Jesteś moim teraz - M. Leighton - ebook + audiobook

12 osób właśnie czyta

Opis

Dane James był moim sąsiadem. Silny i sumienny, stanowił dla mnie zakazany owoc. Ale zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Choć pragnęliśmy być razem, nie mogliśmy poddać się uczuciu. Kochaliśmy się przez większość życia, ale los miał dla nas inne plany. Wiedział, że się zakochamy, wiedział, że się rozstaniemy. Wpadliśmy w powtarzający się cykl, który był niczym przekleństwo powracającego koszmaru lub nadzieja na znajomy, dobry sen. Nasza przeszłość była burzliwa, przyszłość rysowała się niewesoło, ale zawsze mieliśmy nasze piękne teraz. W końcu jednak i to zostało nam odebrane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 12 min

Lektor: Anna Krypczyk

Popularność


Książkę tę dedykuję każdemu, kogo zraniła bliska osoba.

Na końcu tunelu znajduje się światło, nadzieja i miłość

Gdzie nienawiść, tam cierpienie.

Gdzie wybaczenie, tam uzdrowienie.

Gdzie miłość, tam... wszystko.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość

– te trzy: z nich zaś największa jest miłość.

– Pierwszy list do Koryntian

Hymn o miłości

Biblia Tysiąclecia

ROZDZIAŁ 1

2004

Trzydzieści dwa lata

Nie zamierzałam zwalniać na widok tablicy powitalnej z nazwą Shepherd’s Mill. Moja stopa samowolnie wcisnęła hamulec. To odruch niczym natychmiastowe zabranie ręki, gdy po raz pierwszy dotkniesz tych ładnych pomarańczowych kółek na kuchence elektrycznej. Pamięć mięśniowa w odpowiedzi na zapamiętany ból.

A ja, rety, sporo wycierpiałam.

Zarzekałam się, że nigdy tu nie wrócę, choć mam świadomość, że po upływie całego tego czasu sprawy wyglądają zupełnie inaczej.

Z pewnością.

Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Powód, dla którego przemierzam ulice tego zapyziałego miasteczka, siedzi obok mnie w samochodzie, a nie ma niczego, czego bym dla niego nie zrobiła. Nie istnieje ryzyko, którego bym nie podjęła. Głębina, w którą bym nie wskoczyła.

Nawet jeśli oznacza to powrót do tej mieściny.

Właśnie tak postępują matki.

Cóż, na pewno nie moja, ale właśnie dlatego, kiedy byłam mniej więcej w wieku Celiny, obiecałam sobie, że jeśli urodzę córkę, będę kochać ją ponad wszystko i wszystkich. Nigdy nie przedłożę pieniędzy, statusu społecznego czy mężczyzny ponad nią, jak w moim przypadku zrobiła mama.

Nie potrafię wyobrazić sobie, bym nie dotrzymała tego przyrzeczenia. Celina jest całym moim światem.

Dodaję gazu, jakby nie paraliżował mnie właśnie strach. Podobnie od niechcenia zerkam na córkę, by sprawdzić, czy zauważyła moje zawahanie. Może i ma tylko czternaście lat, ale jej zielone oczy – takie same jak moje – są bardzo spostrzegawcze, zupełnie jak u dorosłych. Może nawet bardziej.

Oczywiście musiałam urodzić małego psychoterapeutę.

– Dlaczego to robisz, mamo? – pyta nie po raz pierwszy. – Dlaczego tak naprawdę to robisz?

Dawno temu popełniłam błąd i powiedziałam Celinie, z jakiego powodu nie odwiedzamy tego miejsca. Cóż, tak jakby. Nigdy nie wyznałabym jej całej prawdy. Niektóre rzeczy potrafią tylko skomplikować życie, więc zrobię wszystko, co w mojej mocy, by jej tego oszczędzić. Podjęłam jednak emocjonalną decyzję i przyznałam, jak bardzo nienawidziłam tego miejsca, kiedy byłam mała. Było to lekkomyślne i godne pożałowania, a w tej chwili wróciło, by kopnąć mnie w tyłek. Córka wie, że nigdy bym tu nie wróciła, gdyby sytuacja nie była tragiczna.

A taka właśnie jest.

Nie powiem jej tylko jak bardzo tragiczna. Ma na głowie zbyt wiele własnych zmartwień.

Kiedy nie odpowiadam od razu, wyciąga własne wnioski. Wyrzuty sumienia i smutek w jej głosie łamią mi serce.

– Robisz to przeze mnie, prawda? Po prostu nie chcesz mi powiedzieć.

Niewielki owal jej twarzy jest piękny, choć blady. Dziewczyna wygląda na wyczerpaną, a jej oczy już od jakiegoś czasu nie lśnią jak dawniej. Właśnie dlatego tu jesteśmy. Jestem zdeterminowana, by przywrócić im ten błysk, bez względu na to, jak wielką przyjdzie mi zapłacić cenę. Fizyczną bądź psychiczną.

– Córeczko, robię to dla siebie. I dla twojej babci. Choć ona nigdy tego nie przyzna, potrzebna jest jej pomoc, a będzie też dobrze, jeśli spróbujemy naprawić naszą relację. Jedziesz ze mną, bo jestem niesamowita i nigdy nie chciałabym pozbawiać cię tej swojej niesamowitości. Taka jestem troskliwa. – Uśmiecham się do niej, a półprawda z łatwością wychodzi z moich ust. Jestem pewna, że nie jest wskazane okłamywanie własnego dziecka, ale moim jedynym życiowym celem jest ochrona córki, nawet jeśli oznacza to ściemnianie.

– Dlaczego nie przeprowadzi się do Maryland, by zamieszkać z nami? Nienawidzisz tego miasta.

– Babcia opuści je jedynie w trumnie, więc ktoś musi być na tyle szalony, by do niej pojechać. A tą osobą jestem ja. – Robię najlepszą wariacką minę. – Przecież wiesz, jaka jestem. Loco en la cabeza.

Widzę uśmiech na twarzy. Odkąd mała zaczęła uczyć się hiszpańskiego, śmieje się, ilekroć używam tych kilku słów, które znam. Uważa, że kiedy próbuję mówić w innym języku, ujawnia się mój południowy akcent. Oczywiście sama tego nie słyszę, ale Celina zarzeka się, że to prawda i właśnie przez to się śmieje. Świadomie lub nie, mogłam to wykorzystać przy kilku ważnych okazjach.

Dobra, robiłam to świadomie. Jestem niepohamowana w wysiłkach rozśmieszania jej. Lub rozpraszania, w zależności od potrzeb.

Następuje krótka chwila ciszy, w czasie której liczę na to, że córka odpuści. Chociaż nie jestem zaskoczona, gdy tak się nie dzieje. Celina jest wytrwała. Jest wspaniała i delikatna niczym mały pitbull.

– Czegoś mi nie mówisz. Dlaczego?

Jadąc powoli główną ulicą miasta, tą, której już nigdy nie chciałam oglądać, wyciągam prawą rękę i kładę ją na chłodnym, jedwabistym policzku córki. Rośnie mi serce, łączy się w nim nieskończona miłość i nieznośny lęk. Poważnieję i odpowiadam: – Masz wystarczająco dużo zmartwień, nie muszę ci ich dokładać. Jesteś moim dzieckiem. Nie powinnaś nosić mojego ciężaru.

– A co, jeśli chcę?

Dobry Boże.

Jest tak bezinteresowna. Tak ofiarna i kochająca. Nie wiem, skąd jej się to bierze.

Przełykam z trudem ślinę, ponieważ mam ściśnięte gardło. Śmieję się i żartuję tak często, jak to tylko możliwe, ale przeważnie jestem na granicy płaczu.

– Kochanie, wiem, że chcesz, ale moją rolą, jako matki, jest ci na to nie pozwolić. Moim zadaniem jest stworzenie ci tak beztroskiego życia, jak mogę. Póki mogę. Przyjdzie czas, gdy nie ustrzegę cię przed cierpieniem, ale w tej chwili jesteś moją córeczką. Moją słodką, kochaną Celiną. Oddałabym za ciebie życie, gdyby oznaczało to, że zaoszczędzę ci choć chwili cierpienia.

– Przecież moje życie nie było kolorowe i bezbolesne, mamo.

Tłumię uśmiech na widok gorzkiego grymasu na jej twarzy. Przypomina mi o tym, że jest nastolatką.

Żebym nigdy o tym nie zapomniała, myślę sardonicznie.

– Wiem o tym. Do tej pory przeżyłaś więcej bólu niż niektórzy przez całe swoje życie, ale właśnie dlatego pragnę cię chronić przed wszystkim, przed czym zdołam. Wsadziłabym cię sobie z powrotem do brzucha, gdybym mogła, więc się ciesz, że strzegę cię tylko tak.

– Mamo! Ohyda!

Śmieję się z jej reakcji. Przeciąga samogłoski w „mamo”.

– Poważnie, Celino, postaraj się tym nie przejmować. Bądź normalną czternastolatką. Cóż, tak normalną, jak tylko możesz, mając moje DNA.

Mówi tak cicho, że niemal jej nie słyszę: – Nie pamiętam nawet, jak smakuje normalność.

Przeszywa mnie kolejna fala smutku. Patrząc w prawo, widzę zwieszoną głowę i nadąsane usta mojej córeczki. W takich chwilach zastanawiam się, czy aby moje serce nie pęka dosłownie na pół, a żadna jego część nie będzie już nigdy cała i zdrowa.

– Znów jej zaznasz, kochanie. – Proszę, Boże, pozwól jej ponownie zakosztować normalności. – I przypomnisz sobie, jaka jest nudna. – Proszę, pozwól jej to przetrwać.

Liczę, że moje słowa brzmią przekonująco, ale powątpiewam, gdy Celina przytakuje. Zastanawiam się, czy potrafi mnie przejrzeć, wejrzeć w głąb mojej osoby, gdzie zupełnie nie czuję się pewnie. Może jestem przypadkiem jak naznaczona plamami po owadach przednia szyba samochodu.

– A dopóki tak się nie stanie, możemy co wieczór spotykać się w moim dawnym pokoju i naśmiewać ze spodni babci. Założę się, że nosi spodnie jak staruszka. I wielkie babcine galoty. No wiesz, tak duże, że zachodzą na cały jej brzuch. Aż pod pachy.

Marszczę nos, patrząc na córkę, na co Celina odpowiada tym samym i jednocześnie rzucamy: – Fuuuj.

Chwilę później mała wzdycha ciężko. Głośno. Dramatycznie. Typowy nastoletni bunt.

– Chyba spoko. Nie może być przecież jeszcze gorzej.

Nie mówię, że zawsze może być gorzej i z pewnością nie powiem, że często właśnie tak jest. Nie musi o tym wiedzieć. Będę pilnować, by się o tym nie dowiedziała, tak długo, jak tylko zdołam. Chciałabym, by to samo ktoś zrobił dla mnie. Niestety życie nie było dla mnie łaskawe przez dwie długie dekady, począwszy od dnia, w którym przeprowadziłam się tutaj, gdy miałam dwanaście lat.

– Uszy do góry, ślicznotko. Nigdy nie wiadomo. Może to być najlepsze, co cię spotka. – Pociągam głośno nosem, wdychając zapach świeżo skoszonej trawy, słońca i czegoś słodkiego, unikalnego dla Shepherd’s Mill. – Czujesz?

Od piętnastu lat nie czułam tej specyficznej mieszanki woni. Niemal wywołuje we mnie mdłości.

– Co to za zapach? Puściłaś bąka?

– Celino Holland, nie, niczego nie puściłam. To, młoda damo, jest zapach nowego początku. – Ponownie wdycham powietrze, tym razem się krzywiąc. – I prawdopodobnie krowiego łajna.

Córka kręci głową i zamyka oczy.

– Dziwna jesteś.

– Cała ja. Dziwna, ale niesamowita.

Milkniemy, a kiedy przetaczamy się przez serce Shepherd’s Mill, próbuję spojrzeć na miasto tak jak Celina – odkładając na bok wszystkie uprzedzenia.

Chodniki po obu stronach głównej ulicy są puste, na wszystkich witrynach sklepowych wciąż wiszą tabliczki „zamknięte”. Nie ma samochodów zaparkowanych na wyznaczonych miejscach, których linie przy krawężniku są niczym szwy, i nie słychać żadnych dźwięków. To trochę dziwne, jeśli nie zna się tych ludzi. Brakuje jedynie suchego krzaka, przetaczającego się przed nami, by dopełnić wizerunku tego wymarłego miasteczka. Chociaż byłoby to mylące. To miasto nie jest opuszczone, zamieszkują je diabły, które teraz są w kościele.

– Gdzie są ludzie?

Celina przyzwyczajona jest do zgiełku większego miasta. Obawiała się przeprowadzki do małej mieściny, ale to… to zapewne naprawdę ją przeraża.

– W kościele.

Jak na komendę, gdy zbliżamy się do jedynego miejsca kultu w tym mieście, otwierają się drzwi frontowe i z budynku wysypują się ludzie, wylewając się na betonowe chodniki niczym woda na kamienie. Z doświadczenia wiem, że czekają na pastora, który stanie w wyjściu, by na odchodne mogli uścisnąć mu dłoń. Zawsze zakładałam, że to z jego strony ostatnia próba nakłonienia ich, by nie grzeszyli, przynajmniej do końca dnia.

Z doświadczenia również wiem, że to nigdy nie działa, choć muszę przyznać, że doceniam chodzenie do jedynego miejsca, w którym mają szansę przekształcić się w przyzwoitych ludzi.

Pierwsi z nich obracają się, by nam się przyjrzeć, gdy przejeżdżamy. Opieram się pokusie, by ze wstydu osunąć się na fotelu. Jestem pewna, że wysnują własne wnioski na temat tego, dlaczego Brinkley Sommers wróciła po tylu latach, i to w dodatku z dzieckiem. Na samą myśl rzucam im pełne buntu spojrzenie i macham, jakbym nie wiedziała, o czym dokładnie myślą.

Jakbym nie wiedziała jacy są.

Tak naprawdę śmieję się z ich oniemiałych twarzy. Dawno temu by mi to przeszkadzało, ale teraz już nie. Ci ludzie nie wiedzą, że nie mogą mnie już kontrolować. Nie wiedzą, że nie zamierzam żyć i umierać według ich zasad.

Nie znają mnie.

Już nie.

W końcu mijamy biały budynek. Po raz ostatni rzucam na niego okiem w lusterku wstecznym. Chciałabym w tej chwili opuszczać to miasto, a nie do niego wracać, jednak…

Moje rozmyślania zostają przerwane przez krzyk córki, dzięki któremu wracam uwagą do drogi.

– Mamooo!

Odruchowo mocniej ściskam kierownicę i wciskam hamulec, ledwie mijając zwierzę, które spaceruje sobie swobodnie po bruku.

– O w mordę! Co to było? – Celina pochyla się i wygląda przez przednią szybę, trzymając ręce na desce rozdzielczej.

– Koza – odpowiadam bez tchu, a serce bije mi jak oszalałe. – A na co ci to wyglądało?

– Skąd się wzięła na środku drogi i w środku miasta?

Uśmiecham się lekko drwiąco do mojej jedynaczki.

– Witaj w Shepherd’s Mill, kochanie.

Nie potrafię powstrzymać się od śmiechu, gdy zakrywa twarz dłońmi i jęczy.

Dokładnie wiem, co czuje.

ROZDZIAŁ 2

1984

Dwanaście lat

– Fuuj, Brinkley, jesteś ohydna!

Lauren Stringer. Najpopularniejsza dziewczyna w szkole. Dlaczego musi być akurat tą, na przyjaźń z którą naciskała mama, gdy przeprowadziłyśmy się tutaj kilka miesięcy temu? Była okropna. Wstrętna. Dlaczego to musiała być ona?

Znałam odpowiedź i wiedziałam, że nie miało znaczenia, jak okropna była Lauren i jej kumpelki. Dostałam rozkaz, którego nie można było podważyć. Od pierwszego dnia szkoły miałam przeczucie jak będzie.

– Musisz zmienić podejście, Brinkley – powiedziała mama, gdy mój pierwszy dzień w gimnazjum w Shepherd’s Mill nie wyglądał tak, jak się tego spodziewała. – Jesteśmy teraz bogatymi ludźmi, więc właśnie tak musisz się zachowywać, młoda damo. Oznacza to, że musisz być miła, nie odzywać się i, na miłość boską, nie bawić w błocie!

Miała na myśli ubrudzony już czubek całkiem nowego, bielusieńkiego buta Nike. Przedreptałam przecież tylko kilka kółek na naszym zakurzonym podjeździe, czekając na szkolny autobus. To była tylko ziemia. Przecież nie bawiłam się kupą czy czymś równie ohydnym. Bez względu na źródło brudu, takie rzeczy były teraz sprzeczne z zasadami. Najwyraźniej bycie bogatym oznaczało, że już nigdy nie będę mogła się ubrudzić.

Westchnęłam na samą myśl. Miałam nadzieję, że nasze poświęcenie w końcu będzie coś warte. Jak na razie jednak nie widziałam, dokąd to zmierzało, choć miałam świadomość, że tylko ja musiałam się pilnować. Mama była w siódmym niebie.

Od zawsze byłyśmy same. Nie znałam ojca, a odkąd sięgałam pamięcią, matka chciała mieć za towarzysza bogatego mężczyznę, kogoś, kto zlikwidowałby wszystkie jej kłopoty. Kłopoty, jak praca na dwa etaty, by związać koniec z końcem, aby kupić córce ubranie do szkoły, gdy tak naprawdę chciałaby sprawić sobie coś ładnego. Sądziła, że pieniądze są odpowiedzią na wszystko. Podejrzewam, że mogą wydawać się zbawieniem, kiedy się ich nie ma. Nie wiedziałam, czy rzeczywiście tak było, mimo to próbowała mnie nauczyć, że taka właśnie była prawda. Chociaż mnie nie przekonała. Do tej pory pieniądze były dla mnie tylko wrzodem na tyłku.

I nie powinnam już mówić „tyłek”.

Zakaz przekleństw i brudu wszedł w życie w kwietniu, gdy w spełniło się jej marzenie – ślub z bogatym mężczyzną – i przeniosłyśmy się przez pół Karoliny Południowej. Zamieszkałyśmy w mieście o nazwie Shepherd’s Mill. Teraz, jak mi nieustannie przypominała, musiałyśmy grać swoje role, by mogła zatrzymać przy sobie tego mężczyznę. Według niej oznaczało to – prócz pilnowania języka i czystych ubrań – że musiałam od początku zaprzyjaźnić się z właściwymi ludźmi, po czym zachowywać się tak jak oni. Sama tak robiła i oczekiwała tego ode mnie.

Zakolegowałam się więc z Lauren Stringer i jej świtą, ponieważ te dzieciaki były „największymi osobowościami” w tym mieście. Właśnie tego chciała ode mnie mama. Była wszystkim, co miałam, więc chciałam ją zadowolić. Zawsze byłam posłuszna i dokładnie wypełniałam polecenia. Nawet jeśli oznaczało to przyjaźń z diabłami o pustych duszach. Posmakowałam ich czarnych serc już w dwunastym roku życia, w piękny letni dzień nad rzeką.

– Fuuuj, Brinkley, jesteś ohydna! – Słowa te rozbrzmiały w słoneczne popołudnie niczym przenikliwe dzwony kościelne sygnalizujące mój pogrzeb.

Początkowo pomyślałam, że żartowała. Powiedziała to jakby ze śmiechem, więc uśmiechnęłam się, choć nie miałam pojęcia, co miała na myśli. Kiedy jednak reszta zaczęła szydzić i wytykać palcami, zrozumiałam, że to nie żart. Lauren Stringer mówiła, że byłam ohydna, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego.

Przeczesałam palcami kręcone blond włosy, spodziewając się znaleźć w nich błoto, pająka, czy coś takiego. Nie znalazłam jednak niczego. Byłam grzeczna i czysta, jak wymagała tego matka. Następnie dotknęłam małego nosa i szerokich ust, sprawdzając, czy nie miałam tam żadnej wilgoci. Również niczego takiego nie wykryłam. Spojrzałam w dół na biało-niebieską bluzkę, której paski rozmywały się w jasnym słońcu, i na niej też nie zauważyłam niczego ohydnego. Żadnych owadów, rozsmarowanej musztardy, śliny czy smarków. Nic. Ale dziewczyny śmiały się coraz głośniej, wskazując na mnie palcami i odsuwając się, jakbym nagle stała się radioaktywna.

– Boże, krwawi i nawet o tym nie wie! – W pisku Cassie Shields dało się słyszeć zarówno rozbawienie, jak i przerażenie. Nie polubiłam tej dziewczyny już w chwili, w której ją poznałam. Podlizywała się Lauren bardziej niż inni. Wszyscy to robili, ale Cassie była najgorsza.

Cóż, może nie wszyscy. Był w szkole jeden chłopak, który nie nadskakiwał Lauren Stringer. Nie przejmował się chyba tym, kim była, co robiła, ani o czym myślała.

Nazywał się Dane James.

Od razu go polubiłam, chociaż, według Lauren, nie powinnam była tego robić. Pospiesznie wprowadziła mnie w szczegóły życia uroczego chłopaka, po tym jak dołączył do nas tamtego dnia. Kiedy prowadził w drodze przez pole, a każdy chciał iść obok niego, Lauren trzymała się z tyłu. Była na to zbyt dobra. Albo tak sądziła. A ponieważ trzymała się z tyłu, ja również musiałam, bo zadowoliłoby to mamę.

– Jego ojciec pracuje na roli. To nadzorca twojego ojczyma – szepnęła. Jej ton sugerował, że bycie synem robotnika było czymś okropnym. Jak moja matka, Lauren potrafiła sporo powiedzieć samym tonem głosu. – Jest w naszym wieku i jest słodki, ale to tylko zwykły chłopak. Nie jest jednym z nas.

– Dlaczego więc go zaprosiłaś? – Nie znałam się na elicie tego miasta i sposobie ich postępowania.

– Jest jedynym, który mógł zdobyć klucz do tylnej bramy, byśmy mogli wejść nad rzekę. – Przewróciła oczami, wyjaśniając, jakby to było coś oczywistego.

O to właśnie chodziło z tym jej tonem.

Przytaknęłam, jakby to było całkiem logiczne, nawet jeśli nie miało dla mnie sensu. To, co sugerowała jednak miało. Implikowała, że Dane był uroczy i użyteczny, inaczej nie byłby wystarczająco dobry, by być jednym z „nich”. Nie jak ja. Matka wżeniła się w „nich”, więc automatycznie byłam wystarczająco dobra. Byłam teraz jak „oni”, a Dane James nigdy nie będzie się do „nas” zaliczał.

Cieszyłam się, że go zaprosiła. Podobało mi się, że z nami poszedł, choć tak naprawdę tu nie pasował. Podobało mi się, że prowadził, a wszyscy szli za nim. I to, że zatrzymał się, podniósł żółwia i odsunął go z drogi, by nikt na niego nie nadepnął. To, że nie zwracał uwagi na Lauren. Wydawało się, że urodził się z odpornością, której nie miała cała reszta. Naprawdę mi się to podobało. Ale głównie podobały mi się jego oczy. Miały ładną barwę. Niczym ciemne odcienie jesieni – rdza, brąz i zieleń z domieszką połyskującego złota. Zerknął na mnie kilka razy. Cóż, raczej spojrzał. Nie przeniósł wzroku dalej, jak robił to w przypadku innych osób. Zatrzymał go na mnie, patrząc w oczy. Głęboko.

Gdy Dane tak się wpatrywał, w moim żołądku działy się dziwne rzeczy. Ściskał się, jakbym jednocześnie była zdenerwowana i podekscytowana. W sposób, w jaki zawsze czułam się pierwszego dnia szkoły, gdy wkładałam jedyne nowe ubranie lub w bożonarodzeniowy poranek, kiedy biegłam do salonu, by sprawdzić, co dostałam pod choinkę.

Niestety nie patrzyłam na niego, gdy inni zaczęli się ze mnie naśmiewać.

– Fuuj, Brinkley, jesteś ohydna! – Słowa padały wokół, wisiały na drzewach i liściach. Śmiech był w powietrzu, drwiny w słońcu.

Próbowałam zrozumieć, co też takiego zrobiłam, co ich obrzydzało, ale dotarło to do mnie, gdy powiodłam wzrokiem po chamsko wycelowanym paluchu. Pochyliłam się i spojrzałam w dół. Poniżej pasa. Zobaczyłam ciemnoczerwoną plamę w kroku na materiale czyściutkich białych spodni.

Cóż, już nie były czyste.

Serce zgubiło rytm. Choć wiedziałam, co to było, i tak się przeraziłam. To znaczy, matka przeprowadziła ze mną rozmowę uświadamiającą, ale i tak byłam zszokowana, widząc w tym miejscu krew. Zaskoczyło mnie to. Ohydne.

– Może umiera! A może to zaraźliwe! Fuuj! Uciekać! – piszczała przesadnie Lauren. – Uciekajcie!

I, oczywiście, wszyscy uciekli. Jak stado bezmyślnych owiec. Naśladowcy. Nauczyłam się, że to miasto było ich pełne. Pobiegli za Lauren, krzycząc przez całą drogę w panice, pozostawiając mnie samotną, krwawiącą przy rzece w gorące i parne letnie popołudnie.

Uciekli wszyscy.

Poza jedną osobą.

Dane’em Jamesem.

Chłopak ani drgnął, po prostu stał, wpatrując się we mnie tymi swoimi śmiesznymi oczami, gryząc łodygę czegoś, co przypominało pszenicę. Ta cienka łodyżka sprawiała, że wyglądał na starszego. I bardziej pewnego siebie, jakby był kowbojem z telewizji czy kimś takim. A może rycerzem w lśniącej zbroi, choć miał na sobie koszulę w kratę i jeansy.

Walczyłam ze łzami upokorzenia, licząc sekundy, aż zdołam się ruszyć i również uciec, chociaż nogi odmawiały współpracy i tama w końcu puściła. Emocje naparły na słaby punkt w fasadzie, aż znalazły pęknięcie w mojej determinacji. Łzy parły, aż zdołały się wydostać. A kiedy zaczęły płynąć, nic nie było w stanie ich powstrzymać.

Nawet Dane James.

Cały stres związany z przeprowadzką, z nowym domem, nowym ojcem, nową szkołą i nowymi „przyjaciółmi” o pustych głowach w połączeniu z presją ze strony matki i dezorientacją powaliły mnie na kolana. Stawy po prostu się poddały, nogi ugięły się pod moim niewielkim ciężarem. Osunęłam się na ziemię, zakryłam twarz dłońmi i zaczęłam płakać.

Mocno szlochałam.

Nie słyszałam niczego prócz dźwięku upokorzenia, więc łatwo było zapomnieć, że nie znajdowałam się tu sama. Kiedy łzy powoli zwolniły, przypomniałam sobie, że był tu również Dane James.

Dane James – ten, który pozostał.

Żałowałam, że tak się stało. Chciałam umrzeć w spokoju, ponieważ byłam pewna, że tak właśnie będzie. Dawno temu mama nauczyła mnie, że śmierć społeczna prawie dorównywała tej prawdziwej. Spodziewałam się, że w mieście takim jak Shepherd’s Mill było to szczególnie prawdziwe. Byłam również pewna, że doznałam śmierci o gigantycznych proporcjach.

Nie odsuwałam rąk od twarzy, mając nadzieję, że sobie poszedł, ale nie mogłam go przecież ignorować, gdy położył dłoń na moim ramieniu. Z wahaniem obróciłam głowę, by wyjrzeć spomiędzy palców. Zobaczyłam twarz. Piękną.

Dane James kucał obok mnie, przygryzając łodygę pszenicy. Poruszał wargami, które uznałam nagle za fascynujące. Wyszły spomiędzy nich słowa słodkie niczym miód.

– Mam na imię Dane – powiedział cicho.

– Wiem, kim jesteś. – Pociągnęłam nosem.

– A ty masz na imię Brinkley.

– Wiem też, kim sama jestem. – Nie chciałam być chamska, ale wciąż czułam wielkie upokorzenie.

Uśmiechnął się.

– Nie przejmuj się Lauren ani jej kumpelkami. Nic nie wiedzą. – Wstał i wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać. – Któregoś dnia zapewne zrobią jej to samo.

Boże, mam nadzieję!

Częściowo liczyłam, że miał rację i że potraktują ją w ten sam sposób lub gorzej. Że zrobią jej coś naprawdę przerażającego, jak w tym filmie Carrie. Coś krwawego, że zobaczą to wszyscy i na zawsze pozostanie w ich pamięci. I że ja będę tego świadkiem.

Chociaż było to mało prawdopodobne, samo to proste stwierdzenie – że któregoś dnia zapewne zrobią jej to samo – wystarczyło, by mnie uspokoić. Nie całkowicie, ale na tyle, bym posłała Dane’owi niepewny uśmiech i podała rękę, pozwalając się podnieść. Otrzepałam kolana, przyglądając się, jak rozwiązywał rękawy czerwonej koszuli w kratę, którą miał zawiniętą wokół pasa. Bez słowa wyciągnął ręce i obwiązał mnie nią w talii.

Obserwując, jak wiązał rękawy, po czym puścił je luźno, zastanawiałam się, czy ktoś kiedykolwiek eksplodował z zażenowania. Wybuchnął i umarł na miejscu.

Porzuciłam jednak tę myśl, kiedy spojrzałam w dół i zobaczyłam roztropność jego czynu. Luźne rękawy koszuli przysłaniały powiększającą się plamę w moim kroku, wisząc idealnie przed materiałem spodni, a reszta zasłaniała całkowicie moje pośladki. Wyglądałam w tej chwili jak chłopczyca, ale przynajmniej byłam czysta. Lepiej było być chłopczycą niż trędowatą.

I w ten oto sposób Dane James mnie ocalił.

A przynajmniej tak się czułam.

– Dziękuję. – Zerknęłam na niego nieśmiało spod rzęs. Jedyną jego odpowiedzią było nonszalanckie wzruszenie ramionami. Zachowywał się tak, jakby nie stało się nic takiego, nawet jeśli został i próbował pozbierać resztki pozostałe po mojej godności. Może dla Dane’a nie była to wielka sprawa, w końcu był odporny na Lauren. Dla mnie jednak ta sytuacja była poważna.

– Chodź. Odprowadzę cię do domu.

Tak też zrobił. Wróciliśmy drogą, którą tu przyszliśmy, choć tym razem byliśmy tylko we dwoje. Szliśmy obok siebie, na tyle blisko, że gdyby chciał, mógłby mnie dotknąć. Ale nie chciał. Może nie czuł takiej potrzeby, ale ja tak. Pragnęłam go dotknąć, trzymać za rękę lub otrzeć się o jego ramię. Nie skusiłam się jednak. Za bardzo się wstydziłam. Szłam tylko u jego boku, ciesząc się ciepłem chłopaka po mojej lewej. Jego siła okazywana w milczeniu pocieszała mnie w sposób, którego tak naprawdę nie rozumiałam. Stwierdziłam, że jego towarzystwo odpędzało bolesne wspomnienie owiec, przytłaczające myśli o matce, ojczymie i tym niedorzecznym mieście. Wszystko po prostu zniknęło. Kiedy więc Dane James się odezwał, z ochotą znalazłam się w jego świecie, zamiast niechętnie pozostać w moim własnym.

Opowiadał o Stanleyu, żółwiu, którego wcześniej odsunął z drogi, by nikt na niego nie nadepnął.

– Mieszka przy rzece. Przeważnie przynoszę mu grzyby do jedzenia.

– Lubię żółwie.

Tak naprawdę było to kłamstwo. Wcale nie lubiłam żółwi. Przypominały wielkie ślimaki, choć miały mniej śluzu i więcej nóg. Ten żółw jednak był inny. Należał do Dane’a Jamesa, dlatego też musiałam go lubić.

– Lubię większość zwierząt, ale najbardziej psy.

– Masz psa?

– Nie. Zawsze chciałem, ale tata się nie zgodził.

Wkurzyłam się na jego ojca, choć go nie znałam.

– Ja też chciałabym mieć psa. – W tamtej chwili tak właśnie było. Żeby Dane James mógł przychodzić do mnie do domu i go głaskać.

– Ale przynajmniej mam Stanleya. No chyba że sobie pójdzie.

– Co wtedy zrobisz? To znaczy, kiedy odejdzie? – Już zaczęłam opłakiwać stratę żółwia Stanleya. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego tak się czułam. Wiedziałam jedynie, że Stanley był dla Dane’a ważny, a ten z kolei nagle stał się ważny dla mnie.

Chłopak wzruszył ramionami, choć tym razem w jego oczach o barwie jesieni pojawił się jakiś smutek.

– Chyba nie będę miał już żadnego zwierzaka.

Nie wiedziałam, jak mu odpowiedzieć, więc milczałam. Wiedziałam tylko, że gdybym potrafiła usunąć smutek z jego oczu, zrobiłabym to. Sprawiał, że również mnie było smutno i miałam nadzieję, że żółw Stanley nigdy nie odejdzie. Serce mi pękało na myśl, że pewnego dnia ten, który został, będzie samotny.

– Mówiłeś, że tata nie zgodził się na psa. A mama? Zapytaj ją. Może porozmawia z tatą, a ten się zgodzi.

– Moja mama nie żyje. – Głos Dane’a był płaski i twardy jak ścieżka pod naszymi stopami.

– Jak umarła? – Nie przyszło mi do głowy, że nie wypada pytać.

– Zabiła się. – Słysząc moje mimowolne sapnięcie, dodał: – Narkotykami.

– Dlaczego?

Ponownie wzruszył ramionami, ale zauważyłam różnicę w tym geście. Nie chciał przekazać, że o to nie dbał, ale że w całej tej sytuacji był bezradny.

Przez kilka minut szliśmy w ciszy. Żałowałam w myślach, że nie mogłam podzielić się z nim mamą. Miała wady, ale kochałam ją i chciałam, by Dane James też miał mamę do kochania. Chłopak ponownie wyrwał mnie jednak z zamyślenia, cieszyłam się więc, porzucając te myśli.

– Chcesz się ścigać do końca pola? Dam ci fory.

Przystanęłam, by na niego spojrzeć, szczęśliwa z powodu zmiany tematu. Jego smutek sprawił, że moje kończyny stały się ciężkie.

Zamiast odpowiedzieć, wystartowałam, jakby gonił mnie sam diabeł. Biegłam tak szybko, jak tylko nogi chciały mnie nieść. Dane był z boku, wyprzedził mnie w ciągu paru sekund. Zauważyłam jednak, że zwolnił, gdy to zrobił, bym mogła go dogonić i byśmy mogli dobiec na koniec pola w tym samym czasie.

Nie było zwycięzcy, choć oboje wiedzieliśmy, że Dane prowadził. Mógłby wygrać, gdyby tylko trochę się postarał, ale tego nie zrobił. Nie chciał mnie pokonać. Chciał tylko ze mną pobiec.

Do czasu aż stanęliśmy na moim podjeździe, zakochałam się nieco w Danie Jamesie. Kiedy zostawił mnie na jego końcu, bym te ostatnie kilka metrów przeszła sama, uśmiechnął się, po czym odszedł drogą.

– Żegnam się w dobrym stylu, krokodylu.

– Do zobaczenia o innej porze, aligatorze – odparłam, uśmiechając się do niego. Wydawało się to głupie, ale z jakiegoś powodu mnie uszczęśliwiło. To on mnie uszczęśliwił. A gdy się rozeszliśmy, po raz pierwszy od przyjazdu do Shepherd’s Mill poczułam coś innego niż samotność.

ROZDZIAŁ 3

Weszłam do domu. Mama i Alton Peterson, mój ojczym, siedzieli na kanapie w salonie. Nie podobali mi się razem. Nie wiedziałam dokładnie dlaczego, ale czułam się przy nich nieswojo.

Dla mnie byli dziwną parą. Mama była młoda i piękna, jak jedna z moich kolekcjonerskich lalek z tymi swoimi jasnymi włosami i ciemnozielonymi oczami. Alton nie wyglądał jednak jak żadna lalka Kena, którą się bawiłam. Był starszy, wyglądał na bardziej zaniedbanego niż mama, jakby był sterany życiem. Włosy siwiały mu na skroniach, zdawało mi się, że powinien być czyimś dziadkiem. Mama mówiła, że miał zaledwie trzydzieści pięć lat, ale dla mnie był bardzo stary.

Przyglądałam się przez chwilę, jak mama wyszywała coś haftem krzyżykowym na poduszce. Alton siedział po jej lewej stronie, obejmując ją luźno jedną ręką. Miał zamknięte oczy, palcami wodził po górnej części jej dekoltu. Nie po piersiach, ale zbyt blisko nich, bym dobrze się z tym czuła.

Żałowałam, że musiał to robić w miejscu, w którym mogłam ich zobaczyć. Cały czas miałam przez to gęsią skórkę. Nie ośmieliłby się robić czegoś takiego w miejscu publicznym, ale nauczyłam się szybko, że Alton za zamkniętymi drzwiami stawał się inną osobą. Maska grzeczności, którą nosił przed światem, ukrywała kogoś zupełnie innego.

Byłam pewna, że to samo tyczyło się wszystkich innych z Shepherd’s Mill.

Poza Dane’em Jamesem.

– Cześć, kochanie – powitała mnie z roztargnieniem mama, ledwo unosząc głowę znad poduszki, ale kiedy to zrobiła, spojrzała wymownie. – Co ty, u licha, masz na sobie? Skąd wzięłaś tę koszulę?

Oczywiście najpierw zauważyła ten ciuch. Miałyśmy pewną rolę do odegrania, a ja w tej chwili zawodziłam.

Westchnęłam. Przypomniało mi się, jak bardzo jej odbiło, gdy zauważyła brud na moich nowych butach, obawiałam się tego, co usłyszę o spodniach, gdy pokażę jej plamę.

– Od chłopaka.

– Dlaczego nosisz chłopięcą koszulę zawiązaną wokół talii? Wyglądasz jak jakiś obdartus. – Spojrzałam na Altona. Nie chciałam przy nim rozmawiać. I tak było to krępujące, a dyskutowanie o tym w obecności okropnego ojczyma było po prostu… okropne.

Kiedy nie odpowiedziałam natychmiast, mama naciskała: – Brinkley, słyszałaś mnie? O co chodzi z tą koszulą?

Zaczerwieniłam się, myśląc o plamie między nogami i o tym, jak zareagowała Lauren i jej owce.

– Później ci powiem.

Mama odłożyła poduszkę na kolana i zmarszczyła brwi. Całkowicie skupiła się na mnie.

– Powiesz mi od razu, młoda damo.

Ponownie spojrzałam nerwowo na Altona, który nie trudził się, by otworzyć oczy, czy zabrać dłoń z jej dekoltu. Chociaż w tej chwili mi to nie przeszkadzało. Był zajęty czymś innym, więc nie musiałam martwić się o to, że zauważy plamę. Dobrze.

Uniosłam rękawy koszuli Dane’a, by pokazać mamie zakrwawione spodnie, ale szybko znów je opuściłam, gdyby Alton jednak pokusił się o spojrzenie. Gdyby przestał molestować mamę na moich oczach.

Bleee!

Mama się uśmiechnęła.

– Ooo, moja mała córeczka dorasta. Staje się kobietą.

Na te słowa Alton uniósł głowę i otworzył oczy, po czym popatrzył na mnie. Powiódł wzrokiem po moim ciele. Zadrżałam, tak zimne było jego spojrzenie.

Oczy ojczyma były ciemnoniebieskie niczym najgłębsza, najchłodniejsza część oceanu. Były równie przerażające, jak straszne rzeczy czające się pod powierzchnią wody. Nie potrafiłam długo w nie patrzeć. Czułam się niekomfortowo z powodów, których nawet nie rozumiałam. Jak zwykle więc odwróciłam po chwili głowę.

– Mogę iść do siebie? Boli mnie brzuch. – Naprawdę tak było. Zaczęło się od pulsowania w podbrzuszu, wkrótce ból przeniósł się nawet na uda.

– Oczywiście. Przyniosę ci termofor. Przebierz się, a ja upiorę to, co masz na sobie, byś mogła oddać tę koszulę właścicielowi. Powtórz, jak nazywał się ten chłopak.

– Dane. Dane James.

Słysząc to, ojczym zwrócił na mnie jeszcze pilniejszą uwagę. Przestał gładzić mamę i usiadł prosto.

– Co robiłaś z Dane’em Jamesem, Brinkley? – Kiedy nie odpowiedziałam od razu, powtórzył ostro moje imię, aż się wzdrygnęłam: – Brinkley! Odpowiedz!

– Bawiliśmy się całą grupą na, eee, polach. – Nie powiedziałam o rzece, bo nie powinniśmy mieć klucza do bramy, która wpuściłaby nas aż tak daleko.

Alton zmarszczył brwi.

– Nie powinnaś zadawać się z tym chłopakiem.

– Dlaczego? Jest fajny.

– Co ci mówiłem o pyskowaniu mi?

Poczułam, jak krew odpłynęła mi z twarzy. Wyobrażałam sobie, jak spływa mi po szyi i dekolcie, wracając do serca.

– Mówiłeś, żebym tego nie robiła.

– Dlaczego więc to zrobiłaś?

– Tylko… wyjaśniałam. Dane jest…

– Nie chcę słuchać wyjaśnień. Chłopak tu pracuje, a ty masz się trzymać od niego z dala. Koniec dyskusji. Wyraziłem się jasno?

Zacisnęłam usta i krótko skinęłam głową.

– Mogę już iść do siebie?

– Tak. – Odwróciłam się pospiesznie i skierowałam w stronę schodów, ale Alton jeszcze nie skończył. Groźny głos sprawił, że się zawahałam i potknęłam na pierwszym stopniu. – Mówię poważnie, Brinkley. Trzymaj się od niego z daleka.

Wyprostowałam się, ponownie skinęłam głową i weszłam na górę. Nie wiedziałam wtedy… Nikt nie wiedział, że zakaz spotykania się z Dane’em Jamesem był dla mnie jak prośba trzymania się z daleka od powietrza, wody, życia czy miłości.

Był po prostu niemożliwy.

ROZDZIAŁ 4

Grałam w swoim pokoju na atari, gdy usłyszałam brzęk.

Stuk.

Nie zwróciłam na to uwagi. Stwierdziłam, że to pewnie efekt dźwiękowy gry, w którą grałam – cóż, przegrywałam – albo przeskok na kasecie, której słuchałam. Ale dźwięk rozległ się ponownie, tym razem głośniej, i uświadomiłam sobie, że to nie gra czy muzyka.

Stuk.

Szybko wcisnęłam czerwony guzik na kontrolerze, by zatrzymać akcję, i ściszyłam radio, bym mogła lepiej słyszeć. Gdy nasłuchiwałam, nie odnotowałam niczego niezwykłego. W oddali znad stawu niosło się kumkanie żab, a z wentylatora przy łóżku dobiegał słaby szum powietrza. Słyszałam  także elektroniczny syk mojego czarno-białego telewizora. Nie było to nic niezwykłego i z pewnością nic nie stukało.

Aż ponownie to usłyszałam.

Kolejny ostry stuk.

Obejrzałam się dookoła. Dźwięk dobiegał ze strony okna.

Natychmiast się wystraszyłam. Obejrzałam zbyt wiele strasznych filmów, a moja wyobraźnia była zbyt wybujała, aby podrzucić mi coś niewinnego. Umysł mimowolnie wyczarował przeróżne krwiożercze stworzenia, które mogły czaić się w mroku. Ale przypomniałam sobie, że miałam dwanaście lat, byłam więc za duża, aby w nie wierzyć.

Uspokoiłam się, a kiedy racjonalność zapanowała nad strachem, poczułam ciekawość.

Prawie się nie bałam.

Podniosłam się i spuściłam nogi z łóżka. Nasłuchiwałam w ciszy. Wciąż spodziewałam się usłyszeć ryk lub drapanie pazurów w któryś z boków domu, coś przerażającego i potwornego. Serce kołatało mi w piersi. Byłam przygotowana do biegu, na wypadek, gdybym usłyszała warczenie.

Ale nic takiego się nie stało, więc podeszłam powoli do okna. Próbowałam się uspokoić, wymieniając w myślach możliwe wyjaśnienia, inne niż potwory – gałąź drapiącą w ścianę, jakieś kawałki gruzu niesione przez wiatr, nocne owady uderzające twardym pancerzykiem o szybę.

Palce trzęsły mi się trochę, gdy rozsunęłam nieco zasłony i wyjrzałam przez niewielką szczelinę. Początkowo zobaczyłam tylko własną twarz i blask z ekranu stojącego za mną telewizora, ale po chwili, gdy wzrok wyostrzył się i byłam w stanie przejrzeć przez własne odbicie, udało mi się wejrzeć w noc. Zobaczyłam, że coś znajdowało się w ogródku. Coś, co tak naprawdę było osobą.

Na moim podwórzu stał Dane James.

Ten, który został na miejscu.

Od razu wiedziałam, że to on, gdy na niego spojrzałam. Pomyślałam, że prawdopodobnie wszędzie bym go rozpoznała, nawet w ciemności. Jeśli nie po wyglądzie, to po sposobie, w jaki czułam się w jego obecności. Nawet w nocy, w półmroku, przez szybę, w której odbijała się moja twarz, czułam szczęście, ciepło i ulgę.

Dane stał dokładnie w miejscu, w którym poświata księżyca niknęła w cieniu drzew. Wyglądał trochę jak duch. Wytwór nocy, projekcja sięgająca do światła, by mnie dopaść.

I tak, złapał mnie. Czułam w podbrzuszu trzepotanie. Chłopak, który ocalił mnie za pomocą czerwonej koszuli w kratę i swoich jesiennych oczu, stał przy moim domu. W moim ogrodzie. Rzucał kamieniami w moje okno. A ja cieszyłam się na jego widok.

W tamtej chwili nie obchodziło mnie, czy matka zacznie szaleć, jeśli dowie się, że był u mnie Dane. Nie obawiałam się, czy ojczym mnie zabije, jeśli go zobaczy. Nie przejmowałam się również niestosownością sytuacji, w której młoda dziewczyna otwierała okno, by w środku nocy porozmawiać z synem nadzorcy. W ogóle mnie to nie obchodziło. Liczył się dla mnie tylko Dane James, ten, który został. Zależało mi jedynie na podekscytowaniu, jakie wywołał we mnie swoją obecnością.

Otworzyłam i popchnęłam ciężkie skrzydło okna, po czym wystawiłam głowę przez szczelinę na tyle dużą, by mieć pewność, że nikt w domu mnie nie usłyszy.

– Co tu robisz? – zapytałam scenicznym szeptem.

– Przyszedłem sprawdzić, co u ciebie słychać.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

– Aby się upewnić, że dobrze się czujesz.

Nie odpowiedziałam od razu. Na parę chwil wróciło upokorzenie z „wydarzenia” znad rzeki i słowa utknęły mi w gardle, próbując mnie udusić. Chciałabym, by zapomniał o całej sprawie.

Wzięłam głęboki wdech i w końcu odpowiedziałam: – Nic mi nie jest.

– To chodź. Idziemy.

– Mam iść? Dokąd? Jest środek nocy.

– Wiem, że jest, ale kogo to obchodzi?

– Mnie. Mogę mieć kłopoty.

– Tchórzysz?

– Nie – odpowiedziałam, zadzierając głowę, niemal uderzając nią o okno.

– Dobrze. To chodź.

Wiedziałam, że nie powinnam pozwalać, by jakikolwiek chłopak, a już szczególnie ten, namawiał mnie na wymknięcie się z domu, ale w głębi duszy zdawałam sobie sprawę, że wcale tego nie robi. Chciałam z nim iść. Cokolwiek robił, też chciałam w tym uczestniczyć. Nie dbałam nawet o to, co to było.

Zgodziłam się pod wpływem impulsu, zanim zdołałam to przemyśleć i zmienić zdanie.

– Daj mi chwilę.

Pospiesznie zamknęłam okno. Z mocno bijącym sercem zdjęłam koszulę nocną, włożyłam żółte spodenki oraz top w różowe i żółte motyle na jednym ramieniu. Stopy wsunęłam w białe buty, mając nadzieję, że nie będziemy chodzić po błocie. Mama wciąż narzekała, gdy ostatnim razem musiała je czyścić.

Przemknęłam się schodami, zatrzymując przy każdym zgrzycie drewnianych stopni, aż w końcu dotarłam do dywanu i przemierzyłam jadalnię oraz kuchnię. Wiedziałam, że korzystając z tylnych drzwi, miałam większe szanse na wymknięcie się tak, by nikt mnie nie usłyszał. Frontowe skrzypiały, wydawały dźwięk jak stary duch, który był zmęczony nawiedzaniem.

Otworzyłam zasuwkę i przekręciłam gałkę, uchyliłam skrzydło na tyle, bym mogła przecisnąć się przez szczelinę, po czym szybko je zamknęłam. Zatrzymałam się na małym betonowym stopniu, odetchnęłam głęboko i przesunęłam się o kolejny centymetr. Wciąż mogłam zawrócić… nie było za późno.

Jeszcze.

W tej samej chwili wiatr zawiał z boku domu, rozwiewając moje rozpuszczone jasne włosy, które połaskotały mnie w nos. Odetchnęłam powoli i głęboko. Dla dziewczyny, która od przeprowadzki do Shepherd’s Mill czuła się jak więzień, mrok pachniał wolnością, zdolnością bycia znów sobą, nawet jeśli tylko na krótką chwilę. W środku nocy. Gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć, nikt prócz chłopaka, który nie dbał o moje kajdany, czy ludzi, którzy mi je założyli. Zależało mu jedynie na mnie. Chciał mieć z kim uciec.

Ruszyłam biegiem przez ogródek. Kiedy się poruszałam, nawiedziła mnie myśl, że Dane przysporzy mi kłopotów, ale zignorowałam ją. Zignorowałam, jak chciałam zignorować matkę i jej głupie zasady. Jak ojczyma i jego snobistycznych przyjaciół. Jak całe to durne miasto i osobę, którą zmuszano mnie, bym była.

Nie zatrzymałam się, aż praktycznie wpadłam na Dane’a Jamesa. Wyciągnął chudą rękę, by mnie zatrzymać. Nie wiedziałam, czy brakowało mi tchu od biegu, czy od jego dotyku. W końcu mnie dotykał i było to bardzo miłe.

– Dokąd idziemy? – wysapałam.

– W tę stronę. – Ruchem głowy z potarganymi brązowymi włosami wskazał pola, jednocześnie puszczając mnie. Natychmiast zatęskniłam za jego ciepłem.

Dane odwrócił się w kierunku podjazdu i postawił krok naprzód. Miałam zamiar iść za nim, ale zatrzymał się i spojrzał na mnie, więc też się zatrzymałam. Tak nonszalancko, jak by sięgał po serwetkę czy miętowy cukierek z talerza babci, wyciągnął rękę, złapał mnie za dłoń i splótł nasze palce. Trzymałam go mocno, gdy pociągnął mnie delikatnie do siebie.

Wiedziałam, że Dane James mógł poprowadzić mnie gdziekolwiek zechciał, a ja z chęcią bym za nim poszła.

– Dokąd idziemy? – powtórzyłam, próbując zachować spokój i ignorować śmieszne trzepotanie w brzuchu.

– Na pola.

– Dlaczego?

Ponownie wzruszył ramionami.

Pomyślałam o tych jego gestach. I dłoniach. I oczach o zabawnej barwie. I w końcu o jego ustach.

– Potrzebna ci nowa łodyga pszenicy do gryzienia?

– Nie gryzę pszenicy. To trawa preriowa. Jak możesz nie widzieć różnicy?

– Nie mieszkam tu długo. Dopiero niedawno po raz pierwszy zobaczyłam zboże – broniłam się.

Zdawało się, że przyjął to jako wystarczający powód.

– Trawa preriowa jest słodka, przypomina arbuza. Tata nie znosi, gdy ją gryzę.

Spojrzałam na niego, oceniając sposób, w jaki wydawał się nie przejmować tym, co robiła reszta z nas, na przykład tym, co myślała Lauren Stringer czy tym, czego chciał jego tata. Doszłam do wniosku, że gryzienie tej trawy miało więcej wspólnego z zakazem ojca niż z jej smakiem. Nie miałam pewności, było to jedynie przeczucie. Wątpiłam, by chłopak taki jak Dane James przejmował się zasadami. Sprawił, że ja przestałam się tak bardzo nimi przejmować. Tyle wiedziałam.

W milczeniu przemierzyliśmy podjazd i weszliśmy na pole. Spojrzałam przez ramię na dom, z którego właśnie wyszłam.

– Skąd wiedziałeś, które okno było moje?

Dane zatrzymał się na tyle, by móc wskazać w przeciwnym kierunku na jedną ze stodół wznoszących się ponad wierzchołkami zboża.

– Widzę ze swojego pokoju. Tam, gdzie się świeci jest moje okno.

Spojrzałam we wskazane miejsce i w oddali zauważyłam żółtą plamę. Światło biło z drugiej kondygnacji stodoły, która stała pośrodku pola ojczyma. Była jedną z wielu, Alton Peterson posiadał mnóstwo ziemi oraz budynków.

– I mieszkasz tam z tatą?

Sapnął z udawanym przerażeniem.

– Cholera! Co powie na to Lauren?

Popatrzyłam na jego profil i zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam, że się uśmiechał. Żartował o Lauren.

W moich oczach stał się pewnego rodzaju superbohaterem.

Podobało mi się to.

On mi się podobał.

– Jestem pewna, że o tym wie.

– Tak. Wie o wszystkim, prawda? A przynajmniej tak jej się wydaje.

Poszerzył się uśmiech na mojej twarzy.

Tak, bardzo polubiłam Dane’a Jamesa.

Zamilkliśmy, wchodząc na pole. Dane pociągnął mnie ze sobą, więc chętnie podążyłam przez morze wysokiego do pasa pierzastego zboża. Kołysało się w poświacie księżyca, srebrzyste fale płynęły tam i z powrotem, poruszane ciepłym, nocnym wiatrem. Wyciągnęłam wolną rękę i przesunęłam palcami po cienkich łodygach. Pierzaste kłosy połaskotały mnie w dłoń, podczas gdy drugą ogrzewało ciepło szorstkiej skóry mojego towarzysza. Nabrałam powietrza i zatrzymałam je w płucach. Chwila była idealna i… cenna. Wyjątkowa w sposób, jaki rzadko się zdarza. Na pewno nie przeżyłam niczego takiego do tej pory. Nie chciałam, by się skończyła, więc trzymałam ją w sobie razem ze słodko pachnącym powietrzem tak długo, jak tylko mogłam. Aż musiałam ją wypuścić.

W momencie wydechu wiedziałam, że bycie z Dane’em Jamesem było dobre. Nie przejmowałam się tym, że wpadnę w kłopoty, gdy ktoś nas nakryje. Nie mogłam się przejmować. W jakiś sposób, gdy znajdowałam się w towarzystwie tego chłopaka, którego przecież nie znałam, a który miał najładniejsze oczy, jakie w życiu widziałam, wszystkie kłopoty wydawały się nieistotne. A on był znaczący. Ważny. Wart ryzyka. Nie rozumiałam tego w pełni, ale odczuwałam to intuicyjnie. Miałam słabość do niewłaściwego chłopaka, który potrzebował mnie tak samo, jak ja potrzebowałam jego, a reszta się nie liczyła.

Dane poprowadził mnie w głąb pola, aż zaczęłam się martwić, że się zgubimy. Zaszliśmy tak daleko, że nie widziałam już światła w moim oknie. Im bardziej oddalaliśmy się od domu, tym ciemniejsza zdawała się być noc. Jedynie księżyc rzucał na nas poświatę. Czułam się bezpiecznie tylko dzięki chłopakowi idącemu tuż obok. Był jedynym, czego mogłam się trzymać.

Był moją kotwicą.

Moim kompasem.

Dane zwolnił i zatrzymał się przed ciemną bryłą na naszej drodze. Musiałam patrzeć na nią przez dłuższą chwilę, by zorientować się, że to skała. Była spora. Sięgała mi do podbródka, ale była płaska u góry i większa niż maska samochodu. Przypominała mi gigantyczny krążek, który został wrzucony na środek tego pola. Tratwę ratunkową w morzu nicości.

Dane puścił moją rękę i wspiął się na głaz. Kiedy był na górze, wychylił się poza krawędź i zachęcił gestem.

– Chodź – ponaglił.

Wiedziałam, że sama mogłabym z łatwością wspiąć się na tę skałę. Może Dane również o tym wiedział, ale lubiłam go trzymać za rękę, więc podałam mu swoją. Może on też lubił mnie trzymać. Nie przejmował się swoim statusem materialnym, więc może ja też nie powinnam? Wiedziałam, że dla mamy było to bardzo ważne. Dla ojczyma też. Jednak w tamtej chwili liczyło się tylko dla mnie to, jak bardzo lubiłam tego chłopaka i jak się czułam, gdy na mnie patrzył.

Weszłam za Dane’em na skałę, która wciąż była ciepła od ogrzewających ją za dnia promieni słonecznych. Chłopak puścił moją rękę i położył się na plecach, brzuchem do gwiazd. Poszłam w jego ślady. Nasze ręce stykały się od ramienia aż po nadgarstek. Wydawało mi się, że Dane głaskał palcem mój mały paluszek. Modliłam się w duchu, by ponownie wziął mnie za rękę, ale tego nie zrobił. Leżał tylko obok, cichy i silny.

Wpatrywałam się w nocne niebo. Gwiazdy były jaśniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Może dlatego, że pogrążeni byliśmy w mroku i wydawało mi się, że błyszczały i połyskiwały niczym brylanty na czarnym aksamicie, a może to chłopak leżący tuż obok sprawiał, że widziałam je zupełnie inaczej. Nie wiedziałam. Byłam tylko pewna, że nigdy wcześniej nie miałam przed sobą tak lśniącego nieba.

– Często tu przychodzisz? – zapytałam szeptem. Nie bałam się, że ktoś nas usłyszy, ale wydawało mi się to stosowne. Jakby głośny dźwięk mógł zniszczyć tę chwilę, tę noc i gwiazdy.

Nas.

– Tak.

– Jak znalazłeś ten kamień? – Głaz nie był na tyle duży, by mógł wystawać ponad zboże, widać go było tylko z bliska.

– Zawsze wiedziałem, że tu jest. Widać go jak na dłoni, gdy pole nie jest obsiane. W dodatku trzeba uważać na niego przy żniwach. Można na nim rozbić kombajn albo pikapa.

– Dlaczego więc nikt go nie usunął?

– Sięga zbyt głęboko. Jest jak góra lodowa. Wystaje tylko czubek, pod ziemią skały jest o wiele więcej. Jest zbyt duża, by ją wykopać.

– Jest jeszcze większa pod ziemią?

– Tak. Tata mówi, że ten głaz zawsze tu będzie. Nie da się go ruszyć. Z wierzchu wygląda niewinnie, ale liczy się jedynie to, co pod spodem.

Pomyślałam, że Dane musi być jak ten kamień. Wiedziałam, że ludzie patrząc na niego widzieli jedynie syna biednego rolnika, ale nie to miało znaczenie. W głębi znajdowało się to, czego nie byli w stanie dostrzec i było tego o wiele więcej.

Coś podpowiadało mi, że był bardzo ważny.

Uderzyłam dłonią o skałę i odczułam jej twardość. Mogłam się założyć, że Dane był równie trudny do ruszenia jak ona. Uparty. Głaz nie przejmował się wiatrem, deszczem, burzami. Pomyślałam, że chłopak również o to nie dbał. Nadal był sobą, ignorował Lauren Stringer, gryzł trawę preriową, bez względu na to, co mówili lub myśleli inni. Był silny i nieporuszony, czego nie dało powiedzieć się o innych osobach, które tego nie rozumiały.

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? – Musiałam zapytać.

Poczułam, że wzruszył ramionami. Jego ręka otarła się o moją, co załaskotało i włoski stanęły na mojej skórze. Obróciłam głowę, by spojrzeć na niego w słabym świetle.

– Popatrz w górę – powiedział, niemal jakby czuł, że na niego spoglądam. Tak więc zrobiłam. Choć było to trudne, oderwałam od niego wzrok, ponownie zatracając się w bezkresnym niebie i nieskończenie wielu połyskujących gwiazdach.

– Chciałem, byś zobaczyła, jak duży jest świat. Że jest większy niż Lauren Stringer i jej głupie koleżanki – wyjaśnił.

– Właśnie dlatego tutaj przychodzisz? Przez Lauren i te jej kumpele?

Jego śmiech był zdecydowanie zbyt gorzki jak na dzieciaka.

– Nie. W dupie mam te dziewuchy. – Uśmiechnęłam się, słysząc brzydkie słowo. Mama dałaby mi popalić, gdybym się tak wyraziła. Byłyśmy teraz bogatymi damami, a bogate damy nie używały takiego języka.

Dane James nie przejmował się jednak bogactwem czy damami, przez co lubiłam go jeszcze bardziej. I znajdowałam się niebezpiecznie blisko zadurzenia w tym chłopaku. Właściwie, jeśli miałabym być szczera, zapewne już się w nim zakochałam.

– Dlaczego więc?

Cisza przeciągała się w nieskończoność, ale w końcu zmąciło ją westchnienie, pojedynczy dźwięk niczym wycie samotnego wilka.

– Chyba dlatego, że wszyscy inni przejmują się za bardzo. Przychodzenie tutaj przypomina mi, jak wielki jest świat.

Zrozumiałam, że choć próbował udawać, że było inaczej, wciąż przejmował się osobami takimi jak Lauren Stringer. Ludźmi, którzy liczyli się w mieście takim jak to. Wiedziałam również, że było to niesprawiedliwe i niedorzeczne, tak samo jak chęć mamy, bym przyjaźniła się z nimi tylko dlatego, kim byli. To właśnie przez nich naprawdę fajny chłopak mieszkający w stodole przychodził w środku nocy na głaz znajdujący się pośrodku pola tylko po to, by się położyć i popatrzeć w gwiazdy. I przypomnieć sobie, że być może gdzieś indziej na świecie nazwiska, rodziny i praca nie miały znaczenia.

Ale nie tutaj, ponieważ w Shepherd’s Mill liczyło się tylko to.

ROZDZIAŁ 5

2004

Trzydzieści dwa lata

– Nie mówiłaś, że babcia jest bogata. – Celina stoi przy otwartych drzwiach samochodu, wpatrując się w dom, w którym się wychowywałam. – Ani że jest tu tak ładnie. Jak z bajki.