Jeszcze się kiedyś spotkamy - Magdalena Witkiewicz - ebook

74 osoby właśnie czytają

Opis

Są takie historie, które zostają w nas na zawsze.
Są takie osoby, których nigdy nie zapominamy.

Ja już nie czekam. Chwytam każdy dzień i się do niego uśmiecham. Wierzę, że będą w nim cudowne chwile.

Ile razy zadawali sobie pytania jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie wojna?
Adela, Franciszek, Janek, Rachela, Joachim i Sabina mieli wielkie plany i marzenia. Przeżywali pierwsze miłości i prawdziwe przyjaźnie. Nie było ważne, że ktoś ma nazwisko żydowskie, niemieckie czy polskie. Po prostu byli przyjaciółmi. Wojna zmieniła wszystko. Wiele lat później, wnuczka Adeli, Justyna, przeżywa kryzys małżeński. Dopiero wówczas poznaje historię swojej babki i jej przyjaciół. Historię, która zmienia ją na zawsze.

Wzruszająca opowieść o różnych obliczach miłości wykradzionych wojnie, życiowych wyborach i rodzinnych tajemnicach, które wpływają na nas bardziej niż myślimy.

Bo to, kim jesteśmy nie zależy wyłącznie od naszych genów, czy wychowania, ale również od przeżyć naszych przodków. Od wszystkich tajemnic, które krążą w naszych rodzinach do kilku pokoleń wstecz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie postaci i historie w tej książce są wymyślone. Prawdziwym jest jedynie to, że mój dziadek, Klemens Samulewski, wyruszył na wojnę i nie wrócił. Nie wiemy, co się z nim stało. Ta powieść jest inspirowana tym wydarzeniem.

Moim przodkom.

To dzięki Wam jestem taka, jaka jestem. Mam nadzieję, że gdzieś tam, gdzie jesteście, patrzycie na mnie i jesteście ze mnie dumni.

Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji.

Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu”

Kto chce wszystko do końca przemyśleć, zanim postąpi krok naprzód, spędzi całe życie na jednej nodze.

Przysłowie chińskie

ROZDZIAŁ I

A ja szepnę skrycie,

och, życie, kocham cię, kocham cię,

kocham cię nad życie.

Choć barwy ściemniasz,

Choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz,

Choć się marnie odwzajemniasz,

Kocham cię, życie.

Edyta Geppert, „Och, życie, kocham cię nad życie”

Autor tekstu: Wojciech Młynarski

1

Dzisiaj (2017 r.)

Mówi się, że aby kogoś poznać, należałoby z nim zjeść beczkę soli. Jestem ciekawa, ile herbat czy kaw trzeba by z kimś wypić z porcelanowych filiżanek lub tekturowych kubków, aby wiedzieć, że to właśnie jest ktoś, na kogo czekałaś całe życie.

Historia mojej miłości zaczęła się od kartonowego kubka z kawą latte, przyniesioną z Warsu na trasie Szczecin–Gdańsk,natomiast historia mojej babci to delikatne porcelanowe filiżanki z pozłacanym brzegiem i motywem niezapominajek. Stoją u mnie w gablotce za szkłem. Już nieco wyszczerbione, zarysowane przez czas i wojenną zawieruchę. Babcia nie pozwalała nikomu z nich pić. Ja staram się czasem je wyciągnąć z szafki, nalać do nich świeżo zaparzonej herbaty czy naszej ulubionej kawy z lekką mleczną pianką. Nie chcę o nich zapomnieć, nie chcę zapomnieć tego, czego się dzięki tej całej historii nauczyłam. Są symbolem tego, że w życiu nie zawsze warto czekać. Tego, że należy się cieszyć chwilą i każdego dnia być wdzięcznym za to nasze życie.

Są po to, bym pamiętała o tym, co było kiedyś i co z pewnością miało wpływ na to, kim byłam i kim jestem teraz. Niebieskie niezapominajki, zdobiące delikatne porcelanowe brzegi, zdają się przypominać słowa dziadka Franciszkawypowiadane do babci Adeli…

Gdy wyruszał na wojnę, obiecał jej: „Jeszcze się kiedyś spotkamy”.

Nigdy nie interesowałam się historiami rodzinnymi. Jako dziecko nie rysowałam drzewa genealogicznego. Wśród rodowych pamiątek było kilka podniszczonych już zdjęć. Szczególnie pamiętam jedno. Zrobione pod nieistniejącym już starym kinem Gryf w Grudziądzu. Wiem, że babcia bardzo lubiła tam chodzić.

Uśmiechnięta babcia Adela w towarzystwie trzech młodych mężczyzn i ciemnowłosej dziewczyny. Po prawej stronie babci stał dziadek Franciszek, władczo ją obejmując, jakby całemu światu chciał pokazać, że ta kobieta należy do niego. Po lewej stronie był wujek Janek. Przyjaciel od zawsze. Na śmierć i na życie. Zawsze jakby trochę z boku, ale na tyle blisko, by w razie potrzeby podać pomocną dłoń. I jak się później miało okazać, często ta dłoń była potrzebna.

Obok wujka Janka stoi jasnowłosy mężczyzna spoglądający z wyraźnym zachwytem na wpatrującą się w niego szczupłą, czarnowłosą dziewczynę.

Babcia Adela… Pewna siebie kobieta w sukience w kwiatki.Zerkająca prosto w obiektyw i patrząca z optymizmem w przyszłość. Kobieta być może marząca o spokojnym życiu u boku któregoś z tych mężczyzn stojących obok niej.

Na odwrocie zdjęcia widnieje data napisana zamaszystym pismem dziadka. Dzisiaj wiem, że to jego pismo. Wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyłam tę fotografię, było to dla mnie zupełnie nieistotne. Grudziądz, 15 sierpnia 1939 roku.

Teraz żałuję, że zaczęłam zagłębiać się w historie rodzinne tak późno. Zbyt późno… Zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy wszyscy, których mogłam zapytać, jak było naprawdę,już dawno spoglądali na mnie z nieba, obstawiając, jakie decyzje życiowe tym razem podejmę i czy będą one trafne, czy nie. Pewnie babcia Adela też obserwowała to wszystko. Spoglądała na całe moje życie, nic nie komentując.

Nigdy nie podważała moich wyborów, tak jak i nie chciała mówić o swoich. Nawet moja mama i wujek Staszek, brat mamy, niewiele wiedzieli o rodzinnej przeszłości. W ich domu zupełnie się o tym nie mówiło. Babcia Adela chyba chciała zapomnieć o tych trudnych wojennych latach, kiedy to przyszłość, nawet ta najbliższa, była tak niepewna.

Cieszę się, że wreszcie, po tylu latach, znalazła swoje szczęście. Może nie tyle znalazła, ale je w końcu dostrzegła. Może trochę później, niż by chciała, ale wiem, że z pewnością była bardzo szczęśliwa. „Na własne życzenie, Justynko – mówiła. – Gdyby to człowiek taki głupi nie był i wcześniej podejmował trafne decyzje. Albo gdyby chociaż wiedział, które z nich są trafne. A tak? Człowiek niezdecydowany, nie wie, którą z dróg ma pójść. Czasem jest podejrzliwy i zamiast tej jasnej drogi wybiera tę najciemniejszą, bo ma wrażenie, że jasna jest pułapką. A niekoniecznie. Czasem życie trzeba brać po prostu takie, jakim jest. Nie można dopowiadać sobie czegoś, co nie istnieje”.

Tuż przed śmiercią wyznała mi wszystko. Historia, którą wtedy usłyszałam, wydawała mi się nieprawdopodobna.Po raz pierwszy opowiedziała mi o całym swoim życiu. Rozmawiałyśmy bardzo długo. A w zasadzie to ona mówiła prawie cały czas. Opowiadała o swojej życiowej ścieżce,która była niemalże taka jak moja, i o wyborach, jakich dokonała przez te wszystkie lata. Tak bardzo byłyśmy do siebie podobne!

Porządkując jej mieszkanie, znalazłam kilka pożółkłych zdjęć, dokumentów i listów. Siedząc w tym starym mieszkaniu, byłam tak blisko niej, jak nigdy dotąd. Wręcz czułam jej obecność. Dlaczego tak późno mi to wszystkoopowiedziała?

