Jezus Niechrystus - Piotr Augustyniak - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Jezus Niechrystus ebook

Augustyniak Piotr

4,2

Opis

Jezus Niechrystus” to książka łamiąca gatunkowe konwencje i światopoglądowe stereotypy. Autor odwołując się do osobistych doświadczeń wiary i jej porzucenia, a także do swojej filozoficznej erudycji proponuje bardzo odważne, współczesne odczytanie słów historycznego Jezusa. W oparciu o nie Augustyniak formułuje oryginalną filozofię życia, która odrzuca instytucjonalny Kościół i podważa fundamenty chrześcijańskiej wiary. Jednocześnie ukazując przesłanie Jezusa jako inspirację do twórczego odnalezienia się w nowoczesnym świecie i wyzwolenia od jego mielizn.

Prof. Stanisław Obirek:

Do tej pory o Jezusie nikt tak w Polsce nie pisał. Piotr Augustyniak napisał książkę o utracie wiary w zmartwychwstanie Jezusa, paradoksalnie wydobywając w ten sposób najgłębszy wymiar jego ziemskiego nauczania. Ta książka nie ucieszy jednak ani ateistycznych działaczy, ani antyklerykałów. Będzie też poważnym problemem dla teologów przyzwyczajonych do traktowania religii jako własnego poletka, na które innym wstęp surowo wzbroniony. Ucieszy jednak wszystkich szukających sposobu nazwania najgłębszych niepokojów wewnętrznych, dla których nie znajdują ukojenia w tradycyjnych formach religijności czy nazbyt oczywistych sposobach ich odrzucania. Myślę, że trafi głównie do ludzi młodych. Ale przecież nie tylko. Wielu z nas, którzy od dziesiątków lat przyglądają się zmiennym funkcjom religii, odnajdzie w przemyśleniach Augustyniaka własne myśli, choć zabrakło nam odwagi, by nazwać je z taką jasnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (78 ocen)
38
22
15
3
0
Sortuj według:
Scamueleczek

Nie oderwiesz się od lektury

(mówię jako ateista i antyklerykał) Bardzo podobała mi się ta książka, otworzyła mi nową perspektywę, którą chciałem mieć ale samemu w sobie nie mogłem znaleźć. Chociaż styl Życia jaki ta książka przedstawiała jest dla mnie nie do osiągnięcia i teraz tylko będę mógł marzyć o osiągnięciu kairosu.
10
Tuliaszn

Całkiem niezła

Autora znam z rozmów i spodziewałem się czegoś więcej. Może za dużo oczywistości, może za mało odkrywcze albo za dużo filizofii dla mojej głowy.
00
synojca

Z braku laku…

Kilka ciekawych uwag, masę błędów i naciągania faktów.
03

Popularność




Na początku było Imagine

Pomysł napisania tej książki przyszedł do mnie w 2019 roku w trakcie podróży wielkanocnej. Był Wielki Piątek, jak co roku całą rodziną jechaliśmy na święta do Gdańska, żeby spędzić je z naszymi rodzicami.

Chyba po raz pierwszy towarzyszyło mi odczucie, że religijna tematyka tych świąt mnie nie dotyczy. Czułem się wolny. Przeszedłem bardzo daleką drogę z chrześcijaństwem. Odkąd miałem dwanaście lat aż do wieku lat około dwudziestu pięciu wiara w Jezusa Chrystusa, a co za tym idzie, gorliwe zaangażowanie w życie Kościoła, odgrywały w moim życiu pierwszoplanową rolę. Przez kolejnych dziesięć wykonałem ogromną pracę, aby ten chrześcijański background przepracować. W momencie zwrotu nie porzuciłem jednak wiary „ot tak”. Nie deklarowałem, że jestem ateistą. Wolałem nie nazywać siebie ani „wierzącym”, ani „niewierzącym”. Przyjąłem postawę wyczekującą, wiedziałem, że coś we mnie dojrzewa, a zarazem coś obumiera. Kiedy po kilku latach urodziły się nasze dzieci, ochrzciliśmy je, chodziliśmy z nimi w niedzielę do kościoła. Przestałem się jednak spowiadać i przystępować do komunii. Z pełną świadomością pozwalałem obumierać temu zewnętrznemu zaangażowaniu, ale z jakiegoś powodu wolałem, żeby działo się to stopniowo. Bez radykalnych gestów. Może było w tym trochę oportunizmu, ale przede wszystkim świadomość, że muszę dać sobie czas, nie dokonywać raptownych zwrotów, nie składać spektakularnych deklaracji. Ten czas wykorzystałem na gruntowne przetrawienie i samego chrześcijaństwa, i filozoficznej krytyki, która na nie spadła, w szczególności ze strony Fryderyka Nietzschego. Napisałem w tym okresie doktorat i habilitację. Prace te były poświęcone późnośredniowiecznej mistyce nadreńskiej i myśli wczesnoreformacyjnej: Mistrz Eckhart, Theologia Deutsch,wczesny Luter, absolutni klasycy zachodniego chrześcijaństwa, czytani przez pryzmat dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej filozofii, głównie niemieckiej. Nie była to tylko praca badawcza, ale przede wszystkim praca wewnętrzna. To właśnie ze względu na nią dałem sobie czas. To właśnie w niej dokonywało się moje dojrzewanie i obumieranie zarazem.

