Jeźdźcy Smoków. Przymierze - Arnold Buzdygan - ebook
Opis

Dwójka przyjaciół, chłopców żądnych chwały ruszyła po nią pewnej nocy.
Nocy, o której bardowie potem śpiewać będą, że zwracając dwójkę dzieci zabrała...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 50

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jeźdźcy Smoków

Przymierze

ISBN: 978-83-924878-1-4

© Copyright Arnold Buzdygan www.arnoldbuzdygan.com

*

Zobaczyłem go idącego pieszo obok konia. Schodził z góry uliczki i wyróżniał się, bo choć nie był stary, włosy miał całkiem białe. Nie przeczuwałem wtedy, że los jeszcze nie raz skrzyżuje nasze ścieżki...

Podszedł do mnie i zapytał:

- Stajenny?

- Nie Panie, jam syn karczmarza, ale wiem jak konia oporządzić...

- Masz tu 10 miedziaków - w powietrzu szerokim łukiem zawirowała moneta, chwyciłem ją pewnie i uśmiechnąłem się do Białowłosego. - I daj mu najlepszego owsa jakiego masz... bez ostu!

- Panie, żadnego ostu, klnę się....

Nie odpowiedział i wszedł do naszej karczmy. Rozradowany sowitą zapłatą w podskokach pobiegłem z koniem do stajni. Wprowadziłem go do środka i stwierdziłem, że sam jednak nie dam rady ściągnąć wypchanych juków.

Ech - westchnąłem na głos. - Mus mi po brata podejść.

Zostawiwszy konia, chyżo wbiegłem do izby i zamarłem... Za przyjezdnym stało dwóch wykolejeńców w groźnej pozie, a trzeci ubliżał mu stojąc u jego boku. Jak nic szykowała się następna awantura... Popatrzyłem na ojca, ale ten - jak zwykle - przezornie udawał, że nic nie zauważa. W jednej chwili wyleciał mi z głowy powód, dla którego tutaj przyszedłem. Z ciekawością obserwowałem zajście. Byłem pewny, że tamci popełniają błąd zaczepiając przyjezdnego. Nie wiem skąd się brało owo przekonanie - czy z pewności, jaka emanowała z jego postaci, czy też z powodu miecza, nietypowo przerzuconego przez plecy, czy też z powodu jego długich, srebrnych włosów mimowolnie budzących szacunek. W każdym razie przeczucie nie zawiodło mnie... Jeden z drągali wytrącił piwo z ręki nieznajomego, chwycił go za pierś...

I się zaczęło...

Wszystko stało się tak szybko, że niewiele z tego zarejestrowałem:

błysk miecza...

bryzgającą krew…

krzyk… gruchot mebli.

Zanim mrugnąłem powiekami tamci leżeli posiekani na podłodze…

Ciszę jaka zapanowała w izbie zakłócił jedynie piskliwy, paniczny krzyk kobiety. Białowłosy oparł się plecami o ścianę i spięty, uważnie rozglądał się po sali. Kręcił przy tym płynnie i majestatycznie mieczem, rozglądając się czujnie wokół. Nikt inny się nie ruszył.

Patrzyłem na niego pełen podziwu - już wiedziałem, kim chciałbym zostać...

Krzyk kobiety zwabił do karczmy strażników. Choć już nie raz bywały tutaj bójki, to jednak widok jatki zaskoczył ich. Dostrzegli winowajcę i chwycili za miecze. Jednakże nie kwapili się do walki. Pomimo liczebnej przewagi widok trzech leżących ciał ostudzał ich zapał. Gdy nieznajomy wyciągnął jeszcze sztylet dowódca straży kazał jednemu ze swoich biec po pomoc, a Białowłosemu drżącym głosem rozkazał rzucić broń. Nie na wiele mu się to zdało... Obcy sięgnął po medalion wiszący na jego piersi i wykonał nim dziwne znaki w powietrzu - błysnęło a ja tracąc nagle wszystkie siły osunąłem się na podłogę...

Ocuciły mnie nieprzyjemne klepnięcia w policzek. Otworzyłem oczy. Nade mną pochylał się mój brat, który wcześniej uderzał mnie bezlitośnie po twarzy. Za nim stał ojciec i mój najlepszy druh Nekaah oboje z widoczną troską w oczach.

- No wstawaj, posprzątać tu trzeba - rzekł twardo ojciec jak tylko zobaczył, że nic mi nie jest. - Do roboty... a nuże!

Nekaah podał mi dłoń i pomógł mi wstać. Trzy trupy leżały nieruszone. Gdy je zobaczyłem, do mojej świadomości dotarł obrzydliwy smród... Smród krwi i wnętrzności z trzewi wypełniający całe pomieszczenie. Zwymiotowałem. Brat i ojciec z niesmakiem odwrócili głowy, ale nic nie powiedzieli. Tylko Nekaah patrzył na to spokojnie.

- My już rzygaliśmy - powiedział z uśmiechem. - Chyba trza wszystkie okna otworzyć. Chodź pomogę Ci w sprzątaniu.

- A co z Nieznajomym? - zapytałem ojca.

- Nic ino za strażą poszedł... Pewnikiem u naszego starosty o strzydze gadać będzie...

- Strzydze? Czy to był...

- Tak, dyć znaku jego nie widziałeś? - zdziwił się karczmarz i splunął. - Tfu, mutancie nasienie...

- A ja też taki będę! - zakrzyknąłem w przypływie afektacji.

- I ja! Ja też! - skwapliwie dodał mój przyjaciel.

- Głupiście! - śmiechem skwitował to mój brat. - Oni przez całe lata przez mistrzów są szkoleni, eliksirami różnymi truci, z emocji wyprani... Nigdy tak silni i szybcy nie będziecie. Lepiej wybijcie to sobie z głowy. No już... do roboty dzieciaki...

- A przekonasz się... - głucho odpowiedział mu Nekaah. - Nikt nam nie dorówna... Nawet ten, który tutaj był. A starosta nas prosić będą, coby strzygę oduroczyć! Zobaczysz!

- Tak będzie! - dodałem twardo i uroczyście. Nie zrobiło to jednak na nikim wrażenia a wręcz przeciwnie - spowodowało ogólną wesołość. Gdy dumni i obrażeni wychodziliśmy z wiadrami po wodę oni ciągle się jeszcze śmiali.

**

Wchodząc w mrok stodoły natychmiast wyczułem zagrożenie - coś czaiło się za moimi plecami. Zwinąłem się w pół i runąłem w półobrocie na ziemię. Coś przeleciało mi nad głowa, musnęło ramię i uderzyło obok mnie w ziemię - a ten który się na mnie zamachnął stracił na chwilę równowagę. Wykorzystałem ją na zerwanie się z klepiska i dobycie miecza. Jego ostrze skierowałem w stronę majaczącej przede mną sylwetki...

Cha cha cha! - roześmiała się postać. - Tym razem udało Ci się... punkt dla Ciebie!

Cha cha cha - ja też miałem dobry nastrój. - Następnym razem również nic nie zdziałasz...

Schowałem swój miecz z kawałka wymodelowanego drewna a mój przyjaciel schylił się i podniósł leżący na ziemi wiecheć słomy, którym mnie zaatakował. Rzucał go właśnie na stos pozostałych, gdy w drzwiach pojawił się mój ojciec. Obrzucił mnie wzrokiem i dostrzegł resztki słomy i ziemi w moim ubraniu i włosach.

- No utrapienie z nimi! Znowu, żeście się szarpali... Już wam mówiłem: nie po to żem was rachunków uczył, żebyście wojakami byli... Garnki z piwnicy wyczyścić trzeba... Chyżo... Czas pili...

Zmarkotnieliśmy - też coś, żeby robić babską robotę? Ale