Jeszcze się spotkamy - Abbi Glines - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Mase od zawsze wolał skromne życie teksańskiego ranczera od luksusów zapewnionych przez ojca. Odwiedzając jednak swoją przyrodnią siostrę Nan, w jej domu poznaje Reese – sprzątaczkę z trudną przeszłością. Choć dziewczyna podchodzi do niego z nieufnością, nie może się oprzeć półnagiemu przystojniakowi.

Czy miłość okaże się silniejsza niż koszmary przeszłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: When I’m Gone

Tłu­ma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Bień­kow­ska

Re­dak­cja: Ewa Le­wan­dow­ska

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Stock­sy/Mo­su­no

Skład: IMK

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Co­py­ri­ght © 2015 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

All ri­ghts re­se­rved.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Po­sta­ci i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Biel­sko-Bia­ła 2016

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

ISBN 978-83-7642-865-9

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Dla mojego syna, Austina. Obyś wyrósł na dobrego, troskliwego, liczącego się z innymi, serdecznego mężczyznę, który potrafi naprawdę kochać. Trudno znaleźć takich mężczyzn. Mam nadzieję, że wychowuję jednego z nich.

PRO­LOG

Re­ese

– Chodź tu­taj, dziew­czy­no! – wrzask mo­je­go oj­czy­ma roz­legł się w ca­łym domu.

Od razu ści­snął mi się żo­łą­dek. Ten mdlą­cy ucisk w brzu­chu, zwią­za­ny z oso­bą oj­czy­ma i świa­do­moś­cią tego, co mógł mi zro­bić, to­wa­rzy­szył mi zresz­tą sta­le. Po­wo­li wsta­łam z łóż­ka i ostroż­nie odło­ży­łam książ­kę, któ­rą czy­ta­łam, a w każ­dym ra­zie usi­ło­wa­łam czy­tać. Mat­ka nie wró­ci­ła jesz­cze z pra­cy. Po­win­na już być w domu. Źle się sta­ło, że tak wcze­śnie wró­ci­łam z bi­blio­te­ki. Kie­dy prze­glą­da­łam książ­ki dla dzie­ci, pod­szedł do mnie ja­kiś męż­czy­zna z małą có­recz­ką. Za­py­tał, czy szu­kam książ­ki dla młod­szej sio­stry. Za­wsty­dzi­łam się i, jak za­wsze, uświa­do­mi­łam so­bie wła­sną głu­po­tę.

– DZIEW­CZY­NO! – ryk­nął oj­czym.

Był wście­kły. Po­czu­łam, że pie­ką mnie oczy. Gdy­by mnie tyl­ko bił, tak jak kie­dyś, kie­dy by­łam młod­sza i przy­no­si­łam ze szko­ły sła­be oce­ny. Gdy­by wy­zy­wał mnie je­dy­nie i na­rze­kał, jaka to je­stem nic nie­war­ta… ale nie. Kie­dyś o ni­czym tak nie ma­rzy­łam, jak o tym, by prze­stał mnie bić. Nie­na­wi­dzi­łam tego pasa i pręg, ja­kie zo­sta­wiał na mo­ich no­gach i pu­pie – tak, że z tru­dem sia­da­łam. Aż pew­ne­go dnia prze­stał. A ja na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­łam. Śla­dy po pa­sie były o nie­bo lep­sze niż to. Wszyst­ko by­ło­by od tego lep­sze. Na­wet śmierć.

Otwo­rzy­łam drzwi mo­je­go po­ko­ju i wzię­łam głę­bo­ki od­dech, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że zdo­łam wy­trzy­mać, co­kol­wiek mi zro­bi. Od­kła­da­łam pie­nią­dze ze sprzą­ta­nia i już nie­dłu­go stąd wy­ja­dę. Mat­ka na pew­no się ucie­szy. Nie­na­wi­dzi­ła mnie. Nie­na­wi­dzi­ła mnie od lat. By­łam dla niej cię­ża­rem. Ob­cią­gnę­łam ko­szul­kę i wło­ży­łam ją do szor­tów, któ­re mia­łam na so­bie. Na­stęp­nie ob­cią­gnę­łam tak­że szor­ty, żeby bar­dziej za­sła­nia­ły mi nogi. Cho­ciaż to i tak było bez­ce­lo­we. Mia­łam dłu­gie nogi, któ­re trud­no było za­sło­nić. W skle­pach z ta­nią odzie­żą ni­g­dy nie było dość dłu­gich szor­tów.

Mat­ka wró­ci do domu w cią­gu go­dzi­ny. Oj­czym nie zro­bi nic, na czym mo­gła­by go przy­ła­pać. Cho­ciaż na­wet gdy­by tak się sta­ło, pew­nie uzna­ła­by, że to moja wina. Już czte­ry lata temu za­czę­ła mnie oskar­żać o to, jak zmie­ni­ło się moje cia­ło. Pier­si uro­sły mi zbyt duże i mat­ka twier­dzi­ła, że mu­szę prze­stać jeść, bo mam za gru­by ty­łek. Sta­ra­łam się nie jeść, ale to nic nie po­ma­ga­ło. Mój brzuch stał się bar­dziej pła­ski, przez co pier­si wy­da­wa­ły się jesz­cze więk­sze. To też ją wku­rza­ło. Więc znów za­czę­łam jeść, ale dzie­cię­cy tłusz­czyk na brzu­chu nie wró­cił. Kie­dy pew­ne­go wie­czo­ru we­szłam do sa­lo­nu w ob­cię­tych spodniach od dre­su i T-shir­cie, żeby na­pić się mle­ka przed spa­niem, ude­rzy­ła mnie w twarz i po­wie­dzia­ła, że wy­glą­dam jak dziw­ka. Wie­le razy mó­wi­ła mi też, że je­stem głu­pią dziw­ką, któ­ra nie ma ni­cze­go poza swo­im wy­glą­dem.

