Wydawca: Wydawnictwo Świętego Wojciecha Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 757 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezus - Jame Martin SJ

Dlaczego Ziemia Święta jest często nazywana Piątą Ewangelią? W którym mieście Jezus dokonał wielu cudów? Dlaczego Gehenna jest prześliczna?

James Martin SJ zaprasza czytelników, by w zupełnie nowy, ożywiający i poruszający sposób dotknęli tego, o czym mówią Ewangelie – i lepiej zrozumieli Jezusa. Wyjątkowa i przyjazna w odbiorze w odbiorze biografia Jezusa adresowana dla tych, którzy już mają o nim wiedzę, jak i dla tych, którzy dopiero chcieliby go poznać, przeplatająca się z anegdotami z podróży dwóch jezuitów. Książka jest zarazem szczególnym przewodnikiem po Ziemi Świętej, pisanym z osobistej perspektywy. Szczegóły historyczne przenoszą w czasie – patrzymy na świat oczyma Jezusa. 

To szczera opowieść o doświadczeniach wiary, w niekonwencjonalny sposób połączona z elementami przygody i humoru.

Wyjątkowość publikacji polega na połączeniu elementów:

wnikliwa biografia Jezusa + perspektywa historyczna + współczesny przewodnik turystyczny

Nagrody:

I miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa” 

Christopher Award 2015

James Martin SJ jest doświadczonym kierownikiem duchowym, znanym publicystą, wydawcą działu kultury w magazynie „America”, autorem licznych książek, m.in. Mojego życia ze świętymi (jedna z najlepszych książek roku 2006 wg magazynu „Publisher Weekly”) oraz bestsellerowego Jezuickiego przewodnika po (prawie) wszystkim. Za swe publikacje był wielokrotnie nagradzany, jego książki trafiają na czołowe miejsca najważniejszych list bestsellerów. Ojciec Martin często wypowiada się w mediach krajowych i międzynarodowych, o jego komentarze zabiegają redakcje zarówno katolickie, jak i świeckie. 

Zanim w 1988 roku wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, Martin ukończył Wharton School of Business i pracował w General Electric.

Patroni: Przewodnik Katolicki, TVP, Polskie Radio Pr 1, Fronda.pl, Ekai.pl, KI Moje Książki

Opinie o ebooku Jezus - Jame Martin SJ

Cytaty z ebooka Jezus - Jame Martin SJ

Czy naprawdę potrzebujemy kolejnej książki o Jezusie? Jeśli miałaby to być ta właśnie książka, odpowiedź brzmi: tak, potrzebujemy. James Martin podszedł do tematu w sposób wyjątkowy i oryginalny. Nieważne, jak dużo lub jak mało wiesz o Jezusie – ta książka będzie dla ciebie nieoceniona. – Harvey Cox , Harvard Divinity School Trzeba być niezwykłym człowiekiem, by pisać tak wspaniale o Niezwykłym Człowieku, Jezusie. A James Martin robi to doskonale! Przyjdź i zobacz Tego, który ukochał nas wszystkich. – Richard Rohr OFM, autor m.in. Spadać w górę i Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego Ojciec James Martin jest w swojej książce Jezus niezwykle świeży i nowatorski. Potrafi dać nowe spojrzenie na to, co znane,

Fragment ebooka Jezus - Jame Martin SJ

Czy na­praw­dę po­trze­bu­je­my ko­lej­nej książ­ki o Je­zusie? Je­śli mia­ła­by to być ta wła­śnie książ­ka, od­po­wiedź brzmi: tak, po­trze­bu­je­my. Ja­mes Mar­tin pod­szedł do te­ma­tu w spo­sób wy­jąt­ko­wy i orygi­nal­ny. Nie­waż­ne, jak dużo lub jak mało wiesz o Je­zusie – ta książ­ka bę­dzie dla cie­bie nie­oce­nio­na.

–Ha­rvey Cox, Ha­rvard Di­vi­ni­ty Scho­ol

Trze­ba być nie­zwykłym czło­wie­kiem, by pi­sać tak wspa­nia­le o Nie­zwykłym Czło­wie­ku, Je­zusie. A Ja­mes Mar­tin robi to do­sko­na­le! Przyjdź i zo­bacz Tego, któ­ry uko­chał nas wszyst­kich.

–Ri­chard Rohr OFM, au­tor m.in. Spa­dać w górę i Od męż­czyzny dzi­kie­go do męż­czyzny mą­dre­go

Oj­ciec Ja­mes Mar­tin jest w swo­jej książ­ce Je­zus nie­zwykle świe­ży i no­wa­tor­ski. Po­tra­fi dać nowe spoj­rze­nie na to, co zna­ne, dzię­ki cze­mu czytel­nik wy­krzyk­nie: „Ach, tak!”. Wspa­nia­ły dar.

–Ar­cy­bi­skup De­smond Tutu

Je­den z naj­lep­szych współ­cze­snych pi­sa­rzy re­li­gij­nych, oj­ciec Ja­mes Mar­tin, dał nam nie­zwykłe po­łą­cze­nie naj­now­szych ba­dań bi­blij­nych, wła­snych do­świad­czeń piel­grzymich z Zie­mi Świę­tej, wy­obraź­ni, po­czucia hu­mo­ru i mą­dre­go kie­row­nic­twa du­cho­we­go.

–Da­niel J. Har­ring­ton SJ, pro­fe­sor biblistyki, Bo­ston Col­le­ge Scho­ol of The­olo­gy and Mi­ni­stry, wy­daw­ca New Te­sta­ment Abs­tracts

Czy je­steś żar­li­wym uczniem Je­zusa, czy scep­tycz­nym ob­ser­wa­to­rem, ta książ­ka po­mo­że ci zro­zu­mieć, że Je­zus jest na­szym bra­tem i przy­ja­cie­lem na za­wsze.

– Kard. Sean O’Mal­ley, ar­cy­bi­skup Bo­sto­nu

To nie jest su­chy pod­ręcz­nik teo­lo­gicz­ny czy ko­men­tarz bi­blij­ny. To wraż­li­we, szcze­re po­szuki­wa­nie Je­zusa. Ja­mes Mar­tin od­krywa Go wciąż na nowo pod­czas swej piel­grzym­ki do Izra­ela. W tej książ­ce wspa­nia­ły tekst ewan­ge­lii sta­je się żywy, sta­je się dla czytel­ni­ka spo­tka­niem z Je­zusem – ta­kim, jaki był na­praw­dę.

–Ger­hard Loh­fink, bi­bli­sta, au­tor m.in. Je­zusa z Na­za­re­tu i Prze­ciw ba­na­li­za­cji Je­zusa

Gdzieś w po­ło­wie Ewan­ge­lii wg św. Mar­ka Je­zus pyta: „A wy za kogo Mnie uwa­ża­cie?”. W swo­jej naj­now­szej książ­ce je­zuic­ki du­chow­ny Jim Mar­tin po­szukuje od­po­wie­dzi na to pyta­nie; a jego od­po­wiedź może cię za­sko­czyć.

–Huf­fing­ton Post

Dow­cip­na re­la­cja Ja­me­sa Mar­ti­na z jego piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej uświa­da­mia, jak wspa­nia­łe jest to, że Bóg zszedł na zie­mię i dzie­lił na­sze życie. Ta książ­ka do­tyka wy­obraź­ni i roz­pa­la ją na nowo.

–Ti­mo­thy Radc­lif­fe OP, były prze­ło­żo­ny ge­ne­ral­ny do­mi­ni­ka­nów, au­tor m.in. Sied­miu ostat­nich słów, Glo­bal­nej na­dziei i Daj nura

Ja­mes Mar­tin ma dar po­chwytywa­nia za­rów­no umysłów, jak i serc czytel­ni­ków. W tej książ­ce nie ma nud­nych frag­men­tów. Jaka to ra­dość, to­wa­rzyszyć ojcu Mar­ti­no­wi w jego fa­scynują­cej piel­grzym­ce, dać się pro­wa­dzić ku od­świe­ża­ją­cej świa­do­mo­ści i zro­zu­mie­niu, kim był Cie­śla z Na­za­re­tu.

–Joy­ce Rupp, au­tor­ka Czy mogę od­pro­wa­dzić cię do domu? i Mo­dli­twy roz­sta­nia

Ja­mes Mar­tin prze­ka­zuje nam ra­do­sną wia­rę w Boże uzdro­wie­nie i osta­tecz­ną na­dzie­ję, jaką daje nam Zmar­twych­wsta­nie. Wy­ra­zi­ste de­ta­le jego po­dró­ży po świę­tych miej­scach (…) to prze­ko­nują­ce świa­dec­two du­cho­we.

–Publi­shers We­ekly,Star­red Re­view

Czy moż­na o Je­zusie po­wie­dzieć jesz­cze coś, cze­go by już nie po­wie­dział kto inny? Mar­tin w od­po­wie­dzi na to pyta­nie daje nam wni­kli­we, zrów­no­wa­żo­ne, in­te­li­gent­ne, wszech­stron­ne i peł­ne wia­ry prze­myśle­nia z wła­snej po­dró­ży w po­szuki­wa­niu Je­zusa. To książ­ka dla każ­de­go, bez wzglę­du na wy­zna­nie czy prze­ko­na­nia. Ja­mes Mar­tin w naj­lep­szym wy­da­niu!

–Ro­nald Rol­he­iser OMI, au­tor The Holy Lon­ging i Roz­bi­tej la­tar­ni

To książ­ka dla lu­dzi myślą­cych, któ­rzy chcie­li­by spoj­rzeć na oso­bę Je­zusa przez pryzmat mą­drej, dow­cip­nej, prze­sy­co­nej mo­dli­twą, głę­bo­kiej wia­ry ojca Mar­ti­na.

– Paul Rau­shen­bush, szef dzia­łu re­li­gij­ne­go „The Huf­fing­ton Post”

To książ­ka na­pi­sa­na ja­snym, przy­stęp­nym ję­zykiem, peł­na otuchy, któ­ra jest zna­kiem fir­mo­wym au­to­ra, a za­ra­zem bar­dzo oso­bi­sta. Prze­czytaj ją i po­zwól, by sta­ła się dla cie­bie in­spi­ra­cją do od­krywa­nia Je­zusa we wła­snym życiu – w to­wa­rzystwie nie­zwykłe­go prze­wod­ni­ka du­cho­we­go.

–Eli­za­beth A. John­son CSJ, pro­fe­sor teo­lo­gii, For­dham Uni­ver­si­ty

Książ­ka Ja­me­sa Mar­ti­na o Je­zusie to klej­not. Au­tor spla­ta w niej sze­reg spo­strze­żeń ze­bra­nych z Ewan­ge­lii, swo­jej piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej, du­cho­wość igna­cjań­ską oraz swo­je do­świad­cze­nie oso­bi­ste i dusz­pa­ster­skie. Szcze­rze po­le­cam tę książ­kę.

–Tho­mas D. Steg­man SJ, bi­bli­sta, Bo­ston Col­le­ge Scho­ol of The­olo­gy and Mi­ni­stry

To nie jest książ­ka o piel­grzym­ce. To jest piel­grzym­ka, a my wy­rusza­my na nią w to­wa­rzystwie wspa­nia­łe­go ga­wę­dzia­rza. Nie mia­łem ocho­ty jej za­koń­czyć.

–Scott Hahn, wy­kła­dow­ca teo­lo­gii i bi­bli­styki, au­tor licz­nych publi­ka­cji, m.in. ksią­żek Zna­ki życia i Ka­to­li­cy, po­wróć­cie do domu

To nie zda­rza się czę­sto, że książ­ka za­bie­ra cię w po­dróż po Zie­mi Świę­tej w to­wa­rzystwie in­spi­rują­ce­go, ma­ją­ce­go ogrom­ną wie­dzę, a przy tym dow­cip­ne­go prze­wod­ni­ka, ta­kie­go jak Ja­mes Mar­tin. Sko­rzystaj z tej spo­sob­no­ści; i nie bądź za­sko­czo­ny – ta po­dróż cię od­mie­ni.

–Mar­ga­ret Silf, re­ko­lek­cjo­nist­ka, au­tor­ka Drugiej stro­ny cha­osu

Mar­tin daje nam wspo­mnie­nia bar­dzo oso­bi­ste, ale też peł­ne wie­dzy bi­blij­nej i ar­che­olo­gicz­nej, okra­szo­nej jego nie­zwykłym ta­len­tem nar­ra­tor­skim. Jego za­baw­ne, prze­myśla­ne, in­spi­rują­ce uwa­gi za­chwycą za­rów­no do­świad­czo­nych piel­grzymów, jak i tych, któ­rzy wciąż ma­rzą, by nimi być.

–Ha­rold W. At­trid­ge, teo­log, Yale Di­vi­ni­ty Scho­ol

Chcesz wy­brać się do Zie­mi Świę­tej z wia­rygod­nym, kom­pe­tent­nym prze­wod­ni­kiem? Otwórz tę książ­kę i po­dró­żuj z oj­cem Ji­mem Mar­ti­nem, któ­ry otwie­ra przed nami ta­jem­ni­ce Ewan­ge­lii, a czyni to z lek­ko­ścią, tak jak tyl­ko on po­tra­fi. To po­waż­ny na­uczyciel, tak, ale przede wszyst­kim wie­rzą­cy piel­grzym, któ­ry jak my sta­ra się być w dro­dze.

–He­len Pre­je­an CSJ, au­tor­ka po­wie­ści Dead Man Wal­king, ze­kra­ni­zo­wa­nej w 1995 r. przez Tima Rob­bin­sa, pol­ski ty­tuł fil­mu: Przed eg­ze­kucją

In­te­li­gent­ny, żywy prze­wod­nik i świet­ne uzupeł­nie­nie oso­bi­stej lek­tury Pi­sma Świę­te­go.

–Kir­kus Re­views

Po czę­ści prze­wod­nik, po czę­ści pa­mięt­nik, po czę­ści coś nie­zwykle Ma­rit­ne­sque – to zna­czy dow­cip­ne, otwar­te, głę­bo­kie.

