Opis

Rzym, 11 lipca 1982 roku. Kiedy włoska drużyna narodowa zdobywa mistrzostwo świata w piłce nożnej, ginie bez śladu Elisa Sordi, osiemnastoletnia pracownica instytucji zarządzającej nieruchomościami Watykanu. Śledztwo zostaje powierzone młodemu komisarzowi policji, Michele Balistreriemu. Arogancki i gnuśny Balistreri lekceważy sprawę do czasu, gdy ciało Elisy zostaje odnalezione przy brzegach Tybru. Nie udaje mu się jednak rozwikłać zagadki jej śmierci. Rzym, 6 lipca 2006 roku. Kiedy włoska reprezentacja wygrywa z Francją finałowy mecz piłkarskich mistrzostw świata w Berlinie, matka Elisy Sordi popełnia samobójstwo. Balistreri, który po dwudziestu czterech latach chce oddać Elisie sprawiedliwość, postanawia ponownie otworzyć starą sprawę. Okazuję się, że będzie musiał wydobyć na światło dzienne prawdę nieskończenie straszliwszą od stosu kłamstw, pod którymi ją pogrzebano, i stawić czoła nieuchwytnemu i nieustępliwemu Złu, które może mieć wiele twarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 770

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału:

TU SEI IL MALE

Copyright © 2011 by Marsilio Editori S.p.A. in Venezia

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: (Wojciech Wawoczny)

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Magdalena Świtała

ISBN: 978-83-7999-607-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Lorenza

Dla ludu Libii

Potrzeba jest światła, aby rozum zmienił swe zdanie,

żadną jednak miarą nie może tego światła

wykrzesać kara cielesna.

J. Locke, List o tolerancji,

przeł. L. Jachimowicz

9 lipca 2006

Niewidzialny Człowiek

Gdyby za pierwszym razem sprawy potoczyły się inaczej, może nie zabiłbym wszystkich pozostałych. Z początku często sam siebie o to pytałem. Po tylu latach nie wiem już nawet, ile ich było, i moje pytanie brzmi inaczej: Czy byłbym lepszą istotą, gdybym w przebłysku szaleństwa zabił tylko ją jedną? Dziś nie żywię już nienawiści do kobiet, które zabijam, przez te wszystkie lata stały się dla mnie lalkami z gałganków, niczym więcej. Nienawidzę za to zarozumialców, którzy patrzą na ciebie z góry i tonem nieznoszącym sprzeciwu wygłaszają wielkie prawdy. To nimi, żyjącymi bez wyrzutów sumienia i bez honoru, pragnę się zająć. A szczególnie jednym.

9 lipca 2006

Matka

W chwili gdy lewy pomocnik włoskiej reprezentacji narodowej brał rozbieg do rzutu karnego, który miał zadecydować o wyniku finału mistrzostw świata, Giovanna Sordi wstała z wysłużonej kanapy stojącej w małym mieszkaniu, gdzie mieszkała od pięćdziesięciu lat. Nie miała nikogo, z kim trzeba by się pożegnać; jej mąż Amedeo dołączył do Elisy dziesięć lat wcześniej. Od tamtego czasu codziennie zanosiła świeże kwiaty na ich groby. I choć przez wszystkie te lata nie uzyskała sprawiedliwości, teraz wreszcie pozna prawdę. Bez pośpiechu przeszła przez salonik. Minęła zamknięte drzwi do pokoju, w którym narodziło się i przepadło jej marzenie. Wyszła na balkon, ignorując rozwrzeszczane szaleństwo ludzkiej masy, która wyległa na ulice. Wiedziała już, jak to się robi. Spadła na bruk dwadzieścia metrów niżej, gdy cała Italia wybuchła niepohamowaną radością.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Styczeń 1982

– Za wszystko. – To były pierwsze słowa, jakie usłyszałem z ust Angela Dioguardiego.

Wszedłem do zadymionego pokoju tylko dlatego, że stał w nim barek, a ja miałem ochotę nalać sobie do szklanki nieco zawartości butelki z napisem Lagavulin, którą w nim zauważyłem.

Z czterech mężczyzn grających w pokera znałem z widzenia trzech, ale nie tego niebieskookiego wysokiego chłopaka o długich rozczochranych blond włosach i z bokobrodami. Przed nim leżała sterta żetonów. Niemal wszystkie.

– Angelo, kurwa, to więcej niż moja miesięczna wypłata – jęknął młody adwokat do nieznajomego. Co nawiasem mówiąc, oznaczało, że adwokat zarabiał dziesięć razy tyle co ja.

Blondas uśmiechnął się ze skruchą, niemal przepraszająco. Był jedynym, który nie palił, i tylko on nie miał przed sobą szklanki z whisky. Kiedy napełniałem swoją szklankę, rzuciłem okiem na stół. Grali w teresinę, odmianę pokera five-card stud. Odkryte karty dawały zwycięstwo adwokatowi. Tylko jedna możliwa karta – gdyby akurat blondas ją posiadał – dawałaby mu punkt, którego adwokat nie mógłby przebić.

Rzuciłem mu szybkie spojrzenie, na które odpowiedział uprzejmym uśmiechem. Potem wyszedłem z pokoju, zanim adwokat podjął decyzję.

Tam czekała na mnie Camilla – z jej powodu znalazłem się tam owego wieczoru. Gospodynię mieszkania, Paolę, poznałem, gdy przyszła do dzielnicowego komisariatu policji, by zgłosić prawdopodobną kradzież swojego sznaucera. Pies znikł jej podczas spaceru w parku. Bardzo ładna dziewczyna, choć jak na mój gust trochę zbyt delikatna. Pomogłem jej znaleźć psa, który jak się okazało, tylko się zabłąkał, i zaprosiłem ją na pizzę. W dziewięciu wypadkach na dziesięć mój urok mrocznego typa połączony z autorytetem policyjnej blachy działał jak należy. Ona jednak roześmiała się głośno i odpowiedziała:

– Jestem zaręczona i wierna. Ale mogłabym cię przedstawić jednej mojej ślicznej przyjaciółce, która lubi takich mrocznych macho jak ty. Jeśli wpadniesz do mnie jutro wieczorem…

Mieszkała w luksusowym apartamencie w Vigna Clara, jednej z lepszych dzielnic Rzymu. Mieszkanie na trzecim piętrze, okna wychodzące na spokojny placyk: drzewa, świeże powietrze, żadnych hałasów. Płacili za nie rodzice mieszkający w Palermo, by ich córka mogła studiować w Rzymie. Jej przyjaciółka Camilla była całkiem niezła, choć także lekko snobistyczna. Ale dwanaście lat wcześniej, po utracie jedynej kobiety, która naprawdę coś dla mnie znaczyła, postanowiłem, że od tej pory będę się zadowalał poszczególnymi przymiotami u innych. W wieku trzydziestu dwóch lat udawało mi się odnaleźć przynajmniej jeden pozytywny szczegół u każdej ładnej laski, która mi się trafiała. Naturalnie już dawno odkryłem, że „szczegół” u kobiety odkrywa się poprzez seks. Kiedy gesty, spojrzenia, słowa i westchnienia stają się nieomal prawdziwe.

Jednak tego wieczoru nie dało się wiele ugrać. Przyjaciółka Paoli zostawała u niej na noc, nie było więc jak przejść do sedna. Około północy zacząłem szukać wymówki, by się wymknąć. Ja, młody komisarz policji, byłem w tym towarzystwie nadzianej młodzieży z pewnością jedyną osobą, która następnego ranka musiała wstać o szóstej trzydzieści. Zbierałem się już do pożegnania, kiedy pokerzyści weszli do salonu: trzy zbite psy i blondas o błękitnych, nieco błyszczących teraz oczach.

– Paola, twój narzeczony ma obrzydliwe pieprzone szczęście – powiedział adwokat, wraz z innymi żegnając się z panią domu.

Blondyn rozwalił się na fotelu naprzeciwko mnie. Teraz, kiedy już oskubał ich do ostatniego grosza, trzymał w ręku butelkę lagavulina. Nalał sobie szczodrze i widząc moją pustą szklankę, napełnił ją bez pytania. Podniósł swoją jak do toastu. Ubranie, zmierzwione włosy, bokobrody, wszystko to sprawiało, że nie pasował ani do tego miejsca, ani do tej kobiety, mniej więcej tak samo jak ja. Tyle że ja byłem artystą hipokryzji, kameleonem, który w tajnych służbach jako przykrywki używał pogardy. A on był chłopakiem z przedmieścia tak bardzo nie na swoim miejscu, jak to tylko możliwe.

– Za tę wspaniałą whisky. I za tych, którzy ją potrafią docenić – powiedział z zaśpiewem mieszkańca rzymskich peryferii.

Podsunął mi papierosa. Palił obrzydliwe gitanes’y bez filtra, które pozostawiały kawałki tytoniu na języku i smród na wszystkim wokół.

– Bardzo mi smakują – powiedział na zachętę. – Poza tym liczę: nigdy więcej niż dziesięć dziennie.

Nikt w rzymskiej wyższej klasie średniej nie palił takich papierosów. Na topie była marihuana, ale fajki bez filtra trąciły wiochą. Krótko mówiąc, blondas nie należał do tego środowiska, to było oczywiste. Ale pomyślałem, że skoro Paola wybrała tego gościa i jest mu wierna, musi mieć inne ukryte zalety. A jedyne, jakie mogłem sobie wyobrazić, to te, które można zademonstrować w łóżku.

– Wygrałeś to rozdanie? – zapytałem.

Przytaknął, lecz nie okazał żadnego zainteresowania tematem.

– No to naprawdę masz wielkie szczęście. Mogłeś go przebić tylko królem. Na co najmniej dziesięć możliwości…

Nie odpowiedział. Dopiero po dwóch szklankach whisky udało mi się wydobyć z niego, że miał zaledwie dwie dziewiątki.

– Tajemnica zawodowa – powiedział, dając mi do zrozumienia, że wyznaje coś niezwykłej wagi. – Ale adwokat narobił w gacie i spasował.

Kiedy Paola i Camilla plotkowały w kuchni, Angelo zainteresował się moim zawodem.

– Gratulacje, Michele, przynajmniej masz powód, by wstawać codziennie rano.

Pokręciłem głową.

– W rzeczywistości to czysta rutyna. W dzielnicy takiej jak ta jedną z największych przygód było odnalezienie sznaucera twojej narzeczonej.

– Aaa, to ty go znalazłeś. A w zamian… – Z uśmiechem wskazał na kuchnię.

– Cóż, Camilla jest całkiem, całkiem. Szkoda tylko, że na noc zostaje tutaj.

Zastanowił się przez chwilę. Potem zobaczyłem, jak się zrywa, zatacza i biegnie do łazienki, nie zamykając za sobą drzwi. Usłyszałem odgłos wymiotów i jęki. Dziewczyny przybiegły, ja zaraz za nimi. Leżał blady na podłodze, zwymiotował do umywalki.

