Jesteś moim niebem - Magdalena Piotrowska - ebook
Opis

Przejmująca, niezwykle intymna opowieść o rozczarowaniu, bólu, strachu, rozpaczy i tęsknocie. Zapis najgłębszych uczuć i najtrudniejszych emocji, z którymi zmaga się córka po przedwczesnej i nagłej utracie matki.

Nowotwór płuc, wyrok śmierci z ust sędziego w lekarskim kitlu i błyskawiczna egzekucja wyroku to dramatyczne zdarzenia, które wstrząsają całym światem bohaterki tej historii, poddają w wątpliwość wszystko, w co wierzyła i co dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

Powieść daje świadectwo wielkiego gniewu, niezrozumienia, przerażającej bezradności i dogłębnej niezgody na to, co nieodwracalne, ostateczne. Jesteś moim niebem jest także dramatyczną wędrówką po najciemniejszych zakamarkach ludzkiej duszy. Książka stawia wiele trudnych pytań o sprawy najistotniejsze, ale nie pozostawia czytelnika bez odpowiedzi. To obraz najdzikszej burzy, czarnej nawałnicy, która narusza wszystko, przeraża i obezwładnia, by wreszcie zakończyć się nowym ładem i tęczą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Leonardo Emiliozzi/Shutterstock

© by Magdalena Piotrowska

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0332-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Moim Dzieciom – Jankowi i Marysi

Powtórzę za Ernestem Hemingwayem, że moje przeżycia, uczucia i myśli zgniłyby we mnie i zwarzyły się, gdybym nie postanowiła ich opisać. Być może zbyt wiele w tym stwierdzeniu patosu, jednak w obliczu śmierci ma się myśli ostateczne, skrajne, do szpiku kości przesiąknięte emocjami. Jeśli jest gniew, to pełen nienawiści do samego Boga. Jeśli pytania, to fundamentalne. Jest gonitwa myśli i kotłowisko uczuć, więc także zdania bez znaków przestankowych, rozżarzona, rozpędzona lawina słów, niedająca się okiełznać stylistycznym regułom, złowrogi spektakl żywiołów trawiących duszę, które można opisać, ale nad którymi nie sposób zapanować.

Czasem historie tak głośno domagają się opowiedzenia, że trzeba je napisać tylko po to, by je uciszyć.

Stephen King

To są chyba dobre święta… Z siankiem pod białym obrusem, z karpiem na dwa sposoby, śledziem na cztery, kompotem z suszonych owoców, zupą grzybową, pierogami, makowcem, sernikiem, szarlotką i włoskimi orzechami, ze stosem prezentów pod choinką, radosnym śmiechem dzieci, ogniem trzaskającym w kominku, z wizytami przyjaciół i grzanym winem z goździkami, orzechami, miodem, wanilią, pomarańczą i cytryną, ze spacerami po lesie zimowym i mroźnym, z psami tonącymi w śnieżnych zaspach, i ze spacerami po lesie zielonym i pachnącym, z psami taplającymi się w błotnistych kałużach po gwałtownej odwilży. Dobre święta, wszystko jak trzeba: dzieci się cieszą, kolęda odświętnym zgodnym chórem wypełnia dom, choinka wysoka do sufitu lśni setkami lampek, a na niej porcelanowe baletnice, filcowe aniołki, słomiane renifery, gwiazdy betlejemskie, szklane bałwanki, czerwone korale, taka strojna, obsypana biżuterią, jakby to był już karnawał. Przy wigilijnym stole mąż, dzieci, teściowie, szwagierka. Oraz puste miejsce i lśniące, nietknięte nakrycie. Na białym talerzyku przysiadła cicha tęsknota. Zawstydzone, nieśmiałe rozczarowanie otuliło się srebrną serwetką i łypie na mnie smutnym okiem, gdy nikt inny nie widzi.