We­szłam do sa­lo­nu i zo­ba­czy­łam, że Mar­co, mój oj­czym, sie­dzi w roz­kła­da­nym fo­te­lu wpa­trzo­ny w te­le­wi­zor i trzy­ma w dło­ni piwo. Wró­cił wcze­śniej z pra­cy. Prze­niósł spoj­rze­nie na mnie i po­wo­li omiótł mnie wzro­kiem od stóp do gło­wy, aż wzdry­gnę­łam się z obrzy­dze­nia. Co ja bym dała za to, żeby być by­stra i pła­ska jak de­ska. Gdy­bym mia­ła krót­kie i gru­be nogi, moje ży­cie by­ło­by ide­al­ne. To nie moja twarz przy­cią­ga­ła Mar­ca. Była ra­czej prze­cięt­na. Nie­na­wi­dzi­łam na­to­miast mo­je­go cia­ła. Tak bar­dzo go nie­na­wi­dzi­łam. Po­czu­łam mdło­ści, ser­ce mi wa­li­ło i z tru­dem po­wstrzy­my­wa­łam łzy. On uwiel­biał, kie­dy pła­ka­łam. Sta­wał się wte­dy jesz­cze gor­szy. Nie będę pła­kać. Nie przy nim.

– Usiądź mi na ko­la­nach – roz­ka­zał.

Nie mo­głam tego zro­bić. Od ty­go­dni uda­wa­ło mi się go uni­kać, bo trzy­ma­łam się z dala od domu, kie­dy tyl­ko mo­głam. Ta kosz­mar­na myśl, że zno­wu miał­by mi wło­żyć ręce pod ko­szul­kę i w majt­ki, była nie do znie­sie­nia. Wo­la­ła­bym się za­bić. Wszyst­ko, tyl­ko nie to.

Kie­dy się nie po­ru­szy­łam, wy­krzy­wił twarz w szy­der­czym gry­ma­sie.

– W tej chwi­li po­sadź ten twój głu­pi, tłu­sty ty­łek na mo­ich ko­la­nach!

Za­ci­snę­łam po­wie­ki, bo po­czu­łam, że łzy na­pły­wa­ją mi do oczu. Mu­sia­łam je po­wstrzy­mać. Gdy­by tyl­ko zno­wu mnie ude­rzył. Wy­trzy­ma­ła­bym to. Ale nie mo­głam znieść do­ty­ku tych jego łapsk. Nie­na­wi­dzi­łam dźwię­ków, ja­kie wy­da­wał, i słów, któ­re wy­po­wia­dał. To był nie­koń­czą­cy się kosz­mar.

Każ­da se­kun­da opo­ru z mo­jej stro­ny przy­bli­ża­ła mnie do po­wro­tu mat­ki. Kie­dy była w domu, wy­zy­wał mnie, ale ni­g­dy nie do­ty­kał. Może ona wo­la­ła­by, że­bym nie ist­nia­ła, ale była moim je­dy­nym ra­tun­kiem przed nim.

– Śmia­ło, płacz, lu­bię to – szy­dził.

Jego fo­tel za­skrzy­piał i usły­sza­łam trzask pod­nóż­ka. Gwał­tow­nie otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam, że wsta­je. Nie­do­brze. Gdy­bym na­wet rzu­ci­ła się do uciecz­ki, nie zdo­ła­ła­bym go wy­mi­nąć. Je­dy­nym wyj­ściem wy­da­wa­ło się po­dwór­ko za do­mem, ale tam był jego pit­bul. Trzy lata temu mnie ugryzł, rana wy­ma­ga­ła szy­cia, ale oj­czym nie po­zwo­lił mi pójść do le­ka­rza. Ka­zał mi za­wi­nąć ranę; nie za­mie­rzał usy­piać psa z mo­je­go po­wo­du. Mia­łam na ko­ści bio­dro­wej brzyd­ką bli­znę po psich zę­bach. Ni­g­dy wię­cej nie wy­szłam na po­dwór­ko za do­mem. Ale pa­trząc te­raz, jak idzie w moją stro­nę, za­sta­na­wia­łam się, czy po­gry­zie­nie przez jego psa nie jest jed­nak lep­sze. Oto spo­sób na za­koń­cze­nie mo­jej męki: śmierć. To nie wy­da­wa­ło się ta­kie strasz­ne.

Tuż za­nim mnie do­się­gnął, uzna­łam, że co­kol­wiek jego pies miał­by mi zro­bić, i tak oka­że się lep­sze niż to, więc rzu­ci­łam się do uciecz­ki. Usły­sza­łam za ple­ca­mi jego re­chot, ale nie zwol­ni­łam. My­ślał, że nie wyj­dę tyl­ny­mi drzwia­mi. Ale się my­lił. By­łam go­to­wa sko­czyć w ogień pie­kiel­ny, byle tyl­ko przed nim uciec, jed­nak drzwi były za­ry­glo­wa­ne. Po­trze­bo­wa­łam klu­cza, żeby je otwo­rzyć. Nie. Nie. Chwy­cił mnie w pa­sie i przy­cią­gnął do sie­bie tak, że­bym po­czu­ła jego twar­dy czło­nek. Wy­mio­ty po­de­szły mi do gar­dła, gdy usi­ło­wa­łam się mu wy­rwać.

– NIE! – krzyk­nę­łam.

Tym ra­zem zła­pał mnie za pier­si i ści­snął bo­le­śnie.

– Ty głu­pia dziw­ko. Tyl­ko do tego się na­da­jesz. Nie uda­ło ci się skoń­czyć szko­ły, bo by­łaś za tępa. Ale to cia­ło jest stwo­rzo­ne do tego, żeby uszczę­śli­wiać męż­czyzn. Po­gódź się z tym, suko!

Łzy cie­kły mi po twa­rzy. Nie by­łam w sta­nie ich po­wstrzy­mać. Za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć, żeby mnie zra­nić.

– NIE! – krzyk­nę­łam jesz­cze raz, ale tym ra­zem nie zdo­ła­łam ukryć bólu. Głos mi się za­ła­mał.

– Walcz ze mną, Re­ese. Lu­bię, jak się ze mną szar­piesz – syk­nął mi do ucha.

Jak moja mat­ka mo­gła być żoną tego czło­wie­ka? Czy mój oj­ciec był od nie­go gor­szy? Ni­g­dy za nie­go nie wy­szła. Nic mi o nim nie mó­wi­ła. Nie wie­dzia­łam na­wet, jak się na­zy­wa. Ale nikt nie mógł być gor­szy niż ten po­twór. Nie prze­ży­ję tego ko­lej­ny raz. Mia­łam już dość stra­chu. Albo za­tłu­cze mnie na śmierć, albo wy­rzu­ci mnie z domu. Tak dłu­go ba­łam się jed­ne­go i dru­gie­go.

Mat­ka po­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że wszy­scy fa­ce­ci na świe­cie, pa­trząc na mnie, będą my­śleć wy­łącz­nie o sek­sie. Będą mnie wy­ko­rzy­sty­wać przez całe moje ży­cie. Bez prze­rwy ka­za­ła mi się wy­no­sić. Dziś by­łam go­to­wa. Uda­ło mi się za­osz­czę­dzić tyl­ko osiem­set pięć­dzie­siąt pięć do­la­rów, ale mo­głam za to ku­pić bi­let na au­to­bus, któ­ry mnie za­wie­zie na dru­gi ko­niec kra­ju, gdzie znaj­dę ja­kąś pra­cę. Je­śli tyl­ko zdo­łam żywa wyjść z tego domu, tak wła­śnie zro­bię.

Po­czu­łam, że dłoń Mar­ca wpy­cha się z przo­du w moje szor­ty i szarp­nę­łam się z krzy­kiem. Nie po­zwo­lę, żeby mnie tam do­ty­kał.

– Pusz­czaj! – wrza­snę­łam tak gło­śno, że są­sie­dzi mo­gli mnie usły­szeć.

Wy­cią­gnął dłoń i gwał­tow­nie od­wró­cił mnie do sie­bie, z ca­łej siły wy­krę­ca­jąc mi rękę, aż coś w niej chrup­nę­ło. Na­stęp­nie po­pchnął mnie na drzwi. Wal­nął mnie pię­ścią w twarz z gło­śnym łup­nię­ciem. Wzrok mi się zmą­cił i po­czu­łam, że ko­la­na ugi­na­ją się pode mną.

– Za­mknij się, dziw­ko, i rób, co każę!

Pod­cią­gnął mi ko­szul­kę i zsu­nął sta­nik. Za­czę­łam szlo­chać, bo nie mo­głam po­wstrzy­mać tego kosz­ma­ru. Już nad­cho­dził, a ja nie mo­głam go po­wstrzy­mać.

– Trzy­maj się z da­le­ka od mo­je­go męża, ty dziw­ko, i wy­noś się z mo­je­go domu! Nie chcę cię tu wię­cej wi­dzieć! – głos mo­jej mat­ki po­wstrzy­mał Mar­ca, któ­ry zdjął ręce z mo­ich pier­si. Szyb­ko ob­cią­gnę­łam ko­szul­kę. Twarz mnie pa­li­ła od cio­su jego pię­ści i po­czu­łam smak krwi na war­dze, w mia­rę jak pie­ką­ca rana pod ję­zy­kiem za­czę­ła puch­nąć.

– WY­NO­CHA, TY GŁU­PIA, TĘPA DZIW­KO! – wrza­snę­ła moja mat­ka.

Ta chwi­la zmie­ni­ła wszyst­ko.

Mase

Dwa lata póź­niej…

Ja­sna cho­le­ra. Co to za ha­łas? Z tru­dem pod­nio­słem po­wie­ki, mój umysł po­wo­li wy­bu­dzał się ze snu, a ja usi­ło­wa­łem stwier­dzić, co mnie obu­dzi­ło. Od­ku­rzacz? I… śpie­wa­nie? Co jest, kur­wa? Prze­tar­łem oczy i jęk­ną­łem sfru­stro­wa­ny, gdy ha­łas stał się jesz­cze gło­śniej­szy. Te­raz by­łem już pe­wien, że to od­ku­rzacz. I coś, co brzmia­ło jak na­praw­dę kiep­ska wer­sja Gun­pow­der & Lead Mi­ran­dy Lam­bert.

Na moim te­le­fo­nie była do­pie­ro ósma. Spa­łem dwie go­dzi­ny. Po trzy­dzie­stu go­dzi­nach bez snu zo­sta­łem obu­dzo­ny przez kiep­ski śpiew i pie­przo­ny od­ku­rzacz? Wzdry­gną­łem się. Ko­bie­cy głos śpie­wał pierw­sze dwie li­nij­ki re­fre­nu. I to co­raz gło­śniej. Do tego fał­szo­wał nie­mi­ło­sier­nie. Żeby tak spar­ta­czyć do­brą pio­sen­kę! Czy ta ko­bie­ta nie wie­dzia­ła, że o ósmej rano nie wcho­dzi się, kur­de, do cu­dzych do­mów i nie wyje na całe gar­dło? Te­raz już nie za­snę w tym har­mi­drze. Nan­net­te naj­wy­raź­niej za­trud­ni­ła ja­kąś idiot­kę do sprzą­ta­nia swo­je­go pie­przo­ne­go domu. Ale też, zna­jąc Nan­net­te, była wku­rzo­na, że tu je­stem, a w do­dat­ku nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. Pew­nie za­pła­ci­ła tej ko­bie­cie, żeby wy­dzie­ra­ła się aku­rat pod drzwia­mi mo­jej sy­pial­ni. Ten dom nie na­le­żał jed­nak do Nan­net­te, tyl­ko do Kira, na­sze­go ojca. Po­wie­dział nam, że kie­dy ona jest w Pa­ry­żu, mogę się tu za­trzy­my­wać i spę­dzać tro­chę cza­su z na­szą dru­gą sio­strą, Har­low. Pew­nie ta suka po­sta­no­wi­ła w ten spo­sób ze­mścić się na mnie za to, że się tu za­trzy­ma­łem. Tam­ta te­raz w kół­ko wy­śpie­wy­wa­ła re­fren, wrzesz­cząc na całe gar­dło. Boże, to ja­kiś kosz­mar. Niech ta baba się za­mknie. Mu­sia­łem tro­chę się prze­spać, za­nim po­ja­dę spo­tkać się z Har­low i jej ro­dzi­ną. Wie­dzia­ła, że tu je­stem, i bar­dzo się cie­szy­ła na na­sze spo­tka­nie. Ale ta idiot­ka bar­dzo sku­tecz­nie za­kłó­ca­ła mi sen.

Od­rzu­ci­łem koc, wsta­łem i ru­szy­łem do drzwi, do­pie­ro w ostat­niej chwi­li ła­piąc się na tym, że je­stem goły. W gło­wie mi hu­cza­ło z nie­wy­spa­nia, co jesz­cze wzma­ga­ło moją złość, kie­dy szu­ka­łem dżin­sów, któ­re gdzieś tu ci­sną­łem. Le­d­wie wi­dzia­łem na oczy, w do­dat­ku ciem­ne za­sło­ny były za­cią­gnię­te. Kur­wa mać. Chwy­ci­łem koc, owi­ną­łem się nim w pa­sie i pod­sze­dłem do drzwi. Otwo­rzy­łem je z roz­ma­chem, aku­rat w chwi­li, kie­dy tam­ta za­czę­ła śpie­wać ko­lej­ną pio­sen­kę. Cho­le­ra. Tym ra­zem ka­to­wa­ła Cru­ise Flo­ri­da Geo­r­gia Line.

Za­mru­ga­łem i prze­tar­łem oczy, te­raz ra­zi­ło mnie świa­tło i na­dal le­d­wo co wi­dzia­łem. Cho­le­ra, czy ta ko­bie­ta też mnie nie wi­dzi? Po paru se­kun­dach uda­ło mi się wresz­cie ode­mknąć po­wie­ki na tyle, by przez zmru­żo­ne oczy do­strzec mały krą­gły ty­łe­czek wy­pię­ty w moją stro­nę i ko­ły­szą­cy się ryt­micz­nie.

Po­wo­li cał­kiem otwo­rzy­łem oczy i zo­ba­czy­łem naj­dłuż­sze nogi, ja­kie wi­dzia­łem w ży­ciu. I, ja­sna cho­le­ra, ten jej ty­łek. Czy to był pie­przyk, czy zna­mię pod jej le­wym po­ślad­kiem? Wy­pro­sto­wa­ła się, a smu­kła ta­lia spra­wi­ła, że jej ty­łek pre­zen­to­wał się jesz­cze le­piej. W dal­szym cią­gu krę­ci­ła bio­dra­mi i śpie­wa­ła, okrop­nie fał­szu­jąc. Skrzy­wi­łem się, kie­dy za­pisz­cza­ła fał­szy­wie bar­dzo wy­so­ki dźwięk. Cho­le­ra, ta dziew­czy­na nie po­tra­fi­ła śpie­wać. I na­gle od­wró­ci­ła się, a ja nie zdą­ży­łem na­sy­cić się jej wi­do­kiem od przo­du, bo za­raz krzyk­nę­ła, upu­ści­ła rurę od od­ku­rza­cza i wy­ję­ła słu­chaw­ki z uszu. Wiel­kie, okrą­głe, ja­sno­nie­bie­skie oczy wpa­try­wa­ły się we mnie z prze­ra­że­niem, a ona otwie­ra­ła i za­my­ka­ła usta, jak­by pró­bo­wa­ła coś po­wie­dzieć.

Sko­rzy­sta­łem z tej chwi­li mil­cze­nia, żeby przyj­rzeć się jej peł­nym ró­żo­wym war­gom i ide­al­ne­mu kształ­to­wi twa­rzy. Wło­sy mia­ła upię­te w ko­czek, ale i tak było wi­dać, że mają ko­lor noc­ne­go nie­ba. Za­sta­na­wia­łem się, czy są dłu­gie.

– Prze­pra­szam – zdo­ła­ła pi­snąć, a ja prze­nio­słem wzrok na jej oczy.

Była na­praw­dę nie­sa­mo­wi­ta. Mia­ła w so­bie coś eg­zo­tycz­ne­go. Zu­peł­nie jak­by Bóg wy­brał same naj­lep­sze ele­men­ty i po­skła­dał je ra­zem, żeby ją stwo­rzyć.

– Nie ma za co – od­par­łem. Nie mia­łem jej już za złe, że mnie obu­dzi­ła. Komu po­trzeb­ny sen? No tak. Mnie.

– Nie wie­dzia­łam, mhm… my­śla­łam, że dom na­dal jest pu­sty. To zna­czy, nie wie­dzia­łam, że ktoś tu jest. Na ze­wnątrz nie było sa­mo­cho­du, za­dzwo­ni­łam dzwon­kiem, ale nikt nie otwie­rał, więc wstu­ka­łam kod i we­szłam.

Nie po­cho­dzi­ła z po­łu­dnia. Może ze środ­ko­we­go za­cho­du. Wie­dzia­łem w każ­dym ra­zie, że nie jest stąd. Nie mia­ła no­so­we­go tonu cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla więk­szo­ści tu­tej­szych. W jej gło­sie była pew­na mięk­kość.

– Przy­le­cia­łem sa­mo­lo­tem. Ktoś mnie tu przy­wiózł – od­par­łem.

Kiw­nę­ła gło­wą i wbi­ła wzrok w czub­ki swo­ich bu­tów.

– Będę ci­cho. Na gó­rze mogę po­sprzą­tać póź­niej. Zej­dę te­raz na dół i dzi­siaj za­cznę od­ku­rza­nie tam.

Ski­ną­łem gło­wą.

– Dzię­ki.

Uni­ka­ła mo­je­go spoj­rze­nia, a jej po­licz­ki ob­lał ru­mie­niec, kie­dy opu­ści­ła wzrok na moją nagą pierś. Na­stęp­nie od­wró­ci­ła się i ode­szła po­śpiesz­nie, z wra­że­nia za­po­mi­na­jąc o od­ku­rza­czu. Kie­dy od­cho­dzi­ła, z przy­jem­no­ścią pa­trzy­łem, jak ko­ły­sze bio­dra­mi. Cho­le­ra, mia­łem na­dzie­ję, że sprzą­ta tu kil­ka razy w ty­go­dniu. Na­stęp­nym ra­zem nie będę taki wy­koń­czo­ny i za­py­tam, jak ma na imię.

Kie­dy znik­nę­ła mi z oczu, wy­co­fa­łem się do po­ko­ju i za­mkną­łem drzwi. Nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu, kie­dy przy­po­mnia­łem so­bie jej twarz i minę, jaką zro­bi­ła na wi­dok mo­jej na­giej pier­si. Skąd Nan wy­trza­snę­ła taką sprzą­tacz­kę? Ta dziew­czy­na była bo­ska.

Po­ło­ży­łem się z po­wro­tem i za­mkną­łem oczy. Przed ocza­mi sta­nął mi ten pie­przyk tuż pod jędr­ną krą­gło­ścią. Do­słow­nie mia­łem ocho­tę go po­li­zać. To był naj­słod­szy pie­przyk, jaki wi­dzia­łem w ży­ciu.

Re­ese

– O Boże, o Boże, o Boże – za­wo­dzi­łam, po czym pa­dłam na naj­bliż­szą ka­na­pę i za­kry­łam twarz dłoń­mi. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że ktoś jest w domu. Obu­dzi­łam go. Wy­glą­dał na zi­ry­to­wa­ne­go. W każ­dym ra­zie tak mi się wy­da­wa­ło. Boże, sama już nie wie­dzia­łam. Tak bar­dzo się ba­łam, że mnie zwol­ni. To była moja naj­le­piej płat­na pra­ca, ale ni­g­dy do­tąd nie po­zna­łam wła­ści­cie­la domu. Za­trud­ni­łam się w fir­mie sprzą­ta­ją­cej, któ­ra da­wa­ła mi zle­ce­nia. To był mój naj­więk­szy dom, a jego co­ty­go­dnio­we sprzą­ta­nie wy­star­cza­ło na ku­pie­nie je­dze­nia, opła­ce­nie wszyst­kich ra­chun­ków oraz mie­sięcz­ne­go czyn­szu za miesz­ka­nie. Po­zo­sta­łe domy, któ­re sprzą­ta­łam były mniej­sze, więc gdy­bym stra­ci­ła to zle­ce­nie, le­d­wie by mi star­cza­ło na ży­cie. Nie mo­gła­bym nic za­osz­czę­dzić, nie mia­ła­bym ja­kie­go­kol­wiek za­bez­pie­cze­nia.

Wciąż mia­łam przed ocza­mi wi­dok jego na­giej pier­si, więc z ca­łej siły za­ci­snę­łam po­wie­ki, chcąc się go po­zbyć z mo­jej gło­wy. Nie ufa­łam męż­czy­znom. No, może poza moim są­sia­dem Jim­mym. To dzię­ki nie­mu do­sta­łam tę pra­cę w fir­mie sprzą­ta­ją­cej. Lu­bił męż­czyzn, nie ko­bie­ty, więc przy nim czu­łam się bez­piecz­nie. Nor­mal­nie wi­dok mę­skiej pier­si wca­le mnie nie krę­cił. Ale ta pierś… no, była na­praw­dę po­cią­ga­ją­ca. Poza tym ten fa­cet miał ta­kie moc­ne, umię­śnio­ne ra­mio­na. Co ja so­bie wy­obra­ża­łam? Ow­szem, miał pięk­ne cia­ło, ale fa­ce­ci tacy jak on, miesz­ka­ją­cy w ta­kich do­mach, trak­to­wa­li dziew­czy­ny naj­wy­żej jako jed­no­ra­zo­wą przy­go­dę. Ten fa­cet był bo­ga­ty, nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny i naj­pew­niej miał w łóż­ku ko­bie­tę, rów­nie bo­ga­tą i sza­ło­wą jak on. Wła­ści­wie by­łam pew­na, że tak jest. W naj­więk­szej sy­pial­ni na gó­rze była gar­de­ro­ba wy­peł­nio­na naj­pięk­niej­szy­mi ciu­cha­mi, ja­kie wi­dzia­łam w ży­ciu. Uzna­łam więc, że miesz­ka tu ko­bie­ta, a ten fa­cet mógł być jej chło­pa­kiem. Nie by­łam tyl­ko pew­na, dla­cze­go no­co­wał w in­nym po­ko­ju. Ale to nie moja spra­wa. Więc bez wzglę­du na to, jak po­cią­ga­ją­ce wy­da­wa­ły mi się jego ra­mio­na i pierś, a tak­że jak pięk­nie rzeź­bio­ną miał twarz, co wi­dać było na­wet mimo kil­ku­dnio­we­go za­ro­stu, nie po­win­nam za­przą­tać nim so­bie gło­wy. Mu­sia­łam za­dbać o to, by nie stra­cić tego zle­ce­nia. Dom był na ogół dość czy­sty, bo nikt w nim nie miesz­kał w cią­gu tych mie­się­cy, kie­dy tu pra­co­wa­łam, ale co ty­dzień pu­co­wa­łam wszyst­ko tak, jak­by aż le­pi­ło się od bru­du. Ni­g­dzie nie było choć­by pył­ku ku­rzu, po­su­nę­łam się na­wet do tego, że po­sprzą­ta­łam w spi­żar­ni oraz w schow­ku na szczot­ki i środ­ki czysz­czą­ce, wy­szo­ro­wa­łam wszyst­kie szaf­ki i wy­rzu­ci­łam prze­ter­mi­no­wa­ną żyw­ność.

Wsta­łam, ostrzą­sa­jąc się z upo­ko­rze­nia, że obu­dzi­łam klien­ta, śpie­wa­jąc Bóg wie jak gło­śno i od­ku­rza­jąc tuż pod jego drzwia­mi. Może przy­mknie oko na moją wpad­kę, kie­dy zo­ba­czy, jak wszyst­ko lśni czy­sto­ścią.

***

Trzy go­dzi­ny póź­niej par­ter był nie­ska­zi­tel­ny. Po raz ko­lej­ny umy­łam na­wet w środ­ku lo­dów­kę i za­mra­żar­kę, da­jąc klien­to­wi mnó­stwo cza­su na sen. Po­szłam na pierw­sze pię­tro i sta­ran­nie po­sprzą­ta­łam wszyst­kie po­ko­je, a kie­dy nie zo­sta­ło mi tam już nic do pu­co­wa­nia i po­rząd­ko­wa­nia, sta­nę­łam wresz­cie u pod­nó­ża scho­dów pro­wa­dzą­cych na dru­gie pię­tro. Była już pierw­sza po po­łu­dniu, a on jesz­cze nie wstał. Mia­łam po­sprzą­tać trzy sy­pial­nie i trzy ła­zien­ki, a tak­że salę ki­no­wą i ba­wial­nię z du­żym bar­kiem. Ba­wial­nia była na tyle od­da­lo­na od jego sy­pial­ni, że gdy­bym za­cho­wy­wa­ła się ci­cho, mo­gła­bym chy­ba w niej po­sprzą­tać, nie bu­dząc go. Na pal­cach we­szłam po scho­dach i ci­chut­ko prze­mknę­łam pod jego drzwia­mi. Kie­dy już do­tar­łam bez­piecz­nie do ba­wial­ni, ode­tchnę­łem z ulgą. Za­mknę­łam za sobą drzwi i po­pa­trzy­łam na wiel­ki nie­tknię­ty po­kój. Ba­rek był za­opa­trzo­ny we wszel­kie moż­li­we al­ko­ho­le i tyle prze­róż­nych kie­lisz­ków, że wo­la­łam na­wet nie za­sta­na­wiać się, któ­ry jest do cze­go. Prze­szłam przez po­kój i po­sta­wi­łam ko­szyk ze środ­ka­mi czysz­czą­cy­mi na pod­ło­dze. Po­sta­no­wi­łam, że dzi­siaj po­świę­cę tro­chę wię­cej cza­su na umy­cie okien. Wzię­łam krze­sło, na­kry­łam je czy­stą ście­recz­ką i sta­nę­łam na nim. Po­kój miał przy­naj­mniej trzy i pół me­tra wy­so­ko­ści, przez co trud­no było do­się­gnąć okien. Cza­sa­mi przy­no­si­łam tu dra­bi­nę, ale dzi­siaj ba­łam się, że na­ro­bię przy tym za dużo ha­ła­su.

Wy­cią­gnę­łam rękę ze ście­recz­ką, żeby za­cząć szo­ro­wa­nie okien z góry na dół, i aku­rat wte­dy za­dzwo­ni­ła moja ko­mór­ka. Cho­le­ra! W pra­cy za­wsze usta­wia­łam dzwo­nek jak naj­gło­śniej, żeby go usły­szeć w każ­dym miej­scu domu. Za­czę­łam scho­dzić z krze­sła, ale noga mi się ob­su­nę­ła. Skrzy­wi­łam się z bólu i w tym mo­men­cie krze­sło się prze­wró­ci­ło, a ja wy­cią­gnę­łam ręce, żeby się cze­goś przy­trzy­mać. Naj­bli­żej mnie znaj­do­wa­ło się ogrom­ne zdo­bio­ne lu­stro.

Roz­legł się dźwięk tłu­czo­ne­go szkła, a za­raz po­tem klap­nę­łam tył­kiem na pod­ło­gę z ogłu­sza­ją­cym ło­mo­tem.

A moja głu­pia ko­mór­ka cały czas ry­cza­ła na cały re­gu­la­tor. Od­wró­ci­łam się, roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc jej do­się­gnąć, ale nie zdo­ła­łam. Gło­śne dzwo­nie­nie trwa­ło na­dal, a ja czoł­ga­łam się po pod­ło­dze, kom­plet­nie po­wy­krę­ca­na.

Drzwi się otwo­rzy­ły, a ja za­mar­łam w bez­ru­chu. Sie­dzia­łam te­raz wśród po­tłu­czo­ne­go szkła i obok prze­wró­co­ne­go krze­sła. Do­brze cho­ciaż, że mój te­le­fon wresz­cie prze­stał dzwo­nić.

– Co tu się, u dia­bła, sta­ło? Nic ci nie jest? – spy­tał, pod­cho­dząc do mnie w bia­łych bok­ser­kach. Przy­naj­mniej nie był kom­plet­nie goły. Ode­rwa­łam wzrok od nie­go i jego nie­mal na­gie­go cia­ła i wzię­łam gwał­tow­ny od­dech. Stłu­kłam lu­stro i znów go obu­dzi­łam.

– Bar­dzo prze­pra­szam. Za­pła­cę za to lu­stro. Wiem, że pew­nie było bar­dzo dro­gie, ale będę pra­co­wać za dar­mo, do­pó­ki nie po­kry­ję tej stra­ty. Mogę na­wet przy­cho­dzić czę­ściej niż raz w ty­go­dniu.

Zmarsz­czył czo­ło, a ja po­czu­łam ucisk w żo­łąd­ku. Nie był za­do­wo­lo­ny.

– Leci ci krew? Cho­le­ra, po­każ to.

Przy­klęk­nął i ujął w dłoń moją lewą rękę. No tak, tkwił w niej ka­wa­łek szkła, a spod nie­go wol­no są­czy­ła się krew.

– Ta rana wy­ma­ga szy­cia. Za­raz się ubio­rę i za­wio­zę cię do szpi­ta­la – po­wie­dział, wsta­jąc i kie­ru­jąc się w stro­nę drzwi.

Po­pa­trzy­łam na szkło, a po­tem znów na drzwi. Za­mie­rzał za­wieźć mnie do szpi­ta­la. Z ta­kie­go po­wo­du? Gdy­by w fir­mie sprzą­ta­ją­cej do­wie­dzie­li się o tym, sami by mnie zwol­ni­li. Nie mo­głam po­zwo­lić, żeby zro­bił z tego wiel­ką spra­wę. Po­trze­bo­wa­łam tyl­ko wody utle­nio­nej i cze­goś do za­wi­nię­cia rany. A po­tem sprząt­nę ba­ła­gan, któ­ry na­ro­bi­łam. Wsta­łam i skrzy­wi­łam się z po­wo­du bólu tył­ka. Będę mia­ła nie­złe­go si­nia­ka. Strzep­nę­łam dro­bin­ki szkła, któ­re osia­dły mi na ubra­niu, ale przez to zro­bi­łam so­bie małe ran­ki na pal­cach. Krew, któ­rą roz­sma­ro­wa­łam so­bie na no­gach, tyl­ko po­gor­szy­ła sy­tu­ację.

Wsta­łam ostroż­nie z po­bo­jo­wi­ska, któ­re spo­wo­do­wa­łam. Kie­dy by­łam już pew­na, że nie roz­no­szę ka­wał­ków szkła, zna­la­złam w moim ko­szy­ku czy­stą szmat­kę i po­szłam do naj­bliż­szej ła­zien­ki, na pra­wo od ba­wial­ni, zmo­czy­łam ście­recz­kę i ob­my­łam so­bie nogi.

– Co ty ro­bisz? – usły­sza­łam za sobą gniew­ny głos. Pod­nio­słam gło­wę i cof­nę­łam się, wi­dząc go w drzwiach ła­zien­ki. Po­sta­wi­łam sto­pę na kla­pie se­de­su, te­raz na­tych­miast opu­ści­łam ją na pod­ło­gę.

– Prze­pra­szam, że je­stem boso. Za­mie­rza­łam umyć po­tem tę kla­pę.

Zmarszcz­ka na jego czo­le jesz­cze się po­głę­bi­ła. Cho­le­ra. Ale wdep­nę­łam.

– Gów­no mnie ob­cho­dzi ki­bel. Dla­cze­go nie za­cze­ka­łaś, aż po­mo­gę ci wstać? Mo­głaś na­stą­pić na ko­lej­ne ka­wał­ki szkła.

Co? Te­raz ja zmarsz­czy­łam czo­ło. Zu­peł­nie go nie ro­zu­mia­łam.

– By­łam ostroż­na – od­par­łam, na­dal nie­pew­na, co go tak roz­zło­ści­ło.

– Chodź. Wyj­mę ci to szkło, oczysz­czę ranę i za­wi­nę ją, za­nim po­je­dzie­my. Ten odła­mek nie po­wi­nien tam tkwić. Mo­gła­byś do­stać za­ka­że­nia.

– Do­brze – od­par­łam, bo­jąc się mu od­mó­wić. Naj­wy­raź­niej bar­dzo chciał mi po­móc.

Od­wró­cił się do wyj­ścia, więc ru­szy­łam za nim. Tyl­ko raz zer­k­nę­łam na jego ty­łek, bo by­łam cie­ka­wa, jak wy­glą­da w dżin­sach, któ­re miał na so­bie. Z tyłu pre­zen­to­wał się rów­nie im­po­nu­ją­co jak z przo­du. Te spodnie świet­nie na nim le­ża­ły. Prze­nio­słam wzrok wy­żej i do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łam, że ma kit­kę. Nie była zbyt dłu­ga, ale roz­pusz­czo­ne wło­sy mu­sia­ły się­gać chy­ba co naj­mniej do ra­mion. Przed­tem nie po­zwa­la­łam so­bie przy­glą­dać mu się na tyle uważ­nie, żeby to do­strzec. Wcze­śniej całą moją uwa­gę przy­ku­wa­ły jego oczy i sil­nie za­ry­so­wa­na szczę­ka.

Do­tar­li­śmy do drzwi jego sy­pial­ni, gdzie się za­trzy­mał i ge­stem za­pro­sił mnie do środ­ka.

– Nie mam po­ję­cia, gdzie Nan trzy­ma środ­ki pierw­szej po­mo­cy, ale przy­wio­złem ze sobą ap­tecz­kę. Le­czę się po upad­ku z ko­nia, któ­re­go ujeż­dżam, więc mam w tor­bie to i owo.

Nan? Jaka Nan?

– Nie miesz­kasz tu­taj? – za­py­ta­łam.

Z ma­ry­nar­skie­go wor­ka z na­dru­kiem moro wy­jął małą nie­bie­ską to­reb­kę i od­wró­cił się w moją stro­nę. Ką­ci­ki ust roz­cią­gnę­ły mu się w uśmie­chu, w oczach tań­czy­ły roz­ba­wio­ne ogni­ki.

– Cho­le­ra, nie. – Za­chi­cho­tał. – Po­zna­łaś Nan­net­te? Nikt nie chciał­by z nią miesz­kać. Ale po­nie­waż ten dom na­le­ży do na­sze­go ojca, mogę się tu za­trzy­my­wać, kie­dy tyl­ko mam ocho­tę. A mam na to ocho­tę tyl­ko pod nie­obec­ność Nan.

– Och. Ni­g­dy przed­tem ni­ko­go tu nie za­sta­łam – oznaj­mi­łam.

– To wie­le wy­ja­śnia – mruk­nął, po czym za­chi­cho­tał, jak­by to był ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły dla mnie żart. Wy­cią­gnął do mnie rękę. – Daj mi tu tę dłoń. Zro­bię to naj­de­li­kat­niej, jak się da, ale i tak bę­dzie pie­kło.

Nie po­zwa­la­łam męż­czy­znom, żeby mnie do­ty­ka­li, ale w za­tro­ska­nym spoj­rze­niu, ja­kie kie­ro­wał na moją dłoń, było coś ta­kie­go, że mu za­ufa­łam. Był mi­łym fa­ce­tem, w każ­dym ra­zie ta­kie spra­wiał wra­że­nie. Nie pa­trzył na mnie w spo­sób, któ­ry wpra­wiał­by mnie w za­kło­po­ta­nie.

Po­ło­ży­łam dłoń na jego dło­ni, a on rzu­cił mi prze­pra­sza­ją­ce spoj­rze­nie, jak­by to wszyst­ko była jego wina. Pa­trzy­łam, jak ostroż­nie wyj­mu­je odła­mek szkła z rany, po czym przy­kła­da do niej wa­cik na­są­czo­ny wodą utle­nio­ną. Ow­szem, pie­kło, ale za­zna­łam w ży­ciu znacz­nie gor­szych rze­czy.

Po­chy­lił gło­wę i za­czął de­li­kat­nie dmu­chać na oczysz­cza­ną ranę. Jego chłod­ny od­dech ła­go­dził pie­cze­nie, a ja pa­trzy­łam za­fa­scy­no­wa­na na jego wy­dę­te war­gi. Czy on był praw­dzi­wy? A może, spa­da­jąc z krze­sła, ude­rzy­łam się w gło­wę? Czy to był ja­kiś dziw­ny sen?

Kciu­kiem moc­no przy­ci­skał wa­cik do rany, się­ga­jąc jed­no­cze­śnie po nowy wa­cik i ban­daż.

– Szko­da, że nie mam ma­ści z an­ty­bio­ty­kiem, ale rzad­ko jej uży­wam, więc jej nie wzią­łem. Mam na­to­miast ty­le­nol, któ­ry mo­żesz wziąć, żeby uśmie­rzyć ból, za­nim do­je­dzie­my do szpi­ta­la.

Kiw­nę­łam tyl­ko gło­wą. Nie wie­dzia­łam, jak się za­cho­wać. Nikt ni­g­dy nie trosz­czył się tak o mnie, kie­dy się zra­ni­łam. A zda­rza­ło mi się to wie­lo­krot­nie.

– Mam na imię Mase, tak w ogó­le – po­wie­dział, zer­ka­jąc na mnie przy ban­da­żo­wa­niu mo­jej dło­ni.

– Po­do­ba mi się to imię. Nie zna­łam ta­kie­go.

Za­chi­cho­tał.

– Dzię­ki. A ty masz ja­kieś imię?

Och. Py­tał, jak mam na imię. Nikt z osób, u któ­rych pra­co­wa­łam, nie py­tał mnie o to, poza jed­ną klient­ką. Ale ona była inna od po­zo­sta­łych.

– Tak, mam. Je­stem Re­ese.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej