak jest obmierzły dla bogacza. / Gdy bogacz się potknie, przyjaciele go podeprą, / Gdy biedak upadnie, odepchną go nawet przyjaciele, / Gdy bogacz wpadnie w nieszczęście, znajdzie wielu takich, którzy mu pomogą, / Gdy będzie mówił obrzydliwie, jeszcze go będą uniewinniać. / Gdy jednak biedak w nieszczęście popadnie, będą go ganili, / A gdy mądrze przemówi, nie znajdzie uznania (Syr 13,18-23)

Ciężka była dola pracowników najemnych. Według jednej z przypowieści Jezusa pracownik rolny otrzymywał jednego denara jako wynagrodzenie za jeden dzień pracy. Była to zapłata bardzo niska. A chociaż żydowskie prawodawstwo pracy jak już o tym wspomniałem — według zgodnych opinii biblistów i egzegetów było najsprawiedliwsze ze wszystkich istniejących wówczas prawnych przepisów o wynagrodzeniu pracowników najemnych, jednak ich położenie materialne było nader trudne. Niewątpliwie lepiej działo się rzemieślnikom, zwłaszcza wykwalifikowanym, chociaż na pewno nie byli to ludzie nawet średnio zamożni. Często i im bieda zazierała do garnka, ale mimo to daleko im było do nędzy, która dokuczała pracownikom najemnym, rolnym, pracującym na dniówkę. Rzemieślnicy byli w pewnym sensie panami swej woli. Wielu z nich miało swoje warsztaty. Otrzymywali zamówienia np. ma wyrób soch, jarzem, różnego rodzaju drewnianych imadeł, uchwytów do łopat, motyk itp. Jako robotnicy wykwalifikowani pracowali na własny rachunek, chociaż niekiedy wynajmowali się i do prac najemnych, np. do wyrębu lasów. Natomiast pracownik rolny, najemny, najczęściej niewykwalifikowany, będąc pracownikiem sezonowym — po siewach, żniwach, winobraniu bywał zwalniany z pracy i pozostawał na łasce losu — musiał pracować od wchodu do zachodu słońca, a niekiedy nawet i dłużej, i był przez cały czas pracy niejako własnością pracodawcy, który wyznaczał mu ilość i rodzaj zajęć, czas potrzebny na zmówienie modlitwy, na posiłek, na odpoczynek podczas pracy. Wprawdzie Talmud dokładnie określał czas pracy i warunki, na których robotnicy rolni, najemni, mogli dłużej pracować, ale w rzeczywistości właściciel majątku obchodził te przepisy według swej woli, naginając je do potrzeby własnych interesów. W sumie praca najemnego robotnika rolnego była mozolna, wyczerpująca, pomnożona o jeszcze jeden, wcale nie obojętny ciężar, jakim był subtropikalny klimat Palestyny (upały, chamsiny, ulewne deszcze).

Mimo to Jezus po śmierci Józefa porzucił zawód cieśli i począł pracować na chleb codzienny jako najemnik rolny. Uczynił to, ponieważ chciał pracować i żyć wśród ludzi najuboższych, w gromadzie bezrolnych, pokrzywdzonych, poniżonych, wyzyskiwanych, źle płatnych i źle zarabiających na życie w najtrudniejszych warunkach, dosłownie w pocie czoła, jak było napisane w Księdze Genesis. Chciał żyć w środowisku pariasów, którzy niczego nie posiadali poza własnym potem, nędzą i siłą swoich rąk. Taka praca była w stylu Jezusowego posłannictwa. Siedemnaście utajonych lat Jego życia — to nieustanne doświadczanie biedy najemników rolnych, trudu życia pasterskiego, to doświadczanie na sobie samym krzywdy ludzkiej, to zrównanie się z ludzką nędzą i biedotą, z wydziedziczonymi, z dołami społecznymi, czekającymi na Mesjasza Ubogich. Utajony czas Jezusa był wielkim czasem Przygotowania do świętego Posłannictwa ucieleśnionego Boga wśród ludzi.

Ale była jeszcze druga przyczyna, dla której Jezus porzucił rzemiosło ciesielskie i pracował jako najemnik rolny. Tą przyczyną była ziemia, która w pojęciu każdego syna Izraela jest pojęciem sakralnym, wyobrażającym początek, egzystencję i koniec człowieka, trzy etapy życia ludzkiego uświęcone i ustalane rozkazem Boga. W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty, bo prochem jesteś i w proch się obrócisz — napisane jest w Księdze Genesis. Początek z ziemi i powrót do Ziemi jest tajemniczym misterium, w którym zarówno narodziny, jak i śmierć są atrybutami macierzyństwa. Rodzimy się z matki i wracamy do Wszechmatki — jak nazwał ziemię Jeszua ben Syrach. Bóg, wypędzając człowieka z raju, rozkazał, aby uprawiał ziemię, z której został wzięty, czyli mówiąc innymi słowy — uczynił wszechmacierzyństwo ziemi świętą dziedziną twórczej pracy człowieka. W tych zamiarach praca na roli w pocie czoła staje się aktem pokuty za grzech pierworodny, nieustannego oczyszczania się człowieka, ofiarą składaną Bogu. W apokryficznych Testamentach Dwunastu Patriarchów czytamy: Chylcie swój grzbiet do uprawy ziemi i poświęcajcie swoje siły pracy na polu. Jeszua ben Syrach pisał: Nie miej odrazy do żmudnej pracy i do uprawy roli, której Twórcą jest Najwyższy. Według Talmudu babilońskiego Katubot Illa i Midrasz Genesis rabba (rozdział 13) ziemia jest ołtarzem Boga, a żmudna uprawa ziemi wypełnieniem obowiązków kapłańskich. Wydaje mi się, że dla Jezusa praca na roli w środowisku biednych najemników, nieoświeconych am-haareców, ludzi pokrzywdzonych, była podobnie jak chrzest w wodach Jordanu pod wyciągniętymi dłońmi Jana Chrzciciela, podobnie jak pokorne poddanie się kuszeniu szatana na pustyni, jeszcze jednym obowiązkiem ofiarnym, jaki wziął na siebie Bóg-Człowiek dla zaświadczenia przed ludźmi swojego prawdziwego, niepokalanego Człowieczeństwa. Albowiem jak żona jest uzupełnieniem mężczyzny, tak ziemia jest uzupełnieniem człowieka — twierdzi tradycja mędrców żydowskich. Jezus chciał udokumentować swój związek z ziemią. Bóg chciał być Synem Ziemi. Najbiedniejszym z najbiedniejszych.

Saul, pierwszy król Izraela został do działania powołany od pługa, gdy orał ziemię ojczystą. Misterium Boże zbudowane jest na zasadach nieubłaganej logiki i konsekwencji, i płynie wartkim nurtem jak rzeka podziemna, niewidzialna dla ludzkiego oka. Koryto tej niewidzialnej rzeki, ukrytej głęboko pod powierzchnią naszej rzeczywistości biegnie zakosami, meandrami, serpentynami, ale zawsze we właściwym kierunku i nieomylnie zmierza do celu, o którym niewiele lub nic nie wiemy. W każdym razie tylko tyle, ile Bóg z powodów tylko Jemu wiadomych raczy odsłonić przed zdumionymi oczami człowieka. Nie jest przypadkiem, że pierwszy król Izraela Saul, który otworzył królewski cykl historii narodu wybranego, był najemnikiem rolnym idącym za pługiem, a ostatni król Izraela, Jezus z Nazarethu — Melech Ha-Jehudim — Rex Judeorum — Basileus to Ioudaion — był najemnikiem rolnym, orzącym ojczystą ziemię Galilei. Tym sposobem, przez Chrystusowy pot, trud i pracę utwierdził się jeszcze raz nierozerwalny związek Boga ze świętą ziemią, z Jego ołtarzem, na którym sam siebie ofiarował dla zbawienia całej ludzkości.

Tom I. Czas milczenia

Czas milczenia

tom I

Za czasów Heroda, króla Judei

H