– Wa­shing­ton Post

Roz­wa­ża­nia Ja­me­sa Mar­ti­na na te­mat Je­zusa to jed­na z naj­lep­szych ksią­żek, ja­kie prze­czyta­łam w tym roku – pod każ­dym wzglę­dem (…}. To list mi­ło­sny do na­szych ko­rze­ni z pierw­sze­go wie­ku, któ­rym Mar­tin jest wier­ny. Bra­wo, oj­cze Mar­tin, tę książ­kę trze­ba prze­czytać.

– Mary Karr, po­et­ka, ese­ist­ka i dia­ryst­ka, au­tor­ka m.in. Lit Liars’ Club

Da­nie­lo­wi J. Har­ring­to­no­wi SJ,

któ­ry uczy o Je­zusie

pod­czas swo­ich wy­kła­dów,

w swo­ich książ­kach

i swo­im życiem.

Wstęp

Kim jest Je­zus?

Je­zus zmie­rza ze swo­imi przy­ja­ciół­mi do Ce­za­rei Fi­li­po­wej – mia­stecz­ka po­ło­żo­ne­go ja­kieś 40 ki­lo­me­trów na pół­noc od Je­zio­ra Ga­li­lej­skie­go. Hi­sto­ria ta to­czy się w po­ło­wie Ewan­ge­lii we­dług św. Mar­ka. Ni stąd, ni zo­wąd, Je­zus pyta: „Za kogo uwa­ża­ją Mnie lu­dzie?”.

Przy­ja­cie­le wy­da­ją się za­sko­cze­ni. Być może są za­wstydze­ni, jak­by ktoś wy­wo­łał te­mat tabu. Może pró­bo­wa­li już ukrad­kiem oma­wiać tę kwe­stię, za­sta­na­wia­jąc się, kto oka­że się na tyle śmia­ły, by za­pytać Je­zusa o Jego toż­sa­mość. Moż­li­we też, że to Je­zus przy­pad­kiem usłyszał, jak spie­ra­ją się o to, kim jest.

Ucznio­wie udzie­la­ją wy­ryw­ko­wych od­po­wie­dzi. Mó­wią: „Za Jana Chrzci­cie­la, a inni za Elia­sza, a jesz­cze inni za jed­ne­go z pro­ro­ków”. To praw­do­po­dob­nie uczci­we pod­sumo­wa­nie po­glą­dów po­wszech­nych w tam­tym cza­sie. He­rod, wład­ca Ga­li­lei z I wie­ku, uwa­żał, że Je­zus może być zmar­twych­wsta­łym Ja­nem Chrzci­cie­lem. Wie­lu Żydów wie­rzyło, że po­wrót Elia­sza bę­dzie za­po­wie­dzią Bo­że­go pa­no­wa­nia, któ­re­go na­dej­ścia nie­któ­rzy spo­dzie­wa­li się już wkrót­ce. Rów­nież po­rów­na­nie do Je­re­mia­sza wy­da­wa­ło się roz­sąd­ne, ze wzglę­du na po­do­bień­stwa mię­dzy tym pro­ro­kiem i Je­zusem. Jed­nak ucznio­wie są ostroż­ni, uni­ka­ją wy­zna­nia, w co oni wie­rzą.

Je­zus pyta ich za­tem wprost: „A wy za kogo Mnie ma­cie?”[1].

Kim On jest? Po co ko­lej­na książ­ka o Żydzie, któ­ry żył w I wie­ku? Dla­cze­go spę­dzi­łem lata na studio­wa­niu dzie­jów wę­drow­ne­go ka­zno­dziei z pro­win­cji? Dla­cze­go przez dwa ty­god­nie włó­czyłem się po Izra­elu w upa­le, aby zo­ba­czyć miej­sca, w któ­rych ów były cie­śla miesz­kał, i stro­ny, któ­re mógł (lub nie) od­wie­dzić? Co wię­cej, dla­cze­go po­świę­ci­łem Je­zuso­wi życie? Od­po­wie­dzi za­le­żą od pyta­nia o to, Kim, jak wie­rzę, Je­zus jest. Uczci­wie bę­dzie więc o tym opo­wie­dzieć, za­nim za­cznie­my na­szą piel­grzym­kę.

Punk­tem wyj­ścio­wym jest dla mnie kla­sycz­ne twier­dze­nie teo­lo­gicz­ne: Je­zus Chrystus jest praw­dzi­wym Bo­giem i praw­dzi­wym czło­wie­kiem. To jed­na z pierw­szych rze­czy, ja­kiej chrze­ści­ja­nie uczą się o swo­jej wie­rze.

Ale co to ozna­cza? Po pierw­sze, Je­zus z Na­za­re­tu, męż­czyzna, któ­ry prze­mie­rzał Pa­le­stynę I wie­ku[2], nie był Bo­giem uda­ją­cym czło­wie­ka. Był żywym i praw­dzi­wym czło­wie­kiem z krwi i ko­ści, któ­ry do­świad­czył wszyst­kie­go, cze­go do­świad­cza­ją lu­dzie.

Je­zus uro­dził się, żył i umarł jak każ­da isto­ta ludz­ka. Dziec­ko o imie­niu Je­szua przy­szło na świat tak samo bez­bron­ne jak każ­dy inny no­wo­ro­dek i tak samo za­leż­ne od swo­ich ro­dzi­ców. Po­trze­bo­wa­ło opie­ki, no­sze­nia, kar­mie­nia, zmia­ny pie­lu­szek i ma­so­wa­nia, żeby mu się od­bi­ło. Jako chło­piec do­ra­sta­ją­cy w ma­lut­kiej miej­sco­wo­ści Na­za­ret, Je­zus zdzie­rał so­bie skó­rę z ko­lan na ka­mie­ni­stej zie­mi, ude­rzał gło­wą w futrynę i kłuł so­bie pal­ce cier­nia­mi. Ob­ser­wo­wał, jak słoń­ce wscho­dzi i za­cho­dzi nad ga­li­lej­ską wsią, za­sta­na­wia­jąc się, jak da­le­ko stąd jest księ­życ i dla­cze­go gwiaz­dy mi­go­czą.

Je­zus miał cia­ło jak ty czy ja, co ozna­cza, że jadł, pił i spał. Do­świad­czał pra­gnień i po­trzeb sek­sual­nych. Do­ro­sły Je­zus czuł ra­dość i smu­tek, śmie­jąc się z rze­czy, któ­re wy­da­wa­ły Mu się za­baw­ne, i pła­cząc w chwi­li stra­ty. Jako isto­ta w peł­ni ludz­ka i po­sia­da­ją­ca w peł­ni ludz­kie emo­cje od­czuwał za­rów­no frustra­cję, jak i en­tuzjazm. Bywał znużo­ny pod ko­niec dłu­gie­go dnia i cza­sa­mi cho­ro­wał. Nad­wyrę­żał mię­śnie, mie­wał pro­ble­my żo­łąd­ko­we, być może raz czy dwa zła­mał kość. Jak każ­dy z nas po­cił się, chra­pał i ki­chał.

Je­zus do­świad­czył wszyst­kie­go – prócz grze­chu – co wła­ści­we czło­wie­ko­wi.

Czło­wie­czeń­stwo Je­zusa jest prze­szko­dą dla wie­lu lu­dzi, rów­nież dla nie­któ­rych chrze­ści­jan. Epi­zo­dy z Ewan­ge­lii, w któ­rych oka­zuje On sil­ne, a na­wet mało atrak­cyj­ne ludz­kie emo­cje, mogą wy­trą­cić z rów­no­wa­gi tych, któ­rzy wolą skupiać się na Jego bo­skiej na­turze. W pew­nym mo­men­cie w Ewan­ge­lii Mar­ko­wej Je­zus szorst­ko zwra­ca się do ko­bie­ty, któ­ra pro­si Go o uzdro­wie­nie cór­ki[3]. Ko­bie­ta ta nie jest Żydów­ką, w związ­ku z czym Je­zus wy­da­je się zbywać ją bez­dusz­nym ko­men­ta­rzem: „nie go­dzi się odej­mo­wać chleb od ust dzie­ciom, a rzucać go szcze­nię­tom”. Upo­mnie­nie jest ostre, nie­za­leż­nie od kon­tek­stu. Kie­dy ko­bie­ta od­po­wia­da, że na­wet szcze­nię­ta do­sta­ją okruchy ze sto­łu, Je­zus mięk­nie. I uzdra­wia cór­kę.

Dla­cze­go prze­mó­wił tak ostro? Czy to dla­te­go, że od­wie­dzał wła­śnie re­gion zwa­ny przez Mar­ka „oko­li­ca­mi Tyru” – te­ren nie­żydow­ski, gdzie za­pew­ne nie miał czynić żad­nych cu­dów? Je­że­li tak, to dla­cze­go nie od­po­wie­dział ko­bie­cie de­li­kat­niej, tyl­ko użył okre­śle­nia, któ­re w tam­tych cza­sach uwa­ża­ne było za „wy­so­ce ob­raź­li­we”[4]? Czy Je­zus wy­sta­wiał jej wia­rę na pró­bę, wzywa­jąc do uf­no­ści? Je­śli tak, jest to dość su­ro­wa dro­ga po­stę­po­wa­nia i nie pa­suje do współ­czują­ce­go Je­zusa, któ­re­go wie­lu z nas spo­dzie­wa się spo­tkać w Ewan­ge­liach.

Moż­li­we jed­nak, że Je­zus mu­siał się cze­goś na­uczyć dzię­ki wy­trwa­ło­ści tej ko­bie­ty: Jego służ­ba obej­mo­wa­ła wszyst­kich, nie tyl­ko Żydów. Albo może był po pro­stu zmę­czo­ny. Kil­ka wer­sów wcze­śniej Ma­rek mówi nam, że Je­zus wszedł do pew­ne­go domu i „nie chciał, aby kto­kol­wiek o tym wie­dział”. Być może ta la­ko­nicz­na uwa­ga wska­zuje na fi­zycz­ne znuże­nie. Jak­kol­wiek by nie było (a nig­dy nie bę­dzie­my wie­dzieć tego na pew­no), obie moż­li­wo­ści – na­uka lub zmę­cze­nie – w peł­ni uka­zują czło­wie­czeń­stwo Je­zusa.

Ale jest jesz­cze jed­na część tej hi­sto­rii: uzdro­wie­nie. Je­zus mówi do ko­bie­ty: „Dla tego, coś rze­kła, idź, czart wy­szedł z two­jej cór­ki”. A ona wra­ca do domu, jak pi­sze Ma­rek, i za­sta­je swo­je dziec­ko le­żą­ce w łóż­ku – „Czart już je opu­ścił”.

„Praw­dzi­wy Bóg i praw­dzi­wy czło­wiek” – to ozna­cza, że Je­zus z Na­za­re­tu nie był tyl­ko faj­nym ko­le­siem, in­spi­rują­cym na­uczycie­lem i po­boż­nym czło­wie­kiem. Co wię­cej, cha­ryzma­tycz­ny cie­śla nie był też je­dynie bystrym ga­wę­dzia­rzem, współ­czują­cym uzdro­wi­cie­lem czy od­waż­nym pro­ro­kiem. On był Bo­giem.

W od­po­wie­dzi na pyta­nie Je­zusa: „A wy za kogo Mnie ma­cie?”, Piotr wresz­cie mówi: „Ty je­steś Me­sjasz”. Ale Je­zus po­cho­dzi od Boga – o wie­le bar­dziej niż Piotr był to w sta­nie po­jąć, na­wet je­śli roz­po­znał Go jako Me­sja­sza.

Je­zus czyni zdu­mie­wa­ją­ce dzie­ła, któ­re au­to­rzy Ewan­ge­lii na­zywa­ją „nie­zwykłymi czyna­mi” lub „zna­ka­mi”. Dziś okre­śla­my je mia­nem cu­dów – uzdra­wia­nie cho­rych, uci­sza­nie burz, wskrze­sza­nie zmar­łych. Ewan­ge­lie w kół­ko pod­kre­śla­ją, że ucznio­wie Je­zusa, nie­waż­ne jak dłu­go z Nim prze­bywa­ją, są „zdu­mie­ni” i „za­dzi­wie­ni” tym, co czyni. „Nig­dyśmy cze­goś ta­kie­go nie wi­dzie­li”[5] – mówi tłum w Ewan­ge­lii we­dług św. Mar­ka, kie­dy Je­zus uzdra­wia pa­ra­li­tyka. Gdy uci­sza bu­rzę na Je­zio­rze Ga­li­lej­skim, Ma­te­usz pi­sze: „A lu­dzie dzi­wi­li się, mó­wiąc: Kim­że On jest, że i wia­try, i mo­rze są Mu po­słusz­ne”[6]. Na­wet oszczer­cy zwró­ci­li uwa­gę na cuda, kie­dy po­tę­pi­li Go za uzdro­wie­nie czło­wie­ka w Sza­bat[7]. Cuda są nie­odzow­ną czę­ścią hi­sto­rii Je­zusa, po­dob­nie jak inne zna­ki Jego bo­skiej na­tury. Tak jak Zmar­twych­wsta­nie.

Sko­ro czło­wie­czeń­stwo Je­zusa jest dla wie­lu prze­szko­dą, to Jego bo­skość tym bar­dziej. W ra­cjo­nal­nych, no­wo­cze­snych umysłach mó­wie­nie o spra­wach nad­przyro­dzo­nych może wzbu­dzać nie­po­kój – to wstyd. Wie­lu męż­czyzn i wie­le ko­biet po­dzi­wia dziś Je­zusa, ale nie de­cydu­je się na wia­rę w Jego bo­skość. Wpraw­dzie część frag­men­tów Ewan­ge­lii skupia się na „nie­zwykłych czynach”, ale wie­lu chce ogra­ni­czyć się do uzna­wa­nia Go za mą­dre­go na­uczycie­la.