O tyle rzeczy jeszcze chciałam zapytać, ale już nie zdążyłam…

Gdy wracałam z Grudziądza pociągiem, przez zupełny przypadek w moje ręce wpadł pewien artykuł. Może kiedyś zignorowałabym taki tekst, jednak po rozmowie z babcią spojrzałam na to wszystko zupełnie inaczej…

Całe szczęście, że zwróciłam na niego uwagę! Artykuł w kolorowym czasopiśmie dla pań uświadomił mi, że to, kim jesteśmy, nie zależy wyłącznie od naszych genów czy wychowania, ale również od przeżyć naszych przodków. Od wszystkich tajemnic, które krążą w naszych rodzinach, do kilku pokoleń wstecz. Każda śmierć, każde narodziny, niechciane ciąże i zdrady, które miały miejsce w naszej rodzinie w przeszłości, mogą mieć wpływ na to, jakimi ludźmi jesteśmy.

Epigenetyka, psychologia transgeneracyjna. Wtedy nic mi to jeszcze nie mówiło, ale wkrótce miało stać się dla mnie naprawdę istotne, a przede wszystkim miało pomóc mi odpowiedzieć na kilka ważnych życiowych pytań.

Tamtego dnia, gdy babcia zaprosiła mnie na herbatę, a tak naprawdę zaprosiła, bym się z nią pożegnała przed ostatnią z najdłuższych życiowych podróży, poznałam wiele historii, a nawet kilka rozwiązanych tajemnic. Jednak dopiero po śmierci babci uzmysłowiłam sobie, jak duży wpływ miały one na moje życie, które dzięki temu zupełnie się zmieniło. Na lepsze. Chyba wreszcie dorosłam. Przestałam na wszystko CZEKAĆ. Czekać, jak prawie przez całe swoje życie czekała moja babcia Adela.

Ja już nie czekam. Chwytam każdy dzień i się do niego uśmiecham. Wierzę, że będą w nim cudowne chwile. Myśląc o tym, że doświadczę ich jeszcze w moim życiu, nie zapeszam. Ja je wizualizuję.

Nie martwię się jutrem. Po co się przejmować? Jutro i tak nadejdzie i to, jakie będzie, zależy w dużej mierze od tego, jakie jest nasze dziś i jakie było nasze wczoraj. A staram się, by każda chwila mojego życia była jak najlepsza. I nawet mi to wychodzi.

2

„Gazeta Ludowa”, dawniej „Gazeta Grudziądzka”,

15 sierpnia 1939 r.

Czy się na manewrach skończy?

Dwa miliony Niemców pod bronią

Wskutek ostatnich powołań na ćwiczenia wojska niemieckie według oceny zagranicznych rzeczoznawców wojskowych liczą obecnie półtora miliona ludzi pod bronią, a mają się zbliżyć do 2 milionów, gdy na jesieni nastąpią nowe powołania. Niezależnie od powołania w pierwszych dniach sierpnia kilkudziesięciu 26-33-letnich, ostatnio można zanotować następujące zarządzenia wojskowe:

1) Ruchy wojsk w Prusach Wschodnich, na Pomorzu i w Południowych Niemczech w przygotowaniu do manewrów, które mają się rozpocząć za 10–14 dni.

2) Przy udziale około tysiąca samolotów w Niemczech Północnych na całym terenie między granicą holenderską a granicą polską odbywały się manewry lotnicze, zakończone we czwartek wieczorem.

3) Prace przy żniwach przyspieszane gorączkowo nie tylko przy użyciu wielu tysięcy ochotników rekrutujących się spośród studentów wyższych uczelni, Hitlerjugend itp., ale także przy odkomenderowaniu do prac żniwnych wielu urzędników biurowych i robotników fabrycznych.

4) Przyspieszenie umocnień na granicy zachodniej i wschodniej.

Rzeczoznawcy zagraniczni są zdania, że w tym roku przygotowania wojskowe osiągną swój punkt kulminacyjny o dwa tygodnie wcześniej niż w ubiegłym roku. Obecnie Niemcy mają stałego wojska 700.000. Do tego dodać należy 400 tysięcy poborowych roczników 1906, 1907, 1910–11 i 1913, których 24 kwietnia powołano na trzymiesięczne przeszkolenie wbrew pierwotnym planom nie zwolniono. Dalej 400.000 powołano 17 lipca. Mają oni przejść skrócone wyszkolenie do końca sierpnia. Wreszcie 9 września ma być powołany trzeci kontyngent liczący również około 400.000 ludzi. Koncentracje na manewry obejmować będą po kilkaset tysięcy ludzi. Terenem manewrów mają być Prusy Wschodnie, Pomorze Zachodnie i Niemcy Południowe przy granicy z Czechami i Morawami. Podczas, gdy na Pomorzu drugi korpus prowadzić będzie manewry oparte na założeniu wojny ruchomej, w Prusach Wschodnich odbędą się ćwiczenia w obronie umocnień z udziałem formacji stale przydzielonych do linii obronnych i pospolitego ruszenia do 55 lat. Manewry w Niemczech Południowych na terenie obszarów sudeckich mają na celu wypróbowanie sprawności jednostek zmotoryzowanych.

15 sierpnia 1939 r.

– No i co? – Adela wzruszyła ramionami, kończąc czytać artykuł z „Gazety Grudziądzkiej”. – Co ja mam z tym zrobić?

– Wojna będzie – stwierdził Janek.

– Będzie. – Joachim pokiwał głową.

– Bzdury! – Adela cisnęła w chłopaków gazetą. – Tam wciąż są manewry wojskowe. Po co mnie straszysz?

– No właśnie, po co ją straszycie? – zapytał Franciszek. – Nie martw się, ja się tobą zaopiekuję. I nie będę cię straszył. – Puścił do niej oko.

– Zobaczycie jeszcze, wspomnicie moje słowa – upierał się Janek.

– Czarnowidztwo – prychnęła Adela.

– Ja też się boję – jęknęła Rachela, a Joachim objął ją ramieniem.

Stali przed kinem Gryf. Umówili się tam, by spędzić kolejne beztroskie popołudnie, a Franciszek i Joachim, zamiast zastanawiać się, jaki film chcą obejrzeć, roztaczali jakieś przerażające wizje rzekomo nadchodzącejwojny.

– Strasznych filmów dziś nie grają – powiedział Franek. – Możemy iść na „Wrzos”.

– To romans? – Janek skrzywił się.

– A co, nie lubisz romansować? Dwa tygodnie temu grali „Cnotliwą Zuzannę”. Na niecnotliwą pewnie byśmy poszli z większą przyjemnością, prawda? – Roześmiał się i klepnął przyjaciela po plecach.

Franek nic nie odpowiedział. Adela, Rachela i Joachim podeszli do tablicy, na której przypięte były filmowe plakaty. Franciszek skorzystał z okazji, że nikt poza Jankiem nie może go usłyszeć.

– Stary, odpuść ją sobie – mruknął, patrząc mu w oczy. – Odpuść… Kocham cię jak brata, ale nie każ mi, proszę, wybierać między wami.

– A może niech ona wybierze? – Jan zacisnął usta.

– Ona już wybrała.

– Jak to wybrała?

– Wybrała – powiedział pewnie Franciszek. – Wczoraj.

– A co z twoimi studiami? Przecież za chwilę zdajemy maturę.

– Poczeka na mnie. Obiecała, że poczeka.

– Ojciec cię zabije. – Janek z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Dlatego na razie nic nikomu nie mówimy. Tobie mówię, żebyś, wiesz…

– Wiem – westchnął. – Teraz już wiem.

– Janek… – zaczął Franciszek. – Ty tak na poważnie z tą wojną?

– No co ja mam ci powiedzieć? – Wzruszył ramionami. – To, co chcesz usłyszeć, czy to, o czym jestem przekonany?

– Nic nie mów. Ale przyrzeknij mi jedno… Zaopiekujesz się nią, jakby mnie nie było? – Franciszek spoglądał z nadzieją na Janka.

– Franek, co ty mówisz?

– Nic, nic… Chodźmy do kina – szybko zmienił temat.

– Franek! Janek! Chodźcie, pan Stanisław zrobi nam zdjęcie! – Adela stała uśmiechnięta obok potężnego mężczyzny z aparatem.

– Chodźmy. – Franciszek poklepał przyjaciela po plecach. – Będzie dobrze. Kto, jak nie my?

Franek objął władczo dziewczynę, Jan stanął trochę z boku. Obok Rachela i Joachim. Pstryk i gotowe. Uwiecznieni na kliszy młodzi ludzie u progu najbardziej tragicznego wydarzenia dwudziestego wieku. W ich oczach tliła się nadzieja na dalsze beztroskie życie. Na miłość, rodzinę, dzieci… przyszłość pełną blasku i szczęścia.

Adela, Rachela, Franciszek, Jan i Joachim. Przyjaciele od dziecka, pełni marzeń i planów, nieprzyjmujący do wiadomości tego, co wisiało w powietrzu.

3

16 sierpnia 2006 r.

Śmierć babci nie była dla nikogo niespodzianką. Sama nas na to przygotowała. Chociaż czy można się przygotować na to, że kogoś już się nie zobaczy? Chyba nie.Zdążyliśmy się jednak wszyscy z nią pożegnać. Babcia złamała kość biodrową i ostatnie tygodnie życia spędziła w łóżku. Opiekowała się nią mama, trochę pomagałam ja. Nie chciała przyjechać do Gdańska, chociaż pewnie znacznie ułatwiłoby to wszystko. Zmarła w swoim domu. Czasem tak sobie myślę, że umarła tylko dlatego, że nie mogła się pogodzić z utratą samodzielności. Zawsze była przebojowa, można powiedzieć: samowystarczalna. Musiała mieć ostatnie zdanie. Zodiakalny skorpion… Zawsze się kłócę ze skorpionami. Z nią też się kłóciłam. Może właśnie dlatego, że ja też jestem z tych, co lubią postawić na swoim?

Na pogrzeb przyjechała cała rodzina. Babcia została pochowana na starym cmentarzu w Grudziądzu, przy parku miejskim, tuż obok swojego męża i Ralfsa, przyjaciela z czasów wojennych.

Po raz pierwszy wtedy miałam do czynienia ze śmiercią kogoś tak mi bliskiego. Moje dzieci nie rozumiały, co się dzieje. Tłumaczyłam im, że babcia odeszła, że kiedyś się z nią spotkamy. Starałam się im wytłumaczyć, że taka jest kolej losu. Rodzimy się i umieramy. I że każdy z nas kiedyś umrze.

– Nawet ty, mamusiu? – zapytał mój syn.

– Nawet ja.

Nie spodobała mu się ta odpowiedź i skrzywił się, jakby zaraz miał się rozpłakać. Cóż, mnie było trudno pogodzić się ze śmiercią babci, a co dopiero dziecku, które właśnie dowiedziało się, że nie zawsze będzie blisko matki.

Po pogrzebie zjedliśmy obiad w restauracji Leśniczówka. Babcia Adela bardzo lubiła to miejsce. Podobno chodziła tam na tańce, a z dziadkiem po raz pierwszy się całowała w rosarium. Tak mówi przynajmniej jedna z rodzinnych anegdot.

Nie było z nami przyjaciół babci, z którymi szła przez życie. Pożegnała się ze światem jako jedna z ostatnich. A może wcale się nie pożegnała, tylko stwierdziła, że nie chce dłużej leżeć bezczynnie, tylko musi działać gdzieś tam, w przestworzach, gdzie powłoka cielesna jest jej zupełnie niepotrzebna, a wręcz mogłaby przeszkadzać w realizacji jakichś ważnych misji?

Po pogrzebie postanowiłam jeszcze przez jakiś czas zostać w Grudziądzu, potrzebowałam być jeszcze blisko niej. Bo wydawało mi się, że ona wciąż jest tuż obok… Mój mąż musiał wracać. Wzywała go korporacja, nieczuła na rodzinne smutki. Ja z mamą i tatą pojechałam do mieszkania przy ulicy Legionów, które zajmowała od dziesięciu lat. Podobno wcześniej mieszkała tam jej przyjaciółka, jeszcze ze szkoły. Wielki, okrągły stół, masywna szafa z porcelaną za szybą… Jak bardzo tam jej brakowało!

Babcia siadywała zawsze na krześle, wyprostowana jak struna. Słuchała tego, co mamy jej do powiedzenia, a sama niewiele opowiadała. Nie była typem babci, która bierze swoje wnuki na kolana, przytula i jest lekiem na całe zło. Była oschła, a nawet surowa. Czasem nieco zbyt surowa i wymagająca. Potem trochę się zmieniła, złagodniała. Ale zawsze niezmiennie spoglądała na mnie badawczo, nie komentując moich poczynań.

O sobie, o swoim życiu też niewiele mówiła. Za wyjątkiem kilku chwil, tuż przed tym, jak odeszła.

– Mogę wziąć pamiątki, które są w komodzie? Zdjęcia? – zapytałam mamę. – Chciałabym je przejrzeć.

– Zdjęcia? – zdziwiła się i spojrzała na ojca.

– Tak, zdjęcia i zapiski. Przepisy… I to pudełko po bombonierce, to z listami.

– Jasne, możesz – zgodziła się mama, otwierając szafę z obrusami. – Wezmę ten. Na święta będzie – powiedziała, gładząc haft richelieu, pamiętający czasy wojny.

– Mamo, może poczekaj z tym jeszcze? Nie musisz tego robić teraz. Nie musisz porządkować tego wszystkiego – zasugerowałam nieśmiało.

– Masz rację. Nie mogę… – westchnęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. – To nie był dobry pomysł.

– Mania, przyjedziemy tutaj przecież. Na spokojnie zdążysz wszystko poukładać. – Tata poklepał ją po ramieniu. – Teraz nie jest dobry czas na to wszystko. Jeszcze za wcześnie…

Mama pokiwała głową.

– Ale ten obrus wezmę. – Włożyła go do torby. – I serwetę. To trochę tak, jakby mama była z nami.

– Dobrze – zgodził się tata. – Ale wracajmy dzisiaj do domu.

– Ja zostanę…

– A co ty tu, dziecko, będziesz robić? – zdziwił się tata. – Jak potem chcesz wracać?

– Pociągiem. Jutro albo pojutrze.

– No a co z dziećmi? – zapytała mama.

– Mamo, przecież mają ojca. Dzisiaj będą jeszcze u babci Hani, a jutro już wrócą do domu.

– A jak u was? – zaniepokoiła się mama.

– Mamo, to nie czas i miejsce na rozmowę o moim małżeństwie.

Tata spojrzał porozumiewawczo na żonę. Ta wzruszyła ramionami.

– Chcę po prostu pobyć sama. Potrzebuję tego – powiedziałam.

– Dobrze. – Potaknęła głową mama. – Rozumiem. – Chociaż pewnie nie rozumiała nic.

Wypiliśmy wspólnie herbatę, a potem rodzice pojechali w stronę Gdańska. Ja chciałam sama pooglądać zdjęcia, popatrzeć na to, co było dla babci na tyle drogocenne, że zdecydowała się schować to do pudełka po czekoladkach i puszki po herbacie.

Babcia miała kilka takich „skrzyń skarbów”. W jednej z nich, tej metalowej po herbacie, chowała guziki. Jako dziecko bardzo lubiłam się nimi bawić. Przekładałam je, układałam z nich kolorowe obrazki. Nawet grałyśmy z babcią w kółko i krzyżyk guzikami. Dla mnie na zawsze pozostała zabawą w guziki i dopiero dużo później dowiedziałam się, jak naprawdę nazywa się gra, przy której spędziłyśmy wiele wakacyjnych wieczorów. Zastanawiałam się, do czego one były przyszyte czy w jakich okolicznościach ktoś je oderwał. Był tam jeden taki duży, kolorowy. Bardzo go lubiłam. Zawsze wymyślałam historie z nim związane. Co roku wydawało mi się, że należał do kogoś innego, a nie do mojej mamy. Otworzyłam teraz puszkę i wysypałam wszystko na stół. Uśmiechnęłam się na widok tego właśnie starego kolorowego guzika. Gdy byłam mała, wydawał mi się dużo większy.

– Twoja mama urwała go sobie od płaszcza – mówiła kiedyś babcia.

– Nakrzyczałaś na nią?

– Nie. – Uśmiechała się.

– Moja mama by na mnie nakrzyczała.

– Z pewnością nie! Nie wiesz, w jakich okolicznościach oderwał się jej ten guzik!

Słyszałam to już wcześniej wiele razy. Za każdym razem babcia dopowiadała trochę i już sama nie wiedziałam, co w tej historii było prawdą, a co nie. Podobno kiedyś wujek Staszek był chory i mama poszła do apteki po lekarstwa. Miała może osiem lat. Biegła i spotkała kominiarza. Pomyślała życzenie i tak mocno złapała za ten guzik, że go urwała. Do apteki nie dotarła, bo uznała, że to już jest zupełnie niepotrzebne, skoro pomyślała życzenie, by brat wyzdrowiał. Wujek faktycznie wyzdrowiał, a mama nie pozwoliła sobie przyszyć tego guzika. Myślała, że wtedy czar pryśnie i wujek znowu zachoruje. Taki mały talizman…

Albo ten metalowy, z napisem „Levi Strauss”. Od dżinsów Michała. Kiedyś babcia wyjechała do sanatorium, a ja miałam podlewać jej kwiaty. Oczywiście oficjalnie miałam to robić sama, ale prawda była taka, że tak intensywnie je „podlewałam”, że Michałowi urwał się guzik od jego ukochanych lewisów. Nie mogliśmy go znaleźć i oboje panikowaliśmy, bo bardzo chcieliśmy zatrzeć ślady naszej schadzki. Nawet nie wiedziałam, że babcia go znalazła. Nie pytała, skąd się tam wziął. Babcia miała swoje tajemnice i akceptowała to, że ktoś może mieć je również.

Zakłuło mnie w sercu. Jaka szkoda, że nie mogę z nią już o tym wszystkim porozmawiać. Popytać… Część historii odeszła wraz z nią, a to, co opowiadała tuż przed śmiercią, było mieszanką jej wspomnień, niespełnionych marzeń i oczekiwań.

Zebrałam całą garść guzików ze stołu, przesypując je między palcami. Tak, były wyjątkowo cenne. Pełne wspomnień… Tych ludzi, którzy nosili je przyszyte na swoich ubraniach, dawno już nie było, a one zostały. Było tam więcej talizmanów. Niektóre chyba nawet od wojskowego munduru. Takie metalowe, z wybitym numerem III i inne, jakby w drobne kropeczki. Każdy miał innąhistorię…

Odłożyłam puszkę na stół. Chciałam ją zabrać do domu. Oczywiście mogłam poczekać na to, gdy kiedyś przyjadę tu samochodem, ale chciałam je mieć w Gdańsku już teraz. Wiedziałam, że będę często powracać do związanych z nimi opowieści. Może jakimś cudem moje dzieci w dobie wszechobecnych gier komputerowych i filmów również zainteresuję guzikami? Chyba jednak nie. Uśmiechnęłam się do siebie. Guzikami ja będę się bawić, wspominając z sentymentem babcine historie.

Do tej komody nie zaglądałam już dawno. Nie potrafiłam sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio. Po ślubie rzadziej odwiedzałam babcię. Potem, kiedy zaczęła chorować, to ona częściej była gościem w Gdańsku niż my w Grudziądzu. Nie zaglądałam do tych pudełek przez ten czas. Otworzyłam pierwsze z brzegu. Na wierzchu kilka ususzonych gałązek niezapominajek, a pod spodem listy. Listy dziadka do babci.

Mam czas, więc piszę do Ciebie ten list, bo tak mi bardzo tęskno za Tobą, więc żeby sobie ulżyć, trzeba choćby tylko pisać – przeczytałam fragment nakreślony pięknym pismem dziadka.

Babcia nie pozwalała mi wyciągać zbyt często tych listów. Pewnie bała się, że je poniszczę. Albo może doczytam coś pomiędzy wierszami?

List z Ameryki, pewnie od tego przyjaciela, który podarował mi kiedyś moje marzenia, kupując mi lalkę Barbie. Zerknęłam tylko.

Hartford, USA, marzec 1947 r.

Adelo!

Mam nadzieję, że ten list do Ciebie dotrze. Nie wiem, gdzie teraz mieszkasz, ale podobno poczta dochodzi. Piszę, bo chcę, byś wiedziała, że żyjemy. Mamy nadzieję, że Ty też cieszysz się dobrym zdrowiem.

Nie czytałam dalej. Będzie na to jeszcze czas, gdy wrócę do domu.

W tym samym pudełku była kopia niemieckiego dokumentu, poświadczającego, że dziadek zmarł. Tego samego, który przysłał mi Konrad kilka dni po tym, jak się poznaliśmy. Babcia poskładała go równiutko i włożyła do pudełka z listami. Nie chciała, bym dociekała tego, co wydarzyło się w przeszłości. Próbowałam wtedy z nią rozmawiać, ale później mi zapał osłabł. Na świat przyszły dzieci, nie było na nic więcej czasu. Nie było czasu na rozmowy o tym, co teraz, a co dopiero o tym, co wydarzyło się kiedyś. Moje małżeństwo się sypało, więc nie miałam natchnienia do tropienia rodzinnychtajemnic.

W kolejnym pudełku, tym po czekoladkach Goplana, były zdjęcia. Dziadek, przystojny mężczyzna w krawacie, tuż przed wyjazdem na front. Kolejne czarno-białe zdjęcie uśmiechniętej babci, prowadzącej rower wzdłuż ulicy, kilka zdjęć z dziadkiem i jeszcze z innym mężczyzną, wujkiem Jankiem. Na samym spodzie kolorowe zdjęcie, nieco wcześniejsze. Ja je robiłam. Tak, to było zaraz po tym, jak zrobiłam prawo jazdy, gdy babcia się uparła, że musi zobaczyć znajomego sprzed lat. Zachowała jego zdjęcie. Teraz już wiem, że był dla niej kimś ważnym. Bardzo ważnym… Nie tylko dla niej zresztą.

Spojrzałam na starszego mężczyznę ze zdjęcia. W dłoniach trzymał filiżankę z niezapominajkami. Tę samą, która stała w witrynce. Uśmiechnęłam się do niego. Szkoda, że jego już też o nic nie mogłam zapytać. Teraz już było za późno…

Następnego dnia rano siedziałam już w pociągu relacji Grudziądz–Gdynia. Musiałam się chyba zdrzemnąć, bo nawet nie zauważyłam, gdy obok mnie usiadła starsza pani.

– Przepraszam, obudziłam panią. Przysiadłam tutaj, bo bardzo nie lubię sama podróżować – mówiła, uśmiechając się do mnie.

– Nie szkodzi. – Odwzajemniłam uśmiech. – Nie wzięłam nic do czytania i pewnie dlatego zaraz zasnęłam. Nie planowałam spać w pociągu.

– No tak, w dzisiejszych czasach to może być bardzo niebezpieczne… Przeczytałam już wszystko. – Zamachała trzymanym w rękach czasopismem. – Tak myślę, że panią może tam coś zainteresować. – Spojrzała na mnie badawczo. – Ja zaraz wysiadam. Proszę. – Nie zważając na moje protesty, wręczyła mi gazetę, złapała torebkę i ruszyła w stronę drzwi.

– Ale… – Próbowałam za nią iść, ale staruszka zniknęła w tłumie wysiadających na stacji.

Odłożyłam gazetę na stolik. Bolała mnie głowa, nie miałam ochoty czytać. To nie były łatwe dni.

Wkrótce obok mnie usiadł młody chłopak ze słuchawkami na uszach. Od Gdańska dzieliło nas dwadzieścia minut, więc zaczęłam się zbierać do wyjścia. Gdy pociąg się zatrzymywał, a stałam już przy drzwiach, dogonił mnie chłopak z przedziału, trzymając w ręku gazetę, którą dostałam od starszej pani.

– Zostawiła to pani. – Uśmiechnął się. – Proszę.

Podziękowałam. Przecież nie musiał wiedzieć, że gazeta tak naprawdę nie należała do mnie.

Widać świat postanowił, że z różnych przyczyn powinnam tę gazetę mieć, a może nawet przeczytać. Teraz już wiem dlaczego. Przekonałam się o tym dwa tygodnie po powrocie od babci. A dokładniej w tym momencie, kiedy skręciłam nogę w kostce, odprowadzając pierwszy raz po wakacjach dzieci do niani, i potem uziemiona leżałam w domu, a niania, która zaczęła opiekować się zarówno dziećmi, jak i mną, na moim stoliku położyła stos czasopism. Na wierzchu była właśnie ta z podróży pociągiem. Znalazłam w niej artykuł,jak można powiedzieć, o pewnego rodzaju podróżach. O podróżach do czasów przodków i o wpływie ich losów na nasze współczesne marzenia, plany, działania i życiowe wybory.

