Jeszcze jeden uśmiech - Magdalena Majcher - ebook + książka

Jeszcze jeden uśmiech ebook

Magdalena Majcher

4,4

Opis

"Matki feministki kontra Matki Polki kury domowe. Ekomamy w kontrze do klientek McDonalda. Matki pracujące przeciwko pełnoetatowym mamom.

 

Kariera czy dziecko? Poród naturalny czy cesarskie cięcie? Pierś czy butelka? Współczesnym kobietom nie żyje się lekko, ale każda z nich uważa, że ma ładniejsze mieszkanie, lepszego męża i grzeczniejsze dzieci niż koleżanka.

 

Monika, Karolina, Olga i Agnieszka spotykają się w kawiarni dla mam z dziećmi. Każda z nich próbuje przekonać pozostałe, że jej sposób na życie jest najlepszy. Do czasu…

 

Kiedy dziecko jednej z nich poważnie zachoruje, stają w jednym szeregu, żeby ratować życie dziewczynki. Bo przecież są matkami!"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Mag­da­le­na Bin­kow­ska

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus, Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Iza­be­la Kruź­lak

Zdję­cia na okład­ce: Get­ty­Ima­ges/Ste­fa­no Oppo, We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2019

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-478-4

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dwóm Jo­an­nom – Sza­rań­skiej i Sy­kat. Do­brze, że je­ste­ście.

Ka­ro­li­na szczel­niej otu­li­ła się płasz­czem, pró­bu­jąc ochro­nić Zo­się przed prze­szy­wa­ją­cym chłod­nym wia­trem. Ma­lut­ka spa­ła smacz­nie w chu­ście, przy­tu­la­jąc się do ma­mi­nej pier­si. Mat­ka po­pra­wi­ła jej ba­weł­nia­ną czap­kę, na­su­wa­jąc ją na uszy. Wy­da­wa­ło się jej, że jest od­por­na na wszyst­kie do­bre rady do­ty­czą­ce ubie­ra­nia dziec­ka i obo­wiąz­ku no­sze­nia przez nie czap­ki przez trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku, ale tego dnia na­wet ona sama uzna­ła na­kry­cie gło­wy za obo­wiąz­ko­we. Wo­la­ła od­po­wied­nio za­bez­pie­czyć Zo­się przed chło­dem, jaki przy­szedł po obie­cu­ją­cych pierw­szych dniach maja.

Mo­ni­ka upar­ła się, że inny ter­min jej nie od­po­wia­da, więc Ka­ro­li­na, chcąc nie chcąc, z na­ci­skiem na „nie chcąc”, po od­sta­wie­niu Szym­ka do przed­szko­la wło­ży­ła małą do chu­s­ty, na­rzu­ci­ła na sie­bie spe­cjal­ny płaszcz dla dwoj­ga, któ­ry do­sko­na­le spraw­dził się jesz­cze w okre­sie cią­ży, i wy­szła z domu, sta­wia­jąc czo­ła wia­tro­wi, któ­ry uparł się, by po­rwać je obie z Zo­sią i po­rzu­cić gdzieś na Za­łę­żu.

Mo­ni­ka tym­cza­sem nic so­bie nie ro­bi­ła z po­ry­wów wia­tru i kro­pli nie­przy­jem­ne­go desz­czu, któ­re spa­da­ły na jej sta­ran­nie uło­żo­ną fry­zu­rę. Tej ko­bie­ty nic nie było w sta­nie po­wstrzy­mać, a wi­chu­ra czy ma­jo­wa ule­wa nie ro­bi­ły na niej więk­sze­go wra­że­nia. Kie­dy Ka­ro­li­na za­dzwo­ni­ła rano, aby od­wo­łać spo­tka­nie, Mo­ni­ka gło­śno wcią­gnę­ła po­wie­trze i wy­sy­cza­ła do słu­chaw­ki:

– Współ­cze­sne ko­bie­ty nie­ustan­nie mnie za­dzi­wia­ją, ale ty, moja dro­ga, pla­su­jesz się w ści­słej czo­łów­ce osób, któ­re po­tra­fią mnie jesz­cze za­sko­czyć. Mój Boże, je­steś tak nie­za­rad­na ży­cio­wo… Ko­cha­na, mój biz­nes nie po­cze­ka na lep­szą po­go­dę! – Ener­gicz­nie wsta­ła ze skó­rza­nej ka­na­py, na któ­rej le­ża­ła, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon. – Przy­po­mi­nam ci, że za mie­siąc mam wy­zna­czo­ny ter­min ce­sar­ki i chcia­ła­bym za­mknąć tę spra­wę przed roz­wią­za­niem. Oczy­wi­ście mo­gła­bym po­wie­rzyć opie­kę nad dziec­kiem nia­ni i oso­bi­ście do­pil­no­wać eki­py re­mon­to­wej, ale po po­ro­dzie pla­nu­ję udać się na za­słu­żo­ne dwa ty­go­dnie urlo­pu!

– Rze­czy­wi­ście, two­je­mu syn­ko­wi w zu­peł­no­ści wy­star­czą dwa ty­go­dnie sam na sam z mamą – rzu­ci­ła ką­śli­wie Ka­ro­li­na.

Mo­ni­ka uda­ła, że nie sły­szy ko­men­ta­rza ko­le­żan­ki, tak jak przed chwi­lą Ka­ro­li­na zi­gno­ro­wa­ła jaw­ną alu­zję do jej bra­ku za­rad­no­ści.

Były praw­do­po­dob­nie naj­dziw­niej­szą parą przy­ja­ció­łek, jaka stą­pa­ła po ziem­skim pa­do­le. Po­zna­ły się w dzie­ciń­stwie: wy­cho­wy­wa­ły się na jed­nym osie­dlu w Bo­gu­ci­cach. Ka­ro­li­na za­wsze ob­ry­wa­ła od dzie­cia­ków, a star­sza o dwa lata ko­le­żan­ka sta­wa­ła za nią mu­rem, dzię­ki cze­mu dziew­czyn­ce cza­sem uda­wa­ło się unik­nąć kło­po­tów, bę­dą­cych co­dzien­no­ścią naj­młod­szych miesz­kań­ców ka­to­wic­kie­go blo­ko­wi­ska. Były swo­imi prze­ci­wień­stwa­mi, a mimo to od­na­la­zły wspól­ny ję­zyk.

Ich ży­cie po­to­czy­ło się zgo­ła od­mien­nie. Ka­ro­li­na od kil­ku lat była szczę­śli­wą mę­żat­ką i speł­nio­ną mamą pię­cio­let­nie­go Szy­mo­na, a od trzech mie­się­cy rów­nież ma­lut­kiej Zosi. Skoń­czy­ła kul­tu­ro­znaw­stwo i, co Mo­ni­ka traf­nie prze­wi­dzia­ła, jesz­cze za­nim przy­ja­ciół­ka prze­szła przez cały etap re­kru­ta­cji na stu­dia, po uzy­ska­niu dy­plo­mu nie zna­la­zła pra­cy w za­wo­dzie. Ima­ła się róż­nych za­jęć, aż w koń­cu na dłu­żej za­cze­pi­ła się w ban­ku, gdzie do­ra­dza­ła klien­tom. Kie­dy za­szła w cią­żę i uro­dzi­ła Szym­ka, a kil­ka lat póź­niej Zo­się, zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, cał­ko­wi­cie po­świę­ca­jąc się wy­cho­wa­niu dzie­ci.

Mo­ni­ka na­to­miast nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez pra­cy. Nie ro­zu­mia­ła, jak Ka­ro­li­na mo­gła do­bro­wol­nie stać się kurą do­mo­wą. Ona sama za­wsze sta­wia­ła ka­rie­rę na pierw­szym miej­scu i na­wet te­raz, na prze­ło­mie ósme­go i dzie­wią­te­go mie­sią­ca cią­ży, bie­ga­ła po mie­ście, aby za­ła­twić wszyst­kie spra­wy zwią­za­ne z ko­lej­nym pro­jek­tem. Uzna­ła, że sko­ro już ma zo­stać mamą, to wy­ko­rzy­sta swo­ją nową rolę do roz­krę­ce­nia biz­ne­su. Bę­dąc w cią­ży, zo­rien­to­wa­ła się, że w Ka­to­wi­cach bra­ku­je miej­sca dla ma­tek z ma­ły­mi dzieć­mi, w czym od razu zwie­trzy­ła in­te­res. Wnio­sku­jąc po licz­bie ko­biet spa­ce­ru­ją­cych z wóz­ka­mi dzie­cię­cy­mi oraz dum­nie pre­zen­tu­ją­cych świa­tu za­okrą­glo­ne brzu­chy na uli­cach i w par­kach, ten po­mysł mógł wy­pa­lić. Wpraw­dzie w okre­sie let­nim mat­ki mo­gły spo­ty­kać się choć­by w Do­li­nie Trzech Sta­wów czy w po­bli­skim par­ku Ślą­skim, ale prze­cież w mroź­ne czy desz­czo­we dni nie wy­cho­dzi­ły na spa­cer z dziec­kiem i z pew­no­ścią do­pa­da­ła je nuda. Otwar­cie ka­wiar­ni z klu­bem dla mło­dych mam wy­da­wa­ło się Mo­ni­ce do­sko­na­łym po­my­słem. Nie mia­ła wiel­kie­go do­świad­cze­nia w kwe­stiach zwią­za­nych z dzieć­mi, w koń­cu sama do­pie­ro mia­ła zo­stać mat­ką, więc zło­ży­ła Ka­ro­li­nie pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. Zresz­tą mak­sy­mal­nie za dwa mie­sią­ce za­mie­rza­ła wró­cić do pra­cy w agen­cji ubez­pie­cze­nio­wej, któ­rą bu­do­wa­ła z ta­kim mo­zo­łem i nie za­mie­rza­ła jej zo­sta­wić w rę­kach tych nie­udacz­ni­ków, swo­ich pra­cow­ni­ków. Ka­ro­li­na wpraw­dzie nie mia­ła smy­kał­ki do in­te­re­sów, jed­nak co mo­gła­by ze­psuć w ka­wiar­ni dla ma­tek z dzieć­mi? Sama wy­bra­ła już prze­cież lo­kal, zna­la­zła eki­pę re­mon­to­wą i uru­cho­mi­ła kon­tak­ty. Przed otwar­ciem za­mie­rza­ła zwró­cić się do lo­kal­nych me­diów, wy­dru­ko­wać ulot­ki i za­trud­nić ja­kie­goś na­sto­lat­ka, któ­ry bę­dzie spa­ce­ro­wał po Sta­wo­wej i wci­skał lu­dziom bro­szu­ry.

Oczy­wi­ście sama bę­dzie re­gu­lar­nie do­glą­dać biz­ne­su. Ka­ro­li­na mia­ła tyl­ko pil­no­wać, żeby nikt jej nie okra­dał i nie ro­bił burd w lo­ka­lu. Co praw­da, ka­wiar­nia dla mło­dych mam wy­da­wa­ła się bez­piecz­nym in­te­re­sem, a i klien­te­la ra­czej nie po­win­na przy­spa­rzać pro­ble­mów, ale prze­zor­ny za­wsze ubez­pie­czo­ny. Kto wie, ja­kie in­dy­wi­dua zde­cy­do­wa­ły się na po­tom­ka po wej­ściu w ży­cie pro­gra­mu pięć­set plus? Mo­ni­ka ra­czej nie prze­wi­dy­wa­ła, aby przed­sta­wi­cie­le moc­no dys­funk­cyj­nych ro­dzin po­ja­wi­li się w jej ka­wiar­ni, jed­nak wo­la­ła się za­bez­pie­czyć i mieć na miej­scu oso­bę, któ­rej ufa­ła. Po­sta­no­wi­ła upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu i po­łą­czyć przy­jem­ne z po­ży­tecz­nym. Nie wie­rzy­ła za­pew­nie­niom Ka­ro­li­ny, że jest szczę­śli­wa i speł­nio­na bez pra­cy, bo może ob­ser­wo­wać, jak do­ra­sta­ją jej dzie­ci. Prze­cież jej star­szy syn za­cho­wy­wał się tak gło­śno, że umar­łe­go by obu­dził! Moż­na było przy nim zwa­rio­wać! A Zo­sia… No cóż, Zo­sia zda­niem ciot­ki Mo­ni­ki po­trze­bo­wa­ła twar­dej ręki i nie­co wię­cej dys­cy­pli­ny. Na nic zda­ły się pro­te­sty Ka­ro­li­ny, obu­rzo­nej su­ge­stią przy­ja­ciół­ki, że to się na­praw­dę przy­da le­d­wie trzy­mie­sięcz­nej dziew­czyn­ce.

– Ona przede wszyst­kim po­trze­bu­je bli­sko­ści i czu­ło­ści! – twier­dzi­ła Ka­ro­li­na, z czym Mo­ni­ka nie po­tra­fi­ła, a może nie chcia­ła się zgo­dzić. Mia­ła zu­peł­nie od­mien­ne po­glą­dy na wy­cho­wy­wa­nie dzie­ci. Wie­rzy­ła, że nie moż­na po­zwo­lić tak ma­łe­mu dziec­ku na zbyt wie­le, bo po­tem może być już za póź­no na wpro­wa­dze­nie dys­cy­pli­ny.

Ka­ro­li­na przy­spie­szy­ła kro­ku, pró­bu­jąc zrów­nać się z Mo­ni­ką, któ­ra mimo za­awan­so­wa­nej cią­ży po­ru­sza­ła się zgrab­nie i szyb­ko, nie tra­cąc nic z daw­nej ży­wot­no­ści. Lo­kal, któ­ry wy­na­ję­ła na prób­ny rok, znaj­do­wał się w ści­słym cen­trum Ka­to­wic, przy uli­cy 3 Maja. Ko­rzyst­na lo­ka­li­za­cja była zda­niem Mo­ni­ki nie­zbęd­na, aby miej­sce mia­ło szan­sę za­ist­nieć na sta­łe na ma­pie mia­sta. Ka­ro­li­nie nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak się z tym zgo­dzić, w koń­cu sama nie mia­ła po­ję­cia o pro­wa­dze­niu biz­ne­su. Ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła­by tego gło­śno, ale po ci­chu po­dzi­wia­ła Mo­ni­kę. Nie, nie za jej dziw­ne po­glą­dy w kwe­stii wy­cho­wa­nia dzie­ci i sta­now­czy upór, któ­ry w du­żej mie­rze przy­czy­nił się do jej sa­mot­ne­go ma­cie­rzyń­stwa. Dla Ka­ro­li naj­waż­niej­sza była ro­dzi­na i nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez naj­bliż­szych, a tym­cza­sem Mo­ni­ka mat­ką zo­sta­ła jak­by z przy­pad­ku, cho­ciaż sama twier­dzi­ła, że była to świa­do­mie pod­ję­ta de­cy­zja… Przy­ja­ciół­ka zna­ła ją od naj­młod­szych lat i ob­ser­wo­wa­ła jej dro­gę na szczyt. Mo­ni­ka Nie­wier­ska twar­do stą­pa­ła po zie­mi i dą­ży­ła do ja­sno spre­cy­zo­wa­nych ce­lów. Sy­pa­ła po­my­sła­mi jak z rę­ka­wa, była ko­bie­tą przed­się­bior­czą i za­rad­ną. Dla Ka­ro­li­ny go­dze­nie pra­cy z wy­cho­wa­niem dzie­ci było swo­istym kon­flik­tem in­te­re­sów. Oczy­wi­ście, czu­ła się szczę­śli­wa i uwa­ża­ła, iż pod­ję­ła słusz­ną de­cy­zję, lecz cza­sem z po­dzi­wem ob­ser­wo­wa­ła ko­le­żan­kę, któ­ra z ła­two­ścią zjed­ny­wa­ła so­bie lu­dzi, a każ­de jej przed­się­wzię­cie za­mie­nia­ło się w suk­ces. Mo­ni­ka od wie­lu lat była zwią­za­na z bran­żą fi­nan­so­wą; przez ja­kiś czas pra­co­wa­ła na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra ban­ku, a mia­ła wte­dy le­d­wie dwa­dzie­ścia sześć lat. Szyb­ko jed­nak uzna­ła, że to nie dla niej. Cho­ciaż pen­sja była wy­so­ka, to jed­nak sys­tem pro­wi­zyj­ny wy­da­wał się o wie­le bar­dziej atrak­cyj­ny, dla­te­go pod­ję­ła de­cy­zję o roz­po­czę­ciu współ­pra­cy z uzna­ną fir­mą ubez­pie­cze­nio­wą i otwo­rzy­ła wła­sną agen­cję. Te­raz za­rzą­dza­ła po­nad trzy­dzie­sto­ma pra­cow­ni­ka­mi w kil­ku punk­tach roz­sia­nych po Ślą­sku i Za­głę­biu – Ka­ro­li­na stra­ci­ła już ra­chu­bę. Kie­dy oka­za­ło się, że Mo­ni­ka zo­sta­nie mamą, nie zwol­ni­ła tem­pa, tyl­ko po­sta­no­wi­ła wy­ko­rzy­stać nowe do­świad­cze­nie. Po­cząt­ko­wo my­śla­ła o skle­pie z odzie­żą nie­mow­lę­cą, lecz szyb­ko uzna­ła, że pol­scy pro­du­cen­ci szy­ją kosz­mar­nie brzyd­kie ubran­ka, a że moc­no wspie­ra­ła ro­dzi­mą go­spo­dar­kę, zre­zy­gno­wa­ła z po­my­słu spro­wa­dza­nia mar­ko­wych pro­duk­tów z za­gra­ni­cy. Bły­ska­wicz­nie jed­nak wpa­dła na ko­lej­ny po­mysł, któ­ry nie­zwłocz­nie za­czę­ła wpro­wa­dzać w ży­cie.

– Mo­ni­ka, po­cze­kaj! – rzu­ci­ła Ka­ro­li­na. – Nie bie­gnij tak, nie na­dą­żam za tobą.

– Prze­cież mó­wi­łaś, że dziec­ko w chu­ście nie waży wię­cej niż cią­żo­wy brzuch – przy­po­mnia­ła jej zło­śli­wie przy­ja­ciół­ka.

– Wiesz, że ja na­wet bez brzu­cha i bez Zosi w chu­ście nie mam tyle ener­gii co ty w dzie­wią­tym mie­sią­cu cią­ży.

– Jak chcia­łam ci dać na­mia­ry na mo­je­go tre­ne­ra per­so­nal­ne­go, to od­mó­wi­łaś.

– Nie po­trze­bu­ję żad­ne­go tre­ne­ra per­so­nal­ne­go.

– To nie ma­rudź i przy­spiesz. Za­raz bę­dzie­my na miej­scu.

Ka­ro­li­na uwa­ża­ła, że w przy­pad­ku jej przy­ja­ciół­ki do­sko­na­le spraw­dza się stwier­dze­nie „rudy to nie ko­lor, rudy to cha­rak­ter”. Mo­ni­ka była sta­łą by­wal­czy­nią ga­bi­ne­tów ko­sme­tycz­nych, wi­za­żu, sty­li­za­cji i me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, ale ni­g­dy nie od­wie­dzi­ła fry­zje­ra w celu in­nym niż pod­cię­cie grzyw­ki czy koń­có­wek. Nie far­bo­wa­ła swo­ich ru­dych lo­ków. Była z nich za­do­wo­lo­na i uwa­ża­ła je za swój naj­więk­szy atut.

Ka­ro­la nie do­strze­gła spod wiel­kie­go kap­tu­ra, że przy­ja­ciół­ka się za­trzy­ma­ła, i wpa­dła na nią z im­pe­tem, na co Zo­sia za­re­ago­wa­ła gło­śnym pła­czem. Mo­ni­ka od­ru­cho­wo skrzy­wi­ła się i z nie­za­do­wo­le­niem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Bied­ne dziec­ko. Nie mo­gła­byś cza­sem po­wo­zić jej w wóz­ku jak cy­wi­li­zo­wa­ni lu­dzie? Prze­cież jej jest tam nie­wy­god­nie!

– A my­ślisz, że two­je­mu dziec­ku w brzu­chu też jest nie­wy­god­nie? Zo­sia jest za­chwy­co­na, kie­dy no­szę ją w chu­ście, bo w taki spo­sób stwa­rzam jej wa­run­ki, któ­re zna z ży­cia pło­do­we­go! – Aż za­chlu­pa­ło jej w bu­cie, kie­dy we­szła w ogrom­ną ka­łu­żę, te­mat roz­mo­wy był dla niej jed­nak na tyle waż­ny, że zi­gno­ro­wa­ła mo­krą skar­pet­kę. – Czu­je się bez­piecz­nie, jak wte­dy, kie­dy no­si­łam ją pod ser­cem.

– Przy­po­mi­nam ci, że ona zdą­ży­ła prze­trans­por­to­wać się na ten świat ja­kieś trzy mie­sią­ce temu, więc może pora przy­zwy­cza­jać ją do rze­czy­wi­sto­ści.

Ka­ro­li­na aż się za­czer­wie­ni­ła ze zło­ści.

– Bzdu­ra! Głów­ną de­wi­zą ro­dzi­ców wy­cho­wu­ją­cych dzie­ci w du­chu ro­dzi­ciel­stwa bli­sko­ści jest myśl: „Przy­wiąż mnie moc­no, abym ju­tro mógł la­tać wy­so­ko”* – wy­re­cy­to­wa­ła z pa­mię­ci. – Tyl­ko dziec­ko, któ­re w pierw­szych la­tach ży­cia do­sta­nie mnó­stwo czu­ło­ści, może stać się szczę­śli­wym do­ro­słym i…

* In­grid van den Pe­ere­bo­om, pro­pa­ga­tor­ka idei ro­dzi­ciel­stwa bli­sko­ści.

– A w mię­dzy­cza­sie mat­ka pad­nie z wy­czer­pa­nia po nie­prze­spa­nych no­cach, pod­czas któ­rych przy­sta­wia dziec­ko do pier­si co kwa­drans, i skoń­czy z po­tęż­nym ura­zem krę­go­słu­pa, bo prze­cież wó­zek to dzie­ło sza­ta­na – rzu­ci­ła iro­nicz­nie Mo­ni­ka. – Znasz ta­kie po­ję­cie jak zło­ty śro­dek?

– I kto to mówi! – obu­rzy­ła się Ka­ro­li­na. – To ty za­mie­rzasz od­dać dziec­ko pod opie­kę ob­cej oso­by, kie­dy tyl­ko le­ka­rze wy­cią­gną ci je z brzu­cha!

Ob­ser­wa­tor z ze­wnątrz z pew­no­ścią po­krę­cił­by ze zdu­mie­niem gło­wą, gdy­by przy­słu­chał się roz­mo­wie tych dwóch ko­biet. Lo­gicz­ne, że sko­ro tak bar­dzo róż­nią się od sie­bie, a ich spo­tka­nia po­le­ga­ją głów­nie na wy­mia­nie zło­śli­wo­ści, po­win­ny za­nie­chać kon­tak­tów. Tym­cza­sem Mo­ni­ka i Ka­ro­li­na to­czy­ły ze sobą zim­ną woj­nę, w któ­rej świa­do­mie lub nie bra­ły udział nie­mal wszyst­kie ko­bie­ty tego świa­ta, pró­bu­jąc raz na za­wsze roz­strzy­gnąć, któ­ra z nich jest lep­szą mat­ką. Mat­ka bu­tel­ko­wa czy mat­ka kar­mią­ca? Mama wy­cho­wu­ją­ca swo­je dzie­ci w du­chu ro­dzi­ciel­stwa bli­sko­ści czy zwo­len­nicz­ka twar­dej dys­cy­pli­ny? Mat­ka po­zwa­la­ją­ca swo­im po­cie­chom raz na ja­kiś czas zjeść che­ese­bur­ge­ra z fryt­ka­mi w McDo­nal­dzie czy mat­ka sta­ran­nie eli­mi­nu­ją­ca z die­ty dziec­ka glu­ten, cu­kier i inne świń­stwa? A może ta, któ­ra całe swo­je ży­cie pod­po­rząd­ko­wa­ła wy­cho­wa­niu dzie­ci? Nie? W ta­kim ra­zie moż­li­we, że lep­szą mat­ką była ta wy­zna­ją­ca de­wi­zę, że szczę­śli­wa mat­ka to szczę­śli­we dziec­ko i zo­sta­wia­ją­ca la­to­rośl kil­ka razy w ty­go­dniu pod opie­ką bab­ci lub nia­ni. Mat­ki ubie­ra­ją­ce swo­je dzie­cia­ki w sie­ciów­kach to­czy­ły boje z ma­ma­mi ro­bią­cy­mi za­ku­py w lum­pek­sach, a ko­bie­ty po po­ro­dach si­ła­mi na­tu­ry z wyż­szo­ścią pa­trzy­ły na te po ce­sar­skim cię­ciu.

Cho­ciaż trud­no było w to uwie­rzyć, Ka­ro­li­na i Mo­ni­ka kie­dyś nie wy­mie­nia­ły się zło­śli­wo­ścia­mi na każ­dym spo­tka­niu. Ow­szem, mia­ły od­mien­ne cha­rak­te­ry, róż­ne po­glą­dy i zu­peł­nie inny sta­tus ży­cio­wy, jed­nak po­tra­fi­ły przejść po­nad tymi po­dzia­ła­mi do po­rząd­ku dzien­ne­go. Z chwi­lą gdy Mo­ni­ka za­szła w cią­żę i za­czę­ła wy­mie­niać się opi­nia­mi z już do­świad­czo­ną Ka­ro­li­ną, za­czął się zu­peł­nie nowy etap ich zna­jo­mo­ści. Sta­nę­ły po prze­ciw­nych stro­nach ba­ry­ka­dy – kla­sycz­ny ob­raz Mat­ki Po­lki kon­tra ko­bie­ta suk­ce­su, któ­ra zre­ali­zo­wa­ła pro­jekt „dziec­ko” z męż­czy­zną, któ­re­go naj­pro­ściej moż­na było skla­sy­fi­ko­wać, uży­wa­jąc ter­mi­nu NN. Mo­ni­ka oczy­wi­ście zna­ła toż­sa­mość ojca swo­je­go nie­na­ro­dzo­ne­go po­tom­ka, jed­nak za nic w świe­cie nie za­mie­rza­ła po­dzie­lić się tą in­for­ma­cją ani z przy­ja­ciół­ką, ani z ni­kim in­nym. Uci­na­ła dys­ku­sję, mó­wiąc, że to jejdziec­ko; cza­sem ewen­tu­al­nie do­rzu­ca­ła kil­ka słów o ban­ku sper­my i za­płod­nie­niu po­za­ustro­jo­wym, któ­re­go była zwo­len­nicz­ką. Ka­ro­li­na na­wet przez chwi­lę nie uwie­rzy­ła w te bzdu­ry na te­mat in vi­tro, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że na­zwi­sko szczę­śli­we­go ta­tu­sia po­zo­sta­wa­ło ta­jem­ni­cą. I to by­naj­mniej nie ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la.

Dla­cze­go więc, mimo wie­lu sto­czo­nych w tej zim­nej woj­nie bi­tew, Ka­ro­li­na i Mo­ni­ka z taką ra­do­ścią szły na każ­de ko­lej­ne spo­tka­nie? Do­bre py­ta­nie. Na­le­ża­ło­by je za­dać nie­mal wszyst­kim ko­bie­tom świa­ta bio­rą­cym udział w tej jak­że za­cię­tej wal­ce o ty­tuł naj­lep­szej mat­ki.

– To tu­taj. – Ka­ro­li­na po­dą­ży­ła wzro­kiem za pal­cem Mo­ni­ki, któ­ry wska­zy­wał wła­śnie prze­szklo­ną wi­try­nę nie­cie­ka­we­go na pierw­szy rzut oka, bo prze­cież jesz­cze nie­za­go­spo­da­ro­wa­ne­go, lo­ka­lu.

Dum­na wła­ści­ciel­ka przy­byt­ku spraw­nym ru­chem wy­ję­ła z to­reb­ki klu­cze, któ­ry­mi otwo­rzy­ła zam­ki. Ka­ro­li­na szyb­ko wbie­gła do środ­ka, wdzięcz­na, że w koń­cu ma dach nad gło­wą, pod któ­rym może się schro­nić z Zo­sią wy­ra­ża­ją­cą co­raz więk­sze nie­za­do­wo­le­nie pa­nu­ją­cą na ze­wnątrz aurą. Tym­cza­sem Mo­ni­ka czu­ła się już na tyle do­brze w roli go­spo­dy­ni, że z za­pa­łem za­czę­ła opro­wa­dzać przy­ja­ciół­kę po lo­ka­lu.

– Tu­taj bę­dzie ką­cik dla więk­szych dzie­cia­ków. Wiesz, sto­lik, kred­ki, może ja­kaś mała zjeż­dżal­nia… – wy­li­cza­ła. – By­łam kil­ka dni temu w Ikei i wi­dzia­łam ta­kie faj­ne drew­nia­ne za­baw­ki, my­ślę, że się spraw­dzą. Mam na­dzie­ję, że są wy­trzy­ma­łe i te małe pa­sku­dy ich od razu nie ze­psu­ją… A tu­taj, o, za­mie­rzam urzą­dzić ką­cik dla ma­lu­chów. Ja­kiś do­mek, ba­sen z kul­ka­mi. Co o tym my­ślisz?

– Świet­nie – od­par­ła po dłuż­szej chwi­li Ka­ro­li­na, kie­dy zo­rien­to­wa­ła się, że poza Zo­sią jest je­dy­ną oso­bą w po­miesz­cze­niu, więc Mo­ni­ka z pew­no­ścią mówi do niej. Nie­ste­ty, ma­lut­ka była moc­no nie­za­do­wo­lo­na, mimo że cała uwa­ga jej mamy sku­pi­ła się na pró­bach utu­le­nia dziec­ka do snu. Gła­ska­ła je po głów­ce, de­li­kat­nie ko­ły­sa­ła z na­dzie­ją, że cór­ka za­śnie w chu­ście, pod­czas gdy Zo­sia co­raz gło­śniej wy­ra­ża­ła dez­apro­ba­tę i brak zro­zu­mie­nia dla jej sta­rań.

– Czy ty mnie w ogó­le słu­chasz? – zi­ry­to­wa­ła się w koń­cu Mo­ni­ka.

– Oczy­wi­ście, słu­cham cię, tyl­ko… Chy­ba mu­szę po­dać Zosi pierś. Jest nie­spo­koj­na.

Mo­ni­ka opar­ła ręce na bio­drach i spoj­rza­ła na Ka­ro­li­nę z lek­kim roz­ba­wie­niem.

– Prze­cież mó­wi­łaś, że ja­dła przed wyj­ściem z domu!

– No tak, ale naj­wi­docz­niej musi się wy­ci­szyć. Wciąż ma dużą po­trze­bę ssa­nia.

– Więc daj jej smo­czek! – Mo­ni­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Do­brze wiesz, że Zo­sia nie ssie smocz­ka.

– I wi­dać efek­ty. – Mo­ni­ka z nie­za­do­wo­le­niem po­krę­ci­ła gło­wą, pod­czas gdy Ka­ro­li­na za­czę­ła się roz­glą­dać za miej­scem, w któ­rym mo­gła­by na­kar­mić cór­kę.

– Czy są tu ja­kieś krze­sła? – spy­ta­ła, cała spo­co­na po nie­uda­nych pró­bach uśpie­nia dziec­ka.

– Coś po­win­no się zna­leźć na za­ple­czu.

Po chwi­li Mo­ni­ka wró­ci­ła z roz­kła­da­nym krze­słem, na któ­rym z nie­ukry­wa­ną ulgą usia­dła Ka­ro­la, kie­dy już wy­do­sta­ła Zo­się spod szczel­nie otu­la­ją­ce­go ich cia­ła ma­te­ria­łu. Ma­lut­ka z za­pa­łem chwy­ci­ła pierś mat­ki i ocho­czo za­czę­ła ją ssać. Mo­ni­ka sta­ra­ła się pa­trzeć w in­nym kie­run­ku, jed­nak co ja­kiś czas wi­dok przy­ja­ciół­ki kar­mią­cej dziec­ko przy­ku­wał jej wzrok.

– Ty nie za­mie­rzasz kar­mić, praw­da? – Ka­ro­li­na pod­chwy­ci­ła jej spoj­rze­nie, na co przy­ja­ciół­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie za­le­ży mi na tym – rzu­ci­ła, uci­na­jąc te­mat.

Po chwi­li Zo­sia była już na­je­dzo­na i szczę­śli­wa. Za­snę­ła na­tych­miast, kie­dy mama za­wi­nę­ła ją z po­wro­tem w nie­mal pię­cio­me­tro­wy ka­wał ma­te­ria­łu, dzię­ki cze­mu Mo­ni­ka mo­gła po­wró­cić do prze­rwa­ne­go wąt­ku.

– Więc co my­ślisz o urzą­dze­niu dwóch miejsc do za­ba­wy: dla młod­szych i star­szych dzie­ci?

– To świet­ny po­mysł. Sied­mio- czy ośmio­lat­ki z pew­no­ścią nie ma­rzą o za­ba­wie z ma­lu­cha­mi prze­cho­dzą­cy­mi wła­śnie bunt dwu­lat­ka – po­chwa­li­ła ją Ka­ro­li­na.

– Tu­taj bę­dzie bar. – Mo­ni­ka kon­ty­nu­owa­ła opro­wa­dza­nie po lo­ka­lu. – Na po­czą­tek bę­dzie­my ser­wo­wać stan­dar­do­wo kawę, her­ba­tę, go­rą­cą cze­ko­la­dę, zim­ne na­po­je, a na­szym atu­tem będą świe­że ba­becz­ki. Z cza­sem może za­trud­nię ko­goś, by piekł je na miej­scu, ale na ra­zie mu­szę ogra­ni­czyć kosz­ty i zo­ba­czyć, jak knajp­ka bę­dzie w ogó­le funk­cjo­no­wać. – Prze­cha­dza­jąc się po lo­ka­lu, zła­pa­ła spoj­rze­nie przy­ja­ciół­ki. – Nie patrz tak, nie po­sa­dzę cię w kuch­ni i nie każę ci piec ba­be­czek… Mam kon­takt do za­ufa­nej star­szej pani, któ­ra jest mi­strzy­nią wy­pie­ków i do­ra­bia so­bie do eme­ry­tu­ry. Co­dzien­nie przed otwar­ciem będę do niej za­glą­dać i od­bie­rać od niej por­cję. Miesz­ka przy War­szaw­skiej, więc lo­gi­stycz­nie to nie po­win­no być skom­pli­ko­wa­ne – wy­ja­śni­ła, ma­jąc na my­śli uli­cę bę­dą­cą prze­dłu­że­niem 3 Maja z dru­giej stro­ny Ryn­ku.

– Je­stem pod wra­że­niem – przy­zna­ła Ka­ro­li­na. – Wi­dzę, że wszyst­ko prze­my­śla­łaś.

– No wła­śnie, nie­ste­ty, nie… Wiesz, że lu­bię mieć wszyst­ko za­pla­no­wa­ne. Ju­tro wcho­dzi eki­pa re­mon­to­wa, w po­nie­dzia­łek je­stem umó­wio­na na od­biór ulo­tek. Za­ak­cep­to­wa­łam już wstęp­ny pro­jekt, pre­zen­tu­ją się cał­kiem nie­źle – oznaj­mi­ła z dumą Mo­ni­ka, prze­cha­dza­jąc się po nie­za­go­spo­da­ro­wa­nym jesz­cze po­miesz­cze­niu. – Lo­kal nie jest duży, więc fa­chow­cy za­pew­ni­li mnie, że uwi­ną się z re­mon­tem w dwa ty­go­dnie. Zresz­tą nie­wie­le jest tu­taj do ro­bo­ty. Mu­szą ob­ni­żyć su­fit, po­ło­żyć gła­dzie, po­ma­lo­wać ścia­ny, no i zro­bić coś z tą prze­klę­tą pod­ło­gą. W ła­zien­ce po­ło­ży­my ka­fel­ki, ale tu chy­ba zde­cy­du­ję się na pa­ne­le. – Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę, żeby upew­nić się, że przy­ja­ciół­ka nie prze­sta­ła jej słu­chać. – No, nie­waż­ne! Od tego jest eki­pa re­mon­to­wa. Stra­te­gię mar­ke­tin­go­wą mam opra­co­wa­ną, je­stem po wstęp­nej roz­mo­wie z dziew­czy­ną, któ­ra ma sta­nąć za ladą. Nie bę­dziesz mu­sia­ła oczy­wi­ście tu­taj sie­dzieć od dzie­sią­tej do osiem­na­stej. Cho­dzi o to, byś wpa­da­ła tu co­dzien­nie na ja­kiś czas, za­ję­ła klient­ki roz­mo­wą, sama ro­zu­miesz. Trze­ba stwo­rzyć miłą at­mos­fe­rę, a do tego się aku­rat ide­al­nie na­da­jesz. – Ka­ro­li­na już mia­ła na koń­cu ję­zy­ka py­ta­nia, do cze­go w ta­kim ra­zie się nie na­da­je, jed­nak po­wstrzy­ma­ła się, po­zwa­la­jąc Mo­ni­ce kon­ty­nu­ować. – No, i co dwa ty­go­dnie bę­dzie­my urzą­dzać zlo­ty…

– Ja­kie zlo­ty?

– Zlo­ty na­wie­dzo­nych ma­mu­siek – wes­tchnę­ła te­atral­nie Mo­ni­ka. – A tak cał­kiem se­rio, mam w pla­nach or­ga­ni­zo­wać tu co dwa ty­go­dnie cy­klicz­ne im­pre­zy, na któ­rych ktoś – mam tu­taj na my­śli ani­ma­to­ra – zaj­mie dzie­cia­ki czymś kon­struk­tyw­nym, pod­czas gdy ich mat­ki będą mo­gły chwi­lę ode­tchnąć i po­roz­ma­wiać z kimś, kto ma wię­cej niż pięć lat i jego naj­więk­szym ma­rze­niem nie jest nowa Bar­bie pod cho­in­ką.

– Ka­pi­tal­ny po­mysł! – Ka­ro­li­nie na­praw­dę spodo­ba­ła się przed­sta­wio­na przez Mo­ni­kę wi­zja. W koń­cu sama cza­sem po­trze­bo­wa­ła chwi­li od­de­chu i roz­mo­wy z kimś do­ro­słym.

– A ty bę­dziesz od­po­wie­dzial­na za mar­ke­ting szep­ta­ny – cią­gnę­ła Mo­ni­ka. – Je­steś ko­mu­ni­ka­tyw­na i po­mi­ja­jąc te two­je dzi­wac­twa, znasz się na lu­dziach, a w szcze­gól­no­ści na mat­kach, co czy­ni cię naj­lep­szą kan­dy­dat­ką. Każ­dej klient­ce mu­sisz obo­wiąz­ko­wo wspo­mnieć o or­ga­ni­zo­wa­nych w knaj­pie spo­tka­niach. To bę­dzie swe­go ro­dza­ju klu­bik dla mło­dych mam. – Zmarsz­czy­ła za­baw­nie nos. – Sama ro­zu­miesz, słod­kim, roz­ma­rzo­nym gło­sem bę­dziesz opo­wia­dać o cu­dow­nej at­mos­fe­rze pa­nu­ją­cej na spo­tka­niach, sym­pa­tycz­nych mat­kach, któ­re przy­cho­dzą na te im­prez­ki i wspa­nia­łej za­ba­wie, jaka cze­ka dzie­cia­ki… Ja w cią­gu naj­bliż­szych dni szcze­gó­ło­wo do­pra­cu­ję plan pierw­sze­go spo­tka­nia po­łą­czo­ne­go z otwar­ciem lo­ka­lu. Póki co li­czę na two­je kon­tak­ty w przed­szko­lu i na pla­cu za­baw. Mam na­dzie­ję, że wspo­mnisz zna­jo­mym mat­kom o miej­scu, któ­re się wła­śnie otwie­ra?

– Już po­dzie­li­łam się tą in­for­ma­cją z kil­ko­ma zna­jo­my­mi – przy­zna­ła Ka­ro­li­na.

– Świet­nie! A więc chy­ba wszyst­ko wy­ja­śni­ły­śmy. – Mo­ni­ka kla­snę­ła w dło­nie i od­ru­cho­wo spoj­rza­ła na Zo­się, ale ta na­wet się nie wzdry­gnę­ła.

– A co z na­zwą? – spy­ta­ła Ka­ro­li­na, czu­le głasz­cząc cór­kę po głów­ce.

– No i wła­śnie to jest ten pro­blem, o któ­rym wspo­mnia­łam – przy­zna­ła z ża­lem Mo­ni­ka. – Mu­szę jak naj­szyb­ciej, naj­le­piej jesz­cze dzi­siaj, wy­my­ślić coś in­try­gu­ją­ce­go, bo po­win­nam za­dzwo­nić do dru­kar­ni. Wciąż cze­ka­ją, aż za­ak­cep­tu­ję osta­tecz­ną wer­sję bro­szu­ry, a do tego po­trze­bu­ję na­zwy. Do­dam – chwy­tli­wej.

Ka­ro­li­na wy­dę­ła za­baw­nie usta, jak za­wsze, kie­dy się nad czymś za­sta­na­wia­ła.

– Masz ja­kieś po­my­sły?

– Ow­szem, mam, ale… – za­wa­ha­ła się Mo­ni­ka. – Sama nie wiem, czy to ma sens.

– No, po­wiedz! – za­chę­ci­ła ją przy­ja­ciół­ka.

– Na­zwa musi na­wią­zy­wać do pro­fi­lu dzia­łal­noś­ci, pa­so­wać do go­ści i kli­ma­tu ka­wiar­ni. – Mo­ni­ka wsu­nę­ła nie­sfor­ny ko­smyk wło­sów za ucho. – Po­my­śla­łam, że sko­ro ma być to knaj­pa dla mło­dych ko­biet z dzieć­mi, a go­ścić ich bę­dzie inna mat­ka, a wła­ści­wie dwie, bo prze­cież ty też bę­dziesz tu po­nie­kąd go­spo­dy­nią…

– Ale tyl­ko po­nie­kąd – wtrą­ci­ła Ka­ro­li­na.

– Daj już spo­kój z tymi for­mal­no­ścia­mi! – zbesz­ta­ła ją zde­gu­sto­wa­na Mo­ni­ka. – Wra­ca­jąc do po­przed­nie­go wąt­ku, wy­my­śli­łam so­bie, że na­zwę knaj­pę Nie Ma jak u Mamy, ale sama nie wiem, czy to do­bry po­mysł.

Za­pa­dła ci­sza. Przy­ja­ciół­ka przez mo­ment ana­li­zo­wa­ła w gło­wie kon­cept Mo­ni­ki, któ­ra wpa­try­wa­ła się w nią z wy­cze­ki­wa­niem.

– Ge­nial­ny po­mysł! – pod­eks­cy­to­wa­ła się Ka­ro­li­na.

Zo­sia po­ru­szy­ła się w chu­ście, więc jej mat­ka na­tych­miast za­czę­ła się prze­cha­dzać po lo­ka­lu.

– Na­praw­dę? Szcze­rze mó­wiąc, nie je­stem do koń­ca prze­ko­na­na, ale z dru­giej stro­ny, lu­dzie lgną do miejsc, któ­re bu­dzą w nich cie­płe sko­ja­rze­nia… – Mo­ni­ka wy­dę­ła usta.

Ka­ro­li­na z za­zdro­ścią spoj­rza­ła na kla­sycz­ną małą czar­ną, któ­rą mia­ła na so­bie przy­ja­ciół­ka. Wy­glą­da­ła w niej do­brze na­wet w ósmym mie­sią­cu cią­ży! W ogó­le nie przy­ty­ła, tyl­ko brzuch jej się za­okrą­glił. Jak to moż­li­we?

– Wła­śnie. My­ślę, że już nie mu­sisz się za­sta­na­wiać, bo masz ide­al­ną na­zwę dla swo­je­go lo­ka­lu – po­wie­dzia­ła, zmu­sza­jąc się, aby nie pa­trzeć z za­zdro­ścią na kształt­ną pupę i zgrab­ne nogi ko­le­żan­ki.

– Na­sze­go lo­ka­lu! – po­pra­wi­ła ją Mo­ni­ka.

– Jaki on mój? – Ka­ro­li­na mach­nę­ła ręką. – Nie­waż­ne, my­ślę, że mo­żesz za­dzwo­nić do dru­kar­ni i za­twier­dzić pro­jekt.

– Nie chcesz go zo­ba­czyć? – zdzi­wi­ła się Mo­ni­ka.

– Ufam two­je­mu po­czu­ciu es­te­ty­ki.

Rze­czy­wi­ście, wszyst­ko, cze­go chwy­ci­ła się Mo­ni­ka Nie­mir­ska, było po pro­stu… ład­ne. Ta ko­bie­ta mia­ła gust i nie­sa­mo­wi­te wy­czu­cie sty­lu. Bez­błęd­nie do­bie­ra­ła stro­je i do­dat­ki; za­wsze wy­glą­da­ła, jak­by wró­ci­ła wła­śnie z re­ali­zo­wa­nej dla czo­ło­we­go ma­ga­zy­nu mo­do­we­go se­sji zdję­cio­wej, a jej miesz­ka­nie za­chwy­ca­ło go­ści. Rów­nież w pra­cy ucho­dzi­ła za es­tet­kę, a umie­jęt­noś­cia­mi w za­kre­sie re­kla­my i mar­ke­tin­gu za­wsty­dzi­ła­by nie­jed­ne­go PR-owca. Ka­ro­li­na była prze­ko­na­na, że za­pro­jek­to­wa­ne na jej za­mó­wie­nie ma­te­ria­ły pro­mo­cyj­ne będą przy­ku­wać uwa­gę i przy­cią­gną do ka­wiar­ni wie­le klien­tek.

Zo­sia za­czę­ła się wier­cić w chu­ście, co jej mama uzna­ła za sy­gnał do od­wro­tu. Nie chcia­ła po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wać się, jak gło­śna po­tra­fi być jej cór­ka, kie­dy jest wście­kle głod­na, a to zda­rza­ło się śred­nio co go­dzi­nę. Ka­ro­li­na nie lu­bi­ła, kie­dy mała wrzesz­cza­ła w miej­scach pu­blicz­nych. To ją stre­so­wa­ło i nie po­tra­fi­ła po­zbyć się wra­że­nia, że przy­pad­ko­wi prze­chod­nie mają ją za wy­rod­ną mat­kę. Wie­dzia­ła, że Zo­sia nie jest je­dy­nym dziec­kiem, któ­re pła­cze, bo nie­mow­lę­ta w ten spo­sób sy­gna­li­zu­ją swo­je po­trze­by, jed­nak kie­dy tyl­ko cór­ka za­czy­na­ła wrzesz­czeć na uli­cy, w skle­pie czy w par­ku, czu­ła na so­bie wzrok ob­cych lu­dzi i wy­obra­ża­ła so­bie, że jest już w ich opi­nii po­tę­pio­na. Co to za mat­ka, któ­ra nie po­tra­fi za­pa­no­wać nad wła­snym dziec­kiem?

Obej­rza­ła już lo­kal i omó­wi­ła z Mo­ni­ką szcze­gó­ły, uzna­ła więc, że naj­le­piej bę­dzie za­koń­czyć spo­tka­nie. Po­że­gna­ły się i umó­wi­ły na te­le­fon. Ka­ro­li­na wy­szła na uli­cę i przy­spie­szy­ła kro­ku. Pa­dał deszcz. Do domu mia­ła spa­ce­rem kil­ka mi­nut – Fa­biań­scy miesz­ka­li całą ro­dzi­ną w od­no­wio­nej ka­mie­ni­cy przy Za­brskiej – jed­nak tego dnia dy­stans kil­ku­set me­trów wy­da­wał jej się nie do po­ko­na­nia. W ulew­nym desz­czu, prze­kli­na­jąc sie­bie, że nie wzię­ła pa­ra­sol­ki, bie­gła z małą Zo­sią w chu­ście, sta­ra­jąc się igno­ro­wać co­raz więk­sze nie­za­do­wo­le­nie cór­ki, któ­rej płaszcz za­sła­niał całe pole wi­dze­nia.

Po kil­ku mi­nu­tach, któ­re zda­wa­ły się wiecz­no­ścią, otwo­rzy­ła drzwi do miesz­ka­nia i zre­zy­gno­wa­na wy­ję­ła Zo­się z chu­s­ty. Mała była co­raz bar­dziej wście­kła, a praw­dzi­wy po­kaz dała, gdy mat­ka po­ło­ży­ła ją na chwi­lę do le­żacz­ka, aby zdjąć płaszcz. Uspo­ko­iła się do­pie­ro przy pier­si.

Ka­ro­li­na uwiel­bia­ła kar­mić. Szy­mek, ku zgor­sze­niu Mo­ni­ki, pił ma­mi­ne mle­ko przez po­nad dwa lata. Wpraw­dzie wów­czas ciot­ka jesz­cze nie­wie­le wie­dzia­ła na te­ma­ty zwią­za­ne z ma­cie­rzyń­stwem, któ­re po­zo­sta­wa­ło poza sfe­rą jej za­in­te­re­so­wań, jed­nak już wte­dy uwa­ża­ła dłu­gie kar­mie­nie pier­sią za zbo­cze­nie. Ka­ro­la wście­ka­ła się, kie­dy Mo­ni­ka po raz ko­lej­ny py­ta­ła, kie­dy w koń­cu skoń­czy kar­mić i bę­dzie mo­gła się na­pić wina do ko­la­cji czy wy­sko­czyć wie­czo­rem na drin­ka. Ona nie wi­dzia­ła w swo­im po­stę­po­wa­niu ni­cze­go złe­go. Ba, była prze­ko­na­na, że daje swo­je­mu dziec­ku wszyst­ko co naj­lep­sze. A że Szy­mon dłu­go ssał pierś? Wi­docz­nie tego po­trze­bo­wał! Tym ra­zem rów­nież szy­ko­wa­ła się do dłu­go­ter­mi­no­we­go kar­mie­nia. Ni­g­dy nie mia­ła żad­nych pro­ble­mów zwią­za­nych z lak­ta­cją, to niby dla­cze­go mia­ła­by z tego re­zy­gno­wać? Bo Mo­ni­ka uwa­ża­ła, że to nie­wła­ści­we? Bo in­nym się to nie po­do­ba­ło? Naj­waż­niej­sze, że ona i jej dzie­ci byli szczę­śli­wi i za­do­wo­le­ni.

Ka­ro­li­na z nie­chę­cią przy­po­mi­na­ła so­bie ko­men­ta­rze, z ja­ki­mi spo­ty­ka­ła się, gdy kar­mi­ła Szym­ka. Naj­pierw wszy­scy za­in­te­re­so­wa­ni po za­da­niu nie­dy­skret­ne­go py­ta­nia o spo­sób kar­mie­nia i uzy­ska­niu sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej od­po­wie­dzi ki­wa­li gło­wa­mi i po­wta­rza­li, że to bar­dzo do­brze, że mle­ko mamy jest naj­zdrow­sze. A po­tem na­gle – Ka­ro­la na­wet nie za­uwa­ży­ła „mo­men­tu przej­ścia”, jak iro­nicz­nie na­zy­wa­ła w my­ślach chwi­lę, w któ­rej opi­nie na jej te­mat sta­ły się ne­ga­tyw­ne – wszy­scy ci, któ­rzy jesz­cze do nie­daw­na gła­ska­li ją po gło­wie, sprzy­mie­rza­li się prze­ciw­ko niej, no bo jak to? „Jesz­cze kar­misz? Prze­cież to już wiel­ki chłop! Za­mie­rzasz tak do osiem­nast­ki?” Brr! Ka­ro­li­na cza­sem mia­ła wra­że­nie, że ota­cza­ją ją idio­ci. Ba, co­raz rza­dziej nie mia­ła tego wra­że­nia. Dla­cze­go obcy rosz­czą so­bie pra­wo do ko­men­to­wa­nia jej wy­bo­rów, ży­cia czy spo­so­bu kar­mie­nia dzie­ci? Nie chcia­ła do­pu­ścić do sie­bie my­śli, że ona rów­nież cza­sem zbyt da­le­ko po­su­wa się w swo­ich opi­niach, kie­ru­jąc się prze­ko­na­niem o słusz­no­ści wy­zna­wa­nych przez sie­bie ide­ałów. Cóż, może cza­sem rze­czy­wi­ście po­win­na się po­wstrzy­mać od uwag na te­mat pla­no­wa­ne­go ce­sar­skie­go cię­cia Mo­ni­ki czy za­mia­ru po­zo­sta­wie­nia dwu­ty­go­dnio­we­go no­wo­rod­ka pod opie­ką nia­ni, ale prze­cież chcia­ła do­brze!

Tam­te­go dnia Wik­tor wró­cił do domu wcze­śniej niż za­zwy­czaj. Deszcz na­dal nie­przy­jem­nie sią­pił, dla­te­go Ka­ro­li­na przy­ję­ła po­wrót męża z nie­ukry­wa­ną ra­do­ścią.

Miesz­ka­nie w cen­trum Ka­to­wic mia­ło nie­kwe­stio­no­wa­ne plu­sy. Co praw­da wszech­obec­ne kor­ki sku­tecz­nie utrud­nia­ły ży­cie, a ulicz­ny zgiełk od­bie­rał całą przy­jem­ność ze spa­ce­rów, o ile moż­na tak na­zwać prze­chadz­ki po gę­sto za­bu­do­wa­nej dziel­ni­cy, jed­nak Ka­ro­la mu­sia­ła przy­znać, że wszę­dzie mia­ła bli­sko, co znacz­nie uła­twia­ło ży­cie ko­bie­cie bez pra­wa jaz­dy.

O, to pra­wo jaz­dy, a ra­czej jego brak, było ko­lej­nym po­wo­dem przy­ty­ków Mo­ni­ki. Kto w dzi­siej­szych cza­sach nie ma pra­wa jaz­dy?!

Wra­ca­jąc jed­nak do miesz­ka­nia w cen­trum – Ka­ro­li­na cie­szy­ła się z bli­sko­ści przed­szko­la, do któ­re­go wy­star­czy­ło przejść przez uli­cę i mi­nąć nie­daw­no wy­bu­do­wa­ny Su­per­sam (do­praw­dy, wspa­nia­ły po­mysł, po­sta­wić trze­cie wiel­kie cen­trum han­dlo­we w pro­mie­niu trzech ki­lo­me­trów). Nie mia­ła rów­nież pro­ble­mów ze zro­bie­niem szyb­kich za­ku­pów, a spod dwor­ca i z uli­cy Pio­tra Skar­gi jeź­dzi­ły au­to­bu­sy do wszyst­kich są­sied­nich miast. Kie­dy jed­nak po­my­śla­ła o ma­łym dom­ku gdzieś na wsi, bli­sko­ści na­tu­ry, ci­szy i spo­ko­ju, mia­ła ocho­tę rzu­cić wszyst­ko i wy­pro­wa­dzić się da­le­ko. Ka­ro­li­na była eko­ma­mą, jak sama lu­bi­ła sie­bie na­zy­wać: pra­ła pie­lu­chy wie­lo­ra­zo­we w spe­cjal­nych orze­chach, ką­pa­ła dzie­ci w wo­dzie z do­dat­kiem swo­je­go mle­ka i kar­mi­ła ro­dzi­nę po­sił­ka­mi przy­go­to­wa­ny­mi z pro­duk­tów z upraw i ho­dow­li na­tu­ral­nych. Miesz­ka­nie w sa­mym cen­trum mia­sta tro­chę bu­rzy­ło jej ob­raz świa­ta, jed­nak uzna­ła, że da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi się w zęby nie za­glą­da. Wszak swo­je czte­ry kąty Fa­biań­scy odzie­dzi­czy­li po zmar­łej bab­ci Wik­to­ra.

Wcze­śniej­szy po­wrót męża wy­ba­wił Ka­ro­li­nę od ko­niecz­no­ści wyj­ścia z domu, bo cho­ciaż miesz­ka­nie na Za­brskiej od przed­szko­la dzie­li­ła nie­wiel­ka od­le­głość, to po­go­da w naj­mniej­szym stop­niu nie sprzy­ja­ła spa­ce­rom. Wik­tor ode­brał Szy­mo­na, a Ka­ro­la zdą­ży­ła przy­go­to­wać obiad z pro­duk­tów za­ku­pio­nych po­przed­nie­go dnia w skle­pie eko­lo­gicz­nym.

– I jak ten lo­kal? – za­py­tał żonę, kie­dy już po­dzię­ko­wał za pysz­ny po­si­łek i od­niósł ta­lerz do zle­wu. Nie mie­li w domu zmy­war­ki, bo bu­do­wa­li w dzie­ciach świa­do­mość ota­cza­ją­ce­go ich świa­ta oraz uczy­li je tego, że mogą wpły­wać na śro­do­wi­sko. Kró­cej: oszczę­dza­li wodę. Prąd rów­nież. Nie wie­rzy­li pro­du­cen­tom sprzę­tu go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, któ­rzy prze­ko­ny­wa­li o wyż­szo­ści zmy­wa­rek nad my­ciem ręcz­nym. Ufa­li nie­za­leż­nym ob­li­cze­niom, we­dług któ­rych sa­mo­dziel­ne zmy­wa­nie na­czyń (roz­sąd­ne!) było bar­dziej eko­no­micz­ne.

– Wiesz, na ra­zie jest jesz­cze przed re­mon­tem, więc trud­no wy­ro­ko­wać, ale wy­glą­da cał­kiem nie­źle. Mo­ni­ka ma na­praw­dę świet­ny po­mysł na ten biz­nes. – Twarz Ka­ro­li­ny po­ja­śnia­ła. Naj­wy­raź­niej opo­wia­da­nie o otwie­ra­ją­cej się ka­wiar­ni spra­wia­ło jej przy­jem­ność. – Za­mie­rza co dwa ty­go­dnie or­ga­ni­zo­wać spo­tka­nia mam. Dzie­cia­ki będą się ba­wić pod opie­ką ani­ma­to­ra, a mat­ki będą mo­gły na­pić się do­brej kawy, po­roz­ma­wiać…

– Rze­czy­wi­ście, brzmi nie­źle. Z tego, co się orien­tu­ję, w Ka­to­wi­cach nie ma ta­kie­go miej­sca – po­wie­dział Wik­tor, pod­cho­dząc do żony i obej­mu­jąc ją w ta­lii.

– Otóż to. I wła­śnie dla­te­go my­ślę, że to wy­pa­li. – Wy­ce­lo­wa­ła pal­cem w pierś męża. – W oko­li­cy miesz­ka mnó­stwo ma­tek z dzieć­mi, któ­re nu­dzą się w domu w kiep­ską po­go­dę lub po pro­stu chcą wyjść do lu­dzi, a nie mają moż­li­wo­ści po­zo­sta­wie­nia ma­lu­cha pod czy­jąś opie­ką. W knajp­ce Mo­ni­ki po­łą­czą przy­jem­ne z po­ży­tecz­nym.

– A ty bę­dziesz tam pra­co­wać w cha­rak­te­rze…

Ka­ro­li­na od­su­nę­ła się od męża. Niby Wik­tor ni­cze­go wprost nie po­wie­dział, ale wie­dzia­ła, że wo­lał­by, aby zo­sta­ła z dzieć­mi w domu jak naj­dłu­żej. I ona też tego chcia­ła, ale… No wła­śnie. Ale. Cza­sem po pro­stu bra­ko­wa­ło jej kon­tak­tu z dru­gim czło­wie­kiem. Czło­wie­kiem, któ­ry nie roz­wią­zu­je pro­ble­mów, za­bie­ra­jąc swo­je za­baw­ki z pia­skow­ni­cy, i po­tra­fi sa­mo­dziel­nie ko­rzy­stać z ła­zien­ki.

– Hm, to nie bę­dzie pra­ca na pe­łen etat. – Od razu po­sta­no­wi­ła się za­bez­pie­czyć. – Nie roz­ma­wia­ły­śmy dzi­siaj na ten te­mat, ale po­przed­nio Mo­ni­ka za­pro­po­no­wa­ła mi cał­kiem nie­złe wy­na­gro­dze­nie. Wy­cho­dzi na to, że po pro­stu będę tam za­glą­dać od cza­su do cza­su, roz­ma­wiać z in­ny­mi ma­ma­mi i za­chę­cać je do udzia­łu w spo­tka­niach klu­bu.

– Oho, czy­li bę­dziesz me­ne­dżer­ką! – pod­su­mo­wał Wik­tor z uśmie­chem.

– Chy­ba tak bym tego nie na­zwa­ła. – Ka­ro­la aż się za­ru­mie­ni­ła. – Nie mam kwa­li­fi­ka­cji i…

– Jak to nie masz kwa­li­fi­ka­cji? Prze­cież od kil­ku lat za­rzą­dzasz na­szym do­mem, a to nie lada wy­zwa­nie! – Mru­gnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

Chciał do­brze, ale Ka­ro­li­na po­czu­ła się, jak­by dał jej prztycz­ka w nos. Zi­gno­ro­wa­ła jed­nak to wra­że­nie i sku­pi­ła się na te­ma­cie roz­mo­wy.

– Jest mi głu­pio. Nie po­win­nam przyj­mo­wać od Mo­ni­ki żad­nych pie­nię­dzy, w koń­cu będę tam tyl­ko za­glą­dać, do tego na po­dob­nych za­sa­dach jak po­zo­sta­łe klient­ki…

Wik­tor nie po­zwo­lił jej do­koń­czyć.

– Nie mów tak. Wiesz, jaka jest Mo­ni­ka – przede wszyst­kim uczci­wa. Po­tra­fi do­ce­nić za­an­ga­żo­wa­nie. Je­śli ona pro­po­nu­je ci wy­so­kie wy­na­gro­dze­nie, two­ja po­moc z pew­no­ścią jest dla niej nie­oce­nio­na – pod­su­mo­wał.

Ka­ro­li­na uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło. Wpraw­dzie sta­ła z boku i ob­ser­wo­wa­ła, jak Mo­ni­ka roz­krę­ca swój biz­nes, nie uczest­ni­cząc bez­po­śred­nio w tym przed­się­wzię­ciu – jesz­cze! – ale czu­ła na­ra­sta­ją­ce pod­eks­cy­to­wa­nie. W koń­cu ka­wiar­nia Nie Ma jak u Mamy mia­ła od­mie­nić rów­nież jej nie­co mo­no­ton­ną co­dzien­ność.

Uwa­gę Agniesz­ki przy­ku­ły ko­lo­ro­we ulot­ki po­zo­sta­wio­ne przy przed­szkol­nych szaf­kach. Za­trzy­ma­ła się, przez chwi­lę igno­ru­jąc nie­wiel­ką rącz­kę, któ­rej wła­ści­ciel­ka upar­cie pró­bo­wa­ła wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie mat­ki. „O, wła­śnie tego mi po­trze­ba” – po­my­śla­ła, sta­ran­nie skła­da­jąc bro­szu­rę i wpy­cha­jąc ją do tyl­nej kie­sze­ni je­an­sów. Uśmiech­nę­ła się do cór­ki i po­wró­ci­ła my­śla­mi do rze­czy­wi­sto­ści. Za­mie­ni­ła Ma­tyl­dzie buty na przed­szkol­ne kap­cie, wy­ca­ło­wa­ła małe czół­ko i obie­caw­szy, że bab­cia od­bie­rze ją od razu po obie­dzie, za­pro­wa­dzi­ła dziew­czyn­kę do sali, gdzie do­łą­czy­ła do po­zo­sta­łych czte­ro­lat­ków szy­ku­ją­cych się do śnia­da­nia.

Agniesz­ka szyb­ko wy­szła na ze­wnątrz, gdzie cze­ka­ła na nią mat­ka. Każ­de­go dnia to­wa­rzy­szy­ła cór­ce i wnucz­ce w dro­dze do przed­szko­la, a Aga nie mia­ła tyle od­wa­gi, aby za­py­tać, jaki Anna ma w tym cel. Ow­szem, cie­szy­ła się z do­brych re­la­cji, któ­re łą­czy­ły ją z ro­dzi­ciel­ką, chęt­nie spo­ty­ka­ła się z mamą i czę­sto do sie­bie dzwo­ni­ły, jed­nak już od ja­kie­goś cza­su uwa­ża­ła, że mat­ka chy­ba nie ma co ro­bić, przez co na­rzu­ca się cór­ce i jej ro­dzi­nie. Cała ta sy­tu­acja nie po­do­ba­ła się Dar­ko­wi, mę­żo­wi Agniesz­ki, któ­ry co­raz gło­śniej wy­ra­żał nie­za­do­wo­le­nie ze zbyt czę­stych wi­zyt te­ścio­wej w ich domu, ale ni­g­dy nie po­wie­dział­by tego na głos w jej obec­no­ści, gdyż obo­je z żoną pra­co­wa­li, a Anna była im po­trzeb­na. Aga za­czy­na­ła pra­cę o dzie­sią­tej, koń­czy­ła póź­nym po­po­łu­dniem, a wła­ści­wie już wcze­snym wie­czo­rem, a Da­rek czę­sto był zmu­szo­ny zo­sta­wać w warsz­ta­cie po go­dzi­nach. Kto miał­by ode­brać Ma­tyl­dę z przed­szko­la, je­śli nie bab­cia? Oj­ciec Agniesz­ki nie żył od kil­ku lat, a jej mąż wy­cho­wał się w domu dziec­ka, nie mie­li więc kogo po­pro­sić o po­moc. Za­rob­ki nie po­zwa­la­ły im na za­trud­nie­nie ko­goś do opie­ki. Żyli na dość prze­cięt­nym po­zio­mie, od pierw­sze­go do pierw­sze­go. Cza­sem byli w sta­nie odło­żyć w mie­sią­cu sto czy dwie­ście zło­tych, ale z re­gu­ły wszyst­kie pie­nią­dze szły na bie­żą­ce wy­dat­ki.

– Na któ­rą idziesz do pra­cy? – za­py­ta­ła Anna, cał­kiem bez sen­su, bo prze­cież Agniesz­ka każ­de­go dnia za­czy­na­ła o tej sa­mej go­dzi­nie.

– Na dzie­sią­tą. Od­bie­rzesz Ma­tyl­dę po obie­dzie?

– Oczy­wi­ście, że od­bio­rę, jak za­wsze. Dziec­ko, wy­glą­dasz na prze­mę­czo­ną. – Anna bacz­nym wzro­kiem śle­dzi­ła twarz cór­ki.

– Ech, mam już dość tej pra­cy – przy­zna­ła ze smut­kiem Aga. – Sama wiesz, że nie ma mnie ca­ły­mi dnia­mi w domu. Kie­dy wra­cam, jest już po osiem­na­stej. Zdą­żę tyl­ko na­sta­wić pra­nie i przy­go­to­wać obiad na na­stęp­ny dzień, a póź­niej zo­sta­je czas już tyl­ko na to, aby wy­ką­pać Ma­tyl­dę i po­ło­żyć ją spać. Gdy­by nie wol­ne week­en­dy, w ogó­le nie wi­dy­wa­ła­bym swo­je­go dziec­ka.

Otwo­rzy­ła furt­kę i przy­trzy­ma­ła mat­ce drzwi.

– Cięż­kie cza­sy – skwi­to­wa­ła Anna, wy­cho­dząc poza te­ren przed­szko­la. – Ale wiesz, że za­wsze mo­że­cie na mnie li­czyć.

– Wiem, mamo, i je­ste­śmy ci za to bar­dzo wdzięcz­ni. Ja i Da­rek – za­pew­ni­ła Agniesz­ka.

Anna unio­sła brwi ze zdzi­wie­nia.

– Z tym, że Da­rek jest mi wdzięcz­ny, mo­gła­bym po­le­mi­zo­wać. Prze­cież wi­dzę, że mnie nie lubi. Ale i tak się cie­szę, że mogę po­móc mo­je­mu je­dy­ne­mu dziec­ku.

– Mamo, to nie tak – uspo­ko­iła ją cór­ka. – Oczy­wi­ście, że cię lubi, tyl­ko… On rów­nież jest prze­mę­czo­ny. Spę­dza w pra­cy całe dnie, a szef na­wet nie za­jąk­nie się o pod­wyż­ce. Go­ni­my za czymś nie­do­ści­gnio­nym i w tym pę­dzie gu­bi­my to, co naj­cen­niej­sze… Sie­bie. – Agniesz­ka się za­my­śli­ła.

– Chcesz po­wie­dzieć, że ma­cie ja­kieś kło­po­ty? – za­nie­po­ko­iła się mat­ka.

– Ależ skąd, wszyst­ko w po­rząd­ku. – Aga mach­nę­ła lek­ce­wa­żą­co ręką. – Ża­łu­ję tyl­ko, że mamy tak mało cza­su dla sie­bie. No nic, będę mu­sia­ła le­cieć. Wy­bacz, że cię nie od­pro­wa­dzę, ale mu­szę dzi­siaj być w skle­pie wcze­śniej. Przyj­mu­je­my nową do­sta­wę, a je­stem sama, bo Mar­ta za­cho­ro­wa­ła.

– W po­rząd­ku, leć, mi­łej pra­cy!

Tego dnia w skle­pie był nie­wiel­ki ruch. Czer­wiec w tym roku oka­zał się wy­jąt­ko­wo nie­śmia­ły; pierw­sze dni nie przy­nio­sły dłu­go ocze­ki­wa­ne­go ocie­ple­nia, słup­ki rtę­ci nie prze­kra­cza­ły osiem­na­stu stop­ni, więc ko­bie­ty nie ru­szy­ły jesz­cze tłum­nie do skle­pów, aby za­opa­trzyć się w let­nie obu­wie. Agniesz­ka mia­ła dużo cza­su na roz­my­śla­nia. Z tyl­nej kie­sze­ni spodni wy­ję­ła ulot­kę, któ­rą zna­la­zła w przed­szko­lu. Wpraw­dzie spo­tka­nie, o któ­rym in­for­mo­wa­no w bro­szur­ce, roz­po­czy­na­ło się w na­stęp­ną śro­dę o osiem­na­stej, a ona wła­śnie o tej po­rze za­my­ka­ła sklep, jed­nak nowy lo­kal dla ma­tek z dzieć­mi otwie­rał się le­d­wie kil­ka­set me­trów od jej miej­sca pra­cy, dla­te­go mo­gła po­pro­sić mamę, by przy­pro­wa­dzi­ła Ma­tyl­dę na szó­stą, i pójść tam z cór­ką. Chy­ba nie zo­sta­nie wy­rzu­co­na za kil­ku­mi­nu­to­we spóź­nie­nie?

Ma­tyl­da mia­ła sta­now­czo zbyt sła­by kon­takt z ró­wie­śni­ka­mi. Kie­dy wy­lą­do­wa­ła w gru­pie przed­szkol­nej, dłu­go nie mo­gła się od­na­leźć w no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Nie była za­in­te­re­so­wa­na za­ba­wą z dzieć­mi, a na­uczy­ciel­ki, za­nie­po­ko­jo­ne izo­lo­wa­niem się dziew­czyn­ki od gru­py, szyb­ko po­in­for­mo­wa­ły jej ro­dzi­ców o za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Agniesz­ki wca­le nie zdzi­wi­ła ta wia­do­mość. Nie­ste­ty, nie mia­ła cza­su na spo­tka­nia z ko­le­żan­ka­mi, któ­re rów­nież były mat­ka­mi, a w naj­bliż­szej ro­dzi­nie nie było in­nych dzie­ci, więc siłą rze­czy Ma­tyl­da nie mia­ła zbyt wie­lu oka­zji do za­ba­wy z ró­wie­śni­ka­mi. Jej mat­ka całe dnie spę­dza­ła w pra­cy, tak samo jak oj­ciec, a po po­wro­cie do domu było już za póź­no na wyj­ście na plac za­baw. W week­en­dy cza­sem za­glą­da­li do par­ku, ale Ma­tyl­da źle się czu­ła w to­wa­rzy­stwie in­nych dzie­ci.

Ostat­nio sy­tu­acja nie­co się po­pra­wi­ła, bo dziew­czyn­ka za­czy­na­ła wy­ka­zy­wać chęć kon­tak­tu z ko­le­żan­ka­mi i ko­le­ga­mi z gru­py, jed­nak Agniesz­ka i tak się o nią nie­po­ko­iła. Roz­wój emo­cjo­nal­no-spo­łecz­ny dziec­ka był za­bu­rzo­ny, a psy­cho­log, z któ­rą się skon­tak­to­wa­ła (oczy­wi­ście mu­sia­ła wziąć dzień wol­ne­go), nie stwier­dzi­ła żad­nych po­waż­niej­szych za­bu­rzeń, za­le­ca­jąc jed­nak ob­ser­wa­cję dziec­ka i zwięk­sze­nie czę­sto­tli­wo­ści kon­tak­tów z ró­wie­śni­ka­mi.

Po­sta­no­wi­ła – pój­dzie z Ma­tyl­dą na spo­tka­nie or­ga­ni­zo­wa­ne w klu­bie dla mło­dych ma­tek. Z tego, co wy­czy­ta­ła w ulot­ce, prze­wi­dzia­ne były wspól­ne za­ba­wy z ani­ma­to­rem i wie­le atrak­cji dla naj­młod­szych. Może Ma­tyl­dę to za­in­te­re­su­je?

* * *

Olga nie za­mie­rza­ła mó­wić mę­żo­wi o ba­da­niach, któ­rym pod­da­ła się w kli­ni­ce gi­ne­ko­lo­gicz­no-po­łoż­ni­czej. Do­sta­ła skie­ro­wa­nie od le­ka­rza pro­wa­dzą­ce­go cią­żę, gdyż w jej ro­dzi­nie był przy­pa­dek uro­dze­nia się dziec­ka z po­waż­ną wadą ge­ne­tycz­ną, o czym spe­cja­li­sta do­wie­dział się pod­czas wy­wia­du. Dok­tor go­rą­co na­ma­wiał ją na prze­pro­wa­dze­nie choć­by pod­sta­wo­wej dia­gno­sty­ki, czy­li ba­da­nia ul­tra­so­no­gra­ficz­ne­go, pod­czas któ­re­go oce­nia­no roz­wój pło­du pod ką­tem wy­stę­po­wa­nia aber­ra­cji chro­mo­so­mo­wych. Wpraw­dzie cykl ba­dań obej­mo­wał trzy ko­lej­ne USG: w dwu­na­stym, dwu­dzie­stym oraz w trzy­dzie­stym ty­go­dniu cią­ży, a Olga sta­now­czo od­mó­wi­ła wy­ko­na­nia tego pierw­sze­go, jed­nak w koń­cu ule­gła su­ge­stiom le­ka­rza i w po­ło­wie cią­ży zgło­si­ła się na ba­da­nie mo­ni­to­ru­ją­ce roz­wój i kon­dy­cję pło­du. W po­przed­nich cią­żach wszyst­kie USG były prze­pro­wa­dza­ne sprzę­tem nie pierw­szej no­wo­ści w ga­bi­ne­cie za­ufa­ne­go le­ka­rza, więc dla Olgi do­sko­na­ła ja­kość ob­ra­zu i moż­li­wość do­kład­ne­go obej­rze­nia dziec­ka były no­wo­ścią. Tam­ten dok­tor prze­szedł na eme­ry­tu­rę, a jego miej­sce w ośrod­ku za­jął mło­dy gi­ne­ko­log, wy­ko­rzy­stu­ją­cy no­wo­cze­sne moż­li­wo­ści dia­gno­stycz­ne, pe­łen za­pa­łu i chę­ci do pra­cy. To on na­mó­wił Olgę na ba­da­nia i to on szcze­rze po­roz­ma­wiał z pa­cjent­ką o za­gro­że­niach, któ­re nie­sie za sobą ko­lej­na cią­ża.

– Ma pani dwa­dzie­ścia sie­dem lat i w cią­gu ostat­nich czte­rech uro­dzi­ła trój­kę dzie­ci. Obec­nie jest pani w czwar­tej cią­ży. – Le­karz po­słał jej za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nie znad oku­la­rów. – Będę szcze­ry… Oczy­wi­ście za­opie­ku­ję się pa­nią i zro­bię wszyst­ko, by uro­dzi­ła pani w ter­mi­nie zdro­we dziec­ko, jed­nak pro­szę o sie­bie za­dbać. Ta cią­ża jest dla pani or­ga­ni­zmu spo­rym ob­cią­że­niem. – Spoj­rzał jej głę­bo­ko w oczy. – Pro­szę wy­ba­czyć tę uwa­gę, ale po po­ro­dzie mu­si­my po­my­śleć o od­po­wied­niej an­ty­kon­cep­cji. Od kil­ku lat jest pani w cią­ży, w po­ło­gu lub kar­mi pier­sią.

Olga ze wsty­dem spu­ści­ła gło­wę. Co mia­ła mu po­wie­dzieć? Że do­sko­na­le zda­je so­bie z tego spra­wę? Że z mie­sią­ca na mie­siąc jest co­raz słab­sza i po­pa­da w co­raz więk­sze przy­gnę­bie­nie? Że cza­sem nie ma siły wstać z łóż­ka, a ko­lej­ną cią­żę przy­pła­ci­ła za­ła­ma­niem ner­wo­wym? Że już nie daje rady?

Wra­ca­jąc z kli­ni­ki, wstą­pi­ła do skle­pu. Jej mama wy­jąt­ko­wo zgo­dzi­ła się za­opie­ko­wać troj­giem wrzesz­czą­cych dzie­ci. Ko­cha­ła wnu­ki, jed­nak tę mi­łość naj­chęt­niej oka­zy­wa­ła… na od­le­głość.

Ol­dze nie spie­szy­ło się do domu. Chcia­ła mieć choć chwi­lę dla sie­bie, dla­te­go za­ku­py ro­bi­ła w żół­wim tem­pie, sta­ran­nie wy­bie­ra­jąc ka­pu­stę na obiad i wy­brzy­dza­jąc przy sto­isku mię­snym.

Na­gle za ple­ca­mi usły­sza­ła zna­jo­my głos:

– Olga, to na­praw­dę ty?!

Od­wró­ci­ła się i wpa­dła pro­sto w ra­mio­na uśmiech­nię­tej Aga­ty, ko­le­żan­ki z li­ceum. Nie wi­dzia­ła się z nią od cza­sów dru­giej cią­ży. Tak, Olga od ja­kie­goś cza­su od­mie­rza­ła czas z per­spek­ty­wy ko­lej­nych ciąż.

Aga­ta wy­da­wa­ła się za­do­wo­lo­na z tego przy­pad­ko­we­go spo­tka­nia, pod­czas gdy ona czu­ła się nie­kom­for­to­wo. Ko­le­żan­ka pre­zen­to­wa­ła się świet­nie, jak ko­bie­ta z kla­są: szczu­pła, z de­li­kat­nym ma­ki­ja­żem, do­brze ubra­na, pod­czas gdy Olga wy­glą­da­ła jak sie­dem nie­szczęść. Gdzieś mię­dzy dru­gą a trze­cią cią­żą na za­wsze po­że­gna­ła się z ta­lią, a w jej sza­fie za­go­ści­ły wor­ko­wa­te ubra­nia. W koń­cu co za róż­ni­ca, czy była aku­rat w cią­ży, czy nie – i tak wy­glą­da­ła, jak­by była. Ma­lu­chy moc­no da­wa­ły się jej we zna­ki, cze­go naj­lep­szym do­wo­dem były cie­nie pod ocza­mi i zie­mi­sta cera. Olga nie mia­ła cza­su ani tym bar­dziej siły, żeby za­dbać o sie­bie, nic więc dziw­ne­go, że Aga­ta nie po­zna­ła jej od razu. Prze­cież kie­dyś była praw­dzi­wą pięk­no­ścią, a więk­szość ko­le­gów z li­ceum od­da­ła­by wie­le, aby się z nią umó­wić. Ale ona była poza ich za­się­giem. Już w pierw­szej kla­sie po­zna­ła Krzysz­to­fa, któ­ry skradł jej ser­ce. Może nie był naj­przy­stoj­niej­szy, ale bar­dzo in­te­li­gent­ny i oczy­ta­ny. Miał za­wsze coś do po­wie­dze­nia. I był taki re­li­gij­ny… Olga, cho­ciaż sama nie po­cho­dzi­ła z ul­tra­ka­to­lic­kiej ro­dzi­ny, wie­rzy­ła w Boga, a Krzysz­tof za­im­po­no­wał jej swo­ją nie­złom­ną wia­rą. Na tle swo­ich ró­wie­śni­ków, za­in­te­re­so­wa­nych tyl­ko wyj­ściem na pa­pie­ro­sa wy­pa­lo­ne­go w po­śpie­chu gdzieś na szkol­nym pla­cu, moc­no za­kra­pia­ny­mi al­ko­ho­lem im­pre­za­mi i wy­mia­ną do­świad­czeń na te­mat kon­tak­tów z dziew­czy­na­mi, pre­zen­to­wał się nie­zwy­kle doj­rza­le.

– Wi­dzę, że wkrót­ce ro­dzi­na zno­wu wam się po­więk­szy. Gra­tu­lu­ję! – Głos Aga­ty wy­rwał ją z za­my­śle­nia.

Sły­sząc sło­wa Aga­ty, chy­ba pierw­szy raz tak na­praw­dę ucie­szy­ła się z tej cią­ży. Mo­gła po­twier­dzić, za­miast tłu­ma­czyć, że nie, nie spo­dzie­wa się dziec­ka, tyl­ko… po któ­rejś z ko­lei cią­ży po pro­stu tak jej zo­sta­ło.

– Czy­li co, bę­dzie trój­ka? Wow, po­dzi­wiam was!

– Nie, nie – za­prze­czy­ła za­wsty­dzo­na Olga. – Mamy już dwóch sy­nów i cór­kę. Te­raz… To czwar­te.

Przez chwi­lę z twa­rzy zna­jo­mej moż­na było wy­czy­tać zdu­mie­nie, jed­nak szyb­ko ukry­ła za­sko­cze­nie, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

– No pro­szę, wi­dzę, że z Krzysz­to­fem nie próż­nu­je­cie! Świet­nie, bę­dzie­cie mieć dużą ro­dzi­nę. Chłop­czyk czy dziew­czyn­ka?

– Dziew­czyn­ka – bąk­nę­ła pod no­sem Olga.

– Ale su­per się uło­ży­ło! – po­wie­dzia­ła Aga­ta, a Olga uda­ła, że nie sły­szy w jej gło­sie fał­szy­wej nuty. – Dwóch star­szych sy­nów i dwie młod­sze có­recz­ki. Ide­al­nie, dziew­czy­ny będą mia­ły ob­sta­wę! Słu­chaj, mu­szę le­cieć, wpa­dłam tyl­ko na chwi­lę do mamy, a ona po­pro­si­ła, że­bym zro­bi­ła jej za­ku­py… Jesz­cze raz gra­tu­lu­ję. Cią­ża ci słu­ży, bar­dzo do­brze wy­glą­dasz! – rzu­ci­ła i już jej nie było.

Olga reszt­ka­mi sił po­wstrzy­ma­ła się przed pła­czem. Ostat­nio ła­two ją było wy­trą­cić z rów­no­wa­gi, a Aga­cie się to uda­ło. Na pew­no nie mia­ła złych za­mia­rów, jed­nak wi­dok zdu­mie­nia na twa­rzy zna­jo­mej i, no cóż, współ­czu­cia, na do­bre po­psuł Ol­dze hu­mor.

Szyb­ko skoń­czy­ła za­ku­py i wró­ci­ła do domu, gdzie cze­ka­ło na nią tro­je stę­sk­nio­nych dzie­cia­ków. Olga ko­cha­ła je nad ży­cie. Do­tych­czas nie za­zna­ła ta­kiej mi­ło­ści i nie spo­dzie­wa­ła się, że moż­na tak ko­chać. Zro­bi­ła­by dla nich wszyst­ko, ale… No wła­śnie. Jak słusz­nie za­uwa­żył już ja­kiś czas temu jej le­karz, od kil­ku lat je­śli nie była cię­żar­na lub w po­ło­gu, to kar­mi­ła pier­sią. Tam­ta mło­da dziew­czy­na, któ­rą była prze­cież jesz­cze nie­daw­no, znik­nę­ła, a na jej miej­scu po­ja­wi­ła się żona i mat­ka. Krzysz­tof nie ro­zu­miał jej dy­le­ma­tów. Prze­cież wła­śnie tego obo­je pra­gnę­li, praw­da? No, praw­da czy nie? Praw­da. Więc o co jej tak na­praw­dę cho­dzi­ło? Cze­go chcia­ła? Czy była nie­szczę­śli­wa jako mama? Nie, oczy­wi­ście że nie. Ma­cie­rzyń­stwo było rolą, z któ­rej czer­pa­ła ogrom­ną sa­tys­fak­cję. Ona po pro­stu… chy­ba nie była przy­go­to­wa­na, że tak się to wszyst­ko po­to­czy. Że w cią­gu za­le­d­wie czte­rech lat sta­nie się mamą troj­ga dzie­cia­ków z czwar­tym w dro­dze. O pra­cy już daw­no za­po­mnia­ła, bo przez cały czas była albo na zwol­nie­niu le­kar­skim, albo na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim. Zresz­tą była prze­ko­na­na, że po tak dłu­giej obec­no­ści już nie bę­dzie tam mia­ła cze­go szu­kać. Była z dzieć­mi przez trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku. Nie na­rze­ka­ła­by, gdy­by po­ja­wi­ła się moż­li­wość, aby zaj­mo­wać się nimi tyl­ko przez trzy­sta sześć­dzie­siąt. Pięć dni wol­ne­go w roku – czy tak wie­le po­trze­bo­wa­ła?

Kie­dyś nie mie­wa­ła ta­kich dy­le­ma­tów. Czer­pa­ła sa­tys­fak­cję z ma­cie­rzyń­stwa. Fi­lip i Kac­per byli dla niej ca­łym świa­tem i na­wet nie my­śla­ła, że może po­trze­bo­wać do szczę­ścia cze­goś wię­cej. Ale po­tem za­szła w trze­cią w ogó­le, a pierw­szą nie­pla­no­wa­ną cią­żę, uro­dzi­ła Zu­zię, aby po kil­ku mie­sią­cach zo­ba­czyć znie­na­wi­dzo­ne już dwie kre­ski na te­ście cią­żo­wym… Sama przed sobą wsty­dzi­ła się swo­ich uczuć. Oczy­wi­ście, że ko­cha­ła cór­kę i ni­g­dy nie trak­to­wa­ła jej ina­czej niż star­szych sy­nów, jed­nak gdzieś w głę­bo­ko w ser­cu czu­ła, że to po­nad jej siły, że za­wsze chcia­ła mieć dwo­je dzie­ci, a trze­cie, a te­raz, o zgro­zo, czwar­te, to już za­da­nie prze­ra­sta­ją­ce jej moż­li­wo­ści. Rzecz ja­sna Krzysz­tof nie był świa­do­my jej dy­le­ma­tów. To prze­cież kłó­ci­ło się z wy­zna­wa­ną przez ro­dzi­nę ide­olo­gią. Tak jak i ba­da­nia pre­na­tal­ne, dla­te­go ukry­ła przed mę­żem ten fakt.

– Mama, mama! – Naj­star­szy, nie­speł­na czte­ro­let­ni Fi­lip do­padł ją już w pro­gu. Po­czu­ła się jesz­cze go­rzej, wi­dząc, że dla swo­ich dzie­ci jest ca­łym świa­tem, pod­czas gdy ona roz­my­śla o tym, że chcia­ła­by się choć przez kil­ka dni po­czuć wol­na.

– Je­steś. – Mat­ka Olgi wy­ło­ni­ła się z po­ko­ju i ode­tchnę­ła z ulgą. – Po­dzi­wiam cię. Jak ty w ogó­le da­jesz z nimi radę? A te­raz jesz­cze ko­lej­ne w dro­dze… No, ale ty je­steś mło­da, a ja mam już swo­je lata i ta gro­mad­ka znacz­nie prze­wyż­sza moje moż­li­wo­ści.

Olga przy­gry­zła war­gę i spu­ści­ła wzrok.

– Dzię­ku­ję ci bar­dzo, że z nimi zo­sta­łaś.

Iwo­na tyl­ko mach­nę­ła ręką, su­ge­ru­jąc, że to nic ta­kie­go.

– A jak u le­ka­rza?

Olga po­dzie­li­ła się z mat­ką swo­ją ta­jem­ni­cą, do­brze wie­dząc, że ta ra­czej nie zdra­dzi jej przed Krzysz­to­fem. Mia­ła lek­ko ne­ga­tyw­ne na­sta­wie­nie do swo­je­go zię­cia.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. Dok­tor po­twier­dził, że w paź­dzier­ni­ku na­sza ro­dzi­na po­więk­szy się o cór­kę.

– Bar­dzo się cie­szę – po­wie­dzia­ła Iwo­na bez więk­sze­go prze­ko­na­nia. – A te­raz będę już szła, za­nim te małe dia­bły wej­dą mi na gło­wę.

– Oczy­wi­ście. Jesz­cze raz dzię­ku­ję, mamo.

Mat­ka była już w drzwiach, kie­dy na­gle so­bie o czymś przy­po­mnia­ła.

– Aha, z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam… – Sta­nę­ła w pro­gu. – Ostat­nio prze­cha­dza­łam się po cen­trum i zo­ba­czy­łam przy 3 Maja cał­kiem przy­jem­ny lo­kal. Wi­try­na przy­ku­ła moją uwa­gę, dla­te­go po­de­szłam bli­żej i zer­k­nę­łam. To taka knaj­pa, coś w sty­lu klu­bu dla mło­dych mam. Wszyst­ko to do­pie­ro ru­sza, ale z cie­ka­wo­ści za­po­zna­łam się z ofer­tą na stro­nie in­ter­ne­to­wej i po­my­śla­łam o to­bie. – Za­mil­kła, wni­kli­wie ob­ser­wu­jąc cór­kę. – W środ­ku ma być miej­sce do za­ba­wy dla star­szych i młod­szych dzie­ci, or­ga­ni­za­to­rzy za­pew­nia­ją rów­nież opie­kę i ani­ma­to­ra, któ­ry zaj­mie dzie­cia­ki czymś cie­ka­wym, pod­czas gdy ich mamy będą mo­gły od­po­cząć, w spo­ko­ju na­pić się kawy i po­roz­ma­wiać z in­ny­mi ko­bie­ta­mi. To miej­sce na­zy­wa się Nie Ma jak u Mamy, mo­żesz so­bie sama spraw­dzić w sie­ci – do­da­ła, opie­ra­jąc się o fu­try­nę. – W każ­dym ra­zie ka­wiar­nia bę­dzie otwar­ta od po­nie­dział­ku do so­bo­ty, a co dwa ty­go­dnie w śro­dy będą or­ga­ni­zo­wa­ne spe­cjal­ne spo­tka­nia dla ma­tek z dzieć­mi. Na tych im­pre­zach mo­gła­byś prze­cież po­znać inną mamę z oko­li­cy, umó­wić się na spa­cer… Sta­now­czo zbyt rzad­ko wy­cho­dzisz do lu­dzi. Co ja mó­wię, w ogó­le nie opusz­czasz włas­nego domu!

– Mamo… – za­pro­te­sto­wa­ła nie­śmia­ło Olga, ale mat­ka nie po­zwo­li­ła jej dojść do sło­wa.

– Ja wiem, wiem, masz dzie­ci, mnó­stwo obo­wiąz­ków… Do­brze, że ktoś po­my­ślał o ta­kich ko­bie­tach jak ty, któ­re nie mają żad­nej roz­ryw­ki, a prze­cież nie wszę­dzie moż­na pójść z to­wa­rzy­stwem w po­sta­ci roz­wrzesz­cza­nej trój­ki, więc… – Iwo­na zro­bi­ła pau­zę na za­czerp­nię­cie od­de­chu. – Uwa­żam, że po­win­naś tam pójść. Dla wła­sne­go zdro­wia psy­chicz­ne­go.

Olga nie za­re­je­stro­wa­ła ca­łe­go po­to­ku słów, któ­ry wy­la­ła z sie­bie mat­ka. My­śla­mi była już przy obie­dzie. Za­sta­na­wia­ła się, czy dzie­ci nie będą krę­cić no­sem na to, co po­sta­no­wi­ła im dziś za­ser­wo­wać.

– Dzię­ku­ję, mamo. Za­sta­no­wię się.

– Nie, nie, moja dro­ga, na­wet nie chcę tego słu­chać! „Dzię­ku­ję, mamo. Za­sta­no­wię się”, czy­li „nie chcę cię już słu­chać, ale nie mam in­ne­go po­my­słu, jak się cie­bie po­zbyć”. – Po­ki­wa­ła pal­cem, jak­by ru­ga­ła małe dziec­ko. – Wiem, że je­steś prze­mę­czo­na, że po pro­stu ci się nie chce. Ale prze­cież raz na ja­kiś czas mo­żesz po­pro­sić Krzysz­to­fa, aby zo­sta­wił auto i po­je­chał do pra­cy tram­wa­jem, a ty pod­je­dziesz do cen­trum czy na­wet ru­szysz się w koń­cu gdzieś ko­mu­ni­ka­cją miej­ską. Prze­cież to tyl­ko trzy przy­stan­ki!

– Mamo, na­wet nie mam się w co ubrać. Zo­bacz, jak ja wy­glą­dam. – Olga zła­pa­ła się ostat­niej de­ski ra­tun­ku. Na samą myśl, że mia­ła­by po­je­chać do cen­trum tram­wa­jem z ca­łym tym to­wa­rzy­stwem, tasz­cząc przed sobą ogrom­ny brzuch, od razu jej się ode­chcie­wa­ło.

Iwo­na naj­wy­raź­niej była na to przy­go­to­wa­na, gdyż wy­ję­ła z port­fe­la dwa bank­no­ty dwu­stu­zło­to­we i wcis­nęła je zdu­mio­nej cór­ce do ręki.

– Wiem, że dzie­ci też mają po­trze­by, ale nie waż się wy­dać z tych pie­nię­dzy choć­by zło­tów­ki na nowe buty dla Fi­li­pa, spodnie dla Kac­pra czy za­baw­kę dla Zuzi. – Za­mknę­ła pie­nią­dze w drob­nej dło­ni Olgi. – Masz iść do skle­pu, ku­pić so­bie ład­ną tu­ni­kę, spodnie cią­żo­we i może star­czy ci jesz­cze na ja­kąś bluz­kę. Nie chcę na­wet sły­szeć, że je­steś w cią­ży, więc i tak nie mu­sisz się ni­ko­mu po­do­bać, a na cię­żar­ne szy­ją tyl­ko wor­ko­wa­te su­kien­ki. Spraw­dzi­łam, nie masz ra­cji. Moż­na ku­pić coś cie­ka­we­go. A je­śli za­mie­rzasz się wy­mi­gać, tłu­ma­cząc, że nie masz z kim zo­sta­wić dzie­ci, ostrze­gam, przy­ja­dę ju­tro o tej sa­mej po­rze i zaj­mę się nimi. – Spoj­rza­ła kry­tycz­nie na cór­kę. – Aha, i za­cznij uży­wać pod­kła­du i ko­rek­to­ra, któ­re zna­la­złam fa­brycz­nie za­mknię­te w szaf­ce w ła­zien­ce. Je­steś przede wszyst­kim ko­bie­tą i pa­mię­taj, że nikt nie za­dba o cie­bie le­piej niż ty sama. Zro­zu­mia­łaś?

Olga za­mru­ga­ła ner­wo­wo.

– Tak – wy­krztu­si­ła, zdu­mio­na prze­mo­wą mat­ki.

– Będę ju­tro o dzie­sią­tej.

Póź­niej jesz­cze dłu­go my­śla­ła o tym, co po­wie­dzia­ła jej mama. Kie­dy przy­go­to­wy­wa­ła obiad, roz­ma­wia­ła z mę­żem, czy­ta­ła dzie­ciom i kła­dła je do snu, wciąż roz­brzmie­wa­ły w jej gło­wie sło­wa: „Nikt nie za­dba o cie­bie le­piej niż ty sama”.

Cała ro­dzi­na spa­ła już twar­dym snem, kie­dy Olga włą­czy­ła kom­pu­ter i zna­la­zła ka­wiar­nię, o któ­rej mó­wi­ła Iwo­na. Po­my­śla­ła, że po­je­dzie na pierw­sze spo­tka­nie, a po­tem się zo­ba­czy.

Po­go­da była cał­ko­wi­cie od­mien­na od tej, jaka pa­no­wa­ła w Ka­to­wi­cach jesz­cze kil­ka ty­go­dni temu, kie­dy prze­mie­rza­ła tę samą dro­gę w to­wa­rzy­stwie Mo­ni­ki i ma­łej Zosi. Tym ra­zem za­miast ko­le­żan­ki to­wa­rzy­szył jej pię­cio­let­ni syn, bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny i cie­ka­wy no­wych ko­le­gów, któ­rych miał po­znać na miej­scu.

Stwier­dzić, że żar leje się z nie­ba, to jak po­wie­dzieć, że na An­tark­ty­dzie jest zim­no. Rzecz oczy­wi­sta. Do­cho­dzi­ła już sie­dem­na­sta, a upał nie od­pusz­czał. Ka­ro­li­na, za­po­mi­na­jąc już, jak moc­no dał się jej we zna­ki deszcz tego dnia, gdy od­wie­dzi­ła lo­kal przy 3 Maja po raz pierw­szy, ma­rzy­ła o bu­rzy, któ­ra przy­nio­sła­by cho­ciaż chwi­lo­we wy­tchnie­nie i co za tym idzie – od­po­czy­nek od tem­pe­ra­tur po­wy­żej trzy­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza.

Po za­le­d­wie kil­ku mi­nu­tach, do­tar­ła na miej­sce i… zna­la­zła się w raju. Kli­ma­ty­za­cja! Przy­jem­ny chłód, jaki po­czu­ła po wej­ściu do ka­wiar­ni, był bło­go­sła­wień­stwem nie tyl­ko dla niej, ale tak­że dla wszyst­kich go­ści, któ­rzy tego dnia zgro­ma­dzi­li się w nowo otwar­tym miej­scu dla mam z dzieć­mi.

Prze­szła przez próg i onie­mia­ła. Po­spiesz­nie wy­co­fa­ła się z knajp­ki, cał­ko­wi­cie prze­ko­na­na, że z pew­no­ścią po­my­li­ła lo­ka­le. Gdy już upew­ni­ła się, że tra­fi­ła pod do­bry ad­res, wró­ci­ła do środ­ka, gdzie już cze­ka­ła na nią Mo­ni­ka.

Ka­ro­li­na ro­zej­rza­ła się wo­kół. Miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wa­ła, w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło lo­ka­lu, któ­ry jesz­cze nie­daw­no od­wie­dzi­ła z przy­ja­ciół­ką. Za­trud­nio­na przez Mo­ni­kę eki­pa re­mon­to­wa do­ko­na­ła cudu, co w su­mie nie po­win­no jej dzi­wić. Ka­wiar­nia była miej­scem sty­lo­wym i przy­tul­nym. Po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ła się część dla ro­dzi­ców, urzą­dzo­na w sto­no­wa­nych bar­wach – beżu i brą­zie. Ścia­ny po­ma­lo­wa­no na ko­lor kawy z mle­kiem, a przy ma­to­wych kre­mo­wych sto­li­kach sta­ły pa­su­ją­ce krze­sła. Ca­ło­ści do­peł­nia­ły ele­ganc­kie do­dat­ki – gu­stow­ny ob­raz na ścia­nie, ozdob­ne pa­ski przy su­fi­cie i wa­zo­ny z su­szo­ny­mi kwia­ta­mi. Mo­ni­ka była zwo­len­nicz­ką mi­ni­ma­li­zmu, co zde­cy­do­wa­nie wy­szło ka­wiar­ni na do­bre.

Przy ba­rze w nie­wiel­kiej prze­szklo­nej lo­dów­ce wzrok przy­cią­ga­ły ape­tycz­nie wy­glą­da­ją­ce ba­becz­ki, na wi­dok któ­rych Ka­ro­li­na do­sta­ła śli­no­to­ku. Muf­fin­ki cze­ko­la­do­we z nu­tel­lą i śliw­ka­mi, jabł­ko­we, z ja­go­da­mi, jo­gur­to­we, po­rzecz­ko­we, mio­do­we, cze­ko­la­do­we bez­glu­te­no­we… Wy­bór był im­po­nu­ją­cy. W tej czę­ści sali sta­ły też no­wo­cze­sny eks­pres ci­śnie­nio­wy do kawy, nie­wiel­ki czaj­nik i chło­dziar­ka z na­po­ja­mi. Mo­ni­ka za­dba­ła rów­nież o ma­łych klien­tów, za­ma­wia­jąc do ka­wiar­ni zdro­we soki jed­no­dnio­we i na­po­je bez kon­ser­wan­tów.

Za­chwy­co­ny Szy­mon zdą­żył się już roz­go­ścić w czę­ści prze­zna­czo­nej dla star­szych dzie­ci. Mały la­bi­rynt, pro­wa­dzą­ca do ba­se­nu z kul­ka­mi zjeż­dżal­nia – dla kil­ku­lat­ka to był praw­dzi­wy raj. Na lewo od ca­łej kon­struk­cji, przy prze­szklo­nej wi­try­nie sta­ły czte­ry sto­li­ki, a przy każ­dym trzy dzie­cię­ce krze­seł­ka. Do dys­po­zy­cji kil­ku­lat­ków od­da­no cia­sto­li­nę, gry plan­szo­we oraz puz­zle, a tak­że kart­ki, kred­ki i far­by.

Mo­ni­ka pa­mię­ta­ła rów­nież o naj­młod­szych dzie­cia­kach. W głę­bi sali urzą­dzo­no ką­cik dla ma­lusz­ków, któ­ry wy­po­sa­żo­no w za­baw­ki w sty­lu jeź­dzi­ków, pcha­czy czy sor­te­rów. W tej czę­ści lo­ka­lu rów­nież była zjeż­dżal­nia i ba­sen z kul­ka­mi, jed­nak – od­po­wied­nio do wie­ku – mniej­sze niż w miej­scu prze­zna­czo­nym dla star­szych dzie­ci.

Każ­da mama mo­gła sko­rzy­stać z le­żacz­ków czy huś­ta­wek dla nie­mow­ląt, któ­re sta­no­wi­ły ele­men­ty wy­po­sa­że­nia. Mo­ni­ka po­my­śla­ła o wszyst­kim – w naj­bar­dziej ustron­nym za­kąt­ku lo­ka­lu sta­ło łó­żecz­ko dzie­cię­ce, nie wspo­mi­na­jąc o tak pod­sta­wo­wym wy­po­sa­że­niu, jak prze­wi­jak czy pod­grze­wacz do bu­te­lek.

Dwu­ty­go­dnio­wy Maks drze­mał roz­kosz­nie w bu­ja­ku. Ka­ro­li­na uwa­ża­ła, że to nie­spra­wie­dli­we – aku­rat Mo­ni­ce tra­fił się no­wo­ro­dek wprost ide­al­ny, któ­ry spał trzy go­dzi­ny, bu­dził się, aby spa­ła­szo­wać bu­tel­kę mle­ka, po czym na­kar­mio­ny i prze­bra­ny, za­sy­pał spo­koj­nie sam w łó­żecz­ku lub huś­taw­ce. Ka­ro­li­na spę­dzi­ła dłu­gie go­dzi­ny, pró­bu­jąc uko­ły­sać do snu wrzesz­czą­ce­go Szy­mo­na, któ­ry za­sy­piał tyl­ko przy pier­si, a Zo­sia była taka sama. Tym­cza­sem dziec­ko Mo­ni­ki pra­wie ni­g­dy nie pła­ka­ło i ni­czym książ­ko­wy no­wo­ro­dek tyl­ko ja­dło i spa­ło. No i cza­sem zro­bi­ło kupę, ale tego na­wet syn Mo­ni­ki nie był w sta­nie unik­nąć.

Oczy­wi­ście Ka­ro­li­na ni­g­dy nie po­dzie­li­ła­by się z ni­kim swo­imi prze­my­śle­nia­mi, ale uwa­ża­ła tę sy­tu­ację za co naj­mniej nie­spra­wie­dli­wą. Już sam po­ród po­wi­nien wy­ci­snąć pięt­no na psy­chi­ce ma­łe­go Mak­sa. Prze­cież uro­dził się przez ce­sar­skie cię­cie, wy­ko­na­ne na zim­no. Mo­ni­ka nie za­mie­rza­ła cze­kać na skur­cze, więc umó­wi­ła się na kon­kret­ny ter­min, wsta­ła rano, uma­lo­wa­ła się, ubra­ła i po­je­cha­ła do szpi­ta­la, aby le­ka­rze wy­cią­gnę­li z jej brzu­cha dziec­ko. Nie sa­pa­ła z wy­cień­cze­nia, nie wyła z bólu i nie ję­cza­ła, bła­ga­jąc, aby to wszyst­ko już się skoń­czy­ło. Ka­ro­li­ny, rzecz ja­sna, nie było z Mo­ni­ką na sali ope­ra­cyj­nej, ale w wy­obraź­ni wi­dzia­ła ko­le­żan­kę w per­fek­cyj­nym ma­ki­ja­żu, z uśmie­chem ocze­ku­ją­cą na mo­ment, kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy syn­ka. Nie mia­ła po­ję­cia, ile bólu kosz­to­wał świe­żo upie­czo­ną mamę na­wet naj­mniej­szy ruch, kie­dy znie­czu­le­nie po za­bie­gu prze­sta­ło dzia­łać.

Ka­ro­li­na wie­dzia­ła z ksią­żek i z wła­sne­go do­świad­cze­nia, że zde­cy­do­wa­nie lep­szy dla dziec­ka jest po­ród na­tu­ral­ny. Ma­luch, prze­ci­ska­jąc się przez ka­nał rod­ny, uczest­ni­czy ak­tyw­nie w zda­rze­niu, któ­re sil­nie de­ter­mi­nu­je dal­szy roz­wój czło­wie­ka. Po­ród si­ła­mi na­tu­ry jest wy­da­rze­niem emo­cjo­nal­nym i psy­cho­lo­gicz­nym, nie wspo­mi­na­jąc o ta­kich jego za­le­tach, jak mniej­sze ry­zy­ko wy­stą­pie­nia pro­ble­mów z od­dy­cha­niem czy kon­takt z do­bro­czyn­ny­mi bak­te­ria­mi. Ma­jąc tę świa­do­mość, uwa­ża­ła, że Mo­ni­ka z góry ska­zu­je Mak­sa na trud­niej­szy start, jed­nak chło­piec uparł się na by­cie jaw­nym za­prze­cze­niem tej teo­rii. To Zo­sia, ro­dzo­na przez osiem go­dzin bez znie­czu­le­nia, bez oksy­to­cy­ny i bez na­ci­na­nia kro­cza, była nie­spo­koj­nym i trud­nym dziec­kiem.

– I jak ci się po­do­ba? – za­py­ta­ła Mo­ni­ka, wi­dząc na twa­rzy ko­le­żan­ki zdu­mie­nie i nie­do­wie­rza­nie.

– Kto, Maks? Prze­cież… – Ka­ro­li­na, wy­rwa­na z za­my­śle­nia, nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, o co przy­ja­ciół­ce cho­dzi.

– O ka­wiar­nię py­tam!

– A, rze­czy­wi­ście. No cóż, je­stem pod wiel­kim wra­że­niem. Po­my­śla­łaś do­słow­nie o wszyst­kim.

– Cie­szę się, że ci się po­do­ba – po­wie­dzia­ła Mo­ni­ka to­nem, któ­ry su­ge­ro­wał, że to spra­wa oczy­wi­sta i bez­dy­sku­syj­na. Nie mo­gło­by być prze­cież ina­czej. – Dzię­ki, że zgo­dzi­łaś się przyjść wcze­śniej. Wpraw­dzie już nie­mal wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne, ale chcia­łam, że­byś rzu­ci­ła okiem na ca­łość i po­wie­dzia­ła, co jesz­cze do­pra­co­wać.

– Moim zda­niem jest ide­al­nie. Po­my­śla­łaś o wszyst­kim. Maks bę­dzie tu­taj z nami?

Zdzi­wi­ła ją obec­ność chłop­ca. Mo­ni­ka zda­je się wspo­mi­na­ła, że dziec­ko zo­sta­nie z nia­nią. Ka­ro­li­na nie była zwo­len­nicz­ką po­zo­sta­wia­nia tak ma­łych dzie­ci z ob­cy­mi oso­ba­mi, ale z dru­giej stro­ny ogar­nia­ło ją prze­ra­że­nie na myśl o dan­tej­skich sce­nach, ja­kie z pew­no­ścią mia­ły się ro­ze­grać w lo­ka­lu za nie­speł­na go­dzi­nę, kie­dy to­wa­rzy­szą­ce swo­im ma­mom po­cie­chy wtar­gną do czę­ści prze­zna­czo­nej do za­ba­wy. To nie było od­po­wied­nie miej­sce dla dwu­ty­go­dnio­we­go no­wo­rod­ka. Na­wet książ­ko­wy przy­kład dziec­ka, ja­kim był Maks, nie po­wi­nien prze­by­wać w za­tło­czo­nym lo­ka­lu w wie­ku za­le­d­wie czter­na­stu dni i nie po­mo­gła­by chu­s­ta, o któ­rej, oczy­wi­ście, Mo­ni­ka nie chcia­ła sły­szeć. Nie po to wy­da­ła pięć ty­się­cy na de­si­gner­ski wó­zek, żeby te­raz owi­jać się ja­kąś szma­tą, o nie. Na nic zda­ły się tłu­ma­cze­nia Ka­ro­li­ny, że wtu­la­jąc się w mamę, no­wo­ro­dek ma szan­sę od­ciąć się od ca­łe­go świa­ta i znów po­czuć się jak w jej brzu­chu.

– Je­steś obrzy­dli­wa – skwi­to­wa­ła wów­czas Mo­ni­ka.

– Ja? Obrzy­dli­wa?

– Ow­szem. Na­wet nie chcę so­bie wy­obra­żać Mak­sa w moim brzu­chu. Ble! Prze­cież już go stam­tąd wy­cią­gnę­li, po co mia­ła­bym go tam z po­wro­tem wkła­dać?

Uwzględ­nia­jąc wszyst­kie za i prze­ciw, Ka­ro­li­na uzna­ła, że jed­nak nie­po­koi ją wi­dok Mak­sa śpią­ce­go w nie­mow­lę­cej huś­taw­ce w miej­scu, któ­re za kil­ka­dzie­siąt mi­nut mia­ło prze­stać być ci­chą i bez­piecz­ną oazą spo­ko­ju. Mo­ni­ka jed­nak mach­nę­ła na to ręką.

– Bę­dzie tu­taj ze mną tyl­ko przez kil­ka pierw­szych mi­nut. Chcę, aby inne mat­ki zo­ba­czy­ły, że je­stem jed­ną z nich, dzię­ki cze­mu wzbu­dzę ich za­ufa­nie – wy­ja­śni­ła re­zo­lut­nie. – Po­ka­że­my się, po­uśmie­cha­my, zro­bi­my kil­ka zdjęć i nia­nia za­bie­rze go na spa­cer.

Ka­ro­li­na rze­czy­wi­ście wi­dzia­ła, jak chło­piec się uśmie­cha i wy­glą­da­ło na to, że robi to zu­peł­nie świa­do­mie. W wie­ku dwóch ty­go­dni! Zo­sia pierw­szy raz ob­da­rzy­ła swo­ją mamę bez­zęb­nym gry­ma­sem, któ­ry z za­my­słu chy­ba miał przy­po­mi­nać uśmiech, kil­ka dni przed ukoń­cze­niem dwóch mie­się­cy.

– Uda­ło ci się uru­cho­mić kon­tak­ty wśród lo­kal­nych ma­mu­siek? – za­py­ta­ła Mo­ni­ka.

– Tak, po­roz­ma­wia­łam z kil­ko­ma zna­jo­my­mi z przed­szko­la i my­ślę, że cho­ciaż część z nich się po­ka­że. – Ka­ro­li­na uśmiech­nę­ła się dum­na z sie­bie. – No i wi­dzia­łam, że znik­nę­ła spo­ra część ulo­tek zo­sta­wio­nych w szat­ni. De­ner­wu­jesz się?

– Ja? – zdzi­wi­ła się Mo­ni­ka. – No co ty! Wiem, że mia­łam do­bry po­mysł, i my­ślę, że wy­pa­li.

Ka­ro­li­na za­zdro­ści­ła jej tej pew­no­ści sie­bie. Ona, mimo naj­szczer­szych chę­ci, tak nie po­tra­fi­ła i za­wsze wi­dzia­ła przy­szłość w ciem­nych bar­wach. Przy­ja­ciół­ka po­wta­rza­ła jej, że po­zy­tyw­ne my­śle­nie przy­cią­ga po­zy­tyw­ne zda­rze­nia, jed­nak Ka­ro­la ja­koś nie umia­ła, a może nie chcia­ła w to uwie­rzyć.

– Mamo, tu­taj jest eks­tra! – krzyk­nął Szy­mon. – Ale gdzie są ci ko­le­dzy, o któ­rych mó­wi­łaś?

– Spo­koj­nie, wszy­scy nie­dłu­go przyj­dą.

I rze­czy­wi­ście, nie­ba­wem za­czę­li się po­ja­wiać pierw­si go­ście. Na po­cząt­ku nie­co nie­śmia­li, jed­nak dzie­cia­ki szyb­ko roz­krę­ci­ły za­ba­wę, a ich mamy z nie­co mniej­szym niż po­cie­chy za­pa­łem ru­szy­ły w stro­nę czę­ści ja­dal­nej.

– O, muf­fin­ki, uwiel­biam je! – uśmiech­nę­ła się ni­ska bru­net­ka.

– Wi­tam ser­decz­nie w na­szych skrom­nych pro­gach. – Wy­raź­nie za­do­wo­lo­na z sie­bie wła­ści­ciel­ka na­tych­miast do niej po­de­szła. – Je­stem Mo­ni­ka, a to Maks.

– Jaki ma­lut­ki! Już za­po­mnia­łam, kie­dy moje dziew­czyn­ki ta­kie były. Mar­ty­na, bar­dzo mi miło. – Bru­net­ka wy­cią­gnę­ła w jej stro­nę drob­ną dłoń z wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi.

– Wi­dzia­łam, jak wcho­dzi­łaś z dwie­ma cór­ka­mi. To bliź­niacz­ki, praw­da? – pod­chwy­ci­ła Mo­ni­ka.

– Zga­dza się.

– Szcze­rze cię po­dzi­wiam! Z pew­no­ścią jesz­cze póź­niej po­roz­ma­wia­my, ale te­raz mu­szę cię prze­pro­sić. Idę przy­wi­tać po­zo­sta­łych go­ści.

Drzwi wej­ścio­we znów się otwo­rzy­ły. Mo­ni­ka my­śla­ła, że to nia­nia przy­szła po Mak­sa, lecz do ka­wiar­ni we­szła ko­lej­na spóź­nio­na ko­bie­ta z nie­co za­wsty­dzo­ną kil­ku­let­nią dziew­czyn­ką. Mat­ka ge­stem za­chę­ca­ła ją, by po­szła się ba­wić z ró­wie­śni­ka­mi, jed­nak dziec­ko od­mó­wi­ło. Ko­bie­ta nie­śmia­ło ro­zej­rza­ła się wo­kół, co szyb­ko za­uwa­ży­ła Ka­ro­li­na.

– Za­pra­sza­my ser­decz­nie, pro­szę się roz­go­ścić.

– Dzię­ku­ję – bąk­nę­ła pod no­sem blon­dyn­ka.

– Ka­ro­li­na. – Wy­cią­gnę­ła dłoń w stro­nę go­ścia. – Po­ma­gam mo­jej przy­ja­ciół­ce roz­krę­cić ten in­te­res, cho­ciaż, pa­trząc na jej ge­nial­ne po­my­sły, ona wca­le nie po­trze­bu­je mo­jej po­mo­cy. – Ge­stem za­pro­si­ła ko­bie­tę da­lej. – Usta­li­ły­śmy z Mo­ni­ką, wła­ści­ciel­ką lo­ka­lu, że naj­le­piej bę­dzie, je­śli wszyst­kie bę­dzie­my zwra­cać się do sie­bie po imie­niu. Chce­my, że­by­ście czu­ły się tu swo­bod­nie.

– Oczy­wi­ście, bar­dzo do­bry po­mysł. Je­stem Agniesz­ka, a to moja cór­ka Ma­tyl­da. Ma sła­by kon­takt z ró­wie­śni­ka­mi, dla­te­go po­my­śla­łam, że…

– Ja­sne – prze­rwa­ła jej Ka­ro­la. – My­ślę, że do­ga­da­ją się z moim sy­nem, któ­ry try­ska ener­gią. Cza­sem mam wra­że­nie, że jest zbyt pew­ny sie­bie, a że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­ga­ją… Szy­mek, chodź tu­taj na chwi­lę!

Chło­piec z pręd­ko­ścią świa­tła po­ja­wił się mię­dzy ko­bie­ta­mi i z cie­ka­wo­ścią za­czął przy­glą­dać się dziew­czyn­ce, nie­śmia­ło zer­ka­ją­cej zza ma­mi­nej spód­ni­cy maxi, tak mod­nej tego lata.

– Chcia­ła­bym, że­byś ko­goś po­znał. To jest Ma­tyl­da – po­wie­dzia­ła Ka­ro­li­na, wska­zu­jąc na có­recz­kę no­wej zna­jo­mej. – Miał­byś może ocho­tę po­ka­zać Ma­tyl­dzie, co cio­cia Mo­ni­ka przy­go­to­wa­ła tu­taj dla dzie­cia­ków?

– Tak! – Szy­mon od razu wszedł w nową rolę. – Chcesz zo­ba­czyć, ja­kie skar­by moż­na zna­leźć w la­bi­ryn­cie?

Dziew­czyn­ka nie­śmia­ło po­ki­wa­ła gło­wą i po chwi­li już ich nie było.

– Nie­sa­mo­wi­te. – Agniesz­ka wprost nie mo­gła uwie­rzyć. – Twój syn ma wy­jąt­ko­wy dar zjed­ny­wa­nia so­bie in­nych dzie­ci. Moja Tyś­ka jest wy­jąt­ko­wo nie­śmia­ła w kon­tak­tach z ró­wie­śni­ka­mi, ech…

– Ile ma lat? – za­py­ta­ła Ka­ro­li­na, pro­wa­dząc go­ścia do sto­li­ka.

– W li­sto­pa­dzie skoń­czy czte­ry.

Ka­ro­la po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą, śle­dząc wzro­kiem Ma­tyl­dę i Szy­mo­na.

– Mam wra­że­nie, że ko­ja­rzę cię z przed­szko­la – uśmiech­nę­ła się do Agniesz­ki.

– Tak, Szy­mon i Ma­tyl­da cho­dzą do jed­nej pla­ców­ki – po­twier­dzi­ła Aga. – Wi­du­ję was cza­sem w szat­ni.

Ka­ro­li­na ge­stem wska­za­ła jej wol­ne krze­sło.

– Czy w przed­szko­lu Ma­tyl­da rów­nież jest taka nie­śmia­ła? – spy­ta­ła, prze­su­wa­jąc w stro­nę Agniesz­ki ta­lerz ze słod­ko­ścia­mi, ale ta od­mó­wi­ła, tłu­ma­cząc, że nie­daw­no zja­dła ka­nap­kę.

– Te­raz jest tro­chę le­piej, cho­ciaż na­uczy­ciel­ki twier­dzą, że na­dal jest wy­co­fa­na i se­pa­ru­je się od dzie­ci. – Aga bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce. – Cza­sem po­ba­wi się z ulu­bio­ną ko­le­żan­ką czy włą­czy się do za­ba­wy z całą gru­pą, ale naj­le­piej się czu­je we wła­snym to­wa­rzy­stwie lub sam na sam z oso­bą do­ro­słą. Mar­twi mnie to. Kon­sul­to­wa­li­śmy się z psy­cho­lo­giem, ale nie wy­glą­da na to, aby Ma­tyl­da mia­ła inne pro­ble­my. My­ślę, że to przez nas…

– Na­wet tak nie mów! – Ka­ro­li­na usia­dła obok no­wej zna­jo­mej.

– Ale rze­czy­wi­ście dużo w tym na­szej winy – przy­zna­ła nie­chęt­nie Agniesz­ka. – Całe dnie spę­dza­my w pra­cy, a Tyś­ka jest pod opie­ką mo­jej mamy. Wła­ści­wie za­nim po­szła do przed­szko­la, w ogó­le nie mia­ła kon­tak­tu z in­ny­mi dzieć­mi. Cza­sem je­dy­nie za­bie­ra­li­śmy ją na plac za­baw…

– My­ślę, że wie­lu ro­dzi­ców ma po­dob­ne dy­le­ma­ty – za­uwa­ży­ła cał­kiem przy­tom­nie Ka­ro­li­na.

– Ale uda­je im się łą­czyć ży­cie za­wo­do­we z pry­wat­nym, pod­czas gdy ja mam wra­że­nie, że się obo­je z mę­żem moc­no po­gu­bi­li­śmy – wes­tchnę­ła gło­śno Agniesz­ka. – Nie po­świę­ca­my Ma­tyl­dzie wy­star­cza­ją­co dużo cza­su. Naj­gor­sze jest to, że wca­le nie ro­bi­my za­wrot­nej ka­rie­ry. Ja pra­cu­ję w skle­pie obuw­ni­czym, a mój mąż jest me­cha­ni­kiem, więc sama wi­dzisz, że nie pra­cu­je­my w żad­nych pre­sti­żo­wych za­wo­dach… Ży­je­my na prze­cięt­nym po­zio­mie. Cza­sem za­brak­nie nam pie­nię­dzy, gdy w da­nym mie­sią­cu wy­pad­nie na­pra­wa auta czy za­kup pral­ki. A to wszyst­ko w imię cze­go? – kon­ty­nu­owa­ła roz­ża­lo­na.

Sama nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu, że zdra­dzi­ła tak wie­le do­pie­ro co po­zna­nej oso­bie, lecz kie­dy za­czę­ła, nie mo­gła skoń­czyć. Chcia­ła wy­rzu­cić z sie­bie to, co od daw­na le­ża­ło jej na ser­cu. Ka­ro­li­nę rów­nież za­sko­czy­ło wy­zna­nie no­wej zna­jo­mej, ale nie dała tego po so­bie po­znać.

– Na­dal uwa­żam, że nie je­steś je­dy­na z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi – stwier­dzi­ła.

Agniesz­ka mach­nę­ła lek­ce­wa­żą­co ręką, jak­by na­gle do­szła do wnio­sku, że jej kło­po­ty nie są naj­waż­niej­sze na świe­cie.

– A ty pra­cu­jesz? – za­py­ta­ła, aby od­wró­cić uwa­gę od swo­jej oso­by.

– Nie, opie­ku­ję się dzieć­mi. Zre­zy­gno­wa­łam z pra­cy, kie­dy uro­dził się Szy­mon – przy­zna­ła Ka­ro­li­na, zda­jąc so­bie spra­wę z tego, że to ostat­nie, co te­raz chce usły­szeć Aga.

– Ale ci za­zdrosz­czę! – Agniesz­ka spoj­rza­ła na nią z po­dzi­wem.

– Na­wet nie pró­buj tego mó­wić przy Mo­ni­ce, bo ona uwa­ża, że żad­na ko­bie­ta nie po­win­na re­zy­gno­wać z pra­cy na rzecz wy­cho­wa­nia dzie­ci. – Mru­gnę­ła kon­spi­ra­cyj­nie okiem, co Agniesz­ka przy­ję­ła z uśmie­chem.