Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 234 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jesteś bogiem. Historia Paktofoniki - Maciej Pisuk

Dramatyczna opowieść o najważniejszym zespole hiphopowym w Polsce. Losy Magika, Rahima i Fokusa to historia o marzeniach (spełnionych i nie) oraz trudach ich realizacji w brutalnej rzeczywistości ubogiego Śląska i raczkującego przemysłu muzycznego. Paktofonika stała się symbolem czasów kapitalistycznej transformacji i pokolenia, które chciało więcej.

Unikatowe zdjęcia z planu filmu w reżyserii Leszka Dawida, wywiad z reżyserem i scenarzystą. A także: skany zeszytów z tekstami Magika i Rahima, fotografie rodzinne, klatki z niepublikowanych filmów. Efekt kilku lat pracy faktograficznej i literackiej Macieja Pisuka.

Opinie o ebooku Jesteś bogiem. Historia Paktofoniki - Maciej Pisuk

Fragment ebooka Jesteś bogiem. Historia Paktofoniki - Maciej Pisuk

MaciejPisuk

JESTEŚ BOGIEM

HISTORIA PAKTOFONIKI

WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ

Bohaterowie naszych czasów

Z Maciejem Pisukiem rozmawia Piotr Marecki

Wydaje mi się, że w twoim zetknięciu się z Paktofoniką istotne były doświadczenia życiowe. Natknąłeś się na chłopaków w dość szczególnym momencie swojej biografii.

Chciałem spełnić się zawodowo i szukałem współczesnej historii, bo zdawałem sobie sprawę, że jest wielka potrzeba kina o rzeczywistości. Od dwudziestu lat mówi się o tym, że polskie kino nie chwyta rzeczywistości na gorąco, nie przygląda się jej. Ciągle narzekamy, że od 1989 roku nie powstały filmy, które by adekwatnie tę rzeczywistość komentowały. Nie ma obrazów na miarę Człowieka z żelaza czyCzłowieka z marmuru. Być może trudno było znaleźć wyraziste postacie bohaterów naszych czasów i trudno znaleźć osoby reprezentujące swoim losem przemiany, które na naszych oczach zachodzą.

Z góry uznałem, że wszelkie próby wymyślania takich historii z głowy będą chybione i sztuczne, że trzeba zanurzyć się w rzeczywistości. Zresztą zawsze starałem się szukać w realu, a nie fantazjować. Poszukując odpowiedniej historii, przeglądałem poranną prasę, aż któregoś dnia wreszcie na taką trafiłem. I tu muszę zaznaczyć, że mam wielki dług wobec pani Lidii Ostałowskiej.

Czyli trafiłeś na reportaż w „Dużym Formacie” z 21 grudnia 2001 roku.

Tak.

Rok po śmierci Magika.

Żeby było ciekawiej, rozglądałem się za współczesną historią, ale zupełnie nie w tych okolicach, to znaczy nie w kręgach młodzieżowych czy hiphopowych. Nie słuchałem hip hopu i wtedy nie ceniłem specjalnie tej muzyki. Natomiast kiedy przeczytałem tekst, wstrząsnęła mną historia tych ludzi, sytuacje, wątki. Wydawało mi się, że one mają w sobie ogromny potencjał, że jest tam wszystko, co potrzebne do dobrego scenariusza filmu fabularnego. Konkretni ludzie, którzy mają jakiś cel i wbrew rozmaitym przeciwnościom do niego zmierzają. A gra toczy się o ogromną stawkę, bo jak się okazuje, jest nią de facto życie lub śmierć. Niesamowite było też to, że trójka chłopaków z technikum, gdzieś z Bogucic i Mikołowa, praktycznie bez jakichkolwiek kontaktów i wsparcia, nagrywa w pokoju w bloku na najprostszym sprzęcie genialną płytę, która staje się głosem pokolenia. A potem dzieje się ta straszna tragedia. Zrozumiałem, że ci chłopcy wiedzą coś, o czym nie mają pojęcia moi koledzy – artyści z Warszawy. I to było odkrycie, że rzeczy naprawdę istotne dzieją się tam – na wielkich osiedlach i w małych miasteczkach. To tam rozgrywają się rzeczywiste dramaty, tam dzieją się rzeczy wielkie.

Od razu zrozumiałem, że muszę do tych ludzi dotrzeć i zagłębić się mocno w temat. Że bez ogarnięcia tego świata w całości nie mam co zabierać się za historię. Owszem, zdawałem sobie sprawę z potencjalnych zagrożeń. Podstawowe wiązało się z samobójczą śmiercią głównego bohatera, czyli Magika. Wiedziałem, że w samym temacie tkwi pokusa oparcia głównego wątku filmu na tej właśnie historii i budowania całego opowiadania wokół niej. I tu oczywiście narzucają się analogie z tragicznie zmarłymi idolami. Za wszelką cenę chciałem od tego uciec, tym bardziej że zdawałem sobie sprawę – może nie formułowałem tego jednoznacznie, ale czułem takie zagrożenie – że przyczyną problemów tego chłopaka i być może pośrednią przyczyną jego śmierci były, mówię w ogromnym uproszczeniu, media. Albo, mówiąc inaczej, współczesna świadomość kształtowana przez media. W jakimś sensie byłby to film o karierze. Kariera to zawsze jest coś fascynującego, to taki przejrzysty cel, i widzowi zawsze łatwo się z tym utożsamić. Wiedziałem też, że obecnie świadectwem sukcesu jest bycie dostrzeżonym przez media. Nie jestem aktorem albo muzykiem, póki media o mnie nie napisały. Nie zostałem wielkim reżyserem, póki media tego nie zauważyły. Nie jestem fajnym, modnym kolesiem, jeśli nie zostałem przez kogoś sfotografowany na ulicy.

Z jednej strony istnieje potrzeba kina, które opisałoby transformację, rzeczywistość, które nie miałoby wymiaru eskapistycznego... Ale z drugiej strony jest twoja sytuacja życiowa i twoje skomplikowane relacje pokoleniowe z tematem. Czym się zajmowałeś, gdy zacząłeś pracować nad historią Magika? Rocznikowo jesteś utożsamiany z pokoleniem „bruLionu”, gdzie zresztą debiutowałeś jako człowiek zajmujący się literaturą. I ja ciebie kojarzę z tą formacją. To są ludzie, którzy z jednej strony dobrze pamiętają PRL, ale z drugiej załapali się na sukces lat 90.

W latach 90. skończyłem Studium Scenariuszowe przy Szkole Filmowej w Łodzi.

Podobno byłeś dobrym studentem albo nawet najlepszym.

Tak, tak. Byłem bardzo dobrym studentem i bez problemu dostałem pracę.

W mediach.

Tak, w mediach. I co tu dużo ukrywać, chciałem zarabiać pieniądze, zamierzałem robić karierę i przez moment miałem świetną pracę. Pracowałem jako kierownik literacki, szef grupy scenarzystów przy dużej produkcji, przy telenoweli.

Jaka to była telenowela?

Pomińmy to milczeniem, bardzo się tego wstydzę.

Czyli załapałeś się na sukces lat 90., na „złote lata 90.”, można powiedzieć?

I tym bardziej boleśnie przeżyłem pierwszą recesję.

Przeżywasz to załamanie na kilku płaszczyznach: z jednej strony rozkład życia zawodowego, z drugiej prywatnego, przenosiny do Warszawy...

W 2000 roku, akurat na przełomie wieków, rozpadł się mój długoletni związek. W efekcie dość nieoczekiwanie znalazłem się w Warszawie, z którą byłem wcześniej związany tylko trochę, bo byłem tu pół roku na kontrakcie właśnie przy telenoweli. Ale można powiedzieć, że zaczynałem życie od nowa.

Wyprowadziłem się z Krakowa, co wyglądało mniej więcej w ten sposób, że powrzucałem do swojego plecaka najbardziej potrzebne rzeczy i ostentacyjnie wyszedłem z domu, trzaskając drzwiami. Pojechałem na plan swojego filmu, który właśnie powstawał w Warszawie. Filmu, a dokładniej sztuki realizowanej na potrzeby Teatru Telewizji. Nazywało się to Gwiazdy i los człowieka. Uważałem, że to mój wielki sukces, że wszystkie moje marzenia się spełniły. Sztuka była pisana dla Kondrata i Zamachowskiego, marzyłem, żeby zechcieli w tym zagrać. Nie byłem pewien, czy tak się stanie. Udało mi się jednak do tego doprowadzić. Sztuka właśnie powstawała. I niestety, w Warszawie przeżyłem bardzo twarde lądowanie, bo od zakończenia zdjęć do emisji spektaklu upłynął prawie rok. W tym czasie skończyły mi się wszystkie pieniądze, które zarobiłem, pracując przy serialu. Nigdzie nie mogłem znaleźć pracy i swój wielki debiut oglądałem u kolegów. Nie mogłem tego robić u siebie, bo miałem wyłączony prąd, za długi.

Mając takie CV, z doświadczeniem – dodajmy – jeszcze kanadyjskim, ze szkołą filmową, z dobrym dyplomem, także bardzo dobrze ocenianą sztuką...

Rzeczywiście miała świetne recenzje, dużą oglądalność.

Pamiętam entuzjastyczną recenzję Romana Pawłowskiego w „Gazecie Wyborczej”. Spadłeś więc z wysoka i zetknąłeś się z brutalną, warszawską rzeczywistością początku XXI wieku. Zaczynałeś od zera, kiedy w dorosłość wchodzili rówieśnicy Magika.

Sytuacja, w jakiej się znalazłem, była mocno schizofreniczna, bo byli tacy znajomi, którzy podpytywali, jakie mieszkanie sobie kupiłem i czy w związku z sukcesem sztuki mam może jakiś nowy samochód. A ja nie marzyłem o samochodzie, tylko w wynajętym mieszkaniu miałem wyłączony prąd, więc nawet nie usiłowałem tłumaczyć moim starym kolegom, jak się sprawy mają, bo zapewne by nie uwierzyli. W takich oto pięknych okolicznościach trafiam na tekst o Paktofonice. I czuję, na jakie problemy musieli natykać się oni.

I od tego grudnia 2001 roku zaczynasz przymiarki do pisania scenariusza?

Zaczynam natychmiast, to znaczy kupuję płytę w sklepie. Słucham, uświadamiam sobie, że niektóre kawałki znam i słyszałem je w Radiostacji. Przypominam sobie swoją wcześniejszą reakcję na poszczególne numery, np. na Jestem Bogiem. Hip hop odrzucałem a priori, z samej definicji był dla mnie czymś niefajnym, kojarzył mi się z jakąś gangsterką i z sytuacjami podwórkowo-ławkowymi. Kawałki Paktofoniki także nie do końca akceptowałem. Tkwiły w nurcie, który uważałem za niski, niegodny zainteresowania wykształconego człowieka. Ze wstydem ogromnym teraz się do tego przyznaję. Prędko zorientowałem się, że to nie są jakieś „historyjki spod trzepaka”. Tam jest i bardzo osobiste wyznanie, i dogłębna analiza rzeczywistości. Na płycie znalazłem numer telefonu menedżera grupy, Robaka – chłopaka z Częstochowy. Postanowiłem, że zanim się pojawię, powinienem mieć jakąś propozycję. Więc dosłownie chyba w jedną noc na kilku stronach zapisałem sobie pomysł. Wiedziałem, że z tym pomysłem będę musiał uderzyć do jakichś producentów i ich zainteresować. Żeby to zrobić, trzeba mieć szkic historii.

Wymyślałeś już wtedy coś czy pisałeś na podstawie tekstu Ostałowskiej?

Na podstawie reportażu nie mogłem zbudować całej historii, musiałem ją zbudować od nowa. Postanowiłem poeksperymentować. Pomyślałem, że jeżeli rzeczywiście dobrze czuję tę historię, to nawet jej ogólnikowy zapis nie będzie tak bardzo odbiegać od rzeczywistości. A potem to sprawdzę. Taka zabawa. Rozesłałem więc kilkustronicowy tekst do różnych agencji produkcyjnych, od kilku otrzymałem sygnały zwrotne, było zainteresowanie. Tak przygotowany do rozmowy pojechałem do Częstochowy do Robaka, który wtedy zawiadywał sprawami Paktofoniki. Tam spotkałem się z Fokusem, to był mój pierwszy kontakt z PFK. Cały czas myślałem o nich, próbowałem wymyślić sobie ten ich świat. Dalej eksperymentowałem, myśląc i o rzeczywistych postaciach, i o bohaterach mojego filmu.

Oni żyli w mojej wyobraźni i byłem świadomy tego, że za chwilę dojdzie do konfrontacji. Ku mojej wielkiej satysfakcji muszę stwierdzić, że było prawie dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Często bywało tak, że przyjeżdżałem do chłopaków na dwa dni i rozmawialiśmy cały czas do momentu, kiedy już bardzo spieszyłem się na pociąg. Opowiadana przez nich historia była w tym momencie przerywana i zostawałem ze straszliwym głodem informacji. Chcąc nie chcąc, zastanawiałem się i tworzyłem w głowie, dopowiadałem sobie, co się stało dalej. I co się okazywało? Że często przyjeżdżałem i mówiłem: „To ja wam powiem, jak dalej było”. I faktycznie, moje wyobrażenia były bardzo bliskie temu, co wydarzyło się naprawdę.

Możesz podać jakiś przykład?

Fokus opowiadał mi kiedyś, jak wracając, pod wpływem różnych używek, późnym wieczorem do domu, natknął się na swojego ojca. I tak jak go nigdy nie spotykał, to właśnie wtedy ten jeden raz po prostu go spotkał. W tym momencie historia Fokusa została przerwana, bo musiałem pędzić na pociąg, i pozostawało pytanie, jak ojciec zareagował, co się wydarzyło? Długo nad tym myślałem, a już poznałem trochę historię rodziny Fokusa, i opierając się na wielu przesłankach, doszedłem do wniosku, że ojciec z pewnością nic nie zauważył, w ogóle nie zwrócił na to uwagi. I okazało się, że dokładnie tak było. W tym momencie, pamiętam dokładnie, poczułem, że podołam tej historii. Nawet nie tyle, że podołam, ale że mam prawo się nią zajmować. Bo cały czas zdawałem sobie sprawę z delikatności materii, że to jest czyjeś prywatne życie, że to są ich straszne dramaty, ich tragedie, ich przeżycia, a dla mnie to jest tylko historia na scenariusz. Bardzo bałem się tego, jak zostanę odebrany.

W ten projekt wsiąkasz na kilka lat. I pogrążasz się w nim bez reszty.

Tak, tak!!! Rzeczywiście było tak, że przez dwa lata każdą wolną chwilę poświęcałem na to, żeby zbierać materiały. Gdy miałem dzień, dwa dni wolnego, natychmiast się pakowałem i wyjeżdżałem na Śląsk. Praktycznie co tydzień, co dwa tygodnie tam bywałem. W pewnym momencie przestałem wyciągać od nich informacje, po prostu zacząłem uczestniczyć w ich życiu: jeździłem z nimi na koncerty, imprezowałem też – przyznaję – no i zacząłem się już z nimi siłą rzeczy przyjaźnić. Pewne informacje istotne dla scenariusza zaczęły docierać do mnie tą drogą. Obserwując tę rzeczywistość, dowiedziałem się może co najmniej tyle samo, a może i więcej, co podczas rozmów z chłopakami. Często trudno było coś z nich wyciągnąć, bo np. niczego sobie nie mogli przypomnieć, nie potrafili podać jakichś adekwatnych przykładów. Ale bywało też tak, że nagle ni stąd, ni zowąd przychodziły wspomnienia i sami z siebie zaczynali opowiadać o sytuacjach, które wydarzyły się w trakcie pracy nad pierwszą płytą zespołu, w czasach, kiedy Magik jeszcze żył.

De facto to nie były dwa lata, lecz siedem lat, bo tyle czasu minęło, od kiedy poczułeś pierwszy impuls. Ty nadal żyjesz tym projektem. Pewnie były momenty, kiedy żyłeś nim bardziej intensywnie, ale przez cały czas masz ten projekt w głowie.

Równolegle cały czas usiłowałem zainteresować tym różnych producentów. Poszedłem najpierw do Macieja Karpińskiego. Próbowałem coś załatwić takim nieco prywatnym kanałem.

Wykorzystując to, że miałeś dobry dyplom.

Tak, nie ukrywam, że szczególnie pod koniec studiów byłem hołubiony w Studium Scenariuszowym i lubiany przez profesorów, którzy zawsze chętnie oferowali się z pomocą. Więc pomyślałem, że wykorzystam tę sytuację i zgłoszę się do swojego mentora, który był jednocześnie pracownikiem Agencji Filmowej TVP, i poproszę o pomoc, o radę. A może on się tym zainteresuje, a może Agencja Filmowa się zainteresuje? Zacząłem opowiadać, że znalazłem bohatera naszych czasów, znalazłem Mateusza Birkuta przełomu wieków, że oto mam historię, która streszcza w sobie to, co najistotniejsze dla pokolenia równolatków „Solidarności”, pokolenia, które wkroczyło w dorosłość na przełomie wieków, że mam taką postać, że mam też historię o karierze, czyli to, na co wszyscy są teraz w młodym kapitalizmie najbardziej nakręceni. I nie dość, że ja to mam, to jeszcze mam przyzwolenie pierwowzorów swoich bohaterów, a to są osoby publiczne, znane wszystkim – budowałem napięcie do tej pory – chodzi o zespół Paktofonika. Czekałem na zachwyt w oczach pana Karpińskiego, a reakcja była taka, że pan Karpiński zadumał się, zamyślił, podrapał się w głowę i powiedział: „Paktofonika?”.

Opowiadałeś mi, że zarapował.

A, tak, tak. Zarapował!!! Bezwiednie odpowiedział mi cytatem, jak przypuszczam, z Magika. Powiedział mianowicie: „Paktofonika? Może tak, a może nie, może tak, a może nie. Wie pan, ja nie słyszałem”. I tak się mniej więcej skończyła ta rozmowa. Jakiś czas później uderzyłem jeszcze raz do Agencji Filmowej i doszło do spotkania, na którym pana Karpińskiego nie było, ale byli chyba obecni wszyscy jej członkowie, ze trzy, cztery osoby.

Wszyscy władni?

Wszyscy władni, ja rozmawiałem głównie z panem Bolesławem Sulikiem, który po lekturze treatmentu powiedział, że tekst jest znakomity i Agencja – on obiecuje z całą pewnością – sfinansuje prace literackie. Wyjaśnił, że do tej pory Agencja nie mogła tego robić z powodów organizacyjno-prawno-statutowych, a teraz zmieniają się wewnętrzne przepisy i Agencja będzie mogła sfinansować prace literackie. Tak więc najpóźniej za miesiąc ktoś się do mnie odezwie. Wiele miesięcy minęło, dzwoniłem co jakiś czas, proszono mnie o cierpliwość, przekładano rozmowę. Moment olśnienia przeżyłem, widząc pana Sulika zeznającego przed Komisją Rywina, kiedy nie mógł sobie przypomnieć swojej dwugodzinnej rozmowy z Robertem Kwiatkowskim. Wtedy zrozumiałem, że pan Sulik po prostu ma słabą pamięć i z całą pewnością już o naszej rozmowie nie pamięta. Pozbyłem się wtedy wszelkich złudzeń i postanowiłem działać na innych frontach.

Słyszałem, że pojawiały się ze strony producentów też takie argumenty, że nie będą się zajmować tą historią, bo to jest opowieść o zwykłym ćpunie. Rozumiem, że nie chciałeś z tymi ludźmi rozmawiać?

Tak, często zdarzały się takie sytuacje, albo ci ludzie od razu ujawniali swoje intencje i często chcieli po prostu cynicznie manipulować tą historią. Mówili, że to chwytliwy temat, samobójcza śmierć chłopaka, który zdobył popularność, i można na tym zarobić dużo pieniędzy. To natychmiast ucinało dalsze dyskusje. Nawet już nie próbowałem tłumaczyć, że Magik nie był ćpunem, narkomanem, że przeżywał rzeczywiste dramaty, że wiele, wiele bardzo różnych przyczyn doprowadziło do jego samobójczej śmierci. Jeden bardzo kulturalny pan po długiej dyskusji o humanistycznych wartościach w kinie Mike’a Leigh stwierdził wprost: „Ja bym na pana miejscu nie zawracał sobie tym głowy. Przecież, umówmy się, to był jakiś osiedlowy obszczymur, który skoczył z okna pod wpływem narkotyków i pewnie nawet nie wiedział, co robi”. Szkoda gadać.

Przez długie lata na forach hiphopowych związanych z Paktofoniką krążyła też historia filmu o Paktofonice. O co chodziło?

Generalnie szukałem producenta, ale szukałem też reżysera, bo zdawałem sobie sprawę ze specyfiki tematu. Wiedziałem, że ten temat wymaga dużego respektu i niebywałej delikatności, więc dla mnie wymarzoną sytuacją byłaby taka, gdybym jak najszybciej znalazł reżysera i zaczął współpracę już na etapie scenariusza, żeby scenariusz był naszym wspólnym dziełem i żebyśmy później razem, mając wizję filmu, jednym głosem rozmawiali z producentem. Taka sytuacja byłaby najbardziej komfortowa, bo wtedy mielibyśmy szansę nawiązać z nim dialog jak z równorzędnym partnerem. A ryzyko cały czas było takie, że będą chcieli wykorzystać tę historię, zrobić wokół niej niezdrową sensację, wycisnąć jak cytrynę. Dla nich było nieważne, że to są prawdziwi ludzie. Słyszałem np. teksty: „Nie przesadzajmy, to są osoby publiczne, ich nie dotyczy ochrona wizerunku”. Albo: „Nie będzie problemów, mamy dobrych prawników, oni to załatwią”. A mnie zależało, żeby podejść do tego poważnie. Uważałem, że rzeczywiście historia Magika i chłopaków z Paktofoniki zawiera w sobie i streszcza wszystkie niepokoje, aspiracje, pragnienia, dążenia współczesnych młodych ludzi, także po części mojego pokolenia, że to są historie związane i z czasem, i z miejscem, ale też uniwersalne. Właśnie dlatego ta historia warta jest opowiedzenia, a nie dlatego, że chłopak ze znanego zespołu popełnił samobójstwo i teraz żerujmy na tym, zróbmy z tego niezdrową sensację, a potem zaróbmy na tym jak najwięcej pieniędzy.

W tym tonie rozmawiałem z reżyserami i producentami. I tu czekał mnie, niestety, szereg rozczarowań. Rozmawiałem niemal ze wszystkimi reżyserami młodego i średniego pokolenia i nie byliśmy w stanie się dogadać. Np. pewien znany reżyser po lekturze scenariusza powiedział mi, że za mało tam jest punk rocka. Powiedział: „No wiesz, np. punkrockową sceną byłaby taka, jakby, wiesz, oni we trójkę zerżnęli jakąś laskę”. W tym momencie opadły mi ręce, widziałem, że kontynuowanie tej dyskusji po prostu nie ma sensu.

Ale była też inna skrajność. Często słyszałem takie opinie: „Skoro z takim respektem i szacunkiem musimy podchodzić do tych chłopaków, to po co mamy się z nimi cackać? Oderwijmy się od historii Paktofoniki i stwórzmy zespół z castingu, wtedy nie będzie problemów z prawami, nie będzie kłopotów ani wyrzutów sumienia”. No i cóż, wzruszałem ramionami, bo zdawałem sobie sprawę, że ta historia nie będzie miała w sobie tego ciężaru i tego potencjału, co historia oparta na faktach. Banalny przykład, jak w filmie Fargo braci Cohen, na początku filmu jest wyraźna sugestia, że mamy do czynienia z autentycznymi wydarzeniami – i później zupełnie inaczej odbieramy ten film. Taka historia ma dla nas zupełnie inną wagę, inną siłę oddziaływania.

Słyszałem, że środowisko filmowe okazało się aż tak wrażliwe, że proponowano ci usunięcie hip hopu z tego filmu. Czy to prawda?

Tak, tak!!! Propozycja wyglądała tak: „Żeby nie było żadnych analogii, to powołajmy zespół z castingu i niech to będzie zespół rockowy”. Co kompletnie nie miało sensu, ponieważ hip hop jest tak zrośnięty z tym pokoleniem, że opowiadać tę historię bez hip hopu to tak, jakby opowiadać historię pokolenia wojny wietnamskiej bez rocka. Faktycznie, pojawiały się takie absurdalne propozycje, na które w żaden sposób nie mogłem przystać.

Jak już mówiliśmy, minęło siedem lat. Film nadal nie powstał. Dlaczego?

Złożyło się na to kilka różnych wątków. Zatrzymaliśmy się na etapie różnych producentów i Agencji Filmowej. I tu przez wiele miesięcy, przez rok prawie, działałem bezskutecznie, różne osoby wyrażały przejściowe zainteresowanie projektem, ale nie miało to żadnych konsekwencji w postaci spisania jakiejś umowy. Byłem u prawie wszystkich znaczących producentów w Polsce. Niektórzy najzwyczajniej nie byli zainteresowani, inni nie chcieli przyjąć warunków, które proponowałem. Często byli zaszokowani, że scenarzysta w ogóle ośmiela się stawiać jakieś warunki. Nie ukrywam, że ten projekt całkowicie mnie angażował, więc oczywiście próbowałem jakoś go sfinalizować, a jednocześnie z konieczności łapałem jakieś chałtury. Nie mogłem się aż tak angażować, jak bym chciał, bo niestety musiałem zarabiać jakieś pieniądze, a z drugiej strony nie mogłem zarabiać pieniędzy, bo byłem zaangażowany...

W którymś momencie, drogą eliminacji, postanowiłem szukać już tylko w grupie tych producentów, którzy będą w stanie wyprodukować to samodzielnie. Stwierdziłem, że tak naprawdę jest tylko jedna duża instytucja, oprócz Telewizji Polskiej, która – bez wsparcia z zewnątrz – byłaby w stanie udźwignąć taki projekt. Bo wyobrażałem sobie zawsze, że będzie to produkcja niemała i będzie to film z przyzwoitym budżetem, zrealizowany na taśmie, że nie będzie to kolejna półamatorska produkcja, gdzie w każdej minucie będzie widać szereg kompromisów, na jakie musieli pójść twórcy, że to będzie po prostu rzetelne dzieło filmowe.

Tym sposobem trafiłem do firmy związanej z jednym z wielkich koncernów medialnych w Polsce. Od początku zdawałem sobie sprawę, że jest to firma komercyjna, ale łudziłem się, że w tym akurat przypadku znajdę u nich zrozumienie. Wiedziałem, że ten film może odnieść sukces, wielki sukces, i to również komercyjny, że przyniesie instytucji finansującej ogromne zyski. Ale żeby tak się stało, musi być filmem prawdziwym, autentycznym, który nie żeruje na sensacji, a wprost przeciwnie – odwołuje się do tego systemu wartości, który jest bliski młodym ludziom, temu pokoleniu, które słucha Paktofoniki i utożsamia się z muzyką hiphopową. Liczyłem, że uda mi się przekonać producentów filmu do takiego właśnie podejścia i do takiego właśnie myślenia. Bardzo długo wydawało mi się, że takie porozumienie zostanie osiągnięte.

Po swoich wcześniejszych doświadczeniach z producentami nie miałeś obaw, że oni też nie mają czystych intencji i że zechcą zrobić ten film po swojemu?

Pojawiały się różne niepokojące sygnały. Już na początku podsunęli mi oświadczenia, które miałem dać chłopakom do podpisania. W tych oświadczeniach chłopcy mieli zobowiązać się do udzielenia firmie, o której mówię, praw do wykorzystania swoich wizerunków na wszystkich produktach i we wszystkich kampaniach komercyjnych i niekomercyjnych, we wszelkiego rodzaju działalności, jaką ta firma prowadzi. Oczywiście nawet nie próbowałem chłopaków namawiać do podpisania tego pisma. Od razu uznaliśmy, że to grube nieporozumienie z ich strony. Oni się z tego wycofali, ale to był pierwszy zgrzyt.

Później było długie, uciążliwe i wielodniowe czy nawet wielotygodniowe negocjowanie umowy. Ja miałem pewne dżentelmeńskie zobowiązania względem chłopaków i też wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z zagrożeń związanych z sytuacją, w której firma zajmująca się komercyjną produkcją filmową i telewizyjną podejmie się finansowania tego projektu. W umowie znalazły się więc np. takie punkty, że chłopcy będą mieli wpływ na promocję, że do produkcji zostanie skierowana wersja scenariusza akceptowana przez wszystkie strony, że scenariusz będzie akceptowany zarówno przez chłopców, jak i przez rodziców Magika, że część zysków z filmu – stanowczo się tego domagałem – dostanie syn Magika. Uznałem, że to będzie miało wymiar symboliczny, że w ten sposób ojciec choćby zza grobu w jakiś sposób mu pomoże. I nie ukrywam, że praktycznie każdy z tych punktów budził duży sprzeciw, więc trwały wielogodzinne kłótnie. Kontrowersje budziło nawet to, że chłopcy mają robić muzykę do tego filmu, co niby jest oczywiste, jednak nie było tak do końca oczywiste dla producentów. Była taka kuriozalna sytuacja, gdy oni twierdzili, że to jest dla nich tak oczywiste i dla wszystkich przecież to jest tak oczywiste, że oni nie muszą wprowadzać tego punktu do umowy. Wietrzyłem tu jednak podstęp i stanowczo domagałem się wprowadzenia tego punktu. Umowę konsultowałem również z chłopakami i z ojcem Magika. W końcu doszło do jej podpisania.

Uzbrojony w dokument i zaliczkę, zachwycony sukcesem, ruszyłem na Śląsk, zamieszkałem na Śląsku i tam przez wiele miesięcy pisałem scenariusz. To był rok 2003, a na przełomie 2003 i 2004 roku scenariusz był już skończony. To była dziwaczna sytuacja, bo siedziałem i całymi dniami pisałem scenariusz, a wieczorami spotykałem się z pierwowzorami swoich bohaterów. Często te dwie rzeczywistości się zazębiały, było to naprawdę dziwne uczucie, cały czas spotykałem się z rodzicami Magika i Justyną, żoną Magika. Wcześniej miałem przeświadczenie, że mam już prawie wszystko, skompletowałem wszystkie elementy układanki. Teraz tylko wystarczy nanizać je na sznurek w odpowiednim porządku. Okazało się jednak, że moja stała obecność na miejscu wiele zmieniła, że pewne rzeczy dopiero wtedy zaczęły wychodzić w prywatnych rozmowach. Zobaczyłem tę historię z innej perspektywy i to miało ogromny wpływ na jej kształt.

Co ci jeszcze dało to, że zamieszkałeś w Bogucicach?

Scenariusz nie powstałby w takim kształcie, gdybym mieszkał gdziekolwiek indziej. To jednak było niesamowite, że mogłem w każdej chwili wyjść z domu i zanurzyć się w świat, w którym żyli moi bohaterowie. Mogłem jeszcze bardziej się z nimi utożsamić. Jedyną prawomocną metodą tworzenia tekstu było dla mnie wejście w ich skórę. Po prostu musiałem po kolei być każdym z nich z osobna, zrozumieć ich dramaty, motywy postępowania, emocje, które nimi kierowały. Funkcjonowanie w tym świecie, który ich kształtował, i w rzeczywistości, która im towarzyszyła na co dzień, nie ukrywam, że jakoś formowało moje myślenie. Chodzi o mnóstwo elementów, szczegółów niby bez znaczenia, ale w konsekwencji te rzeczy okazały się ważne. Chociażby to, że zacząłem robić zakupy w sklepie, do którego – jak się później okazało – bardzo często przychodził Magik. Kiedy nagle orientowałem się, że nie dopytałem Fokusa o jakiś szczegół, po prostu biegłem do niego. On akurat wtedy mieszkał u ojca, czyli w tym samym miejscu, gdzie mieszka w czasie przedstawionym w scenariuszu, i szedłem do niego tą samą drogą, którą chodził do niego Magik. To miało kolosalne znaczenie. Chodziłem przez cmentarz, to były także ich skróty, przechodziłem bardzo blisko grobu Magika. Razem z Justyną wybraliśmy się na miejsce, gdzie oni chodzili na wagary, tam np. zobaczyłem pierwsze graffiti, jakie Magik zrobił w życiu. Miał wtedy 16 lat, bardzo się go wstydził – bo to graffiti trochę mu nie wyszło.

Praca