– Zadzwonię po lekarza. – Paola była zaniepokojona.

– Nie, nie – wyjęczał. – Michele, pomóż mi, proszę. A wy, dziewczyny, idźcie sobie stąd i zaparzcie mi, proszę, czarnej kawy.

Kiedy Paola i Camilla wracały do kuchni, Angelo mrugnął do mnie porozumiewawczo.

– Nie przejmuj się, nic mi nie jest. Ale teraz trzeba je jeszcze trochę postraszyć.

Włożył dwa palce do gardła. Kolejna fala wymiotów. Dziewczyny wróciły do łazienki.

– Dzwonię po lekarza – powiedziała Paola jeszcze bardziej zaniepokojona.

Przybrałem ten sam ton co wtedy, kiedy przyszła zgłosić zaginięcie sznaucera. Zdecydowany, spokojny, dający poczucie bezpieczeństwa. Głos człowieka, który wie, co robi.

– Nie trzeba, najgorsze już minęło. Zajmę się nim.

Jeszcze przez jakiś czas udawał wymioty i jęczał. Z dużym talentem. Potem wziąłem go pod pachę, by zanieść do małżeńskiego łóżka w sypialni Paoli.

– Aleś ty, kurwa, ciężki – powiedziałem, uwalniając się od balastu.

– Musisz się trochę pomęczyć, żeby zasłużyć. – Znów puścił do mnie oko i zaczął słabo jęczeć.

Pojawiły się dziewczyny z kawą. Angelo upił łyk z grymasem obrzydzenia.

– I co robimy? – Dziewczyny, pozostające pod wrażeniem mojej zimnej krwi, oczekiwały instrukcji.

– Niech on zostanie tu na noc – powiedział Angelo, biorąc Paolę za rękę. – Będzie blisko, gdybym poczuł się gorzej.

Bohatersko zaoferowałem gotowość spania na kanapie w salonie razem ze sznaucerem, skoro Camilla zajmowała pokój gościnny. Później, już w nocy, Camilla wyraziła obawę, że sznaucer będzie chrapał i nie pozwoli mi zasnąć, zaproponowała mi więc przeniesienie się do jej łóżka.

W taki sposób zawarłem znajomość z Angelem Dioguardim.

Komisariat w Vigna Clara był miejscem równie emocjonującym jak pijalnia wód w uzdrowisku. W dzielnicy zasiedlonej przez rzymską klasę średnią życie policjanta upływało spokojnie jak na emeryturze. Porządne ulice, piękne domy, dużo zieleni, ludzie legitymujący się papierkiem wyższej uczelni i materialnym sukcesem osiągniętym wszelakimi sposobami, zgodnymi z prawem i nie całkiem legalnymi. Włosi, a zwłaszcza mieszkańcy Rzymu, na fali powojennego dążenia do dobrobytu za wszelką cenę nauczyli się do perfekcji, jak dokonywać oszustw podatkowych, dawać łapówki i dobrze ustawiać przetargi.

Pracowałem tam już dwa lata dzięki mojemu bratu Albertowi i jego znajomościom w kręgach chrześcijańskich demokratów.

– Potraktuj to jako rekonwalescencję, Mike – pocieszał mnie na początku. – Jako parę lat urlopu na odzyskanie równowagi i przemyślenie, co chcesz dalej zrobić ze swoim życiem. Na dogadanie się z samym sobą.

Jakby się dało ot tak wymazać trzydzieści dwa burzliwe lata życia jego młodszego brata. Lecz Alberto zawsze był taki. Pełen optymizmu, niezwykle inteligentny, tryskający energią. Łudząco podobny w tym do tatusia, który po drugiej wojnie światowej wyjechał z Palermo do Trypolisu. Sycylijczyk z ubogiej rodziny, któremu udało się skończyć studia inżynieryjne w Rzymie, stał się bogatym przedsiębiorcą w Libii i jak niewielu potrafił żeglować po mętnych wodach włoskiej polityki, oddając jej konieczne minimum i wykorzystując ją, kiedy tylko miał po temu interes. Tatuś z przekonania i dla zysku gotów był stać się bardziej katolicki od papieża, ożenić się z córką największego włoskiego posiadacza ziemskiego w Libii po to, by znaleźć się od razu we właściwych kręgach, i lewą ręką robić interesy z Żydami, prawą – z Arabami, a z ludźmi Zachodu – obiema.

Alberto przypominał ojca, jeśli chodzi o zdolności, jednak był nieporównywalnie lepszym człowiekiem: wrażliwym, zrównoważonym, wielkodusznym i sprawiedliwym. Tak czy inaczej był synem doskonałym. Mnie zaś przypadła rola tego, który od dziecka niechętnie chodził do szkoły prowadzonej przez zgromadzenie Braci w Chrystusie i całymi godzinami wystawał z wiatrówką marki Diana 50, strzelając ze stu metrów do gołębi. Tego, który przechodził z klasy do klasy tylko dlatego, że inżynier Balistreri był naprawdę grubą rybą.

Moje niespokojne dzieciństwo, upływające między księdzem o zbyt długich rękach i unikaniem służenia do mszy a bójkami z włoskimi i arabskimi rówieśnikami, przeszło w młodość: samotną, burzliwą i pełną wściekłości. Dojrzewałem, karmiąc się Homerem, Nietzschem i wczesnym Mussolinim. Żadnych kalkulacji, żadnych kompromisów: tylko honor, działanie, odwaga. Ścieżka życia od razu naznaczona śladami krwi: mając siedemnaście lat, zostawiłem za sobą pierwszych zabitych w Kairze wstrząsanym wydarzeniami wojny sześciodniowej, mając lat osiemnaście, zabiłem swojego pierwszego lwa. W wieku lat dwudziestu spiskowałem przeciwko Kaddafiemu, który właśnie doszedł do władzy, i uzurpowałem sobie prawo decydowania o karze śmierci dla zdrajców.

Potem był Rzym i uniwersytet. Zacząłem studia w 1970 roku. Nawet udało mi się zdać parę egzaminów. Z biegiem czasu w naturalny sposób przeszedłem od Ruchu Społecznego1 do radykalnego skrzydła pozaparlamentarnej prawicy zwanego Ordine nuovo, Nowy Porządek, pieczętującego się dwusiecznym toporem i wziętym od SS hasłem „Mój honor to wierność”. Trzy lata upłynęły mi na bójkach z czerwonymi, rozklejaniu plakatów po nocy i płomiennych zebraniach w dzień. Potem w 1973 roku chadecki minister zdelegalizował Ordine nuovo i nakazał aresztowanie jego przywódców. To była głupota, która zostawiła na pastwę losu dziesiątki młodzików, po części zbyt młodych i naiwnych, by dostrzec granicę między walką a zatraceniem. Podczas gdy wielu z moich przyjaciół opowiadało się za walką zbrojną i zabijaniem wrogów, ja zatrzymałem się, by pomyśleć. Zrozumiałem, że moi towarzysze właśnie przechodzą do etapu zamachów bombowych przeciwko zwykłym ludziom, do współpracy ze zwyczajnymi kryminalistami, do zdrady naszych wspólnych ideałów – i zgodziłem się pomóc służbom specjalnym zablokować te inicjatywy. Przez cztery lata byłem agentem tajnych służb i wciąż mogłem zachowywać przynajmniej pozory przekonania, że jestem po stronie tych dobrych, którzy starają się zapobiec rzezi niewiniątek. Jednak później, w 1978 roku, Czerwone Brygady porwały Alda Moro i prawicowa przestępczość złączyła się z lewicowym terroryzmem. Dostarczane informacje zignorowano, Aldo Moro zginął, ja zaprotestowałem i zostałem spalony. W tej sytuacji mogłem protestować bardziej i skończyć w betonowych kamaszach na dnie morza albo wyrzec się chęci zmieniania świata i poprosić brata o pomoc.

Właśnie on, inżynier Alberto Balistreri, odciągnął mnie od skraju przepaści. Minister spraw wewnętrznych winien był mu przysługę, ja przy odrobinie cudzej pomocy do zdanych na początku lat siedemdziesiątych egzaminów dołączyłem brakującą resztę i ukończyłem filozofię. Potem przyjęli mnie do policji i pozwolili wygrać konkurs na komisarza. I tak w roku 1980 otrzymałem swoją pierwszą posadę właśnie tu, w Vigna Clara, jednej z najspokojniejszych dzielnic Rzymu.

Jednak nocami chciałem uwolnić się od tego ociekającego fałszem Rzymu i trzymałem się z dala od bogatych dzielnic i jeszcze gorszego historycznego centrum, gdzie degrengolada miasta biła po oczach. Wynająłem kawalerkę w robotniczej dzielnicy wybudowanej przez Mussoliniego, Garbatelli, gdzie nieruchomości były tanie, a prawdziwi rzymianie cieszyli się wiosenną pogodą przy stolikach wystawionych przed knajpkami podającymi najlepsze w mieście jedzenie i wino.

I oddawałem się ostatniej prawdziwej życiowej pasji, jaka mi została. Kobietom. Wszystkim kobietom, każdego typu, koloru skóry, wieku, byle były piękne i nie marnowały mojego czasu na zwyczajowe preambuły. Byłem zachłanny, nie szukałem przyjaźni, porozumienia, schronienia. Wszystkie historie trwały tak krótko, że nawet nie starałem się zapamiętywać imion. Pragnąłem tylko poznawać ich jak najwięcej, co dla młodego, przystojnego funkcjonariusza policji nie było szczególnie trudne. Michele Balistreri uznawał tylko to co tu i teraz. Żadnych żalów, rozpamiętywań, wyrzutów sumienia. Należałem do wybranych, do tych, których świat nie rozumiał i osąd świata nie obchodził. Ani też osąd Boga.

To co słyszałem od Alberta, powtarzałem sobie: że to tylko czas na przemyślenie, odrobina odpoczynku, powolnego płynięcia z prądem po spokojnej rzece. Po burzliwych latach, które przeżyłem, tego mi właśnie było trzeba. Samotności rozcieńczonej banalną pracą, dobrym jedzeniem, częstym dymaniem, grą w pokera, brakiem trosk. Kruchej równowagi pomiędzy rozrywką a nudą. Żadnych emocjonalnych więzów: miłość to była ziemia, na którą spadł słony deszcz i przeobraził ją w pustynię.

Ale nieustannie powtarzałem sobie, że jak tylko to będzie możliwe, ruszę dalej w drogę. Za nic w świecie nie zostanę starym, zramolałym gliną zamkniętym w swoim biurze, służącym tchórzliwemu, zepsutemu państwu. Raczej wrócę do Afryki, żeby polować na lwy i tygrysy, ucieknę daleko od tej burżuazyjnej, fałszywej, bigoteryjnej Italii. Daleko od tego, czym gardziłem. Daleko od wszystkich moich klęsk.

Kilka dni po naszym pierwszym spotkaniu Dioguardi bez problemów zgodził się zagrać w pokera ze mną i dwoma kolegami z policji. Dziwna rzecz, przecież poznaliśmy się dopiero co. Sam nigdy bym się nie odważył wyłożyć na stół własnych pieniędzy przy trzech obcych ludziach, na dodatek dobrze się ze sobą znających. Ale jak jeszcze miałem się okazję przekonać, Dioguardi był moim przeciwieństwem w wielu sprawach, a jedną z nich była właśnie wiara w bliźniego.

Zjedliśmy kolację i graliśmy aż do drugiej w nocy na zapleczu baru położonego w pobliżu piazza di Spagna. W mniej niż pół godziny uświadomiłem sobie, że gość jest poza wszelką konkurencją. Miał wszystko: technikę, wyobraźnię, brawurę. W dwie godziny wygrał bardzo wiele. W ciągu ostatniej stracił ponad połowę z tego, co wygrał.

– Specjalnie zacząłeś przegrywać – powiedziałem, kiedy moi dwaj koledzy już sobie poszli.

Z zawstydzeniem pokręcił głową.

– Zrobiłem tylko parę eksperymentów, żeby się doskonalić w grze. Robię tak, kiedy dużo wygrywam.

– Jak podczas rozgrywek towarzyskich z amatorami…

Uśmiechnął się. Wyznał mi, że grywa rzadko i tylko z bogatymi gnojkami. Wygrywa kolosalne sumy z niejakim wstydem i nigdy się tym nie chwali. Wygrane, jak miałem odkryć później, przeznaczał na dobroczynność, swoje słynne pokerowe blefy traktował tak, jakby były małymi oszustwami. Czymś, czym przy jego katolickiej moralności nie wypada się chwalić.

Przeszliśmy do sali barowej po brzegi wypełnionej ludźmi. Grupka młodzieży śpiewała przy akompaniamencie pianina pod przewodem ślicznej ciemnoskórej śpiewaczki, która gdy tylko go zobaczyła, zawołała:

– Angelo, Angelo, chodź do nas!

Próbował się wymigać, ale nalegała. Wreszcie podszedł do dziewczyny, a ona przyssała się wargami do jego ust. Zobaczyłem, że Angelo się czerwieni i cofa. Potem dziewczyna podniosła jego rękę, jakby właśnie wygrał walkę bokserską, i zwróciła się do publiczności:

– To mój przyjaciel Angelo, najlepszy spośród nieznanych śpiewaków Rzymu. Zaśpiewa dla nas.

Również w tej dziedzinie okazał się bezkonkurencyjny. Śpiewał wszystko, czego zażądała publiczność, a na końcu wykonał My Way niemal na poziomie Sinatry. Zakończywszy swe wokalne wyczyny, przedstawił mnie śpiewaczce i zostawił nas samych na tyle czasu, ile potrzebowałem, by dostać jej numer telefonu. Już wiedział, jaki jestem.

Wyszliśmy z lokalu po trzeciej.

– Michele, jeśli masz jeszcze siłę, pojedziemy do Ostii.

– Do Ostii? Jest styczeń, co niby mielibyśmy robić nad morzem?

– Tam jest taka mała piekarenka. O szóstej wychodzą z pieca najlepsze rogaliki w Rzymie i okolicy.

Miał chęć porozmawiać. Ja też. Naprawdę dziwne, bo moje pragnienie podtrzymywania kontaktów towarzyskich z płcią męską z biegiem lat uległo niemal całkowitej atrofii. Pojechaliśmy jego rozklekotanym cinquecento i pół godziny później zaparkowaliśmy nad morzem. Noc była gwiezdna, zimna, ale bezwietrzna. Opuściliśmy szyby, żeby zapalić. Morze było gładkie jak stół, czuliśmy jego zapach i lekki szmer fal parę metrów od nas. Wokół nie było żywej duszy.

Angelo w przeciwieństwie do mnie chętnie mówił o sobie. Urodził się w biednej rzymskiej rodzinie. Chłopak z przedmieść, syn śpiewaka z traktierni i wróżki przepowiadającej przyszłość. Dwojga artystów bez grosza przy duszy, którzy pod koniec życia przeprowadzili się na wieś. Według aktualnie obowiązujących kryteriów społecznych: ludzi przegranych. Oboje zmarli na marskość wątroby, kiedy Angelo był jeszcze nastolatkiem. Twierdził jednak, że zawdzięcza im bardzo wiele. Po tacie śpiewaku miał głos, po mamie wróżce – zdolność blefowania i improwizowania.

Z czasem zdobył dwie rzeczy: Paolę, bogatą narzeczoną, która za nim szalała – mieli się pobrać w następnym roku – oraz niewielką działalność w branży nieruchomości, co zawdzięczał jej stryjowi. Kardynał Alessandrini, mężczyzna tuż po pięćdziesiątce, zajmował się znajdowaniem mieszkań dla księży i zakonnic, którzy w Rzymie studiowali albo jedynie przyjeżdżali tu na krótki czas z pielgrzymką czy w innych sprawach. Zarządzanie setkami pokoi gościnnych w klasztorach, pensjonatach i mieszkaniach należących do Watykanu oddano w ręce Angela Dioguardiego, ponieważ był dobrym katolikiem, chociaż rzucił szkoły. I oczywiście dlatego, że był narzeczonym bratanicy kardynała. Tej biurowej aktywności, do której ewidentnie nie był stworzony, poświęcał się z oddaniem i energią. Czyli dokładnie odwrotnie niż ja traktowałem swoją pracę. Również w kwestii kobiet byliśmy przeciwieństwami. Znał mnóstwo dziewczyn, ale niezachwiana wierność nie pozwalała mu na żadne wyskoki. W miłości był idealistą szukającym związku jedynego i doskonałego. Ta jego postawa okazała się z czasem czymś wymarzonym dla mnie, wiecznego łowcy: on przyciągał dziewczyny, ja stawiałem kropkę nad „i”.

– Naprawdę jesteś bezwzględnie wierny Paoli?

W odpowiedzi oczekiwałem panegiryku na cześć miłości, lecz Angelo mnie zaskoczył.

– Jest piękna, dobra, inteligentna, bogata, jej stryj kardynał daje mi pracę. Ja jestem wygłodniałym biedakiem, który nie skończył liceum. Mogę być jedynie wdzięczny, nie mam prawa nawet pomyśleć o innej kobiecie.

Świt zastał nas w tym samym miejscu. Wyszliśmy, by rozprostować nogi, zza rolet jeszcze zamkniętej piekarni sączyło się światło i dobiegał do nas wspaniały zapach pieczonego ciasta. Wyciągnąłem papierosa z drugiej paczki. Jemu się już skończyły, zaproponowałem mu swoje.

– Dzięki, Michele, ale nie. Jedna paczka gitanes’ów na dwa dni. Ani jednego więcej.

– Zanadto się kontrolujesz, Angelo, od czasu do czasu powinieneś dać sobie trochę luzu.

Przeciągnął rękami po jak zwykle zmierzwionych włosach. Spojrzał na mnie i wskazał na morze.

– Masz ochotę popływać?

– Oszalałeś? O świcie? W styczniu?

– Kiedy już wejdziesz do wody, nie czujesz zimna. A potem masz doskonały apetyt.

Właśnie tak powiedział: doskonały apetyt. Włączył reflektory samochodu, żeby oświetliły parę metrów plaży, która dzieliła nas od morza. Minutę później był w samych majtkach.

– No rusz się, Michele, powinieneś dać sobie trochę luzu – powiedział.

Potem wziął rozbieg i wskoczył do wody. W świetle reflektorów widziałem, z jaką energią pływa.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Z pewnością coś, czego nie doświadczałem od wielu lat. Minutę później byłem w wodzie. Zimno zatykało mnie, ale im dłużej płynąłem, tym większą odczuwałem radość: zapomnianą, bezczelną, nieodpartą, która brała w posiadanie całe moje ciało.

A gorące rogaliki z kremowym nadzieniem były godnym zakończeniem nocy.

I tak otozacząłem poznawać go lepiej. Pod obliczem czułego, pogodnego aniołka skrywało się przedwcześnie osierocone serce, które szukało stałego, pewnego portu. Tym były dla niego praca i miłość. Żadnych dziwnych ambicji, żadnych przygód. Uregulowane życie. Nigdy więcej niż dziesięć gitanes’ów dziennie, nigdy ponad dwie szklaneczki whisky. Żeby zachować jasny umysł podczas gry w pokera. Za każdym razem gdy wchodziliśmy do jakiegoś klubu muzycznego, co w ciągu kolejnych miesięcy zdarzało się nam bardzo często, powtarzała się ta sama scena. Solistka rozpoznawała Angela i zapraszała go do mikrofonu. Śpiewaczki próbowały go poderwać, ale był niewzruszony. W tej kwestii był moim przeciwieństwem albo może był taki, jaki ja mógłbym być, ale z różnych względów nie byłem. Krótko mówiąc, Angelo był nieskazitelny.

Co do pokera, Angelo ustanowił między nami żelazne reguły. Ograniczone stałe stawki, a na koniec wieczoru pula dzielona proporcjonalnie do liczby żetonów, które każdy miał przed sobą. Niemal zawsze wygrywał, a jeśli już z rzadka przegrywał, byłem przekonany, że robił to celowo, jak podczas naszej pierwszej partii. Na początku graliśmy z moim bratem Albertem i jego kolegą, też inżynierem. Próbowali namówić Angela, by wykorzystał ich wysokie pensje i posiadane akcje do rozbicia banku w kasynie, ale Angelo, wierny swojej katolickiej moralności, nie chciał o tym słyszeć.

Widywaliśmy się niemal każdego wieczoru. Standardowy schemat zakładał pizzę we czworo (ja, Angelo, Paola i moja dziewczyna dnia). Potem krótki spacer wśród wesołych lunatyków na Zatybrzu. Zatrzymywaliśmy się na bajecznie pięknym placu przed bazyliką Santa Maria in Trastevere na ostatnie piwo i papierosa. Wreszcie dwa możliwe scenariusze: albo zostawiałem ich dwoje i odchodziłem z moją aktualną dziewczyną, albo za pozwoleniem Paoli żegnaliśmy dziewczyny i jechaliśmy pokręcić się po Rzymie moją alfą duetto albo jego fiatem cinquecento. To zwykle zdarzało się wtedy, kiedy moja towarzyszka nie intrygowała mnie aż tak bardzo, bym miał ochotę na spędzenie z nią całej nocy. Jeździliśmy wtedy samochodem i gadaliśmy. Przez całe długie, chłodne zimowe noce, przy opuszczonych szybach, by pozbyć się kłębów papierosowego dymu. W ciepłe wiosenne noce, kiedy mordowaliśmy pierwsze komary. Tematy naszych rozmów rozciągały się od banałów o sporcie i polityce do głębszych egzystencjalnych problemów. Mimo że Angelo przerwał naukę, był bardzo sprawnym dyskutantem, potrafił argumentować i bronić swojej chrześcijańskiej wizji świata rozdartego między dobrem a złem.

W ciągu tych nocy, magicznych i metafizycznych, które bez żadnego oczywistego powodu wypełniały czas naszego życia, staliśmy się nierozłącznymi towarzyszami.

Maj 1982

Biuro Angela znajdowało się w tym samym miejscu, gdzie mieszkał kardynał Alessandrini. Cały kompleks składał się z dwóch bliźniaczych trzypiętrowych budynków otoczonych parkiem i mieścił się na posesji przy via della Camilluccia, w jednej z najbardziej zielonych dzielnic mieszkalnych Rzymu. Alessandrini zajmował trzecie piętro jednego budynku, dwa pozostałe pozostawiając Dioguardiemu na biura. Na drugim piętrze mieściła się część administracyjna, pierwsze zaś było otwarte dla klientów, to znaczy dla księży i zakonnic szukających zakwaterowania w Rzymie.

Odwiedziłem go tam którejś soboty na początku maja, miałem akurat wolne. Wspaniałe przedpołudnie, czyste niebo, coraz gorętsze słońce. Starą alfą romeo duetto jechałem przez historyczne centrum, w którym tłoczyli się już zwiedzający. Od czasu do czasu zatrzymywałem się, by z podziwem popatrzeć na jedną czy drugą młodą turystkę. Koloseum: Niemka, blondynka, wielkie cycki i napis „Über alles” na T-shircie. Piazza di Spagna: Amerykanki w szortach siedzące na Schodach Hiszpańskich. Piazza del Popolo: bary pełne ludzi i dwie zachwycające Japonki fotografujące się nawzajem. W końcu wjechałem na Monte Mario i dotarłem na via della Camilluccia. Wielka zielona brama zamykała drogę do parku, w którym wznosiły się dwa budynki przedzielone wielką fontanną, kortem tenisowym i basenem. Rajski zakątek pozwalający jego uprzywilejowanym mieszkańcom żyć na uboczu i patrzeć z góry na wspaniałe, chaotyczne miasto, na kotłowaninę ludzi i ruchu ulicznego.

Podjechałem do bramy. Z portierni wyszła ponura kobieta około sześćdziesiątki. Podejrzliwie zmierzyła mnie wzrokiem, nie potrafiła ustalić, czy jestem wędrownym sprzedawcą encyklopedii, czy może chłopcem na posyłki któregoś z miejscowych bogaczy. Odwzajemniłem się jednym z moich ponurych spojrzeń, mam to z natury.

– Pan do kogo? – zapytała opryskliwie z południowym akcentem.

– Jestem przyjacielem Angela Dioguardiego.

– Musi pan zaparkować na zewnątrz, w środku jest miejsce tylko dla mieszkańców.

Zauważyła moje zdziwione spojrzenie błądzące po ogromnych przestrzeniach parku, gdzie stało tylko kilka samochodów, a między nimi wspaniały aston martin, zdezelowane cinquecento Angela i lśniący w słońcu motocykl harley-davidson panhead.

– Pan hrabia nie chce widzieć obcych samochodów za bramą. A gdyby to od niego zależało, obcy nie mieliby tu w ogóle wstępu – dodała kobieta z nutą dezaprobaty odnoszącej się nie wiadomo do kogo: do hrabiego czy do obcych.

Szczęśliwym trafem zaparkowanie na tej pełnej zieleni, spokojnej ulicy nie stanowiło problemu. Wszyscy mieszkańcy mieli swoje garaże, nie było tu ani sklepów, ani restauracji. Tylko drzewa, wypielęgnowane trawniki i filipińskie opiekunki pchające wózki z dziećmi bogatych rodziców, którzy pili właśnie kawę na piazza Navona albo na polach golfowych.

– Pójdzie w głąb parku, obejdzie basen i kort tenisowy, aż do budynku B. Widać stąd jego taras, niech się nie zgubi – wyjaśniła mi, jakbym był przygłupim dzieciakiem.

Przechodząc obok budynku A, położonego bliżej bramy wejściowej, poczułem się obserwowany. Spojrzałem w górę. Coś błysnęło na tarasie trzeciego piętra. Ktoś stamtąd przyglądał się obcemu przez lornetkę. Zatrzymałem się, podziwiając astona martina zaparkowanego przed wejściem do budynku. Harley stał obok. Obszedłem fontannę i ruszyłem w alejki pomiędzy kortem a basenem. Wysokie drzewa zasłaniały mi widok na budynek, który widziałem ze stróżówki.

Natknąłem się na chudego, pełnego energii młodzieńca. Gęste rude loki, niebieskie oczy, piegi, niewiele ponad dwadzieścia lat. I sutanna.

– Pan zagubiony?

– Nie wiem, mam się spotkać z Angelem Dioguardim w budynku B.

– Pan nie ksiądz. – Zaśmiał się z własnego żartu i ciągnął koszmarną włoszczyzną: – Pan wie, do Angelo tylko księża i siostry. Ja jestem ksiądz Paul, assistantkardynała Alessandriniego.

Zaprowadził mnie do budynku B.

– Angelo drugie piętro. Call me, jeśli kiedyś pan księdzem.

Naprawdę, jak na pierwsze spotkanie był za bardzo dowcipny. W locie rozpoznawałem maski nakładane na brak pewności siebie. Maska księdza Paula była tragicznie wybrakowana.

Wszedłem po schodach. Kiedy byłem na pierwszym piętrze, z jakiegoś pomieszczenia wyszła dziewczyna o ciele bogini. Miała na sobie długi biały fartuch podobny do tych, które noszą pielęgniarki, a ja natychmiast poczułem się gotowy, by poważnie zachorować. Ten rodzaj mundurka próbował zamaskować jej kształty, ale nie istniało ubranie zdolne zakryć takie krągłości.

Stała bez ruchu, ze spuszczonymi oczyma.

– Proszę – powiedziała, zatrzymując się, by mnie przepuścić. Miała ciepły, dziecinny głos i pełen skrępowania uśmiech. W ramionach trzymała stos skoroszytów.

– Może pani pomogę?

Wciąż unikała mojego spojrzenia. Zawstydzona pokręciła przecząco głową. Jeden ze skoroszytów upadł na ziemię. Kiedy schylałem się, by go podnieść, poczułem zapach mydełka.

– Naprawdę bardzo przepraszam – powiedziała bez sensu.

Nie udało mi się jej przekonać, żeby pozwoliła mi ponieść te papierzyska, i razem weszliśmy na drugie piętro. Podprowadziła mnie do niewielkiego przejścia, za którym ciągnął się długi korytarz z wieloma drzwiami.

– Pan Dioguardi jest w ostatnim pokoju – powiedziała, nie patrząc na mnie, i znikła w pierwszym pokoju przy wejściu.

Zastałem Angela siedzącego za biurkiem, zasypanego stertami papierów, segregatorami, przeróżnymi skoroszytami. Na ścianie za plecami miał wielkie zdjęcie papieża. Ujrzenie go w takiej zupełnie nowej i niezwyczajnej sytuacji rozbawiło mnie. Jego całkowita niezdolność do zachowania porządku w kontekście wykonywanej przez niego pracy sprawiała, że wyglądał groteskowo.

– Wiem, wiem, Michele, twój brat Alberto jest stworzony do siedzenia za biurkiem, a ja jestem tylko śmieszny. Do tego robię diabelny bałagan i zamieszanie w pracy, która wymaga zdolności organizacyjnych.

– Ale coś mi się zdaje, że masz wartościowych pomocników. – Wskazałem na korytarz.

Roześmiał się.

– Już wypatrzyłeś Elisę?

– Jeśli ci chodzi o to bóstwo, które zatrudniasz do dźwigania skoroszytów…

Wyjaśnił mi, że Elisa pracuje tu od dwóch miesięcy jako weekendowa pomoc, ponieważ chodzi jeszcze do szkoły i w czerwcu ma zdawać egzamin na księgową. Miała zaledwie osiemnaście lat.

– A jakim cudem trafia do ciebie taka manna z nieba?

– A to przez kardynała Alessandriniego, stryja Paoli. Rekomendował mu ją nasz szlachetnie urodzony sąsiad, hrabia Tommaso dei Banchi di Aglieno, skądinąd senator Republiki. Kardynał i hrabia często wyświadczają sobie nawzajem przysługi, choć politycznie i moralnie są po przeciwnych stronach barykady: katolicki demokrata i antyklerykalny zwolennik władzy absolutnej.

– Prawdę mówiąc, przysługę wyświadczyli tobie, Angelo! Trochę jeszcze młoda, ale wiesz, że ja się nie cofam przed wyzwaniami.

Z uśmiechem pokręcił głową.

– To nie twój typ, Michele.

– A to dlaczego?

– Jest odrobinę niezdarna, przeraźliwie nieśmiała, a poza tym to arcypobożna katoliczka jak ja, taka, co to wierzy na serio.

– To tak o mnie myślisz, Angelo Dioguardi? Że jestem tylko kolekcjonerem łatwego bzykanka z luksusowymi dziwkami? – powiedziałem z kiepsko udawanym świętym oburzeniem.

Oczekiwałem, że się roześmieje, tymczasem ze zdumieniem ujrzałem rozpaczliwy grymas na jego twarzy. Dopiero dźwięk skoroszytów padających mi na plecy uświadomił mi rozmiar nieszczęścia. Angelo, cały czerwony na twarzy, wstał, żeby pomóc dziewczynie pozbierać je z podłogi. Ja się odwróciłem, przywołując na twarz najlepszy z moich kretyńskich uśmiechów. Patrzyły na mnie przerażone oczy Elisy. Nie posiadając czapki niewidki, natychmiast postanowiłem odwiedzić toaletę, gdzie pozostałem przez dłuższą chwilę, złorzecząc sobie w myślach. Twarz, którą widziałem w lustrze, należała do wulgarnego idioty, który właśnie popełnił idiotyczną gafę.

Wróciłem do Angela, upewniwszy się, że Elisa już od niego wyszła. Przywitał mnie sardonicznym grymasem, który mnie wkurzył.

– A ty czego się śmiejesz, imbecylu? Nie mogłeś mnie ostrzec?

– Próbowałem, Michele. Za to teraz Elisa już ma pojęcie, co z ciebie za ziółko. Ale kto wie, a nuż dostanie udaru i wszystko zapomni, masz ciągle szanse…

Skończyło się na tym, że zamknęliśmy drzwi, żeby wypić piwo i zamienić dwa słowa. Nigdzie nie było popielniczki, Angelo nie palił w biurze. Użyłem kosza na papiery. Angelo pokazał mi, na czym polega jego praca. Watykan przysyłał plan przyjazdów. Trzej stali pracownicy umieszczali księży i zakonnice, oczywiście oddzielnie, w domach, gdzie były wolne miejsca. On zajmował się ustaleniami z klasztorami i konwiktami. No i sytuacjami nadzwyczajnymi, jak na przykład przyjazd niezapowiedzianych gości. Był zawsze do dyspozycji, w każdej chwili. Dlatego potrzebował dodatkowej pomocy w soboty, a w krytycznych sytuacjach także w niedziele. Ową pomocą była Elisa Sordi mająca wkrótce zostać dyplomowaną księgową.

– A więc w soboty jesteś tu z nią sam na sam. Jak ty to robisz, że potrafisz się oprzeć pokusie?

– Nie ma się specjalnie czemu opierać. Już ci mówiłem, że Elisa to brama zamknięta na klucz. A tak naprawdę chodzi o to, że masz problem z moją wiernością wobec Paoli i poczułbyś się lepiej, gdybym od czasu do czasu skoczył w bok.

To nie była prawda. Nie zazdrościłem mu jego samokontroli. Sam musiałem bardzo ciężko pracować nad samokontrolą i to, że żyję, zawdzięczam temu, że nauczyłem się jej na własnej skórze, szczęśliwie jeszcze zanim ktoś zdążył mnie zabić. Ale samokontroli w dziedzinie seksu zupełnie nie rozumiałem, była dla mnie jak miętowy cukierek służący do przykrycia nieprzyjemnego zapachu z ust. I chciałem, by mój serdeczny przyjaciel widział to tak samo jak ja: narzucona sobie wierność jest wyrzeczeniem się życia. A to zaiste grzech śmiertelny.

O pierwszej trzydzieści Elisa zapukała do drzwi. Zajrzała tylko do środka, starając się na mnie nie patrzeć.

– Chciałabym wyjść, żeby coś zjeść.

Prośba była zupełnie nie z tych czasów, prawie jak pytanie o pozwolenie pójścia do łazienki. Wyjrzałem za okno, by zobaczyć, jak wychodzi. Przy wejściu do budynku B czekał na nią jakiś chłopak.

– A mówiłeś, że to święta… – powiedziałem do Angela nieco stropiony.

– No kurwa, Michele, na dodatek jesteś zazdrosny! Valerio Bona smali do niej cholewki od bardzo dawna. Poza tym to nie nasza sprawa.

Wyjrzałem raz jeszcze za okno. Bogini oddalała się ze swoim rówieśnikiem – niskim, chudym, w okularach. Prawdziwy absurd, niedopuszczalne marnotrawstwo. Na dodatek wyglądał, jakby się słaniał z głodu. Ona zdjęła biały fartuch. Ubrana była skromnie i prosto: nieprzylegające do ciała spodnie i przewiązana w talii bluzka, która jeszcze bardziej podkreślała wspaniałe pośladki.

Z taką byłoby jeszcze przyjemniej.

Obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by naprawić swoją gafę. W końcu to było dopiero nasze pierwsze spotkanie.

Przed wyjściem na obiad Angelo musiał jeszcze poinformować kardynała Alessandriniego o paru sprawach.

– Chodź ze mną, Michele, będzie zadowolony. Znajomość z policjantem zawsze może się przydać – zażartował.

Mieszkanie duchownego było ogromne: przestronny salon, dużo pokoi, kilka łazienek. I górujący nad parkiem wielki taras, z którego widać było bramę wjazdową do całego kompleksu i portiernię. Salon był pełen młodych księży i zakonnic – samych ciemnoskórych – którzy rozmawiali ze sobą po francusku. Coś w rodzaju katolickiego hostelu dla młodzieży, tyle że luksusowego.

– Musimy ich gdzieś porozmieszczać, mieli wyjechać dziś rano, ale w ich kraju właśnie nastąpił zamach stanu i zamknięto lotnisko – wyjaśnił Angelo.

Ubrany po świecku Alessandrini, oprócz nas jedyny biały w tym towarzystwie, chodził między duchowną młodzieżą, częstując wszystkich świeżą lemoniadą z wielkiej karafki. Niski mężczyzna w średnim wieku, od którego biła niezwykła siła. Krótkie siwe włosy kontrastowały z czarnymi oczami, ruchliwymi i inteligentnymi.

Podszedł, z uśmiechem podając mi rękę.

– Pan to zapewne Michele Balistreri. – Potem, zwracając się do Angela, dodał: – Nalejcie sobie lemoniady. Ja zaraz wracam.

Zobaczyłem, że podchodzi do telefonu. Rozmowa była krótka, prowadzona w doskonałej angielszczyźnie.

– Proszę powiedzieć ode mnie Jego Świątobliwości, że z całą pokorą, ale jestem innego zdania. Nie ma przemocy, to bezkrwawy zamach stanu. A że nie są katolikami, to już inna sprawa, ale znajdzie się sposób, by nawiązać dialog.

Wrócił do nas, poprawiając okulary na haczykowatym nosie.

– Aktualne władze watykańskie nie żywią sympatii do komunistów, zupełnie tak jak pan.

Spojrzałem na Angela, lecz przecząco pokręcił głową. Nie, on nie był typem człowieka, który opowiada kardynałowi o moich sprawach. Albo Alessandrini miał zdolność czytania w myślach, albo zasięgnął języka na mój temat, wiedząc, że przyjaźnię się z narzeczonym jego bratanicy. Zresztą miałem to gdzieś.

– Nie sądzę, bym o czymkolwiek myślał tak samo jak watykańskie władze. Nawet o komunistach.

Kardynał zbył milczeniem moją odpowiedź i zaprowadził nas do jedynego kąta w salonie, którego nie zajmowali hałaśliwi Afrykańczycy.

– Eminencjo, mamy problem – powiedział Angelo. – Nie damy rady znaleźć miejsca dla wszystkich w naszych domach, a hotele są przepełnione. Brakuje nam około dwudziestu miejsc do spania.

To był inny niż zwykle Angelo Dioguardi. Nieporadny, niepewny siebie. Kardynał był dla niego zbyt ważny.

Alessandrini się roześmiał.

– Biedaku, nie umiesz rozmnożyć łóżek, jak Pan Jezus rozmnożył chleb! Ale to nie problem. Księża śpią u mnie. Oczywiście musisz gdzieś umieścić siostry, bo nigdy nic nie wiadomo…

– Ale eminencjo! Nawet w tym wielkim mieszkaniu nie wystarczy łóżek. Mówimy o dwudziestu księżach. Gdzie ich umieścić?

Kardynał wskazał na taras.

– Tej nocy na nim spałem, tak było gorąco. A co dopiero oni, przyzwyczajeni do wysokich temperatur. Wysłałem już Paula, żeby przywiózł śpiwory z San Valente.

Angelo odetchnął z ulgą, a kardynał zwrócił się do mnie:

– Pan jest policjantem.

Słyszałem to zdanie wypowiadane na tysiąc sposobów, z przeróżnymi odcieniami, często z ironicznym podtekstem, niekiedy niemal obraźliwie. W tonie Alessandriniego była jedynie ciekawość. Jednocześnie potwierdzał, że wie o mnie wszystko. Do tego kompleksu można było się dostać dopiero po szczegółowej kontroli i bez samochodu.

– Kiedy byłem dzieckiem, chciałem zostać policjantem – wyjaśnił kardynał – ale Pan zechciał, bym służył innemu rodzajowi sprawiedliwości.

Miałem własne dobrze wyrobione zdanie o pełnej konfliktów relacji między sprawiedliwością ziemską a boską. Ale to nie był dobry moment na dyskusję o Nietzschem i ewangeliach. Ten człowiek, jednocześnie potężny i uprzejmy, był godzien podziwu, lecz nie wzbudzał mojej sympatii. Był księdzem, a ja po latach spędzonych w katolickich szkołach wiedziałem, że jego uprzejmość może być tylko popiołem pokrywającym rozżarzone polano. Nauczyłem się nie wierzyć im od małego, od kiedy w piątej klasie podstawówki mojemu koledze wsunięto miękką dłoń w majtki, jednocześnie mówiąc o tym, jak dobry jest Pan.

Czytał mi w myślach.

– Wiem, pan jest niewierzący, może antyklerykalny albo nawet antyreligijny. Widzi pan, ja szanuję sprawiedliwość ziemską, ale widzę również jej tragiczne pomyłki. W tym świecie wymierzanie sprawiedliwości często trafia w niewłaściwe ręce.

Zaczynałem już mieć tego powyżej uszu.

– Gdybyśmy czekali na sprawiedliwość w przyszłym życiu, żylibyśmy, opłakując jedynie własne grzechy. Żal, który zmienia się w skruchę i rozgrzeszenie, jest tylko sposobem na ucieczkę od życia.

Urwałem, widząc ostrzegawcze spojrzenie Angela, ale kardynał nie należał do ludzi obrażających się na niedowiarków, tym bardziej na takiego nic nieznaczącego niedowiarka jak ja.

– Wiem, dottor2 Balistreri, dla pana grzechem jest tylko to, co nazywa się przestępstwem. A karę odbywa się na ziemi, najlepiej w więzieniu. Ale to nie wiara, tylko sprawiedliwość ludzi oświecenia wprawiła w ruch rewolucyjną gilotynę, a głowę pod nią kładli nie tylko winowajcy.

– Podczas gdy inkwizycja, jak rozumiem, nigdy się nie myliła.

– Inkwizycja jest jedną z wielu hańb Kościoła. I w swej istocie należy do porządku sprawiedliwości ziemskiej.

I tak oto odkryłem, że kardynał Alessandrini ma jasne, sprecyzowane poglądy i kiedy trzeba, otwarcie je głosi, nawet gdy nie do końca pokrywają się z opinią innych watykańskich hierarchów.

Wolałbym poczekać na Elisę w biurze Angela. Zdawałem sobie jednak sprawę, że po tym, jak wystrzeliłem z tekstem o łatwym bzykanku i luksusowych dziwkach, lepiej poczekać, aż wino odetchnie. Dałem się więc przekonać, że powinienem towarzyszyć Angelowi do parafii San Valente, by pomóc bratu Paulowi.

Kiedy przechodziliśmy przez park w stronę wyjścia, rzuciłem okiem na drugie piętro. Szeroko otwarte okno było jedynie w pokoju Elisy. Zapaliłem papierosa i znów zobaczyłem błysk na górnym tarasie budynku A.

– Ktoś tam u góry zabawia się lornetką.

Angelo potwierdził.

– To pewnie Manfredi, syn hrabiego Tommasa. Dziwny chłopak, ale na jego miejscu i ja miałbym problemy.

Wydawało się niemożliwe, by istniały jakieś problemy w tym przedsionku nieba. Z własnego doświadczenia jednak dobrze wiedziałem, że rodzinne bogactwo nie uodparnia nas na świat, zwłaszcza gdy jesteśmy nastolatkami.