Po chwili siedziałam zaczytana. Miałam wrażenie, że ktoś na mojej drodze postawił tę starszą panią i tego młodego chłopaka w słuchawkach na uszach, a w końcu nagle dziwnym trafem wyrósł przede mną krawężnik, o który się potknęłam i skręciłam nogę. Wszystko po to, bym wreszcie znalazła chwilę i poczytała o tym, co spowodowało, że moje życie było takie, jakie było i o tym, co zrobić, by mogło stać się lepsze.

Im bardziej zagłębiałam się w artykuł, tym więcej rozumiałam. Przed moimi oczami pojawiały się migawki z mojego życia, przypominałam sobie ważne decyzje,które wreszcie potrafiłam sobie w rozsądny sposób wytłumaczyć. Czułam, że właśnie stało się coś bardzo ważnego. Że ta chwila ma związek z tym, co było dawniej i tym, co działo się właśnie teraz. I byłam pewna, że to wszystko będzie miało wpływ na moją przyszłość.

Czasem się zastanawiałam z przyjaciółkami, dlaczego nasze życie wygląda tak, a nie inaczej. Dlaczego są ludzie, którym się wszystko udaje. Tacy, którzy wychodzą na zewnątrz w czasie deszczu, a okazuje się, że właśnie zaświeciło najpiękniejsze słońce. Są też tacy, którym zawsze wiatr wieje w oczy i choćby się starali nie wiadomo jak, zawsze mają gorzej niż inni. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że czasami sami jesteśmy twórcami naszej przyszłości, że sami możemy decydować o wielu sprawach, jakie nas spotkają w życiu.

Kluczem do kreowania przyszłości jest często nasza podświadomość. Ma ona wielką moc sprawczą budowania świata rzeczywistego. Nastawienie do życia odgrywa olbrzymią rolę w tym, co się nam przydarzy później. Podświadomość wpływa praktycznie na każdą sferę naszego życia. Tak wiele jest ukrytych mechanizmów, blokad, przekonań, emocji i myśli, z których istnienia nie zdajemy sobie nawetsprawy.

Ten czas po śmierci babci pozwolił mi zrozumieć więcej, ale pomógł mi przede wszystkim zrozumieć siebie, a co za tym idzie – świat wokół mnie. Moje niezbyt udane małżeństwo i tęsknotę za czymś, co było kiedyś i za tym, co nie miało szans powrócić.

Dowiedziałam się, że tego, kim jesteśmy, nie zawdzięczamy tylko genom, jakie przekazali nam przodkowie, ale też temu, co w ich życiu się wydarzyło. Wszystkie ich sekrety i czyny, zarówno te chwalebne, jak i naganne, odgrywają ogromną rolę w naszej codzienności. Ten emocjonalny spadek po rodzinie można przyjąć z uśmiechem, ale też można odrzucić. Trzeba tylko sobie uświadomić jego istnienie.Ja właśnie wtedy sobie to uświadomiłam… Zobaczyłam, że podążam dokładnie takimi samymi ścieżkami, jakimi zmierzała moja babcia Adela.

Teraz wiem, że gdy się przypatrzeć losom naszych rodzin, można z łatwością zaobserwować powtarzalność pewnych wydarzeń w różnych pokoleniach. Aby przerwać ten łańcuch zdarzeń, należy czasem dokończyć jakąś starą sprawę, która przez lata czekała na rozwiązanie, komuś przebaczyć albo coś zrozumieć. Mnie się w końcu udało. Mogłam po tym wszystkim przytulić się do męża i wypić z nim herbatę z porcelanowych filiżanek w niezapominajki, które odgrywały tak ważną rolę w tej całej historii. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że się uda. Wtedy myślałam, że jedynym rozwiązaniem jest rozwód, którym miałam się zająć, gdy uspokoi się nasze życie po śmierci babci.

ROZDZIAŁ II

Kiedyś znajdę dla nas dom

Z wielkim oknem na świat.

Znowu zaczniesz ufać mi,

Nie pozwolę Ci się bać.

Kiedyś wszystkie czarne dni

Obrócimy w dobry żart.

Znowu będziesz ufał mi.

Teraz śpij…

Anita Lipnicka, „Piosenka księżycowa”

1

Grudziądz, wrzesień 1999 r.

– Twoja babcia ma doskonałe pomysły. – Michał przeciągnął się i ziewnął. – Śniadanie do łóżka?

– To u nas rodzinne – odpowiedziałam.

– Co rodzinne? Śniadania do łóżka? – Spojrzał na mnie.

– Nie. – Pokręciłam głową. – Doskonałe pomysły. Jaka babcia, taka wnuczka, i tak dalej. – Uśmiechnęłam się.

– Nigdy nie spodziewałem się, że weekend w Grudziądzu może być tak fantastyczny – stwierdził, głaszcząc mnie po policzku.

– Nawet za bardzo nie zobaczyłeś tego Grudziądza. Jakoś nie było okazji.

– Nieważne gdzie, ważne z kim. – Michał pocałował mnie w usta. – Idę zrobić nam śniadanie. Nie ruszaj się z miejsca.

Wcale nie miałam zamiaru ruszać się z miękkiej, pachnącej jeszcze naszą wspólną nocą pościeli. Uśmiechnęłam się. Dla mnie też był to uroczy weekend. Babcia wyjechała do sanatorium w Inowrocławiu i poprosiła, bym przyjechała na tydzień, żeby pilnować domu, podlewać kwiaty i co jakiś czas palić światło w oknach.

– Nie wiadomo, Justynko, czy złodzieje akurat nie przyjdą. Trzeba sprawiać wrażenie, jakby w domu cały czas ktoś był. Nawet czasem możesz postukać w ścianę czy pohałasować.

Nie wiem, czy babcia miała na myśli akurat tego typu hałasy, które miały miejsce tamtej nocy. Spędziłam w jej mieszkaniu kilka dni, a na weekend przyjechał stęskniony Michał z wielkim bukietem róż.

Z Michałem spotykałam się już od prawie dwóch lat i bardzo nie lubiłam się z nim rozstawać, choćby na krótko. Dlatego też przyjechał do Grudziądza od razu, kiedy tylko mógł.

Poznaliśmy się na studiach. Przez pierwsze dwa lata mijaliśmy się na korytarzach, znając się tylko z widzenia. A potem trafiliśmy do jednej grupy na kierunku finanse i rachunkowość. Grupa ta skupiała najlepszych studentów, którzy często oprócz nauki nie mieli w życiu nic do roboty. My byliśmy nieco inni. I ja, i Michał czuliśmy się początkowo bardzo nieswojo wśród osób sprawiających wrażenie, że są zafascynowani wyłącznie czytaniem grubych naukowych książek, liczeniem nieskończonej ilości słupków i prognozowaniem wszystkiego, co się da, więc od początku trzymaliśmy się razem.

Na pierwszym wykładzie, na którym jeszcze wypadało być, przycupnęliśmy gdzieś z tyłu, obok siebie.

– Dalej usiąść się nie dało? – Uśmiechnął się do mnie.

– No nie. – Roześmiałam się po cichu, ale oczywiście po chwili zobaczyłam karcący wzrok dziewczyny w okularach, która siedziała tuż przede mną.

– Michał – przedstawił się.

– Justyna. – Podałam mu rękę.

– Wygląda na to, że jesteśmy razem w grupie. Zatem warto się zaprzyjaźnić.

Zaprzyjaźnialiśmy się przez całe studia. A w zasadzie pod koniec trzeciego roku byliśmy już nierozłączni. Uczyliśmy się razem, wspólnie spędzaliśmy wakacje. Czy snuliśmy plany? Może i tak, ale ja zawsze wiedziałam, że trzeba skończyć studia, a potem myśleć o przyszłości. Michał, jak się okazało, myślał o niej już wcześniej.

2

Któregoś dnia, tuż pod koniec studiów, przyszedł do mnie rano. Był niezwykle zadowolony. Zastał mnie w piżamie, ku wielkiej rozpaczy mojej mamy, która po pierwsze, nie uznawała wizyt przed południem, a po drugie, nie tolerowała przyjmowania gości w strojach odbiegających od ogólnie przyjętych norm. Przykrótka piżama flanelowa z oderwanym górnym guzikiem była jak najbardziej odbiegająca od jej ściśle określonychzasad.

– Nie mogłem się doczekać, by ci o tym powiedzieć. – Usiadł na moim łóżku.

Mama celowo zostawiła drzwi otwarte, bo przecież mój widok w samej piżamie na pewno mógł rozochocić Michała do tego stopnia, że nie zważając na obecność rodziców, rzuciłby się na mnie niczym wygłodniały wilk.

– O czym? – wysapałam, wciąż jeszcze nieprzytomna.

– Wyjeżdżamy!

– Ale dokąd? Kiedy? – Nie wiedziałam, o czym on w ogóle mówi. Nie pamiętałam, byśmy planowali jakikolwiek wyjazd. – Jakieś zimowe wakacje? Ferie?

– Do Stanów! – wykrzyknął.

– Do Stanów? O czym ty mówisz? A sesja?

Czekały nas ostatnie egzaminy i obrona pracy dyplomowej. Michał wciąż nie mógł wybrać tematu, dwa razy już zmieniał promotora, a ja w zasadzie już wszystko miałam przemyślane i byłam na dobrej drodze do zakończenia studiów w terminie.

– Olać sesję! – Michałowi z podekscytowania świeciły się oczy. – Taka okazja może się nie powtórzyć!

– Czekaj, powoli…. Albo ja się jeszcze nie obudziłam, albo ty coś plączesz. – Wstałam z łóżka. – Poczekaj, przyniosę kawę.

Poszłam do łazienki, umyłam zęby i opłukałam twarz zimną wodą. Jakie Stany? O co chodzi? Miałam wrażenie, że tak dobrze znany mi facet zwariował, a stabilny grunt, który zawsze był pod moimi stopami, nagle zaczął się osuwać, a ja bardzo szybko traciłam nad tym wszystkim kontrolę.

Nadal nic nie rozumiejąc, poczłapałam do kuchni, gdzie natknęłam się na karcący wzrok mamy.

– Ubrałabyś się. – Skrzywiła się z niesmakiem.

– Mamo, przecież nie chodzę na golasa – burknęłam.

– Tego by jeszcze brakowało! – Mama wyjęła dwa kubki z szafki. – Zrobię wam kawę i przyniosę. Śniadanie wam też zrobić?

Uśmiechnęłam się i pocałowałam mamę w policzek.

– Z serem i pomidorem? – zapytała. – Jak zawsze?

Entuzjastycznie pokiwałam głową.

– Zaraz przyniosę.

Nieważne, ile miałam lat, zawsze było tak samo. Byłam wtedy ciekawa, czy gdy przekroczę pięćdziesiątkę, mama dalej będzie mi robić kanapki z serem i z pomidorem. A może będzie robić je moim dzieciom?

Kiedy wróciłam do pokoju, Michał siedział na tapczanie. Pościel schował już do środka. Zawsze był bardziej uporządkowany niż ja, denerwował go bałagan i chaos. Dlatego też byłam zaskoczona jego niespodziewaną wiadomością. Nie znałam go od tej strony. Nigdy nie podejmował decyzji spontanicznie.

– Siadaj! Wszystko ci opowiem. – Przesunął się i zrobił mi miejsce obok siebie.

Usiadłam i spojrzałam pytająco.

– Pamiętasz mojego kuzyna Marka? – zaczął.

– Raz chyba go widziałam – potwierdziłam. – Ten z Koszalina?

– Tak. I on kilka lat temu pojechał do Stanów.

– Już wiem, spotkałam go, gdy kiedyś odwiedził twoich rodziców.

– No właśnie, to on. Wygrał zieloną kartę i teraz pracuje tam legalnie, w małym warsztacie samochodowym. Jego teść ma firmę budowlaną i potrzebuje rąk do pracy. Jak najszybciej – mówił zafascynowany.

– No i? – zapytałam, chociaż wiedziałam już, do czego Michał zmierza.

– I dzwonił do mnie tydzień temu. Zaproponował mi, bym pojechał. Opłaca mi przelot, to teraz tylko jeszcze musimy skombinować kasę na samolot dla ciebie. Ale damy radę.

– Czekaj, tydzień temu? Dla mnie? – zdziwiłam się. – Ale, Michał, poczekaj… Od początku… Dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedziałeś?

– Chciałem ci zrobić niespodziankę.

– No i zrobiłeś – mruknęłam. – Kiedy to miałoby być?

– Na początku lutego – oświadczył spokojnie Michał.

– To już za miesiąc! A studia?

– Nie wiem, może dziekankę się weźmie. Nie myślałem jeszcze o szczegółach – powiedział beztrosko. – To się potem ogarnie.

– Michał, do kiedy masz podjąć decyzję?

– Ja już ją podjąłem! – zawołał z euforią. – Taka okazja może się nie powtórzyć! Ty się wahasz?

– Michał, czekaj, ja… nie chcę nigdzie jechać. – Pokręciłam głową. – Przynajmniej nie teraz. Może najpierw skończmy studia, przecież zostało nam już tak niewiele, a potem się nad tym wszystkim zastanówmy – zaproponowałam.

– Justyś, tu nie ma się nad czym zastanawiać. Za co chcesz żyć w tym kraju? Przecież tutaj nie ma szans na nic fajnego.

– Za co żyć? Za pieniądze. Konkretnie złotówki – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Nasi rodzice jakoś dają radę. Podobnie jak tysiące innych osób.

– Ale może warto pomyśleć o lepszym starcie dla nas?

– Lepszym starcie? I kiedy wrócimy? I z czym wrócimy? – pytałam zdenerwowana.

– Z pieniędzmi na mieszkanie.

– Będę miała mieszkanie. Wiesz przecież, że babcia kupiła je dla mnie. Teraz jest wynajmowane, ale potem będzie moje. Obiecała mi to.

– Justyś, to zaledwie jeden pokój. – Skrzywił się. – Jak ty chcesz żyć w kawalerce?

– Moi rodzice zaczynali też w jednym pokoju.

– I skończyli na trzech – westchnął Michał.

– No i co? Mało? Są nieszczęśliwi?

– Może byliby szczęśliwsi, gdyby mieli dom. Kto to wie…

Zaczynała mnie denerwować ta rozmowa. Nie dość, że te wszystkie rewelacje o wyjeździe spadły na mnie jak grom z jasnego nieba, to teraz jeszcze okazało się, że jestem dzieckiem nieszczęśliwych rodziców, a ten stan wynika z naszych beznadziejnych, według Michała, warunków lokalowych. Totalny idiotyzm!

– Michał, poczekaj… – Złapałam go za rękę. – Skończmy studia, przecież to nastąpi już za chwilę. Potem wyjedźmy na rok czy nawet więcej. Przecież jesteśmy już na ostatniej prostej!

– Chyba ty jesteś… – Michał wzruszył ramionami. – Ja z magisterką jestem jeszcze w lesie. Biernacki mnie nie puści.

– Może trzeba było się zabrać do roboty – mruknęłam. – A nie wszystko zwalać na Biernackiego. Ja nie chcę wyjeżdżać, Michał.

– Mam jechać sam?

– Nie chcę, żebyś jechał – wydukałam. – To wszystko zmieni. Uważam, że to bardzo zły pomysł.

– Po prostu rozsądnie patrzę na życie. Dbam o to, by wejść w dorosłość tak, jak chcę, a nie do czego jestem zmuszony. Nie chcę potem żebrać u rodziny.

– Michał…

– Nie rozumiesz! – Wstał i zaczął zbierać się do wyjścia. – Studia zawsze można dokończyć, a taka okazja może się już nie powtórzyć. Nie kumam, że tego nie rozumiesz! – warknął zdenerwowany.

Ja z kolei zupełnie nie rozumiałam jego podejścia. Zawsze uważałam, że trzeba skończyć jedną rzecz, by zacząć drugą. O dziwo, potem życie w najmniej przewidywalnych okolicznościach to zweryfikowało, ale wtedy byłam pewna jednego – że trzeba zamknąć jedne drzwi, by otwierać kolejne. Michał chciał iść jak burza, biecprzez życie, nie zważając na zamknięte bramy i wysokie płoty. Nie dbał o to, że niektóre drzwi za nim same zatrzaskują się z hukiem i nie ma już powrotów do przeszłości.

Wtedy Michał wyszedł, a ja zostałam sama, ze zburzonymi planami na przyszłość. A raczej z mocno niepewną i zawirowaną taflą mojej przyszłości. Lubiłam, gdy w życiu wszystko było poukładane. Nie tolerowałam nagłej zmiany planów. Wydawało mi się do tej pory, że w tym byliśmy z Michałem do siebie podobni. Lubiłam niespodzianki, ale ta była na zbyt wysokim poziomie abstrakcji.

– Pokłóciliście się? – Do pokoju weszła mama.

– Nie wiem… Nawet nie jestem pewna, czy można to tak nazwać – jęknęłam. – Po prostu różnica zdań. Ale na tyle ważna, że nie wiem w ogóle, co o tym myśleć. Michał chce jechać do Stanów.

– Na wakacje?

Pokręciłam głową.

– Nie, do pracy. Budować nam dobry start czy jakoś tak. Mamo, on chce przerwać studia, by harować na budowie i zarabiać dolary.

– Ale przecież nie będziecie mieli złego startu. Skończycie całkiem porządne studia, pracę w rachunkowości zawsze znajdziecie. Jakbyście mieli być razem, to przecież i mieszkanie jest, to od babci, a ona na pewno się zgodzi, byście wcześniej tam zamieszkali, lokatorzy mają przecież trzy miesiące wypowiedzenia…

– Mamo, Michałowi jest wszystkiego za mało. Za mało pieniędzy, zbyt małe mieszkanie… – Westchnęłam.

– Justynko, z jednej strony to dobrze, że on wciąż chce wyżej, mocniej, bardziej… – Zamyśliła się na chwilę. – Tylko trzeba się zastanowić, czy akurat tędy droga. Może warto najpierw skończyć studia, zamknąć pewien etap w życiu, a nie tak zostawić wszystko rozbabrane.

– To samo mu mówiłam.

– A on?

– On stwierdził, że trzeba szybko podejmować decyzje, łapać okazję, gdy się nadarzy, bo może się nie powtórzyć.

Mama westchnęła.

– Mamo, ja tak nie umiem… Nie jestem typem giełdowego gracza, nie umiem szybko zmieniać planów. Przyzwyczajam się do tego, co mam i do tego, co chcę osiągnąć. Ja już widziałam nas w tej kawalerce. Artur się oświadczył Magdzie i jakoś myślałam, że i u nas będzie wszystko takie uporządkowane. Ślub, małe mieszkanie, które wspólnie będziemy remontować, kiedyś dziecko…

Spoglądała na mnie spod przymrużonych powiek, jakby z powątpiewaniem.

– Co? Za dużo romansów się naoglądałam? – zapytałam.

– Może za mało rozmawiałaś z Michałem o przyszłości – zasugerowała mama.

– Nie rozmawiałam wcale – przyznałam.

– I chyba to był błąd… Co teraz?

– Nie wiem sama. – Wzruszyłam ramionami. – Mam nadzieję, że nie wyjedzie. Ale ma już bilet, więc marne szanse, że zostanie w Polsce. Chce nawet kupić bilet dla mnie…

Spojrzała na mnie z przestrachem.

– Mamo, spokojnie. Zawsze chciałam wyjechać do Stanów na wakacje, wiesz przecież, ale nie tak nagle, nie zawalając wszystko, nad czym tutaj pracowałam przez tyle lat. Chcę zakończyć jeden etap. Może po obronie pojadę tam na chwilę, ale na pewno nie chcę rzucać wszystkiego po to, by zmywać naczynia w knajpach. Mamo, według niego Stany to spełnienie marzeń!

– A według ciebie nie… – Mama wzruszyła ramionami. – I tę swoją odmienność musicie uszanować, a na dodatek jakoś postarać się z nią żyć.

– Pamiętasz? – Uśmiechnęłam się smutno. – Kiedyś też myślałam, że tam jest raj na ziemi.

Mama chyba nie pamiętała, bo wyglądała na zdezorientowaną.

– Pamiętasz, jak marzyłam o lalce Barbie? Gdy byłam mała, przyjechali do nas przyjaciele babci z czasów wojny. Pamiętasz? Ci, co wyemigrowali do Stanów.

– Tak? – Mama nadal nie wiedziała, do czego zmierzam.

– Podarowali mi lalkę, dokładnie taką, o jakiej marzyłam. Poza tym mnóstwo słodyczy, i to takich, jakich u nas nie było. Ale, mamo, ta lalka była dla mnie wtedy spełnieniem marzeń. Stany Zjednoczone jawiły mi się niczym idylla. Może teraz właśnie tak jest z Michałem? Byleby żadnej lalki Barbie tam sobie nie znalazł…

Potem rozmawialiśmy z Michałem jeszcze kilka razy o naszej przyszłości. O tym, co nazwałam „kiedyś tam”. „Kiedyś tam” mieliśmy sprawić sobie duże mieszkanie, na które Michał zarobi w Stanach. „Kiedyś tam” będziemy mieli dzieci, najlepiej dwoje. „Kiedyś tam” Michał skończy studia, które właściwie już przerwał, bo przecież i tak miał za chwilę wyjechać, to po co ciągnąć coś, co za chwilę miało być już mało ważne? A może i skończy te studia w Stanach, na jakimś prestiżowym uniwersytecie, takim jak Yale albo Stanford? Bo przecież ten Uniwersytet Gdański to nic wspaniałego. Co innego Stany!

Teraz najważniejszy był wyjazd. Jego wyjazd. Bo już ustaliliśmy, że ja nie pojadę. Przynajmniej teraz. Bo „kiedyś tam” może go odwiedzę. Z pewnością go odwiedzę! „Kiedyś tam”.

– Justyś, czasami życie daje ci prezent w momencie, kiedy wcale tego prezentu nie oczekujesz – mówił. – I tak jest teraz.

– Tak, ale to, co dla kogoś jest wymarzonym prezentem, dla innego może być puszką Pandory – westchnęłam.

Dla Michała wyjazd był oknem na świat. Nadzieją na lepszą przyszłość. Dla mnie był samotnością, przekreśleniem życiowych planów i utratą wiary w spełnienie marzeń. Samotne wieczory, samotne wyjścia do kina. Przytulać się będę mogła już chyba tylko do poduszki. Bo do kogo?

– Na jak długo chcesz jechać? – zapytałam. – Postanowiłeś już?

– Na pół roku? Myślę, że uda mi się zarobić tyle, bym mógł już z czymś konkretnym wrócić.

– Nie wytrzymam tyle czasu bez ciebie… – jęknęłam.

– To jedź ze mną, przecież możesz. – Pogłaskał mnie po policzku. – Proszę, zgódź się. Razem będzie nam lepiej…

– Michał, to zdezorganizuje mój cały świat – powiedziałam ze łzami w oczach.

– Cały świat? A ja? Czy ja nie jestem częścią twojego świata?

– Jesteś bardzo ważną częścią mojego życia, ale nie możesz ode mnie wymagać, bym rzuciła wszystko, co dla mnie ważne i na co pracowałam ciężko kilka lat.

– Rozumiem, że to wszystko jest ważniejsze ode mnie? – zapytał zaczepnie.

– Ważniejsze od twoich pochopnych decyzji, które wydają ci się megadojrzałe. A tak naprawdę… – Nie dokończyłam, bo bałam się, że powiem kilka słów za dużo.

– Co tak naprawdę? – Spojrzał na mnie uważnie.

– Chcesz wiedzieć, co myślę tak naprawdę? – zapytałam, patrząc mu w oczy.

– Mów.

Nie wytrzymałam. Wybuchłam.

– Tak naprawdę to sobie myślę, że twój wyjazd to wybryk gówniarza, któremu odechciało się uczyć. Gówniarza, który ma ochotę poszaleć i zaznać nieco wolności. Gówniarza, który myśli, że wyjazd do roboty za granicę jest spełnieniem jego marzeń! – wykrzyczałam. – Taki filmowy American dream.

– Czyli przez te trzy lata uważałaś, że jestem nieodpowiedzialnym gówniarzem? – warknął, zaciskając pięści.

– Nie, Michał. Cały czas myślałam, że jesteś rozsądnym facetem. – Próbowałam się uspokoić.

– No i jestem – powiedział stanowczo. – Myślę o naszej przyszłości.

– Nie myślisz. – Pokręciłam głową. – Zostawiasz mnie samą na pół roku. Czy ty wiesz, ile może zdarzyć się przez pół roku?! Wydaje ci się, że trawa za płotem jest bardziej zielona, a to nieprawda. Jest taka sama, o ile nie gorsza!

– Justyś, ty chyba nie wiesz, co mówisz! – Michał patrzył na mnie jak na obcą osobę. – Pół roku w Stanach… Ty wiesz, jak ja podszkolę język?

– Tak, będziesz wiedział, jak jest po angielsku „wiadro z farbą” i „młotek”. No, może jeszcze ewentualnie „cegła”.

– Jesteś złośliwa – stwierdził. – I chyba mi zazdrościsz.

– Ja? Zazdroszczę? Michał! Czego mam ci niby zazdrościć?

Pewnie mogliśmy spożytkować ten czas do jego wyjazdu zupełnie inaczej. Teraz to wiem. Jednak wtedy głównie kłóciliśmy się i udowadnialiśmy sobie nawzajem swoje racje. Po co? Nie wiem. Później życie mnie nauczyło, że takie siłowanie się i przekomarzanie jest kompletnie bezsensowne. Fajnie, że ludzie są różni, i jeżeli kogoś kochamy, powinniśmy szanować tę odmienność. Może wtedy właśnie powinniśmy ją dostrzec, zaakceptować i postanowić, że każde z nas jednak powinno iść swoją drogą?

Trudno utrzymać związek na odległość. Niektórym się udaje, innym zupełnie nie. Wtedy byłam pewna, że nam się uda. Chciałam zamknąć oczy i je otworzyć za pół roku, by było tak, jak teraz… Byśmy dalej siedzieli beztrosko na kanapie, by dalej moja mama wchodziła do pokoju bez pukania i krzywiła się na widok tego, że siedzimy zbyt blisko. Tak bardzo chciałam, by było normalnie.

Obiecałam sobie, że poczekam. Pół roku to nie całe życie. To TYLKO pół roku.

– W sierpniu już będziemy razem – powiedział. – Może wtedy wspólnie zamieszkamy?

– Zobaczymy… Będę czekała – obiecałam.

Tydzień przed wylotem Michał jeszcze raz próbował przekonać mnie do wyjazdu. Zaprosił mnie do siebie na wieczór. Tamtego dnia był sam, jego rodzice gdzieś wyszli. Za progiem jego mieszkania zobaczyłam porozstawiane wszędzie na podłodze niewielkie świeczki. Prowadziły mnie od drzwi w przedpokoju do salonu, gdzie czekała przygotowana przez Michała kolacja. W wazonie na stole stał bukiet róż.

– Justyś, proszę, zastanów się jeszcze nad wyjazdem – wyszeptał drżącym głosem. – Jak my sobie bez siebie poradzimy? Przecież nie damy rady. Błagam, przemyśl to.

W oczach miał łzy.

– Michaś, ty nie musisz jechać…

– Justyś, ja nic nie mam… Nie mam nic, co mógłbym ci zaoferować.

– Nie musisz mi nic dawać, wystarczy, że jesteś blisko mnie.

– W Afryce musiałbym pewnie cię kupić od twojego ojca za dziesięć wielbłądów. – Uśmiechnął się.

– Ale jesteśmy w Europie, a mój ojciec nie miałby nawet gdzie trzymać tych wielbłądów. – Próbowałam poprawić mu humor.

– Wytrwamy, prawda? Przyjadę, a potem już zawsze będziemy razem.

– Teraz możemy być razem. – Złapałam go za rękę.

Michał pokręcił głową.

– Nawet mnie nie stać na pierścionek dla ciebie. – Spojrzał mi w oczy. – Nie można tak zaczynać. Kiedy Artur oświadczył się Magdzie, też poszedłem do jubilera… Justyś, ja chcę, byś miała brylanty! Zasługujesz na wszystko, co najlepsze.

– Naprawdę byłeś u jubilera? – zdziwiłam się. – Przecież sam mówiłeś, że oni to robią za szybko.

– A co miałem powiedzieć? Że mnie nie stać na pierścionek?

– Michał, ja nigdy nie przywiązywałam wagi do takich rzeczy.

– Wiem, ale dla mnie jesteś księżniczką. A księżniczki powinny być obsypywane brylantami. – Uśmiechnął się i po chwili dodał: – Wiesz, jadę się tam sprawdzić… Sprawdzić jako mężczyzna. Nigdy nie mieszkałem sam. Nie chcę spod skrzydeł mamusi wejść pod twoje skrzydła. Nie byłabyśwtedy ze mną szczęśliwa.

– Jedziesz tam po to, by dorosnąć? – Nie dowierzałam.

– Może trochę… Może chcę spróbować, jak to jest być zdanym wyłącznie na siebie.

– Z takim uśmiechem to nie potrwa zbyt długo – westchnęłam. – Przecież wiesz, że bardzo szybko zjednujesz sobie ludzi. Będziesz miał nowych przyjaciół szybciej, niż się tego spodziewasz.

– Nie będę miał ciebie. – Przytulił mnie mocno. – A ty jesteś najważniejsza.

Zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino. Potem siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy o tym, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy wróci. Nie chcieliśmy spać, bo kolejna taka noc miała się długo nie powtórzyć. Siedziałam wtulona w ramiona Michała, a w radiu Anita Lipnicka śpiewała o tym, że znajdzie dom z wielkim oknem na świat. Kołysaliśmy się w rytm muzyki, a po moich policzkach spływały łzy.

– Znajdę ten dom dla nas – wyszeptał mi do ucha. – Z wielkim oknem na świat. Wrócę. To stanie się szybciej, niż się spostrzeżesz. Obiecuję ci.

Tamten wieczór i noc były kwintesencją całego naszego związku. Miłość, czułość, długie rozmowy. Wzajemne zrozumienie, szacunek i akceptacja. Dlatego go kochałam. Mogłam polegać na nim we wszystkich trudnych życiowych momentach. Gdy zadzwoniłam, przyjeżdżał i przytulał mnie. Czasem nawet nic nie mówił, a ja znajdowałam spokój w jego ramionach. Wiedziałam, że tych ramion będzie mi brakować najbardziej. Pewnych spraw nie można załatwić za pomocą maila czy przez telefon.

Na lotnisku nie mogliśmy się pożegnać tak, jak tego chcieliśmy. Jego rodzice, brat, dziadkowie – wszyscy chcieli być przy nim. Mama Michała była na mnie wyraźnie obrażona, że nie jadę z jej synem.

– Powinnaś być przy nim – wycedziła przez zęby.

– A to nie on powinien być przy mnie? – zapytałam, patrząc na nią odważnie.

– On ci niczego nie obiecywał – powiedziała oschle.

– Ja mu też niczego nie obiecywałam, proszę pani.

– On tam dla ciebie jedzie – syknęła.

– Ja tego nie chciałam. – Pokręciłam głową. – Bardzo tego nie chciałam.

Wtedy nie spodziewałam się, że planowane pół roku przemieni się w rok, a potem w jeszcze więcej. Nie wiedziałam, że przez pierwsze dwa lata będziemy spotykać się niemalże jedynie na internetowych czatach. Nie wrócił w sierpniu, nie wrócił też na kolejną Gwiazdkę. W lipcu skasował samochód swojego szefa, a nie miał ubezpieczenia, więc musiał na niego zarobić. Gdy mi o tym powiedział, byłam i zmartwiona, i wściekła. Chciałam do niego jechać. Od razu, natychmiast, nie zważając na koszty.

– Justyś, to bez sensu. Ja naprawdę teraz potrzebuję kasy, dwie osoby trudno tutaj utrzymać.

– Michał, przyjadę. Może pomogę ci jakoś?

– Justyś, zanim ty tu znajdziesz pracę, będę musiał pracować na nas oboje – westchnął. – Przepraszam cię, ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić, bo ten cholerny samochód spędza mi sen z oczu. Najpierw muszę to załatwić.

– A potem?

– A potem zobaczymy.