Ten natężony proces przyniósł mi wewnętrzną wolność. Za jeden z jej owoców uważam zaprzestanie przed blisko pięcioma laty wszelkich praktyk religijnych i w zupełnej zgodzie z samym sobą określenie siebie jako człowieka niewierzącego. Ale nawet w tym okresie zbliżanie się świąt, zwłaszcza wielkanocnych, było dla mnie czasem powrotu do kwestii Jezusa, do kwestii życia, jakie wiódł, słów, które wypowiadał, i tragicznej śmierci, do której to doprowadziło. Dopiero tamta Wielkanoc zbliżała się, nie budząc we mnie takich skojarzeń. Aż do momentu, gdy jadąc autostradą z Krakowa, minęliśmy Łódź. Włączyłem, dość przypadkowo, płytę z późnymi piosenkami Johna Lennona. Imagine mnie powaliła, God dopełniła tego piorunującego wrażenia. Obie piosenki zespoliły się w mojej głowie z myślą o Jezusie i jego przesłaniu. Zrobiłem wtedy wpis na Facebooku i nie muszę całkiem od zera odtwarzać tego, co wtedy pomyślałem: „Wszystkiego dobrego na święta… Myślę, że jeśli cokolwiek da się powiedzieć o Jezusie, o jego ludzkiej wrażliwości, to chyba to, co wyśpiewuje tu prorok John. Niewiele bym do tego dodał, może jeszcze parę intuicji z Mistrzai Małgorzaty, może parę uwag Nietzschego…”.

Słowa te są może trochę zbyt lakoniczne, aby oddać w pełni mój ówczesny nastrój. Ale gdy przywołać fragment tekstu Imagine, brzmią naprawdę mocno:

Imagine there’s no heaven

It’s easy if you try

No hell below us

Above us only sky

Imagine all the people living for today

Imagine there’s no countries

It isn’t hard to do

Nothing to kill or die for

And no religion too

Imagine all the people living life in peace

You may say I’m a dreamer

But I’m not the only one

I hope some day you’ll join us

And the world will be as one

To, co mi się odsłoniło w czasie słuchania tej piosenki, było postacią Jezusa-marzyciela – takiego, który swoim marzeniem zaraża i podpala świat. Ten marzyciel był więc jednocześnie podżegaczem, kimś, kto nie buja w obłokach, nie ucieka od twardych i trudnych do zniesienia realiów świata w kolorowy świat fantazji. Jego marzenie wydało mi się wielkie i niepokojące, a zarazem jakże pociągające i krzepiące: wyobraź sobie świat bez tego, co dzieli. Bez granic, bez religii, bez wszelkich ideologii. Bez tego wszystkiego, co oczekuje ofiary z naszego życia lub – co na jedno wychodzi – że będziemy w imię tego zabijać. Wyobraź sobie prawdziwą wolność: wielką, otwartą, wolną przestrzeń w głowie i sercu. Tak szeroką jak niebo. I życie w kontakcie z tą oto, tu i teraz, chwilą. Pełnia życia nie jutro, nie za rok, ale dzisiaj. Bez uciekania – w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego i po co się żyje – w wizje raju i piekła. Wyobraź sobie, że nie ma tego wszystkiego, jest Życie. Wspaniałe, niesamowite, jedyne.

Cóż to za niezwykłe wezwanie do porzucenia wszelkich iluzji, dzięki którym się chronimy, tworząc różne wyobrażone wersje siebie samych, swoich nierealizowalnych pragnień i ambicji, oraz wizje przeszkód, które nie pozwalają nam tego dokonać. Wezwanie do bezpośredniego doświadczania i smakowania, i dzielenia się światem, miłością, pokojem, otwartością. Marzenie o innej ziemi, innym życiu, wcale nietrudne do odnalezienia, ponieważ każdy nosi je w sobie. Marzenie naprawdę zdolne do tego, aby zmieniać oblicze ziemi. Krok po kroku.

Ale paradoksalnie nie ma też innego marzenia, które byłoby bardziej znienawidzone. Za to marzenie płaci się życiem, bo opowiada się ono przeciwko każdej dzielącej ludzi władzy, ale przede wszystkim przeciwko działającej w nas żądzy i niezdrowej ambicji, czyli temu, co napędza ludzki świat. Myślę, że również Lennon, tak jak Jezus, zapłacił za to marzenie najwyższą cenę. Bo człowiek to taka dziwna istota, która im bardziej przypomina się jej o tym pragnieniu, tym bardziej boi się go i nienawidzi. Dlatego ludzki świat pozbywa się takich marzycieli – nieważne, czy rękami opresyjnej władzy, czy rękami szaleńca.

Jest to perspektywa konsekwentnej niewiary w każdego boga, w każdą religię, w każdą ideologię. I don’t belive in Buddha… I don’t belive in Jesus… I don’t belive in Kennedy… Bo wszystkie one są tylko projekcjami naszego psychicznego i duchowego bólu:

God is a concept

By which we measure

Our pain…

To wielka wiara w Życie i siebie jako jego część:

I just belive in me

Yoko and me.

To porzucenie iluzji, to powrót do tego, co naprawdę jest: do strumienia Życia, które nas tworzy, unosi i wreszcie pochłania. That’sreality.

Tak postać Jezusa przemówiła do mnie słowami piosenek Lennona. Książka ta jest próbą opowiedzenia jego doświadczenia właśnie od takiej strony. Choć na pierwszy rzut oka wiele słów Jezusa z Ewangelii przeczy takiej perspektywie, jestem przekonany, że prawda o jego doświadczeniu i przesłaniu jest właśnie taka. Na przekór religii – i tej, z której wyrósł, i tej, którą rzekomo stworzył, oraz na przekór światu, który go otaczał, a na końcu zgładził i niezwłocznie ubóstwił.

*

Chciałbym zadedykować tę książkę wszystkim, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w ramach życia religijnego, które oferuje chrześcijaństwo. W szczególności najlepiej mi znany Kościół katolicki.

Nie chodzi tylko o kondycję współczesnego Kościoła: poziom duchowy i intelektualny kleru, afery, skandale, polityczne uwikłanie. W tej książce sprawy te zostawiam na boku. Chodzi mi przede wszystkim o wizję człowieka i świata, którą niesie z sobą chrześcijaństwo, a której zwornikiem jest pewne ściśle określone wyobrażenie o Jezusie, jego nauczaniu i misji. Książkę tę napisałem dla wszystkich, którzy zdali sobie sprawę, że nie są w stanie dłużej w tym uczestniczyć. Wybrali własną drogę, wybrali życie wolne od związków z taką ideologią i wynikającą z niej praktyką społeczną. Wiem, że wasza sytuacja zwłaszcza w takim kraju jak Polska wcale nie jest prosta – często spotyka was niezrozumienie i brak akceptacji ze strony otoczenia poddanego kościelnej presji.

Chciałbym zadedykować tę książkę szczególnie tym spośród was, którzy idąc dziś własną drogą poza Kościołem i doktryną chrześcijańską, wciąż jednak żywią przekonanie, że w historii Jezusa jest coś, czego nie chcieliby się wyzbyć; że odnajdują w niej intelektualną i duchową inspirację oraz umocnienie swojego poczucia wolności; coś, co sprawia, że czują się zrozumiani i afirmowani; coś, co motywuje do tego, aby żyć intensywniej, bardziej wrażliwie i twórczo.

Chciałbym powiedzieć wam wszystkim: mamy prawo do postaci Jezusa. Jego historia należy do nas. Spróbujmy razem to niezwykłe doświadczenie życia, które jest w nim zakodowane, odebrać uzurpatorom. Tym, którzy twierdzą, że Jezus ich wybrał i że go reprezentują, a diametralnie rozmijają się z jego wrażliwością, energią i odczuciem świata. Odbierzmy razem Jezusa konfesyjnej doktrynie, religijnemu rytuałowi, kościelnej nowomowie, patriarchalnej, opresyjnej zwierzchności, walczącej o polityczne wpływy. Pomóżmy jego energii i wizji wyzwolić się z tego aresztu. Pomóżmy nie tylko dlatego, że na to zasługuje, ale też dlatego, że my tego potrzebujemy.

Książka ta nie jest pisana przeciwko tym, którzy mimo wszystko trzymają się chrześcijaństwa. Jest pisana również z myślą o was. Mam wśród was wielu przyjaciół, ludzi, których lubię i szanuję. Chciałbym, żebyście ją przeczytali, bo wiem, że wielu z was marzy o tym, żeby chrześcijaństwo zmienić, a Kościół zreformować. Wielu z was trwa w Kościele, bo jest przekonanych, że pozostawanie w nim jest – z różnych powodów, nie tylko związanych z wiarą – nieodzowne. Ta książka nie pomoże wam trwać w tym przekonaniu, ale z pewnością przybliży te aspekty energii i myśli Jezusa, które są dla was istotne, ale nierozumiane przez Kościół.

*

Esej ten można czytać na różne sposoby. Są w nim fragmenty autobiograficzne i okruchy reportażu. Są moje osobiste przemyślenia o tym, co najważniejsze w życiu – nie tylko w Jezusie. Są również elementy eseju krytycznoliterackiego, lżejszego od niego felietonu, ale też fragmenty prawdziwej filozoficznej spekulacji. Można ten tekst czytać jednym ciągiem, od deski do deski, bo układa się on w logiczną całość. Ale można też czytać go w dowolnej innej kolejności, choćby na chybił trafił. Można pomijać bardziej skomplikowane fragmenty filozoficzne, by wrócić do nich kiedy indziej, albo nie wrócić wcale. Można robić na odwrót: wysupływać tylko to, co najgęstsze, pomijając całą resztę. Starałem się pisać tak, żeby każdy z tych sposobów czytania odsłonił tę samą kluczową myśl. Rynek wydawniczy wymusza sztywne trzymanie się gatunków i konwencji literackich: tu powieść, tu reportaż, tam esej etc. Mam nadzieję, że przynajmniej trochę udało mi się te konwencje pomieszać. Nie z przekory, ale dlatego, że staram się tu opowiedzieć coś, co samo w sobie jest niekonwencjonalne, bo dotyczy natury Życia, nieprzeniknionego i zaskakującego. Niekonwencjonalnew treści nie powinno być konwencjonalne w formie.

I.

Skrwawiona chusta, spocony podkoszulek

Przychodzi mi do głowy zabawne wspomnienie. Jest wiosna 2003 roku. Klasztor Dominikanów w Krakowie. Labirynt korytarzy, krużganków, cel zakonnych, krypt, kaplic, lektoriów w samym sercu najpiękniejszego polskiego miasta. Świat żyjący swoim życiem, rytmem modlitw, oficjów, wykładów, kapituł, zajęć duszpasterskich, wspólnych rekreacji.

Jest Wielki Piątek, droga krzyżowa, której rozważania przygotowali bracia klerycy. Mnie przypada w udziale Weronika ocierająca twarz Jezusa. Mówię, że gest Weroniki obrazuje gest bezwarunkowego przyjęcia przez Boga. Bez żadnych wymagań i oczekiwań. Absolutna Gościnność, która w świecie ludzkim jest niemożliwa, tu się wydarza. Szukam w zakamarkach komputera. Gdzieś na samym dnie twardego dysku odnajduję to rozważanie. Pisałem tak:

„Stacja VI

Weronika ociera twarz Jezusowi

W geście Weroniki możemy zobaczyć wiele. Przede wszystkim zaś gościnność będącą otwarciem i przyjęciem Innego jako Innego, bez wymogu asymilacji, oswojenia czy przywłaszczenia jego Inności. Nie ten jest gościnny, kto przyjmuje swego, ale ten, kto przyjmuje przychodzącego skądinąd i będącego (myślącego, czującego, wartościującego etc.) w inny sposób.

Wydaje się, że gest Weroniki to przede wszystkim gest gościnności, gdyż to ona – gościnność – jest samą istotą chrześcijaństwa. Weronika bez żadnego powodu, bez dlaczego, nie mając w tym żadnego interesu, przyjmuje Innego. Przyjmuje go bez zawłaszczania – ociera mu tylko twarz chustą. Nie wymaga, aby stał się taki jak ona, aby zawrócił ze swej drogi. Nie ma zamiaru nawet go zrozumieć, jeśli miałoby to oznaczać zatarcie różnicy, sprowadzenie do własnej miary. Jest to gest zupełnego otwarcia i przyjęcia nieroszczącego sobie prawa czy pretensji do czegokolwiek.

Jest to przyjęcie Innego-par-excellence. Nie tylko bowiem człowieka wzgardzonego, wyrzuconego na margines, chłostanego i zdeptanego. Ta Inność jest zaledwie towarzyszką innej Inności. Sam Bóg tu staje, a Bóg to Inny. Inny niż my, niż świat, byt i człowiek, zupełnie nieprzyswajalny w ludzkich kategoriach, chodzący innymi drogami, inny tak, że niewidzialny.

Weronika swym gestem otwiera dom swego umysłu i duszy, dom swego życia Bogu, któremu nie nadaje twarzy swoich wyobrażeń i oczekiwań, ale przyjmuje jego twarz na chuście. Bogu, któremu pozwala pozostać Innym, którego nie próbuje sobie przywłaszczyć.

Jak to możliwe?

Możliwe, bo to on-Inny jest Gościnnością, Gościnnością samą, która już za chwilę na krzyżu przyjmie każdego z nas bezwarunkowo i nieodwołalnie w naszej inności, dając nam w ten sposób wolność bycia sobą.

Pozostaje tylko jedna wątpliwość. Decydująca. Czy odtąd będzie nas stać na gościnność, na otwarcie serca i duszy na Inność Boga i Inność człowieka. Na wyzbycie się naszej ludzkiej ksenofobii, gotowej odrzucać i zabijać Inne jedynie dlatego, że chce pozostać innym?”.

Tekst jest oczywiście popisem erudycji młodego uzdolnionego studenta filozofii, pokłosiem lektury Derridy i Levinasa. Cała treść jednak to wynik niemalże iluminacji, przebłysku światła, intensywnej, wyzwalającej intuicji. Jeśli nadal jestem w zakonie – minęło już ponad cztery i pół roku – to właśnie dlatego, że wciąż porusza mnie taka wizja Boga, o której zaświadczył Jezus. To Bóg-Gościnność, Bóg-Bycie, co przyjmuje nas bezwarunkowo i pozwala być.

Godzinę później dzwoni telefon. Ojciec Z., prowincjał. Chce się ze mną spotkać, mam przyjść za godzinę do jego celi. To bynajmniej nie jest wyróżnienie. Wiem, że to zapowiedź wyroku. Nie wiem tylko jakiego. Od dłuższego czasu liczę się z tym. Z. jest apodyktycznym przełożonym. Ambitnym wizjonerem bezwzględnie realizującym swoje cele. Albo grasz z nim w jednej drużynie, albo jesteś wrogiem, którego trzeba złamać lub uciszyć. Jeśli się nie poddasz, to wypadasz z gry – odchodzisz. Z. to wybitna postać polskiego życia publicznego. Dzięki sieci kontaktów wśród polityków, ludzi biznesu i kultury realizuje plan tworzenia w Polsce nowych katolickich elit. Prozachodnich, ale konserwatywnych (spod jego skrzydeł wyszło kilka prominentnych postaci świata politycznego i dziennikarskiego). Ale Z. to też zmora młodzieży zakonnej. Tak zwany studentat, czyli wspólnota kleryków przygotowujących się do święceń, to jego oczko w głowie. Osobiście – wbrew zapisom dominikańskich konstytucji, które wymagają, aby robili to oddelegowani do tego, posiadający odpowiednie kompetencje wychowawcy – rządzi i dzieli. Tropi odszczepieńców, tępi niepokornych i niezależnych. Ci, których hołubi, są również bardzo inteligentni i uzdolnieni, ale zarazem ślepo oddani. Nazywa ich liderami. Myślę, że jego celem było zamienić zakon w konserwatywno-liberalny think tankspołeczno-religijny.

Jestem na krótkiej liście podejrzanych o niesubordynację. Należę do tych, którzy nie odnajdują się w jego wizji, czyli – jak się wyraża w swoim żargonie – „nie ciągną”. Ale jak dotąd byłem pomijany. Może dlatego, że nie daję się sprowokować i potrafię rozmawiać dyplomatycznie, prowadząc grę z oczekiwaniami przełożonych. Jestem od dawna udręczony tą sytuacją. Moja wiara wisi na włosku. Ale dziś był moment przebudzenia, jasności. Wiem, po co tu jestem. Powodem jest Gościnność Boga, której chciałbym być świadkiem.

Idę na rozmowę z duszą na ramieniu. Nie mam szans w tej konfrontacji, ale postanawiam, że niczego mu nie ułatwię. Pukam, wchodzę. Uderza mnie paternalistyczny luz. Pewna forma spoufalenia, które jest niczym innym niż manifestacją władzy. Z. w spoconym podkoszulku i szortach mówi, żebym usiadł i poczekał. Z żołnierską swadą wkłada przy mnie habit. Najpierw przez głowę wciąga tunikę. Zapina skórzany pas z przewieszonym różańcem, całuje i wkłada na barki szkaplerz, na końcu kaptur, który wprawnym ruchem ręki odrzuca do tyłu.

Rozpoczyna się tyrada na temat tego, czego się dzisiaj dopuściłem. Jestem przygotowany na rozmowę o sianiu intelektualnego zamętu i zgorszenia wśród innych studentów, o podburzaniu przeciwko przełożonym, a nawet o piciu alkoholu bez pozwolenia (robią to wszyscy, ale wiadomo, że to doskonały pretekst, żeby się przyczepić). Ale na coś takiego nie jestem gotowy. Pierwszy cios kładzie mnie na deski. Szybko się jednak otrząsam. Mówi, że to, co powiedziałem, jest z gruntu niechrześcijańskie, niekościelne, niedominikańskie. Bo przecież mamy być świadkami Boga, który wymaga, bo człowiek, nawracając się, musi podporządkować się zasadom i spełniać odtąd określone warunki. Do końca starcia trzymam gardę. Blokuję i odpieram. Unikam otwartej wymiany ciosów, ale potrafię sprawić, że jego ciosy nie dosięgają celu. Chwali się, że rozpoznał filozofów, których cytuję. „Levinas – powiada – ale nas obowiązuje nie Levinas, lecz Ewangelia”. Jest nieprzemakalny i nieubłagany: „Pomiędzy tobą a nami jest różnica nieprzekraczalna, niepokonywalna i nieusuwalna”. Mam to przemyśleć. Na koniec rzuca paternalistyczny komplement, w którym wyczuwam coś na kształt uznania: „Jesteś bardzo inteligentny”.

Wychodzę bardziej spocony niż on, ledwo sunę do przodu na nogach z waty. Zbity z tropu, że nie ma żadnych bezpośrednich konsekwencji. Ale wtedy zaczyna narastać we mnie wewnętrzna jasność, której towarzyszą spokój i poczucie kiełkującej wolności. Wiem już, że to koniec. Nie dlatego, że mnie wyrzuci albo rzuci mi pod nogi wszystkie możliwe kłody, żebym nie wytrzymał, złamał się lub odszedł. To ja to rzucam. Nie chcę dalej w tym uczestniczyć. Czuję, że właśnie stamtąd odszedłem. Z każdym krokiem narasta we mnie radość. Gdy wracam do mojej celi, chce mi się tańczyć. Czuję, że zderzyłem się nie z jego odpychającą, opresyjną osobowością, ale z głęboko niechrześcijańskim obliczem Kościoła. Otrząsam pył ze stóp i odchodzę. Po kilku miesiącach, bo muszę dokończyć rok akademicki.

Bardzo zabawne wspomnienie. Do dziś tylko jedno zmieniło się w tym, co myślę na ten temat. Otóż jestem dziś przekonany, że dotknęło mnie wtedy nie wypaczenie chrześcijaństwa, ale coś, co jest wpisane w samą jego istotę. To coś przemówiło właśnie jego ustami. To coś jest głęboko sprzeczne z impulsem Jezusa, rozmijające się z jego doświadczeniem i wrażliwością.

Nie wierzę w ciała zmartwychwstanie

„Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15, 17)1. Te słowa św. Pawła nie pozostawiają wątpliwości: zmartwychwstanie Jezusa zajmuje w doktrynie chrześcijańskiej centralne miejsce. Bez niego chrześcijaństwo nie ma sensu. Pisząc o zmartwychwstaniu, chciałbym jednak zostawić doktrynę na boku. Interesuje mnie ono jako klucz do zrozumienia tego, kim był Jezus.

Przyjmuje się, że to, co stało się po jego śmierci, począwszy od zmartwychwstania, wykracza poza pytanie o „Jezusa historycznego”, czyli o to, kim on był w rzeczywistości jako postać historyczna. Że to już kwestia wierzeń, religijnych przekonań i wyobrażeń na jego temat. Że to kreacja, którą określa się jako „Chrystus wiary”. Zgoda. A jednak pytanie o zmartwychwstanie jest kluczowe w poszukiwaniu prawdy o Jezusie. Coś bowiem musiało sprawić, że uczniowie uwierzyli, że Jezus zmartwychwstał – przekształcając go tym samym w Chrystusa. To „coś” z pewnością miało związek z tym, jak postrzegali go za jego życia. To „coś” musieli w nim przeczuwać i zobaczyć wyraźnie po jego śmierci. Co to takiego?

Wielu z nas myli zmartwychwstanie ze wskrzeszeniem, tak jakby chodziło o powrót do życia, jakie wiodło się wcześniej. Ewangeliści opowiadają, że Jezus wskrzesił w ten sposób Łazarza, młodzieńca z Nain i córkę Jaira. Wszyscy oni mieli żyć dalej tak, jak żyli wcześniej. I znów kiedyś umrzeć. Ich życie zostało na kartach Ewangelii przywrócone tak, jakby obudzili się ze śpiączki, wrócili ze śmierci klinicznej. Może to i cud, ale nie zmartwychwstanie.

Jezus nie został wskrzeszony, on miał zmartwychwstać. Paweł mówi o nim, że „już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy” (Rz 6, 9). Jezus zmartwychwstały zjawia się w Ewangeliach trochę jak widmo, przenika przez zamknięte drzwi, znika, rozpływając się w powietrzu, pokazuje się wielu osobom w różnych miejscach jednocześnie. Niby nie duch, bo je i pozwala się dotykać, a jednak jest w tym coś nierzeczywistego, halucynogennego, obsesyjnego…

Nie chcę silić się na naukową obiektywność. Myślę, że jest ona w kontekście pytania o Jezusa nonsensem. A każdy, kto ją sobie przypisuje, jest w najlepszym razie niepoprawnie naiwny. Żyjąc w kulturze od dwóch tysięcy lat związanej z chrześcijaństwem, nikt z nas nie jest jego bezstronnym obserwatorem, każdy został jakoś chrześcijaństwem naznaczony, jakoś w nie uwikłany. Każdy, pytając o nie, pyta też o siebie, o swoje pochodzenie, o swój kulturowy genotyp. Każdy należy do jakiegoś stronnictwa: do grona zwolenników, dystansujących się kontestatorów bądź zagorzałych przeciwników chrześcijaństwa.

Moje stronnictwo jest dość specyficzne. Ale wydaje mi się, że coraz liczniejsze. Gromadzi tych, którzy byli zaangażowanymi chrześcijanami, a teraz czują się ludźmi od chrześcijaństwa wolnymi. Nie targają nimi rozterki, wątpliwości, wyrzuty sumienia. Czy oznacza to, że wyzbyli się religijnej wrażliwości? I że historia Jezusa pozostaje im obojętna? Z całą pewnością nie.

Po co więc piszę tę książkę? Może dlatego, że dojrzałem do ostatecznego zamknięcia tego etapu? A może po to, żeby pomóc ludziom, którzy przechodzą podobną drogę? Może też trochę dlatego, że chcę pokazać, iż odejście i przekroczenie nie musi oznaczać braku religijnej wrażliwości? Że – paradoksalnie – może to być pójście dalej, w głąb, w stronę tajemnicy człowieka i tajemnicy istnienia. I że Jezus może być w tej wędrówce towarzyszem.

Nie, nie wierzę, że Jezus opuścił grób i zmartwychwstał. Ale pytanie o zmartwychwstanie nadal mnie nurtuje. Choćby dlatego, że tak wiele osób twierdziło, iż spotkało go po jego śmierci – żywego, namacalnego. Jaki sens mają te relacje, opisujące przemienionego Jezusa, który wciąż nosił zadane mu przed śmiercią rany, a jednak nie przypominał już tego bestialsko skatowanego, zmasakrowanego skazańca? Relacje mówią przecież o kimś bosko pięknym, pełnym mocy jak heros, zdrowym jak ryba. A jak pociągającym! Pełnym nieśmiertelnego blasku i boskiego majestatu.

Zastanawiając się nad zmartwychwstaniem Jezusa, należy pamiętać, kto je relacjonuje. Uczniowie, kobiety i mężczyźni, którzy skupili się wokół Jezusa, stanowili grono ludzi bardzo prostych, skłonnych do myślenia magicznego i religijnej egzaltacji. A ponadto straumatyzowanych tragiczną śmiercią człowieka, którego kochali. Zapewne mieli wobec niego poczucie winy, że stchórzyli, że nie wytrwali, nie bronili go, nie poszli z nim na śmierć. I oto okazuje się, że grób jest pusty. Jego ciała nie ma tam, gdzie je położono.

Zaczynał się szabat, pochówek był więc pospieszny, teraz po szabacie jest czas, aby zgodnie z obyczajem namaścić zwłoki, dopełnić pogrzebowego rytuału. Pusty grób wywołuje wstrząs, histerię, szok. To jedyna w miarę prawdopodobna rzecz w opowieści o zmartwychwstaniu. Doświadczenie pustego grobu rodzi irracjonalne przeczucie, przechodzące w pewność. Te emocje znane są nam dziś pod pojęciem wiary. Uczniowie uwierzyli, że Jezus zmartwychwstał, i w klimacie tej  w i a r y  lub jej braku – ich brak wiary to przecież niedowiarstwo, a więc też wiara, tylko chwiejna, słaba, pełna wątpliwości – doświadczają spotkania z nim jako kimś zmartwychwstałym.

Alain Badiou w książce o św. Pawle pisze, że był on głosicielem wydarzenia nie do pojęcia w obrębie istniejących wówczas dyskursów i światopoglądów. I że geniusz Pawła polegał na tym, że stworzył on nowy język, zdolny je wypowiedzieć i wyjaśnić. Tym wydarzeniem jest oczywiście zmartwychwstanie Jezusa. Zarazem jednak Badiou pisze, że zmartwychwstanie Jezusa to bajka. Badiou tego paradoksu nie wyjaśnia. Nie dowiadujemy się od niego, jak bajka, mówiąca o tym, że ktoś powstał z martwych, może być wydarzeniem, które wywraca świat do góry nogami. Jest to bez wątpienia najsłabsza strona jego rozważań.

Tak, uczniowie Jezusa tworzą bajkę o zmartwychwstaniu, opowiadają ją, a potem zapisują. Piszą bajkę, w której prawdziwość zapewne wierzą. Robią to z całą szczerością i dobrą wolą. Dyktuje im ją trauma i szok, pomieszane z miłością i rozbudzoną religijną wyobraźnią. W ten sposób powstaje fikcja pośmiertnego, cielesnego życia Jezusa. W tej fikcji zakodowana jest jednak prawda o Jezusie, o tym, kim był za życia.

Prawdę tę ująłbym tak: Jezus nie zmartwychwstał po swojej śmierci, Jezus był zmartwychwstały za życia, był zmartwychwstały, zanim umarł. Oto jest wydarzenie, którego tropem podąża chrześcijaństwo, ale go nie pojmuje, i którego nie pojął też Alain Badiou. To wydarzenie dotknęło, niczym rażenie pioruna, uczniów po śmierci Jezusa i wyraziło się w ich magicznych relacjach o spotkaniu Zmartwychwstałego.

*

No dobrze, ale co właściwie oznacza to  z m a r t w y c h w s t a n i e   z a   ż y c i a?  Ewangelie przechowują słowa, które najlepiej tłumaczą, o co chodzi. Jestem przekonany, że nie mógł ich wypowiedzieć nikt inny niż historyczny Jezus. Czy zastanawialiście się, co takiego mógł mówić, że ludzie tak chętnie go słuchali i – jak to się mówi – szli za nim? Że uważali go za proroka, a część być może również za mesjasza? I że budziło to wściekłość uczonych Żydów, saduceuszy i faryzeuszy? Wszystko zostało zapisane w tym jednym zdaniu: „Królestwo Boże jest w was” (Łk 17, 21)2.

Królestwo Boga jest w nas. Jesteśmy niestety oswojeni z tego rodzaju stwierdzeniami. A powinno to brzmieć dla nas niepokojąco lub przynajmniej zagadkowo. Żydzi czekali na Królestwo Boga, rozumieli je zresztą najczęściej w sposób polityczny – jako odrodzenie się niepodległości i potęgi Izraela, tymczasem Jezus mówi: ono – od zawsze – jest w was. Ono jest i nie przeszkadza w tym okupacja kraju przez Rzymian. Bo to Królestwo „nie jest z tego świata” (J 18, 36).

Prorocy zapowiadali jego przyjście, ale wcześniej sąd. Ci, których uczynki są złe, nie wejdą do niego. Głosili więc potrzebę nawrócenia i pokuty. Jeśli ktoś chce, żeby Królestwo go nie ominęło, musi się nawrócić, zmienić swoje życie, wyzwolić się z grzechu. To jest warunek. Bez tego nie ma mowy o Królestwie… Tymczasem Jezus mówi: ono jest. W każdym. Tym prostym zdaniem podważa istotę żydowskiego oczekiwania.

A przecież chrześcijanie myślą w taki sam sposób. Muszą spełniać warunki, czekając na Królestwo Boga. Warunki stawiane przez Kościół. Katolicy muszą spowiadać się, żałować i postanawiać poprawę, czynić pokutę, prosić Boga o przebaczenie, wypełniać jego wolę, której ostatecznym wyrazicielem są funkcjonariusze Kościoła, mają oni wszak „klucze Królestwa”. Trzeba więc dobijać się do bram Kościoła, przygotowywać na moment, w którym wrota Królestwa zostaną nam przez Kościół uchylone.

Natomiast Jezus mówił zupełnie coś innego. Królestwo Boga jest w każdym, czy się nawrócił, czy nie, czy grzeszy, czy jest prawy, czy żyje wstrzemięźliwie, czy oddaje się rozpuście, czy kłamie, czy mówi prawdę, czy chodzi do kościoła, czy jest antyklerykałem i ateistą, czy głosuje na prawicę, czy na lewicę. Żeby mieć dostęp do Królestwa, nie potrzebujecie ani księdza, ani rabina. Dlatego można powiedzieć, że Jezus dziś podważa chrześcijaństwo tak samo, jak dwa tysiące lat temu podważył judaizm.

Emmanuel Carrère, autor ekscentrycznej opowieści o początkach chrześcijaństwa, którą przeplata wątkami autobiograficznymi, trafnie przyrównał Jezusa, wypowiadającego te i tym podobne słowa, do Buddy i Laozi. To są słowa mędrca i filozofa, który podważa sens religijnych rytuałów i zewnętrznych gestów, a nie religijnego przywódcy czy samozwańczego mesjasza.

*

Wciąż nie wiemy, o co chodzi z tym Królestwem, o którym opowiadał galilejski mędrzec, i co ma ono wspólnego z jego zmartwychwstaniem za życia.

Kiedy w wieku dwudziestu sześciu lat zdecydowałem się na pisanie doktoratu z filozofii, jedną z moich intencji był rozrachunek z chrześcijaństwem. Oddałem się z zapałem studiowaniu Mistrza Eckharta, czternastowiecznego filozofa i teologa, jednego z największych umysłów w dziejach chrześcijaństwa, prześladowanego za życia przez inkwizycję i pośmiertnie potępionego za głoszenie heretyckich tez. Pamiętam do dziś te tysiące stron staroniemieckiego i łacińskiego tekstu, które drobiazgowo analizowałem, będąc przez wiele miesięcy w prawdziwym intelektualnym transie. A dodam, że nie był to łatwy okres: nie miałem grosza przy duszy i musiałem waletować w akademiku. Żyłem w dużym niepokoju i niepewności.

Eckhart być może najlepiej zrozumiał sens nauki Jezusa o Królestwie. Jego zdaniem każdy człowiek nosi w sobie Boskość. Co to znaczy? Eckhart myśli radykalniej niż chrześcijańska ortodoksja, wedle której Bóg przychodzi do nas ze swoimi darami i wspomaga nasze dobre czyny. Dla Eckharta Bóg w człowieku to fakt o charakterze fundamentalnym. To jak oddech, bez którego nas nie ma. Człowiek jest „częścią” Boga, Bóg jest „częścią” człowieka. Boskość to najgłębszy wymiar ludzkiej duszy. Eckhart stwierdza w uniesieniu: „Bóg i ja jesteśmy jednym”.

Czym jest ta Boskość? Jest pełnią naszego istnienia, pełnią życia. Można ją nazwać miłością i afirmacją, bo jesteśmy przez nią „chciani”; można ją nazwać wolnością, bo otwierając się przed nami, „zaprasza” do twórczości i rozwoju; można też – jeśli ktoś chce – nazwać ją, tak jak Jezus, Ojcem Niebieskim. Chodzi zaś o to jedno proste doświadczenie: że się jest, że Życie nas niesie, że nas tworzy i napełnia. Przebudzenie duchowe to właśnie to: zobaczyć, że jest się częścią tego wydarzenia, tego boskiego rozbłysku, jakim jest Istnienie.

I właśnie to oznacza: być zmartwychwstałym za życia. Tak jak Jezus. Przemiana życia, czyli tak zwane nawrócenie, to tutaj nie warunek, lecz skutek. Nie nerwica i lęk, czy zostanę przyjęty, ale wyzwalająca radość, że już od zawsze przyjęty jestem i nigdy nie będę odrzucony. Że nie muszę się bać. „Nie lękajcie się” – Jezus ciągle to powtarza. I dodaje, że człowiek staje się wówczas jak lilia polna i jak ptak, które Ojciec Niebieski przyodziewa i żywi. Nie musi się już troszczyć i zamartwiać. Żyje w wolności i spontanicznym uniesieniu – wyzwolił się i Życie go niesie.

Być zmartwychwstałym to w praktyce właśnie to: wyzwolić się z ciągłej troski o siebie. Z ciągłego zabiegania o to, by utrzymać się, umocnić, więcej móc i więcej znaczyć. Być zmartwychwstałym to mieć swobodę i otwartość na Życie, ze wszystkim, co ono przynosi. Włącznie z cierpieniem i śmiercią. Nietzsche, drugi bohater mojego doktoratu, zaciekły wróg chrześcijaństwa, nazywał taką postawę „świętym Tak”, bezwarunkową afirmacją. A bycie przepełnionym nią określał jako „taniec ponad siebie”. Bo wtedy życie człowieka przemienia się w szalony pląs, w którym zapominamy o sobie. Nie napinamy się już, żeby mieć pod kontrolą własny los. Czy dążenie do takiej kontroli nie jest największym bluźnierstwem przeciwko Życiu? A przecież na tym najczęściej polega praktykowanie chrześcijaństwa: zapewnić sobie dzięki wierze szczęśliwy, pewny los nawet po śmierci.

Być zmartwychwstałym za życia. Eckhart określał taki sposób istnienia dziwnym słowem Gelassenheit, w którym łączą się: porzucenie własnego „ja”, puszczenie się w wir Życia, zdanie się i przyzwolenie na to, co ono w sobie niesie. Tego właśnie doświadczył Jezus i tego nauczał. To jest właśnie ten ogień, który – jak powiada – przyszedł „rzucić na ziemię”.

Uczniowie niewiele z tego zrozumieli. Najbliżej był Paweł, bo dostrzegł rewolucyjność Jezusowej perspektywy, która nie tylko kładzie kres żydowskiemu Prawu, ale też wywraca do góry nogami cały porządek świata. Skoro Królestwo Życia jest w każdym tak samo i bezwarunkowo, to: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety” (Ga 3, 28). Prawda Jezusa unieważnia wszystkie hierarchie i podziały. Wszyscy jesteśmy braćmi, wszyscy jesteśmy równi, wszyscy jesteśmy wolni… Wolność, równość, braterstwo!

A jednak nawet Paweł zdradził to doświadczenie. Wraz z pozostałymi apostołami i innymi uczniami Jezusa zbudował na nim religię, a wraz z nią nową hierarchię i nowe rytuały. W imię zniesienia wszystkich barier pomiędzy ludźmi stworzył nowe podziały i bariery. Bezwarunkowe przyjęcie obłożył nowymi warunkami. Z Jezusa uczynił zbawiciela. Jego orędzie o Bogu w każdym człowieku zamienił na orędzie o Jezusie, Synu Bożym, tym rzekomo jedynym człowieku, w którym Bóg i człowiek to jedno. A cała reszta musi w niego wierzyć. I być posłuszna jego rzekomym wysłannikom, apostołom i prezbiterom. Czy naprawdę myślicie, że Paweł, rzeczywisty twórca chrześcijaństwa, Kościoła i kleru, nie sprzeniewierzył się Jezusowi?

Zacietrzewiony wróg Kościoła

Można by