– A jakie on ma problemy, nie licząc podglądania przechodniów?

– Głównym problemem Manfrediego jest jego ojciec. Hrabia to ważny polityk, przewodzi partii, która chciałaby przywrócić monarchię. Dzięki rodzinnym inwestycjom w Afryce dysponuje ogromnymi środkami materialnymi. Drewno, minerały, hodowla zwierząt.

Ja też miałem ważnego ojca. Zaczynałem rozumieć, jakiego rodzaju problemy ma Manfredi. Chociaż było jeszcze gorzej, zaraz usłyszałem od Angela:

– Hrabia ożenił się z bardzo młodą arystokratką z północnej Europy, Ullą. Miała wtedy ledwie siedemnaście lat. Szybko zaszła w ciążę. Podczas ciąży nie przestawała jeździć konno i płód doznał urazu. Manfredi urodził się z ogromnym naczyniakiem i zajęczą wargą. Ledwie da się na niego patrzeć. Poza tym jest zdrowy, bardzo inteligentny, ale charakter ma wybitnie ciężki. Mnie go po prostu żal, nie wiem, co bym zrobił na jego miejscu.

We mnie potworek z lornetką nie wzbudzał cienia litości.

– Są gorsze rzeczy w życiu, Angelo. Są ludzie, którzy żyją ze znacznie gorszym kalectwem. Nie mogą go po prostu operować?

– Konsultowali się u chirurgów plastycznych z połowy świata. Wszyscy doradzają, by operację przeprowadzić dopiero wtedy, kiedy chłopak przestanie rosnąć. Mam nadzieję, że pewnego dnia…

Do parku wjechał rządowy samochód, zatrzymując się obok astona martina. Jeden z ochroniarzy wysiadł i pospieszył, by otworzyć prawe tylne drzwi auta. Mężczyzna, który wysiadł, wzbudzał odruchowy, pełen szacunku lęk. Z wyglądu czterdziestopięcioletni, mimo panującego upału ubrany był w nienaganny niebieski garnitur w prążki. Wysoki, prosty jak struna, czarne włosy zaczesane do tyłu nad wysokim czołem, zdecydowane rysy twarzy i orli nos, cienkie wąsiki i zadbana niewielka bródka. Nie zaszczycił nas nawet spojrzeniem. Powiedział coś na ucho ochroniarzowi i wszedł w bramę budynku A.

– Bardzo miły sąsiad – skomentowałem.

Angelo się uśmiechnął.

– Hrabia nie jest miłośnikiem kontaktów międzyludzkich, zwłaszcza gdy ktoś nie należy do jego klasy.

Ochroniarz zbliżył się do nas i zwrócił się do niego, wskazując na mnie palcem:

– Ten pan to pański gość?

– Tak – odpowiedział nieco przestraszony Angelo.

– W takim razie proszę przypomnieć swojemu gościowi, że park jest własnością prywatną i obowiązuje w nim zakaz palenia – powiedział oschle i oddalił się.

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Kompleks mieszkalny, w którym nie można nie tylko zaparkować samochodu, ale i palić. W którym podglądają cię z tarasu i czytają twoje dossier. Mogłem sobie bez trudu wyobrazić, jak bardzo trudne życie ma młody Manfredi. Powstrzymałem się od zgaszenia papierosa butem na ziemi, mógłbym jeszcze zostać poszczuty sforą dobermanów albo przeniesiony do jakiegoś komisariatu w zabitej dechami dziurze gdzieś w górach.

Angelo wyjaśnił mi, że hrabia zajmuje budynek A i jest właścicielem całego kompleksu. Kiedy wychodziliśmy przez bramę, przedstawił mi dozorczynię, Ginę Giansanti.

– Następnym razem niech pan pali przed wejściem, młody człowieku – powiedziała.

Nie bardzo wiedziałem, czy to przygana, czy pełen współczucia akt solidarności.

W bramie odwróciłem się jeszcze. Wykonałem ręką dyskretny gest pożegnania w stronę błysku światła na tarasie. Ciao, ciao, Manfredi.

Parafia San Valente znajdowała się kwadrans drogi dalej, przy via Aurelia Antica. W sobotę nie było korków, wiele sklepów pozamykano, a mieszkańcy Rzymu siedzieli właśnie za stołami albo piknikowali w wielkich parkach miejskich. Wjechaliśmy w niewielką alejkę. Zaparkowałem na dzikim trawniku wśród niestrzyżonych żywopłotów i krzewów. Wszystko wyglądało na podupadłe i zostawione samemu sobie. Kościół był mały, bardzo prosty, z wyblakłymi od słońca murami, których od dziesięcioleci nie dotykał żaden tynkarz. Po przeciwnej stronie trawnika stał niewielki biały budynek, a obok samotne drzewko, wyraźnie niedawno zasadzone.

Kilkanaścioro dzieciaków w wieku od dziesięciu do trzynastu lat grało w piłkę, sędziowała im dwudziestoletnia z wyglądu blondynka. Inna dziewczyna sprzątała z długiego stołu ustawionego koło drzewa.

Obeszliśmy trawnik, kierując się do budynku. Wszędzie panował niepodzielnie bałagan. To miejsce wymagało wielkiego nakładu pracy. Wychudzony ksiądz Paul, spocony pod sutanną, targał śpiwory w stronę starego volkswagena garbusa.

– Angelo, my friend – zawołał na nasz widok – twój przyjaciel nowy ksiądz?

Tym razem uśmiechnąłem się do niego, to jego pragnienie nawiązania kontaktu było niemal bolesne. Pomogliśmy mu załadować samochód.

– Food z nami? – zaproponował Paul, kiedy myliśmy ręce w brzydkiej umywalce w równie brzydkiej łazience.

Usiedliśmy pod drzewem. Blondynka przyniosła nam plastikowe naczynia i letnią zupę bez smaku. Potem powiedziała, że idzie pozmywać.

– A dzieci nie pomagają? – zapytał Angelo, od małego przyzwyczajony do gotowania, sprzątania ze stołu i zmywania.

– Difficult, my tylko początek – wyjaśnił Paul. – Wy speak do jakieś dziecko?

– Dzięki, może następnym razem, muszę wracać na komisariat. Mam tylko czas na papierosa, o ile tu wolno palić.

Paul wybuchł śmiechem.

– Ja no smoking, ale nie tak jak hrabia. Tu jest open, kill yourself if you like it.

Otworzyłem drugą dzisiejszego dnia paczkę i zapaliłem. Angelo nie chciał.

– Od dawna w Rzymie? – zapytałem Paula. Uświadomiłem sobie, że opuściłem czasownik, jakby mógł przez to łatwiej zrozumieć pytanie.

– Prawie rok. Jastudy na papieski uniwersytet i help kardynał Alessandrini. When I finish I will go to Africa otwierać sierociniec jak ten.

Potem Paul zadał mi poważne pytanie. Wywnioskowałem to z tego, że użył nawet czasowników:

– Ile lat ty miał, kiedy powołanie na policjant?

Tak właśnie powiedział, powołanie. No pewnie, to słowo księża dobrze znają.

– Nie jestem jeszcze pewien co do mojego powołania. Ale postanowienie powziąłem dwa lata temu.

Zauważyłem, że robi w głowie szybkie obliczenia w związku z moim wiekiem. Musiał uznać, że ma jeszcze kilka lat, by upewnić się co do swojego powołania. Pomyślałem, że w najbliższych latach zobaczy, na jak ciężką próbę zostaną wystawione niektóre z jego najsilniejszych przekonań.

Niedziela, 11 lipca 1982

Od niemal dwóch tygodni nie mogłem zmrużyć oka. Mistrzostwa świata w piłce nożnej, które właśnie dobiegały końca w Hiszpanii, zmieniły rytm życia wszystkich Włochów. Po trudnym początku Argentyna, Brazylia i Polska w niemal niewytłumaczalny sposób uległy włoskiej reprezentacji narodowej. Niezapomniane wieczory pełne radości, po których był jeszcze poker z Angelem, Albertem i innymi przyjaciółmi, kończyły się (przynajmniej w moim przypadku) w łóżku z dziewczyną, za każdym razem inną.

Był dzień finałowego meczu z Niemcami. Cały Rzym ogarnęła biała gorączka w oczekiwaniu na zwycięstwo, wciąż jeszcze tłumiona, ale już gotowa eksplodować. Wszędzie skończyły się trójkolorowe flagi. Kto nie zdążył kupić, wywieszał na balkonie trzy ręczniki w narodowych barwach. Potem w sklepach skończyły się także ręczniki i spóźnieni desperaci przemalowywali prześcieradła.

Nikt nie miał już wątpliwości, że tego wieczoru Italia wygra mundial. Rzym obudził się spokojniejszy niż zwykle pod bezchmurnym niebem. Jakby jego mieszkańcy chcieli zgromadzić maksimum energii na rozegranie finału z Niemcami. Nawet zwyczajowy tłok na plażach był znacznie mniejszy. Ludzie bali się, że w drodze powrotnej utkną w korkach i nie zdążą dopaść do telewizorów punktualnie o ósmej trzydzieści.

Wykorzystałem ten spokój, by posiedzieć w komisariacie i popodpisywać papiery. Nie było tego za wiele, ale chciałem być pewny, że nic mi wieczorem nie uprzykrzy życia. Angelo zadzwonił chwilę przed lunchem, gdy tylko wrócił z Paolą z kościoła.

– Zorganizowałem ci wspaniały wieczór, komisarzu Balistreri.

– Jeśli tak samo organizujesz wieczory, jak trzymasz porządek w biurze, to mam pewne wątpliwości. Ale zobaczymy.

– Wszyscy idziemy do Paoli oglądać mecz, będzie nawet twój brat i jego niemiecka narzeczona, trochę się z niej ponabijamy. W czasie meczu jemy i pijemy. Po meczu Paola i pozostali idą rozrabiać na ulicy…

– Przepraszam, Angelo, a jeśli przegramy?

Z góry znałem odpowiedź.

– Nie ma takiej możliwości, Michele, program tego nie przewiduje w żadnym wypadku.

– No dobrze. Więc wygrywamy i co dalej?

− Potem zostajemy my, Alberto i jeden jego kolega i gramy sobie piękną partyjkę pokera. Kiedy pozostali wrócą z zabawy, możesz się zwinąć z którąś dziewczyną, wszystkie będą miały ochotę jeszcze trochę poświętować.

– No dobrze, Angelo, ale mojej alfy nie zostawię na ulicy w tym całym zamieszaniu. Przyjedź po mnie na komisariat tym twoim gruchotem. Kończę punktualnie o piątej.

– Nie wiem, czy dam radę, dzwonił do mnie ksiądz Paul, ma jakiś mały kłopot i muszę wpaść do biura koło piątej trzydzieści.

– Kurwa, nawet w niedzielę! Masz znaleźć garsonierę temu udawanemu jankeskiemu księdzu?

– Nie bluźnij, Michele. Muszę zajrzeć do kardynała, przyjechali niezapowiedziani goście. Musiałem nawet wezwać Elisę do pracy.

Moja niechęć wobec sytuacji natychmiast zmieniła się w entuzjazm. Nie widziałem bogini od naszego pierwszego spotkania, ale doskonale ją pamiętałem.

– W takim razie pojadę z tobą, przeproszę ją przy okazji za poprzedni raz.

Żartowałem? Mówiłem poważnie? Sam nie wiedziałem.

– Do Elisy na pewno nie wstąpimy, tylko jej będziemy przeszkadzali. Ja muszę jedynie skontrolować razem z kardynałem rozmieszczenie gości.

– Dobrze, to znaczy, że ja sam wpadnę przywitać się z Elisą. Podjedź po mnie o piątej.

Zapowiadał się bardzo interesujący wieczór. Do Paoli zawsze przychodziły ładne niunie z dobrych rodzin, mój idealny cel. Euforia w przypadku wygranej plus mój mroczny urok równa się gwarantowany sukces.

Wyszedłem do baru na placu naprzeciwko komisariatu. Na ulicy kompletna pustka. Za to w środku w klimatyzowanej sali mnóstwo ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, niż gadać o meczu. Zamówiłem kanapkę i piwo, słuchając krzyżujących się wypowiedzi. Żadnych wątpliwości co do zwycięstwa, Niemcy zawsze z nami przegrywali.

– Nawet w czasie wojny daliśmy w dupę szkopom, pieprzonym nazistom! – zawołał jakiś długowłosy gość z wytatuowanym sierpem i młotem na wierzchu brudnej dłoni, stojący wśród innych długowłosych. Przekazywali sobie skręta o niebudzącym wątpliwości zapachu.

Spojrzałem na zegarek, miałem jeszcze trochę czasu. I miałem ochotę to zrobić. Byłem w cywilu, więc wyciągnąłem z kieszeni legitymację. Poczekałem, aż skręt dotrze do ręki wytatuowanego, i podszedłem.

Pokazałem legitymację i wyjąłem mu skręta z ręki.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem stosowania środków odurzających – oznajmiłem.

Popatrzył na mnie w osłupieniu.

– Ale co ty, kurwa, pierdolisz, glino?

– Jak również pod zarzutem znieważenia funkcjonariusza publicznego. Zechce pan udać się ze mną do pobliskiego komisariatu.

Rozmyślnie użyłem policyjno-biurokratycznego języka, którego tak nienawidzili. Długowłosy położył mi brudną rękę na ramieniu.

Właściciel baru, tak jak przewidywałem, wyszedł, by przywołać funkcjonariuszy dyżurujących przy wejściu do komisariatu. Miałem niewiele czasu na to, co zamierzałem zrobić.

– Proszę niezwłocznie zabrać rękę, inaczej będę zmuszony dodać oskarżenie o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza podczas pełnienia obowiązków służbowych – upomniałem go, z trudem powstrzymując śmiech z idiotyzmów, które wypowiadałem.

Ton i terminologia w końcu sprawiły, że zrobił to, co chciałem: popchnął mnie, a ja upadłem na ziemię jak kłoda.

Taka właśnie scena ukazała się oczom moich kolegów, kiedy weszli do baru. Długowłosy nie obejrzy sobie meczu wieczorem, nie w areszcie więzienia Regina Coeli. Miałem zamiar wsadzić go do takiej celi, w której spędzi bardzo nerwową noc.

Wróciłem do komisariatu i wydałem podwładnym instrukcje. Mogli oglądać mecz na odbiorniku, który ze sobą przynieśli. Byli mi bardzo wdzięczni, ale w zamian zażądałem, by w żadnym wypadku nie zawracali mi dupy po dwudziestej. Podkreśliłem raz jeszcze. W żadnym wypadku.

– A jak ktoś wejdzie na dach kamienicy naprzeciwko i będzie chciał z niego skoczyć? – zażartował jeden z policjantów.

– Powiedzcie mu, żeby skakał jutro.

Po tonie zrozumieli, że nie żartuję.

Po czwartej skończyłem całą papierkową robotę, nawet tę całkiem bezużyteczną, i zacząłem rozmyślać o Elisie Sordi, o bogini. Samiuteńkiej w tym biurze w niedzielne popołudnie, w opustoszałym mieście. Miałem pokusę, by nie czekać na Angela i pójść samemu na via della Camilluccia. Ale dziewczyna miała dużo pracy, a po naszym pierwszym nieudanym spotkaniu należało postępować ostrożnie.

Mój pokręcony umysł znalazł rozwiązanie pośrednie. Za dziesięć piąta zatelefonowałem do biura Angela.

Po dwóch dzwonkach odezwał się w słuchawce nieśmiały głos, który już znałem.

– Przy telefonie komisarz Michele Balistreri, poznaliśmy się już.

Nie powiedziała ani słowa. Kontynuowałem.

– Czekam właśnie na pana Dioguardiego, który miał odebrać mnie z komisariatu. Jest może w biurze?

– Nie, dziś wcale nie przyszedł. Wpadnie później, jeśli będzie potrzebny. Mam coś przekazać, panie komisarzu?

To „panie komisarzu” rozczuliło mnie i dodało mi pewności siebie. Niezależnie od mojego wybryku wciąż mnie szanowała. Albo się mnie bała, co byłoby nawet lepsze.

– Nie, dziękuję, może później wpadnę razem z panem Dioguardim.

Nie odpowiedziała nic. Rozłączyłem się bez pożegnania.

Czułem się trochę nie w porządku wobec Angela z powodu tego telefonu. Żeby uprzedzić konsekwencje, zadzwoniłem do mieszkania Paoli. Ona odebrała.

– Dam ci go, Michele, obudziliśmy się właśnie i już wychodzi po ciebie.

– Okej i do zobaczenia później.

– Michele, co się dzieje? – Miał zaniepokojony głos.

– Nic, Angelo, chciałem tylko się upewnić, że nie zapomnisz odebrać mnie z komisariatu. Dzwoniłem do ciebie do biura, ale odebrała Elisa.

Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

– Na pewno mnie szukałeś w biurze? Zresztą nieważne. Za pięć minut schodzę i za następne pięć jestem u ciebie.

Przyjechał rzeczywiście dziesięć minut później, parę sekund po piątej. Otworzył szyberdach swojego starego cinquecento, było piekielnie gorąco, ze środka bił smród potu, piwa i gitanes’ów.

W parę minut dojechaliśmy na via Camilluccia, na drodze nie było niemal nikogo. Ulica była spokojna, cicha, zacieniona wspaniałymi drzewami.

– Wypalę jednego, zanim wejdziemy – powiedział Angelo.

Z zapalonymi papierosami podeszliśmy do zielonej bramy. Dozorczyni popatrzyła na nas krzywo, lecz zatrzymaliśmy się na zewnątrz.

– Pani Gino, co pani tu dziś robi? Przecież jest niedziela – zagadnął ją Angelo.

– Pakuję się. Wyjeżdżam dziś wieczorem.

– I nie obejrzy pani meczu?

– Nic mnie nie obchodzi mecz, wyście wszyscy powariowali. Dziś wieczorem wylatuję do Indii.

– Do Indii? A co pani będzie tam robić? – zapytałem ze zdziwieniem.

Gina spojrzała na mnie z dezaprobatą.

– Młody człowieku, rozumiem, że to dla pana dziwne, ale ja dwa tygodnie każdego roku poświęcam na wolontariat. Wyjazd organizuje kardynał Alessandrini, więc dopiero po powrocie będę mogła panu opowiedzieć, jak to tam wszystko wygląda.

– Widziała pani Elisę? – zapytał Angelo także dlatego, żeby uniemożliwić mi wygłoszenie jakiegoś komentarza nie na miejscu.

– Elisa haruje w biurze od samego rana, biedaczka. Wyszła tylko na lunch, widziałam ją, jak wracała z Valeriem. Pół godziny temu zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym wpadła do niej po papiery dla kardynała.

– Dziękuję, pani Gino – powiedział Angelo – my zajdziemy do kardynała sprawdzić, czy wszystko gra, i puszczę Elisę do domu.

– Ja nie chcę ryzykować, że mnie aresztują, tu na ciebie poczekam, Angelo.

Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.

– Tylko pamiętaj, że cię widzę z tarasu kardynała, zachowuj się.

Rzeczywiście, taras budynku B, choć odległy, był dobrze widoczny od strony bramy. I na odwrót. No pięknie.

– Nie ruszam się stąd, słowo honoru – obiecałem, podnosząc dwa palce.

Angelo poszedł, a ja zostałem sam z panią Giną. Ja z papierosem po jednej stronie bramy, ona po drugiej, myjąc okna portierni, żeby zostały czyste i lśniące przed wyjazdem. Zrobiła się trochę przyjaźniejsza.

– Przykro mi z powodu papierosów, ale hrabia jest totalnym despotą, a jego syn jeszcze gorszy.

Ewidentnie hrabia Tommaso dei Banchi di Aglieno nie cieszył się sympatią ponurej dozorczyni. A jeszcze mniej ten ułomny chłopak z lornetką.

Rzuciłem okiem w stronę tarasu na szczycie budynku A. Szybki błysk, potem nic. Tego dnia Manfredi był nieśmiały.

Angelo pojawił się razem z Alessandrinim na tarasie budynku B. Zamaszyście pomachali do mnie i zniknęli w środku. Zadzwonił telefon w dyżurce.

– Kardynał prosi pana do środka – oznajmiła mi Gina. – A ja się pożegnam, przed wyjazdem idę jeszcze na mszę.

Cholerny klecha. Jakby mnie interesowały pogaduszki z nim. Zastanawiałem się, czy spróbować mimo wszystko szczęścia z Elisą, kiedy przed bramą zatrzymał się rządowy samochód. Kierowca pospieszył, by otworzyć drzwi hrabiemu Tommasowi dei Banchi di Aglieno, podczas gdy pani Gina już otwierała wejście dla pieszych przy bramie.

Stanął dokładnie naprzeciwko mnie nienagannie ubrany i bez kropelki potu na ciele mimo panującego upału.

– Powiedziano mi, że jest pan przyjacielem pana Dioguardiego i komisarzem policji. Jest pan tu służbowo?

Uznałem za oczywiste, że żartuje, i głupkowato się roześmiałem. Hrabia popatrzył na mnie jak na idiotę. Nie dodając nic więcej, odwrócił się do mnie plecami i odszedł w stronę swojego pałacyku. Patrzyłem na niego wściekły na siebie, że pozwoliłem wywołać w sobie poczucie niższości. Bardzo nieprzyjemne, nie byłem do niego przyzwyczajony.

Potem poszedłem do budynku B, nie do końca wiedząc, co robić. I znowu spotkałem księdza Paula, tak samo jak za pierwszym razem.

– Panie komisarzu, kardynał pana czeka.

Tym razem był poważny, nie miał swojego zwykłego uśmiechu. Wydawał się spięty, niebieskie oczy niespokojnie mu biegały nad piegowatymi policzkami, rude włosy były w nieładzie. Wydobył z siebie nawet czasownik po włosku.

– Będzie ksiądz oglądał mecz dziś wieczorem? – zapytałem bardziej dla zyskania na czasie niż z grzeczności. Cały czas jeszcze toczyłem w sobie wewnętrzną walkę.

– Tak, w San Valente, z dziećmi. Ja już późno. – I odszedł bez pożegnania.

Zatrzymałem się pod oknem bogini. Jedynym, które było otwarte. Tym razem na parapecie stał kwiatek, który dziewczyna musiała tam umieścić, kiedy na okno przestały padać palące promienie słońca. Nie wiedziałem, co dalej, przez kilka minut stałem niezdecydowany, patrząc w górę.

Potem wszedłem do środka, znalazłem windę i nacisnąłem przyciski z numerem 2 i numerem 3.

Angelo czekał na mnie na klatce schodowej na piętrze kardynała. W milczeniu przeszliśmy przez pusty salon do prywatnego gabinetu hierarchy. Siedział ubrany w purpurę za wielkim biurkiem i przeglądał otrzymane od Elisy papiery, które pani Gina mu przyniosła. W tym ubraniu i w takim wnętrzu robił całkiem inne wrażenie. To już nie był tylko energiczny, inteligentny ksiądz. To był człowiek, który posiadł władzę i będzie jej miał coraz więcej. A Angelo wyglądał na przejętego, musiał mieć jakiś problem, może czegoś nie zrobiono jak należy.

– Komisarzu Balistreri, nie chciał pan się ze mną przywitać? – powiedział kardynał na powitanie. Jego ton był serdeczny, ale w głosie pobrzękiwała nutka, która kazała mi się domyślać, że coś jest nie tak.

Angelo wyszedł na taras, widziałem go, jak pali, nerwowo przeglądając jakieś dokumenty.

– Nie chciałem przeszkadzać. Wiem, że eminencja ma pilne sprawy z Angelem. Coś się stało?

Alessandrini wskazał mi krzesło.

– Nic, co mogłoby wam przeszkodzić w obejrzeniu meczu. Proszę się napić lemoniady, a w tym czasie pana przyjaciel poradzi sobie z problemem.

Z pewnością był jakiś problem z noclegami, którego nie rozwiązała ani Elisa, ani Angelo. Zdaje się, że jeśli ten miły mężczyzna w czerwonej sutannie chciał, potrafił być bardzo twardy.

Kardynał otworzył małą lodówkę i napełnił mi szklankę zimną lemoniadą.

– Jest pan młody, dottor Balistreri. Ale ma pan ogromne doświadczenie. Wiem, że robił pan w życiu wiele rzeczy…

Dokładnie tak powiedział, potwierdzając, że ma na mój temat dossier z prawdziwego zdarzenia.

– Zrobiłem parę głupstw i parę dobrych rzeczy też. Jak wszyscy.

– Ważne, żeby się uczyć na błędach. Nawet Nadczłowiek pańskiego drogiego przyjaciela Nietzschego stanie w owym dniu przed obliczem Boga…

Cóż, ja popełniłem jeden ciężki błąd wiele lat temu. Śmiertelny grzech, z którego tylko ksiądz mógł mnie rozgrzeszyć. Ale nie miałem najmniejszej ochoty rozmawiać o tym z kardynałem.

– Widzę, że przynajmniej tutaj można palić. – Wskazałem na taras, zmieniając temat.

– Oczywiście. Watykan jest wyłączony spod „jurysdykcji” hrabiego. Jeśli pan chce, może dołączyć do Angela – zażartował. Przyjaźnie, ironicznie. Ale wydawał się nieobecny, jak gdyby myślał o czymś innym.

Wyszedłem i wypaliłem dwa papierosy pod rząd, w czasie kiedy mój przyjaciel pracował.

Potem w gabinecie zadzwonił telefon i kiedy kardynał rozmawiał, zapytałem Angela, ile jeszcze mu tu zejdzie.

– Prawie skończyłem – burknął.

Był poważny, zamyślony. Przekląłem w duchu kardynała i władzę, którą miał nad moim przyjacielem. Nie podobało mi się, że widzę go tak przejętego z powodu swojego  k s i ę d z a   i   w ł a d c y.  Sprawiało mi przykrość, że Angelo jest tak podporządkowany temu człowiekowi.

Rozmowa telefoniczna kardynała była krótka i zakończyła się prostym: „Zobaczymy się tam za piętnaście siódma”.

Angelo wrócił do gabinetu i podał kardynałowi dokumenty.

– Wszystko w porządku, eminencjo, ostateczne rozwiązania zostawię na biurku, tak że jutro rano może mi eminencja potwierdzić jeszcze przed przyjazdem gości. A co do drugiej sprawy, zrobię co w mojej mocy…

– Jestem o tym przekonany. W takim razie proponuję, byśmy już zeszli, jest dziesięć po szóstej, a ja muszę jechać do Watykanu. A wy, jak sądzę, macie już zaplanowany wieczór.

– Eminencjo, nie będzie ksiądz oglądał meczu? – zapytałem.

– Ja też jestem człowiekiem, dottor Balistreri. Postaram się wrócić na ósmą trzydzieści.

Zjechaliśmy windą. Ukradkiem rzuciłem okiem na otwarte okno na drugim piętrze. Powinienem przestać o niej myśleć.

Pani Giny nie było, poszła na mszę. Kardynał pożegnał nas szybko i pospiesznie wsiadł do taksówki czekającej na niego przed bramą.

Już wsiadaliśmy do cinquecento, kiedy zobaczyliśmy, jak z budynku A wychodzi hrabia w towarzystwie dużo młodszej kobiety i wysokiego chłopaka z muskułami napinającymi się pod czerwonym T-shirtem, w motocyklowym kasku zakrywającym całą głowę. Jak zawsze obok astona martina stał harley-davidson. Hrabia położył rękę na ramieniu chłopaka i otworzył bramę pilotem. Potem wyjechali, hrabia i Ulla samochodem Jamesa Bonda, chłopak motocyklem Easy Ridera.

Kiedy dojechaliśmy, w domu Paoli było już trochę ludzi. Angelo poszedł od razu do kuchni – miał przygotować jedzenie – ja zabrałem się za nakrywanie dużej ławy przed telewizorem. Potem towarzyszyłem Paoli w przyjmowaniu pozostałych gości, kiedy Angelo gotował. Dzięki temu już od wejścia mogłem dokładnie przyjrzeć się kobietom. Mój brat Alberto przyszedł w towarzystwie eleganckiej Niemki, która później została jego żoną. Co jakiś czas zaglądałem do kuchni i widziałem coraz bardziej spoconego Angela krzątającego się przy garnkach i popijającego wino kieliszek za kieliszkiem. Cały był pochłonięty przygotowaniem odpowiedniej ilości penne all’arrabbiata3 wspólnie z Cristianą, maleńką dziewczyną o długich rudych włosach, wielkich cyckach i przykuwającym spojrzenie siedzeniu wbitym w dżinsy. Od tego momentu zintensyfikowałem wizyty w kuchni, aż w końcu zainstalowałem się tam na dobre, żeby z nią pogadać.

Koło ósmej w mieszkaniu było już jakieś pięćdziesiąt osób siedzących gdzie się dało. Przez otwarte okna wpływało wciąż jeszcze gorące powietrze. Z pobliskich kamienic dobiegały śmiechy ludzi zbierających się po domach z tej samej okazji. Rzuciłem okiem na ulicę. Absolutnie opustoszałą.

Atmosfera w mieszkaniu była świąteczna. Po paru kieliszkach białego wina zaryzykowałem kilka odważnych żarcików z Cristianą na temat tego, jaki będzie seks, jeśli wygramy, a jaki, gdy przegramy.

– Jesteś draniem, Michele. Sympatycznym, ale niebezpiecznym. Paola poradziła mi, żebym trzymała się od ciebie z daleka.

Paola była naprawdę dobrą przyjaciółką. Doskonale wiedziała, że tego rodzaju rada przyciąga dziewczyny jak miód pszczoły.

– Uważaj, mógłbym cię aresztować pod zarzutem znieważenia funkcjonariusza publicznego.

Zaśmiała się.

– I założyłby mi pan kajdanki, panie komisarzu?

– Najpierw założyłbym kajdanki, a potem przesłuchał, bardzo dogłębnie. A gdybyś stawiała opór…

– Musiałby mnie pan solidnie sponiewierać, żebym zaczęła mówić, panie komisarzu. Może nawet wychłostać.

Spojrzałem znacząco na jej siedzenie.

– To nie zawsze skuteczna tortura, niektóre kobiety tak lubią.

Spiekła raka, ale roześmiała się. Miałem już zapewnione zajęcie po meczu i partyjce pokera. Niedużo zachodu tego wieczoru. Z drugiej strony to dobrze przy tych wszystkich papierosach i alkoholu, który w siebie wlewałem. Spojrzałem na kuchnię. Angelo, spocony jak mysz i już niemal zupełnie pijany, kończył wspaniałą sałatkę ryżową w trzech kolorach flagi narodowej.

Potem zaczął się mecz. Siedząc na ziemi między nogami Cristiany, piłem, paliłem i modliłem się do Paola Rossiego4.

Pierwsza połowa skończyła się wynikiem zero do zera. Roztrzęsieni z przejęcia i gorąca Włosi wylegli na ulice, tarasy i balkony, aby się przewietrzyć i nieco ochłonąć. Kiedy zadzwonił telefon, odebrała Paola.

– Mój stryj do ciebie – powiedziała do Angela z niepokojem.

Kiedy wśród ogólnego zgiełku słuchał kardynała, na jego czole pojawiła się duża pionowa zmarszczka.

– Zaraz przyjeżdżam – wybełkotał na koniec, odkładając słuchawkę. Z powodu alkoholu miał już bardzo niewyraźny głos.

Odnalazłem jego przejęte spojrzenie.

– Angelo, wciąż jakieś problemy z tymi pieprzonymi mieszkaniami?

Spojrzał na mnie półprzytomnie.

– Nie mogą znaleźć Elisy.

– Kto nie może znaleźć Elisy?

– Jej rodzice, bardzo się niepokoją. Mówią, że miała wrócić do domu i oglądać z nimi mecz, ale nie wróciła z pracy. Pojechali do kardynała.

Roześmiałem się lekceważąco.

– Co za bzdury, na pewno jest gdzie indziej i ogląda mecz z przyjaciółmi. Typowa nadopiekuńczość włoskich rodziców.

Angelo pokręcił głową.

– Elisa zawiadomiłaby ich, gdyby zmieniła plany.

Zaczynało mnie to już wnerwiać.