Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2008

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezioro cieni - Carla Neggers

Susanna nadal kocha męża, lecz liczne niedomówienia i sekrety położyły się głębokim cieniem na ich związku. Gdy prowadzone przez Jacka śledztwo coraz bardziej narusza ich prywatność, Susanna decyduje się na separację... Podczas gdy Jack tropi przestępców w Teksasie, Susanna dorabia się milionów w Bostonie, mieszkając u ukochanej babci... Pod wpływem impulsu kupuje chatę w Nowej Anglii i wyrusza wraz z babcią i córkami na zimowe wakacje. Nie wie, że jej tropem podąża nie tylko stęskniony mąż, lecz również bardzo niebezpieczni ludzie...

Opinie o ebooku Jezioro cieni - Carla Neggers

Fragment ebooka Jezioro cieni - Carla Neggers

Tytuł oryginału:

The Cabin

Pierwsze wydanie:

MIRA Books, 2002

Redaktor prowadzący:

Mira Weber

Korekta:

Maria Wilber

© 2002 by Carla Neggers

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z 0.0., Warszawa 2004, 2008

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzeżony.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z 0.0. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie:

COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-5188-2

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Susanna Galway sączyła margaritę i patrzyła na zegar odliczający minuty do północy. Jeszcze prawie godzina. Siedziała w „Iim’s Place”, małym, mrocznym pubie w pobliżu domu. Susanna mieszkała z babcią i dwoma nastoletnimi córkami, a pub Jima istniał tu od zawsze, w każdym razie od kiedy sięgała pamięcią.

Jeszcze niecała godzina… W niebo wystrzelą fajerwerki, wszyscy będą świętować nadejście Nowego Roku. Noc była mroźna, dziesięć, dwanaście stopni poniżej zera, ale na ulice Bostonu wylegną na pewno rozbawione tłumy.

Jim Haviland, właściciel pubu, już od jakiegoś czasu mierzył Susannę podejrzliwym wzrokiem. Jego zdaniem dawno powinna wrócić do męża, którego zostawiła w Teksasie. Susanna właściwie spokojnie przyjmowała te uwagi, ale nie zamierzała wyjeżdżać z Bostonu.

Jim przerzucił bielutką ścierkę przez ramię.

– Rozczulasz się nad sobą – zauważył zgryźliwie.

Susanna powoli zlizała sól z krawędzi kieliszka.

W pubie było wyjątkowo ciepło, niepotrzebnie włożyła kaszmirowy sweter, jedwabna bluzka byłaby lepsza. Lepsza i bardziej elegancka, a Susanna chciała wyglądać elegancko dzisiejszego wieczoru. Jim już jej powiedział, że przypomina czarownicę: czarna spódnica, czarny sweter, czarne botki, długie czarne włosy – tylko błyszczące zielone oczy nie pasowały do tego ponurego wizerunku. Płaszcz też miała czarny, ale zdjęła go zaraz po wejściu do pubu, a czarne skórzane rękawiczki wetknęła do kieszeni. Czapki nie włożyła, bo przecież mieszkała zaledwie kilka kroków od pubu.

– Nigdy nie rozczulam się nad sobą – oznajmiła stanowczo. – Rozważyłam wszystkie opcje i doszłam do wniosku, że mam wielką ochotę przywitać Nowy Rok ze starym przyjacielem mojego ojca.

– Nie chrzań, dziewczyno – prychnął Jim.

Susanna uśmiechnęła się promiennie, wcale nie urażona tym gruboskórnym stwierdzeniem.

– Jak na Jankesa przyrządzasz całkiem przyzwoitą margaritę. – Odstawiła kieliszek. – Mogę dostać jeszcze jedną?

– Dobrze, ale na tym koniec. Nie chcę patrzeć, jak urywa ci się film. Nie zamierzam dzwonić do twojego męża z wesołą informacją, że jego żona skuła się u mnie w pubie, spadła ze stołka i walnęła głową w.

– Co za dramat. Nie upiję się i nie zadzwonisz do Jacka, tylko co najwyżej do babci, bo ona mieszka kilka kroków stąd, natomiast Jack aż w San Antonio. Swoją drogą mógłbyś mieć trochę poważania dla Strażnika Teksasu.

Jim Haviland uśmiechnął się pod wąsem.

– W San Antonio jest teraz dwadzieścia stopni.

Susanna nie dała się sprowokować. Jim był ojcem jej najlepszej i najbardziej wypróbowanej przyjaciółki, serdecznym przyjacielem jej ojca i kimś w rodzaju wujka, od kiedy półtora roku temu zamieszkała w Bostonie. Miał własne zdanie na każdy temat, miał też niezłomne zasady i zawsze można było na niego liczyć.

– Zrobisz mi tę margaritę?

– Powinnaś być teraz w Teksasie, z rodziną.

– Maggie i Ellen spędziły Święto Dziękczynienia ze mną, Boże Narodzenie i Nowy Rok spędzają z ojcem.

Jim skrzywił się.

– Gadasz, jakbyś planowała tygodniowy budżet albo składała sprawozdanie.

Susanna uśmiechnęła się pogodnie. Na dzisiejszy wieczór uzbroiła się w tarczę ochronną i przyrzekła sobie, że nic przez nią nie przeniknie: żadne wyrzuty sumienia, żadne obawy, ani jedna myśl o jedynym człowieku, którego kiedykolwiek kochała. W zeszłym roku spędzała wszystkie święta z Jackiem, ale nie czuli się ze sobą dobrze. Chyba nie byli jeszcze gotowi do rozmowy, wzajemne urazy były zbyt świeże i wciąż wywoływały u obojga agresję. Zresztą tak zwane rozmowy zasadnicze nigdy nie były mocną stroną Jacka.

– Ja na miejscu Jacka… – Jim wyraźnie zamierzał kontynuować temat.

– Na miej scu Jacka łapałbyś seryj nych morderców, zamiast przyrządzać margarity. Chcesz się z nim zamienić? – Popchnęła kieliszek w stronę Havilanda.

– Zróbże mi wreszcie tę margaritę. Może być w tym samym kieliszku. Oszczędzisz na soli.

– Wolałbym oszczędzić na alkoholu. Nie podam ci w tym samym kieliszku. Przepisy sanitarne są jednoznaczne i nakazują…

– W pobliżu znajduje się sześć innych barów – burknęła Susanna. – Mróz mi niestraszny, bo mam ciepłe ciuchy. Bez trudu znajdę miejsce, gdzie podadzą mi margaritę.

– Nikt nie miesza takiej jak ja. Wszędzie podają gotową.

Jim Haviland odstawił opróżniony kieliszek i sięgnął po nowy. Jego bar lśnił czystością. Jim co wieczór serwował specjalność dnia, czuwał nad klientami i ściśle przestrzegał przepisów. Ludzie nie przychodzili do jego pubu, żeby się wstawić. Wpadali pogadać z sąsiadami, zwabieni panującą tu atmosferą, równie staroświecką, jak właściciel lokalu. Susanna czuła się w pubie Jima bezpiecznie, lubiła tu przychodzić, nawet kiedy Haviland sarkał na jej zachowanie, krytykował jej postępowanie i usiłował zaprogramować jej życie. Przychodziła tu nawet wtedy, gdy była w wyjątkowo podłym humorze.

– Posłałem Iris cały gar chili, tyle kum sprosiła – poinformował ją Jim. – Nawet twoja osiemdziesięciodwuletnia babcia bawi się dzisiaj lepiej niż ty.

– Będą cały wieczór grały w mahjonga. Pięć po dwunastej powiedzą sobie dobranoc i pójdą grzecznie do łóżek.

Jim spojrzał na Susannę trochę życzliwiej, jakby zaczynał jej współczuć. Był potężnie zbudowany, przekroczył niedawno sześćdziesiątkę i traktował Susannę jak przyszywaną i ulubioną, choć trochę krnąbrną bratanicę.

– W zeszłym roku sylwestra spędzałaś w domu – ciągnął z uporem.

Tak, bo chciała porozmawiać z Jackiem, wyjaśnić nieporozumienia. Kiedy wreszcie w sylwestra zostali sami, wylądowali w łóżku. Nic nie wyjaśniła, w ogóle niewiele mówiła.

Dokładnie rok temu o tej porze kochała się ze swym mężem.

Dwie margarity nie mogły zagłuszyć bólu. Zresztą nawet gdyby spiła się jak bela, nie potrafiłaby zapomnieć, gdzie była przed rokiem i gdzie jest teraz. Nic się nie zmieniło. Kompletnie nic.

Minęło czternaście miesięcy i ciągle tkwili z Jackiem w tym samym miejscu, czyli w pustce. Zastygli w jednym punkcie jak sparaliżowani i osiągnęli stan, który można by określić jako małżeński impas. Oboje okopali się na z góry straconych pozycjach. Maggie i Ellen kończyły szkołę średnią i wkrótce miały zacząć studia. Cóż, były niemal dorosłe. Gdy dzwoniły kilka godzin wcześniej, zapewniła je, że wybiera się na wspaniałą zabawę i spędzi sylwestra w uroczym towarzystwie… Żadnego mahjonga z babcią i jej kumami. Nie chciała, żeby córki się nad nią użalały.

Z Jackiem w ogóle nie rozmawiała.

– W pubie pustki, Jim – zagadnęła. – Zamknij interes, pójdziemy na dach, pooglądamy fajerwerki.

Jim powoli podniósł głowę znad margarity, którą przygotowywał dla Susanny. Był dziwnie skupiony, poważny.

– Co się dzieje, Susanno?

– Kupiłam chatę w Adirondacks – wyrzuciła z siebie. – Naprawdę świetna, doskonale położona. Trzy sypialnie, kamienny kominek, siedem akrów nad samym jeziorem Blackwater.

– W Adirondacks? Cholernie daleko.

Susanna skinęła głową.

– Sześć milionów akrów nieskalanej przez człowieka przyrody, największy taki obszar w całych Stanach, jeśli nie liczyć Alaski. Babcia stamtąd pochodzi, urodziła się nad jeziorem Blackwater. Pradziadkowie mieli tam gospodę i…

– Susanno, na litość boską – Jim Haviland powoli pokręcił głową, jakby zupełnie nie podzielał entuzjazmu ulubienicy. – Chata w Adirondacks? A cóż to za pomysł? Powinnaś kupić coś w Teksasie, zamiast w jakiejś dziczy na Wschodzie. Kiedy dokonałaś tego genialnego zakupu?

– W zeszłym tygodniu. Pojechałam do Lake Placid i… coś mnie naszło. Chciałam trochę odpocząć, przemyśleć kilka spraw, no i zobaczyłam tę chatę. Niedaleko, nad jeziorem Champlain moi rodzice mają letni dom. Nie mogłam się powstrzymać. Pomyślałam, raz kozie śmierć.

– Od miesięcy słyszę, że musisz przemyśleć kilka spraw. Zamiast bawić się w smętne rozważania i kupować chatę w Adirondacks, powinnaś mszyć swoje cztery litery i wrócić do Teksasu. Porozmawiaj otwarcie z Jackiem, rozwiąż wreszcie wasze problemy małżeńskie.

Susanna udała, że nie słyszy gderania Jima.

– Babcia jest w Adirondacks legendarną postacią. Jako nastolatka, a potem młoda kobieta, dopóki nie przeniosła się z tatą do Bostonu, była przewodniczką. Tata nie pamięta tamtych czasów, był za mały. Wprawiłam ją w niebotyczne zdumienie i na początku nie chciała wierzyć, że naprawdę kupiłam chatę nad jeziorem Blackwater.

Jim bez słowa postawił przed Susanną świeżą margaritę.

Podniosła ciężką szklaneczkę. Oczami wyobraźni widziała już, jak stoi na ganku chaty i spogląda na skute lodem jezioro, na otaczające je, pokryte śniegiem góry.

– Coś się wydarzyło, kiedy tam byłam – ciągnęła.

– Nie wiem, jak to wytłumaczyć. W każdym razie poczułam, że ta chata powinna być moja, że muszę ją kupić.

– Zadziałały jakieś niewidzialne siły?

Puściła mimo uszu sarkazm zawarty w pytaniu.

– Tak. – Upiła łyk margarity; drink był znacznie słabszy od poprzedniego. – Tam odnalazłam moje korzenie.

– Korzenie? Nie chrzań, dziecino. Będzie chyba sześćdziesiąt lat, jak twoja babka wyjechała z Adirondacks.

Jim znowu pokręcił głową. Nie pojmował decyzji Susanny. Tak jak nie pojmował, dlaczego przeniosła się do Bostonu, dlaczego otworzyła tu swoje biuro. Początkowo dzieliła je z Tessą, córką Jima, graficzką. Kiedy Tessa wyszła za mąż i przeniosła się na wieś, Susanna została w wynajętym biurze sama i najwyraźniej zamierzała pozostać w Bostonie na dobre. Jim nie akceptował jej wyborów, uważał, że powinna wracać do męża do Teksasu. Tam było miejsce Susanny.

Tyle że życie okazuje się czasem bardziej skomplikowane, niż jesteśmy w stanie przewidzieć.

Jim lubił porucznika Jacka Galwaya, co wcale nie dziwiło Susanny. Obydwaj postrzegali rzeczywistość w czarno-białych kolorach, nie mieli zrozumienia dla egzystencjonalnych rozterek.

Jim odruchowo przetarł blat baru białą ścierką, jakby ta czynność mogła rozładować wzbierającą w nim złość na Susannę. Nie pojmował tej dziewczyny i nie pochwalał jej szalonych pomysłów.

– Ile się jedzie do Adirondacks? Pięć, sześć godzin? No ile?

– Mniej więcej – Susanna upiła kolejny łyk margarity. – Jesienią zrobiłam licencję pilota. Jack o tym nie wie. Może kupię awionetkę. W Lake Placid jest lotnisko.

Jim posłał jej przeciągłe spojrzenie.

– Dom w górach, samolot, czarne kaszmiry. Ile ty, do cholery, masz pieniędzy?

Oto pytanie.

Pierwszego października stan jej konta przekro – czyi dziesięć milionów. To był kamień milowy. Wszyscy wiedzieli, że dobrze się jej powodzi, ale mało kto zdawał sobie sprawę, jak dobrze, nawet jej własny mąż. Nie lubiła mówić o pieniądzach, nie chciała, żeby ludzie oceniali j ą na podstawie maj ątku. Nie chciała też nic zmieniać w swoim życiu. Poza tym, oczywiście, co już i tak się zmieniło.

– Nieźle zainwestowałam i sporo na tym zarobiłam – mruknęła ogólnikowo. – Dopisało mi szczęście.

– Szczęście! Nie mów mi o szczęściu. Masz po prostu głowę do interesów, Susanno Dunning Galway. Jesteś bystra, twarda i… – przerwał, zaczerpnął powietrza i westchnął ciężko. – Po cholerę ci ta chata w Adirondacks. Mówiłaś o tym Jackowi?

– Nie wydasz mnie?

– A więc Jack nie wie. Chcesz go zniechęcić do siebie czy czekasz, aż tu przyjedzie i spakuje twoje walizki?

– Nie przyj edzie i nie spakuje moich walizek.

– Nie byłbym tego taki pewien.

Do baru weszła dwójka młodych ludzi. Byli tak zajęci sobą, że najwyraźniej nic ich nie obchodził sylwester. Jim przywitał ich ciepło i wyszedł zza baru, żeby przyjąć zamówienie. Na chwilę zatrzymał się jeszcze przy Susannie.

– Mówisz, że kupiłaś chatę w Adirondacks, bo to rodzinne strony babci. A spytałaś chociaż babcię o zdanie? Nie. Myślałaś tylko o sobie, o swojej zachciance.

– Nie jestem egoistką…

– Nic takiego nie powiedziałem. Uważam cię za dobrego i wspaniałomyślnego człowieka. Jednak często bywasz uparta jak osioł.

Susanna lekko się stropiła.

Może rzeczywiście powinna była skonsultować swój pomysł z babcią, no i z Jackiem. Nie figurował w umowie, ale formalnie nadal byli przecież małżeństwem. Planowała mu kiedyś powiedzieć, tylko jakoś nie było jeszcze okazji. Nie zamierzała ukrywać kupna chaty, po prostu tam, nad jeziorem Blackwater, w ogóle nie myślała o swoim małżeństwie. Chata wiązała się z jej życiem, z jej korzeniami, należała do niej. Susanna nie potrafiła tego sensownie wytłumaczyć. Po namyśle uznała, że to przeznaczenie sprowadziło ją nad jezioro, zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła kierowała jej krokami. Wyjazd do Adirondacks pomógł jej zrozumieć podjęte wcześniej decyzje i spojrzeć chłodnym okiem na obecną sytuację.

Jim przyjął zamówienie od dwojga młodych i wrócił za bar. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, postawił przed nią talerz parującego chili.

– Musisz coś zjeść.

– Wolałabym jeszcze jedną margaritę.

– Mowy nie ma.

– Mieszkam dwa kroki stąd. – Wbiła wzrok w gorące danie. Nie była głodna, na widok jedzenia robiło jej się niedobrze. – Jak się wyłożę w rynsztoku, ktoś mnie na pewno znajdzie, zanim zamarznę na śmierć.

Jim nie odpowiedział. Do baru wszedł Davey Aheam i usadowił się na swoim ulubionym miejscu przy barze, koło Susanny. Pokręcił z niesmakiem głową.

– Jesteś jak wrzód na tyłku, Sussie. A spędź sobie noc w rynsztoku. Może mróz pobudzi twoje szare komórki do pracy i wrócisz w końcu do Teksasu.

– Jestem odporna na zimno.

Davey, przynajmniej dwukrotnie rozwiedziony, potężny hydraulik z podkręconym wąsem, jeszcze jeden przyjaciel jej ojca i ojciec chrzestny Tessy Haviland, nie miał wcale na myśli drastycznej krioterapii, doskonale o tym wiedziała. Równie dobrze wiedziała, że Davey się po prostu na nią uwziął i ilekroć ją widział, zawsze udzielał kilku bezcennych rad. Tessa często powtarzała, że lepiej nie wdawać się w dyskusje z Daveyem, ale Susanna zawsze w końcu dawała się sprowokować. Tessa zresztą też. Davey zamówił piwo, chili i słone krakersy.

– Krakersy do chili? – skrzywiła się Susanna.

– Obrzydliwość.

– Co ty tu robisz? – Davey otrząsnął się, jakby jeszcze przenikał go ziąb panujący na zewnątrz. Od kilku dni w Bostonie panowały mrozy, niezwykłe nawet dla tego zawsze mroźnego zimą miasta. – Idź pograć w mahjonga z przyjaciółkami babci. Mają razem prawie milion lat i wiedzą, jak się bawić.

– Słuszna uwaga – przytaknęła Susanna. – Sama nie wiem, co tu robię. Musi być ze mną źle, skoro siedzę w barze i jem chili z pochrzanionym hydraulikiem.

Davey wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Pochrzanionym? Ja tam jem chili z pieprzem.

Susanna omal nie parsknęła śmiechem.

– Kiepsko, Davey. Naprawdę kiepsko.

– Uśmiechnęłaś się. – Susanna jęknęła cicho, widząc, jak Davey otwiera paczkę krakersów, kruszy je i wsypuje do chili. – Ile nam zostało starego roku, Jim? – zagadnął.

– Dwadzieścia pięć minut. Myślałem, że jesteś umówiony.

– Byłem, ale pani się wściekła i poszła do domu.

Susanna, choć nadal nie odczuwała głodu, zaczęła jeść chili.

– Davey Aheam wyprowadził z równowagi kobietę. Niepodobna.

– To miała być złośliwość, pani Jackowa Galwayowa?

– Uspokójcie się – zarządził stanowczo Jim.

– O północy stawiam wszystkim szampana. Od firmy. Ile nas jest, pięcioro?

Ustawił kieliszki na barze. Susanna obserwowała jego krzątaninę. Chili piekło w ustach, dwie margarity wywołały leciutki szmerek w głowie.

– Myślicie, że za wcześnie zostałam matką? – zapytała nieoczekiwanie. Margarity najwyraźniej jednak zrobiły swoje. – Chyba nie. Po prostu stało się. Dwadzieścia dwa lata i nagle ni stąd, ni zowąd bliźniacza ciąża.

– Ciąża nie bierze się ni stąd, ni zowąd – mruknął zgryźliwie Davey.

Susanna udała, że nie usłyszała tego błyskotliwego komentarza.

– No i stało się. Mam męża, upartego, niezależnego faceta, który skończył Harvard, ale koniecznie musiał zostać Strażnikiem Teksasu. Spotkaliśmy się na studiach…

– Znamy tę historię – zauważył Jim delikatnie.

– Maggie i Ellen jako niemowlęta były takie rozkoszne. Cudowne. Nie są jednojajowymi bliźniaczkami, łatwo je odróżnić.

O tym Jim i Davey też od dawna wiedzieli. Susanna poczuła, że jeszcze chwila, a rozbeczy się. Co się z nią dzieje? Margarity. Nowy Rok. Chata w górach. Tęsknota za Jackiem.

Jim Haviland sprawdził po kolei każdy kieliszek pod światło i po chwili uznał, że szkło jest czyste.

– Były cholernie rozkoszne, takie dwa słodkie aniołki – podrzucił usłużnie.

– No właśnie. Widziałeś je, kiedy przyjechałyśmy z wizytą do babci. Jej dom zawsze był dla mnie azylem i bezpieczną przystanią. Tu odnajdowałam spokój, bo my z Jackiem nieustannie się przeprowadzaliśmy. Dlatego tu przyjechałam, kiedy między mną i Jackiem przestało się układać.

Zamknęła oczy. Po co tyle gada? Po co w ogóle się odzywa? Kiedy ponownie je otworzyła, wnętrze baru lekko się zakołysało. Odchrząknęła. Jeśli urwie się jej film i spadnie ze stołka, Jim i Davey będą mieli świetny pretekst, żeby zadzwonić do Jacka, a Jack zapewne im powie, że wstrząśnienie mózgu dobrze jej zrobi.

– Maggie i Ellen drugi raz w życiu leciały same samolotem. Teraz, do ojca na święta. – Przymknęła lekko powieki. Niech ten bar przestanie się wreszcie kołysać. Wyobraziła sobie, że Jack ją obserwuje z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Nie pamiętała już, kiedy zdarzyło się jej wypić dwie margarity pod rząd. Bez chwili namysłu zinterpretowałby tę sytuację na swoją korzyść. Powiedziałby, że upiła się z rozpaczy i tęsknoty za ukochanym mężem. Powinna jak najszybciej wziąć się w garść.

– Kiedy pierwszy raz leciały same, okropnie się denerwowałam. Byłam jednym kłębkiem nerwo w.

– Nie powiedziałbym, żeby teraz było lepiej – zauważył Davey.

Trzecia margarita zupełnie by ją rozłożyła. Już i tak ledwie się trzymała. To dlatego Jim Haviland usiłował cały czas z nią rozmawiać, dlatego podał jej chili. Wcale nie chciał jej dokuczyć, bał się po prostu, że urwie jej się film.

– A jeśli Maggie i Ellen będą chciały studiować w Teksasie? – Susannie zaparło dech z przerażenia.

– Co wtedy? Ja tu, one tam. Chryste, nie będę ich widywać. Jack…

Davey upił łyk piwa, otarł pianę z wąsów.

– To w Teksasie są uniwersytety?

– Bardzo śmieszne – obruszyła się Susanna.

– Ciekawe, jak byś się czuł, gdyby jakiś Teksańczyk zaczął wykpiwać bostończyków.

– Że niby jesteśmy niespecjalnie uprzejmi, za to wygadani? Maggie i Ellen ciągle mi to powtarzają. W dodatku niektórzy tutaj jadają chili z krakersami.

– Davey mrugnął do Susanny. – Sama jesteś bostonką, serdeńko. Prawie. Ciągle się przenosiliście, ale twój ojciec wychował się na tej ulicy. Kiedy Iris będzie już wymagała stałej opieki, rodzice zamkną galerię w Austin i ani się obejrzysz, jak zamieszkają tutaj.

– Mają taki plan – przyznała Susanna.

– Hydraulik, szynkarz i artysta – Davey pokręcił głową z niejakim niedowierzaniem. – Nikt by nie zgadł, co z nas wyrośnie… Chociaż prawdę powiedziawszy, Kevin od najmłodszych lat miał smykałkę do graffiti.

Susanna uśmiechnęła się na te słowa. Jej rodzice byli artystami. Zaskoczyli wszystkich, kiedy otworzyli przed siedmiu laty galerię w Austin i zabrali się za renowację domu z lat 30. ubiegłego wieku. Czasami odnosiła wrażenie, że prace wykończeniowe będą trwały wiecznie. Chociaż zamieszkali w Teksasie, wakacje zawsze spędzali w Adirondacks, nad jeziorem Champlain. Kiedy Susanna była jeszcze dzieckiem, wędrowali z miejsca na miejsce, uczyli, tworzyli i wiedli koczownicze życie. Byli zaszokowani, gdy zaczęła studiować finanse, a potem wyszła za Strażnika Teksasu. Nawet jeśli nie pochwalali jej wyborów, nigdy jej nie krytykowali. Nie wtrącali się w jej małżeństwo, teraz jednak nie potrafili zrozumieć, dlaczego zostawiła Jacka, wyniosła się do Bostonu i zamieszkała z babcią. Prawdopodobnie nadal po cichu liczyli, że Jack i Susanna w końcu oprzytomnieją i pogodzą się.

Jim obejrzał uważnie oszronioną butelkę szampana, po czym zwrócił się do Susanny.

– Nigdy mi nie powiedziałaś, dlaczego właściwie wyniosłaś się z Teksasu – rzucił niby od niechcenia.

– Pożarłaś się z Jackiem czy po prostu obudziłaś się pewnego ranka i poczułaś przemożną tęsknotę za Bostonem?

– Maggie i Ellen od dawna chciały przynajmniej przez jeden semestr uczyć się tutaj…

– Jakby to był Paryż albo Londyn. Semestr za granicą – sarknął Davey.

– Semestr z babcią – poprawiła go Susanna.

– Z semestru zrobił się rok – powiedział Jim. – Co zresztą nie wyjaśnia twojej decyzji.

– Łaził za mną jakiś psychol. – Susanna pożałowała, że nie może już cofnąć wypowiedzianych słów. – To znaczy, nie wiem, czy rzeczywiście za mną łaził, trudno byłoby mu cokolwiek udowodnić, ale natknęłam się na niego kilka razy. Pokazywał się, dziwnym trafem, zawsze tam, gdzie ja. Nie wiedziałam, kto zacz, w końcu naszedł mnie w mojej własnej kuchni.

Davey Aheam zaklął pod nosem, Jim spoważniał. Obydwu przyjaciołom odechciało się żartów.

– Co zrobiłaś? – zapytał Jim.

Susanna zamrugała zdumiona. Co się z nią dzieje? Nigdy nikomu nie mówiła o dziwnym mężczyźnie. Absolutnie nikomu. To był jej sekret.

– Wszystko, by nie sprowokować go do agresji. Chciał, żebym porozmawiała w jego imieniu z Jackiem. Powiedział, co miał do powiedzenia, i poszedł sobie.

– Co dalej? – dopytywał się Jim.

– Nic… Pomyślałam, że zabiorę dziewczynki i przyjadę tutaj na kilka tygodni. Uspokoję się, ukoję nadszarpnięte nerwy – dodała z bladym uśmiechem.

Jim Haviland zastygł z butelką szampana w ręku i przyglądał się bez słowa pochylonej nad talerzem Susannie. W końcu ocknął się, pokręcił głową.

– Chryste, nie powiedziałaś Jackowi, że ten sukinsyn wtargnął do waszej kuchni.

– Wiem, że to irracjonalne. – Susanna odłożyła widelec, pociągnęła nosem i drżącą dłonią sięgnęła po kieliszek z margaritą.

– Jack jest policjantem. Ty byś powiedział, gdyby ktoś cię nachodził?

– Natychmiast. Kupuj sobie w tajemnicy chaty w Adirondacks, twoja wola, ale taki świr to zupełnie co innego…

– Wtedy wydawało mi się, że nie powinnam nic mówić.

Jim gwałtownie wciągnął powietrze.

– Powiedz mu teraz. Idź na zaplecze, zadzwoń do niego i powiedz mu. Zaraz.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Za późno.

– Facet siedzi za kratkami?

Susanna pokręciła głową.

– Nie żyje?

– Nie. Jest na wolności. Nigdy nie postawiono mu żadnych zarzutów.

– Bo nikomu nie powiedziałaś, że cię prześladuje.

– A kogo by to obeszło? Wywinąłby się. Zbieg okoliczności, przypadek, nieporozumienie, desperacja. Policja machnęłaby ręką. – Susanna upiła łyk margarity. – Miał poważniejsze rzeczy na sumieniu niż łażenie za mną.

Davey Ahearn zastrzygł uszami.

– Taaa? A co takiego zrobił? Zabił żonę?

– W rzeczy samej, Davey. Załatwił własną żonę.

– Susanna zerknęła na zegar na ekranie telewizora; cztery minuty do północy, trzy minuty pięćdziesiąt dziewięć sekund… Szczęśliwego Nowego Roku.

– Zabił ją.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jack Galway obudził się w noworoczny ranek w pustym łóżku, zbolały, zły, z głową wypełnioną ponurymi myślami dedykowanymi żonie. Powinni się rozmówić, coś postanowić. Nie wiedział, kiedy dojdzie do rozmowy zasadniczej, ale kiedyś będzie musiało to nastąpić, impas nie mógł trwać w nieskończoność. Miał już dość samotnych przebudzeń w pustym łóżku. Zżymał się, że Susanna nigdy go o niczym nie informowała. Te jej przeklęte sekrety…

Nowy Rok witał z córkami i mniej więcej milionem ich przyjaciół. Ani kropli alkoholu. Same dzieciaki, żadne nie skończyło dwudziestu jeden lat, kilkoro odwiózł do domu. O pierwszej już był w łóżku. Sam.

Rok wcześniej spędził sylwestra trochę sympatyczniej. Maggie i Ellen bawiły się u przyjaciółki, a on i jego wiotka, ciemnowłosa, zielonooka żona zaraz po wyjściu dziewczynek wylądowali w sypialni. Myślał, że w łóżku przeprowadzą tak zwaną rozmowę zasadniczą. Nie przeprowadzili. Urazy, pretensje, wzajemne żale były jeszcze zbyt świeże. Zamknęli się w sobie, zasklepili i milczeli, oboje jednakowo uparci.

Jack zacisnął zęby. Nie było sensu rozpamiętywać tego, co wydarzyło się przed rokiem, po cichu jednak liczył, że wspólna noc powstrzyma Susannę przed powrotem do Bostonu. Mylił się.

Przemagając ból głowy, zwlókł się z łóżka, włożył dżinsy i starą bluzę. Susanna w Bostonie pomnażała swoje miliardy, a on przestał używać szafy, ubrania walały się po podłodze. W końcu co za różnica, gdzie położysz koszulę?

Zszedł do kuchni po aspirynę. Maggie i Ellen, dawno już na nogach, przywitały go radosnym świergotem. Wszędzie miski, półmiski, garnki. Mikser w robocie, jajka, mleko, cytryny, ogromna torba cukru. Dopiero po chwili przypomniał sobie, o co chodzi: noworoczne święto ku czci Jane Austen. Herbata, ciastka, twarożek cytrynowy, bita śmietana, kanapki z rzeżuchą i maraton filmów na podstawie powieści Austen. Całodniowa impreza. Córki oczywiście zaprosiły masę przyjaciół.

Jack zdławił podchodzący do gardła jęk i połknął dwie aspiryny. Ból rozsadzał mu czaszkę, dotarł już do oczu.

Ellen przepchnęła się koło niego i postawiła miskę z ciastem na blacie kuchennym. Miała kasztanowe włosy, takie same jak Iris Dunning, zanim posiwiała. Ciemne oczy odziedziczyła po ojcu, za to była znacznie bardziej zrównoważona niż rodzice. Taka wiecznie poszukująca towarzystwa ekstrawertyczka.

Wysportowana… Świetnie grała w rugby i zawsze miała posiniaczone nogi.

– Zaczniemy od „Dumy i uprzedzenia z Laurence'em Olivierem i Greer Garson. Tak będzie najlepiej. Jak myślisz, tato?

Jack skinął głową.

– Uhm.

– Możesz się do nas przyłączyć, jeśli masz…

– Ellen. – Maggie poderwała się od piekarnika. Wiotka i ciemnowłosa, jak matka, uparta jak oboje rodzice, odziedziczyła, o dziwo, talent artystyczny po dziadkach Dunningach. I ona miała ciemne oczy ojca. – Taty nie zapraszamy, zapomniałaś? Wiesz, jaki on jest. Cały czas tylko by zrzędził i rzucał złośliwe uwagi.

Ellen przygryzła wargę.

– Racja. Zupełnie zapomniałam. Tato, nie zapraszamy cię.

– Dobrze. Postaram się nie wchodzić wam w drogę. Znikam.

Po chwili namysłu przebrał się w dres. Tylko wieloletniemu reżimowi i żelaznej samodyscyplinie należało przypisać, że nie umościł się ponownie w łóżku i nie oddał ponurym rozmyślaniom o żonie. W głosach Maggie i Ellen pobrzmiewał już akcent ze Wschodniego Wybrzeża. Przynajmniej urządziły święto Jane Austen, zanim ruszą z powrotem do Bostonu. Nie miał nic przeciwko temu, żeby spędziły jeden semestr w domu prababki, lepiej ją poznały. Iris Dunning była wyjątkową osobą. Miał natomiast wiele przeciwko przeprowadzce żony. Prawda, nie prosił jej, żeby została, nie prosił, żeby wróciła. W każdym razie nie powiedział tego prosto z mostu, ale przecież Susanna i tak wiedziała, czego pragnął.

Myślał, że wygonią ją z Bostonu pierwsze mrozy. Przywykła do ciepłego klimatu południowego Teksasu. Tu był jej dom, jej miejsce, ale ona oczywiście udawała, że dopiero próbuje odnaleźć poczucie przynależności. To łatwiejsza batalia niż potyczki z mężem. No i o wiele łatwiejsze niż przyznanie się do własnych lęków i próba ich zwalczenia.

Był pewien, że bała się poważnej rozmowy o ich związku i dlatego wcale nie chciała wracać do nagromadzonych przez lata nieporozumień.

Oczywiście on też nie był bez winy. Przez wiele miesięcy nie przyjmował tego do wiadomości, w końcu zdobył się na bardziej samokrytyczne spojrzenie. Nadal jednak nie chciał rozmawiać z Susanną, nie raczył jej powiedzieć, co go dręczy i czego się obawia. A Bóg mu świadkiem, że nie był wolny od różnych lęków, kto wie, czy zupełnie bezzasadnych. Chyba najwyższa pora coś z tym zrobić.

Nie, nie będzie myślał o Susannie. Należałoby może podjąć jakieś kroki, ale jakie? To milczące zawieszenie broni coraz bardziej mu ciążyło, z drugiej strony przerażała go myśl, że zrobi coś głupiego i straci Susannę raz na zawsze.

Wybiegł z domu, spojrzał na rozsłonecznione niebo, wciągnął w płuca ciepłe, wilgotne powietrze. Codziennie robił sobie kilkukilometrową przebieżkę po dzielnicy. Miła okolica, podmiejskie osiedle, rodzinne domy, rodzinna atmosfera. Jego dom też był „rodzinny”… Duży salon, pralnia, na ścianach kuchni słodkie obrazki: kotki, kwiatki, kaczuszki. To na tej ulicy uczył dziewczynki jeździć na rowerze. Maggie zdecydowanie nie życzyła sobie pomocy, Ellen pomimo starań ojca kilka razy wylądowała na twardym bruku.

Zżymał się, że już za kilka dni obydwie będą musiały wrócić do Bostonu. Mógłby lecieć z nimi, bo miał sporo zaległego urlopu.

Już po pierwszych kilometrach ból głowy ustąpił i Jack biegł jak w transie, o niczym nie myślał, mechanicznie, rytmicznie poruszał nogami: lewa stopa, prawa stopa, lewa… Tak żył przez ostatnich czternaście miesięcy, każdą czynność wykonywał mechanicznie, o niczym nie myśląc. Starał się zachowywać spokój, w duchu pochwalił się nawet za cierpliwość. Wysuwał do przodu lewą stopę, potem prawą, parł nieustannie do przodu. I zawsze wracał do punktu wyjścia, zanim osiągnął cel, wciąż tak samo bezradny.

– Niech to diabli, Susanno.

Za rok o tej porze nie obudzi się sam w pustym łóżku. Wykluczone. Za rok? Nawet jutro nie chciał się obudzić bez niej.

Może powinien jej o tym powiedzieć.

Wrócił do domu spocony, zdyszany, ale w lepszym nastroju. Dziewczynki wyjeżdżały za dwa dni, nie powinien psuć ostatnich wspólnych chwil ponurymi rozmyślaniami. Zajrzał do salonu: córki, w towarzystwie tylko dwóch przyjaciółek, tkwiły przed telewizorem. Wszystkie zapłakane, ściskały w dłoniach chusteczki. Jack uśmiechnął się. Za kilka lat zdobędą świat, teraz beczały jak sentymentalne i egzaltowane pensjonarki. Maggie posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Mrugnął do niej i wycofał się do swojej sypialni.

Wziął prysznic, ponownie przebrał się w dżinsy i zaczął oglądać mecz piłki nożnej. Gdyby udało mu się przemknąć do kuchni, nie ryzykując poczęstowania sandwiczem z rzeżuchą, przyniósłby sobie piwo.

Rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanęła Ellen. Dziewczęta większością głosów postanowiły zaprosić go na herbatę.

– Chciałyśmy zobaczyć, jak sobie poradzisz z twarożkiem cytrynowym.

– Studiowałem na Harvardzie, wiem, co to jest twarożek cytrynowy.

– Taaato… Naprawdę chcemy, żebyś napił się z nami herbaty.

Nie mógł się wymówić. Spędził z dziewczynkami wspaniałe dwa tygodnie. Wziął urlop, spełniał wszystkie ich zachcianki. Jeździli na zakupy, odwiedzili kilka college’ów, chodzili do kina, grali w rugby – co tylko panny sobie zażyczyły. Pierwszy dzień świąt spędzili w Austin u rodziców Susanny. Eva i Kevin nie mogli zrozumieć decyzji córki, ale nie chcieli się wtrącać w jej małżeństwo.

– Chcesz earl greya czy english breakfast?

– A jest jakaś różnica?

Jack zażartował, ale Ellen wzięła jego pytanie na serio.

– English breakfast to zwykła herbata, earl grey jest aromatyzowany olejkiem z bergamotek…

– English breakfast.

Na stoliku pojawiła się porcelanowa zastawa do herbaty, kanapki, ciastka, miseczki z bitą śmietaną, twarożek cytrynowy, konfitura z truskawek i dwa dzbanki, jeden z english breakfast, drugi z earl greyem. Bardzo eleganckie przyjęcie, tyle tylko, że dziewczynki ubrane były w dżinsy, luźne bluzy i sportowe buty. Z wyjątkiem Maggie, która nosiła się, jak sama to określała, w stylu retro i tego dnia miała na sobie domową suknię, ozdobioną niezliczoną ilością falbanek. Siedziała na podłodze, oparta o kanapę, i starannie unikała wzroku ojca, ale czerwonego nosa ukryć nie mogła. Ellen bez skrępowania płakała przy ojcu, kiedy razem oglądali filmy, ale Maggie nigdy.

Po „Dumie i uprzedzeniu” przyszła kolej na „Rozważną i romantyczną” z Emmą Thompson. Susanna zaciągnęła go do kina zaraz po wejściu filmu na ekrany.

– Widziałyście ten film chyba z dziesięć razy i ciągle lejecie łzy? – zapytał.

Wszystkie jak na komendę zaczęły go uciszać.

– Zamknij się, tato – syknęła Maggie.

Zasłużył sobie na to „zamknij się”, poza tym jego mała córeczka była prawie dorosłą kobietą, a pobyt w Bostonie wyostrzył jej język.

Ellen podsunęła mu filiżankę, talerzyk z ciastkami, porcję twarożku i maleńki sandwicz z rzeżuchą.

– Sam powinieneś wypożyczyć sobie kilka filmów nakręconych na podstawie powieści Jane Austen. Dowiedziałbyś się, jak być romantycznym.

– Wiem, co to romantyzm.

Obie córki wzniosły oczy do nieba, a Jack upił łyk herbaty. Sandwicz z rzeżuchą dało się przełknąć, może dlatego, że był taki mały. Ciastka okazały się zupełnie smaczne. Twarożek mimo miksowania miał nadal grudki, ale Jack nie skomentował tego kulinarnego potknięcia.

– Co we mnie takiego nieromantycznego? – zainteresował się.

– Wszystko – odpowiedziały cztery panny zgodnym chórem.

Głębszą analizę mało romantycznego charakteru Jacka uniemożliwiło pojawienie się Sama Temple’a. Maggie i Ellen udawały, że go nie zauważają, ale nie było w Teksasie kobiety, której ta sztuka by się udała. Sam, od dziesięciu lat Strażnik Teksasu, był przystojnym i błyskotliwym kawalerem i powszechnie uważano go za wspaniałą partię.

– Czy to nie ten facet, który grał w „Szklanej pułapce”? Niezły jest. Pamiętasz, jak załatwił tego tlenionego?

Maggie chwyciła pilota, nacisnęła pauzę i spiorunowała spojrzeniem obydwu panów.

– Strażnikom Teksasu należałoby prawnie zakazać oglądania takich filmów.

Sam uśmiechnął się szeroko.

– Myślałem, że ty też chcesz służyć w naszej formacji.

– Chciałam. Miałam wtedy jedenaście lat.

Podniosła się, elegancka nawet w swojej cudacznej sukni obszytej falbankami. Jack zerknął na Sama, ale Sam był mądrym człowiekiem, nie dał po sobie poznać, że zauważył, jak bardzo Maggie Galway wydoroślała.

Wsparła dłonie na biodrach.

– Nie moglibyście wymazać tych głupich komentarzy z waszej zaprogramowanej pamięci i pozwolić nam obejrzeć film w spokoju?

– Jakich komentarzy? Powiedziałem tylko, że facet grał w „Szklanej pułapce”.

Ellen ponownie napełniła filiżanki. Przyjaciółki bliźniaczek milczały.

– Tata i Sam też chcieliby obejrzeć ten film, ale boją się, że zaczną płakać – poinformowała siostrę.

Sam uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Czytałem Jane Austen w szkole średniej. Jak się nazywała ta dziewczyna, która kochała się w Darcym? Cholera. Darcy, no przecież. W końcu wyszła za mąż i została panią Darcy… Niesamowite.

Maggie z głośnym świstem wypuściła powietrze z płuc, ale nie powiedziała słowa. Ellen mierzyła Sama ponurym wzrokiem.

– Mówisz o „Dumie i uprzedzeniu”. Mamy ekranizację z 1940 roku z Laurence’em Olivierem i Greer Garson i serial z 1995 roku z Jennifer Ehle i Colinem Firthem, gdybyś chciał obejrzeć.

– O nie, wy jesteście twardsze niż ja.

Złapał dwa sandwicze z rzeżuchą i uciekł do kuchni. Jack poszedł za nim. Sam z pewnością nie przyjechał po to, żeby droczyć się z jego córkami.

Otwierał właśnie lodówkę.

– Muszę czymś popić to obrzydlistwo. – Skrzywił się, jakby połknął żabę. – Co to, koperek?

– Rzeżucha.

– O Jezu. – Sam wyjął dzbanek mrożonej herbaty, nalał sobie pełną szklankę, wypił duszkiem, oparł się o blat kuchenny i oznajmił grobowym głosem: – Alice Parker wyszła wczoraj na wolność.

– Szczęśliwego Nowego Roku.

– Wynajęła pokój.

– Ma pracę?

– Jeszcze nie.

Jack doskonale pamiętał, jak drobna, jasnowłosa Alice błagała go, kiedy przyszedł ją aresztować, żeby zapomniał o całej sprawie. Przekonywała go, że Beau McGarrity, jeden z najpotężniejszych teksańskich biznesmenów, człowiek z ambicjami politycznymi, zamordował żonę, ale nie miała żadnych dowodów. Była policjantką w małym miasteczku, odebrała anonimowy telefon, że coś się stało na ranczu McGarritych. Pojechała tam natychmiast. Znalazła Rachel McGarrity na podjeździe przed domem; ktoś strzelił jej w plecy, kiedy wysiadała z samochodu. Pewnie chciała otworzyć drzwi garażu, bo automat, jak się okazało, został uszkodzony.

Była żoną Beau zaledwie siedemdziesiąt dziewięć dni, znali się zaledwie pięć miesięcy.

Jack rozumiał, że Alice Parker mogła wpaść w panikę, nigdy wcześniej nie miała do czynienia z morderstwem. Była młoda i niedoświadczona, nikt nie powiedział jej, co robić. Nie zdziwiłby się, gdyby popełniła zwykłe w takich przypadkach błędy, ale ona spartaczyła wszystko, co tylko mogła. Zamiast zabezpieczyć miejsce popełnienia zbrodni i wezwać ekipę, wzięła się do roboty sama i tak namieszała, że zniszczyła wszystkie ślady. Klasyczny przykład bezmyślnej nadgorliwości, idiotyczny przerost ambicji.

Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, że praktycznie uniemożliwiła dochodzenie, samapopełniła przestępstwo. Sprokurowała naocznego świadka, włóczęgę, który najmował się do najrozmaitszych robót. Facet podobno widział, jak przyczajony w zaroślach Beau McGarrity strzelił do swojej żony.

I tu szef policji zaczął coś podejrzewać, zwrócił się więc do Strażników Teksasu, żeby zbadali sprawę. Jack w tydzień obalił wersję Alice i przedstawił własną. Alice znalazła włóczęgę, zapłaciła mu, nauczyła, co ma mówić, w końcu prośbą i groźbą zmusiła do złożenia fałszywych zeznań.

Jack pozostał głuchy na jej błagania. Alice skazano na rok więzienia, a sprawa zabójstwa Rachel McGarrity nadal pozostawała niewyjaśniona. Dochodzenia wprawdzie nie zamknięto, ale, z winy Alice, utknęło w martwym punkcie. Jack był przekonany, że Alice coś wie, nie zdołał jednak nic z niej wydobyć. Odsiedziała swój wyrok i znowu była wolna.

W tydzień po tym, jak uporał się ze sprawą Alice Parker, Susanna wyjechała do Bostonu. Nie wierzył, że był to tylko i wyłącznie zbieg okoliczności.

– To nie jest zwolnienie warunkowe – Sam wypowiedział na głos coś, o czym Jack doskonale wiedział. – Ta kobieta może robić, co chce, wyjechać, gdzie jej się podoba. Dopóki nie złamie prawa, ma nieograniczoną swobodę mchów.

Jack skinął głową.

– Oby ułożyła sobie jakoś życie.

– Marzyła, by wstąpić do naszej formacji. Teraz to już niemożliwe.

Dla obu było jasne, że Alice Parker i wcześniej nie miała żadnych szans. Strażnicy Teksasu to elitarny zespół dochodzeniowy, raptem setka ludzi starannie wyselekcjonowanych spośród pracowników Departamentu Bezpieczeństwa. Na pewno nie z posterunków policji w prowincjonalnych miasteczkach.

Jack odwrócił się od okna. Z salonu dobiegały dźwięki finałowej muzyki z „Rozważnej i romantycznej”.

– Parker się pogubiła.

– Może nie tak bardzo, jak nam się wydaje. Może chciała, żebyśmy uwierzyli w jej niekompetencję. Może sama zabiła Rachel McGarrity. – Sam mówił zupełnie serio, najwyraźniej brał pod uwagę taką ewentualność. Rok w więzieniu za nakłanianie do fałszywych zeznań to pestka w porównaniu z zastrzykiem wyprawiającym cię na tamten świat za morderstwo z premedytacją. Trzeba tylko przyznać się do nieudolności, znaleźć niewiarygodnego świadka, odwrócić uwagę od tego, co się zrobiło naprawdę. Kto wie, czy to nie ona strzeliła Rachel w plecy?

Jack pokręcił głową.

– Brak motywu, no i nie mamy żadnych dowodów. Nie sądzę, żeby to ona zabiła McGarrity. Znała ofiarę, znała jej męża. To jedno z niebezpieczeństw pracy na prowincji. Parker uznała, że dobrze będzie zapudłować McGarrity’ego, by zyskać uznanie przełożonych. Marzyła jej się wielka kariera.

– I wszystko potoczyło się na opak. Człowiek nie rezygnuje tak łatwo ze swoich ambicji. – Sam wstawił szklankę po herbacie do zlewozmywaka. – Uważaj na siebie, Jack.

To był prawdziwy powód wizyty Sama. Nie przyszedł gawędzić o manipulacjach Alice Parker. Bał się jej zemsty, martwił się o Jacka i chciał go ostrzec. Sam Tempie miał niesłychaną intuicję. Skończył uniwersytet stanowy, zaraz po studiach podjął pracę w Departamencie Bezpieczeństwa, zrobił dodatkowo dyplom z prawa karnego. Potrafił trzeźwo myśleć, był stanowczy i bardzo nieufny, ale sprawiedliwy. Ludzie go lubili, gdyby zdecydował się pewnego dnia odejść ze służby i zająć polityką, prawdopodobnie wybraliby go na gubernatora.

Stał teraz zachmurzony przy blacie kuchennym.

– Co to takiego, u licha?

Jack poszedł za jego spojrzeniem.

– Ekspres ciśnieniowy do kawy. Dostałem od dziewczynek pod choinkę.

– Wygłupiasz się.

– Jakbyś nigdy w życiu nie widział ekspresu do kawy.

Sam uśmiechnął się szeroko.

– Zaczniesz pić espresso, machiato i trzeba będzie wywalić cię z pracy. – Znowu spoważniał. – Jeśli Alice Parker znowu spróbuje wtykać nos w sprawę tego morderstwa albo zacznie cię nachodzić…

– Zobaczymy. Nie jest idiotką. Zdaje sobie chyba sprawę, że to dla niej zamknięty rozdział. – Jack poklepał Sama po ramieniu i ruszył ku drzwiom.

– Na siłę wyszukujesz problemy, byle uniknąć zjedzenia jeszcze jednej kanapki z rzeżuchą.

– Nie. To ty próbujesz zająć czymś myśli. W zeszłym roku Susanna przyleciała na święta. Wczorajsza noc musiała ci się bardzo dłużyć. – Sam zaśmiał się, po czym dodał ni stąd, ni zowąd: – Mroźno dziś w Bostonie, minus dziesięć, lodowaty wiatr.

– I dobrze.

– Gdyby chodziło o moją żonę, pojechałbym tam i przywiózł ją do domu. Choćby w kajdankach.

– Sam…

Sam podniósł rękę.

– Wiem. Nie moja sprawa.

Wszedł do salonu i znowu zaczął mówić o „Szklanej pułapce”, doprowadzając wszystkie dziewczyny do rozpaczy.

– To Allan Rickman – oznajmiła Maggie lodowatym tonem.

Sam pokręcił głową.

– Za długo siedziałyście na Północy. Zaczynacie mówić jak Ted Kennedy.

Jack słuchał z uśmiechem burzliwej, pełnej złośliwych przycinków dyskusji. Dziewczynki nie pozostawały dłużne piętnaście lat starszemu od nich Samowi, odgryzały mu się dzielnie. Nie były mimozami, a ostry języczek i charakterek odziedziczyły po mamusi. Czasami dochodził do wniosku, że jego życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Susanna miała w sobie coś z mimozy. Odrobinę. Przynajmniej od czasu do czasu…

Wkrótce po aresztowaniu Alice Parker stało się jasne, że Beau McGarrity nie zostanie oskarżony o zamordowanie żony. Ludzie zaczęli nawet okazywać mu współczucie, wierzyli, że jest niewinny. Widzieli w nim ofiarę nieudolności policji i pochopnych osądów.

Na myśl o McGarritym Jacka ogarniały gniew i frustracja, mimowolnie napinał mięśnie. Wściekał się i na Susannę, i na siebie, ale wiedział, co powinien zrobić. Trzeba poważnie porozmawiać z żoną na temat Beau McGarrity’ego. I to jak najszybciej.

Następnego ranka Maggie i Ellen biegały razem z ojcem. Po ośmiu kilometrach Maggie spasowała, oświadczyła, że ma ferie, i zatrzymała sąsiada, który odwiózł ją do domu. Ellen była gotowa pokonać cały dystans, ale z kolei Jack opadł z sił. Skrótem wrócili do domu, zaliczywszy dwanaście kilometrów. Zupełnie nieźle…

Po lunchu dziewczynki zaczęły się pakować, bo następnego dnia wracały do Bostonu. Siedziały w salonie, składały swoje ubrania i oglądały prognozy pogody na kanale meteorologicznym. Mrozy na północnym wschodzie nie ustępowały.

– Tato – zaczęła Ellen. – Naradziłyśmy się z Maggie i postanowiłyśmy… nie rozmawiamy nigdy o tym, co dzieje się między tobą i mamą…

– Nie chcemy się wtrącać – dodała Maggie.

Masz babo placek, pomyślał Jack. Opadł na fotel.

Do tej pory dziewczynki nie poruszały drażliwego tematu jego konfliktu z Susanną, ale swoje zdanie miały, wiedział o tym doskonale. Postanowił wysłuchać, co miały mu do powiedzenia.

– Mówcie.

Ellen wzięła głęboki oddech, jakby zamierzała wyznać jakiś straszny i wstydliwy grzech.

– Nam się wydaje, że mama chce, żebyś się do niej zalecał.

– Zalecał? – Jacka na moment zamurowało. Wszystkiego się spodziewał, tylko nie czegoś takiego. – Ile filmów Jane Austen wczoraj obejrzałyście?

– Mówimy serio, tato – zapewniła Ellen.

Maggie pedantycznie porządkowała garderobę, oczywiście w stylu retro. W ciągu kilku dni odwiedziła z przyjaciółkami chyba wszystkie lumpeksy w San Antonio i kupiła całą furę ciuchów. Jack nie mógł zrozumieć tej słabości córki do starych szmat.

– Mama jest niezależna, zarabia mnóstwo kasy, na wszystkim się zna i w ogóle – mówiła. – Oglądacie razem mecze w telewizji i rozmawiacie o tych twoich morderstwach…

– A jej czasami trzeba odrobiny romantyzmu – dokończyła Ellen.

– Umizgów – dodała Maggie z iskierką w oku. Najwyraźniej nie traktowała sprawy z tak śmiertelną powagą jak siostra.

Jack przejechał dłonią po włosach. Do tej pory ciemne, ostatnio stały się szpakowate. Nie tylko dlatego, że przekroczył czterdziestkę… Życie z trzema kobietami odciska swoje piętno na człowieku. Kiedy dziewczynki zaczną studia, kupi sobie psa. Wielkiego, bardzo złego psa. Faceta. Samca. Po prostu psa.

– Waszą matkę poznałem jeszcze w college'u – zaczął.

Ellen wydęła wargi.

– No właśnie. Przyzwyczaiłeś się, że mama jest i zawsze będzie… Żadna kobieta nie lubi być traktowana w ten sposób.

– O czym ty mówisz?

Latorośl jęknęła i pokręciła głową, jakby Jack był najbardziej tępą istotą płci męskiej na ziemi. Miała na sobie koszulkę i szorty; siniaki od rugby powoli zaczynały znikać. Po kilku dniach w słońcu San Antonio na nosie i policzkach Ellen pojawiły się piegi, kasztanowe włosy pojaśniały. O ile wiedział, żadna z jego córek nie miała stałego chłopaka.

I bardzo dobrze. Nie chciał, żeby jacyś smarkacze „umizgali się” do jego dziewczynek.

Maggie złożyła starannie golfowe spodnie w paseczki, jej ulubione. Takie nosiło się w połowie lat siedemdziesiątych, przemknęło Jackowi przez głowę.

– Każdy chce czuć, że jest wyjątkowy i jedyny.

– Nie chodzi o to, kto zawinił, kto popełnił błąd – podjęła Ellen. – Chodzi o to, żebyś wziął byka za rogi i… i…

– Odzyskał mamę – zakończył Jack z kamienną twarzą.

Ellen spojrzała na niego podejrzliwie.

– Owszem – powiedziała z pełną namaszczenia powagą.

– To nie są żadne bzdury – zapewniła Maggie.

– Nie żądamy od ciebie, żebyś zabiegał o mamę dlatego, że jesteś facetem, a facet powinien zdobywać kobietę. Masz o nią zabiegać, bo mama tego potrzebuje. To takie proste, tato.

Nic, co dotyczyło Susanny Dunning Galway, nie było proste. Jack pokręcił głową.

– Czego wy się właściwie uczycie w Bostonie?

Dziewczynki nie zamierzały ustąpić.

– Przez ostatnie tygodnie przed naszym wyjazdem do Bostonu byłeś tak zajęty swoimi problemami, że nie wiedziałeś, co się dzieje w domu. Pamiętasz? Prowadziłeś wtedy sprawę tej policjantki. Nienawidzisz dochodzeń, podczas których może ucierpieć dobre imię policji, wtedy też nie chciałeś o tym rozmawiać. Właśnie w tamtym czasie między tobą i mamą wszystko się popsuło, żadne z was nie zdawało sobie nawet sprawy, jak bardzo.

Jack nie wierzył własnym uszom. Oto słuchał, jak córki poddają analizie jego małżeństwo i problemy zawodowe.

– Wolałem was, kiedy siedziałyście w kojcu i nie umiałyście jeszcze mówić. Moje życie rodzinne i moja praca to dwie osobne sprawy. Nie ma między nimi żadnego związku, wzniosłem między nimi gruby mur.

– Widzisz! – Ellen triumfalnie wycelowała w ojca palec. – Sam przyznajesz, że pewna sfera twojego życia ogrodzona jest murem, by nikt nie mógł tam przeniknąć. Odizolowałeś się od mamy. Przestałeś z nią rozmawiać.

A ona? Czy córki naprawdę mówiły o matce?

O kobiecie, która udawała, że nie zarobiła milionów? Podniósł się z fotela. Powinien skończyć tę prowadzącą donikąd rozmowę w chwili, kiedy usłyszał: „zabiegaj o nią”, „umizgaj się”. Ruszył w stronę kuchni.

– Wasza matka wie, na czym polega moja praca, zna mnie wystarczająco dobrze. Wie, jak wygląda sytuacja, dokonała kiedyś świadomego wyboru. Nie muszę jej niczego tłumaczyć.

– Jasne – mruknęła Maggie. – Nie musisz niczego tłumaczyć.

Jack udał, że nie słyszy słów córki. Już choćby dlatego, że za niecałe dwadzieścia cztery godziny miał wsadzić bliźniaczki do samolotu. Niedługo zaczną samodzielne życie. Nie miał do czynienia z dziećmi, Maggie i Ellen były prawie dorosłe. Nie mógł już kontrolować ich poczynań ani poglądów, te czasy bezpowrotnie minęły. Czasami, choćby teraz, bardzo tego żałował.

Dziewczynki instynktownie broniły matki. Nawet gdyby włożył wór pokutny i posypał głowę popiołem, wziął całą winę na siebie, przyznał, że popełnił masę błędów, nic by to nie dało, niczego nie załatwiło. Trzeba było o wiele więcej niż romantyczne kolacje i bukiety róż, żeby naprawić, co oboje z Susanną popsuli.

Wypadł na patio i kopnął krzesło.

– Trochę szczerości nikomu jeszcze przecież nie zaszkodziło.

To Susanna pierwsza zaskorupiła się w milczeniu. To wystarczyło, by też zaczął się wycofywać.

On też potrafił być uparty.

Zdobywać Susannę… Przyzwyczaił się, że jest obok niego i zawsze będzie… Co to miało znaczyć? Susanna była równie sentymentalna i romantyczna, jak on, czyli… wcale. Ciekawe, jak by zareagowała, gdyby zaczął pisać dla niej wiersze. Spojrzał w bezchmurne teksańskie niebo; w Bostonie było teraz minus osiem.

Może czegoś nie zrozumiał.

Kiedy dziewczynki z przyjaciółkami pojechały do centrum handlowego, ciągle się w nim gotowało, nadal miał ochotę kopać krzesła. Nie minęły dwie minuty od wyjścia Maggie i Ellen, gdy na ganku pojawiła się Alice Parker. Zapomniał już, jaka jest drobna. Dziw, że udało się jej ukończyć akademię policyjną. Była blada, nieswoja – skutek miesięcy spędzonych w więzieniu. Włosy, znacznie dłuższe niż przed rokiem, związane w koński ogon, biały T-shirt, dżinsy, trochę taniej złotej biżuterii.

– Dzień dobry, miss Parker – przywitał ją Jack sztywno. – Jeśli chce pani ze mną rozmawiać, proszę przyjść do biura. Nie będę pani przyjmował w domu.

– Wiem, wiem. Dzwoniłam do pracy, ale powiedzieli mi, że wziął pan kilka dni urlopu. – W szarych oczach malował się niepokój. Była ładna, bardzo ładna, ale wyglądała na zmęczoną, nawet wyczerpaną. Spojrzała Jackowi prosto w twarz. – Odsiedziałam swój wyrok, poruczniku.

– Po co pani przyszła?

– Chciałam przeprosić. – Wypowiedzenie tych dwóch prostych słów nie przyszło jej łatwo. – Nie miałam prawa prosić, żeby przymknął pan oko. Nie wolno robić takich rzeczy.

– Przyjmuję przeprosiny. – Nie próbował nawet pytać, dlaczego nie zabezpieczyła dowodów, dlaczego przedstawiła fałszywego świadka, dlaczego coś ukrywała. Był pewien, że Alice wie o tej sprawie o wiele więcej, niż chce zdradzić. Jeśli sprawa zabójstwa Rachel McGarrity pozostała nierozwiązana, to głównie przez stojącą teraz przed nim kobietę.

– Niech pani zacznie szukać jakiejś pracy, Parker, i spróbuje żyć normalnie.

– Beau McGarrity nadal jest na wolności.

Jack nic nie powiedział.

– Muszę się z tym pogodzić. Policja nie zrobi nic, nie chcą ruszać Beau, nie będą mu się narażać, nie wznowią dochodzenia. Są przekonani, że chciałam go wrobić.

– Panno Parker…

– Myślę, czy nie wyjechać do Australii.

– Powodzenia.

– To nie zabrzmiało zbyt szczerze, a już na pewno niezbyt życzliwie. Co bardziej pana irytuje, poruczniku? To, że zapłaciłam temu człowiekowi za złożenie fałszywych zeznań, czy to, że się panu podobam?

– Irytuje mnie fakt, że sprawa morderstwa ciągle pozostaje nierozwiązana. – Jack zmrużył oczy. – Nic więcej nie ma mi pani do powiedzenia, panno Parker?

– Co na przykład?

– Dlaczego tamtej nocy anonimowy informator zadzwonił akurat do pani? Dlaczego to właśnie pani pojechała na farmę? A pani znajomość z Rachel McGarrity? Przyjaźniłyście się, ale pani woli o tym nie mówić. Nie prowadzę dochodzenia w sprawie tego morderstwa, ale jestem absolutnie przekonany, że pani coś ukrywa.

– Są rzeczy, z którymi trzeba żyć. Do zobaczenia, poruczniku.

– Proszę się trzymać z dala od mojego domu – rzucił jeszcze Jack. – Ode mnie i od mojej rodziny.