Tho­mas Jef­fer­son po­sunął się do stwo­rze­nia wła­snej Ewan­ge­lii, kła­dąc na­cisk na etycz­ne na­ucza­nie Je­zusa i (do­słow­nie) wy­ci­na­jąc cuda i inne ozna­ki Jego bo­skiej na­tury. Jef­fer­son wo­lał wła­sną wer­sję Je­zusa, nie tę, któ­rą zna­lazł w Ewan­ge­liach. Jak wie­lu z nas, czuł się nie­zręcz­nie z pew­nymi ludz­ki­mi aspek­ta­mi Jego życia. Chciał Je­zusa, któ­ry nie gro­ził ani nie wpra­wiał w za­kło­po­ta­nie, Je­zusa, któ­re­go mógł oswo­ić. Po prze­ana­li­zo­wa­niu re­edycji No­we­go Te­sta­men­tu Jef­fer­so­na, E.P. San­ders (uczo­ny spe­cja­li­zują­cy się w No­wym Te­sta­men­cie) do­szedł do wnio­sku, że Mę­drzec z Mon­ti­cel­lo stwo­rzył Je­zusa, któ­ry, osta­tecz­nie, „bar­dzo przy­po­mi­na Jef­fer­so­na”[8].

Ale do hi­sto­rii Je­zusa na­le­żą za­rów­no Jego czło­wie­czeń­stwo, jak i bó­stwo. Po­mi­ja­jąc to i owo, wy­ci­na­jąc nie­wy­god­ne frag­men­ty, nie mó­wi­my już o Je­zusie. To na­sza wła­sna kre­acja.

+

Tra­dycyj­na wia­ra w ludz­ką i bo­ską na­turę Je­zusa może ro­dzić wie­le pytań, na które zresz­tą od­po­wia­da. „Praw­dzi­wy Bóg i praw­dzi­wy czło­wiek” to – by użyć sło­wa brze­mien­ne­go w zna­cze­nie – ta­jem­ni­ca. Coś, cze­go nie da się wy­ja­śnić, ale co trze­ba roz­wa­żać.

Książ­ka ta zgłę­bi owo za­gad­nie­nie, ale nie bę­dzie wy­suwać żad­nych no­wych twier­dzeń teo­lo­gicz­nych. Po pierw­sze, wie­rzę w tra­dycyj­ne chrze­ści­jań­skie ro­zu­mie­nie Je­zusa Chrystusa. Po drugie, nie je­stem pro­fe­so­rem teo­lo­gii. Je­że­li ocze­kujesz dłu­gich wy­wo­dów teo­lo­gicz­nych, na przy­kład o tym, w jaki spo­sób Syn jest „współ­istot­ny” czy „jed­nym w bycie”[9] z Bo­giem Oj­cem albo jak zro­zu­mieć Trój­cę Świę­tą, ist­nie­je wie­le ksią­żek, któ­re mie­rzą się z tym te­ma­tem o wie­le le­piej niż ja. Będę się do nich od­wo­ływał w ko­lej­nych roz­dzia­łach.

Ta książ­ka nie sta­no­wi ani ko­men­ta­rza bi­blij­ne­go, ani roz­pra­wy na­uko­wej do­star­cza­ją­cej szcze­gó­ło­wej ana­li­zy każ­de­go wer­se­tu Pi­sma Świę­te­go, w tym wy­pad­ku Ewan­ge­lii. Ko­men­ta­rze bi­blij­ne skon­cen­tro­wa­ne są na hi­sto­rycz­nym, po­li­tycz­nym i spo­łecz­nym kon­tek­ście ksiąg Pi­sma, włą­cza­jąc au­tor­stwo, datę, miej­sce, spo­sób edycji tek­stów, zna­cze­nie orygi­nal­nych ter­mi­nów grec­kich i he­braj­skich, praw­do­po­dob­ne kon­se­kwen­cje tek­stów dla ów­cze­sne­go czytel­ni­ka, ich re­li­gij­ne pod­wa­li­ny, po­do­bień­stwa mię­dzy da­nymi wer­se­ta­mi a in­nymi frag­men­ta­mi Bi­blii oraz hi­sto­rycz­ne in­ter­pre­ta­cje teo­lo­gicz­ne. W tej książ­ce będę opie­rał się na ko­men­ta­rzach na­pi­sa­nych przez naj­lep­szych uczo­nych. Nie jest to jed­nak pod­ręcz­nik.

A za­tem czym jest ta książ­ka?

To spoj­rze­nie na Je­zusa, któ­ry po­ja­wia się w Ewan­ge­liach, przez pryzmat mo­jej wie­dzy, do­świad­cze­nia, mo­dli­twy oraz, ostat­nio, piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej. I przez pryzmat wia­ry.

Mój spo­sób ro­zu­mie­nia Je­zusa w du­żej mie­rze wy­ni­ka ze studiów, za­rów­no tych for­mal­nych, jak i nie­for­mal­nych. Jak każ­dy ksiądz ka­to­lic­ki, przez kil­ka lat studio­wa­łem teo­lo­gię na uczel­ni wyż­szej. W tym okre­sie spę­dzi­li­śmy masę cza­su na roz­wa­ża­niu No­we­go Te­sta­men­tu. Uważ­nie czyta­jąc te tek­sty i ana­li­zując je – czę­sto wers po wer­sie i sło­wo po sło­wie – pró­bo­wa­li­śmy zgłę­biać zna­cze­nie słów i czynów Je­zusa.

Ja jed­nak ba­da­łem Nowy Te­sta­ment jesz­cze przed studia­mi teo­lo­gicz­nymi. Kil­ka lat wcze­śniej, kie­dy jako je­zui­ta studio­wa­łem fi­lo­zo­fię, na­uczyłem się na­wet tro­chę gre­ki, aby móc czytać Ewan­ge­lię w orygi­na­le. Na­uka no­wo­te­sta­men­to­wej gre­ki była chyba naj­bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nują­cym edu­ka­cyj­nym do­świad­cze­niem w moim życiu. Pew­ne­go wio­sen­ne­go po­po­łu­dnia, kie­dy wy­kła­dow­ca ka­zał mi prze­tłuma­czyć pierw­sze wer­se­ty Ewan­ge­lii we­dług św. Jana i kie­dy gło­śno prze­czyta­łem: „Na… po­cząt­ku… było… Sło­wo”, myśla­łem, że ser­ce pęk­nie mi z ra­do­ści.

Pod­sta­wo­wa zna­jo­mość gre­ki po­ma­ga za­uwa­żyć rze­czy, któ­re umyka­ją na­wet w naj­lep­szych tłuma­cze­niach. Co in­ne­go prze­czytać w swo­im ro­dzi­mym ję­zyku prze­kład Ewan­ge­lii mó­wią­cej o tym, że Je­zus wi­dzi cho­rych i „li­tuje się”, a co in­ne­go prze­czytać grec­kie splagch­ni­zo­mai, co ozna­cza, że Je­zus był po­ruszo­ny do naj­skryt­szej głę­bi – do­słow­nie: do je­lit. In­nymi sło­wy, do­świad­czał współ­czucia w swo­ich trze­wiach. Będę używał gre­ki za­wsze, kie­dy po­mo­że ona zro­zu­mieć, co au­to­rzy Ewan­ge­lii chcie­li wy­ra­zić przez kon­kret­ne sło­wo czy wy­ra­że­nie.

Oprócz wy­kła­dów uczel­nia­nych, prze­pro­wa­dzi­łem wie­le nie­for­mal­nych studiów nad Je­zusem. Z chwi­lą, gdy wstą­pi­łem do je­zui­tów, sta­łem się wiel­bi­cie­lem ksią­żek o tak zwa­nym „Je­zusie hi­sto­rycz­nym”. W ba­da­niach nad Je­zusem hi­sto­rycz­nym na­ukow­cy pró­bu­ją wy­ja­śnić wszyst­ko, co wia­do­mo o życiu i cza­sach Je­zusa z Na­za­re­tu. Książ­ki i ar­tykuły o Je­zusie hi­sto­rycz­nym skon­cen­tro­wa­ne są na te­ma­tach ta­kich jak re­li­gij­ne zwycza­je kul­tury żydow­skiej I wie­ku w Pa­le­stynie, spo­łecz­ne i eko­no­micz­ne re­alia życia pod wła­dzą rzym­ską czy to, jak cie­śla w ma­łej wio­sce w Ga­li­lei utrzymywał ro­dzi­nę.

Ta­kie ba­da­nia po­zwa­la­ją le­piej ro­zu­mieć Je­zusa w kon­tek­ście Jego cza­sów. Pro­sty przy­kład: Je­zus snuje przy­kuwa­ją­cą uwa­gę opo­wieść o słudze, któ­re­mu pan po­wie­rzył opie­kę nad „ta­len­ta­mi”[10]. Je­że­li wiesz, że „ta­lent” to ogrom­na suma pie­nię­dzy, od­po­wia­da­ją­ca pięt­na­sto­let­nim za­rob­kom ro­bot­ni­ka, le­piej zro­zu­miesz po­wód, dla któ­re­go Je­zus użył tego sło­wa w swo­jej hi­sto­rii. Zro­zu­miesz przy­po­wieść – a przez to rów­nież Je­zusa – dużo le­piej.

Na­ukow­cy zaj­mu­ją­cy się Je­zusem hi­sto­rycz­nym wy­ko­rzystują wszyst­kie do­stęp­ne na­rzę­dzia – na­szą zna­jo­mość kul­tur I wie­ku, na­szą wie­dzę o lo­kal­nych ję­zykach, a na­wet zna­le­zi­ska ar­che­ogicz­ne po­cho­dzą­ce z tam­tych oko­lic – aby le­piej zro­zu­mieć Jego życie i cza­sy. Ba­da­nia ta­kie są bli­sko po­wią­za­ne z tak zwa­ną „chrysto­lo­gią od­dol­ną” – pró­bą zro­zu­mie­nia Je­zusa, po­cząw­szy od Jego ludz­kiej na­tury. Punk­tem wyj­ścio­wym jest Je­zus jako czło­wiek, „Je­zus hi­sto­rii”.

Prze­czyta­łem jed­nak rów­nie wie­le ksią­żek i ar­tykułów o Je­zusie, któ­re mniej skupia­ją się na szcze­gó­łach Jego życia na zie­mi, a bar­dziej na Jego miej­scu w wie­rze chrze­ści­jań­skiej. Publi­ka­cje te roz­wa­ża­ją za­gad­nie­nia ta­kie jak Zmar­twych­wsta­nie, to, w jaki spo­sób Je­zus nas „zba­wia”, jaka jest na­tura Jego re­la­cji z Bo­giem Oj­cem i Du­chem Świę­tym. Kon­cen­trują się one na „Chrystusie wia­ry” i za­czyna­ją od bo­skiej na­tury Je­zusa Chrystusa. To tak zwa­na „chrysto­lo­gia od­gór­na”. Tutaj punk­tem wyj­ścio­wym jest Je­zus jako Syn Boży.

Róż­ni­cę mię­dzy tymi dwo­ma po­dej­ścia­mi moż­na po­ka­zać na pro­stym przy­kła­dzie, do któ­re­go szcze­gó­łów wró­ci­my póź­niej: dra­ma­tycz­nej hi­sto­rii wskrze­sze­nia Ła­za­rza. Gdzieś w po­ło­wie Ewan­ge­lii we­dług św. Jana w miej­sco­wo­ści Be­ta­nia na przed­mie­ściach Je­ro­zo­li­my umie­ra Ła­zarz – brat przy­ja­ció­łek Je­zusa, Mar­ty i Ma­rii. Je­zus słyszy wie­ści, cze­ka trzy dni, spo­tyka się z dwie­ma sio­stra­mi i w koń­cu od­wie­dza grób męż­czyzny. Je­zus pro­si o od­sunię­cie ka­mie­nia i woła: „Ła­za­rzu, wyjdź z gro­bu!”. I zmar­ły wy­cho­dzi[11].

Uczo­ny zaj­mu­ją­cy się Je­zusem hi­sto­rycz­nym, upra­wia­ją­cy teo­lo­gię „od­dol­nie”, mógł­by pytać: Ja­kie były żydow­skie zwycza­je po­grze­bo­we w tam­tych cza­sach? Czy okres trzech dni ma re­li­gij­ne zna­cze­nie? Czy ja­kieś zwycza­je po­wstrzymywa­ły Je­zusa przed na­tych­mia­sto­wym uda­niem się do gro­bu? Jaka była rola ko­biet w żydow­skich rytua­łach po­grze­bo­wych? Czy ja­kie­kol­wiek tra­dycje żydow­skie przyj­mo­wa­ły kon­cep­cję zmar­twych­wsta­nia? Od­po­wie­dzi na te pyta­nia po­ma­ga­ją nam peł­niej zro­zu­mieć hi­sto­rię i rzuca­ją świa­tło na to, co Je­zus po­wie­dział i zro­bił tego dnia w Be­ta­nii.

Ten, kto pa­trzy z per­spek­tywy Chrystusa wia­ry i upra­wia teo­lo­gię „od góry”, może wy­suwać nie­co od­mien­ne pyta­nia. Co wskrze­sze­nie Ła­za­rza mówi nam o bo­skiej mocy Je­zusa? W jaki spo­sób dzia­ła­nia Je­zusa przy gro­bow­cu pod­kre­śla­ły Jego sło­wa? Jak w tej hi­sto­rii uka­zuje się idea Je­zusa jako „życia”? W jaki spo­sób wskrze­sze­nie Ła­za­rza przez Je­zusa za­po­wia­da Jego wła­sne zmar­twych­wsta­nie? I co hi­sto­ria Ła­za­rza mówi o na­szej od­po­wie­dzi na głos Boga, dzi­siaj?

Oba ze­sta­wy pytań są istot­ne i je­że­li stra­ci­my z oczu któ­rą­kol­wiek z per­spek­tyw, na­ra­ża­my się na ryzyko za­mie­nie­nia Je­zusa albo w Boga uda­ją­ce­go czło­wie­ka, albo w czło­wie­ka uda­ją­ce­go Boga. Te dwa po­dej­ścia do chrysto­lo­gii są kom­ple­men­tar­ne, nie sprzecz­ne. Aby w peł­ni spo­tkać się z Je­zusem Chrystusem, wier­ny musi zro­zu­mieć Je­zusa hi­sto­rii, czło­wie­ka, któ­ry cho­dził po zie­mi, oraz ze­tknąć się z Chrystusem wia­ry, z tym, któ­ry po­wstał z mar­twych. Obie szko­ły po­szukują od­po­wie­dzi na pyta­nie, z któ­rym zma­ga­li się apo­sto­ło­wie w dro­dze do Ce­za­rei Fi­li­po­wej: Kim jest Je­zus? Oba są klu­czo­we i z obu bę­dzie­my w tej książ­ce ko­rzystać, jed­nak ak­cent może się prze­no­sić, w za­leż­no­ści od oma­wia­nej hi­sto­rii.

Co wię­cej, Je­zus jest za­wsze praw­dzi­wym Bo­giem i praw­dzi­wym czło­wie­kiem. Nie ozna­cza to, że jest czło­wie­kiem w trak­cie jed­ne­go wy­da­rze­nia, a w in­nej chwi­li Bo­giem – nie­waż­ne, jak mo­gło­by się nam wy­da­wać przy po­szcze­gól­nych epi­zo­dach Jego życia. Jest Bo­giem, kie­dy pi­łuje bal drew­na, i czło­wie­kiem, kie­dy wskrze­sza Ła­za­rza. Oczywi­ście czyta­jąc roz­ma­ite frag­men­ty Ewan­ge­lii, mo­że­my od­nieść wra­że­nie, że w nie­któ­rych do­strze­ga­my wię­cej czło­wie­czeń­stwa, a w in­nych wię­cej bo­sko­ści. Rów­nież w tej książ­ce nie­któ­re roz­dzia­ły mogą uwypuklać Jego ludz­ką na­turę (np. po­świę­co­ny Jego cie­siel­skiej pra­cy), inne na­to­miast na­turę bo­ską (daj­my na to, uzdro­wie­nie pa­ra­li­tyka). Jed­nak na­wet używa­nie tych okre­śleń jest mylą­ce: Je­zus za­wsze jest i ludz­ki, i bo­ski – nie­za­leż­nie od tego, czy robi stół, czy uzdra­wia cho­re­go. Jego dwie na­tury są nie­ro­ze­rwal­ne, w każ­dej chwi­li zjed­no­czo­ne w Jego oso­bie.

Ist­nie­ją rów­nież ta­kie pyta­nia do­tyczą­ce praw­dzi­wie ludz­kiej i praw­dzi­wie bo­skiej oso­by, na któ­re nie mo­że­my od­po­wie­dzieć. Co dzia­ło się w gło­wie Je­zusa? Jak Jego czło­wie­czeń­stwo „współ­pra­co­wa­ło” (by użyć tego nud­ne­go sło­wa) z Jego bo­sko­ścią i vice ver­sa? Do ja­kie­go stop­nia oso­ba ludz­ka była świa­do­ma swo­jej bo­skiej na­tury? Te pyta­nia, jak wie­le in­nych zwią­za­nych z Je­zusem, mu­szą po­zo­stać ta­jem­ni­cą.

I choć toż­sa­mość Je­zusa jako praw­dzi­wie ludz­kie­go Syna Bo­że­go po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą, to jest to pięk­na ta­jem­ni­ca, naj­pięk­niej­sza, jaką znam, i war­to ją roz­wa­żać.

+

Po­mi­ja­jąc studia aka­de­mic­kie, po­zna­wa­łem Je­zusa na jesz­cze trzech dro­gach: po­przez mo­dli­twę, do­świad­cze­nie i piel­grzym­kę.

Dwa­dzie­ścia pięć lat temu wstą­pi­łem do To­wa­rzystwa Je­zuso­we­go – za­ko­nu rzym­sko­ka­to­lic­kie­go, sze­rzej zna­ne­go jako je­zui­ci. Krót­ko po tym, jak roz­po­czą­łem no­wi­cjat (pierw­szy etap for­ma­cji), wpro­wa­dzo­no mnie w cu­dow­ny spo­sób mo­dli­twy spo­pula­ryzo­wa­ny przez św. Igna­ce­go Loy­o­lę, żyją­ce­go w XVI wie­ku za­ło­życie­la za­ko­nu je­zui­tów. Me­to­da ta zna­na jest pod wie­lo­ma na­zwa­mi: me­dyta­cja igna­cjań­ska, mo­dli­twa wy­obra­że­nio­wa czy kom­po­zycja miej­sca. Me­dyta­cja igna­cjań­ska za­chę­ca do tego, byśmy wy­obra­zi­li so­bie sie­bie w okre­ślo­nej sce­nie bi­blij­nej. Przy­kła­do­wo, je­śli two­ja mo­dli­twa do­tyczy Je­zusa i apo­sto­łów prze­bywa­ją­cych na ło­dzi pod­czas bu­rzy, pró­bu­jesz wy­obra­zić so­bie sie­bie z ucznia­mi na po­kła­dzie i za­da­jesz so­bie sze­reg pytań, pró­bu­jąc w ten spo­sób umiej­sco­wić się w da­nej sce­ne­rii.

Mo­żesz za­pytać: Co wi­dzisz? Ilu apo­sto­łów jest w ło­dzi? Co ma­lu­je się na ich twa­rzach? Jak bar­dzo wzbu­rzo­ne jest mo­rze? Co słyszysz? Wy­cie wia­tru? Sprzęt do ło­wie­nia ryb prze­suwa­ją­cy się po po­kła­dzie? Jaki za­pach czujesz? Je­steś na kutrze, więc może po­zo­sta­ło­ści z dzi­siej­sze­go po­ło­wu. Cze­go do­tykasz? Skrom­ne ubra­nia pew­nie sta­ły się cięż­kie, prze­mo­czo­ne wodą nie­sio­ną przez bu­rzę. Jaki smak czujesz? Może kro­ple wody na ustach. Sto­sując ta­kie tech­ni­ki wy­obra­że­nio­we, po­zwa­lasz frag­men­tom Ewan­ge­lii roz­grywać się w two­jej gło­wie, dzię­ki cze­mu mo­żesz za­ob­ser­wo­wać swo­je re­ak­cje.

Me­dyta­cja igna­cjań­ska nie wy­ma­ga żad­nych szcze­gól­nych pre­dys­po­zycji du­cho­wych. Nie wy­ma­ga też tego, abyś wie­rzył w pre­cyzyj­ność każ­de­go naj­mniej­sze­go szcze­gó­łu opo­wie­ści (jak się prze­ko­na­my, nie­któ­re re­la­cje o tych sa­mych wy­da­rze­niach za­war­te w róż­nych Ewan­ge­liach nie zga­dza­ją się ze sobą). Za­pra­sza cię je­dynie do wej­ścia w hi­sto­rie bi­blij­ne i uzna­nia, że Bóg może dzia­łać przez two­ją wy­obraź­nię, co po­zwa­la zyskać świe­że spoj­rze­nie na pew­ne spra­wy. Je­zus oso­bi­ście za­pra­szał lu­dzi do wy­ko­rzystywa­nia wy­obraź­ni, opo­wia­da­jąc im przy­po­wie­ści. Gdy ktoś za­pytał: „Kto jest moim bliź­nim?”, Je­zus od­po­wia­dał nie de­fi­ni­cją, a hi­sto­rią mi­ło­sier­ne­go Sa­ma­ryta­ni­na, w re­zul­ta­cie mó­wiąc do swo­ich słucha­czy: „Wy­obraź­cie so­bie ta­kie zda­rze­nie”.

Nie­któ­re mo­men­ty z życia Je­zusa ła­two pod­da­ją się me­dyta­cji igna­cjań­skiej: wy­ra­zi­ste hi­sto­rie uzdro­wień cho­rych nie­mal pro­szą się o ten ro­dzaj mo­dli­twy. In­nym przy­kła­dem jest okres w Na­za­re­cie, mię­dzy dwuna­stym a trzydzie­stym ro­kiem życia Je­zusa. Po­nie­waż na­pi­sa­no tyl­ko jed­ną li­nij­kę o tym dłu­gim od­cin­ku cza­su, lata te na­zwa­ne zo­sta­ły Jego „ukrytym życiem”[12]. To waż­na spra­wa, prze­myśleć, jak mo­gła wy­glą­dać Jego co­dzien­ność. I wy­ni­ki ba­dań nad Je­zusem hi­sto­rycz­nym będą w sta­nie wy­peł­nić tu pew­ne luki, po­mo­gą wy­obra­zić so­bie Jego życie w Na­za­re­cie I wie­ku.

Książ­ka ta za­tem po czę­ści wy­pływa z mo­jej oso­bi­stej mo­dli­twy. Przy­go­to­wując się do pi­sa­nia, po­now­nie prze­czyta­łem swo­je dzien­nicz­ki du­cho­we. I tutaj chciał­bym się od­nieść do za­sad­ni­czej kwe­stii: kie­dy będę mó­wił o życiu Je­zusa, za­zna­czę, co po­cho­dzi z Ewan­ge­lii, tra­dycji chrze­ści­jań­skiej i ba­dań hi­sto­rycz­nych, co zaś z ana­liz na­uko­wych i mo­jej mo­dli­twy. Ja­sno będę pod­kre­ślał, co sta­no­wi spe­kula­cję, a co nie.

Mój wgląd w życie Je­zusa ro­dzi się rów­nież z do­świad­czeń. Chrystus żyje, praw­dzi­wie zmar­twych­wsta­ły, nie tyl­ko „po pra­wi­cy Ojca”, jak mówi Cre­do Ni­cej­skie, ale i w życiu lu­dzi wo­kół nas. Świę­ty Pa­weł w jed­nym z li­stów pięk­nie uka­zuje, jak wspól­no­ta wier­nych two­rzy „cia­ło Chrystusa” na zie­mi. Tak­że w swo­jej pra­cy dusz­pa­ster­skiej spo­tka­łem Chrystusa. W King­ston na Ja­maj­ce, u boku sióstr od Mat­ki Te­re­sy. W Na­iro­bi w Ke­nii, wśród wschod­nio­afrykań­skich uchodź­ców. W Chi­ca­go wśród człon­ków gan­gów ulicz­nych. W bo­stoń­skim wię­zie­niu, wśród osa­dzo­nych tam męż­czyzn i ko­biet. A tak­że w pa­ra­fii w za­moż­nej dziel­ni­cy No­we­go Jor­ku.

Mat­ka Te­re­sa, pra­cu­jąc wśród bied­nych, czę­sto mó­wi­ła o spo­tka­niu z Chrystusem w „ubo­gim prze­bra­niu”. Nie­rzad­ko i ja znaj­do­wa­łem po­śród nich Chrystusa. Ale moż­na od­na­leźć Go w kim­kol­wiek. Jak pi­sał je­zuic­ki po­eta Ge­rard Man­ley Hop­kins: „bo w ty­sią­cach miejsc Chrystus się ja­rzy/ Bla­skiem, co cia­ła cu­dze prze­świe­tla i oczy,/ By Pan mógł do­strzec świa­tłość w rysach ludz­kiej twa­rzy”[13]. Mó­wiąc mniej po­etyc­ko, mo­że­my spo­tkać Chrystusa w lu­dziach wo­kół nas. Życie każ­de­go czło­wie­ka może po­wie­dzieć nam coś o Bogu. Po­dzie­lę się więc opo­wie­ścią o tym, jak spo­tyka­łem Boga w in­nych.

Wie­le frag­men­tów No­we­go Te­sta­men­tu na­bra­ło rów­nież więk­sze­go zna­cze­nia dzię­ki kon­kret­nym wy­da­rze­niom w moim życiu. Kie­dy na­tkniesz się na Pi­smo w mo­men­cie prze­ło­mo­wym, czę­sto wy­da­je ci się, jak­byś nig­dy wcze­śniej nie wi­dział da­ne­go frag­men­tu tek­stu. Za­uwa­żasz coś no­we­go, a sam frag­ment na­bie­ra wy­raź­ne­go tem­pa. Inną spra­wą jest czyta­nie o sztor­mie na mo­rzu, kie­dy two­je życie jest spo­koj­ne, a zupeł­nie inną, kie­dy sta­je się burz­li­we. Wią­żąc bi­blij­ne wer­se­ty z wła­snymi do­świad­cze­nia­mi, mam na­dzie­ję po­móc ci po­łą­czyć je z two­imi.

Wresz­cie, spo­ra część książ­ki bę­dzie zbu­do­wa­na wo­kół kon­cep­cji piel­grzym­ki. Dwa lata temu wy­bra­łem się z moim przy­ja­cie­lem je­zui­tą do miejsc, któ­re chrze­ści­ja­nie na­zywa­ją Zie­mią Świę­tą, do re­gio­nów w Izra­elu i wo­kół nie­go, gdzie roz­grywa­ło się spo­ro wy­da­rzeń Sta­re­go i No­we­go Te­sta­men­tu.

+

Piel­grzym­ka do Zie­mi Świę­tej była dla mnie czymś osza­ła­mia­ją­cym. Wprost nie mo­głem uwie­rzyć w to, że od­wie­dzam miej­sca, w któ­rych żył Je­zus. Kie­dy pierw­szy raz uj­rza­łem Je­zio­ro Ga­li­lej­skie, jego skrzą­cą się nie­bie­sko­zie­lo­ną toń, oto­czo­ną ró­żo­wa­wymi piasz­czystymi wzgó­rza­mi, ja­śnie­ją­cymi w pa­lą­cym słoń­cu, myśla­łem, że śnię. Kil­ka dni wcze­śniej w Je­ro­zo­li­mie wraz z moim przy­ja­cie­lem Geo­r­ge’em na­tknę­li­śmy się na sa­dzaw­kę Owczą, jak św. Jan na­zywa w Ewan­ge­lii miej­sce, w któ­rym Je­zus uzdro­wił pa­ra­li­tyka[14]. Jan pi­sze, że sa­dzaw­ka „ma pięć kruż­gan­ków”. Przez wie­ki nie­któ­rzy ucze­ni po­da­wa­li w wąt­pli­wość ist­nie­nie tego miej­sca. Jed­nak dzie­więt­na­sto­wiecz­ne wy­ko­pa­li­ska ar­che­olo­gicz­ne po­zwo­li­ły od­kryć nie­mal cały kom­pleks – łącz­nie z pię­cio­ma kruż­gan­ka­mi, do­kład­nie tak, jak przed­sta­wił to Jan. Pa­trzeć na miej­sce, w któ­rym Je­zus do­ko­nał cudu i któ­re po­twier­dza pre­cyzyj­ność Ewan­ge­lii, to głę­bo­ko po­rusza­ją­ce. Było tam pięć kruż­gan­ków: je­den, dwa, trzy, czte­ry, pięć. Były tam. On też tam był.

W cią­gu dwóch ty­god­ni od­wie­dzi­li­śmy z Geo­r­ge’em nie­mal każ­de miej­sce, w któ­rym prze­bywał Je­zus: oczywi­ście Je­ro­zo­li­mę, Be­tle­jem i Na­za­ret, ale tak­że oko­li­ce wo­kół Je­zio­ra Ga­li­lej­skie­go tra­dycyj­nie zwią­za­ne z Jego na­ucza­niem: Górę Bło­go­sła­wieństw, gdzie wy­gło­sił ka­za­nie, ka­mie­ni­stą pla­żę, na któ­rej po­wo­łał pierw­szych apo­sto­łów, czy za­to­kę, nad któ­rą z ło­dzi na­le­żą­cej do uczniów na­uczał pierw­szych przy­po­wie­ści. Wi­dząc to, co wi­dział Je­zus, i sto­jąc tam, gdzie On stał (albo przy­najm­niej w po­bli­żu), po­głę­bi­łem swo­je ro­zu­mie­nie Ewan­ge­lii i swo­ją wia­rę.

Piel­grzym­ka na­uczyła mnie rów­nież rze­czy, któ­rych nie zna­la­złem w książ­kach. Po pierw­sze, jak bli­sko sie­bie znaj­du­ją się miej­sca wo­kół Je­zio­ra Ga­li­lej­skie­go, w któ­rych zda­rzyło się wie­le z cu­dów. W kil­ka go­dzin moż­na przejść całe wy­brze­że i od­wie­dzić stro­ny zwią­za­ne z dy­na­me­is – dy­na­micz­nymi „nie­zwykłymi czyna­mi”, o któ­rych mó­wią Ewan­ge­lie. Po drugie, jak da­le­ko od sie­bie znaj­du­ją się nie­któ­re miej­sco­wo­ści. Co in­ne­go czytać o tym, że Je­zus wę­dro­wał z ucznia­mi z Je­ro­zo­li­my do Je­rycha, a co in­ne­go sa­me­mu prze­mie­rzyć tę od­le­głość (go­dzi­na sa­mo­cho­dem) i wy­obra­żać so­bie, jak wy­czer­pują­ca była to po­dróż w Pa­le­stynie I wie­ku.

Drob­ne szcze­gó­ły ujaw­nia­ły się w każ­dej chwi­li. Pew­ne­go upal­ne­go dnia, sto­jąc na brze­gu Je­zio­ra Ga­li­lej­skie­go – w miej­scu, z któ­re­go Je­zus praw­do­po­dob­nie wy­gła­szał przy­po­wie­ści – ro­zej­rza­łem się i za­uwa­żyłem, że ota­cza mnie za­rów­no ska­li­sta, jak i żyzna zie­mia oraz cier­nie. Od razu przy­po­mnia­łem so­bie przy­po­wieść o siew­cy, któ­ry roz­sie­wa ziar­no wła­śnie po ta­kich ro­dza­jach te­re­nu[15]. Po raz pierw­szy zda­łem so­bie spra­wę z tego, że kie­dy Je­zus na­uczał, nie mu­siał wca­le opi­sy­wać abs­trak­cyj­nych po­ła­ci zie­mi (w stylu „Wy­obraź­cie so­bie ska­li­stą zie­mię”), ale mó­wił o tym, na czym sta­li Jego słucha­cze. Mogę Go so­bie wy­obra­zić wska­zują­ce­go pal­cem i mó­wią­ce­go: „Spójrz­cie tam, na tam­tą zie­mię”.

To do­świad­cze­nie przy­po­mnia­ło mi o czymś, co po­wie­dział mi przy­ja­ciel, za­nim wy­je­cha­łem. Po­dróż przez Zie­mię Świę­tą to jak wi­zyta w domu ro­dzin­nym do­bre­go przy­ja­cie­la. Nie­waż­ne jak do­brze go znasz, po tej wi­zycie zro­zu­miesz go le­piej. Ogól­nie rzecz bio­rąc, piel­grzym­ka spra­wi­ła, że Ewan­ge­lie sta­ły się dla mnie bar­dziej wy­ra­zi­ste, po­głę­bi­ła moje ro­zu­mie­nie po­szcze­gól­nych hi­sto­rii i do­star­czyła mi mnó­stwa fa­scynują­cych in­for­ma­cji o życiu i cza­sach Je­zusa z Na­za­re­tu. To dla­te­go Zie­mia Świę­ta na­zywa­na jest czę­sto Pią­tą Ewan­ge­lią.

Wszyst­ko to zo­sta­nie w tej książ­ce przy­wo­ła­ne i po­wią­za­ne z życiem Je­zusa: ba­da­nia, mo­dli­twa, do­świad­cze­nie, piel­grzym­ka – i wia­ra. Od­nio­sę się do tego w kon­tek­ście pyta­nia, któ­re jako pierw­si usłysze­li ucznio­wie w dro­dze do Ce­za­rei Fi­li­po­wej: Kim jest Je­zus?

+

Je­śli cho­dzi o struk­turę książ­ki, będę przed­sta­wiał życie Je­zusa po ko­lei – po­cząw­szy od zwia­sto­wa­nia Jego na­ro­dzin, prze­cho­dząc przez dzie­ciń­stwo, doj­rze­wa­nie i mło­dość, da­lej po­przez chrzest, kon­cen­trując się w szcze­gól­no­ści na Jego dzia­łal­no­ści publicz­nej, a skoń­czyw­szy na ostat­nich dniach, śmier­ci i zmar­twych­wsta­niu. Czte­ry Ewan­ge­lie nie za­wsze zga­dza­ją się co do ko­lej­no­ści zda­rzeń (czę­sto nie za­wie­ra­ją tych sa­mych zda­rzeń), ale po­stę­pują we­dług mniej lub bar­dziej lo­gicz­ne­go po­rząd­ku. Jest więc moż­li­we ko­rzysta­nie z wszyst­kich czte­rech na raz. Mo­imi prze­wod­ni­ka­mi będą roz­ma­ite „sy­nap­sy”, ze­sta­wia­ją­ce frag­men­ty z Ma­te­usza, Mar­ka i Łuka­sza z punk­tu wi­dze­nia chro­no­lo­gii. Jana nie­co trud­niej do­pa­so­wać do po­zo­sta­łych, ale nie jest to nie­moż­li­we: on tak­że po­dą­ża śla­dem życia Je­zusa.

Kie­dy do­trze­my do zna­czą­cych „miejsc” w życiu Je­zusa, będę dzie­lił się opo­wie­ścia­mi o tym, co wi­dzia­łem, zwie­dza­jąc te te­re­ny pod­czas swo­jej piel­grzym­ki. W ten spo­sób mam na­dzie­ję za­brać cię w taką po­dróż, ja­kiej sam do­świad­czyłem. Będę rów­nież za­sta­na­wiał się nad tym, co po­szcze­gól­ne zda­rze­nia z życia Je­zusa mogą mieć nam do po­wie­dze­nia dziś.

Każ­dy roz­dział bę­dzie za­tem za­wie­rał tro­chę re­la­cji z po­dró­ży, tro­chę ana­li­zy tek­stu i tro­chę du­cho­wej re­flek­sji. Na koń­cu roz­dzia­łów będę za­łą­czał od­po­wied­nie ustę­py Ewan­ge­lii, aby za­chę­cić cię do sa­mo­dziel­ne­go ich do­świad­cze­nia.

Nie omó­wię, rzecz ja­sna, każ­de­go wy­da­rze­nia z życia Je­zusa od­no­to­wa­ne­go w Ewan­ge­liach. Tak jak już wspo­mnia­łem, nie jest to ko­men­tarz bi­blij­ny. Ni­ko­mu nie chcia­ło­by się czytać czte­rech ty­się­cy stron. Skupię się ra­czej na kon­kret­nych sy­tua­cjach, któ­re mają dla mnie naj­więk­sze zna­cze­nie i o któ­rych, jak myślę, mógł­bym po­wie­dzieć coś no­we­go. Nie będę też oma­wiał każ­de­go frag­men­tu rów­nie szcze­gó­ło­wo: pew­ne hi­sto­rie wy­ma­ga­ją szer­szej ana­li­zy, in­nych kwe­stii nie na­le­ży bez po­trze­by prze­cią­gać. Przy­kła­do­wo, pas­susów do­tyczą­cych Ma­ryi i Jó­ze­fa nie będę roz­wa­żał tak szcze­gó­ło­wo jak frag­men­tów, w któ­rych po­ja­wia się do­ro­sły Je­zus. Wresz­cie, nie opo­wiem o każ­dym miej­scu, któ­re z Geo­r­ge’em od­wie­dzi­li­śmy. Obej­dzie się bez re­la­cji z kup­na pa­sty do zę­bów w ap­te­ce w Je­ro­zo­li­mie albo mydła w Ty­be­ria­dzie.

Książ­ka ta prze­zna­czo­na jest dla każ­de­go – za­rów­no dla oso­by, któ­ra do­pie­ro za­czyna myśleć o Je­zusie, jak i dla ko­goś, kto czuje, że jest do­brze zo­rien­to­wa­ny w te­ma­cie. Na­da­je się dla lu­dzi ob­da­rzo­nych głę­bo­ką wia­rą oraz dla nie­wie­rzą­cych, któ­rzy pra­gną do­wie­dzieć się o Je­zusie wię­cej. Ja jed­nak pa­trzę z per­spek­tywy chrze­ści­ja­ni­na, nie będę więc krę­po­wał się mó­wić o swo­jej wie­rze. Wresz­cie, nie będę zbyt­nio za­kła­dał, że wcze­śniej wie­dzia­łeś coś o Ewan­ge­liach czy życiu i cza­sach Je­zusa, ale przyj­mę, że szyb­ko na­bie­rzesz pręd­ko­ści i, jak po­wie­dział Je­zus, pój­dziesz za mną.

+

Za każ­dym ra­zem, gdy mó­wi­łem zna­jo­mym, że pi­szę książ­kę o Je­zusie, wy­bu­cha­li śmie­chem. Ska­la ta­kie­go pro­jek­tu wy­da­wa­ła się nie­moż­li­wa do zre­ali­zo­wa­nia. Kie­dy wy­ja­śnia­łem, że książ­ka bę­dzie kon­cen­tro­wać się tyl­ko na wy­bra­nych frag­men­tach Ewan­ge­lii, je­den ze zna­jo­mych za­dał cał­kiem sen­sow­ne pyta­nie.

– Czy je­steś w sta­nie po­wie­dzieć coś, co nie zo­sta­ło jesz­cze po­wie­dzia­ne?

– Cóż – od­par­łem – na­pi­szę o Je­zusie, któ­re­go spo­tka­łem w swo­im życiu. To jest Je­zus, o któ­rym wcze­śniej nie pi­sa­no.

Może to przy­po­mi­nać słucha­nie, jak zna­jo­my mówi ci coś nie­spo­dzie­wa­ne­go o wa­szym wspól­nym przy­ja­cie­lu. „Tego o nim nie wie­dzia­łem” – po­wie­dział­byś z za­sta­no­wie­niem. Spo­glą­da­nie na przy­ja­cie­la in­nymi ocza­mi może po­móc bar­dziej do­ce­nić daną oso­bę. Na koń­cu za­czniesz poj­mo­wać swo­je­go przy­ja­cie­la w zupeł­nie nowy spo­sób.

Chciał­bym za­tem za­pro­po­no­wać spo­tka­nie z Je­zusem, któ­re­go może już znasz. Bę­dzie to jed­nak spo­tka­nie na nowo. Lub, je­śli nie wiesz zbyt wie­le o Je­zusie, chciał­bym ci Go przed­sta­wić. Chciał­bym przed­sta­wić ci Je­zusa, któ­re­go znam, Oso­bę znaj­du­ją­cą się w cen­trum mo­je­go życia.

Po­zna­wa­nie Je­zusa, po­dob­nie jak po­zna­wa­nie każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka, sta­no­wi­ło piel­grzym­kę. Czę­ścią tej piel­grzym­ki była wy­pra­wa do Izra­ela, któ­ra zmie­ni­ła moje życie.

[1] Mk 8,27-30. Będę cyto­wał frag­men­ty No­we­go Te­sta­men­tu w kla­sycz­ny spo­sób – księ­ga, roz­dział i wer­set – używa­jąc stan­dar­do­wych skró­tów. Czyli: Mt (Ma­te­usz), Mk (Ma­rek), Łk (Łukasz) i J (Jan). A za­tem Mk 8,27-30, skąd po­cho­dzi ta hi­sto­ria, to Ewan­ge­lia we­dług św. Mar­ka, roz­dział 8, wer­se­ty od 27 do 30. Będę po­da­wał re­fe­ren­cje bi­blij­ne rów­nież tych ustę­pów, któ­re nie sta­no­wią głów­ne­go przed­mio­tu za­in­te­re­so­wa­nia po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów. W kwe­stii trans­kryp­cji pi­sma grec­kie­go zob. roz­dział 2, przy­pis 9.

(W tek­ście orygi­nal­nym Au­tor po­sługuje się prze­kła­dem New Re­vi­sed Stan­dard Ver­sion, któ­ry jego zda­niem naj­le­piej od­da­je treść grec­kie­go orygi­na­łu. W tłuma­cze­niu na ję­zyk pol­ski cyta­ty bi­blij­ne przy­ta­cza­ne będą w prze­kła­dzie Bi­blii Po­znań­skiej, t. 1-4, Po­znań 2009 – przyp. tłum.).

[2] For­mal­nie rzecz uj­mu­jąc, „Pa­le­styna” była okre­śle­niem rzym­skim. Je­zus praw­do­po­dob­nie używał ra­czej ter­mi­nów „Ga­li­lea”, „Judea” i „Sa­ma­ria”. Ja będę używał ter­mi­nu „Pa­le­styna I wie­ku”, po­nie­waż jest to naj­pow­szech­niej­szy spo­sób mó­wie­nia o oj­czyź­nie Je­zusa w I wie­ku.

[3] Mk 7,24-30; Mt 15,21-28.

[4]Amy-Jill Le­vi­ne, Marc Zvi Bret­tler, Je­wish An­no­ta­ted NewTe­sta­ment, s. 75.

[5] Mk 2,12.

[6] Mt 8,23-27.

[7] Mt 12,9-14; Mk 3,1-6; Łk 6,6-11.

[8] E.P. San­ders, Histori­cal Fi­gure of Jesus, s. 7.

[9] Praw­do­po­dob­nie au­tor na­wią­zuje do no­we­go an­giel­skie­go tłuma­cze­nia Cre­do, gdzie star­sze sfor­mu­ło­wa­nie one in be­ing zo­sta­ło za­stą­pio­ne ter­mi­nem con­sub­stan­tial, „współ­istot­ny” (przyp. tłum.).

[10] Mt 25,14-30.

[11] J 11,1-44.

[12] Łk 2,52: „Je­zus zaś wzra­stał w mą­dro­ści i w la­tach, i w ła­sce u Boga i u lu­dzi”. Po­zo­sta­łe Ewan­ge­lie mil­czą na te­mat tego – jak­że waż­ne­go – okre­su życia Je­zusa.

[13] G.M. Hop­kins, *** [I wa­żek wart­kie wrze­nia…], w: ten­że, Wy­bór po­ezji, wy­bo­ru do­ko­nał, prze­ło­żył i wstę­pem opa­trzył Sta­ni­sław Ba­rań­czak, Znak, Kra­ków 1981, s. 79.

[14] J 5,1-9.

[15] Mt 13,1-9; Mk 4,1-9; Łk 8,4-8.

Roz­dział 1

Piel­grzymi

– Po­wi­nie­neś po­je­chać do Zie­mi Świę­tej – po­wie­dział na­czel­ny cza­so­pi­sma „Ame­ri­ca”. Sie­dzie­li­śmy w ga­bi­ne­cie mo­je­go sze­fa w no­wo­jor­skiej sie­dzi­bie re­dak­cji. – Je­śli chcesz pi­sać książ­kę o Je­zusie, może ci to bar­dzo po­móc.

Byłem mu wdzięcz­ny za do­brą radę, ale mia­łem też wąt­pli­wo­ści. Drew, je­zui­ta tak samo jak ja, miał wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie w dzie­dzi­nie sto­sun­ków chrze­ści­jań­sko-żydow­skich i wie­lo­krot­nie po­dró­żo­wał do Izra­ela, od­czuwał więc na­tural­ny po­ciąg do tego nie­wiel­kie­go re­gio­nu, zwa­ne­go Zie­mią Świę­tą. Uzna­łem, że ta rada wy­ni­ka ra­czej z jego oso­bi­ste­go za­mi­ło­wa­nia; że to tro­chę jak w przy­pad­ku fana ba­se­bal­lu, któ­ry mówi: „Mu­sisz ko­niecz­nie zwie­dzić Ga­le­rię Sła­wy w Cop­per­stown”[1].

Drew na­kła­niał, a mnie za­czę­ły ogar­niać wąt­pli­wo­ści. Po pierw­sze, od­kąd wstą­pi­łem do no­wi­cja­tu, co­dzien­nie czyta­łem Ewan­ge­lię. Prze­studio­wa­łem dzie­siąt­ki ksią­żek o Je­zusie, roz­wa­ża­łem na mo­dli­twie frag­men­ty Ewan­ge­lii set­ki – je­śli nie ty­sią­ce – razy. Cze­góż wię­cej mo­gła­by mnie na­uczyć po­dróż?

Pe­wien przy­ja­ciel po­twier­dzał moje prze­myśle­nia. Czyta­li­śmy (i słysze­li­śmy) te opo­wie­ści tak czę­sto i tak czę­sto je roz­wa­ża­li­śmy, że stwo­rzyli­śmy so­bie wła­sne men­tal­ne ob­ra­zy miejsc wspo­mi­na­nych na kar­tach Ewan­ge­lii. „Wie­dzia­łem” już, jak wy­glą­da­ją Be­tle­jem, Na­za­ret, Je­ro­zo­li­ma czy Je­zio­ro Ga­li­lej­skie, po­nie­waż wie­lo­krot­nie so­bie te miej­sca wy­obra­ża­łem. Oba­wia­li­śmy się, że wi­dok miejsc ob­le­ga­nych przez turystów zmą­ci ten nie­ska­zi­tel­ny ob­raz, jaki no­si­li­śmy w gło­wach. Czy wi­dok bo­ga­to zdo­bio­nej ba­zyli­ki Gro­bu Świę­te­go w Je­ro­zo­li­mie, jed­ne­go z naj­wcze­śniej­szych ce­lów turystycz­nych w hi­sto­rii, mógł­by wy­przeć moje wy­obra­że­nie gro­bu Chrystuso­we­go w Pa­le­stynie I wie­ku?

– Po­do­ba mi się moja Ewan­ge­lia – rzekł mój ko­le­ga.

Cóż, mi też.

– Nie – od­po­wie­dzia­łem na za­chę­ty Dre­wa. – Nie są­dzę.

Po­wo­li jed­nak za­czyna­łem wąt­pić we wła­sne wąt­pli­wo­ści.

– Od­bi­ło ci? – za­pytał mój zna­jo­my, któ­ry był w Zie­mi Świę­tej kil­ka­krot­nie. – Jak mo­żesz od­rzucać taką oka­zję? Poza tym, zda­je się, że co roku w sierp­niu wy­jeż­dżasz na re­ko­lek­cje. Po­jedź więc na tę piel­grzym­kę i po­trak­tuj ją wła­śnie jako re­ko­lek­cje – mó­wił da­lej, po czym za­mknął spra­wę krót­kim: – Bę­dziesz za­chwyco­ny Zie­mią Świę­tą.

Moje wąt­pli­wo­ści za­czyna­ły pre­zen­to­wać się mar­nie w ob­li­czu spo­sob­no­ści zwie­dze­nia kra­ju, w któ­rym żył Je­zus.

Plan po­wo­li za­czynał na­bie­rać kształ­tów. Od­po­wied­nią porą wy­da­wał się ko­niec sierp­nia (choć Drew ostrze­gał, że bę­dzie „pie­kiel­nie go­rą­co”). Te­le­fo­ny i mej­le do zo­rien­to­wa­nych w za­gad­nie­niu przy­ja­ciół i zna­jo­mych po­mo­gły mi opra­co­wać wstęp­ny plan po­dró­ży.

Przy­go­to­wując li­stę miejsc, któ­re chcia­łem zo­ba­czyć – Je­zio­ro Ga­li­lej­skie, Na­za­ret, Je­ro­zo­li­ma, Be­tle­jem, Be­ta­nia – czułem, jak ro­śnie mój en­tuzjazm. Sama myśl o od­wie­dze­niu miejsc, o któ­rych tak czę­sto roz­myśla­łem, na­peł­nia­ła mnie ra­do­ścią. Ja­sne, że chcę tam po­je­chać! Gdy wstę­po­wa­łem do je­zui­tów, wy­zna­łem pew­ne­mu star­sze­mu ka­pła­no­wi, że gdy do­trę (je­śli do­trę) do Nie­ba, przede wszyst­kim po­pro­szę Boga o to, by po­ka­zał mi, jak wy­glą­da­ło życie Je­zusa. Jak wy­glą­dał tam­tej­szy kra­jo­braz. By po­ka­zał mi to, co oglą­dał Je­zus. I oto mia­łem oka­zję zre­ali­zo­wać po czę­ści to ma­rze­nie już po tej stro­nie życia.

Wte­dy to pe­wien mój zna­jo­my przy­po­mniał mi, że je­zui­ci mają w Je­ro­zo­li­mie swój dom. Pa­pie­ski In­stytut Bi­blij­ny zo­stał za­ło­żo­ny w 1927 roku, z myślą o je­zuic­kich bi­bli­stach i ar­che­olo­gach pra­cu­ją­cych przy wy­ko­pa­li­skach. Dziś In­stytut udzie­la go­ści­ny je­zui­tom z ca­łe­go świa­ta, studen­tom róż­nych je­ro­zo­lim­skich uczel­ni, a tak­że wie­lu piel­grzymom. Szczę­śli­wym (czy też opatrz­no­ścio­wym) zbie­giem oko­licz­no­ści wie­lo­let­ni prze­ło­żo­ny In­stytutu przy­był na kil­ka ty­god­ni do mo­jej no­wo­jor­skiej wspól­no­ty.

– PIB był­by ide­al­nym miej­scem – stwier­dził, do­da­jąc, że mie­ści się on o za­le­d­wie kil­ka ulic od „Sta­re­go Mia­sta”. Nie mia­łem po­ję­cia, czym było to Sta­re Mia­sto, ale brzmia­ło, jak­by było to dość waż­ne. Skon­tak­to­wał mnie z Da­vi­dem, je­zui­tą, któ­ry tam miesz­kał. Po krót­kiej wy­mia­nie mej­li mia­łem już gdzie się za­trzymać w Je­ro­zo­li­mie.

Inny mój ko­le­ga, je­zui­ta studiu­ją­cy w Rzymie, któ­ry kil­ka­krot­nie od­wie­dzał Zie­mię Świę­tą, po­mógł mi roz­wią­zać ko­lej­ny dy­le­mat: czy po­wi­nie­nem do­łą­czyć do ja­kiejś zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py. Po­nie­waż wy­bie­ra­łem się tam po raz pierw­szy, nie­po­ko­iłem się, że po­mi­nę nie­któ­re miej­sca, do nie­któ­rych nie tra­fię, a zna­cze­nia in­nych nie zro­zu­miem. Wy­obra­ża­łem so­bie, że po moim po­wro­cie ktoś mi wy­po­mni: „Nie wi­dzia­łeś tego?! Jak mo­głeś po­mi­nąć naj­bar­dziej po­rusza­ją­ce miej­sce w Ga­li­lei?”.

Ów rzym­ski zna­jo­my na­pi­sał mi: „Nie po­trze­bu­jesz biu­ra po­dró­ży, wy­star­czy ci do­bry prze­wod­nik. Zwie­dza­jąc in­dywi­du­al­nie, bę­dziesz mógł spę­dzić w każ­dym miej­scu tyle cza­su, ile ze­chcesz. Bę­dziesz mógł się mo­dlić, jak dłu­go ze­chcesz, o co po­dró­żując w gru­pie nie było­by ci tak ła­two”. Do tych wszyst­kich po­rad do­dał jesz­cze jed­ną: na wy­pra­wę do Ga­li­lei wy­po­życz so­bie sa­mo­chód.

Do Ga­li­lei? A to nie tuż obok Je­ro­zo­li­my? Nie, od­parł cier­pli­wie Drew, to kil­ka go­dzin jaz­dy. Krót­ki rzut oka na mapę do­wiódł, że mimo swo­jej mi­ło­ści do Ewan­ge­lii to­po­gra­fii tego re­gio­nu zupeł­nie nie zna­łem. Ko­lej­ną wska­zów­kę do­tyczą­cą Ga­li­lei otrzyma­łem od jesz­cze in­ne­go kon­fra­tra: po­le­cił mi on dom piel­grzyma pro­wa­dzo­ny przez sio­stry fran­cisz­kan­ki, na sa­mym Wzgó­rzu Bło­go­sła­wieństw.

– Do­sko­na­łe miej­sce – stwier­dził, wspo­mi­na­jąc z no­stal­gią wła­sne re­ko­lek­cje, któ­re od­pra­wił tam przed kil­ku­dzie­się­ciu laty. A Da­vid przy­słał mi z Je­ro­zo­li­my ad­res pocz­ty elek­tro­nicz­nej sióstr.

Wes­tchną­łem cięż­ko (przy­najm­niej w myślach). Wąt­pi­łem, czy uda mi się do­ko­nać re­zer­wa­cji ze Sta­nów. Oczyma wy­obraź­ni uj­rza­łem sen­ny klasz­tor fran­cisz­kań­ski, wy­po­sa­żo­ny w je­den ar­cha­icz­ny pe­cet sto­ją­cy w za­kurzo­nym holu, włą­cza­ny raz na ty­dzień przez wie­ko­wą za­kon­ni­cę, któ­ra sła­bo wi­dzi, a jesz­cze sła­biej zna się na kom­pute­rach. Z wa­ha­niem wy­stuka­łem mej­la z grzecz­ną proś­bą o po­kój, dla uła­twie­nia po an­giel­sku i po fran­cu­sku.

Po kil­ku go­dzi­nach otrzyma­łem od­po­wiedź od sio­stry Te­les­fo­ry: „Avec pla­isir je vous in­for­me…”. Z przy­jem­no­ścią in­for­mo­wa­ła, że chęt­nie mnie przyj­mą, tyle a tyle do­la­rów za noc. Po­dróż za­czyna­ła na­bie­rać kształ­tów.

Ta­kich mniej wię­cej słów użyłem, opo­wia­da­jąc o wszyst­kim jed­ne­mu z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół, Geo­r­ge’owi, z któ­rym zna­li­śmy się od cza­sów no­wi­cja­tu. Geo­r­ge, od wie­lu lat ka­pe­lan wię­zien­ny, kil­ka mie­się­cy temu za­czął peł­nić tę po­sługę w no­wym miej­scu: Wię­zie­niu Sta­no­wym San Quen­tin w Ka­li­for­nii. Zaś kil­ka lat wcze­śniej go­ścił w PIB pod­czas mie­sięcz­ne­go se­mi­na­rium o re­la­cjach mię­dzyre­li­gij­nych.

– A miał­byś ocho­tę na to­wa­rzystwo? – za­pytał.

– Żar­tujesz? – od­par­łem. Do­tąd nie bra­łem pod uwa­gę po­dró­żo­wa­nia w czyimś to­wa­rzystwie, a te­raz, nie­ocze­ki­wa­nie, po­ja­wi­ła się taka pro­po­zycja, w do­dat­ku skła­dał ją do­bry przy­ja­ciel.

– Nie – od­po­wie­dział. – Mam tro­chę wol­ne­go cza­su pod ko­niec sierp­nia i bar­dzo bym chciał po­je­chać. – Po­myśla­łem, że Geo­r­ge był­by ide­al­nym to­wa­rzyszem po­dró­ży: czło­wiek mo­dli­twy, a przy tym nie­wy­ma­ga­ją­cy i do­brze zo­rien­to­wa­ny. A co wię­cej, pod­jął się pro­wa­dzić sa­mo­chód, któ­ry mie­li­śmy wy­po­życzyć. – Mo­że­my jeź­dzić gdzie chcesz, bo ja już tam byłem.

Do­dam jesz­cze, że Geo­r­ge ma nie­sa­mo­wi­te po­czucie hu­mo­ru. Wie­dzia­łem, że oprócz chwil mo­dli­twy bę­dzie­my mieć wie­le ra­do­ści.

Po­sta­no­wi­li­śmy, że zro­bi­my wszyst­ko, by na­sza piel­grzym­ka w jak naj­więk­szym stop­niu była re­ko­lek­cja­mi: bę­dzie­my się mo­dlić każ­de­go ran­ka, co­dzien­nie od­pra­wiać mszę, na­wet gdyby plan dnia był bar­dzo na­pię­ty; nie bę­dzie­my gnać z miej­sca na miej­sce, ale za­trzymywać się w miej­scach, któ­re skła­nia­ły do me­dyta­cji; i bę­dzie­my za­wsze mie­li przy so­bie nie tyl­ko prze­wod­ni­ki, ale i Bi­blię.

W czerw­cu plan po­dró­ży był już pra­wie opra­co­wa­ny. Kil­ku współ­bra­ci prze­ka­za­ło mi li­sty miejsc, któ­rych nie wol­no po­mi­nąć. Za­mó­wi­łem też do­sko­na­ły prze­wod­nik, za­tytuło­wa­ny Holy Land, któ­re­go au­to­rem jest je­den z czo­ło­wych świa­to­wych bi­bli­stów, Je­ro­me Mur­phy-O’Con­nor, do­mi­ni­ka­nin[2]. Wresz­cie za­re­zer­wo­wa­łem bi­let na sa­mo­lot do Tel Awi­wu.

Piel­grzym­ki do Zie­mi Świę­tej, na któ­rą z po­cząt­ku nie chcia­łem się wy­brać, któ­ra wy­da­wa­ła się nie do zor­ga­ni­zo­wa­nia, te­raz już nie mo­głem się do­cze­kać. Mia­łem wra­że­nie, że zor­ga­ni­zo­wa­ła się sama.

+

Wie­dzia­łem, że lot do Izra­ela bę­dzie dłu­gi. Nie wie­dzia­łem jed­nak, że bę­dzie aż tak nie­typo­wy. Spo­dzie­wa­łem się oczywi­ście nad­zwy­czaj­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa, mimo to byłem za­sko­czo­ny, wi­dząc, jak pa­sa­że­rów do Tel Awi­wu gro­ma­dzi się w osob­nym sek­to­rze por­tu lot­ni­cze­go Ne­wark, od­dzie­lo­nym od resz­ty ter­mi­na­lu ba­rier­ka­mi, tak że po przej­ściu przez kon­tro­lę cel­ną nie moż­na go już było opu­ścić. Przed wej­ściem na po­kład jesz­cze raz ob­szuka­no nas do­kład­nie.

W ter­mi­na­lu, co nie mo­gło dzi­wić, ocze­ki­wa­ło mnó­stwo or­to­dok­syj­nych Żydów i Żydó­wek. To jesz­cze bar­dziej pod­grze­wa­ło moje emo­cje – na­praw­dę je­cha­łem do Izra­ela! Mniej za­chwyca­ło mnie całe mnó­stwo ha­ła­sują­cych dzie­cia­ków, któ­re mia­ły z nami le­cieć – dzie­siąt­ki dzie­cia­ków. Gdy wsia­dłem do sa­mo­lo­tu, oka­za­ło się, że czwór­ka z nich sie­dzia­ła za­raz za mo­imi ple­ca­mi. Każ­de wrzesz­cza­ło. Znę­ka­na mat­ka, skrom­nie osło­nię­ta chu­s­tą, dziel­nie, lecz bez­skutecz­nie sta­ra­ła się je uspo­ko­ić. Dys­kret­nie za­pyta­łem ste­war­des­sę, czy są wol­ne ja­kieś inne miej­sca. Spoj­rza­ła na mnie współ­czują­co, za­prze­czyła ruchem gło­wy i na­chyliw­szy się nade mną, wy­ja­śni­ła:

– Tym sa­mo­lo­tem za­wsze leci dużo dzie­ci. To ulu­bio­ny rejs ro­dzin, któ­re po­dró­żują mię­dzy No­wym Jor­kiem a Izra­elem.

Le­karz na szczę­ście prze­pi­sał mi, tak na wszel­ki wy­pa­dek, ta­blet­ki na­sen­ne. Gdy tyl­ko sa­mo­lot wy­star­to­wał, po­łkną­łem jed­ną i nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­łem na­dej­ścia przy­jem­nej ocię­ża­ło­ści, zwia­stują­cej osiem nie­prze­rwa­nych go­dzin bło­gie­go snu. Cze­ka­łem go­dzi­nę – i nic. Byłem rześ­ki, jak za­wsze. No do­brze. Sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwa­gi na dziec­ko, któ­re usta­wicz­nie ko­pa­ło w mój fo­tel i krzycza­ło: „Nie­na­wi­dzę cię, mamo!”, wy­ją­łem Prze­wod­nik po Zie­mi Świę­tej O’Con­no­ra. Za­sta­na­wia­łem się, czy le­cą­cy z San Fran­ci­sco Geo­r­ge ma po­dob­ne atrak­cje.

Książ­ka ojca O’Con­no­ra była wła­śnie ta­kim prze­wod­ni­kiem, ja­kie­go po­trze­bo­wa­łem. Po pierw­sze, sam au­tor miał świet­ną opi­nię[3]. Jako na­uko­wiec pra­cu­ją­cy w je­ro­zo­lim­skiej Éco­le Bi­bli­que[4] oraz au­tor licz­nych ksią­żek na te­mat No­we­go Te­sta­men­tu był jak naj­bar­dziej wia­rygod­ny. Za po­mo­cą po­jęć ta­kich jak „mało praw­do­po­dob­ne”, „moż­li­we”, „praw­do­po­dob­ne” pre­cyzyj­nie od­dzie­lał to, co w peł­ni au­ten­tycz­ne, od tego, co w spo­sób oczywi­sty le­gen­dar­ne. O ba­zyli­ce Gro­bu Świę­te­go pi­sał na­stę­pują­co: „W ko­lej­nych stule­ciach ba­zyli­ka była nie­jed­no­krot­nie pro­fa­no­wa­na i nisz­czo­na, a nie­wła­ści­wie pro­wa­dzo­ne pra­ce na­praw­cze czyni­ły wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku”[5]. Jego książ­ka po­mo­gła mi prze­trwać dzie­się­cio­go­dzin­ny lot we względ­nym spo­ko­ju.

+

Mię­dzyna­ro­do­wy Port Lot­ni­czy Ben Gurio­na w Tel Awi­wie był olśnie­wa­ją­co no­wo­cze­sny; z la­ter­ny w su­fi­cie woda spływa­ła ko­lum­ną do sa­dzaw­ki w pod­ło­dze. Mój przy­ja­ciel Da­vid po­ra­dził mi, bym zna­lazł sze­rut do Je­ro­zo­li­my.

Nie mia­łem po­ję­cia, co to sze­rut. Sze­dłem więc za in­nymi po­dróż­nymi, po­da­łem sym­pa­tycz­ne­mu urzęd­ni­ko­wi (Sza­lom!) pasz­port do pod­stem­plo­wa­nia, wy­mie­ni­łem do­la­ry na sze­kle i w koń­cu wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Za­czą­łem wy­pa­trywać rzę­du bu­si­ków, krą­żąc w pie­ką­cym, bli­skow­schod­nim słoń­cu. Na­tych­miast po­czułem ten dreszcz za­kło­po­ta­nia, któ­re ogar­nia nas w ob­cym kra­ju, gdy zda­je­my so­bie spra­wę, że nie zna­jąc pod­sta­wo­wych słów, wyj­dzie­my na głup­ców.

– Czy to che­ro­ot[6]? – za­pyta­łem, prze­krzykując ha­łas sil­ni­ków.

– Sze­rut! – po­pra­wił kie­row­ca, śmie­jąc się. Sło­wo to po he­braj­sku zna­czy „ob­sługa, służ­ba”.

– Czy je­dzie pan do Je­ro­zo­li­my?

Śmie­jąc się wciąż, wska­zał kciu­kiem ta­bli­cę na au­to­bu­sie: „Je­ro­zo­li­ma”.

Do busa wsia­dło paru Izra­el­czyków, or­to­dok­syj­ni Żydzi (z mo­je­go sa­mo­lo­tu) i pe­wien ame­rykań­ski student. Wszyscyśmy we­so­ło roz­ma­wia­li, a sze­rut pod­ska­ki­wał na dro­gach. Je­cha­li­śmy przez piasz­czystą oko­li­cę, po­ro­śnię­tą drze­wa­mi oliw­nymi i krza­ka­mi ma­kii, aż do­tar­li­śmy do wy­so­kie­go me­ta­lo­we­go ogro­dze­nia wy­zna­cza­ją­ce­go gra­ni­cę te­re­nów pa­le­styń­skich. „Ame­ri­ca” opubli­ko­wa­ła sze­reg ar­tykułów o tym mu­rze, mimo to wi­dok był szo­kują­cy: wy­so­ki, sza­ry, me­ta­lo­wy, nie­przystęp­ny.

Wje­cha­li­śmy do mia­stecz­ka. Było to osie­dle żydow­skich „osad­ni­ków” we­wnątrz te­ryto­rium pa­le­styń­skie­go. Ist­nie­nie ta­kich osie­dli jest bar­dzo kon­tro­wer­syj­ne. Spyta­łem kie­row­cę o na­zwę mia­sta, ale nie chciał mi jej po­dać, przed­sta­wił na­to­miast trzy typy wła­dzy, ja­kie tu obo­wią­zują: A, B i C. A: peł­na au­to­no­mia pa­le­styń­ska. B: po­dział kon­tro­li mię­dzy woj­sko izra­el­skie i Pa­le­styń­czyków. C: peł­na kon­tro­la Izra­ela. Gdy mó­wił, po­zo­sta­li pa­sa­że­ro­wie za­mil­kli.

Kil­ka osób wy­sia­dło przy schlud­nych do­mach z żół­te­go pia­skow­ca. Gdy wró­ci­li­śmy do głów­nej szo­sy, zo­ba­czyłem ta­bli­ce in­for­mu­ją­ce, że wjeż­dża­my do Je­ro­zo­li­my. Wkrót­ce zna­leź­li­śmy się w ruchli­wym śród­mie­ściu. Wie­le bu­dyn­ków – od dra­pa­czy chmur po skrom­niej­sze domy – było kre­mo­wo­bia­łych. Wy­ko­na­no je z tzw. ka­mie­nia je­ro­zo­lim­skie­go, bla­de­go pia­skow­ca wy­ko­rzystywa­ne­go tu do bu­do­wy wszyst­kie­go, od ap­te­ki po Mur Za­chod­ni. Ele­wa­cje, nie­rzad­ko so­lid­nie wy­po­le­ro­wa­ne, w słoń­cu lśnią nie­mal ab­so­lut­ną bie­lą. Ocza­ro­wa­ny przy­po­mnia­łem so­bie bi­blij­ne wer­se­ty o piel­grzymach „wstę­pują­cych” do Je­ruza­lem[7]. Po­myśla­łem, że to mu­siał być cu­dow­ny wi­dok.

– Po­pro­szę na uli­cę Pau­la Émi­le’a Bot­ty trzy – po­wie­dzia­łem do kie­row­cy. Gdy do­tar­li­śmy do cen­trum, byłem już je­dynym pa­sa­że­rem. Moje ser­ce za­drża­ło na wi­dok mu­rów Sta­re­go Mia­sta. Mury, a przy­najm­niej ich za­rys, na­le­żą do naj­star­szych bu­dow­li w Je­ro­zo­li­mie, po­cho­dzą z cza­sów bi­blij­nych; wzmoc­nio­ne przez wład­ców w cza­sach Chrystusa oraz przez Su­lej­ma­na Wspa­nia­łe­go w XVI wie­ku.

– To tu – po­wie­dział kie­row­ca, par­kując obok wy­so­kiej me­ta­lo­wej bra­my. Od­li­czyłem sumę, któ­ra wy­da­ła mi się od­po­wied­nia, i wrę­czyłem mu, a na­stęp­nie po­mo­głem wy­ła­do­wać moje ba­ga­że.

– Cięż­kie – stwier­dził, śmie­jąc się. – Na dłu­go pan przy­je­chał?

Przed wy­jaz­dem czyta­łem frag­ment Ewan­ge­lii, w któ­rym Je­zus po­le­ca uczniom: „nie bierz­cie nic na dro­gę”[8], i po­czułem wy­rzut su­mie­nia. Mam w zwycza­ju brać ze sobą do­słow­nie wszyst­ko, zbyt czę­sto mu­sia­łem w po­dró­ży wy­da­wać pie­nią­dze np. na swe­ter, któ­ry mo­głem wziąć ze sobą. Po­dróż z dużą ilo­ścią ba­ga­żu po­zwa­la za­osz­czę­dzić pie­nią­dze, choć spra­wia, że po­dróż­ny wy­glą­da nie­co dzi­wacz­nie. Nie wiem jed­nak, czy Je­zuso­wi by się to spodo­ba­ło.

Obok nie­wiel­kiej ta­blicz­ki z na­pi­sem „Pa­pie­ski In­stytut Bi­blij­ny” znaj­do­wał się dzwo­nek. Drzwi otwo­rzył ja­kiś uśmiech­nię­ty ro­bot­nik. Spo­dzie­wa­łem się ubo­gie­go je­zuic­kie­go domu. To, co zo­ba­czyłem, za­sko­czyło mnie. W głę­bi żwi­ro­we­go dzie­dziń­ca, na któ­rym ro­sły trzy wy­so­kie pal­my, stał trzykon­dygna­cyj­ny bu­dynek w ko­lo­rze pia­skow­ca, przy­po­mi­na­ją­cy za­mek krzyżow­ców (łącz­nie z kre­ne­lo­wymi wie­ża­mi). Pod­sze­dłem i za­dzwo­ni­łem do drzwi.

Drzwi otwo­rzył uśmiech­nię­ty, ciem­no­wło­sy Hin­dus, któ­ry przed­sta­wił się jako brat Tony.

– Ser­decz­nie wi­ta­my – po­wie­dział. – Chce się oj­ciec cze­goś na­pić?

Po­pro­wa­dził mnie przez wy­so­ki hol z ka­mien­ną po­sadz­ką. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wa­ła się prze­stron­na ka­pli­ca z pro­stymi krze­sła­mi i im­po­nują­cą sce­ną Ukrzyżo­wa­nia na ścia­nie. Na lewo, za szkla­nymi drzwia­mi, wi­dać było nie­wiel­kie mu­zeum ar­che­olo­gicz­ne; w dłu­gich ga­blo­tach umiesz­czo­no sta­ro­żyt­ne eks­po­na­ty: po­są­gi, ce­ra­mi­kę, zwo­je. I mu­mię – przed­miot nie­co­dzien­ny w je­zuic­kim domu. Obok głów­nej klat­ki scho­do­wej wci­śnię­to nie­wiel­ką win­dę; na pra­wo od niej wi­dać było ja­dal­nię i sa­lon, za­la­ne sło­necz­nym świa­tłem wpa­da­ją­cym przez ma­to­we okna.

Na­szym ce­lem był jed­nak duży me­ta­lo­wy po­jem­nik sto­ją­cy przed ja­dal­nią.

– Jest na­praw­dę do­bra! – stwier­dził brat Tony, na­le­wa­jąc do fi­li­żan­ki ja­sno­żół­ty płyn z pla­sti­ko­we­go kra­nu na prze­dzie po­jem­ni­ka. – Może ksiądz brać so­bie do bu­te­lek, wy­cho­dząc na mia­sto.

Skosz­to­wa­łem. Le­mo­nia­da! Przez naj­bliż­sze dwa ty­god­nie ma­szyna do ro­bie­nia le­mo­nia­dy była ce­lem mo­ich wę­dró­wek na rów­ni ze świę­tymi miej­sca­mi.

Gdy brat Tony przy­go­to­wywał obiad, do po­ko­ju wszedł oj­ciec Jo­seph Doan Công Nguyen. Oj­ciec Doan, su­pe­rior je­zuic­kiej wspól­no­ty przy PIB, Wiet­nam­czyk, przez kil­ka lat pra­co­wał w domu ge­ne­ral­nym je­zui­tów w Rzymie. Je­de­na­ście lat spę­dził w wiet­nam­skich wię­zie­niach, kie­dy za­pa­no­wał tam ko­mu­nizm.

Oj­ciec Doan za­ofe­ro­wał mi po­moc w opra­co­wa­niu pla­nu na naj­bliż­sze dni, czę­sto wy­świad­czał piel­grzymom taką przy­sługę.

– Wy­glą­dasz na zmę­czo­ne­go, Ja­mes – za­uwa­żył Tony po obie­dzie. – Może byś się po­ło­żył?

Wpraw­dzie chcia­łem od razu za­cząć zwie­dzać (na­wet bez Geo­r­ge’a), ale nie wy­pa­da­ło od­ma­wiać. Wje­cha­li­śmy win­dą na pierw­sze pię­tro i Tony od­pro­wa­dził mnie do du­że­go, nie­ska­zi­tel­nie czyste­go po­ko­ju, wy­po­sa­żo­ne­go w dwa ogrom­ne biur­ka, wą­skie łóż­ko, umywal­kę i wy­so­kie okno wy­cho­dzą­ce na prze­stron­ny dzie­dzi­niec.

– Te­raz od­pocz­nij, a z oj­cem Do­anem po­roz­ma­wiasz póź­niej – po­ra­dził.

Kie­dy się po­ło­żyłem, pi­guł­ki na­sen­ne na­tych­miast zro­bi­ły swo­je. Czte­ry go­dzi­ny póź­niej ze­rwa­łem się na rów­ne nogi. Wyj­rza­łem przez okno – je­stem w Je­ro­zo­li­mie! Jesz­cze pół­przy­tom­ny od­na­la­złem dro­gę do schlud­ne­go ga­bi­ne­tu ojca Do­ana. W holu wpa­dłem na Geo­r­ge’a, któ­ry wła­śnie przy­je­chał.

– Sza­lom! – po­wie­dział na po­wi­ta­nie.

Doan był czło­wie­kiem ma­ło­mów­nym, ty­pem na­ukow­ca. Spytał, co naj­bar­dziej chcie­li­byśmy zo­ba­czyć. Gdy wy­re­cyto­wa­li­śmy swo­ją li­stę miejsc, pod­szedł do bi­blio­tecz­ki, wy­jął dużą, po­gnie­cio­ną mapę Izra­ela i ostroż­nie roz­ło­żył ją na biur­ku. Ko­lej­ną go­dzi­nę po­świę­ci­li­śmy na pla­no­wa­nie naj­bliż­szych dwóch ty­god­ni: pro­po­no­wał, że­byśmy za­czę­li od Je­ro­zo­li­my, zwie­dzi­li naj­waż­niej­sze miej­sca. Na­stęp­nie wy­na­ję­li sa­mo­chód na po­dróż do Ga­li­lei, a po po­wro­cie zwie­dzi­li to, co zo­sta­nie nam do zo­ba­cze­nia w Je­ro­zo­li­mie. Z roz­ko­szą słucha­łem, jak wy­mie­nia mnó­stwo nazw, któ­re do­tąd słysza­łem na za­ję­ciach z bi­bli­styki: Je­rycho, Get­se­ma­ni, Bet­fa­ge, Be­ta­nia czy Góra Oliw­na.

We­dług słów Do­ana, o rzut ka­mie­niem od na­sze­go domu znaj­do­wa­ła się Ge­hen­na – ta część Je­ro­zo­li­my, gdzie w sta­ro­żyt­no­ści miesz­kań­cy pa­li­li śmie­ci. Tego wy­ra­zi­ste­go ob­ra­zu Je­zus czę­sto używał jako me­ta­fo­ry pie­kła. Kil­ka dni póź­niej, pod­czas obia­du, je­den z oj­ców, opo­wia­da­jąc o ja­kichś miej­skich in­we­stycjach, po­wie­dział coś, cze­go nig­dy bym się nie spo­dzie­wał:

– Ge­hen­na jest te­raz prze­ślicz­na.

Geo­r­ge za­pytał, czy moż­na gdzieś w po­bli­żu od­pra­wić re­ko­lek­cje. Doan po­wie­dział, że fran­cisz­ka­nie pro­wa­dzą w Ogro­dzie Get­se­ma­ni kil­ka­na­ście pustel­ni, w któ­rych moż­na się mo­dlić, jed­nak cięż­ko o re­zer­wa­cję, bo chęt­nych jest wie­lu.

Gdy Doan opi­sy­wał ko­lej­ne miej­sca, po­ka­zując je na swej sfa­tygo­wa­nej ma­pie, z trudem wal­czyłem z sen­no­ścią. Za­chwyco­ny, ale wy­czer­pa­ny, obie­ca­łem so­bie wró­cić do jego no­ta­tek. Po­dzię­ko­wa­li­śmy mu, za­bra­li­śmy swo­je no­tat­ki i zo­sta­wi­li­śmy mapę.

– Nie, nie. Jest wa­sza na ten ty­dzień. Jesz­cze jed­no, po po­łu­dniu mamy głów­ny po­si­łek, a po mszy, o siód­mej, ko­la­cję. I ser­decz­nie za­pra­sza­my do kon­ce­le­bry.

– Go­tów? – za­pytał z uśmie­chem Geo­r­ge, gdy opu­ści­li­śmy ga­bi­net Do­ana.

[1] Na­ro­do­we Mu­zeum i Ga­le­ria Sław Ba­se­bal­lu w Cop­per­stown w sta­nie Nowy Jork (przyp. tłum.).

[2] Wy­da­nie orygi­nal­ne, z któ­re­go ko­rzysta Ja­mes Mar­tin: Je­ro­me Mur­phy-O’Con­nor OP, Holy Land. An Oxford Ar­che­olo­gi­cal Guide from Ear­liest Times to 1700, Oxford Uni­ver­si­ty Press, Oxford 52008; wy­da­nie pol­skie nosi ty­tuł Prze­wod­nik po Zie­mi Świę­tej, przeł. Ma­riusz Bur­da­je­wicz, kon­sul­ta­cja na­uko­wa Wal­de­mar Chro­stow­ski, Vo­ca­tio, War­sza­wa 62013 i jest opar­te na trze­cim wy­da­niu orygi­na­łu. W ni­niej­szej publi­ka­cji tam, gdzie to moż­li­we, ko­rzysta­my z wy­da­nia pol­skie­go. Cyta­ty, któ­rych w pol­skim wy­da­niu Prze­wod­nika nie ma, prze­tłuma­czo­ne zo­sta­ły na pod­sta­wie przy­to­czeń Ja­me­sa Mar­ti­na, a w przy­pi­sie wid­nie­je od­wo­ła­nie do wy­da­nia oks­fordz­kie­go (przyp. red.).

[3] Oj­ciec Mur­phy-O’Con­nor, zmar­ły w roku 2013, do koń­ca życia uzupeł­niał i ak­tua­li­zo­wał swój prze­wod­nik.

[4] Peł­na na­zwa tej pre­sti­żo­wej szko­ły brzmi: Éco­le Bi­bli­que et Ar­chéo­lo­gi­que Fra­nça­ise de Jérusa­lem.

[5] Je­ro­me Mur­phy-O’Con­nor OP, Prze­wod­nikpo Zie­mi Świę­tej, s. 55.

[6]Wy­mo­wa an­giel­skiego sło­wache­ro­ot(oznacza­ją­ce­go ucię­te zobu stron cyga­ro) jest nie­co inna niż wprzy­pad­ku he­braj­skiego „sze­rut” (תוריש),jed­nak nie na tyle,by móc to od­dać w pol­skiej pi­sow­ni (przyp. tłum.).

[7] Ps 122,4. O „wstę­po­wa­niu do Je­ruza­lem” mówi rów­nież Chrystus w Mt 20,18 (w pol­skich tłuma­cze­niach Ewan­ge­lii Ma­te­uszo­wej wy­ra­że­nie to znaj­dzie­my u Ja­kuba Wuj­ka: „Oto wstę­puje­my do Je­ruza­lem”; w BT i BP na­to­miast: „Oto idzie­my do Je­ro­zo­li­my” – przyp. tłum.).

[8] Łk 9,3.

Ty­tuł orygi­na­łu: Je­sus.A Pil­gri­ma­ge

Pro­jekt okład­ki: Li­dia Żurad

Zdję­cia na wy­klej­kach (ulicz­ka w Je­ro­zo­li­mie i Je­zio­ro Ga­li­lej­skie): ks. Ma­riusz Pohl

Prze­kład: Krzysz­tof Ja­siń­ski (roz­dzia­ły 1-11, 13-16, 18-23),

Anna Waw­rzyniak (wstęp, roz­dzia­ły 12, 17, 24-25).

Cyta­ty z Pi­sma Świę­te­go za: Bi­blia Po­znań­ska, t. 1-4, Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech, Po­znań 2009.

Co­pyri­ght © 2014 by Ja­mes Mar­tin SJ. All ri­ghts re­se­rved.

For the Po­lish edi­tion co­pyri­ght © by Drukar­nia i Księ­gar­nia Świę­te­go Woj­cie­cha Sp. z o.o., Po­znań 2015.

Książ­ka ani żad­na jej część nie może być wy­ko­rzystywa­na ani po­wie­la­na bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem krót­kich cyta­tów, przy­ta­cza­nych w ar­tykułach i re­cen­zjach.

ISBN 978-83-7516-947-8

Wy­daw­ca:

Drukar­nia i Księ­gar­nia Świę­te­go Woj­cie­cha Sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­tywoj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech