Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Jesteś tylko moja. Haker cz. 1 ebook

Meredith Wild  

3.94736842105263 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jesteś tylko moja. Haker cz. 1 - Meredith Wild

Główna bohaterka Erica Hathaway, mająca za sobą trudną przeszłość, postanawia zacząć życie na własny rachunek. Zaraz po skończeniu szkoły bierze udział w panelu dla inwestorów. Ci nie traktują jej zbyt poważnie. Zwłaszcza jeden, przystojny i arogancki Blake London, próbuje ją zbić z tropu.

Milioner Blake London dorobił się majątku na softwarze. Jest przyzwyczajony, że dostaje wszystko, czego chce. Zauroczony urodą Eriki chce ją jak najszybciej zdobyć. Aby to zrobić stara się pozyskać jej zaufanie. Blake odkrywa jednak jej tajemnice z przeszłości. Gra staje się niebezpieczna.

Opinie o ebooku Jesteś tylko moja. Haker cz. 1 - Meredith Wild

Fragment ebooka Jesteś tylko moja. Haker cz. 1 - Meredith Wild

Tytuł oryginału: Hardwired

Copyright © 2014 by Meredith Wild All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, New York, New York, USA.

Copyright for the Polish Edition © 2015 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska Korekta: Maria Dziedzic-Wesołowska Projekt okładki: Anna Angerman Zdjęcie na okładce: Serg Zastavkin, fotolia.com Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-8053-042-3

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Dla mamy,

1

– Co za cudowny dzień – powiedziałam.

Zima w Bostonie już mijała, ustępując miejsca wiośnie. Kampus ożył. Roiło się na nim od studentów, turystów i miejscowych.

Wielu studentów nadal miało na sobie togi po popołudniowej ceremonii, którą wciąż jeszcze przeżywałam. Wszystko wydawało mi się surrealistyczne: od gorzko-słodkich pożegnań z przyjaciółmi aż po perspektywę zmierzenia się z przyszłymi problemami prawdziwego świata. Przetaczała się przeze mnie fala emocji: duma, ulga, niepokój. Ale głównie szczęście. Cieszyłam się tą chwilą, tym, że jest przy mnie Marie.

– To prawda. I nikt nie zasługuje na to bardziej niż ty, Erico. – Marie Martelly, najlepsza przyjaciółka mojej matki i moja osobista pocieszycielka, lekko uścisnęła mi rękę i wzięła mnie pod ramię.

Wysoka i szczupła Marie górowała nad moją drobną sylwetką. Jej miękka skóra miała barwę kakao, a brązowe włosy były poskręcane w dziesiątki krótkich dredów w stylu jednocześnie młodzieżowym i eklektycznym. Nikt z zewnątrz by nie przypuszczał, że to moja jedyna matka od prawie dziesięciu lat.

Przez lata powtarzałam sobie, że czasami lepiej w ogóle nie mieć rodziców niż mieć takich, o jakich czasami słyszałam i niekiedy ich poznawałam. Rodzice moich koleżanek ze szkoły bywali nadmiernie kontrolujący. Obecni fizycznie, ale nieobecni emocjonalnie, na tyle starzy, że mogliby być moimi dziadkami, a ich dzieci cierpiały z powodu tej ogromnej przepaści pokoleniowej. O wiele łatwiej było mi zdobywać najlepsze oceny, kiedy tylko ja wywierałam presję na siebie.

Marie była inna. Przez lata zapewniała mi idealną dawkę wsparcia. Słuchała moich opowieści o kłótniach z koleżankami i jęczenia na temat pracy i egzaminów końcowych, ale nigdy mnie do niczego nie przymuszała. Wiedziała, że ja sama już to robię.

Szłyśmy wąskimi ścieżkami wiodącymi przez kampus Harvardu. Lekki wietrzyk szeleścił w bujnych liściach drzew.

– Dziękuję, że byłaś dzisiaj ze mną – powiedziałam.

– Nie wygłupiaj się! Za nic bym nie przepuściła takiej okazji. Dobrze o tym wiesz. – Uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła. – Poza tym miło jest trochę powspominać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tu byłam. Znowu czuję się młoda!

Mówiła z takim entuzjazmem, że aż się roześmiałam. Tylko ktoś taki jak Marie mógł odwiedzić swoją alma mater i poczuć się młodziej, jakby czas się cofnął.

– Marie, przecież jesteś jeszcze młoda.

– Może i tak, ale życie mija zbyt szybko. Niedługo sama się o tym przekonasz. – Westchnęła cicho. – Gotowa na imprezę?

– Zdecydowanie. – Kiwnęłam głową. – Chodźmy.

Wyszłyśmy z kampusu i zatrzymałyśmy taksówkę, która zawiozła nas nad Charles River w Bostonie. Kilka minut później otworzyłyśmy ciężkie, drewniane drzwi jednej z najlepszych w mieście restauracji serwujących steki. W porównaniu ze słonecznymi ulicami w środku było ciemno i chłodno, a we wnętrzu wypełnionym cichymi odgłosami rozmów gości czuło się atmosferę wyrafinowania.

Przejrzałyśmy karty dań i zamówiłyśmy kolację i drinki. Kelner szybko przyniósł dwie szklaneczki szesnastoletniej szkockiej z lodem, której smak polubiłam, pijąc ją do posiłków, które fundowała mi Marie. Po tygodniach picia hektolitrów kawy i jedzenia potraw na wynos zimna szkocka i stek stanowiły dla mnie największe zadośćuczynienie.

Wodziłam palcem po spotniałej szklaneczce i zastanawiałam się, jak ten dzień by wyglądał, gdyby żyła moja matka. Może nadal mieszkałabym w Chicago i wiodła zupełnie inne życie?

– O czym myślisz, złotko? – Głos Marie wyrwał mnie z zamyślenia.

– O niczym. Żałuję, że mamy tu nie ma – odparłam cicho.

Marie wyciągnęła rękę przez stół i ujęła moją dłoń.

– Wszyscy wiemy, że Patricia byłaby z ciebie bardzo dumna. Nie do opisania.

Nikt nie znał mojej matki lepiej niż Marie. Po skończeniu szkoły rozdzieliła je przestrzeń, ale pozostały sobie bliskie – aż do smutnego końca.

Unikałam jej wzroku, by nie dać ponieść się emocjom, które przetaczały się przeze mnie jak fala powodziowa. Dziś nie chciałam płakać. Dzisiejszy dzień ma być szczęśliwy, choćby nie wiem co. Nigdy go nie zapomnę.

Marie puściła moją dłoń i z błyszczącymi oczami podniosła szklaneczkę.

– Może wypijemy za nowy rozdział w twoim życiu?

Podniosłam szklaneczkę i mimo smutku uśmiechnęłam się, pozwalając, by ulga i wdzięczność wypełniły puste miejsce w moim sercu.

– Na zdrowie. – Stuknęłyśmy się szklaneczkami. Upiłam solidny łyk i poczułam w przełyku przyjemne pieczenie.

– Skoro już mowa o nowym rozdziale, to jakie masz plany?

Znowu wróciłam myślami do swojego życia i wielkiej presji, jaką nadal czułam.

– W tym tygodniu idę na ważną prezentację do Angelcomu. Muszę też znaleźć sobie jakieś mieszkanie.

– Na jakiś czas możesz zatrzymać się u mnie.

– Wiem, ale powinnam w końcu zamieszkać sama. Właściwie to już nie mogę się tego doczekać.

– Masz jakiś pomysł?

– Raczej nie, ale muszę odpocząć od Cambridge. – Na Harvardzie było cudownie, ale i uczelnia, i ja powinnyśmy zacząć poznawać nowych ludzi. Przez ostatni rok zmagałam się z mnóstwem spraw: pisałam pracę magisterską, założyłam firmę i czułam typowe dla ostatniego roku wypalenie. Czym prędzej chciałam zacząć nowe życie z dala od kampusu.

– Nie chciałabym, żebyś wyjeżdżała, ale czy na pewno wolisz zostać w Bostonie?

– Na pewno. – Kiwnęłam głową. – Może kiedyś z powodów zawodowych będę musiała wyjechać do Nowego Jorku albo Kalifornii, ale na razie czuję się szczęśliwa tutaj.

W Bostonie bywało ciężko. Tutejsze zimy dawały się we znaki, ludzie jednak byli silni, pełni pasji i wręcz boleśnie bezpośredni. Po jakimś czasie stałam się jednym z nich. Nie wyobrażałam sobie, że jakieś inne miejsce mogłabym nazwać domem. Poza tym nie miałam domu rodzinnego, więc stał się nim Boston.

– Zastanawiasz się niekiedy, czy wrócić do Chicago?

– Nie. – Przez chwilę w milczeniu jadłam sałatkę, starając się nie myśleć o wszystkich tych ludziach, którzy mogli dziś ze mną świętować ukończenie studiów. – Nikt tam na mnie nie czeka. Elliot ożenił się powtórnie i ma dzieci. A rodzina mamy zawsze była… no wiesz, na dystans.

Odkąd dwadzieścia jeden lat temu moja matka wróciła ze studiów do domu, w ciąży i nie planując małżeństwa, jej relacje z rodzicami były, delikatnie mówiąc, napięte. Nieliczne wspomnienia związane z moimi dziadkami były niezbyt przyjemne i naznaczone tym, w jaki sposób pojawiłam się w ich życiu. Mama nigdy nie wspominała o moim ojcu, ale skoro wolała milczeć, widocznie tak było dla mnie najlepiej. Tak przynajmniej sobie tłumaczyłam, kiedy ogarniała mnie ciekawość.

Smutek w pełnych współczucia oczach Marie odzwierciedlał mój własny.

– Elliot odzywa się do ciebie?

– Głównie w święta. Przy dwójce dzieci ma ręce pełne roboty.

Elliot był moim jedynym ojcem, jakiego znałam. Ożenił się z moją matką, kiedy byłam jeszcze malutka, i przez wiele lat tworzyliśmy szczęśliwą rodzinę. Zaledwie rok po śmierci mamy poczuł się przytłoczony perspektywą samotnego wychowywania nastolatki i, wyposażoną w spadek, wysłał mnie do szkoły z internatem.

– Tęsknisz za nim – powiedziała Marie cicho, jakby czytała w myślach.

– Czasami – przyznałam. – Bez mamy nie mieliśmy szansy być rodziną. – Pamiętałam, jak bardzo zagubiona i zrozpaczona czułam się po jej śmierci. Teraz łączyło nas tylko wspomnienie jej miłości, wspomnienie, które z każdym rokiem trochę bladło.

– Chciał dobrze, Erico.

– Wiem i wcale go nie winię. Oboje jesteśmy szczęśliwi i teraz tylko to się liczy. – Z dyplomem ukończenia studiów i po założeniu własnej firmy nie mogłam zgłaszać pretensji do Elliota, że taką decyzję podjął. W końcu to on pchnął mnie na drogę, która zaprowadziła mnie do miejsca, w którym znalazłam się dzisiaj. Nic jednak nie mogło zmienić faktu, że przez minione lata oddaliliśmy się od siebie.

– Zostawmy już ten temat. Pogadajmy o twoim życiu uczuciowym. – Marie posłała mi ciepły uśmiech, a jej piękne, migdałowe oczy zalśniły w przyćmionym świetle.

Roześmiałam się. Wiedziałam, że gdybym miała coś do powiedzenia, chciałaby poznać każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.

– Niestety nie ma o czym mówić. Może lepiej pogadajmy o twoim życiu uczuciowym. – Wiedziałam, że połknie przynętę.

Oczy jej rozbłysły. Zaczęła się zachwycać swoim nowym obiektem westchnień. Richard był znanym dziennikarzem, prawie dziesięć lat młodszym od niej, co wcale mnie nie dziwiło. Marie nie tylko świetnie się trzymała jak na swój wiek, ale była też nieprawdopodobnie młoda duchem. Często musiałam sobie przypominać, że jest w wieku mojej matki.

Kiedy opowiadała o swoim kochanku, ja rozkoszowałam się krótkim romansem ze stekiem. Idealnie przyrządzone i ociekające sosem z czerwonym winem mięso z kością dosłownie rozpływało się w ustach. Ten przepyszny posiłek niemalże wynagrodził mi kilka miesięcy życia w celibacie. Gdyby jednak stek mnie nie zaspokoił, z pewnością udałoby się to truskawkom oblanym czekoladą, którymi zakończyłyśmy kolację.

Na studiach nie brakowało mi okazji do krótkotrwałych romansów, ale w przeciwieństwie do Marie, nigdy tak naprawdę nie szukałam miłości. W dodatku teraz, kiedy musiałam dbać o firmę, prawie nie starczało mi czasu na życie towarzyskie, nie wspominając już o seksualnym. Żyłam życiem Marie i za każdym razem szczerze się cieszyłam, kiedy poznawała nowego mężczyznę, który dodawał jej energii.

Po kolacji Marie poszła do toalety. Miałyśmy spotkać się na zewnątrz. Ruszyłam do drzwi, szczęśliwa i lekko wstawiona. Maître d’hôtel, kiedy go mijałam, podziękował mi za odwiedzenie restauracji. Chwilę później dosłownie wpadłam na mężczyznę, który wchodził do środka.

Złapał mnie w talii i przytrzymał, żebym odzyskała równowagę.

– Przepraszam, ja… – Słowa uwięzły mi w gardle, kiedy spojrzałam mu prosto w oczy. Przez hipnotyzujące tornado zieleni i orzechowego brązu nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Boski. Ten mężczyzna był po prostu boski.

– Wszystko w porządku?

Jego głos zawibrował w moim ciele. Kolana lekko się pode mną ugięły. Mocniej objął mnie w talii, aż nasze ciała zbliżyły się do siebie. Ten ruch nie pomógł mi odzyskać kontroli nad sobą. Serce biło mi jak szalone, kiedy trzymał mnie tak władczo i z taką pewnością siebie, jakby miał prawo robić to tak długo, jak mu się żywnie podobało.

Chciałam zaprotestować przeciwko tej śmiałości, ale wszelkie racjonalne myśli wyparowały mi z głowy, kiedy chłonęłam widok jego twarzy. Nie mógł być dużo starszy ode mnie. Mimo niesfornych brązowych włosów wyglądał bardzo oficjalnie w czarnej marynarce nałożonej na białą koszulę z kilkoma rozpiętymi guzikami. Sprawiał wrażenie bogatego. Nawet pachniał jak bogacz.

Jest poza twoim zasięgiem, Erico – w mojej głowie zaśpiewał jakiś cichy głosik, co mi przypomniało, że teraz muszę się odezwać.

– Tak. Przepraszam.

– Nie ma za co – wymruczał uwodzicielsko, a na twarzy pojawił się cień uśmiechu. Jego usta były pięknie zarysowane i zachęcające. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilkanaście centymetrów, nie mogłam oderwać od nich wzroku. Przesunął językiem po dolnej wardze, a ja z bezgłośnym westchnieniem rozchyliłam usta. Boże, seksualna energia dosłownie buchała z tego faceta.

– Panie Landon, pańscy goście już są.

W czasie gdy maître d’hôtel czekał na jego reakcję, zdążyłam otrzeźwieć na tyle, że się wyprostowałam i uznałam, że mogę stać o własnych siłach. Oparłam dłonie o jego tors, twardy i umięśniony, co wyczuwałam nawet przez marynarkę. Odrywał ręce ode mnie powoli, lekko muskając dłońmi moje biodra, a mnie zalała fala gorąca. Słodki Jezu. Co za ciacho.

Kiwnął głową w podzięce, ale wciąż wpatrywał się we mnie, paraliżując mnie tą jedyną formą kontaktu między nami. Wbrew rozsądkowi pragnęłam znowu poczuć na sobie jego ręce, przytrzymujące mnie tak władczo. Skoro od samego jego dotyku aż kręciło mi się w głowie, nie mogłam sobie wyobrazić, co działoby się w sypialni. Przemknęło mi przez myśl, że gdyby w pobliżu była garderoba, od razu moglibyśmy przejść do rzeczy.

– Tędy, proszę pana – powiedział maître d’hôtel, odbierając mi mojego wybawcę.

Mężczyzna odszedł pełnym gracji krokiem, zostawiając mnie całą drżącą. Kiedy głodnym wzrokiem patrzyłam za nim, podeszła do mnie Marie.

Powinnam czuć się skrępowana, jednak prawdę mówiąc, byłam bezwstydnie zadowolona z tego, że nie potrafię utrzymać równowagi na dziesięciocentymetrowych obcasach. Nie miałam życia uczuciowego, więc ten tajemniczy mężczyzna z pewnością stanie się bohaterem moich fantazji.

* * *

Po szerokich granitowych schodach weszłam do gmachu biblioteki i ruszyłam korytarzem w stronę gabinetu profesora Quinlana. Kiedy zapukałam i otworzyłam drzwi, wpatrywał się ze skupieniem w ekran komputera.

Odwrócił się na krześle.

– Erica! Moja ulubiona studentka.

Po latach mieszkania w Stanach jego charakterystyczny irlandzki akcent stał się mniej wyraźny. Nadal uważałam, że jest uroczy, i delektowałam się każdym słowem wypowiedzianym przez profesora.

– Powiedz, jak się czujesz na wolności?

Cicho zachichotałam, uradowana jego szczerym entuzjazmem na mój widok. Quinlan był atrakcyjnym mężczyzną tuż po pięćdziesiątce, ze szpakowatymi włosami i łagodnymi, jasnoniebieskimi oczami.

– Szczerze mówiąc, dopiero się z nią oswajam. A co u pana? Kiedy zaczyna pan urlop naukowy?

– Za kilka tygodni lecę do Dublina. W tym roku musisz mnie odwiedzić, jeśli znajdziesz czas.

– Oczywiście bardzo bym chciała.

Co mi przyniesie ten rok? Miałam nadzieję, że przeprowadzę swoją firmę przez trudny okres rozwoju, ale szczerze mówiąc, nie wiedziałam, czego się spodziewać.

– Panie profesorze, wydaje mi się, że czułabym się dziwnie, spotykając się z panem poza kampusem.

– Erico, już nie jestem twoim wykładowcą. Proszę, mów mi Brendan. Teraz jestem twoim przyjacielem i mentorem i spodziewam się, że zaczniemy się widywać częściej poza tymi murami.

Słowa profesora zrobiły na mnie ogromne wrażenie, poczułam łaskotanie w gardle. Cholera, w tym tygodniu nie brakowało mi takich sentymentalnych chwil. Przez ostatnie lata Quinlan udzielał mi nieprawdopodobnego wsparcia. Był moim promotorem i poznawał mnie z różnymi ludźmi, którzy mogli mi pomóc przy zakładaniu firmy. Był moim niezłomnym kibicem za każdym razem, kiedy potrzebowałam wsparcia.

– Jestem ci ogromnie wdzięczna. Chciałabym, żebyś o tym wiedział.

– Erico, to dzięki takim ludziom jak ty chce mi się rano wstawać z łóżka. I wychodzić z pubu. – Uśmiechnął się krzywo, na jednym policzku pojawił mu się dołek.

– A Max?

– Niestety upodobanie Maxa do drinków i kobiet okazało się o wiele większe niż ambicja osiągnięcia sukcesu w biznesie, ale wygląda na to, że jednak wyszedł na prostą. Nie wiem, czy w jakiś sposób mu pomogłem, choć może i tak. Nie wszyscy mogą być tacy jak ty, moja droga.

– Bardzo się martwię, że na dłuższą metę moja firma może zrobić klapę – przyznałam się z nadzieją, że wykaże się darem jasnowidzenia, jakiego mi brakowało.

– Nie mam ani cienia wątpliwości, że tak czy inaczej odniesiesz sukces. Jeśli nie w swojej firmie, to gdzie indziej. Nie wiemy, jak potoczy się nasze życie, ale ty jesteś skłonna do poświęceń i bardzo ciężko pracujesz, żeby zrealizować swoje marzenia. Dopóki pozostaniesz im wierna i będziesz je stawiać na pierwszym miejscu, dopóty będziesz szła w odpowiednim kierunku. Przynajmniej ja tak sobie powtarzam.

– To chyba prawda. – Czułam już ogromne napięcie przed jutrzejszym spotkaniem, które dla mojej firmy i dla mnie samej oznaczało wszystko albo nic. Łaknęłam słów otuchy.

– Dam ci znać, kiedy to wszystko przetrawię – obiecał.

Nie wiedziałam, czy powinno mnie to zachęcić, czy zniechęcić. Wiedziałam, że czasami i jemu – tak samo jak i mnie w tej chwili – brakowało pewności siebie.

– Tymczasem zobaczmy, co przygotowałaś dla naszego przyjaciela Maxa. – Wskazał na teczkę, którą trzymałam, i zrobił miejsce na biurku.

– Koniecznie. – Rozłożyłam biznesplan i notatki i zabraliśmy się do pracy.

2

Recepcjonistka w Angelcom Venture Group rzuciła mi pytające spojrzenie, a potem zaprowadziła do sali konferencyjnej na końcu korytarza. Po drodze sprawdziłam, czy wyglądam bez zarzutu. Na razie wszystko było w porządku.

– Proszę się rozgościć, panno Hathaway. Inwestorzy powinni wkrótce się pojawić.

– Dziękuję – powiedziałam grzecznie, zadowolona, że jeszcze przez chwilę sala będzie pusta. Wzięłam głęboki wdech i przesuwając palcami po krawędzi stołu, dotarłam do okien wychodzących na Boston Harbor. Czułam mieszaninę podziwu i rosnącego niepokoju. Lada moment stanę twarzą w twarz z najbogatszymi i najbardziej wpływowymi inwestorami tego miasta. Poczułam takie napięcie, że zupełnie nie było mi do śmiechu. Znowu głęboko zaczerpnęłam powietrza i potrząsnęłam rękoma, w nadziei, że moje ciało się rozluźni.

– Erica?

Odwróciłam się. Podszedł do mnie młody mężczyzna mniej więcej w moim wieku, z jasnymi włosami z równym przedziałkiem na boku, ciemnoniebieskimi oczami i w eleganckim trzyczęściowym garniturze. Podaliśmy sobie ręce.

– Maxwell, prawda?

– Proszę, mów mi Max.

– Profesor Quinlan dużo mi o tobie opowiadał.

– Nie wierz w ani jedno jego słowo. – Max się roześmiał, odsłaniając śnieżnobiałe zęby kontrastujące z opalenizną. Ciekawe, ile czasu spędzał w Nowej Anglii.

– Mówił same dobre rzeczy, naprawdę – skłamałam.

– To ładnie z jego strony. Jestem jego dłużnikiem. To pewnie twoja pierwsza prezentacja?

– Zgadza się.

– Poradzisz sobie. Pamiętaj tylko, że kiedyś każdy z nas był na twoim miejscu.

Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. Wiedziałam, że szanse na to, by Max Pope, spadkobierca potentata w branży transportowej, Michaela Pope’a, chciał zdobyć marne dwa miliony dolarów od kogoś innego niż jego własny ojciec, były właściwie równe zeru. Mimo wszystko to dzięki niemu dziś rano znalazłam się w tym miejscu, więc byłam za to wdzięczna. Quinlan wiedział, za jakie sznurki pociągnąć.

– Poczęstuj się. Te ciastka są przepyszne. – Wskazał na zastawiony bufet pod ścianą.

Żołądek miałam ściśnięty, nie przełknęłabym ani kęsa. Musiałam jakoś się uspokoić. Dziś rano nie zdołałam wypić nawet kawy.

– Dziękuję, nie jestem głodna.

Zaczęli się schodzić pozostali inwestorzy. Max mnie przedstawiał, a ja starałam się uprzejmie z nimi pogawędzić, w duchu przeklinając Alli, moją przyjaciółkę, nieobecną współwłaścicielkę firmy i specjalistkę od marketingu. Ona umiałaby zabawić rozmową nawet puszkę zupy. Ja potrafiłam myśleć tylko o faktach i liczbach, które za chwilę będę musiała przedstawić, co nie stanowiło idealnego tematu do nic nieznaczącej rozmowy z ludźmi, których dopiero poznałam.

Kiedy inwestorzy zasiedli za stołem konferencyjnym, stanęłam u jego szczytu i po raz dwudziesty przejrzałam i poukładałam dokumentację. Spojrzałam na zegar na przeciwległej ścianie. Miałam do syspozycji niespełna dwadzieścia minut na przekonanie tej grupy nieznajomych, że warto we mnie zainwestować.

Odgłosy rozmów ucichły, ale kiedy spojrzałam na Maxa w oczekiwaniu na znak, że mogę zacząć, on wskazał puste krzesło na drugim końcu stołu.

– Czekamy jeszcze na Landona.

Landona?

Drzwi się otworzyły. Jasna cholera. Dosłownie zaparło mi dech w piersiach.

Do sali wszedł tajemniczy facet z restauracji – całe metr osiemdziesiąt męskiej urody. Całkowicie się różnił od swoich kolegów w garniturach. Czarny sweter z wycięciem w serek podkreślał umięśnione ramiona i tors, a wytarte dżinsy leżały na nim jak ulał. Przeszył mnie lekki dreszcz na samą myśl, że kiedyś znowu mogłabym wpaść w te ramiona – przypadkiem lub nie.

Uzbrojony w ogromny kubek mrożonej kawy, opadł na krzesło naprzeciwko mnie, najwyraźniej nie przejmując się spóźnieniem ani nieoficjalnym strojem, i posłał mi znaczący uśmiech. Wyglądał zupełnie inaczej niż wymuskany biznesmen, na którego tak fartownie wpadłam tamtego wieczoru. Miał cudownie rozczochrane włosy, ciemnobrązowe kosmyki sterczały na wszystkie strony, dosłownie błagając, żebym zanurzyła w nich palce. Przygryzłam dolną wargę, próbując ukryć nieopisany zachwyt nad jego urodą.

– To jest Blake Landon – powiedział Max. – Blake, to Erica Hathaway. Przedstawi nam Clozpin, swój modowy portal społecznościowy.

Blake na chwilę znieruchomiał.

– Chwytliwa nazwa. Ty ją tu przyprowadziłeś?

– Tak, mamy wspólnego znajomego na Harvardzie.

Blake kiwnął głową i spojrzał na mnie tak uważnie, że natychmiast oblałam się rumieńcem. Lekko oblizał wargi. Ten zwykły ruch zrobił na mnie nie mniejsze wrażenie niż tamtego wieczoru, kiedy zobaczyliśmy się po raz pierwszy.

Głęboko wciągnęłam powietrze i założyłam nogę na nogę, niemal boleśnie świadoma odczucia, jakie między nimi wywołał. Erico, weź się w garść. Kłębek nerwów, który jeszcze kilka sekund temu tkwił w moim żołądku, eksplodował w oślepiającą seksualną energię. Całe moje ciało pulsowało – od stóp do głów.

Powoli wypuściłam powietrze i wygładziłam klapy czarnego żakietu, w myślach besztając się za rozmarzenie w tak nieprawdopodobnie nieodpowiednim momencie. Zaczęłam prezentację. Wyjaśniłam cele założenia naszego portalu internetowego, po czym w skrócie zarysowałam roczny marketing i wynikający z niego gwałtowny rozwój, rozpaczliwie starając się skupić uwagę na temacie. Za każdym razem, kiedy spojrzenia moje i Blake’a się krzyżowały, w moim mózgu następowało zwarcie.

Nagle mi przerwał:

– Kto stworzył tę stronę?

– Mój wspólnik, Sid Kumar.

– Dlaczego tu nie przyszedł?

– Niestety moi wspólnicy nie mogli uczestniczyć dzisiaj w tym spotkaniu, chociaż bardzo chcieli.

– A więc tylko ty z całego zespołu w tej chwili jesteś zaangażowana w ten projekt.

Uniósł brew i nonszalanckim ruchem odchylił się na krześle, dając mi lepszy widok na swój tors. Resztką sił zmusiłam się, żeby się na niego nie gapić.

– Nie, ja… – Próbowałam sformułować szczerą odpowiedź. – Niedawno skończyliśmy studia, stopień naszego zaangażowania w najbliższych miesiącach w dużej mierze zależy od finansowej stabilności projektu.

– Innymi słowy, ich zaangażowanie zależy od funduszy.

– Mniej więcej.

– A twoje?

– Nie – odparłam ostro, natychmiast przybierając defensywny ton w reakcji na aluzję. Ostatnie miesiące całkowicie poświęciłam temu projektowi, nie zajmowałam się niczym innym.

– Mów dalej. – Machnął do mnie ręką.

Głęboko wciągnęłam powietrze i zerknęłam do notatek, żeby przypomnieć sobie, na czym skończyłam.

– W tej chwili potrzebujemy zastrzyku finansowego, by rozwinąć marketing i zapewnić sobie jeszcze większy rozwój i wyższe dochody.

– Jaki jest wasz współczynnik konwersji?

– Około dwudziestu procent, licząc gości i zarejestrowanych użytkowników…

– A co z abonentami? – przerwał mi.

– Mniej więcej pięć procent naszych użytkowników wykupuje abonament.

– W jaki sposób zamierzacie zwiększyć tę liczbę?

Niecierpliwie zabębniłam palcami o stół, starając się pozbierać rozproszone myśli. Każde pytanie, które mi zadawał, brzmiało jak wyzwanie albo obelga, skutecznie niszcząc całą pewność siebie, jaką próbowałam w sobie wzbudzić przed tym spotkaniem. Czując nadciągającą panikę, zerknęłam na Maxa w poszukiwaniu ratunku. Wyglądał na lekko rozbawionego, co dla pana Landona pewnie było do przewidzenia. Pozostali z obojętnymi minami przenosili wzrok ze swoich notesów na mnie, nie wykazując śladu zainteresowania.

Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że incydent z ostatniego wieczoru sprawi, iż Landon potraktuje mnie łagodnie, ale najwyraźniej się myliłam. Tajemniczy mężczyzna przemieniał się w zwykłego dupka.

– Skupiamy się na zdobywaniu i utrzymywaniu zainteresowania zwykłych użytkowników, których liczba, jak już wspomniałam, szybko rośnie. Liczymy na to, że tworząc solidną bazę potencjalnych klientów, przyciągniemy znacznie więcej sprzedawców detalicznych i marek oraz zwiększymy liczbę abonentów.

Urwałam, szykując się na kolejny wtręt Landona, ale w tej chwili ekran jego telefonu się rozświetlił, litościwie odciągając jego uwagę. Uspokojona tym, że wreszcie wymknęłam się spod jego radaru, przed czasem zakończyłam analizę komputerową i projekcje finansowe.

W sali zapadła niezręczna cisza. Blake upił łyk kawy, wyłączył telefon i odłożył go na stół.

– Spotykasz się z kimś?

Serce zadudniło mi w piersi, a twarz zapiekła mnie tak, jakbym nieoczekiwanie została wywołana do odpowiedzi. Czy z kimś się spotykałam? Spojrzałam na niego, zszokowana, nie do końca pewna, czy dobrze zrozumiałam intencje jego pytania.

– Słucham?

– Związki uczuciowe rozpraszają. Chcesz zdobyć od nas fundusze, ale twoje życie uczuciowe może się odbić na rozwoju firmy.

A jednak dobrze go zrozumiałam. Jakby nie wystarczał fakt, że byłam jedyną kobietą w tym pomieszczeniu. Do tego jeszcze Landon próbował mnie prześwietlić pod kątem mojego życia uczuciowego. Mizoginistyczna świnia. Zacisnęłam zęby, żeby nie posłać mu wiązanki przekleństw. Nie mogłam stracić kontroli nad sobą, ale nie potrafiłam też uśmiechać się w odpowiedzi na jego niestosowne zachowanie.

– Panie Landon, zapewniam, że jestem w stu procentach zaangażowana w ten projekt – powiedziałam głosem niskim i spokojnym. Spojrzałam mu prosto w oczy, starając się przekazać mu, że jego postawa nie robi na mnie żadnego wrażenia. – Czy ma pan jeszcze jakieś pytania dotyczące mojego życia osobistego, które mogłyby wpłynąć na pańską decyzję?

– Nie, chyba nie. Max?

– Yyy, nie. Myślę, że dowiedzieliśmy się całkiem sporo. Panowie, czy jesteście gotowi podjąć decyzję? – Max uśmiechnął się szeroko i popatrzył na pozostałych inwestorów.

Trzej mężczyźni w garniturach kiwnęli głowami i jeden po drugim ocenili moją prezentację oraz wyrazili swoje zdanie.

Blake spojrzał mi prosto w oczy i odczekał chwilę, po czym podał swój werdykt równie nonszalancko, jak zepsuł mi ten ranek.

– Ja się wstrzymuję od głosu.

Ogarnęła mnie panika. Poczułam wzbierające łzy, ale jednocześnie mój wewnętrzny głos zaczął szykować mowę pożegnalną dla pana Landona, w której radził mu, gdzie może sobie wsadzić tę opinię. Spojrzałam na Maxa w oczekiwaniu na ostateczny cios.

– Erico, myślę, że stworzyłaś naprawdę wspaniałą społeczność, i bardzo chętnie usłyszałbym o niej więcej. Umówmy się na spotkanie za kilka tygodni i wtedy zajmiemy się sprawami logistyki. Potem zdecydujemy, czy jesteśmy skłonni zaoferować ci umowę. Co ty na to?

Co za ulga. Miałam ochotę wskoczyć na stół, podbiec do Maxa i go uściskać.

– Wspaniale. Już nie mogę się doczekać.

– Świetnie. Myślę, że na tym teraz skończymy.

Max wstał i zamienił parę słów z pozostałymi inwestorami, zanim wyszli, zostawiając mnie z Blakiem, na którego cudownej, pełnej samozadowolenia twarzy pojawił się lekki uśmieszek. Nie wiedziałam, czy go walnąć, czy poprawić mu włosy. Innych pomysłów też mi nie brakowało. Tyle ambiwalentnych uczuć do jednej osoby w tak krótkim czasie sprawiło, że zwątpiłam w swoje zdrowie psychiczne.

– Dobrze ci poszło – powiedział, wychylając się w moją stronę.

Od jego niskiego, ochrypłego głosu aż mnie ciarki przeszły.

– Naprawdę? – spytałam niepewnie.

– Naprawdę – przytaknął. – Mogę cię zaprosić na śniadanie? – Jego spojrzenie złagodniało, jakbyśmy przez ostatnie dwadzieścia minut nie stali po przeciwnych stronach barykady.

Zdezorientowana, wepchnęłam notatki z powrotem do torby. Blake był piękny, jednak mocno przeceniał swoją wartość, skoro myślał, że po takim pokazie uda mu się mnie poderwać.

– Po drugiej stronie ulicy jest uroczy mały pub. Podają tam pełne irlandzkie śniadania.

Wstałam i spojrzałam mu prosto w oczy, uradowana szansą na malutką zemstę.

– Było mi bardzo miło, panie Landon, ale niektórzy z nas muszą pracować.

* * *

– Zaprosił cię na randkę? – wykrzyknęła z zachwytem Alli. W tle słyszałam odgłosy Nowego Jorku.

– Chyba tak. – Po porannych wydarzeniach wciąż jeszcze kręciło mi się w głowie.

– Włożyłaś swoją najlepszą garsonkę? I tę niebiesko-zieloną bluzkę?

– Oczywiście. – Zdjęłam z siebie rzeczoną część ubrania i padłam na tapczan w naszym pokoju w akademiku.

– No to się nie dziwię. Wyglądasz w niej oszałamiająco. Był seksowny?

Blake Landon był jednym z najseksowniejszych mężczyzn, z którymi kiedykolwiek oddychałam tym samym powietrzem, ale nie szanował kobiet w biznesie, co poważnie nadwerężało moje zainteresowanie jego osobą. Znajdował się niebezpiecznie blisko pierwszej dziesiątki ludzi, którymi gardziłam.

– Alli, to bez znaczenia. Nigdy w życiu nie czułam się tak poniżona. – Aż się skrzywiłam na wspomnienie jego prowokacyjnych pytań i mojego odrzucenia.

– Masz rację. Przepraszam. Żałuję, że nie mogłam ci pomóc.

– Ja też. No a jak tobie poszła rozmowa?

Alli na chwilę zamilkła.

– Dobrze.

– Tak?

– Właściwie to bardzo dobrze. Nie chcę zapeszać, ale wygląda to obiecująco.

– Świetnie. – Próbowałam ukryć rozczarowanie, wiedząc, jak bardzo Alli cieszy się z tego spotkania. Starała się o pracę dyrektora działu marketingu w jednej z najlepszych firm w świecie mody. Od miesięcy wiedziałam, że po skończeniu studiów zacznie szukać pracy na pełny etat, jednak myśl o prowadzeniu strony bez niej przygnębiała mnie. Jeżeli nie będzie nas stać na zatrudnienie nowego dyrektora marketingu, stanę się nowym głosem firmy, a nawiązywanie nowych kontaktów nigdy nie należało do moich mocnych stron.

– Decyzja jeszcze nie zapadła. Pożyjemy, zobaczymy.

– Powinnyśmy to uczcić – zasugerowałam. Boże, tak bardzo potrzebowałam jakiejś nagrody za przetrwanie tego piekielnego poranka.

– Powinnyśmy uczcić naszego nowego najlepszego przyjaciela Maxa! – zapiszczała.

Roześmiałam się. Wiedziałam, że Max jest dokładnie w jej typie. Miała bzika na punkcie trzyczęściowych garniturów.

– Spodziewam się tylko, że propozycja kolejnego spotkania to nie część przysługi, jaką jest winien Quinlanowi.

– Dwa miliony to nie jest niewielka sumka, jaką można szastać w ramach rewanżu.

– To prawda, ale nie chcę, żeby inwestował, jeżeli nie jest naprawdę zainteresowany.

– Erico, jak zwykle dzielisz włos na czworo.

Powoli wypuściłam powietrze.

– Możliwe. – Miałam nadzieję, że Alli się nie myli, ale nie mogłam się powstrzymać przed rozważaniem każdego możliwego scenariusza, by stworzyć plan i przygotować się przed kolejnym spotkaniem. Ostatnio tyle się działo, że mój mózg nie przestawał pracować ani na chwilę.

– Za godzinę mam pociąg. Wrócę przed kolacją. Potem możemy skoczyć na drinka.

– Dobrze, w takim razie do zobaczenia. – Rozłączyłam się i zmusiłam do wstania i poszukania wygodnych spodni od dresu, które zarezerwowałam na kaca i rozstania z chłopakami. Dzisiejszy dzień całkiem mnie wykończył.

Przystanęłam, żeby obejrzeć się w wielkim lustrze w pokoju, który dzieliłam z Alli. Rozluźniłam francuski kok i falujące jasne włosy opadły mi na plecy. Kilkutygodniowy stres spowodował, że byłam szczuplejsza niż zwykle, ale stanik i majtki nadal podkreślały moje delikatne krągłości.

Przesunęłam dłońmi po miękkiej koronce otulającej biodra, marząc o tym, by to inne dłonie pomogły mi zapomnieć o dzisiejszym dniu. Nie spodziewałam się, że kolana się pode mną ugną na myśl o aroganckim inwestorze, którego poznałam na swojej pierwszej prezentacji, jednak fizyczna reakcja na Blake’a wyraźnie wskazywała na to, że powinnam na nowo ożywić swoje życie towarzyskie. Wyjść z domu i poznać nowych ludzi. Odejść od komputera, chociaż w sobotnie wieczory. Wtedy przeważnie przeprowadzaliśmy prace techniczne na stronie, bo ruch był niewielki, ale wiedziałam, że przy takim trybie życia przed trzydziestką nie zwiążę się z mężczyzną.

Otrząsnęłam się, przebrałam i wysłałam do Sida maila z najnowszymi wiadomościami. Pewnie obudzi się dopiero za kilka godzin. Podobnie jak wielu programistów nie tylko prowadził nocny tryb życia, ale w dodatku na dzień przed spotkaniem dopadła go grypa. Poza tym nie należał do najlepszych mówców, jednak siła tkwi w grupie i jego pomoc bardzo mi się przydała.

Alli, Sid i ja utrzymywaliśmy się z prowadzenia firmy, dzięki której opłacaliśmy nasze skromne studenckie wydatki, choć studentom kończącym naszą uczelnię wysoko stawiano poprzeczkę. Sid i Alli jak każdy poważny student ostatniego roku szukali stałej pracy, a ja całkowicie poświęciłam się Clozpinowi, po początkowym sukcesie przekonana, że mogę przekształcić naszą firmę w coś dającego znacznie większe możliwości niż praca od dziewiątej do piątej.

Nakłonienie Maxa do inwestycji mogło być moją ostatnią nadzieją, zanim porzucę to marzenie i wezmę się do zwyczajnej roboty. Tymczasem w ciągu niecałego tygodnia musiałam wyprowadzić się z akademika i znaleźć sobie nowe lokum.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

PODZIĘKOWANIA

Proces odkrywania samej siebie jako pisarki był niezwykle intensywny. Jestem dozgonnie wdzięczna tym, którzy umożliwili mi przeżycie tego doświadczenia.

Powieść Jesteś tylko moja nigdy by nie powstała bez niezłomnego, wręcz fanatycznego wsparcia mojego męża. Dziękuję, że kibicowałeś mi na każdym kroku i pozwalałeś na to, żebym znikała na całe godziny, a czasami nawet dni, kiedy chciałam skupić się na pisaniu.

Specjalne podziękowania składam mojej redaktorce, Helen Hardt, za poprawienie błędów składniowych i za to, że namawiała mnie do stworzenia historii pełnej seksu i uczuć, którą z dumą mogę opowiedzieć światu.

Dziękuję społeczności pisarzy na Twitterze. Tę książkę pisałam w tempie #tysiącznakównagodzinę i po #pięćgodzindziennie. Wsparcie kolegów po piórze niezwykle mi pomogło.

Dziękuję Kurtowi i Lucowi za ich przyjaźń, lojalność i niesamowity talent do programowania. Mam nadzieję, że przeczytacie tę stronę.

I wreszcie gorąco dziękuję wszystkim fanom za ich entuzjazm i wsparcie. Nadaliście ostatniemu zdaniu nowe znaczenie. Już nie mogę się doczekać, kiedy przedstawię wam kolejny etap podróży Blake’a i Eriki!

O AUTORCE

Meredith Wild jest autorką romansów, które zyskały uznanie na całym świecie. Jej powieści wielokrotnie zajmowały pierwsze miejsce na listach bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”. Mieszka z mężem i trójką dzieci w White Mountains w New Hampshire. Opisuje siebie jako maniaczkę komputerową, smakoszkę whisky i niepoprawną romantyczkę. Kiedy akurat nie przebywa w świecie swoich bohaterów, zazwyczaj można ją znaleźć na stronie www.facebook.com/meredithwild

Więcej o jej książkach możesz się dowiedzieć na stronie www.meredithwild.com