To nie pierwsza Wigilia bez mamy, ale pierwsze całe święta bez niej. Nie dam rady was w tym roku zaprosić, córeńko, nie ma sprawy, mamusiu, wy przyjedźcie do nas, przecież ja przygotuję wigilię, nie dam rady, córeńko, tak mnie męczy to okropne przeziębienie, pozarażałabym dzieci… I mówię, że rozumiem, i żeby odpoczywała, i że spotkamy się po Nowym Roku, jak już wydobrzeje, ale głos mi się łamie, coś zakłuło, zabolało, zadziwiło, że może mama zbyt łatwo odpuszcza, to przecież takie ważne święta, najważniejsze, rodzinne, nasze wspólne od zawsze, a ona nie jest kobietą, której kaszel, nawet jeśli uporczywy, mógłby w czymkolwiek przeszkodzić, może jej zwyczajnie nie zależy, może po raz pierwszy w życiu jej nie zależy. Że grypa, że dwie serie nieskutecznych antybiotyków, kaszel, gorączka, ja przecież rozumiem, ale to takie niepodobne do niej, to nie przeszkoda na miarę jej determinacji, przecież ją znam, najsilniejszą na świecie, najdzielniejszą, bezkompromisową, i że nagle kaszel, i wcale nie zobaczymy się w święta?…

Nie przyznaję się, że mi przykro, żeby jej nie było przykro. Słyszę ten kaszel w słuchawce, słyszę ochrypły słaby głos i chociaż gdzieś w głębi odrobinę nie dowierzam, chociaż czai się w kącie za choinką przepełniony poczuciem winy żal, to wiem, że po raz pierwszy mama szykuje kameralne święta – dla taty i mojej siostry z rodziną – bardziej siłą woli niż organizmu. Odpoczywaj, mamuś, zobaczymy się po Nowym Roku, jak już ci przejdzie, jak dojdziesz do siebie. Do oczu napływają nieśmiałe łzy, ale przez telefon nie mogą sprawić przykrości. Że głos mi się załamuje, gdy składamy sobie z mamą życzenia? Załamuje się, bo najprawdziwsze święta są z mamą. To tylko chrypka, mamo, lekka chrypka, trochę boli mnie gardło.

Nie lubię tłumu. Im więcej ludzi, im tłoczniej i ciaśniej, tym bardziej czuję się samotna. Nic tak nie wzmaga poczucia osamotnienia i zagubienia, jak masa ludzi depczących sobie po piętach, szturchających łokciami, ocierających się płaszczami o cudze płaszcze, przelewających się po ulicach jak wzburzone rzeki – mrowie anonimowych głów. Dlatego lubię Paryż jesienią, Londyn w styczniu, Barcelonę w marcu, a Florencję w kwietniu, gdy tłumy turystów nie wypełniają szczelnie całej dostępnej przestrzeni, zaś opustoszałe place i parki są ciche i łagodne. Uwielbiam snuć się godzinami po wyludnionych miastach, choćby we mgle, w chłodzie albo po zmroku. Wcale nie czuję się wtedy samotna. Dlatego warszawską Starówkę najbardziej lubię późnym wieczorem. Zaprzyjaźniam się w ciszy ze starymi murami, a bruk na lśniących wilgocią ulicach mruga do mnie przyjaźnie. Gdy nie porywa mnie wartki prąd tłumu, dostrzegam ciepłe światło latarni na kremowej fasadzie filigranowej kamienicy i śmiejące się do mnie prostokątne szprosowe okna. Każdy szczegół – zadeptany, pominięty w masie ludzi – pod osłoną nocy przemawia łagodnie, cieszy się z odwiedzin. Zatłoczone miasto stoi sztywno z kamienną twarzą, a opustoszałe pochyla się, zaprasza, opowiada, kokietuje. Gdy nie depczesz go w anonimowym tłumie, ono pokazuje duszę.

