Wydawca: Amber Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 338 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jeśli przeżyjesz - George Wilson

 

Jeśli przeżyjecie pierwszy dzień, dostaniecie awans.


Taką obietnicę usłyszał George Wilson, 23-letni amerykański podporucznik, i inni żołnierze 22. Pułku 4. Dywizji Piechoty swojego pierwszego dnia w Normandii w czerwcu 1944.

W przypadku Wilsona ta obietnica została w dramatyczny sposób wypełniona...
Wilsona ominęła krwawa łaźnia na plażach, ale w ogniu walki znalazł się zaraz potem. Jego chrzest bojowy to piekło pod Saint-Lô.
W samym środku szalejącej bitwy pancernej jego pułk wyrąbuje drogę dla armii Patt ona.

Oddział Wilsona idzie w szpicy. On sam pierwszy raz strzela i zabija. Wokół niego giną ludzie, przerażeni jak on sam.
Kolejne dni ofensywy to morderczy ogień niemieckiej artylerii, straszliwe działa kalibru 88., pola minowe, przeklęte żywopłoty, w których kryją się Niemcy, potem zima, mróz i zaciekły opór wroga, niemieccy snajperzy wyszukujący ofi cerów na polu walki, rany i śmierć przyjaciół. I łut szczęścia decydujący o tym, kto przeżyje…


Z całej Kompanii F 4. Dywizji Piechoty tylko porucznik Wilson zakończył jej szlak bojowy. Kompania straciła 167% stanu osobowego. Kiedy nadszedł koniec wojny, nie czuł się zwycięzcą czy zdobywcą. Był po prostu potwornie wyczerpanym człowiekiem, który cudem ocalał z rzezi.
George Wilson ukazuje codzienność i horror wojny we Francji i Belgii z perspektywy frontowego żołnierza: od czerwca 1944 do ostatnich dni wojny, od przekroczenia Linii Zygfryda i walk w lesie Hurtgen, po ostatnią kontrofensywę niemiecką w Ardenach. Jego wspomnienia to nie opis wielkich strategicznych posunięć i rozstrzygających bitew, to przerażająco realistyczny, szokujący obraz zażartych walk o każdą wieś, miasteczko, dom.

Opinie o ebooku Jeśli przeżyjesz - George Wilson

Fragment ebooka Jeśli przeżyjesz - George Wilson

Strona redakcyjna

Redakcja

Joanna Złotnicka

Jacek Złotnicki

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Tytuł oryginału

If You Survive

IF YOU SURVIVE © 1987 George D. Wilson

This translation published by arrangement with Ballantine Books,

an imprint of Random House Publishing Group,

a division of Random House, Inc.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4679-6

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Mojej żonie Florine i naszym dzieciom:

Davidowi, Stephenowi, Kevinowi, Kristin

i Jonathanowi

I. Szkolenie

I

Szkolenie

Chociaż jesienią 1942 roku Stany Zjednoczone były mocno zaangażowane w II wojnę światową, w college’u czułem się bezpieczny, bo ani piechota morska, ani marynarka wojenna mnie nie chciały. Nosiłem okulary, a że próg selekcji nadal był bardzo wysoki, każdego, kto je nosił, natychmiast odrzucano. Jednak armii lądowej moja lekka wada wzroku zupełnie nie przeszkadzała i 19 września 1942 roku dostałem powołanie — dokładnie na tydzień przed rozpoczęciem roku akademickiego na Uniwersytecie Stanowym Michigan, gdzie otrzymałem stypendium jako zawodnik futbolu amerykańskiego.

Wraz z grupą innych rekrutów stawiłem się w Fort Custer w stanie Michigan, gdzie wydano nam mundury, zaaplikowano szczepienia ochronne, pokazano filmy na temat chorób wenerycznych i przeprowadzono długie testy na inteligencję. Dwa dni później wsiedliśmy do pociągu z opuszczonymi roletami w oknach i wyruszyliśmy w nieznane. Od razu zaczęły się spekulacje co do naszego miejsca przeznaczenia, ale nikt go nie odgadł. Gdy po dwóch dniach pociąg wreszcie się zatrzymał, okazało się, że jesteśmy w Macon w Georgii.

Na następne pięć miesięcy moim domem miał się stać Camp Wheeler, znajdujący się kilka mil od Macon i — zupełnym przypadkiem — zaledwie 135 mil od miejsca mojego urodzenia, niewielkiej osady na wzgórzach północnej Georgii. Kiedy tylko pojawiliśmy się w obozie, otrzymaliśmy przydziały. Prosiłem o przydział do lotnictwa, ale mi odmówiono. Sierżant powiedział, że szkolenie unitarne odbędę w batalionie specjalnym, z rekrutami, których uważano za dobry materiał na oficerów. Na tym etapie armia naprawdę niewiele wiedziała o naszych zdolnościach, nie licząc tego, co wykazały testy na inteligencję.

Szkolenie unitarne piechoty trwało siedem tygodni i obejmowało wszystko, co trzeba: służbę w kuchni i wartowniczą, zajęcia teoretyczne, dotyczące głównie regulaminów i dyscypliny, a także naukę posługiwania się bronią, strzelania, walki na bagnety i walki wręcz. Wszystko to było dla mnie całkiem nowe. Nigdy nie wyjeżdżałem z domu na dłużej niż tydzień i nie miałem zielonego pojęcia o wojsku. Początkowo nie odróżniałem kaprala od sierżanta, a oficerowie wydawali mi się bogami, bo kiedy się pojawiali, wszyscy — i kaprale, i sierżanci — prężyli się na baczność.

Z nieznanych mi powodów wybrano mnie na pełniącego obowiązki dowódcy dwunastoosobowej drużyny. Być może ze względu na moją sportową przeszłość, a może przełożonym wydawało się, że chętnie uczę się żołnierki.

Druga połowa szkolenia dotyczyła łączności. Uczono nas, jak korzystać z telefonów polowych, jak kłaść przewody, używać kodów, urządzeń kodujących i centralek telefonicznych. Zajęcia były ciekawe, a nasz porucznik okazał się doskonałym instruktorem.

Pod koniec unitarki poinformowano nas, że możemy się starać o przyjęcie do szkoły oficerskiej. Zgłosiło się siedemdziesięciu ośmiu żołnierzy z mojej kompanii, ale dostanie się tam okazało się znacznie trudniejsze, niż początkowo sądziliśmy. Musieliśmy stanąć przed komisją złożoną z sześciu oficerów, którym przewodniczył pułkownik. Podczas przesłuchania czuliśmy się jak w krzyżowym ogniu pytań. Członków komisji interesowało dosłownie wszystko, nawet sprawy bardzo osobiste. Nasza wojskowa postawa i odpowiednio szybka reakcja były dla nich równie ważne, jak prawidłowe odpowiedzi. Wyglądało to, jakby specjalnie chcieli nas onieśmielić, i najwyraźniej w wielu wypadkach im się udało, bo odrzucili sześćdziesięciu jeden kandydatów, a przepuścili tylko siedemnastu.

Po zakończeniu szkolenia unitarnego siedemnastkę z mojej kompanii i kilku innych żołnierzy z naszego batalionu przeniesiono do szkoły podoficerskiej, która znajdowała się w odległości mniej więcej mili od koszar rekrutów. Czterotygodniowy kurs, ciężki i wyczerpujący, zaliczyło tylko pięciu z nas. Zostaliśmy awansowani na kaprali i mogliśmy wstąpić do szkoły oficerów piechoty.

Mieściła się ona w Fort Benning, w innej części stanu. Kurs trwał tylko trzy miesiące, ale był bardzo intensywny. Pracowaliśmy od rana do wieczora, a często również w nocy. Zajęcia odbywały się zarówno w salach wykładowych, jak i na poligonie. Na wykładach poznawaliśmy teorię dotyczącą obsługi różnych rodzajów broni oraz taktyki, czytania map, maszerowania w szyku i manewrów w polu, a podczas ćwiczeń w terenie stosowaliśmy zdobytą wiedzę w praktyce.

Ci, którzy nie byli w stanie opanować obszernego materiału teoretycznego albo nie dawali sobie rady z trudnymi ćwiczeniami praktycznymi, stopniowo odpadali i przenoszono ich z powrotem do macierzystych jednostek. Z mojej pierwotnej grupy do końca dotrwali tylko dwaj podoficerowie — kolega i ja. Jakoś nam się udało i 8 maja 1943 roku zostaliśmy awansowani na podporuczników Armii Stanów Zjednoczonych. Według uchwały Kongresu byliśmy teraz oficerami i dżentelmenami. Niektórzy nazywali nas „trzymiesięcznymi cudami”.

Moim pierwszym przydziałem oficerskim było stanowisko instruktora szkolenia unitarnego w Camp Croft w Karolinie Południowej. Zaledwie miesiąc później przeniesiono mnie wraz z kilkoma innymi oficerami do Camp Hood w Teksasie. Mieliśmy tam prowadzić intensywne kursy piechoty dla studentów, którzy po odbyciu szkolenia mogliby wrócić na uczelnie. Dzięki temu eksperymentalnemu programowi Wuj Sam nie musiałby przeznaczać przyszłości narodu na mięso armatnie, chyba że nie miałby innego wyjścia.

Projekt, choć sensowny, nigdy nie został zrealizowany. Mimo iż instruktorów było tylu, że wystarczyłoby na całą dywizję, przez pół roku trafiło do nas niespełna ośmiuset studentów. Nie mając kogo szkolić, potwornie się nudziliśmy i ciągle szukaliśmy jakiegoś zajęcia, żeby zabić czas. Początkowo instruktorzy instruowali się nawzajem, ale po jakimś czasie dowództwo zrezygnowało z tego bezużytecznego wysiłku. Graliśmy więc w podkowy, w siatkówkę i ogólnie zbijaliśmy bąki. W końcu, na trzy dni przed Bożym Narodzeniem 1943 roku, wraz z trzydziestoma oficerami z mojego pułku dostałem przydział do 86. Dywizji, aby wziąć udział w manewrach na bagnach Luizjany.

Prawdziwa mordęga w błocie i deszczu pośród na wpół zamarzniętych bagien trwała do lutego 1944 roku. Nauczyliśmy się tylko jednego — jak przetrwać w koszmarnych warunkach atmosferycznych. W Michigan nigdy nie doświadczyłem tak fatalnej pogody.

Potem przenieśliśmy się do pobliskiego Camp Livingston w Luizjanie i powróciliśmy do zwyczajnych ćwiczeń garnizonowych. Wodzowie uznali jednak, że 86. Dywizja nie osiągnęła gotowości bojowej i zaczęli ją demontować. Prawie codziennie dostawaliśmy rozkazy, żeby wysłać kolejnych żołnierzy i oficerów jako uzupełnienia za ocean. Nie było łatwo pozbywać się ludzi. Każdy z dowódców pododdziałów próbował zatrzymać swoich najlepszych żołnierzy. Wreszcie, w kwietniu 1944 roku, nadeszła moja kolej. Wysłano mnie do Camp Shanks w stanie Nowy Jork. Po drodze mogłem skorzystać z siedmiodniowego urlopu, żeby odwiedzić dom.

W Camp Shanks zaaplikowano nam wszystkie szczepienia ochronne i już po kilku dniach płynęliśmy do Anglii w wielkim konwoju, złożonym z około stu jednostek. Wspaniały widok dla nas, młodych. Pokonanie Atlantyku Północnego zajęło nam dwanaście dni. Napotkaliśmy straszliwy sztorm, podczas którego prawie wszyscy dostaliśmy choroby morskiej. Potężnego strachu napędziły nam dwa alarmy spowodowane wykryciem okrętów podwodnych, które próbował odpędzić niszczyciel z naszej eskorty, zrzucając sporo bomb głębinowych. Wreszcie około 20 kwietnia 1944 roku dotarliśmy do Liverpoolu.

Pierwszym przystankiem był Camp Warminster, obóz wojskowy armii brytyjskiej nieopodal Bristolu, przepełniony oficerami i żołnierzami amerykańskiej piechoty, którzy mieli być przydzielani do dywizji bojowych w celu uzupełnienia strat. Natychmiast zorganizowano nam proste zajęcia dla zabicia czasu. Musieliśmy starannie czyścić broń, inspekcje były codziennie. Graliśmy też często w ping-ponga, a ja dla zabawy trenowałem trochę baseball.

Kiedy w końcu nadszedł D-Day — 6 czerwca 1944 roku — oglądaliśmy postępy naszych wojsk na wielkich mapach operacyjnych w kwaterach oficerskich. Bezpieczni, daleko na tyłach, nie potrafiliśmy sobie wyobrazić prawdziwej walki. Wieczorem zaczęli napływać ranni spadochroniarze oraz ci, którzy wylądowali w Kanale. Należeli do 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Tłoczyliśmy się wokół nich, żeby posłuchać ekscytujących opowieści z frontu. Wielu z nich miało wrócić do swoich jednostek już następnego dnia.

Wkrótce niezbędne stały się uzupełnienia. Skierowano nas na miejsce zbiórki w pobliżu Plymouth. Ze względu na ścisłą tajemnicę wiedzieliśmy tylko to, że wkrótce wyruszymy do Francji. Gdy następnego dnia, na pokładzie kanadyjskiego okrętu desantowego piechoty wychodzącego z zatłoczonego portu w Plymouth, popatrzyłem na zdenerwowane twarze stojących wokół oficerów, nagle do mnie dotarło: to jest to. Ruszamy na wojnę. Był koniec czerwca 1944 roku, nasi sojusznicy powoli umacniali przyczółki w Normandii.

Po drodze każdy z oficerów na pokładzie wiódł w duchu własną prywatną bitwę z rzeczywistością. Wciąż uważam za wielki błąd załadowanie na jeden okręt desantowy samych oficerów. Ewentualna strata wielu młodszych oficerów liniowych stałaby się ogromnym problemem dla ludzi przydzielających uzupełnienia do jednostek bojowych.

A dobitne słowa komendanta portu nie pozostawiały wątpliwości: „Jedziecie do Normandii w ramach uzupełnienia”.

To mogło znaczyć tylko tyle, że mamy zapełnić wakaty, bo inni oficerowie zostali zabici, ranni, zaginęli w walce albo padli ofiarą wypadku poza polem bitwy. Po głowie krążyły mi posępne myśli.

Myślałem o swojej narzeczonej, Florine. Ile czasu minie, zanim się dowie, że jestem na froncie? Czy jeszcze ją zobaczę i obejmę? Jeśli zostanę okaleczony, czy nadal mnie będzie kochać? Czy będę w stanie ją utrzymać? Ostatecznie doszedłem do wniosku, że jakoś dam sobie radę.

Do rzeczywistości przywołał mnie jednostajny głos oficera dyżurnego odczytującego listę. Kiedy patrzyłem i słuchałem, jak ludzie odpowiadają, zdałem sobie sprawę, że jesteśmy z różnych stron. Nikogo nie rozpoznawałem. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo wiedziałem, że gdy tylko znajdziemy się na brzegu, od razu roześlą nas do różnych oddziałów.

Zaczął mi dokuczać głód i uświadomiłem sobie, że żaden z nas nie ma racji żywnościowych. Tak się złożyło, że zaokrętowano nas bez prowiantu. Ktoś powiedział o naszym problemie kapitanowi kanadyjskiej marynarki wojennej, który przyszedł nam z pomocą i wydzielił puszki grochówki z żelaznych racji okrętu, po jednej na głowę. W każdej były dwa kubki zupy, którą podgrzewało się za pomocą znajdującego się w środku cylindra wypełnionego jakąś palną substancją. Według instrukcji, przed zapaleniem paliwa należało wybić dwie dziury w wieczku, inaczej puszka mogła wybuchnąć. Zupa była pyszna, od tego czasu uwielbiam grochówkę.

Ktoś krzyknął:

— Popatrzcie na te wszystkie okręty!

Zerwaliśmy się na równe nogi i ujrzeliśmy wspaniały widok. Na podejściu do brzegów Normandii znajdowały się setki jednostek pływających. Wyciągaliśmy szyje, żeby ogarnąć wzrokiem całą tę armadę. Na linach kołysały się wielkie balony. Miały powstrzymywać samoloty wroga przed lotem na niskim pułapie. W porcie panował ruch jak w ulu. Sieci z ładunkiem pakowano na amfibie transportowe, zwane kaczkami. Nieprzerwany ich strumień przybywał po ładunek, a potem zmierzał do brzegu. Pojazdy jak mrówki pełzały po plażach i drogach prowadzących w głąb lądu.

Rzuciło nas gwałtownie do przodu, kiedy nasz desantowiec nagle zatrzymał się na płaskim dnie. Po obu stronach dziobu opuszczono kładki. Pojedynczym szeregiem zeszliśmy do wody i trzymając broń wysoko nad głowami, ruszyliśmy ku plaży. Woda sięgała mi do podbródka, niektórym niższym żołnierzom trzeba było pomagać.

Walka o plażę Utah była stosunkowo lekka w porównaniu z bojem na odcinku Omaha. Zapewne ci, którzy zostali ranni albo zginęli, nigdy nie zgodziliby się, że tu było łatwo. Zdaję sobie sprawę, że prawie cały zaszczyt za ten sukces przypadł w udziale generałowi Rooseveltowi, synowi prezydenta Teddiego Roosevelta. Oczywiście byliśmy bardzo wdzięczni za zabezpieczenie plaż.

Większość potwornych śladów po tej bitwie została już usunięta, nie było widać zabitych i rannych. Mimo to mieliśmy wrażenie, że krzyczą do nas straszne obrazy wojny. Spalone pojazdy, zatopione barki desantowe i okręty, rozbite czołgi i bunkry, poskręcane i martwe armaty. Trudno było uwierzyć, że ktokolwiek uszedł z życiem, ale przecież nasi żołnierze przebrnęli przez wodę i odrzucili Niemców, w niektórych miejscach nawet na jakieś siedem albo osiem mil od brzegu.

Szybko pomaszerowaliśmy do centrum uzupełnień niedaleko Sainte-Mère-Église. Dostaliśmy pierwszy rozkaz, żeby podzielić się na pary i rozstawić namioty w pobliskim sadzie z jabłoniami. Mieliśmy tam zostać, dopóki nie skierują nas do jednostek. Nikt nie wiedział, gdzie i kiedy nas roześlą. Z mapy wynikało, że front jest jakieś trzy mile od nas. Przez całą noc wyraźnie słychać było nieustanny ostrzał prowadzony przez naszą artylerię. Waliła tak blisko, że namioty trzęsły się i trudno było zasnąć.

Sainte-Mère-Église to małe miasteczko, rozsławione na zawsze filmem o pierwszym dniu inwazji. Właśnie tu 82. Dywizja Powietrzno-Desantowa uporczywie przebijała się w kierunku wybrzeża, żeby połączyć się z 4. Dywizją Piechoty. Gdybym wiedział, że to właśnie Czwarta stanie się moją jednostką, pewnie bardziej bym się wypytywał o toczoną tutaj bitwę.

Ponieważ nie zakazano nam wychodzenia z obozu, paru z nas skorzystało z okazji, żeby obejrzeć pole walki. Kierując się własnymi nosami i informacjami rozchodzącymi się pocztą pantoflową dotarliśmy na miejsce pochówku odległe o jakieś ćwierć mili. Straszliwe opowieści o zażartych bojach okazały się prawdą. Niemieccy jeńcy wykopywali rozkładające się już ciała własnych poległych — pochowanych w równych rzędach w masowych grobach trzy stopy pod ziemią — żeby przenieść je w nowe miejsce. Pracowali łopatami i gołymi rękami, wkładali trupy do powłok na materace i układali je w rzędach na ciężarówkach, jak drewno na opał. Niektóre ciała były mocno pokiereszowane i trudno było je podnieść. Zacięte twarze mężczyzn były blade jak wosk, wielu wymiotowało pod wpływem tego widoku i smrodu.

Strażnik powiedział, że kilkaset ciał Amerykanów zostało usuniętych przed kilkoma dniami. W masowym grobie pochowano ponad trzystu Niemców, ale teraz trzeba było oczyścić pole pod lądowisko dla myśliwców.

Niedaleko grobów widzieliśmy wraki wielu szybowców; niektóre wciąż wisiały na drzewach, inne rozbiły się o żywopłoty. Wszystkie były podziurawione przez kule. Pomyślałem, że to cud, że w ogóle jacyś żołnierze z szybowców przeżyli i podjęli walkę, kiedy znaleźli się na ziemi. Tuż po ukończeniu szkoły oficerskiej chciałem wstąpić do spadochroniarzy. Nie przyjęto mnie, bo nosiłem okulary.

Szliśmy polem ostrzelanym przez okręty, prawdopodobnie rakietami. Leje były głębokie na jakieś cztery stopy i szerokie na sześć. Rozrzucone co jakieś dwadzieścia stóp pokrywały powierzchnię kilku akrów. Niemożliwe, żeby ktokolwiek przeżył takie bombardowanie.

Wracaliśmy do namiotów w kompletnym milczeniu. Okrutna rzeczywistość wojny stanęła mi przed oczami i po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem w trzewiach strach.

Wreszcie, 12 lipca, nadeszły rozkazy. Przydzielono mnie do 22. Pułku 4. Dywizji Piechoty. Kilkunastu z nas pojechało dwuipółtonową ciężarówką przez Carentan do kompanii uzupełnień 22. Pułku. Po raz pierwszy znaleźliśmy się pod ogniem, przejeżdżając przez mostek w pobliżu miasta, ale pociski przeleciały z wyciem nad nami i wybuchły jakieś sto jardów dalej.

Kapitan Hawkins, komendant kompanii uzupełnień, przywitał nas gorąco i zabrał prosto do sztabu 22. Pułku, gdzieś na bagnach niedaleko Carentan.

Czekał tam na nas pułkownik „Buck” Lanham. Był to niski, żylasty mężczyzna, który wyglądał na bardzo wymagającego i surowego. Od razu nastraszył nas jak wszyscy diabli, oznajmiając bez ogródek, że opór Niemców jest bardzo silny, a nasze straty wyjątkowo wysokie. Wyjaśnił, jak trudno jest przejść przez pole, kiedy Niemcy są okopani za każdym żywopłotem, a krzyżowy ogień karabinów maszynowych dodatkowo utrudnia natarcie.

— Jesteśmy w stanie zdobyć zaledwie kilkaset jardów terenu dziennie — mówił. — Wy, jako oficerowie, staniecie na czele swoich żołnierzy. Ludzie idą za dowódcą, więc spodziewam się, że moi dowódcy plutonów będą na samym przedzie. Straty mogą być bardzo wysokie. Wykorzystajcie wszystko, czego się nauczyliście. Jeśli przeżyjecie pierwszy dzień, dostaniecie awans. Życzę szczęścia.

Po krótkiej przemowie pułkownika Lanhama przydzielono nas na chybił trafił do różnych batalionów pułku. Pięciu oficerom, wśród nich mnie, rozkazano pójść za przewodnikiem do sztabu 2. Batalionu, znajdującego się jakieś ćwierć mili za linią frontu.

Naszym przewodnikiem był kapral, młody mężczyzna o zmęczonej twarzy i podkrążonych oczach. Widać było, że jest na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Zachowywał się jak osaczone zwierzę. Nisko pochylony, przebiegał od osłony do osłony, raz po raz robiąc uniki. Biegliśmy za nim polnymi ścieżkami między żywopłotami. Mijaliśmy wiele pustych okopów dla pojedynczych żołnierzy, wykopanych wzdłuż nasypów. Niektóre były częściowo pokryte drewnem albo blachą wyrwaną z jakichś wiejskich zabudowań. Wszędzie dookoła widzieliśmy ciała Niemców. Leżały tak, jak upadły, w groteskowych pozycjach, z zapadniętymi policzkami i otwartymi ustami. Obrzydliwy odór śmierci potęgowało palące lipcowe słońce. Kapral powiedział, że ciała naszych już usunięto. Przyjęliśmy to z ulgą.

Sztab 2. Batalionu mieścił się w małym namiocie, który rozbito pod drzewem obok żywopłotu. Na otwartym polu wokół niego była okopana większość oddziału. Dowódca, podpułkownik Lum Edwards, krótko się z nami przywitał, ale nie wygłosił żadnej mowy. Oficer sztabowy kapitan Tom Harrison przydzielił nas do poszczególnych kompanii. Ja trafiłem do kompanii E wraz z porucznikiem Piszarakiem, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem. Służyliśmy razem do listopada, kiedy Piszarak zginął w boju.

Musieliśmy przejść przez pole, żeby zameldować się kapitanowi Holcombowi, dowódcy kompanii. Piszarak objął pierwszy pluton, mnie wysłano do drugiego, a porucznicy Plume i Tawes stanęli na czele trzeciego i czwartego.

Postanowiłem zacząć od nauczenia się nazwisk swoich ludzi. Naprawdę się postarałem i żołnierze byli mocno zdziwieni, że już pierwszego dnia zwracałem się po nazwisku do wszystkich czterdziestu.

Podoficerowie, sierżant „Chick” Reid i jego zastępca Otha Anders, byli we Francji od 6 czerwca, mieli więc za sobą ponad miesiąc doświadczeń bojowych. Obaj udzielili mi wielu cennych rad i chętnie opowiadali, jak to jest na froncie, za co byłem im bardzo wdzięczny. Mój pluton stracił czterech poruczników i zostało w nim zaledwie pięciu żołnierzy z początkowej czterdziestki, która wylądowała na plażach Normandii w pierwszym dniu inwazji.

Szczęśliwie się złożyło, że miałem kilka dni na zapoznanie się z ludźmi przed wejściem do walki. Podczas następnych miesięcy widziałem wielu „zielonych” poruczników, którzy przejęli swoje plutony w ogniu bitwy. Nie mieli szansy spotkać się ze swoimi żołnierzami ani dowiedzieć się, jacy są podoficerowie. Nie wyobrażam sobie trudniejszego zadania dla młodego, niedoświadczonego oficera niż dowodzenie plutonem na linii frontu.

Mój pluton okopał się za żywopłotem po przeciwnej stronie pola, jakieś dwieście jardów przed baterią naszych samobieżnych dział kaliber 105. Z początku nie zwróciłem na nie uwagi, ale kiedy w nocy otworzyły ogień, przekonałem się, jak kłopotliwe to sąsiedztwo. Nie dość, że robiły mnóstwo hałasu, to wstrząsy powodowały, że boki mojego okopu kilka razy się obsuwały. Sen, rzecz jasna, był prawie niemożliwy nawet bez artylerii, bo głowę miałem pełną obaw i pytań. Jak to będzie, kiedy powiodę żołnierzy do walki? Czy sprostam odpowiedzialności, wywiążę się z powierzonego mi zadania?

Pewnego wieczoru, tuż przed zmrokiem, kiedy staliśmy w kolejce po gorący posiłek, przeżyliśmy prawdziwe emocje. Cztery niemieckie myśliwce śmignęły nad nami na wysokości drzew. Natychmiast się rozproszyliśmy i zanurkowaliśmy za najbliższymi zasłonami. W ciągu kilku sekund prawie wszystkie działa przeciwlotnicze i karabiny maszynowe w zasięgu strzału otworzyły ogień. Łatwo było prześledzić drogę samolotów po czerwonym blasku pocisków smugowych. Co piąta kula z karabinu maszynowego żarzyła się od białego fosforu, żeby celowniczy mogli widzieć, w którą stronę strzelają. Wyglądało to jak fajerwerki na Czwartego Lipca, ale samoloty były tak szybkie i leciały tak nisko, że zniknęły z pola widzenia, zanim ktokolwiek zdążył wycelować. Nie wyglądało na to, żeby któryś został trafiony.

Około 16 lipca nasz pułk przemieścił się na północny wschód, w pobliże Saint-Lô. Tam dowiedzieliśmy się, że mamy wejść w skład specjalnej grupy operacyjnej złożonej z czołgów i piechoty, której celem było dokonanie wielkiego wyłomu w liniach niemieckich. Była to pierwsza operacja czołgów i piechoty na wielką skalę podjęta przez aliantów. Przed naszym natarciem nieprzyjaciel miał zostać zmiękczony nalotem dywanowym, a potem wielka armia czołgów i piechoty miała się przedrzeć przez powstałe luki.

Najtrudniejszym problemem były żywopłoty. W Normandii farmerzy od pokoleń pielęgnują żywopłoty rozdzielające ich niewielkie poletka. Zaczynają od wykopania płytkich rowów wokół pola. Ziemia usypywana jest między polami i z upływem lat wiele z tych ziemnych nasypów wyrasta do ponad dwóch stóp grubości i trzech stóp wysokości. Na wierzchu sadzi się żywopłoty. Ich korzenie zapobiegają erozji. Rosną tam także rozmaite krzaki i drzewa, tworząc barierę na tyle mocną, że jest w stanie utrzymać wewnątrz żywy inwentarz.

Niemcy wykorzystali żywopłoty jako naturalne umocnienia ziemne, którymi w istocie były. Świetnie nadawały się do obrony. Łatwo było się za nimi ukryć, a gruby nasyp ziemny stanowił bardzo dobrą osłonę przed naszą bronią palną. Niemcy zazwyczaj stawiali karabiny maszynowe w pobliżu rogów pól. Pozwalało to na prowadzenie ognia krzyżowego i w rezultacie frontalny atak piechoty był niemal samobójstwem. Czasem nieszczęsna piechota walczyła cały dzień, żeby zdobyć kilkaset jardów.

Opracowano specjalną taktykę. Czołgi przedzierały się przez pole i zasypywały żywopłot ogniem z karabinów maszynowych, podczas gdy piechota szła albo biegła za nimi, wykorzystując je jako tarcze. Zbliżając się do żywopłotu, czołgi nasilały ostrzał. Wtedy piechurzy wybiegali naprzód i trzymając się jak najbliżej ziemi, rzucali granaty za żywopłot. Czołgi przeorywały żywopłoty, a piechota, idąca tuż za nimi, rozwijała się na boki, żeby chwytać pozostałych przy życiu żołnierzy nieprzyjaciela.

Z początku czołgi niezbyt dobrze radziły sobie z żywopłotami, bo na nasypie ziemnym unosiły się do góry, wystawiając słabo zabezpieczone podbrzusze na trafienie pancerfaustem — niemieckim przeciwpancernym granatnikiem rakietowym, podobnym do naszej bazooki. Po pewnym czasie na przednich pancerzach, jakąś stopę nad ziemią, zaczęto mocować ostre stalowe zderzaki, podobne do kosy, wykonane ze starych szyn kolejowych i złomu z niemieckich przeszkód na plażach. Odcinały one kawałek żywopłotu, co pozwalało czołgom trzymać się nisko podczas przedzierania się przez zarośla i ułatwiały branie Niemców z zaskoczenia.

Teoretycznie, gdyby wszystko szło według planu, powinniśmy pokonywać kolejne żywopłoty bez większych trudności. Taktyka wydawała się dość użyteczna, ale w praktyce okazało się, że bieg z całym ekwipunkiem za czołgiem, w chmurach gazów wydechowych i pyłu wzniesionego przez gąsienice, był skrajnie wyczerpujący.

Po kilku dniach wyjątkowo męczących ćwiczeń nowej taktyki byliśmy gotowi. Codziennie szykowaliśmy ekwipunek i czekaliśmy na rozkaz do ataku. Trwało to około tygodnia, bo bombowce, które miały przeprowadzić nalot dywanowy, uziemiła paskudna pogoda. Całe to czekanie nie wyszło na dobre naszym nerwom.

W tym czasie pojawiło się kilka niepokojących symptomów. Pewnego dnia natknąłem się na jednego z moich młodych żołnierzy z pistoletem w ręku. Najwyraźniej zamierzał go użyć przeciwko sobie. Był w koszmarnej depresji, bo od lądowania we Francji nie dostał żadnej poczty z domu. Usiadłem i spokojnie z nim rozmawiałem, dopóki nie przekonałem go, że rodzina naprawdę o nim myśli, tylko w naszej poczcie polowej panuje bałagan ze względu na ciągłe walki. Już następnego dnia dostał parę listów i to polepszyło mu nastrój.

Pewnego dnia nasi pomysłowi kucharze postanowili urządzić nam ucztę. Powiedzieli, że ładna młoda krowa dostała się pod ogień nieprzyjacielskich moździerzy, a oni przez szczęśliwy przypadek byli w pobliżu i dowiedzieli się o świeżym mięsie. Steki były cudowną odmianą od zwyczajnych racji wojskowych. Wkrótce jednak do zaskoczonego kapitana Holcomba przybiegł z krzykiem francuski farmer, domagając się zapłaty za zaszlachtowaną krowę. Odesłano go do majora z wojskowych władz okupacyjnych, który prawdopodobnie załatwił jakoś tę sprawę.

Innym razem generał dywizji Barton, dowódca naszej dywizji, dokonał inspekcji pułków, żeby wręczyć medale za bohaterskie czyny podczas inwazji. Kiedy maszerowaliśmy kompaniami na plac apelowy, kilka niemieckich samolotów myśliwskich przemknęło z rykiem nad wierzchołkami drzew, a żołnierze rozbiegli się na wszystkie strony. Niektórzy dali nura w gęste żywopłoty. Lotnicy nie otworzyli ognia i chyba nawet nas nie zauważyli, więc podjęliśmy marsz na inspekcję. Ciągle oglądaliśmy się za siebie, ale samoloty nie zawróciły.

Jeden z naszych żołnierzy miał przybory fryzjerskie, więc na zmianę siadaliśmy na pniu, żeby szybko obciął nam włosy. Nie przypominam sobie, żebym się strzygł przez kolejne osiem miesięcy.

II. Przełamanie frontu pod Saint-Lô

II

Przełamanie frontu pod Saint-Lô

(Dzień pierwszy)

Większość żołnierzy zapewne się nudziła, czekając bezczynnie na rozpoczęcie natarcia, zwłaszcza że kilka razy zmieniano termin ataku. Za to wszyscy oficerowie byli bardzo zajęci. Całymi godzinami studiowaliśmy mapy naszych celów. Fotografie lotnicze były bardzo dokładne. Dzięki specjalnemu nachyleniu obiektywów pokazywały sady tak szczegółowo, że niemal mogliśmy policzyć drzewa.

Niektóre zdjęcia zrobiono zaledwie przed paroma dniami. Informacja, jaką dysponowaliśmy, zrobiła na mnie wrażenie. Miałem nadzieję, że Niemcy nie wiedzą o nas tak wiele. Utwierdzała mnie w tym nasza przewaga w powietrzu.

Wreszcie nadszedł wyznaczony dzień — 25 lipca 1944 roku. Odległe buczenie urosło do głębokiego łoskotu, kiedy setki wielkich bombowców wypełniły niebo, przelatując dokładnie nad naszymi głowami. Powiedziano nam, że w nalocie bierze udział trzy tysiące bombowców i pięćset samolotów myśliwsko-bombowych.

Mieliśmy widok jak z trybuny głównej, stojąc tuż za linią frontu. Patrzyliśmy z ogromnym respektem, jak defiluje nad nami fala za falą. To, co nam dodawało ducha, dla Niemców musiało być czymś strasznym.

Ziemia pod stopami zatrzęsła się, kiedy bomby zaczęły wybuchać tuż przed liniami naszej piechoty. Odczuliśmy silny powiew od eksplozji, chociaż staliśmy pół mili dalej.

Zgodnie z rozkazem mieliśmy ruszyć do ataku natychmiast po bombardowaniu, żeby wykorzystać zamieszanie i oszołomienie wroga. Na naszych oczach rozegrała się jednak wstrząsająca tragedia. Jedna formacja bombowców pomyliła cel i zrzuciła cały swój ładunek po naszej stronie linii frontu. Straty przekroczyły ośmiuset zabitych i rannych, zginął między innymi generał broni Leslie McNair, dowódca sił lądowych. Ze względu na ten koszmarny wypadek i związany z nim bałagan w naszych szeregach natarcie odłożono na następny dzień.

Tymczasem Niemcy wykorzystali zwłokę na podciągnięcie rezerw i obsadzenie obszarów zniszczonych bombami. Staliśmy zatem naprzeciwko mieszanych sił nieprzyjaciela: tych, którzy przeżyli bombardowanie, i nowo przybyłych spadochroniarzy.

Mój własny „najdłuższy” dzień zaczął się, kiedy rankiem 26 lipca 1944 roku wyskoczyłem z okopu, ruszając do mojego pierwszego natarcia. Ledwie przekroczyliśmy drogę z Saint-Lô do Périers, kawałek na zachód od miasta, ukazał się nam przerażający widok. Siła niszczenia tysięcy pięćsetfuntowych bomb przekroczyła naszą wyobraźnię. Dookoła było pełno ciał zabitych żołnierzy, powyginanych i rozszarpanych, czasem pogrzebanych do połowy pod zwałami ziemi. Wszędzie leżały martwe, rozdęte krowy z uniesionymi do nieba sztywnymi nogami, spalone samochody i rozbite wyposażenie. Nigdy nie udało mi się wymazać tego widoku z pamięci.

Kiedy nadszedł rozkaz do natarcia, mięśnie zesztywniały mi ze strachu. Po pewnym czasie zdałem sobie jednak sprawę, że moje ciało jakoś porusza się za czołgami. Pluton, którym dowodziłem, szedł na szpicy. Przypominało mi to pierwsze chwile meczu futbolowego. W miarę jak się posuwaliśmy do przodu, poczułem, że mój umysł i ciało znowu zaczynają współpracować — nadal bardzo wystraszone, ale działały.

Kompania pancerna agresywnie parła naprzód, strzelając do wszystkiego, co znalazło się w polu widzenia. Taktyka dowódcy czołgów wydała mi się bardzo racjonalna. Ponieważ przed nim nie było Amerykanów, rozkazał strzelać bez przerwy. Czołgi swoją siłą ognia wbijały nieprzyjaciela w ziemię, nie pozwalały unieść głowy i odpowiedzieć ogniem. Dzięki temu przeprowadziliśmy szybki atak i wzięliśmy do niewoli wielu jeńców, przy małych stratach własnych.

Część Niemców była jeszcze w szoku po bombardowaniu i nie wykazywała woli walki. Właściwie to nie rozumiem, jak udało im się przeżyć. Leje po bombach, wielkie, że mogły pochłonąć dżipa, w niektórych miejscach znajdowały się tak blisko siebie, że kierowcy naszych czołgów z trudem między nimi manewrowali.

Raz, kiedy obeszliśmy żywopłot w rogu dużej łąki, najbliższy czołg przejechał martwą krowę. Była wydęta, więc wnętrzności wystrzeliły z brzucha i owinęły się wokół gąsienic, buchnął koszmarny smród.

Tego już było dla mnie za wiele. Zrobiło mi się słabo, opadłem na ręce i kolana, gdy nagle usłyszałem ryk nurkującego samolotu. Spojrzałem do góry akurat w chwili, kiedy jeden z naszych P-47 zwolnił dokładnie nade mną dwie bomby. Upadłem na płask we własne wymiociny, jak się okazało niepotrzebnie, bo bomby poszybowały jeszcze dwieście jardów do przodu i rozbiły szwabski opancerzony transporter półgąsienicowy, którego wcześniej nawet nie zauważyłem.

Kilka minut później straciłem pierwszego żołnierza. Stanął wyprostowany bez żadnej osłony i celował z karabinu do nieprzyjacielskiego transportera. Niemcy skosili go serią z karabinu maszynowego i uciekli. Zadrżałem na widok tej niepotrzebnej straty, bo karabin na nic się zda przeciwko stalowej płycie, a dać się przyłapać w otwartym terenie przez karabin maszynowy to pewna śmierć. Lepiej kryć się i walczyć dalej, niż głupio ryzykować. Gdyby żołnierz miał granat nasadkowy albo bazookę, mogło być inaczej. Znów poczułem mdłości.

Saint Gilles, pierwsza miejscowość na kierunku naszego ataku, znajdowała się teraz tuż przed nami. Zbliżaliśmy się ostrożnie. Była to tylko mała wioska na przecięciu dróg, około trzydziestu domów ciągnących się w każdą stronę od skrzyżowania. Budynki stały blisko siebie, jak magazyny, tuż przy wąskiej ulicy bez chodnika. Podwórka z tyłu były otwarte na pola.

Mój pluton skręcił w prawo przez pole, wszedł do wsi od zachodniej strony i posuwał się do skrzyżowania. Szliśmy po obu stronach drogi za czołgiem, ciągle w szpicy. Kiedy wchodziliśmy do wsi, szedłem po lewej stronie, obok wysokiego kamiennego ogrodzenia. Pierwsze domy były tuż przede mną.

Nagle w pierwszym budynku za murem rozerwał się pocisk. Natychmiast padłem na ziemię. Kiedy parę sekund później podniosłem wzrok znad rynsztoka, niemiecki średni czołg Mark IV1 wykręcił zza rogu, zaledwie krótką przecznicę dalej, i jechał prosto na mnie. Sherman i Mark IV natychmiast zaczęły do siebie strzelać z małej odległości. Nasz czołg zaczął się cofać, nie przerywając ognia. Najwyraźniej szukał jakiegoś ukrycia. W ten sposób zostałem w środku między dwoma czołgami.

Rozejrzałem się gorączkowo na wszystkie strony, ale wyglądało na to, że na kamienny mur nie zdołam się wspiąć, a budynki z przodu były za blisko nadjeżdżającego Mark IV, więc nadal leżałem płasko w rynsztoku i patrzyłem na walkę czołgów. Oba strzelały najszybciej, jak mogły. Odległość zmniejszyła się do niecałych stu jardów. Od podmuchów wystrzałów pękały szyby w domach i sklepach, każdy wybuch zsuwał mi hełm z połowy głowy. Wąska, otoczona murami uliczka działała jak tunel dźwiękowy, huk rozrywał mi uszy. (Żona mówi mi dzisiaj, że mam pewne kłopoty ze słuchem, i niezbyt mnie to dziwi).

Mark IV przez cały czas strzelał, jadąc w naszą stronę. Czołgi jakimś cudem nie trafiały na krótki dystans albo ich pociski odbijały się od pancerzy. Wreszcie, po wymianie kilku strzałów z obu stron, Niemiec nagle się zapalił. Dwóch szkopów wypełzło z włazu ratunkowego pod spodem czołgu i pobiegło w stronę rogu. Obu ściął ogień karabinu maszynowego naszego shermana.

Wtedy z wieży zeskoczył dowódca niemieckiego czołgu, sierżant, i ruszył prosto na mnie. Z trudem wstałem, ale nie mogłem podnieść mojego M1 do ramienia. Trząsłem się z podniecenia i ze strachu, ale zdołałem unieść karabin na wysokość pasa i wystrzelić — zaledwie trzy razy, bo tylko tyle nabojów było w magazynku. Gdybym miał więcej doświadczenia, przed wejściem do wioski założyłbym nowy magazynek z ośmioma kulami.

Z drugiej strony, to pewnie lepiej dla spokoju mojej duszy, że nie miałem pełnego magazynka, bo prawdopodobnie zabiłbym tego człowieka. Kiedy upadł, robiłem, co mogłem, żeby ponownie załadować karabin, ale szło mi to niezdarnie. Po prostu nie mogłem dopasować cholernego magazynka do zamka.

Szkop krwawił z uszu i ust, zapewne od wstrząsu, kiedy jego czołg został trafiony. Patrzył mi prosto w oczy, trzymając się za biodro, w które trafiła go moja kula. Potem pokuśtykał przez ulicę do drzwi — wszystko to, zanim udało mi się ponownie załadować karabin.

Na szczęście nie próbował zastrzelić mnie z pistoletu, który nosił u boku. Musiał być w znacznie większym szoku niż ja i miał wszelkie prawo, żeby zrezygnować z walki. Nie zatrzymaliśmy się, żeby przeszukać budynki, więc nie wiem, jak ciężko został zraniony.

Strzelania do człowieka, twarzą w twarz, nie uczono nas w Fort Benning, byłem więc głęboko wstrząśnięty. Cieszę się, że nie zabiłem tego sierżanta, a on po prostu odszedł. Kilka sekund później nadal drżałem i jestem pewien, że nie byłbym w stanie wymierzyć do niego po raz drugi. Moja pierwsza godzina w boju to było dość na całe życie, zastanawiałem się, czy zdołam dotrwać do końca dnia.

Mark IV płonął pośrodku ulicy, więc inna kompania strzelców z 2. Batalionu okrążyła budynki z naszej prawej. Kiedy doszli do skrzyżowania, skręcili w prawo i kontynuowali natarcie w kierunku Canisy. Wysunięty obserwator artyleryjski latający nad nami piper cubem przez pomyłkę wziął tę kompanię za Niemców wycofujących się z miasta i skierował na nich ciężki ostrzał artylerii ze sto piątek.

Bratobójczy ogień przerwano jak najszybciej, ale za późno, żeby zapobiec wielu stratom. Nigdy nie zapomnę żołnierza, który leżał na drodze z wielką raną na ramieniu i poharataną przez pocisk stopą. Sanitariusz dał mu zastrzyk z morfiny i wsunął w usta papierosa. Kiedy przechodziliśmy, ranny pomachał w naszą stronę zdrowym ramieniem i ryknął, żebyśmy dorwali tych sukinsynów. Oczywiście nie wiedział, że mówi o własnej artylerii. Nasi latający obserwatorzy najczęściej spisywali się wspaniale, ale dokonanie identyfikacji z manewrującego samolotu bywało niezmiernie trudne, a każda pomyłka miała tragiczne konsekwencje.

Podchodziliśmy do Canisy w niezłym tempie i wzięliśmy sporo jeńców, ale byliśmy już na skraju wyczerpania, bo prowadziliśmy natarcie od wielu godzin. Na szczęście późnym popołudniem jeden z wyższych dowódców dał nam szansę na odpoczynek. Wezwał myśliwce bombardujące, żeby uderzyły na miasteczko, zanim do niego wejdziemy. Klapnęliśmy na ziemię tam, gdzie staliśmy, w sadzie z jabłoniami, i oparliśmy się plecami o żywopłot w nadziei, że tego dnia już nie będziemy musieli wstawać.

Kiedy tak rozkoszowaliśmy się błogim lenistwem, jeden z moich sierżantów podszedł do mnie i zapytał, czy dopilnuję, żeby jego rzeczy osobiste zostały odesłane do domu, gdyby zginął. Widząc, że jest podłamany i pełen złych przeczuć, próbowałem dodać mu otuchy, ale niczego nie wskórałem.

Niedługo potem usłyszeliśmy za plecami łoskot jednego z naszych czołgów, który podjeżdżał z drugiej strony do żywopłotu. Szybko się wynieśliśmy. Został tylko ten sierżant. Wrzeszczeliśmy na niego, żeby się ruszył, ale on siedział jak zaczarowany. Czołg przedarł się przez żywopłot, grzebiąc go żywcem. Moi ludzie natychmiast odkopali nieszczęśnika, było już jednak za późno.

Tak straciłem drugiego żołnierza. Zginął równie głupio i niepotrzebnie jak pierwszy, a ja zrozumiałem, że nie przetrwam, jeśli będę ulegał emocjom. Musiałem wziąć się w garść i cały czas skupiać się tylko na tym, co w danej chwili trzeba zrobić. Nie mogłem sobie pozwolić na rozpamiętywanie dotychczasowych strat i makabrycznych obrazów wojny zapisanych w umyśle.

Niedługo potem myśliwce bombardujące uderzyły na Canisy, wzniecając wiele pożarów i zostawiając za sobą rumowiska. Wsiedliśmy na pancerze czołgów i pojechaliśmy. Miasteczko było trochę większe niż Saint Gilles, liczyło może siedmiuset, ośmiuset mieszkańców. Płonące budynki, nad którymi unosiły się kłęby dymu, wyglądały przerażająco w zapadającym zmroku. Cały czas rozglądałem się dookoła, wypatrując wrogów, którzy mogli obserwować nas z ukrycia.