Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić ebook

Albert Espinosa

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 126 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinosa

Narrator i główny bohater powieści, Dani, jest karłem. Zajmuje się zawodowo poszukiwaniem zaginionych dzieci, twierdząc, że to najbliższe mu zajęcie, gdyż dzieciństwo to etap życia, który najlepiej rozumie.

Akurat w chwili, gdy opuszcza go partnerka, Dani odbiera telefon od zrozpaczonego ojca chłopca, któremu porwano syna. Poszukiwania chłopca stają się pretekstem do całej sekwencji wspomnień i filozoficznych rozważań o życiu, miłości, przyjaźni…

Opinie o ebooku Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinosa

Fragment ebooka Jeśli powiesz mi, bym przyszedł, rzucę wszystko i przyjdę... ale musisz mnie poprosić - Albert Espinosa

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:SI TÚ ME DI­CES VEN LO DEJO TODO… PERO DIME VEN

Co­py­ri­ght © Al­bert Espi­no­sa Puig 2011 All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ran­dom Ho­use Mon­da­do­ri S.A., Bar­ce­lo­na

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Je­rzy Żebrow­ski 2014

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okładce: Al­bert Espi­no­sa Puig

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Ran­dom Ho­use Mon­da­do­ri S.A.

ISBN 978-83-7985-053-2

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

Dani zaj­mu­je się po­szu­ki­wa­niem za­gi­nio­nych dzie­ci. Tego dnia, gdy po­rzu­ca go part­ner­ka, otrzy­mu­je zle­ce­nie. Wpraw­dzie nie spełnia ono ja­sno określo­nych przez nie­go kry­te­riów, ale ma nie­za­prze­czal­ny atut: Ca­pri. To tam będzie się mu­siał wy­brać, jeśli zgo­dzi się pomóc zroz­pa­czo­ne­mu ojcu, któremu po­rwa­no syna.

Nie waha się ani chwi­li i za­bie­rając w wa­liz­ce za­pach uko­cha­nej, leci na ma­giczną wyspę, na którą uciekł jako dzie­sięcio­la­tek. To tam po­znał Geo­r­ge’a i do­wie­dział się od nie­go, że naj­pierw trze­ba się na­uczyć upa­dać, a po­tem cho­dzić; że za­wsze ist­nie­je sto­pień niższy od naj­niższe­go i wyższy od naj­wyższe­go; że le­piej po­ru­szać świat, niż po­zwa­lać, żeby on po­ru­szał tobą; że można być ol­brzy­mem z duszą karła i od­wrot­nie; że są lu­dzie-perły…

Geo­r­ge niewątpli­wie był dla nie­go perłą, po­dob­nie jak po­zna­ny w dzie­ciństwie sta­ru­szek, za­ko­cha­ny w ma­ne­ki­nie z wy­sta­wy ha­zar­dzi­sta. Ale są jesz­cze dia­men­ty. Może właśnie na Ca­pri Dani od­kry­je, kto jest jego dia­men­tem.

AL­BERT ESPI­NO­SA

Uro­dzo­ny w 1973 w Bar­ce­lo­nie hisz­pański po­wieścio­pi­sarz, ak­tor, reżyser, sce­na­rzy­sta i dra­ma­turg. Aż 10 lat spędził w szpi­ta­lach, zma­gając się z ra­kiem, w wy­ni­ku którego utra­cił nogę. Już w trak­cie stu­diów pisał sztu­ki te­atral­ne, m.in. au­to­bio­gra­ficz­ny utwór, po­ru­szający bo­le­sny te­mat chorób no­wo­two­ro­wych u dzie­ci. Sławę zdo­był jako ak­tor; za rolę w se­ria­lu Abu­ela de ve­ra­no otrzy­mał na­grodę dla naj­bar­dziej obie­cującego ak­to­ra roku. Jego sce­na­riu­sze fil­mo­we i utwo­ry sce­nicz­ne (często sam je reżyse­ru­je i w nich występuje) otrzy­mały wie­le nagród i no­mi­na­cji, nie tyl­ko w Hisz­pa­nii. Do­tych­czas uka­zały się trzy po­wieści Espi­no­sy: Kim mo­gli­byśmy być, gdy­byśmy nie byli nami, a także Jeśli po­wiesz mi, bym przy­szedł, rzucę wszyst­ko i przyjdę oraz El Mun­do Ama­ril­lo. Na pod­sta­wie tej trze­ciej w Hisz­pa­nii nakręcono se­rial Pol­se­res Ver­mel­les, a w USA – Red Band So­cie­ty. Pro­du­cen­tem ame­ry­kańskiej wer­sji jest Ste­ven Spiel­berg, a w jedną z bo­ha­te­rek se­ria­lu wcie­la się zdo­byw­czy­ni Osca­ra Octa­via Spen­cer.

www.al­ber­te­spi­no­sa.com

Tego au­to­ra

KIM MO­GLI­BYŚMY BYĆ, GDY­BYŚMY NIE BYLI NAMI

JEŚLI PO­WIESZ MI, BYM PRZY­SZEDŁ, RZUCĘ WSZYST­KO I PRZYJDĘ… ALE MU­SISZ MNIE PO­PRO­SIĆ

Wszyst­kim, którzy wciąż chcą być inni i walczą z tymi, którzy pragną, byśmy byli jed­na­ko­wi…

Pi­sa­ne la­tem 2010 roku w po­wie­trzu, na mo­rzu i na zie­mi…

na Mi­nor­ce, Ibi­zie, w l’Esca­la, Ca­brils, Bar­ce­lo­nie, Las Pun­go­las, Zu­ry­chu i Hel­sin­kach…

Kie­dy sądzisz, że znasz już wszyst­kie od­po­wie­dzi, zja­wia się wszechświat i zmie­nia ci wszyst­kie py­ta­nia…

Jor­ge Fran­ci­sco Pin­to, na­uczy­ciel

1JEŚLI PO­WIESZ MI, BYM PRZY­SZEDŁ, RZUCĘ WSZYST­KO I PRZYJDĘ… ALE MU­SISZ MNIE PO­PRO­SIĆ

Pamiętam jak dziś jej słowa: „Nie pra­gniesz za­zna­wać szczęścia w każdym aspek­cie swe­go życia…? Chcesz się go­dzić na to, co ci się nie po­do­ba…? Nie wolałbyś czuć, że masz życie pod kon­trolą, niż bier­nie pod­da­wać się lo­so­wi, siedząc w dwu­dzie­stym trze­cim wa­go­nie…?”.

Nic nie od­po­wie­działem…

Prychnąłem tyl­ko, wy­dmu­chując głośno przez nos stru­mień po­wie­trza i uka­zując zza uśmie­chu na­dziei złama­ny ząb.

Nie po­wie­działem nic, bo kie­dy go­dzisz się przez lata, że życie jest tym, co ci się przy­da­rza, a nie tym, co two­rzysz… Cóż, nie­ste­ty, w końcu się do tego przy­zwy­cza­jasz.

Dodała po­tem: „Znasz taką starą pio­senkę: »Jeśli po­wiesz mi, bym przy­szedł, rzucę wszyst­ko i przyjdę…«?”.

Znów skinąłem głową w mil­cze­niu. Nie mogłem wy­do­być z sie­bie słów, pa­ra­liżowały mnie emo­cje. Nie prze­cho­dził mi przez gardło żaden dźwięk.

Ona mówiła da­lej: „Za­wsze uważałam, że w tej pio­sen­ce cze­goś bra­ku­je… Po­win­no być: »Jeśli po­wiesz mi, bym przy­szedł, rzucę wszyst­ko i przyjdę… Ale mu­sisz mnie po­pro­sić«”.

W końcu spoj­rzała na mnie i rzu­ciła trzy py­ta­nia, które od lat pragnąłem od kogoś usłyszeć: „Czy chcesz kon­tro­lo­wać swo­je życie, czy nie? Czy chcesz być pa­nem każdej przeżywa­nej chwi­li, czy nie? Czy chcesz?”.

Od­po­wie­dzią było „tak”, najgłośniej­sze i naj­bar­dziej sta­now­cze, ja­kie wyszło z mo­ich ust w ciągu czter­dzie­stu lat życia.

„Tak”, kon­tra­stujące z naj­bar­dziej sta­now­czym „nie”, które usłyszałem nie­wie­le go­dzin wcześniej…

I mu­si­cie zro­zu­mieć to „nie”, za­nim opo­wiem wam o tym „tak”. W prze­ciw­nym ra­zie wszyst­ko nie będzie miało sen­su i nie poj­mie­cie ab­so­lut­nie nic.

Dla­te­go mu­si­cie się ko­niecz­nie do­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło w go­dzi­nach po­prze­dzających ów mo­ment, gdy po­znałem ko­bietę, która zmie­niła moje spoj­rze­nie na życie i świat.

Przejdźmy do owe­go „nie”…

2TRUD­NO JEST SIĘ CIE­SZYĆ WŁASNYM „KO­CHAM CIĘ”

Kil­ka go­dzin wcześniej po­sprze­czałem się z moją part­nerką. Nie było to dla nas nic nie­zwykłego ani groźnego. Ostat­nio sta­le się kłóciliśmy.

Gdy­by ktoś nas ob­ser­wo­wał, pomyślałby, że nasz związek za­raz się roz­pad­nie, a tak wyglądała po pro­stu na­sza co­dzien­ność.

Była siódma trzy­dzieści rano. Pomyślałem, że wkrótce na­dej­dzie świt i że po­trze­bu­je­my jesz­cze dwóch go­dzin roz­mo­wy, a po­tem być może do­brych dwu­dzie­stu mi­nut sek­su, aby za­wrzeć pokój. Cały ten czas, którego bra­ko­wało, wywoływał we mnie dziw­ne déjà vu.

Pary i ich ry­tuały. Pary i ich kody.

Każda para ma swój własny kod sprzecz­ki, sek­su, prze­ba­cza­nia, a na­wet ro­bie­nia part­ne­ro­wi wymówek.

Ale tego dnia kod się roz­padł, nie było dwóch go­dzin roz­mo­wy ani dwu­dzie­stu mi­nut sek­su… Wie­działem o tym, gdy do­strzegłem jej spoj­rze­nie… Było mi obce, nie to­wa­rzy­szyło mu żadne słowo.

Za­wsze patrząc na mnie, coś mówiła, była to jed­na z jej licz­nych za­let, które mnie olśnie­wały. Może dla­te­go, że sam ta­kiej ce­chy nie miałem… To milczące spoj­rze­nie całko­wi­cie mnie zmro­ziło.

Wy­da­wało się, że za­mie­rza po­wie­dzieć coś w sty­lu: „To na nic…”, „Mam już dość kłótni…”. Albo „Cze­mu tacy je­steśmy, sko­ro tak bar­dzo się ko­cha­my…”. Ale tyl­ko mi się przyglądała…

I właśnie w tym mo­men­cie, gdy wpa­try­wała się we mnie tak dziw­nie i in­ten­syw­nie, przy­po­mniały mi się słowa, które usłyszałem wie­le mie­sięcy wcześniej pod­czas spek­ta­klu tańca.

Zor­ga­ni­zo­wa­no go na cześć Fred­dy’ego Mer­cu­ry’ego i in­nych ar­tystów, którzy zmar­li w młodym wie­ku… A może cho­dziło o coś in­ne­go, już nie pamiętam.

Nie lubię tańca, ale uwiel­biam wi­dok po­ru­szających się ciał i nie­znaną mu­zykę połączoną z cho­re­ogra­fią. Wy­chodzę sil­nie po­bu­dzo­ny, w sen­sie emo­cjo­nal­nym.

I cza­sem, jak owe­go dnia, słyszę pod­czas tych spek­ta­kli słowa, które tra­fiają jak grot pro­sto w ser­ce.

Tam­tej nocy tan­cerz występujący solo wy­re­cy­to­wał, wy­ko­nując nie­wia­ry­god­ne ru­chy i roz­ciągając nie­praw­do­po­dob­nie ciało: „Po­wie­dzie­liście nam, byśmy wy­bie­ra­li miłość… nie wojnę. Posłucha­liśmy was, więc cze­mu miłość wy­po­wia­da nam wojnę?”.

Uśmiechnąłem się na wspo­mnie­nie tych słów, a ona wciąż świ­dro­wała mnie wzro­kiem i na­gle oznaj­miła:

– Muszę cię opuścić, Dani.

Muszę… Muszę… Jej de­ter­mi­na­cja prze­niknęła mnie na wskroś.

Przy­szedł mi do głowy ten sam cza­sow­nik w an­giel­skiej wer­sji. Owo must, które wy­da­wało mi się za­wsze ele­ganc­kim słowem. Nie­wie­le wy­razów ma tak ja­sne zna­cze­nie – wiesz, że używając ich, wyrażasz określoną treść.

– Mu­sisz? – spy­tałem.

– Muszę…

Znów za­legła ci­sza.

Po­sta­no­wiłem nie dać za wy­graną.

Naj­le­piej było po­wie­dzieć „ko­cham cię” w spe­cy­ficz­ny dla nas sposób. Każda para robi to po swo­je­mu. My – jak bo­ha­te­ro­wie pierw­sze­go fil­mu, który oglądaliśmy ra­zem. Wi­działem go już wcześniej przed wie­lu laty w szczególnym mo­men­cie mego życia i dla­te­go zde­cy­do­wałem obej­rzeć go z nią, ze względu na to, jak bar­dzo mnie po­ru­szył.

Był to zna­ko­mi­ty film Je­ana-Luca Go­dar­da Do utra­ty tchu. Bel­mon­do nig­dy nie był bar­dziej Bel­mon­dem niż w tym ob­ra­zie.

Na­sza ulu­bio­na sce­na roz­gry­wała się w sa­mo­cho­dzie. Padało tam wie­le słów, ale my za­cho­wa­liśmy w pamięci tyl­ko trzy zda­nia i wy­po­wia­da­liśmy je za­wsze jed­nym ciągiem, bez przerw, tak jak je usłysze­liśmy w dia­lo­gu, który zro­bił na nas wrażenie.

To był właśnie nasz sposób mówie­nia so­bie wza­jem­nie „ko­cham cię”. Nig­dy nie za­nie­dby­wałem oka­zji, by wy­ko­rzy­stać te trzy zda­nia pod­czas sprzecz­ki lub w chwi­lach napięcia.

Ja mówiłem pierw­sze i trze­cie zda­nie, ona dru­gie. Choć cza­sem bywało od­wrot­nie. Zależnie od tego, które z nas mu­siało przy­wołać part­ne­ra do rozsądku, do miłości…

Nie używa­liśmy tych zdań na co dzień.

Aby coś tak ma­gicz­ne­go po­działało, klu­czową sprawą było ucie­ka­nie się do tej me­to­dy je­dy­nie w roz­pacz­li­wych sy­tu­acjach.

Prze­niknąłem ją wzro­kiem. Chciałem, by wie­działa, że to jed­na z ta­kich chwil.

– Nie mogę żyć bez cie­bie – po­wie­działem, naśla­dując, jak tyl­ko umiałem, mi­mikę twa­rzy Je­ana-Pau­la Bel­mon­da.

Po­pa­trzyła na mnie, nic nie mówiąc. Po­no­wiłem atak:

– Nie mogę żyć bez cie­bie.

Spoj­rzała na mnie po raz dru­gi.

Wy­ra­ziła od­mowę ocza­mi, po­tem ru­chem głowy i w końcu wy­po­wie­działa naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­ne „nie”, ja­kie słyszałem w życiu. Było tak sta­now­cze, że wie­działem, iż wszyst­ko się skończyło.

Być może zresztą nie mu­siała nic mówić. Nie po­dej­mując gry, dała już wyraźny sy­gnał, że to ko­niec.

Próbowałem nawiązać z nią fi­zycz­ny kon­takt, bo tyl­ko to mi po­zo­sta­wało. Zbliżyłem się do niej, ale od­sunęła się, za­nim zdołałem jej do­tknąć.

Wie­działem, że mogło ist­nieć nie­mal piętnaście ważnych po­wodów jej de­cy­zji co do opusz­cze­nia mnie, choć je­den prze­ważał nad wszyst­ki­mi po­zo­stałymi.

W chwi­li gdy za­mie­rzałem ją spy­tać, dla­cze­go to robi, za­dzwo­nił mój te­le­fon służbowy. Ko­rzy­stałem z nie­go wyłącznie w kry­tycz­nych sy­tu­acjach.

Za­sta­na­wiałem się, czy ode­brać, bo wie­działem do­sko­na­le, że mo­ment nie jest od­po­wied­ni i będzie to kro­pla, która prze­pełni czarę… Ale, sam nie wiem dla­cze­go, ode­brałem.

Za­le­d­wie po­wie­działem „słucham”, ona odeszła do na­sze­go po­ko­ju.

Właśnie wte­dy przy­po­mniałem so­bie mądrą radę otrzy­maną od jed­ne­go z mo­ich na­uczy­cie­li, do­bre­go człowie­ka, którego po­znałem, gdy mie­li mi wyciąć mig­dałki.

Prze­by­wałem z nim tyl­ko przez kil­ka dni w szpi­ta­lu w moim ro­dzin­nym mieście, lecz wy­warł wpływ na moje życie. Od pew­ne­go cza­su o nim nie myślałem, chy­ba już zbyt długo… Ale owo „nie” na­tych­miast mi go przy­po­mniało…

Chy­ba muszę wam o nim opo­wie­dzieć, bo nie wiedząc, co przeżyłem u jego boku przed trzy­dzie­stu laty, trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go je­stem, jaki je­stem, i dla­cze­go ona nie chce już ze mną być.

Stałem się tym, kim je­stem, dzięki panu Martínowi – i z jego winy.

Jed­nakże za­nim po­zwolę so­bie sięgać pamięcią w przeszłość, słuchając w tym mo­men­cie, niby ścieżki dźwięko­wej, dziw­nych odgłosów spo­wo­do­wa­nych tym, że ona za­bie­ra wszyst­kie rze­czy z na­sze­go po­ko­ju, muszę przy­to­czyć te trzy zda­nia z fil­mu Go­dar­da, które kie­dyś zna­czyły dla nas „ko­cham cię”.

„Nie mogę żyć bez cie­bie…”.

„Owszem, możesz…”.

„Tak, ale nie chcę”.

Wy­szep­tałem je do sa­me­go sie­bie de­li­kat­nie, słodko…

Ale trud­no jest się cie­szyć własnym „ko­cham cię”.

3SA­MOT­NOŚĆ TEGO, NA KOGO NIKT NIE CZE­KA

W dniu, w którym po­znałem pana Martína, przyjęto mnie w wie­ku dzie­sięciu lat do szpi­ta­la na ope­rację wycięcia mig­dałków, a jemu mie­li właśnie usunąć półtora płuca.

Wchodząc do sali, tak bar­dzo się bałem, że swym lękiem dodałem mu otu­chy.

– Myślałem, że nikt na świe­cie nie od­czu­wa większe­go stra­chu niż ja, ale widzę, że ty bo­isz się trzy razy bar­dziej. To mnie uspo­ka­ja – oznaj­mił poważnie.

Był potężny, miał pra­wie dwa me­try wzro­stu i ważył nie­mal sto pięćdzie­siąt kilo.

Wszyst­ko w nim było ogrom­ne, prze­kro­czył już dzie­więćdzie­siątkę, a sza­ra­wa bro­da przesłaniała mu całą twarz.

Prze­stra­szyłbym się, gdy­bym go spo­tkał na uli­cy, ale tam, w szla­fro­ku, który nie za­kry­wał mu na­wet pośladków, wy­da­wał mi się całko­wi­cie nie­groźny.

Ro­dzi­ce po­szli załatwić mój wpis do szpi­ta­la. Cie­szyłem się, że ich nie po­znał. Wte­dy jesz­cze się ich wsty­dziłem.

Moim wiel­kim sprzy­mie­rzeńcem wo­bec tego ol­brzy­ma była pielęgniar­ka, która nie wy­da­wała się zbyt­nio mną za­in­te­re­so­wa­na, ale miała od­po­wied­nie wzrost, wagę i wiek.

Moja tar­cza zniknęła jed­nak, gdy tyl­ko zna­lazłem się w ogrom­nym łóżku.

Zo­stałem sam z naj­bar­dziej nie­zwykłym człowie­kiem, z ja­kim dzie­liłem w życiu od­dech. Nikt inny nie po­zba­wiał mnie tchu do tego stop­nia ani nie spra­wiał, że czułem tak bli­sko jego tchnie­nie.

Mil­cze­liśmy. Wciąż mi się przyglądał.

Przez nie­mal dwie mi­nu­ty trwało wiel­kie napięcie. Wy­czu­wał mój strach, ale nie wyglądało na to, że mnie za­ata­ku­je. W końcu prze­rwał ciszę.

– Mam na imię Martín. A ty?

Wyciągnął do mnie rękę. Wahałem się, czy ją uścisnąć.

Ro­dzi­ce uczy­li mnie, bym nig­dy nie za­da­wał się z nie­zna­jo­my­mi. Cho­ciaż, teo­re­tycz­nie, Martín nie był całkiem obcy, sko­ro miałem przez ko­lej­ne trzy noce po­zo­sta­wać u jego boku, jeśli nic się nie skom­pli­ku­je.

To dziw­ne. Był nie­zna­jo­mym, który miał wkrótce, z ko­niecz­ności, stać się kimś bli­skim.

– Dani…

Po­wie­działem to nie­mal szep­tem. Ale myślę, że usłyszał.

Uścisnąłem moc­no rękę, którą do mnie wyciągnął. Uśmiechnął się, nie ści­skając mo­jej. Miło było po­czuć, że miałem więcej siły niż on.

Chciałem mu coś po­wie­dzieć, ale aku­rat w tym mo­men­cie zja­wił się sa­ni­ta­riusz, by za­brać go do sali ope­ra­cyj­nej.

Mówił głośno. Lu­dzie mają zwy­czaj mówić tak do osób star­szych. Sądzą, że ułatwiają im życie, pod­nosząc głos albo obniżając po­ziom ich wi­tal­nej ener­gii.

– Pa­nie Martín, pora iść na salę ope­ra­cyjną. Gdzie pańska oso­ba to­wa­rzysząca?

Pan Martín dał mu znak ręką, by zniżył ton. Zro­bił to w za­baw­ny sposób.

– Nie mam oso­by to­wa­rzyszącej – od­parł po chwi­li bez odro­bi­ny wsty­du.

– Nie ma pan ni­ko­go, kto by cze­kał na zewnątrz, kie­dy będzie pan ope­ro­wa­ny? – powtórzył dwu­dzie­sto­la­tek nie­mal gru­biańskim to­nem.

– Wie­le osób będzie cze­kało na mnie, jeśli ope­ra­cja się nie uda, ale nie ma ni­ko­go, kto by cze­kał, jeśli się po­wie­dzie.

Tym ra­zem sa­ni­ta­riusz po­czuł się za­wsty­dzo­ny.

– Przy­kro mi – mruknął.

– Mnie nie. To już nie mój czas. Jest za­tem rzeczą nor­malną, że nie ma już przy mnie mo­ich bli­skich, praw­da?

Wszy­scy trzej pogrążyliśmy się znów w mil­cze­niu.

Nie wy­obrażałem so­bie nig­dy, by człowiek nie miał ni­ko­go, kto wy­cze­ki­wałby zde­ner­wo­wa­ny pod drzwia­mi sali ope­ra­cyj­nej. Kogo wy­chodzący le­karz mógłby uspo­ka­jać w ra­zie przedłużania się ope­ra­cji lub pro­blemów wy­ni­kających z ja­kichś kom­pli­ka­cji.

– Co mają panu zro­bić? – spy­tałem, sta­rając się naśla­do­wać jak naj­le­piej ton do­rosłego.

Odwrócił się i znów wbił we mnie wzrok.

– Zo­sta­wią mi tyl­ko połowę płuca. Tyle, bym mógł wdy­chać i wy­dy­chać trochę po­wie­trza. W moim wie­ku nie po­trze­buję zresztą wie­le więcej. Po­wie­dzia­no mi, że można żyć na­wet z jedną czwartą płuca. A więc będę miał aż za dużo…

Byłem wstrząśnięty. Tra­ciłem mig­dałki, a mie­li mi to­wa­rzy­szyć ro­dzi­ce, dwo­je żyjących jesz­cze dziadków i brat. On tra­cił część płuc i nie miał przy so­bie ni­ko­go…

Chy­ba wte­dy od­kryłem, że świat jest nie­spra­wie­dli­wy. Od tam­tej pory byłem świad­kiem tylu przy­padków nie­spra­wie­dli­wości, że prze­stałem je li­czyć i po­zo­sta­wałem na nie obojętny.

– Ja będę na pana cze­kał – oznaj­miłem, nie­mal nie zdając so­bie spra­wy z tego, co mówię.

Po raz pierw­szy się uśmiechnął. Było w tym uśmie­chu wie­le radości.

Pod­szedł, żeby mnie uścisnąć. Prze­ka­zał mi tym uści­skiem cały strach, który od­czu­wał przed ope­racją mającą po­zba­wić go możliwości wdy­cha­nia ta­kiej ilości po­wie­trza, ja­kiej za­pra­gnie.

– Dziękuję – wy­szep­tał. – Le­piej wy­cho­dzić stąd, wiedząc, że ktoś będzie na cie­bie cze­kał. Będę miał wrażenie, że występuję dla kogoś, a to ważne… Wie­działeś, że w te­atrze spek­takl od­by­wa się tyl­ko wte­dy, gdy na wi­dow­ni jest co naj­mniej tylu widzów, ilu ak­torów na sce­nie?

Pokręciłem głową.

– Te­raz mogę już wystąpić, bo pa­trzy na mnie widz. Zro­bię to dla cie­bie jak naj­le­piej.

Zwol­nił uścisk i prze­stał szep­tać.

Sa­ni­ta­riusz za­brał go i gdy zo­stałem sam, zro­zu­miałem, jak wielką wziąłem na sie­bie od­po­wie­dzial­ność.

Miał spędzić około ośmiu go­dzin na sali ope­ra­cyj­nej, a ja byłem zde­cy­do­wa­ny za­cho­wy­wać się jak od­da­na mu oso­ba to­wa­rzysząca.

Dzie­sięcio­let­ni chłopak od­po­wie­dzial­ny za dzie­więćdzie­sięcio­let­niego star­ca.

Wte­dy wy­da­wało mi się to czymś nor­mal­nym… W tej chwi­li uważam, że było to dziw­ne.

Te­raz jed­nak wszyst­ko jest inne, bez niej, bez na­sze­go kodu miłości zo­stałem trochę sie­rotą.

Wiem, że chce­cie wie­dzieć, czy pan Martín wrócił z sali ope­ra­cyj­nej z połową płuca, ale muszę opowie­dzieć wam da­lej o podróży, którą odbyłem, za­nim spo­tkałem sta­ruszkę, której zda­niem tek­stom niektórych pio­se­nek o miłości bra­ku­je jed­ne­go wer­su, aby były kom­plet­ne.

Dla­te­go mu­si­my wrócić do mo­jej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej i no­wej pra­cy, którą chcia­no mi za­ofe­ro­wać…