Mimo to zabieramy dzieci na Starówkę tuż po zmroku, żeby zobaczyły, jak pięknie wystroiła się na święta w tym roku. Wiemy, że będzie tłoczno i trudno – na ulicach, żeby dojechać, na parkingach i chodnikach, żeby zostawić samochód, wreszcie na Krakowskim Przedmieściu, placu Zamkowym i Rynku, żeby obejrzeć świąteczną dekorację. Biorę ze sobą aparat fotograficzny oraz statyw, aby robić zdjęcia w trybie nocnym, ale spodziewam się, że w przelewającym się we wszystkie strony tłumie ciężko mi będzie go rozstawić. No trudno, przecież nie przywiozę dzieci na Starówkę w środku nocy zimą. Najwyżej przejdziemy się szybciutko, żeby zobaczyły choinkę, lampki i ozdoby, a którejś nocy przyjadę sama, tak późno, żeby nie było już spacerowiczów i gapiów, i wtedy poszaleję z obiektywem i statywem.

Jednak gdy wychodzimy z bocznej uliczki na Krakowskie Przedmieście, w jednej chwili zmieniam zdanie. Na zaczarowanej świątecznie ulicy tłum nagle wcale mi nie przeszkadza, nawet wtedy, gdy ktoś trąca mój statyw chwiejący się na nierównym chodniku albo gdy ja trącam kogoś jedną z jego trzech długich aluminiowych nóg, ani wtedy, gdy obca głowa w wysokiej czapce niespodziewanie wypełnia długo ustawiany kadr. Ktoś oprószył Krakowskie Przedmieście gwiezdnym pyłem. Oblepione są nim nagie drzewa wzdłuż ulicy i wszystko lśni, skrzy się, srebrzy i złoci. Krakowskie Przedmieście rozłożyło na latarniach roziskrzone parasole. Płatki śniegu miękko opadają na ażurową konstrukcję, połyskującą maleńkimi światełkami, jakby rój świetlików tańczył wesoło na biało-srebrnej pajęczynie. Wiatr cicho gra na kolorowych bombkach pod osłoną parasoli. Spacerowicze przechodzą wnętrzem wielkiej bombki niczym baśniowym tunelem. Miliony śnieżnobiałych punkcików skrzą się nad nimi, jakby niebo przybrało nagle barwę lawendową i obsypało się brokatem. Tysiące migoczących żaróweczek oplatają nagie drzewa wzdłuż ulicy, jakby porosły je mieniące się, czarodziejskie winorośle.

Pomiędzy drzewami stoją w śnieżnym puchu wielkie kolorowe paczki, złote i lawendowe, jakby rozświetlone gwiezdnym pyłem z podniebnej podróży Świętego Mikołaja. Pogubił je pewnie, spadły tutaj, przysiadły cicho na świeżym śniegu. A obok ogromne cukierki – rozświetlone łakocie. Można wejść do wnętrza świątecznej paczki, jakby samemu było się świątecznym prezentem. Jest tak, jakby urzeczywistnił się dziecięcy sen – barwny, połyskujący, mieniący się tysiącami świetlnych punkcików. Migocząca choinka na placu Zamkowym sięga chmur. Jest tak wysoka, że nie wiadomo, czy gwiazda na jej czubku jest choinkową ozdobą, czy może jasną gwiazdą na niebie. Wokół choinki także leżą ozdobne paczki i niebotycznych rozmiarów cukierki. Dorośli przechadzają się między nimi – mali jak choinkowe zabawki, jakby przybyli tu z Dziadka do orzechów. Dzieci biegają z radosnym chichotem i bawią się w chowanego.

Pogrążone we śnie budynki zamieniły się w lawendowe ekrany, na których toczą się bajeczne spektakle śniegowych gwiazdek: lawendowy Pałac Staszica, lawendowy Zamek Królewski, lawendowe kamienice przy Rynku Starego Miasta, a na nich roztańczony śnieg. Trudno jest znaleźć granicę między tym, co rzeczywiste, a świąteczną iluzją, między prawdziwym śniegiem, skrzypiącym pod stopami i usypującym białe zaspy, a tym wyświetlanym, tańczącym na zabytkowych murach. Warszawska Syrenka spogląda z zaciekawieniem spośród świetlnych kaskad zimowej fontanny. Rynek dookoła przystrojony jest kolorowym łańcuchem, jakby miał się tu odbyć na zmarzniętym bruku wielki świąteczny bal. Przez lawendowo-złote bramy z malowniczych starych uliczek schodzą się ludzie w odwiedziny do Syrenki.

Na Piwnej, Świętojańskiej, Nowomiejskiej i Zapiecku poupinano bogato zdobione świetlne girlandy. Wiatr cicho pląsa w pajęczynach świateł, pośród złotych i lawendowych bombek. Na Freta pospadały z nieba gwiazdy. Zawisły na latarniach skrzące się, wielkie, nierzeczywiste, a gwiezdny pył usypał złoto-lawendową markizę nad ulicą, pomiędzy kamienicami. Na Franciszkańskiej, Długiej i Podwalu latarnie wystroiły się w sylwestrowe sukienki. Lawendowe gwiazdy połyskują na nich niczym droga biżuteria. Na nowomiejskim Rynku diamentowe drzewa zapraszają, by się nimi zauroczyć.

Ktoś zaczarował na święta najpiękniejsze zakątki Warszawy, a ja zrozumiałam, że chodzi właśnie o to, żeby byli ludzie – mrowie głów i zimowych płaszczy, żeby były rozbiegane dzieci, niemowlęce wózki, małe pieski w śmiesznych kubraczkach, wyprowadzające starsze panie na spacer, żeby były stragany, precle i świąteczny jarmark, i grzane wino w papierowych kubkach, i oscypki na ciepło z żurawiną, i wata cukrowa, i zapełnione kawiarnie, i kolejki po gofry, i żeby dzieci miały oczy wielkie i błyszczące, i żeby się śmiały, i żeby ganiały wesoło wokół wielkiej choinki i magicznych paczek ze złota i światła. Niech będą tłumy, bo w Boże Narodzenie człowiek garnie się do człowieka, razem głośno śpiewa się kolędy, na obcego czeka nakrycie przy wigilijnym stole. Ludzie tłoczą się w ciasnych kościołach na pasterce w wigilijną noc i tym jest piękniej w święta – im tłoczniej i gwarniej, tym weselej – im więcej przy nas tych, z którymi można tę radość dzielić. Nie po to Warszawa przemieniła się w zaczarowaną krainę, aby samotne postacie przemykały po pustych ulicach pod osłoną późnej nocy, lecz po to, by rodziny wychodziły ze swych całorocznych mieszkalnych samotni na niespieszne spacery, aby ludzie trzymali się za ręce, gdy śnieg radośnie skrzypi pod stopami, aby byli ze sobą, a nie obok siebie, aby dali się oczarować świątecznej atmosferze i wspólnie cieszyli magią świąt.

Może którejś styczniowej nocy wybiorę się na Starówkę z aparatem i statywem, żeby kadr był idealny, zdjęcia nieporuszone, ujęcia doskonałe jak na pocztówkach, ale już wiem, że prawdziwą atmosferę świątecznej Warszawy fotografuję dzisiaj – w tłumie zachwyconych, oczarowanych, wzruszonych i rozbawionych ludzi. Wśród świątecznych dekoracji, przeniesionych prosto z bajki, czuję się jak mała dziewczynka. Patrzę na Starówkę oczami dziecka, przez pryzmat dziecięcych wyobrażeń i snów. Marzną mi dłonie, policzki, nos i stopy, ale serce rozgrzewa wzruszenie. Śródmieście Warszawy magicznie przenosi mnie do mojego kolorowego dzieciństwa.

Stary rok żegnam z wdzięcznością za wszystkie dobre chwile, wspaniałomyślnie wypierając z pamięci te złe. Staruszek zostawia mi na pamiątkę szczęśliwego nowego yorka, kosmatego psotnika z oczami jak guziki, i odchodzi z uśmiechem. Wyposażył mnie w dwanaście miesięcy doświadczeń, w całą masę emocji, uniesień i dołów, w setki gwałtownych żywych uczuć, w śmiech i łzy, w niezliczone nowe marzenia, plany, pragnienia, nadzieje, tęsknoty i zawody, w dziesiątki rozczarowań, zachwytów i bezcennych wspomnień. Podarował mi trzysta sześćdziesiąt sześć ciekawych, zaskakujących dni, pełnych ludzi, zdarzeń i nastrojów, a także trzysta sześćdziesiąt sześć rozgwieżdżonych lub ciemnych nocy, obfitych w słodkie sny, muzykę, taniec, wino, znakomite książki, wzruszające filmy, zwierzenia do świtu i seks o świcie. Poczciwy staruszek 2012. Mijający rok zasługuje na petardy, sztuczne ognie i szampana o wiele bardziej niż ten nowy, obcy, jeszcze bez zasług, z niejasnymi zamiarami. Witamy hucznie młodziana, jakby czymś już sobie na to zasłużył, udzielamy mu kredytu zaufania bez hipoteki i żyrantów – tacy jesteśmy, taka nasza natura i potrzeba, aby patrzeć w przód, bez oglądania się w przeszłość, zawsze z nadzieją na lepsze jutro, nawet jeśli wczoraj było całkiem w porządku.

Stary rok odchodzi łagodnie, niczym mądry dobroduszny starzec, jest pogodzony z nieuchronnym kresem swoich dni, do końca pogodny, pełen wigoru pomimo oczywistego zmęczenia. Jego oczy są wesołe i błyszczące, rozświetlone blaskiem świec i choinkowych lampek, ale zmęczona poszarzała twarz przywodzi na myśl zaorane szarobure pole, pogrążone w zimowym śnie, zesztywniałe od mrozu. Nadszedł jego czas, aby rozliczyć się i pożegnać, sporządzić bilans zysków i strat, sukcesów i porażek, narodzin i śmierci, dobrych i złych zdarzeń, śmiechu i łez, szczęścia i bólu. Pogrążony w zadumie starzec uśmiecha się łagodnie, gdy odchodzi w ciemność sylwestrowej nocy. Jedną dłonią – kruchą, pomarszczoną, drżącą – macha na pożegnanie jak dobry znajomy, drugą poklepuje po ojcowsku swojego następcę, młodego herosa, który nadchodzi w blasku fajerwerków, pośród huku petard i korków od szampanów, przy akompaniamencie głośnej muzyki i gwaru wesołych toastów. Umarł król, niech żyje król! Oby uczeń przerósł swego mistrza. Oby młody rok był szczęśliwszy, piękniejszy i ciekawszy od swojego znakomitego poprzednika.

To będzie dobry rok.

Witam go w gronie dwudziestu paru osób, dla których przez dwa dni z zaangażowaniem i przyjemnością przyrządzałam śledzie, łososie, piekłam gęś z jabłkami w sosie śliwkowym na ostro i inne mięsa na różne sposoby: gotowane, duszone, smażone, pieczone, wędzone, w pasztecie, potrawce, zalewie, bigosie, w miskach i na półmiskach. Gdy o północy w sylwestrową noc fajerwerki rozświetlają sosnowy las i zachmurzone niebo nad nami, gdy strzelają korki schłodzonych szampanów i dwudziestu paru osobom życzę szczęśliwego Nowego Roku, myślę o tym, że to wielka radość witać kolejny rok w gronie przyjaciół. Całuję i przytulam dobrze znane twarze z błogą świadomością, że kolejne lata przychodzą i odchodzą, a ważne, prawdziwe relacje pozostają niezmienne. Można spędzać sylwestra na najróżniejsze sposoby – na wielkich balach, na najznakomitszych europejskich placach z fajerwerkami za setki tysięcy dolarów, na gorących plażach gdzieś na krańcach świata, w kosztownych sukniach, z kosztownym szampanem, z homarami na stołach i prosiętami na rożnach – można z rozmachem, gestem i wykopem, na bogato, po królewsku, spektakularnie, oryginalnie. Ale w tłumie anonimowych ludzi. A mnie jest tak dobrze tej sylwestrowej nocy, tak radośnie wśród kochanych twarzy, znajomych sylwetek roztańczonych na skromnych deskach mojej własnej podłogi, w wesołej gromadzie i rodzinnej atmosferze, bez napięcia, nadęcia, prężenia kręgosłupów, wypinania piersi i wciągania brzuchów, bez zbędnej kurtuazji, sztuczności, gierek i póz. Kochanym moim noworocznie życzę, abyśmy zawsze mieli siebie wzajemnie do witania kolejnych lat, a z noworocznych postanowień mam tym razem tylko jedno: że to będzie dobry rok, szczęśliwa trzynastka.

Mój dobry nowy rok dobrze się zaczyna.

Kazimierz Dolny nad Wisłą zastaję czwartego stycznia pogrążony w zimowym śnie i taki magiczny, gdy nie depczą go tłumy turystów. Opustoszały drzemie sobie pod osłoną nocy, a ja skradam się na paluszkach do starej studni, pod ruiny zamku, pod kościół farny, cichutko, aby go nie zbudzić. Przez śpiące miasteczko wędrują tylko sny z plecakami pełnymi marzeń, nawet echo śpi, a woda w Wiśle szeptem sobie płynie w pogrążonym w mroku korycie. Czy poleca pan placki ziemniaczane z łososiem, pyta kelnera w Zielonej Tawernie kobieta w wełnianej sukience, jeśli lubi pani placki ziemniaczane i łososia, to będzie pani smakowało, odpowiada kelner, a we mnie radosne ciepło rozlewa się miękką falą, cudowna prostota, słodycz nieskomplikowanej szczerej komunikacji sprawiają, że od razu czuję zapach cyprysów i fiołków, które powinnam czuć w szlachetnym chianti, poetycko zachwalanym w karcie win. Z całą pewnością bieszczadzkie anioły zimują w Kazimierzu – gdy kończy się w Bieszczadach złota jesień, przybywają na kazimierski ryneczek, grają w szachy na werandach i strychach, piją grzane wino z goździkami w opuszczonych spichlerzach. Trzeba wybrać się w styczniową noc do uśpionego wąwozu, by zaśpiewać z aniołami ostatnie kolędy, zatańczyć z nimi pośród nagich drzew, popatrzeć, jak pochylają się skupione nad szachownicami.

Wracając z Kazimierza, odwiedzam Wilanów, który rozświetlił się bajecznie na Święto Trzech Króli. Spektakl świateł przemienia budynki i drzewa w baśniowe rekwizyty, wprawia je w ruch, jakby wcale nie miały fundamentów i korzeni. Zaczarowany ogród króla Jana wcale nie śpi, lecz na przekór zimowej monotonii mieni się kolorami tęczy, wdzięcząc się do zwiedzających barwnymi margaretkami, jaskrawymi dzwonkami rozprasza senność i ciszę, czerwieni się rządkami tulipanów, a ciemność styczniowej nocy rozprasza kępkami słonecznych żonkili. To ogród tętniący życiem, pełen soczystej zieleni i jaskrawych barw, niepoddający się prawom natury. W zagajniku gigantycznych kwiatów i krainie niebotycznie wielkich owadów czuję się jak Calineczka. Twórcy oświetlenia są kreatorami nastrojów, reżyserami samopoczucia, animatorami wyobraźni. Dysponując światłem, mogą dowolnie urządzać świat wokół, jakby w magiczny sposób wciąż zmieniali scenografię, żonglują złudzeniami, mamią zmysły. Poddaję się magii światła i swawoli własnej wyobraźni. Gdy zamykam oczy, czuję bardzo jasne ciepłe światło, które wypełnia mnie całą. Jakby mój układ krwionośny zamienił się w plątaninę choinkowych lampek, a czerwone krwinki w miliardy żarzących się żaróweczek. Radzi sobie styczeń z brakiem śnieżnobiałej odzieży i na przekór wszechobecnej szarzyźnie świeci się i czaruje – na dobrą wróżbę.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz