Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jesienna miłość - Nicholas Sparks

Powieść przez wiele miesięcy nie schodziła ze światowych list bestsellerów. Jest rok 1958. Beztroski siedemnastolatek, Landon Carter, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon, podobnie, jak reszta klasy, nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Jedynie Jamie Sullivan, cicha, spokojna dziewczyna opiekująca się owdowiałym ojcem, pastorem, jest inna. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Czy możliwe jest, aby losy tych dwojga tak różnych młodych ludzi mogły połączyć się na zawsze?

Opinie o ebooku Jesienna miłość - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Jesienna miłość - Nicholas Sparks

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Rok 1958. Bez­tro­ski sie­dem­na­sto­la­tek Lan­don Car­ter roz­po­czy­na na­ukę w ostat­niej kla­sie szko­ły śred­niej w Be­au­fort. Nie ma jesz­cze pla­nów na ży­cie. Swo­ją ko­le­żan­kę z kla­sy, Ja­mie Sul­li­van, ci­chą spo­koj­ną dziew­czy­nę opie­ku­ją­cą się owdo­wia­łym oj­cem, trak­tu­je jak nie­szko­dli­wą dzi­wacz­kę. Ja­mie nie roz­sta­je się z Bi­blią, nie cho­dzi na pry­wat­ki, z ni­kim się nie przy­jaź­ni, a dzień bez do­bre­go uczyn­ku uwa­ża za stra­co­ny. Kie­dy nad­cho­dzi pora do­rocz­ne­go balu Lan­don, nie ma­jąc z kim pójść, w od­ru­chu de­spe­ra­cji za­pra­sza ją. Wy­kpi­wa­ny przez ko­le­gów, uni­ka póź­niej dziew­czy­ny. Do cza­su. Stop­nio­wo ich wza­jem­ne kon­tak­ty za­cie­śnia­ją się i prze­ra­dza­ją w przy­jaźń, a po­tem w głę­bo­ką mi­łość. Nie­ocze­ki­wa­nie dla sa­me­go sie­bie Lan­don od­kry­wa praw­dzi­wy sens i uro­dę ży­cia – ra­dość, jaką spra­wia po­ma­ga­nie in­nym, ból po utra­cie naj­bliż­szej oso­by.

NI­CHO­LAS SPARKS

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski wy­da­wa­ny w mi­lio­no­wych na­kła­dach i po­nad 30 ję­zy­kach. Ser­ca czy­tel­ni­ków pod­bił swo­im de­biu­tem, opu­bli­ko­wa­ną w 1997 po­wie­ścią Pa­mięt­nik. Ko­lej­ne – m.in. Noce w Ro­dan­the, Anioł Stróż, kon­ty­nu­acja Pa­mięt­ni­ka za­ty­tu­ło­wa­na Ślub, Praw­dzi­wy cud, I wciąż ją ko­cham, Wy­bór, Szczę­ściarz, Ostat­nia pio­sen­ka, Bez­piecz­na przy­stań oraz Dla cie­bie wszyst­ko – pla­so­wa­ły się przez wie­le mie­się­cy w czo­łów­ce świa­to­wych ran­kin­gów sprze­da­ży. Naj­now­szy be­st­sel­ler pi­sa­rza nosi ty­tuł The Lon­gest Ride. Po twór­czość Spark­sa chęt­nie się­ga­ją pro­du­cen­ci fil­mo­wi. Na ekra­nach kin za­go­ści­ły ad­ap­ta­cje Li­stu w bu­tel­ce, Je­sien­nej mi­ło­ści, Nocy w Ro­dan­the, Pa­mięt­ni­ka, I wciąż ją ko­cham, Ostat­niej pio­sen­ki, Szczę­ścia­rza oraz Bez­piecz­nej przy­sta­ni.

www.ni­cho­las­sparks.com

Tego au­to­ra

PA­MIĘT­NIK

ŚLUB

LIST W BU­TEL­CE

JE­SIEN­NA MI­ŁOŚĆ

NOCE W RO­DAN­THE

NA RA­TU­NEK

NA ZA­KRĘ­CIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TY­GO­DNIE Z MOIM BRA­TEM

PRAW­DZI­WY CUD

OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA

SZCZĘ­ŚCIARZ

WY­BÓR

I WCIĄŻ JĄ KO­CHAM

OSTAT­NIA PIO­SEN­KA

BEZ­PIECZ­NA PRZY­STAŃ

DLA CIE­BIE WSZYST­KO

NAJ­DŁUŻ­SZA PO­DRÓŻ

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

A WALK TO RE­MEM­BER

Co­py­ri­ght © Ni­cho­las Sparks 1999

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Grand Cen­tral Pu­bli­shing, Ne­wY­ork, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2000

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Szulc 2000

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Anna Sub­bo­ti­na/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-166-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim ro­dzi­com, z wy­ra­za­mi mi­ło­ści i pa­mię­ci:

Pa­tric­ko­wi Mi­cha­elo­wi Spark­so­wi (1942–1996)

Jill Em­mie Ma­rie Sparks (1942–1989)

oraz mo­je­mu ro­dzeń­stwu, z ca­łe­go ser­ca i du­szy:

Mi­ca­ho­wi Spark­so­wi

Da­niel­le Le­wis

Podziękowania

Jak za­wsze mu­szę po­dzię­ko­wać mo­jej żo­nie Ca­thy. Cie­szy­łem się, gdy przy­ję­ła moje oświad­czy­ny, i cie­szę się jesz­cze bar­dziej po dzie­się­ciu la­tach, nadal czu­jąc do niej to samo. Dzię­ku­ję ci za naj­lep­sze lata mo­je­go ży­cia.

Je­stem wdzięcz­ny moim sy­nom, Mi­le­so­wi i Ry­ano­wi, któ­rzy zaj­mu­ją spe­cjal­ne miej­sce w moim ser­cu. Dla nich je­stem po pro­stu tatą. Ko­cham was obu.

Dzię­ku­ję rów­nież The­re­sie Park, któ­ra jest moją agent­ką w San­ford Gre­en­bur­ger As­so­cia­tes, a tak­że moją przy­ja­ciół­ką i po­wier­nicz­ką. Sło­wa nig­dy nie zdo­ła­ją od­dać, ile dla mnie zro­bi­łaś.

Na moją głę­bo­ką wdzięcz­ność za mi­nio­ne czte­ry lata za­słu­ży­ła rów­nież Ja­mie Raab, re­dak­tor­ka w War­ner Bo­oks. Je­steś naj­lep­sza.

A oto inne oso­by, któ­re przez cały czas mnie wspie­ra­ły: Lar­ry Kir­sh­baum, Mau­re­en Egen, John Aher­ne, Dan Man­del, Ho­wie San­ders, Ri­chard Gre­en, Scott Schwi­mer, Lynn Har­ris i De­ni­se Di Novi. Dzię­ku­ję lo­so­wi, że po­zwo­lił mi z wami wszyst­ki­mi pra­co­wać.

Prolog

Kie­dy mia­łem sie­dem­na­ście lat, moje ży­cie od­mie­ni­ło się na za­wsze.

Wiem, że są lu­dzie, któ­rzy sły­sząc to, bar­dzo się dzi­wią. Pa­trzą na mnie ze zdu­mie­niem, jak­by pró­bo­wa­li zgad­nąć, co ta­kie­go mo­gło się wów­czas zda­rzyć, ja jed­nak rzad­ko kie­dy mam ocho­tę to wy­ja­śniać. Prze­ży­łem tu pra­wie całe ży­cie i na­praw­dę nie są­dzę, bym mu­siał to czy­nić – chy­ba że na mo­ich wła­snych wa­run­kach. To jed­nak za­ję­ło­by wię­cej cza­su, ani­że­li więk­szość lu­dzi go­to­wa by­ła­by mi po­świę­cić. Mo­jej hi­sto­rii nie spo­sób za­wrzeć w dwóch albo trzech zda­niach; nie spo­sób stre­ścić jej w pro­stych, ja­snych sło­wach, któ­re wszy­scy na­tych­miast by zro­zu­mie­li. Mimo że upły­nę­ło czter­dzie­ści lat, miej­sco­wi, któ­rzy mnie wte­dy zna­li, przyj­mu­ją bez za­strze­żeń to, że nie chcę ni­cze­go wy­ja­śniać. Moja hi­sto­ria jest pod pew­ny­mi wzglę­da­mi ich hi­sto­rią; jest czymś, co wszy­scy prze­ży­li­śmy.

Ja jed­nak prze­ży­łem ją naj­moc­niej.

Cho­ciaż mam pięć­dzie­siąt sie­dem lat, pa­mię­tam ze wszyst­ki­mi szcze­gó­ła­mi to, co wy­da­rzy­ło się tam­te­go roku. Prze­ży­wam ten rok na nowo, wskrze­sza­jąc prze­szłość i ro­biąc to, czu­ję za­wsze dziw­ne po­łą­cze­nie smut­ku i ra­do­ści. Są chwi­le, kie­dy chciał­bym cof­nąć wska­zów­ki ze­ga­ra i wy­zbyć się smut­ku, mam jed­nak wra­że­nie, że gdy­bym to uczy­nił, ulot­ni­ła­by się rów­nież cała ra­dość. Przyj­mu­ję więc wspo­mnie­nia z ca­łym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza, da­jąc im się po­rwać, gdy tyl­ko mogę. Zda­rza się to czę­ściej, niż skłon­ny je­stem przy­znać.

Jest dwu­na­sty kwiet­nia w ostat­nim roku po­prze­dza­ją­cym mi­le­nium i wy­cho­dząc z domu, roz­glą­dam się do­oko­ła. Nie­bo jest za­chmu­rzo­ne i sza­re, lecz idąc uli­cą, do­strze­gam kwit­ną­ce de­re­nie i aza­lie. Pod­cią­gam tro­chę w górę su­wak kurt­ki. Tem­pe­ra­tu­ra jest ni­ska, ale wiem, że już za kil­ka ty­go­dni zro­bi się cie­plej i sza­re chmu­ry ustą­pią dniom, któ­rym Ka­ro­li­na Pół­noc­na za­wdzię­cza to, że jest jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc na zie­mi.

Na­bie­ram w płu­ca po­wie­trza i czu­ję, że wszyst­ko do mnie wra­ca. Za­my­kam oczy i lata za­czy­na­ją się co­fać, ty­ka­jąc po­wo­li ni­czym ob­ra­ca­ją­ce się w od­wrot­ną stro­nę wska­zów­ki ze­ga­ra. Oglą­da­jąc się jak­by cu­dzy­mi oczy­ma, wi­dzę, jak ro­bię się co­raz młod­szy; wi­dzę, jak moje wło­sy zmie­nia­ją ko­lor z si­we­go na brą­zo­wy; czu­ję, jak wy­gła­dza­ją się zmarszcz­ki wo­kół mo­ich oczu, a ręce i ra­mio­na na­bie­ra­ją siły. To, cze­go na­uczy­łem się z wie­kiem, za­cie­ra się i wraz z tym ob­fi­tu­ją­cym w wy­da­rze­nia ro­kiem po­wra­ca moja nie­win­ność.

A po­tem, po­dob­nie jak ja, za­czy­na się zmie­niać świat; zwę­ża­ją się dro­gi i na nie­któ­rych po­ja­wia się szu­ter; w miej­scu pod­miej­skich osie­dli roz­cią­ga­ją się pola, uli­ce wy­peł­nia tłum lu­dzi mi­ja­ją­cych wi­try­ny pie­kar­ni Swe­eneya i mię­sne­go skle­pu Pal­ki. Na wie­ży w bu­dyn­ku sądu bije dzwon.

Otwie­ram oczy i za­trzy­mu­ję się. Sto­ję przy ko­ście­le bap­ty­stów i spo­glą­da­jąc na jego fa­sa­dę, wiem do­kład­nie, kim je­stem.

Na­zy­wam się Lan­don Car­ter i mam sie­dem­na­ście lat.

Oto moja hi­sto­ria; przy­rze­kam, że ni­cze­go nie opusz­czę.

Naj­pierw bę­dzie­cie się uśmie­chać, po­tem za­pła­cze­cie… nie skarż­cie się póź­niej, że was nie ostrze­ga­łem.

Rozdział 1

W roku 1958 po­ło­żo­na nad mo­rzem bli­sko Mo­re­he­ad City w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej miej­sco­wość Be­au­fort nie róż­ni­ła się spe­cjal­nie od in­nych po­łu­dnio­wych mia­ste­czek. Było to jed­no z tych miejsc, gdzie wil­got­ność po­wie­trza w le­cie jest tak wy­so­ka, że ktoś, kto wy­cho­dzi z domu, żeby wy­jąć li­sty ze skrzyn­ki, ma na­tych­miast ocho­tę wziąć prysz­nic, a dzie­cia­ki bie­ga­ją na bo­sa­ka od kwiet­nia do paź­dzier­ni­ka pod dę­ba­mi udra­po­wa­ny­mi hisz­pań­skim mchem. Ja­dą­cy sa­mo­cho­dem lu­dzie ma­cha­li tym, któ­rzy szli chod­ni­kiem, bez wzglę­du na to, czy ich zna­li, czy nie, a w po­wie­trzu czuć było za­pach so­sen, soli i mo­rza, uni­kal­ny za­pach obu Ka­ro­lin.

Dla wie­lu tu­tej­szych miesz­kań­ców ło­wie­nie ryb w cie­śni­nie Pam­li­co i kra­bów w Neu­se Ri­ver sta­no­wi­ło źró­dło utrzy­ma­nia i wzdłuż ca­łe­go Nad­brzeż­ne­go Toru Wod­ne­go sta­ły przy­cu­mo­wa­ne ło­dzie. W te­le­wi­zji nada­wa­li tyl­ko trzy ka­na­ły, ale te­le­wi­zja nie była nig­dy czymś waż­nym dla lu­dzi, któ­rzy tam do­ra­sta­li. Na­sze ży­cie kon­cen­tro­wa­ło się za­miast tego wo­kół ko­ścio­łów, któ­rych było osiem­na­ście w sa­mych gra­ni­cach mia­sta. No­si­ły na­zwy ta­kie jak Chrze­ści­jań­ski Ko­ściół Wspól­ne­go Re­fek­ta­rza, Ko­ściół Ludu Od­ku­pio­ne­go oraz Ko­ściół Nie­dziel­nej Po­ku­ty. Poza tym mie­li­śmy oczy­wi­ście ko­ścio­ły bap­ty­stów. W cza­sach mo­jej mło­do­ści było to zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej po­pu­lar­ne wy­zna­nie w oko­li­cy. Ich ko­ścio­ły sta­ły prak­tycz­nie na każ­dym rogu, ale każ­dy uwa­żał się za lep­szy od dru­gie­go. Mie­li­śmy wszel­kiej ma­ści bap­ty­stów: Bap­ty­stów Wol­nej Woli, Bap­ty­stów Po­łu­dnio­wych, Bap­ty­stów Kon­gre­ga­cjo­na­li­stów, Bap­ty­stów Mi­sjo­na­rzy, Bap­ty­stów Nie­za­leż­nych… chy­ba wie­cie już, o co mi cho­dzi.

Wy­da­rze­nie roku fi­nan­so­wa­ne było wów­czas przez ko­ściół bap­ty­stów sto­ją­cy w środ­ku mia­sta – je­śli na­praw­dę chce­cie wie­dzieć, Bap­ty­stów Po­łu­dnio­wych – w po­ro­zu­mie­niu z miej­sco­wą szko­łą śred­nią. Co rok wy­sta­wia­li w miej­skim te­atrze bo­żo­na­ro­dze­nio­we ja­seł­ka, a wła­ści­wie sztu­kę na­pi­sa­ną przez Heg­ber­ta Sul­li­va­na, pa­sto­ra peł­nią­ce­go służ­bę bożą od cza­sów, gdy przed Moj­że­szem roz­stą­pi­ło się Mo­rze Czer­wo­ne. No do­brze, nie był może aż tak sta­ry, ale dość sta­ry, by moż­na było zo­ba­czyć, co ma pod skó­rą. Była przez cały czas zie­mi­sta i jak­by prze­zro­czy­sta – dzie­cia­ki przy­się­ga­ły, że wi­dzą pły­ną­cą ży­ła­mi krew – a wło­sy na jego gło­wie były bia­łe jak kró­li­ki, któ­re wi­du­je się w skle­pach zoo­lo­gicz­nych koło Wiel­ka­no­cy.

Tak czy in­a­czej, na­pi­sał tę swo­ją sztu­kę, któ­ra no­si­ła ty­tuł Wi­gi­lij­ny anioł, po­nie­waż nie chciał, żeby wy­sta­wia­no da­lej kla­sycz­ną Opo­wieść wi­gi­lij­ną Ka­ro­la Dic­ken­sa. Jego zda­niem Scro­oge był po­ga­ni­nem, któ­ry oka­zał skru­chę wy­łącz­nie dla­te­go, że zo­ba­czył du­chy, nie anio­ły – a kto mógł za­rę­czyć, że te du­chy zo­sta­ły po­sła­ne oso­bi­ście przez Pana Boga? I kto mógł za­rę­czyć, że Scro­oge nie wró­ci na ścież­kę grze­chu, je­śli nie zo­sta­ły wy­sła­ne pro­sto z nie­ba? W sztu­ce nie mówi się tego wprost – po­da­je się całą rzecz tro­chę na wia­rę – ale Heg­bert nie ufał du­chom, je­śli nie zo­sta­ły po­sła­ne przez Pana Boga. Nie zo­sta­ło to wy­raź­nie za­zna­czo­ne i miał z tym wiel­ki pro­blem. Kil­ka lat wcze­śniej zmie­nił za­koń­cze­nie sztu­ki – do­pi­sał jak­by wła­sną wer­sję, w któ­rej sta­ru­szek Scro­oge zo­sta­je ka­zno­dzie­ją i wy­ru­sza do Je­ro­zo­li­my, aby od­na­leźć miej­sce, gdzie Je­zus dys­ku­to­wał nie­gdyś z uczo­ny­mi w pi­śmie. Ta wer­sja nie cie­szy­ła się wiel­kim po­wo­dze­niem – na­wet wśród człon­ków kon­gre­ga­cji, któ­rzy sie­dzie­li na wi­dow­ni, wy­trzesz­cza­jąc oczy – w ga­ze­cie zaś na­pi­sa­li, że „cho­ciaż spek­takl był z pew­no­ścią in­te­re­su­ją­cy, nie była to do­kład­nie ta hi­sto­ria, któ­rą wszy­scy zna­my i ko­cha­my…”.

Heg­bert po­sta­no­wił za­tem, że spró­bu­je na­pi­sać cał­ko­wi­cie wła­sną sztu­kę. Przez całe ży­cie pi­sał sam ka­za­nia i nie­któ­re z nich, mu­sie­li­śmy przy­znać, były na­wet cie­ka­we, zwłasz­cza gdy roz­pra­wiał o „gnie­wie bo­żym spa­da­ją­cym na cu­dzo­łoż­ni­ków” i po­dob­nych rze­czach. Na­praw­dę go­to­wa­ła się w nim krew, mó­wię wam, gdy mó­wił o cu­dzo­łoż­ni­kach. Miał na tym punk­cie praw­dzi­we­go ho­pla. Kie­dy by­łem młod­szy, ja i ko­le­dzy cho­wa­li­śmy się za drze­wa­mi i wi­dząc, jak idzie uli­cą, wrzesz­cze­li­śmy: „Heg­bert cu­dzo­łoż­nik!”, po czym głu­pio chi­cho­ta­li­śmy, jak­by­śmy byli naj­spryt­niej­szy­mi isto­ta­mi, ja­kie kie­dy­kol­wiek za­miesz­ki­wa­ły tę pla­ne­tę.

Sta­ry Heg­bert sta­wał wte­dy jak wry­ty w miej­scu, nad­sta­wiał uszu – przy­się­gam na Boga, że au­ten­tycz­nie nimi po­ru­szał – jego skó­ra przy­bie­ra­ła ja­skra­wy od­cień czer­wie­ni, jak­by na­pił się ben­zy­ny, a wiel­kie zie­lo­ne żyły na kar­ku za­czy­na­ły na­brzmie­wać ni­czym na tych ma­pach Ama­zo­nii, któ­re moż­na obej­rzeć w „Na­tio­nal Geo­gra­phic”. Roz­glą­dał się na lewo i pra­wo, szu­ka­jąc nas oczy­ma wą­ski­mi jak szpar­ki, a po­tem, tak samo na­gle, za­czy­nał bled­nąć i jego skó­ra na na­szych oczach przy­bie­ra­ła z po­wro­tem ten rybi ko­lor. War­to to było zo­ba­czyć, sło­wo daję.

My za­tem kry­li­śmy się za drze­wem, a Heg­bert (swo­ją dro­gą, jacy ro­dzi­ce dają ta­kie imię swo­je­mu dziec­ku?) stał tam, cze­ka­jąc, aż się czymś zdra­dzi­my, jak­by miał nas za idio­tów. Za­kry­wa­li­śmy usta dłoń­mi, żeby się w głos nie ro­ze­śmiać, w koń­cu jed­nak za­wsze nas na­mie­rzał. Krę­cił gło­wą na boki, a po­tem na­gle nie­ru­cho­miał, wpa­tru­jąc się w nas tymi swo­imi pa­cior­ko­wa­ty­mi oczy­ma na wskroś przez drze­wo.

– Wiem, że to ty, Lan­do­nie Car­te­rze – mó­wił – i nasz Pan też to wie.

Stał jesz­cze przez mi­nu­tę w miej­scu, żeby jego sło­wa za­pa­dły nam w pa­mięć, a po­tem w trak­cie nie­dziel­ne­go ka­za­nia spo­glą­dał pro­sto na nas i mó­wił, że „Bóg jest mi­ło­sier­ny wo­bec dzie­ci, lecz dzie­ci mu­szą być tego war­te” albo coś w tym sty­lu. A my kur­czy­li­śmy się w ław­kach, nie ze wsty­du, ale żeby zno­wu nie par­sk­nąć śmie­chem. Heg­bert w ogó­le nas nie ro­zu­miał, co było na­praw­dę dziw­ne, zwa­żyw­szy, że sam miał dziec­ko. Choć z dru­giej stro­ny to była dziew­czyn­ka. Ale wię­cej o tym po­tem.

Tak czy owak, jak już wspo­mnia­łem, Heg­bert na­pi­sał w któ­rymś roku Wi­gi­lij­ne­go anio­ła i po­sta­no­wił wy­sta­wić go za­miast tam­tej dru­giej sztu­ki. Sama sztu­ka nie była wła­ści­wie taka zła, co zdzi­wi­ło wszyst­kich, kie­dy ją po raz pierw­szy wy­ko­na­no. Jest to w skró­cie hi­sto­ria czło­wie­ka, któ­ry kil­ka lat wcze­śniej stra­cił żonę. Ten fa­cet, Tom Thorn­ton, był kie­dyś bar­dzo re­li­gij­ny, ale za­czął mieć kło­po­ty z wia­rą, gdy jego żona zmar­ła pod­czas po­ro­du. Wy­cho­wu­je te­raz sa­mo­dziel­nie małą có­recz­kę, lecz nie jest nad­zwy­czaj­nym oj­cem. Ta dziew­czyn­ka strasz­nie chce do­stać na Gwiazd­kę po­zy­tyw­kę z wy­gra­we­ro­wa­nym na po­kryw­ce anio­łem, po­zy­tyw­kę, któ­rej ob­ra­zek wy­cię­ła ze sta­re­go ka­ta­lo­gu. Fa­cet szu­ka tej po­zy­tyw­ki dłu­go i upar­cie, ale nie może jej nig­dzie zna­leźć. Nad­cho­dzi Wi­gi­lia, a on wciąż szu­ka i cho­dząc po skle­pach, tra­fia na dziw­ną ko­bie­tę, któ­rej nig­dy w ży­ciu nie wi­dział i któ­ra obie­cu­je, że po­mo­że mu zna­leźć pre­zent dla cór­ki. Naj­pierw jed­nak po­ma­ga­ją ja­kie­muś bez­dom­ne­mu (swo­ją dro­gą, na­zy­wa­no ich w tam­tych cza­sach włó­czę­ga­mi), po­tem idą do sie­ro­ciń­ca, żeby spo­tkać się z dzieć­mi, na­stęp­nie od­wie­dza­ją sa­mot­ną sta­rą ko­bie­tę, któ­ra chcia­ła, żeby ktoś do­trzy­mał jej to­wa­rzy­stwa w Wi­gi­lię. W tym mo­men­cie ta­jem­ni­cza ko­bie­ta pyta Toma Thorn­to­na, co chciał­by do­stać na Gwiazd­kę, a on od­po­wia­da, że chciał­by od­zy­skać swo­ją żonę. Ko­bie­ta pro­wa­dzi go do miej­skiej fon­tan­ny i mówi, żeby spoj­rzał w wodę, a uj­rzy w niej to, cze­go szu­ka. Kie­dy Thorn­ton spo­glą­da w wodę, wi­dzi tam swo­ją małą có­recz­kę i wy­bu­cha pła­czem. Pod­czas gdy on za­le­wa się łza­mi, ta­jem­ni­cza ko­bie­ta od­da­la się. Thorn­ton szu­ka jej wszę­dzie, ale nie może zna­leźć. W koń­cu wra­ca do domu i pa­mię­ta­jąc o lek­cji, jaką otrzy­mał tego wie­czo­ru, wcho­dzi do sy­pial­ni có­recz­ki. Wi­dząc ją po­grą­żo­ną we śnie, uświa­da­mia so­bie, że mała jest wszyst­kim, co po­zo­sta­ło po jego żo­nie, i za­czy­na zno­wu pła­kać, po­nie­waż wie, że nie był dla niej dość do­brym oj­cem. Na­za­jutrz rano pod cho­in­ką cza­ro­dziej­skim spo­so­bem od­naj­du­ją po­zy­tyw­kę, a wy­gra­we­ro­wa­ny na niej anioł wy­glą­da do­kład­nie tak jak ko­bie­ta, któ­rą Thorn­ton wi­dział po­przed­nie­go wie­czo­ru.

Nie było to więc ta­kie złe, na­praw­dę. Oglą­da­jąc przed­sta­wie­nie, lu­dzie wy­le­wa­li wia­dra łez. Sztu­ka rok w rok świę­ci­ła trium­fy i jej po­pu­lar­ność spra­wi­ła, że Heg­bert mu­siał ją w koń­cu prze­nieść z ko­ścio­ła do miej­skie­go te­atru, gdzie było o wie­le wię­cej miejsc. Gdy cho­dzi­łem do ostat­niej kla­sy szko­ły śred­niej, po­ka­za­no ją dwa razy przy wy­peł­nio­nej sali, co zwa­żyw­szy na to, kto grał głów­ne role, sta­no­wi­ło hi­sto­rię samą w so­bie.

Heg­bert chciał, wi­dzi­cie, żeby w sztu­ce wy­stę­po­wa­li mło­dzi lu­dzie – ucznio­wie kla­sy ma­tu­ral­nej, a nie za­wo­do­wi ak­to­rzy. Moim zda­niem uwa­żał, że bę­dzie to dla nich war­to­ścio­we do­świad­cze­nie, za­nim pój­dą na stu­dia i będą mu­sie­li sta­wić czo­ło temu ca­łe­mu cu­dzo­łó­stwu. Taki po pro­stu był: za­wsze chciał nas uchro­nić przed po­ku­sa­mi. Chciał, że­by­śmy wie­dzie­li, że Bóg ma nas za­wsze na oku, na­wet je­że­li je­ste­śmy poza do­mem, i że je­śli bę­dzie­my po­kła­dać w nim wia­rę, nie sta­nie się nam nig­dy nic złe­go. Była to praw­da, któ­rą so­bie w koń­cu przy­swo­iłem, cho­ciaż to nie Heg­bert mnie jej na­uczył.

*

Jak już wspo­mnia­łem, Be­au­fort nie róż­nił się wie­le od in­nych po­łu­dnio­wych mia­ste­czek, cho­ciaż miał in­te­re­su­ją­cą hi­sto­rię. Pi­rat Czar­no­bro­dy miał tu­taj kie­dyś swój dom, a jego sta­tek „Qu­een Anne’s Re­ven­ge” leży po­dob­no za­ko­pa­ny gdzieś w pia­sku nie­da­le­ko brze­gu. Ostat­nio paru ar­che­olo­gów, oce­ano­gra­fów czy jak tam na­zy­wa­ją się lu­dzie, któ­rzy szu­ka­ją ta­kich rze­czy, ogło­si­ło, że go od­na­leź­li, lecz nikt nie jest tego tak do koń­ca pe­wien, po­nie­waż sta­tek za­to­nął prze­szło dwie­ście pięć­dzie­siąt lat temu i w jego przy­pad­ku nie moż­na po pro­stu się­gnąć do schow­ka i spraw­dzić re­je­stra­cji. Be­au­fort bar­dzo się zmie­nił od lat pięć­dzie­sią­tych, jed­nak nadal nie jest wiel­ką me­tro­po­lią. Był i za­wsze bę­dzie ma­łym mia­stecz­kiem, ale kie­dy do­ra­sta­łem, le­d­wie za­słu­gi­wał na miej­sce na ma­pie. Żeby umie­ścić całą rzecz w od­po­wied­niej per­spek­ty­wie, mu­szę do­dać, że okręg wy­bor­czy, w któ­rym znaj­do­wał się Be­au­fort, zaj­mo­wał całą wschod­nią część sta­nu – oko­ło dwu­dzie­stu ty­się­cy mil kwa­dra­to­wych – i nie było tam ani jed­nej miej­sco­wo­ści li­czą­cej wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy miesz­kań­ców, jed­nak na­wet w po­rów­na­niu z nimi Be­au­fort za­wsze uwa­ża­ny był za wio­chę. Cały te­ren na wschód od Ra­le­igh i na pół­noc od Wil­ming­ton aż do gra­ni­cy Wir­gi­nii two­rzył okręg wy­bor­czy, któ­ry re­pre­zen­to­wał mój oj­ciec.

Przy­pusz­czam, że o nim sły­sze­li­ście. Na­wet dzi­siaj jest kimś w ro­dza­ju le­gen­dy. Na­zy­wał się Worth Car­ter i był kon­gres­ma­nem pra­wie przez trzy­dzie­ści lat. Jego slo­gan pod­czas wszyst­kich kam­pa­nii wy­bor­czych brzmiał „Worth Car­ter re­pre­zen­tu­je ………” – i każ­dy miał tam wpi­sać na­zwę miej­sco­wo­ści, w któ­rej miesz­kał. Pa­mię­tam, jak jeż­dżąc na spo­tka­nia wy­bor­cze – ja i mama mu­sie­li­śmy po­ka­zy­wać się ra­zem z oj­cem, żeby dać do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo ceni war­to­ści ro­dzin­ne – wi­dzia­łem na zde­rza­kach te na­lep­ki z na­zwa­mi ta­ki­mi, jak: Otway, Cho­ca­wi­ni­ty i Se­ven Springs. Dzi­siaj taki nu­mer na pew­no by nie prze­szedł, ale w tam­tych cza­sach uwa­ża­no to za bar­dzo wy­szu­ka­ną for­mę pro­pa­gan­dy. Są­dzę, że gdy­by oj­ciec pró­bo­wał te­raz ro­bić coś ta­kie­go, lu­dzie z prze­ciw­ne­go obo­zu wpi­sy­wa­li­by w pu­ste miej­sce naj­prze­róż­niej­sze świń­stwa, wte­dy jed­nak nig­dy się z czymś ta­kim nie spo­tka­li­śmy. No, może raz. Far­mer w hrab­stwie Du­plin wpi­sał kie­dyś w pu­ste miej­sce sło­wo „gów­no” i moja mama, wi­dząc to, za­kry­ła oczy i od­mó­wi­ła mo­dli­twę, pro­sząc Boga o wy­ba­cze­nie dla bied­ne­go, głu­pie­go su­kin­sy­na. No, może nie uję­ła tego do­kład­nie w ten spo­sób, ale o to mniej wię­cej cho­dzi­ło.

Tak więc mój oj­ciec, Pan Kon­gres­man, był gru­bą szy­chą i wszy­scy o tym do­brze wie­dzie­li, łącz­nie ze sta­rym Heg­ber­tem. Ci dwaj zbyt­nio się jed­nak nie lu­bi­li, a wła­ści­wie nie lu­bi­li się wca­le, mimo że oj­ciec cho­dził do ko­ścio­ła Heg­ber­ta za każ­dym ra­zem, gdy był w mie­ście, co, szcze­rze mó­wiąc, nie zda­rza­ło się czę­sto. Prócz tego, że cu­dzo­łoż­ni­cy ska­za­ni będą na czysz­cze­nie wy­chod­ków w pie­kle, Heg­bert wie­rzył rów­nież, że „ko­mu­nizm jest cho­ro­bą, któ­ra wie­dzie lu­dzi do po­ga­ni­zmu”. Cho­ciaż sło­wo „po­ga­nizm” w ogó­le nie ist­nie­je – nie zna­la­złem go w żad­nym słow­ni­ku – człon­ko­wie kon­gre­ga­cji do­brze wie­dzie­li, co ma na my­śli. Wie­dzie­li rów­nież, że od­no­si je do mo­je­go ojca, któ­ry sie­dział z przy­mknię­ty­mi oczy­ma, uda­jąc, że nie sły­szy. Oj­ciec na­le­żał do jed­ne­go z ko­mi­te­tów Kon­gre­su po­wo­ła­nych do zba­da­nia za­się­gu „czer­wo­ne­go za­gro­że­nia”, któ­re obej­mo­wa­ło po­noć wszyst­kie dzie­dzi­ny ży­cia kra­ju, po­czy­na­jąc od obro­ny na­ro­do­wej i szkol­nic­twa wyż­sze­go, a koń­cząc na upra­wie ty­to­niu. Mu­si­cie pa­mię­tać, że trwa­ła wów­czas zim­na woj­na; sy­tu­acja była na­pię­ta, a my, miesz­kań­cy Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej, po­trze­bo­wa­li­śmy cze­goś, co spro­wa­dzi­ło­by całą rzecz do bar­dziej oso­bi­ste­go po­zio­mu. Oj­ciec kon­se­kwent­nie szu­kał fak­tów, któ­re były nie­istot­ne dla lu­dzi po­kro­ju Heg­ber­ta.

– Wie­leb­ny Sul­li­van był dzi­siaj w wy­jąt­ko­wej for­mie – mó­wił po po­wro­cie do domu. – Mam na­dzie­ję, że sły­sze­li­ście ten frag­ment, w któ­rym przy­po­mniał, co Je­zus mó­wił o bied­nych…

No pew­nie, tato…

Mój oj­ciec sta­rał się, kie­dy to tyl­ko było moż­li­we, ła­go­dzić na­pię­cia. My­ślę, że dla­te­go tak dłu­go utrzy­mał się w Kon­gre­sie. Po­tra­fił ca­ło­wać naj­brzyd­sze nie­mow­lę­ta zna­ne ro­dza­jo­wi ludz­kie­mu i za każ­dym ra­zem miał coś mi­łe­go do po­wie­dze­nia. „To ta­kie ła­god­ne ma­leń­stwo”, mó­wił, gdy nie­mow­lak miał wiel­ką gło­wę – albo: „Za­ło­żę się, że to naj­słod­sza dziew­czyn­ka pod słoń­cem”, gdy mia­ła zna­mię na ca­łej twa­rzy. Któ­re­goś razu ja­kaś pani po­ja­wi­ła się z dzie­cia­kiem na wóz­ku in­wa­lidz­kim.

– Sta­wiam dzie­sięć do jed­ne­go, że je­steś naj­mą­drzej­szy w swo­jej kla­sie – oznaj­mił oj­ciec, spoj­rzaw­szy na nie­go tyl­ko raz. I chło­pak rze­czy­wi­ście był naj­mą­drzej­szy! Tak, mój oj­ciec był świet­ny w te kloc­ki. Okrę­cał so­bie ich wszyst­kich do­oko­ła pal­ca, to pew­ne. I nie był taki zły, na­praw­dę, zwłasz­cza kie­dy się zwa­ży, że mnie nie bił i w ogó­le.

Ale nie było go, kie­dy do­ra­sta­łem. Mó­wię to bar­dzo nie­chęt­nie, po­nie­waż w dzi­siej­szych cza­sach lu­dzie czę­sto twier­dzą coś ta­kie­go na­wet wte­dy, kie­dy ich ro­dzic był w po­bli­żu, i uspra­wie­dli­wia­ją w ten spo­sób swo­je za­cho­wa­nie.

„Mój oj­ciec mnie nie ko­chał… i dla­te­go zo­sta­łam strip­ti­zer­ką i wy­stą­pi­łam w »Po­tycz­kach Jer­ry’ego Sprin­ge­ra«”.

Nie chcę się wca­le uspra­wie­dli­wiać, stwier­dzam po pro­stu fakt. Ojca nie było w domu przez dzie­więć mie­się­cy w roku; spę­dzał je w Wa­szyng­to­nie, w apar­ta­men­cie od­da­lo­nym od nas o trzy­sta mil. Mat­ka nie wy­je­cha­ła z nim, po­nie­waż obo­je chcie­li, że­bym do­ra­stał „w ich ro­dzin­nych stro­nach”.

Oj­ciec mo­je­go ojca za­bie­rał go oczy­wi­ście na ryby i na po­lo­wa­nie, na­uczył go grać w pił­kę, po­ja­wiał się na przy­ję­ciach uro­dzi­no­wych, jed­nym sło­wem, ro­bił wszyst­kie te rze­czy, któ­re bar­dzo się li­czą, za­nim czło­wiek osią­gnie doj­rza­łość. Mój oj­ciec był dla mnie kimś ob­cym, kimś, kogo pra­wie nie zna­łem. Przez pierw­szych pięć lat mo­je­go ży­cia uwa­ża­łem, że wszy­scy oj­co­wie miesz­ka­ją gdzie in­dziej. Zda­łem so­bie spra­wę, że coś jest nie w po­rząd­ku, do­pie­ro kie­dy mój naj­lep­szy kum­pel Eric Hun­ter za­py­tał mnie w przed­szko­lu, kim jest ten fa­cet, któ­ry przy­szedł do nas do domu po­przed­nie­go wie­czo­ru.

– To mój oj­ciec – od­par­łem z dumą.

– Och… – stro­pił się Eric, szu­ka­jąc mil­ky way w moim pu­deł­ku na dru­gie śnia­da­nie. – Nie wie­dzia­łem, że masz ojca.

To się na­zy­wa obe­rwać pro­sto w twarz.

Doj­rze­wa­łem za­tem pod opie­ką mo­jej mat­ki. Była na­praw­dę miłą ko­bie­tą, słod­ką i ła­god­ną, mat­ką, o ja­kiej moż­na tyl­ko ma­rzyć. Nie za­stą­pi­ła jed­nak i nig­dy nie mo­gła za­stą­pić mę­skiej obec­no­ści w moim ży­ciu i to w po­łą­cze­niu z ro­sną­cym roz­cza­ro­wa­niem, ja­kie od­czu­wa­łem w sto­sun­ku do ojca, uczy­ni­ło ze mnie ko­goś w ro­dza­ju bun­tow­ni­ka już w bar­dzo mło­dym wie­ku. Ale nie ło­bu­za, w żad­nym wy­pad­ku. Ra­zem z ko­le­ga­mi wy­my­ka­łem się cza­sa­mi wie­czo­rem i ma­za­li­śmy my­dłem szy­by sa­mo­cho­dów albo po­gry­za­li­śmy pra­żo­ne orzesz­ki na cmen­ta­rzu za ko­ścio­łem, lecz w la­tach pięć­dzie­sią­tych to wy­star­czy­ło, żeby inni ro­dzi­ce po­trzą­sa­li gło­wa­mi i szep­ta­li do swo­ich po­ciech: „Nie chcesz chy­ba brać przy­kła­du z mło­de­go Car­te­ra. Jest na naj­lep­szej dro­dze, żeby wy­lą­do­wać w wię­zie­niu”.

Ja – ło­buz. Dla­te­go, że ja­dłem orzesz­ki na cmen­ta­rzu. Wy­obra­ża­cie so­bie?

Tak czy in­a­czej, mój oj­ciec i Heg­bert nie­zbyt się lu­bi­li, ale po­róż­ni­ła ich nie tyl­ko po­li­ty­ka. Nie, wy­glą­da­ło na to, że zna­li się z daw­nych cza­sów. Heg­bert było o ja­kieś dwa­dzie­ścia lat star­szy od mo­je­go ojca i za­nim zo­stał pa­sto­rem, pra­co­wał u ojca mo­je­go ojca. Mój dzia­dek – nie­za­leż­nie od tego, że spę­dzał dużo cza­su z moim oj­cem – był praw­dzi­wym su­kin­sy­nem i w zu­peł­no­ści za­słu­gi­wał na to mia­no. To on zresz­tą zgro­ma­dził ro­dzin­ną for­tu­nę, nie chcę jed­nak, by­ście od­nie­śli wra­że­nie, iż był nie­wol­ni­kiem wła­snej fir­my, cięż­ko ha­ru­ją­cym i pa­trzą­cym, jak z bie­giem cza­su po­wo­li się po­więk­sza. Mój dzia­dek był o wie­le cwań­szy. Spo­sób, w jaki za­ro­bił pie­nią­dze, był bar­dzo pro­sty – za­czął jako prze­myt­nik, spro­wa­dza­jąc rum z Kuby i bo­ga­cąc się na tym przez cały okres pro­hi­bi­cji. Po­tem za­czął ku­po­wać zie­mię i pusz­czał ją w dzier­ża­wę. Brał dzie­więć­dzie­siąt pro­cent for­sy, któ­rą dzier­żaw­cy uzy­ski­wa­li ze sprze­da­ży ty­to­niu, a po­tem po­ży­czał im pie­nią­dze, kie­dy tyl­ko chcie­li, wy­zna­cza­jąc astro­no­micz­ne od­set­ki. Oczy­wi­ście nig­dy nie za­mie­rzał ich od­bie­rać – za­miast tego zaj­mo­wał zie­mię i sprzęt, jaki jesz­cze po­sia­da­li. Na­stęp­nie, jak to po­tem okre­ślał, „w chwi­li olśnie­nia” za­ło­żył fir­mę o na­zwie Usłu­gi Ban­ko­we i Po­życz­ki Car­te­ra. Je­dy­ny dru­gi ist­nie­ją­cy na te­re­nie tego oraz są­sied­nie­go hrab­stwa bank ry­chło spło­nął w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach i z na­dej­ściem Wiel­kie­go Kry­zy­su już nie wzno­wił dzia­łal­no­ści. Cho­ciaż wszy­scy wie­dzie­li, co się na­praw­dę sta­ło, nikt nie pi­snął ani sło­wa z oba­wy przed ze­mstą, oba­wy, któ­ra była jak naj­bar­dziej uza­sad­nio­na. Bank nie był je­dy­nym bu­dyn­kiem, któ­ry spło­nął w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach.

Od­set­ki, któ­re ścią­gał dzia­dek, były obu­rza­ją­ce i lu­dzie nie byli w sta­nie spła­cać po­ży­czek, a on gro­ma­dził co­raz wię­cej zie­mi i nie­ru­cho­mo­ści. W szczy­to­wym okre­sie kry­zy­su prze­jął kil­ka­dzie­siąt firm w ca­łym hrab­stwie, za­trzy­mu­jąc ich wła­ści­cie­li w cha­rak­te­rze na­jem­nych pra­cow­ni­ków i pła­cąc im do­syć, żeby u nie­go zo­sta­li, po­nie­waż i tak nie mie­li do­kąd pójść. Mó­wił im, że kie­dy sy­tu­acja eko­no­micz­na się po­lep­szy, od­sprze­da im fir­my i lu­dzie za­wsze mu wie­rzy­li.

On jed­nak ani razu nie do­trzy­mał da­nej obiet­ni­cy. W efek­cie kon­tro­lo­wał znacz­ną część go­spo­dar­ki hrab­stwa i nad­uży­wał swo­jej wła­dzy we wszel­ki moż­li­wy spo­sób.

Chciał­bym za­pew­nić was, że w koń­cu zgi­nął w strasz­li­wych mę­czar­niach, lecz wca­le tak się nie sta­ło. Zmarł, do­żyw­szy póź­ne­go wie­ku, ba­rasz­ku­jąc z ko­chan­ką na swo­im jach­cie przy brze­gu Kaj­ma­nów. Prze­żył obie swo­je żony i je­dy­ne­go syna. Nie­zły ko­niec jak na ta­kie­go fa­ce­ta, praw­da? Prze­ko­na­łem się, że w ży­ciu nie ma spra­wie­dli­wo­ści. Je­śli w szko­le cze­goś w ogó­le uczą, po­win­ni uczyć wła­śnie tego.

Ale wra­caj­my do na­szej opo­wie­ści… Kie­dy Heg­bert zdał so­bie spra­wę, ja­kim su­kin­sy­nem jest mój dzia­dek, prze­stał u nie­go pra­co­wać, wstą­pił do sta­nu du­chow­ne­go a po­tem wró­cił do Be­au­fort i zo­stał pa­sto­rem w tym sa­mym ko­ście­le, do któ­re­go uczęsz­cza­li­śmy. Przez pierw­sze lata do­sko­na­lił swój ta­lent ka­zno­dziei, wy­gła­sza­jąc co mie­siąc ka­za­nia na te­mat zła, któ­re wy­rzą­dza­ją in­nym chci­wi lu­dzie, i w związ­ku z tym nie miał pra­wie cza­su na nic in­ne­go. Oże­nił się do­pie­ro w wie­ku czter­dzie­stu trzech lat, a jego cór­ka Ja­mie Sul­li­van uro­dzi­ła się, gdy miał pięć­dzie­siąt pięć. Jego żona, młod­sza od nie­go o dwa­dzie­ścia lat drob­na ko­biet­ka, po­ro­ni­ła sześć razy przed uro­dze­niem Ja­mie i w koń­cu zmar­ła pod­czas po­ro­du, czy­niąc z Heg­ber­ta wdow­ca, któ­ry mu­siał sa­mo­dziel­nie wy­cho­wy­wać cór­kę.

Stąd oczy­wi­ście wziął się te­mat sztu­ki.

Lu­dzie zna­li tę hi­sto­rię, za­nim po raz pierw­szy wy­sta­wio­no ją na sce­nie. Opo­wia­da­no ją so­bie za każ­dym ra­zem, kie­dy Heg­bert miał ochrzcić ja­kieś dziec­ko albo wy­pra­wić po­grzeb. Wszy­scy ją zna­li i dla­te­go, jak są­dzę, lu­dzie re­ago­wa­li tak uczu­cio­wo, oglą­da­jąc sztu­kę. Wie­dzie­li, że jest opar­ta na au­ten­tycz­nych wy­da­rze­niach, co nada­wa­ło jej spe­cjal­ne zna­cze­nie.

Ja­mie Sul­li­van cho­dzi­ła wte­dy, po­dob­nie jak ja, do ostat­niej kla­sy szko­ły śred­niej i wy­bra­no ją już do roli anio­ła, co oczy­wi­ście nie zna­czy, że ktoś inny miał wcze­śniej szan­sę go za­grać. To oczy­wi­ście spra­wia­ło, że te­go­rocz­na in­sce­ni­za­cja mia­ła być czymś wy­jąt­ko­wym. Mia­ła stać się wiel­kim wy­da­rze­niem, być może na­wet naj­więk­szym z do­tych­cza­so­wych, przy­najm­niej we­dług pan­ny Gar­ber, któ­ra była na­szą na­uczy­ciel­ką dra­ma­tu i wie­le obie­cy­wa­ła so­bie po przy­go­to­wy­wa­nym przed­sta­wie­niu już wte­dy, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem ją w kla­sie.

Na­praw­dę nie za­mie­rza­łem za­pi­sy­wać się w tam­tym roku na za­ję­cia z dra­ma­tu. Na­praw­dę nie za­mie­rza­łem, ale mia­łem do wy­bo­ru to albo che­mię B. By­łem prze­ko­na­ny, że dra­mat oka­że się kasz­ką z mlecz­kiem zwłasz­cza w po­rów­na­niu z tą dru­gą opcją. Żad­nych prac do­mo­wych, żad­nych spraw­dzia­nów, żad­nych ta­blic, z któ­rych mu­siał­bym za­pa­mię­ty­wać pro­to­ny i neu­ro­ny oraz łą­czyć pier­wiast­ki w pra­wi­dło­we wzo­ry… czyż mo­gło być coś lep­sze­go dla ucznia ostat­niej kla­sy? Rzecz wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta. Za­pi­su­jąc się, mia­łem na­dzie­ję, że uda mi się prze­spać więk­szość za­jęć, co zwa­żyw­szy na moją noc­ną kon­sump­cję orzesz­ków, mia­ło dla mnie wów­czas duże zna­cze­nie.

Pierw­sze­go dnia po­ja­wi­łem się jako je­den z ostat­nich w kla­sie. Wbie­głem za­le­d­wie kil­ka se­kund przed dzwon­kiem i usia­dłem z tyłu. Pan­na Gar­ber sta­ła od­wró­co­na ple­ca­mi do kla­sy i pi­sa­ła wiel­ki­mi, po­chy­ły­mi li­te­ra­mi swo­je na­zwi­sko, tak jak­by­śmy nie wie­dzie­li, kim jest. Wszy­scy ją zna­li – nie spo­sób było jej nie znać. Mia­ła co naj­mniej sześć stóp i dwa cale wzro­stu, pło­mien­nie rude wło­sy, bla­dą cerę oraz pie­gi, któ­re świad­czy­ły, że daw­no już prze­kro­czy­ła czter­dziest­kę. Mia­ła rów­nież nad­wa­gę – wa­ży­ła chy­ba ja­kieś dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów – i sła­bość do luź­nych, kwie­ci­stych suk­ni. No­si­ła ciem­ne oku­la­ry w gru­bych ro­go­wych opraw­kach i po­zdra­wia­ła wszyst­kich dłu­gim „Wi­tam”, prze­cią­ga­jąc śpiew­nie ostat­nią sy­la­bę. Pan­na Gar­ber była je­dy­na w swo­im ro­dza­ju, to pew­ne, była też wol­ne­go sta­nu, co jesz­cze bar­dziej po­gar­sza­ło sy­tu­ację. Każ­dy fa­cet, nie­za­leż­nie od wie­ku, nie mógł nie współ­czuć ta­kiej ko­bie­cie.

Pod swo­im na­zwi­skiem wy­pi­sa­ła cele, któ­re po­win­ny nam przy­świe­cać w trak­cie na­uki. Pierw­sze miej­sce zaj­mo­wa­ła „wia­ra w sa­me­go sie­bie”, dru­gie „sa­mo­świa­do­mość”, trze­cie „sa­mo­speł­nie­nie”. Pan­na Gar­ber była spe­cja­list­ką od wszyst­kich rze­czy za­czy­na­ją­cych się na „samo”, co na­praw­dę lo­ko­wa­ło ją w czo­łów­ce, je­śli cho­dzi o psy­cho­te­ra­pię, cho­ciaż praw­do­po­dob­nie nie zda­wa­ła so­bie z tego wów­czas spra­wy. Była w tej dzie­dzi­nie pio­nie­rem. Może mia­ło to coś wspól­ne­go z jej wy­glą­dem, może pró­bo­wa­ła po pro­stu bar­dziej sie­bie po­lu­bić.

Ale za­czy­nam po­pa­dać w dy­gre­sje.

*

Do­pie­ro po roz­po­czę­ciu za­jęć za­uwa­ży­łem coś nie­zwy­kłe­go. Cho­ciaż na­sza szko­ła nie była duża, wie­dzia­łem do­brze, że pro­por­cje mło­dzie­ży mę­skiej i żeń­skiej są ra­czej wy­rów­na­ne i dla­te­go zdzi­wi­ło mnie, że co naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt pro­cent obec­nych w kla­sie to dziew­czę­ta. Oprócz mnie był tam tyl­ko je­den chło­pak, co wy­da­ło mi się w pierw­szej chwi­li czymś po­zy­tyw­nym i na mo­ment za­la­ła mnie fala szczę­ścia. Mia­łem ocho­tę za­ko­mu­ni­ko­wać ca­łe­mu świa­tu: „Pa­trz­cie, oto nad­cho­dzę”. Dziew­czy­ny, dziew­czy­ny, po­wta­rza­łem w du­chu. Same dziew­czy­ny i żad­nych spraw­dzia­nów.

Cóż, nie oka­za­łem się w tym wzglę­dzie zbyt prze­wi­du­ją­cy.

Pan­na Gar­ber za­czę­ła na­wi­jać o bo­żo­na­ro­dze­nio­wej sztu­ce i po­in­for­mo­wa­ła wszyst­kich, że w tym roku anio­łem bę­dzie Ja­mie Sul­li­van. W tym mo­men­cie za­czę­ła kla­skać – ona rów­nież na­le­ża­ła do ko­ścio­ła bap­ty­stów i wie­le osób uwa­ża­ło, że w pe­wien ro­man­tycz­ny spo­sób za­gię­ła na­wet pa­rol na Heg­ber­ta. Pa­mię­tam, że kie­dy o tym po raz pierw­szy usły­sza­łem, przy­szło mi na myśl, jak to do­brze, że obo­je są zbyt sta­rzy, żeby mieć dzie­ci. Wy­obra­ża­cie so­bie: pie­gi i prze­zro­czy­sta skó­ra? Na samą myśl o czymś ta­kim lu­dzi prze­cho­dzi­ły ciar­ki, lecz oczy­wi­ście nikt nic nie mó­wił, przy­najm­niej w obec­no­ści pan­ny Gar­ber i Heg­ber­ta. Plot­ka to jed­no, ale zło­śli­wa plot­ka to co in­ne­go i na­wet w szko­le śred­niej nie by­li­śmy tacy pod­li.

Pan­na Gar­ber da­lej kla­ska­ła, przez chwi­lę zu­peł­nie sama, aż w koń­cu wszy­scy do niej do­łą­czy­li­śmy, po­nie­waż sta­ło się ja­sne, że tego wła­śnie od nas ocze­ku­je.

– Wstań, Ja­mie – po­wie­dzia­ła.

Ja­mie wsta­ła i ob­ró­ci­ła się do­oko­ła, a pan­na Gar­ber za­czę­ła kla­skać jesz­cze moc­niej, jak­by mia­ła przed sobą praw­dzi­wą gwiaz­dę fil­mo­wą.

Ja­mie Sul­li­van była cał­kiem miłą dziew­czy­ną. Na­praw­dę. Be­au­fort był tak ma­łym mia­stecz­kiem, że mie­li­śmy tyl­ko jed­ną szko­łę pod­sta­wo­wą, w związ­ku z czym cho­dzi­li­śmy przez cały czas do tej sa­mej kla­sy i skła­mał­bym, mó­wiąc, że nig­dy nie za­mie­ni­łem z nią ani sło­wa. Kie­dyś w dru­giej kla­sie przez cały rok sie­dzia­ła tuż obok mnie i kil­ka razy roz­ma­wia­li­śmy, ale to oczy­wi­ście nie ozna­cza, że na­wet wów­czas spę­dza­łem z nią dużo cza­su. To, z kim wi­dy­wa­łem się w szko­le, to jed­no – na­to­miast to, z kim wi­dy­wa­łem się po szko­le, to była zu­peł­nie inna spra­wa i Ja­mie nig­dy nie na­le­ża­ła do gro­na mo­ich zna­jo­mych.

Nie cho­dzi o to, że była nie­atrak­cyj­na: nie zro­zum­cie mnie źle. Nie była szka­rad­na czy coś w tym ro­dza­ju. Uro­dę na szczę­ście odzie­dzi­czy­ła po mat­ce, któ­ra, są­dząc po wi­dzia­nych prze­ze mnie zdję­ciach, nie była taka brzyd­ka, zwłasz­cza kie­dy się zwa­ży, za kogo w koń­cu wy­szła za mąż. Ale Ja­mie nie po­sia­da­ła cech, któ­re uwa­ża­łem za atrak­cyj­ne. Cho­ciaż mia­ła szczu­płą syl­wet­kę, wło­sy ko­lo­ru mio­du i ła­god­ne, błę­kit­ne oczy, wy­glą­da­ła prze­waż­nie ja­koś tak zwy­czaj­nie – i to pod wa­run­kiem, że się ją w ogó­le za­uwa­ży­ło. Nie dba­ła spe­cjal­nie o wy­gląd ze­wnętrz­ny, po­nie­waż zwra­ca­ła przede wszyst­kim uwa­gę na tak zwa­ne pięk­no du­cho­we i przy­pusz­czam, że czę­ścio­wo dla­te­go tak wła­śnie wy­glą­da­ła. Od­kąd ją zna­łem – a był to, pa­mię­taj­cie, ka­wał cza­su – za­wsze no­si­ła wło­sy zwią­za­ne w cia­sny kok, ni­czym sta­ra pan­na, i nig­dy nie ro­bi­ła so­bie ma­ki­ja­żu. W po­łą­cze­niu z brą­zo­wym pu­lo­we­rem i pli­so­wa­ną spód­nicz­ką, któ­re za­wsze no­si­ła, wy­glą­da­ła, jak­by wy­bie­ra­ła się wła­śnie na roz­mo­wę w spra­wie pra­cy w bi­blio­te­ce. Uwa­ża­li­śmy, że to tyl­ko chwi­lo­we i że w koń­cu z tego wy­ro­śnie, ale tak się nie sta­ło. Przez pierw­sze trzy lata szko­ły śred­niej w ogó­le się nie zmie­ni­ła. Zmie­nia­ły się tyl­ko roz­mia­ry jej ubrań.

Jej in­ność nie po­le­ga­ła jed­nak wy­łącz­nie na tym, jak wy­glą­da­ła; cho­dzi­ło rów­nież o to, jak się za­cho­wy­wa­ła. Ja­mie nie prze­sia­dy­wa­ła w ba­rze U Ce­ci­la, nie cho­dzi­ła na noc­ne po­ga­dusz­ki do swo­ich ko­le­ża­nek i wie­dzia­łem na pew­no, że nig­dy nie mia­ła chło­pa­ka. Sta­ry Heg­bert sko­nał­by pew­nie na za­wał ser­ca, gdy­by ją ktoś po­de­rwał. Ale na­wet gdy­by ja­kiś dziw­nym tra­fem na to po­zwo­lił, i tak nie mia­ło­by to więk­sze­go zna­cze­nia. Ja­mie no­si­ła ze sobą wszę­dzie Bi­blię i już to jed­no mo­gło wy­star­czyć, gdy­by ko­goś nie od­stra­szył wcze­śniej jej wy­gląd oraz sam Heg­bert. Je­śli o mnie cho­dzi, lu­bi­łem Bi­blię tak samo jak każ­dy na­sto­la­tek, ale Ja­mie fa­scy­no­wa­ła się nią w spo­sób, któ­ry wy­da­wał mi się kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­ły. Nie tyl­ko za­pi­sy­wa­ła się każ­de­go sierp­nia do wa­ka­cyj­nej szkół­ki bi­blij­nej, lecz rów­nież czy­ta­ła Bi­blię pod­czas każ­dej dłu­giej prze­rwy. Moim zda­niem to nie było nor­mal­ne, na­wet w przy­pad­ku cór­ki pa­sto­ra. Jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, lek­tu­ra li­stów świę­te­go Paw­ła do Efe­zjan nie może być na­wet w przy­bli­że­niu tak przy­jem­na jak flir­to­wa­nie.

Ja­mie nie po­prze­sta­ła na tym. Z po­wo­du tego roz­czy­ty­wa­nia się w Bi­blii, a może rów­nież pod wpły­wem Heg­ber­ta do­szła do wnio­sku, iż trze­ba po­ma­gać in­nym, i to wła­śnie przez cały czas ro­bi­ła. Wiem, że udzie­la­ła się spo­łecz­nie w sie­ro­ciń­cu w Mo­re­he­ad City, ale to jej nie wy­star­cza­ło. Za­wsze zbie­ra­ła pie­nią­dze na ten lub inny cel, po­ma­ga­jąc wszyst­kim, po­czy­na­jąc od skau­tów po in­diań­skie księż­nicz­ki, i wiem, że w wie­ku czter­na­stu lat po­świę­ci­ła część wa­ka­cji, żeby od­ma­lo­wać z ze­wnątrz dom są­sia­da sta­rusz­ka. Ja­mie była dziew­czy­ną, któ­ra z wła­snej ini­cja­ty­wy mo­gła wy­pie­lić grząd­ki w czy­imś ogro­dzie albo za­trzy­mać ruch, żeby małe dzie­ci mo­gły przejść na dru­gą stro­nę uli­cy. Mo­gła ku­pić sie­ro­tom za swo­je kie­szon­ko­we pił­kę do ko­sza albo wrzu­cić po pro­stu pie­nią­dze do ko­ściel­nej pusz­ki w nie­dzie­lę. Była, in­ny­mi sło­wy, dziew­czy­ną, przy któ­rej wszy­scy po­zo­sta­li wy­da­wa­li się gor­si i za każ­dym ra­zem, gdy spo­glą­da­ła w moją stro­nę, nie mo­głem opa­no­wać po­czu­cia winy, choć prze­cież nie zro­bi­łem nic złe­go.

Nie ogra­ni­cza­ła swo­ich do­brych uczyn­ków wy­łącz­nie do lu­dzi. Je­śli tra­fi­ła na przy­kład na ja­kieś ran­ne zwie­rzę, rów­nież pró­bo­wa­ła mu po­móc. Opo­sy, wie­wiór­ki, psy, koty, żaby… nie mia­ło dla niej zna­cze­nia, ja­kie to zwie­rzę. We­te­ry­narz, dok­tor Raw­lings, znał ją z wi­dze­nia i po­trzą­sał gło­wą za każ­dym ra­zem, gdy pod­cho­dzi­ła do drzwi, nio­sąc tek­tu­ro­we pu­deł­ko z ko­lej­nym ran­nym stwo­rze­niem. Zdej­mo­wał oku­la­ry i wy­cie­rał je chu­s­tecz­ką, a Ja­mie wy­ja­śnia­ła, jak zna­la­zła bied­ne­go zwie­rza­ka i co mu się sta­ło.

– Prze­je­chał go sa­mo­chód, dok­to­rze Raw­lings. My­ślę, że Pan Bóg chciał, że­bym go zna­la­zła i spró­bo­wa­ła ura­to­wać. Po­mo­że mi pan, praw­da?

We­dług Ja­mie wszyst­ko sta­no­wi­ło część bo­że­go pla­nu. To ko­lej­na spra­wa. Za­wsze na­po­my­ka­ła o bo­żych za­my­słach, bez wzglę­du na to, na jaki te­mat się z nią roz­ma­wia­ło. Od­wo­ła­ny z po­wo­du desz­czu mecz ba­se­bal­lu? Wi­docz­nie Pan Bóg nie chciał do­pu­ścić, żeby sta­ło się coś gor­sze­go. Nie­spo­dzie­wa­ny spraw­dzian z try­go­no­me­trii, któ­ry ob­la­ła cała kla­sa? Wi­docz­nie Pan Bóg chciał pod­dać nas pró­bie. Tak czy in­a­czej, wie­cie, o co mi cho­dzi.

No i była jesz­cze cała ta hi­sto­ria z Heg­ber­tem, któ­ra wca­le nie uła­twia­ła jej ży­cia. Rola cór­ki pa­sto­ra nie może być ła­twa, ona jed­nak za­cho­wy­wa­ła się, jak­by to była naj­zwy­czaj­niej­sza rzecz pod słoń­cem i w do­dat­ku wiel­kie szczę­ście. Tak wła­śnie to okre­śla­ła: „Ja­kie to szczę­ście mieć ta­kie­go ojca jak mój”. Kie­dy to mó­wi­ła, mo­gli­śmy tyl­ko po­trzą­sać gło­wa­mi i za­sta­na­wiać się, z ja­kiej spa­dła pla­ne­ty.

Abs­tra­hu­jąc od tych in­nych spraw, naj­bar­dziej do­pro­wa­dza­ło mnie u niej do sza­łu to, że była za­wsze taka cho­ler­nie po­god­na, bez wzglę­du na to, co się wo­kół niej dzia­ło. Przy­się­gam, ta dziew­czy­na nig­dy nie po­wie­dzia­ła złe­go sło­wa o ni­czym i ni­kim, na­wet o tych z nas, któ­rzy wca­le nie byli dla niej mili. Idąc uli­cą, nu­ci­ła so­bie coś pod no­sem i ma­cha­ła do ob­cych lu­dzi ja­dą­cych sa­mo­cho­da­mi. Cza­sa­mi, wi­dząc prze­cho­dzą­cą obok ich domu Ja­mie, ko­bie­ty wy­bie­ga­ły i za­pra­sza­ły ją na chleb z dyni, je­śli go aku­rat pie­kły, albo na le­mo­nia­dę, je­śli słoń­ce było w ze­ni­cie. Mia­ło się wra­że­nie, że uwiel­bia­ją ją wszy­scy do­ro­śli oby­wa­te­le mia­stecz­ka.

– To taka miła pa­nien­ka – po­wta­rza­li, kie­dy tyl­ko pa­da­ło jej imię. – Świat był­by lep­szy, gdy­by żyło na nim wię­cej lu­dzi po­dob­nych do niej.

Moi przy­ja­cie­le i ja pa­trzy­li­śmy na to in­a­czej. Na­szym zda­niem jed­na Ja­mie Sul­li­van w zu­peł­no­ści wy­star­cza­ła.

Wszyst­ko to przy­szło mi na myśl, gdy Ja­mie sta­nę­ła przed nami pierw­sze­go dnia za­jęć z dra­ma­tu i przy­zna­ję, że jej wi­dok zbyt­nio mnie nie ura­do­wał. Kie­dy jed­nak od­wró­ci­ła się do nas, do­zna­łem cze­goś w ro­dza­ju szo­ku, zu­peł­nie jak­bym sie­dział na go­łym elek­trycz­nym ka­blu. Mia­ła na so­bie pli­so­wa­ną spód­nicz­kę i bia­łą bluz­kę pod tym sa­mym brą­zo­wym swe­trem, któ­ry wi­dzia­łem już mi­lion razy, ale z przo­du po­ja­wi­ły się dwie wy­pu­kło­ści, któ­rych swe­ter nie mógł ukryć i któ­rych, przy­się­gam, nie było jesz­cze trzy mie­sią­ce wcze­śniej. Nig­dy się nie ma­lo­wa­ła, tym ra­zem też nie, ale opa­li­ła się – praw­do­po­dob­nie w tej swo­jej szkół­ce bi­blij­nej – i po raz pierw­szy wy­glą­da­ła… no, pra­wie ład­nie. Oczy­wi­ście na­tych­miast od­da­li­łem od sie­bie tę myśl, ale Ja­mie, roz­glą­da­jąc się po kla­sie, za­trzy­ma­ła wzrok i uśmiech­nę­ła się pro­sto do mnie, naj­wy­raź­niej cie­sząc się, że tam je­stem. Do­pie­ro póź­niej do­wie­dzia­łem się dla­cze­go.

Rozdział 2

Po szko­le śred­niej za­mie­rza­łem pod­jąć stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Pół­noc­nej Ka­ro­li­ny w Cha­pel Hill. Oj­ciec wo­lał­by, że­bym po­dob­nie jak sy­no­wie in­nych kon­gres­ma­nów stu­dio­wał na Ha­rvar­dzie albo Prin­ce­ton, z mo­imi oce­na­mi nie było to jed­nak moż­li­we. Nie dla­te­go, że­bym był złym uczniem. Nie kon­cen­tro­wa­łem się po pro­stu zbyt­nio na na­uce i oce­ny nie kwa­li­fi­ko­wa­ły mnie do Blusz­czo­wej Ligi. W ostat­niej kla­sie pod zna­kiem za­py­ta­nia sta­nę­ło na­wet to, czy przyj­mą mnie na Uni­wer­sy­tet Pół­noc­nej Ka­ro­li­ny, a była to uczel­nia mo­je­go ojca, gdzie miał pew­ne zna­jo­mo­ści. Pod­czas jed­ne­go ze spę­dza­nych w domu week­en­dów oj­ciec wy­łusz­czył mi, w jaki spo­sób mógł­bym po­pra­wić swo­je szan­se. Skoń­czył się wła­śnie pierw­szy ty­dzień szko­ły i sie­dzie­li­śmy przy ko­la­cji. Oj­ciec przy­je­chał do domu na trzy dni w związ­ku z przy­pa­da­ją­cym na pierw­szy po­nie­dzia­łek wrze­śnia Dniem Pra­cy.

– Wy­da­je mi się, że po­wi­nie­neś wy­star­to­wać w wy­bo­rach na prze­wod­ni­czą­ce­go sa­mo­rzą­du szkol­ne­go – po­wie­dział. – Koń­czysz szko­łę w czerw­cu i my­ślę, że to bę­dzie do­brze wy­glą­da­ło w two­ich ak­tach. Two­ja mat­ka jest zresz­tą tego sa­me­go zda­nia co ja.

Mat­ka kiw­nę­ła gło­wą, prze­żu­wa­jąc fa­sol­kę. Nie od­zy­wa­ła się wie­le, gdy oj­ciec prze­ma­wiał, ale mru­gnę­ła do mnie. Cza­sem wy­da­je mi się, że cho­ciaż była słod­ka i do­bra, lu­bi­ła pa­trzeć, jak prze­ży­wam ka­tu­sze.

– Nie są­dzę, że­bym miał szan­se wy­grać – od­par­łem.

Mimo że by­łem praw­do­po­dob­nie naj­bo­gat­szym dzie­cia­kiem w szko­le, z całą pew­no­ścią nie by­łem naj­bar­dziej lu­bia­ny. Za­szczyt ten przy­pa­dał mo­je­mu naj­lep­sze­mu kum­plo­wi Eri­co­wi Hun­te­ro­wi, któ­ry rzu­cał pi­łecz­kę ba­se­bal­lo­wą z pręd­ko­ścią nie­mal dzie­więć­dzie­się­ciu mil na go­dzi­nę i jako fe­no­me­nal­ny qu­ar­ter­back dwa razy z rzę­du do­pro­wa­dził do zdo­by­cia przez na­szą dru­ży­nę fut­bo­lo­wą ty­tu­łu mi­strza sta­nu. Dziew­czy­ny sza­la­ły za nim. Na­wet jego na­zwi­sko brzmia­ło od­jaz­do­wo.

– Oczy­wi­ście, że wy­grasz – oświad­czył oj­ciec. – My, Car­te­ro­wie, za­wsze wy­gry­wa­my.

Była to ko­lej­na przy­czy­na, dla któ­rej nie lu­bi­łem z nim prze­by­wać. W trak­cie tych rzad­kich chwil, któ­re spę­dzał w domu, chciał chy­ba ule­pić ze mnie mi­nia­tu­ro­wą wer­sję sa­me­go sie­bie. Do­ra­sta­łem prze­waż­nie bez nie­go i wsku­tek tego nie czu­łem się naj­le­piej, gdy przy­jeż­dżał do domu. To była pierw­sza roz­mo­wa, jaką od­by­li­śmy od kil­ku ty­go­dni. Rzad­ko mó­wił ze mną przez te­le­fon.

– A może ja wca­le tego nie chcę? – bro­ni­łem się da­lej.

Oj­ciec odło­żył wi­de­lec, z wciąż tkwią­cym na nim ka­wał­kiem wie­przo­we­go ko­tle­ta, i po­słał mi ostre spoj­rze­nie. Miał na so­bie gar­ni­tur, mimo że w domu było po­nad dwa­dzie­ścia pięć stop­ni, i to spra­wia­ło, że jesz­cze bar­dziej mnie onie­śmie­lał. Swo­ją dro­gą, oj­ciec za­wsze no­sił gar­ni­tur.

– Uwa­żam – wy­ce­dził po­wo­li – że to do­bry po­mysł.

Wie­dzia­łem, że kie­dy mówi w ten spo­sób, spra­wa jest prze­są­dzo­na. Tak to wy­glą­da­ło w mo­jej ro­dzi­nie. Sło­wo ojca było pra­wem. Jed­nak na­wet gdy się zgo­dzi­łem, nadal nie chcia­łem tego ro­bić. Nie chcia­łem mar­no­wać cza­su, przez cały rok spo­ty­ka­jąc się raz w ty­go­dniu po szko­le – po szko­le! – z na­uczy­cie­la­mi, dys­ku­tu­jąc na te­mat szkol­nych po­tań­có­wek albo pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, ja­kie­go ko­lo­ru mają być sztur­mów­ki. Tak na­praw­dę tym wła­śnie zaj­mo­wa­li się wszy­scy prze­wod­ni­czą­cy sa­mo­rzą­du, przy­najm­niej za mo­ich cza­sów. Kie­dy szło o rze­czy­wi­ście waż­ne spra­wy, ucznio­wie nie mie­li nic do ga­da­nia.

Z dru­giej stro­ny wie­dzia­łem jed­nak, że oj­ciec ma ra­cję. Mu­sia­łem coś zro­bić, je­śli mia­łem za­miar do­stać się na uni­we­rek. Nie gra­łem w fut­bol ani w ko­szy­ków­kę, nie gra­łem na żad­nym in­stru­men­cie, nie na­le­ża­łem do klu­bu sza­cho­we­go, krę­glar­skie­go i żad­ne­go in­ne­go. Nie wy­róż­nia­łem się w na­uce… do dia­bła, nie wy­róż­nia­łem się w ni­czym. Ogar­nię­ty de­pre­sją spo­rzą­dzi­łem li­stę rze­czy, któ­re po­tra­fię ro­bić, i szcze­rze mó­wiąc, nie było tego dużo. Umia­łem za­wią­zać osiem róż­nych wę­złów że­glar­skich, umia­łem przejść na bo­sa­ka po go­rą­cym as­fal­cie da­lej niż kto­kol­wiek, kogo zna­łem, umia­łem przez trzy­dzie­ści se­kund ba­lan­so­wać pio­no­wo ołów­kiem na pal­cu… ale nie wy­da­wa­ło mi się, żeby któ­ra­kol­wiek z tych rze­czy mia­ła zna­cze­nie przy przyj­mo­wa­niu na stu­dia. Le­ża­łem więc w łóż­ku przez całą noc, po­wo­li uświa­da­mia­jąc so­bie, że je­stem nie­udacz­ni­kiem. Dzię­ki, tato.

Na­za­jutrz rano po­sze­dłem do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra i wpi­sa­łem się na li­stę kan­dy­da­tów. W wy­bo­rach kan­dy­do­wa­ły jesz­cze dwie oso­by: John Fo­re­man oraz Mag­gie Brown. John nie miał żad­nej szan­sy. Był fa­ce­tem, któ­ry roz­ma­wia­jąc z tobą, po­tra­fił wy­pruć ci nit­kę z ca­łe­go ubra­nia. Ale do­brze się uczył. Sie­dział w pierw­szej ław­ce i pod­no­sił rękę za każ­dym ra­zem, kie­dy na­uczy­ciel za­da­wał ja­kieś py­ta­nie. Pro­szo­ny o udzie­le­nie od­po­wie­dzi pra­wie za­wsze udzie­lał wła­ści­wej i ob­ra­cał się z dum­ną miną, jak­by udo­wod­nił wła­śnie, jak bar­dzo prze­wyż­sza in­te­lek­tem sie­dzą­cych w kla­sie pe­onów. Eric i ja plu­li­śmy na nie­go, kie­dy tyl­ko na­uczy­ciel od­wra­cał się do nas ple­ca­mi.

Z Mag­gie Brown spra­wa wy­glą­da­ła in­a­czej. Ona tak­że do­brze się uczy­ła. Przez pierw­sze trzy lata była człon­kiem rady szkol­nej, a w trze­ciej kla­sie zo­sta­ła prze­wod­ni­czą­cą sa­mo­rzą­du kla­so­we­go. Je­dy­nym jej mi­nu­sem było to, że nie była zbyt atrak­cyj­na i w do­dat­ku tego lata przy­bra­ła trzy­dzie­ści fun­tów na wa­dze. Wie­dzia­łem, że ża­den chło­pak nie odda na nią gło­su.

Prze­ko­naw­szy się, z kim przyj­dzie mi się zmie­rzyć, do­sze­dłem do wnio­sku, że być może mam jed­nak ja­kąś szan­sę. Staw­ką była cała moja przy­szłość, mu­sia­łem więc usta­lić od­po­wied­nią stra­te­gię. Pierw­szy za­ak­cep­to­wał ją Eric.

– Ja­sne, nie ma pro­ble­mu, każę gło­so­wać na cie­bie wszyst­kim chło­pa­kom z dru­ży­ny. Je­że­li na­praw­dę ci na tym za­le­ży.

– Może tak­że ich dziew­czy­nom? – za­su­ge­ro­wa­łem.

Na tym w grun­cie rze­czy po­le­ga­ła cała kam­pa­nia.

Zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi uczest­ni­czy­łem oczy­wi­ście w róż­nych de­ba­tach i roz­da­wa­łem dur­ne ulot­ki pod ty­tu­łem „Co zro­bię, je­śli zo­sta­nę prze­wod­ni­czą­cym”, osta­tecz­nie jed­nak zwy­cię­stwo od­nio­słem praw­do­po­dob­nie dzię­ki Eri­co­wi Hun­te­ro­wi. Szko­ła śred­nia w Be­au­fort li­czy­ła tyl­ko oko­ło czte­ry­stu uczniów, w związ­ku z czym prze­wa­ży­ły gło­sy spor­tow­ców, a więk­szość z nich i tak mia­ła w głę­bo­kim po­wa­ża­niu to, na kogo gło­su­ją. W koń­cu wszyst­ko po­to­czy­ło się tak, jak za­pla­no­wa­łem.

Zo­sta­łem wy­bra­ny na prze­wod­ni­czą­ce­go wą­tłą prze­wa­gą jed­ne­go gło­su. Nie mia­łem po­ję­cia, ja­kie ścią­gnie mi to na gło­wę kło­po­ty.

*

W po­przed­niej kla­sie cho­dzi­łem z dziew­czy­ną o na­zwi­sku An­ge­la Clark. Była moją pierw­szą praw­dzi­wą dziew­czy­ną, cho­ciaż trwa­ło to za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy. Tuż przed wa­ka­cja­mi po­rzu­ci­ła mnie jed­nak dla chło­pa­ka, któ­ry miał na imię Lew i pra­co­wał jako me­cha­nik w warsz­ta­cie swo­je­go ojca. Jego głów­ną za­le­tą, z tego co pa­mię­tam, było to, że miał na­praw­dę faj­ny sa­mo­chód. Ubra­ny w bia­ły pod­ko­szu­lek, z wsu­nię­tą pod rę­kaw pacz­ką ca­me­li, opie­rał się o ma­skę swo­je­go thun­der­bir­da i strzy­gąc oczy­ma w lewo i w pra­wo, wo­łał: „Cześć, ma­leń­ka” – kie­dy tyl­ko w po­bli­żu prze­cho­dzi­ła ja­kaś la­ska. Był praw­dzi­wym ty­pem zwy­cięz­cy, je­śli ro­zu­mie­cie, o co mi cho­dzi.

Tak czy in­a­czej, zbli­żał się bal na roz­po­czę­cie roku, a ja z po­wo­du ca­łej tej hi­sto­rii z An­ge­lą wciąż nie mia­łem part­ner­ki. W balu mie­li uczest­ni­czyć wszy­scy człon­ko­wie rady uczniow­skiej: obec­ność była obo­wiąz­ko­wa. Mu­sia­łem po­móc ude­ko­ro­wać salę gim­na­stycz­ną i po­sprzą­tać na­stęp­ne­go dnia, a poza tym te bale były na ogół cał­kiem uda­ne. Za­dzwo­ni­łem do kil­ku dziew­czyn, któ­re zna­łem, ale mia­ły już z kim iść, w związ­ku z czym za­dzwo­ni­łem do kil­ku in­nych. Te rów­nież mia­ły już part­ne­rów. Na ty­dzień przed ba­lem nie było prak­tycz­nie w czym wy­bie­rać. Pula po­szu­ki­wań za­wę­zi­ła się do dziew­czyn, któ­re no­si­ły gru­be oku­la­ry i se­ple­ni­ły. Be­au­fort nig­dy nie był wy­lę­gar­nią pięk­no­ści, ale mu­sia­łem prze­cież ko­goś zna­leźć. Nie chcia­łem iść na bal bez dziew­czy­ny – jak by to wy­glą­da­ło? Był­bym pierw­szym prze­wod­ni­czą­cym sa­mo­rzą­du w hi­sto­rii, któ­ry przy­szedł sam na bal na roz­po­czę­cie roku. Wie­dzia­łem, że skoń­czy się to tym, że będę przez całą noc na­le­wał poncz albo sprzą­tał rzy­go­wi­ny w ła­zien­ce. Ta­kie rze­czy ro­bi­li na ogół lu­dzie, któ­rzy przy­cho­dzi­li bez part­ner­ki.

Bli­ski pa­ni­ki wy­cią­gną­łem szkol­ny al­bum z ze­szłe­go roku i za­czą­łem go kart­ko­wać, szu­ka­jąc ja­kiej­kol­wiek dziew­czy­ny, któ­ra mo­gła­by nie mieć chło­pa­ka. W pierw­szej ko­lej­no­ści przej­rza­łem stro­ny z uczen­ni­ca­mi naj­star­szej kla­sy. Wie­le z nich wy­je­cha­ło na stu­dia, ale kil­ka zo­sta­ło w mie­ście. Nie wy­da­wa­ło mi się, bym miał u nich wiel­kie szan­se, lecz mimo to za­dzwo­ni­łem i oka­za­ło się, że moje oba­wy były słusz­ne. Nie uda­ło mi się zna­leźć żad­nej dziew­czy­ny, któ­ra chcia­ła­by wy­brać się ze mną na bal.

Po ja­kimś cza­sie wpra­wi­łem się na­wet w przyj­mo­wa­niu od­po­wie­dzi od­mow­nych, cho­ciaż nie jest to rzecz, któ­rą mógł­bym się cheł­pić przed wnu­ka­mi. Mama wie­dzia­ła, co jest gra­ne, i w koń­cu przy­szła do mo­je­go po­ko­ju i usia­dła obok mnie na łóż­ku.

– Je­śli nie mo­żesz zna­leźć ni­ko­go, z ra­do­ścią będę ci to­wa­rzy­szyć – po­wie­dzia­ła.

– Dzię­ki, mamo – od­par­łem bez en­tu­zja­zmu.

Kie­dy wy­szła z po­ko­ju, po­czu­łem się jesz­cze go­rzej niż przed­tem. Na­wet moja mama nie wie­rzy­ła, że uda mi się ko­goś zna­leźć. Gdy­bym po­ka­zał się tam ra­zem z nią, nie za­po­mnia­no by mi tego i za sto lat.

Swo­ją dro­gą, na tym sa­mym wóz­ku je­chał ze mną jesz­cze je­den chło­pak. Ca­rey Den­ni­son zo­stał wy­bra­ny na skarb­ni­ka i też nie miał z kim iść. Był fa­ce­tem, z któ­rym nikt nie mógł dłu­go wy­trzy­mać i wy­bra­no go tyl­ko dla­te­go, że nie miał żad­ne­go kontr­kan­dy­da­ta. Mimo to le­d­wie uda­ło mu się przejść. Grał na tu­bie w or­kie­strze dę­tej i miał cia­ło po­zba­wio­ne wszel­kich pro­por­cji, jak­by prze­stał ro­snąć w po­ło­wie wie­ku doj­rze­wa­nia. Z wiel­kie­go kor­pu­su wy­ra­sta­ły mu pa­ją­ko­wa­te ręce i nogi ni­czym u Hoo z Ho­ovil­le, je­śli pa­mię­ta­cie tę kre­sków­kę. Miał rów­nież pi­skli­wy gło­sik – chy­ba wła­śnie dla­te­go tak do­brze grał na tu­bie – i sta­le za­da­wał wszyst­kim głu­pie py­ta­nia w ro­dza­ju: „A gdzie po­je­cha­li­ście w ze­szłym ty­go­dniu? A do­brze się ba­wi­li­ście? A były tam ja­kieś dziew­czy­ny?”. Nie cze­kał na­wet na od­po­wiedź, lecz krę­cił się do­oko­ła jak fry­ga, tak że trze­ba było bez prze­rwy ob­ra­cać gło­wę, żeby go wi­dzieć. Przy­się­gam, że był chy­ba naj­bar­dziej de­ner­wu­ją­cą oso­bą, jaką w ży­ciu spo­tka­łem. Wie­dzia­łem, że je­śli nie znaj­dę part­ner­ki, bę­dzie stał przy mnie przez cały wie­czór, za­sy­pu­jąc py­ta­nia­mi ni­czym ja­kiś sza­lo­ny pro­ku­ra­tor.

Kart­ko­wa­łem więc da­lej al­bum, tam, gdzie za­miesz­czo­ne były zdję­cia dziew­czyn z trze­ciej kla­sy, gdy mój wzrok padł na­gle na Ja­mie Sul­li­van. Wa­ha­łem się tyl­ko se­kun­dę, a po­tem prze­wró­ci­łem szyb­ko kart­kę, prze­kli­na­jąc się za to, że w ogó­le o tym po­my­śla­łem. Przez na­stęp­ną go­dzi­nę szu­ka­łem ko­goś, kto wy­glą­dał­by cho­ciaż w po­ło­wie tak przy­zwo­icie, po­wo­li jed­nak uświa­do­mi­łem so­bie, że nie zo­stał już nikt. W koń­cu prze­rzu­ci­łem kart­ki z po­wro­tem i po­now­nie się jej przyj­rza­łem. Nie wy­glą­da wca­le tak źle, stwier­dzi­łem, i jest na­praw­dę słod­ka. Chy­ba mi nie od­mó­wi.

Za­mkną­łem al­bum. Ja­mie Sul­li­van? Cór­ka Heg­ber­ta? Nie ma mowy. W żad­nym wy­pad­ku. Moi przy­ja­cie­le upie­kli­by mnie żyw­cem.

Ale je­śli al­ter­na­ty­wą mia­ło być pój­ście na bal z wła­sną mat­ką, zmy­wa­nie wy­mio­tów albo na­wet, broń Boże, Ca­rey Den­ni­son?

Przez cały wie­czór ana­li­zo­wa­łem wszyst­kie za i prze­ciw. Wierz­cie mi, kil­ka­krot­nie zmie­nia­łem de­cy­zję, osta­tecz­nie jed­nak wy­bór był oczy­wi­sty, na­wet dla mnie. Mu­sia­łem za­pro­sić Ja­mie na bal i prze­mie­rza­jąc po­kój, za­czą­łem za­sta­na­wiać się, jak to naj­le­piej zro­bić.

Wte­dy wła­śnie zda­łem so­bie spra­wę z cze­goś strasz­ne­go, cze­goś ab­so­lut­nie prze­ra­ża­ją­ce­go. Uświa­do­mi­łem so­bie mia­no­wi­cie, że Ca­rey Den­ni­son robi praw­do­po­dob­nie w tym mo­men­cie do­kład­nie to samo co ja. Nie­wy­klu­czo­ne, że prze­glą­dał wła­śnie ten sam al­bum! Może i miał nie po ko­lei w gło­wie, na pew­no jed­nak nie był fa­ce­tem, któ­ry lubi zmy­wać po kimś rzy­gi, a gdy­by­ście zna­li jego mat­kę, wie­dzie­li­by­ście, że miał jesz­cze gor­szą al­ter­na­ty­wę niż ja. Co bę­dzie, je­śli pierw­szy za­pro­si cór­kę pa­sto­ra? Ja­mie mu nie od­mó­wi, a re­al­nie rzecz bio­rąc, była jego je­dy­ną opcją. Nikt prócz niej nie zgo­dził­by się za żad­ne skar­by mu to­wa­rzy­szyć. Ja­mie wszyst­kim po­ma­ga­ła – była jed­ną z tych świę­tych, któ­re każ­de­mu dają rów­ne szan­se. Wsłu­chu­jąc się w pi­skli­wy gło­sik Ca­reya, wy­czu­je pew­nie do­bro ema­nu­ją­ce z jego ser­ca i od razu się zgo­dzi.

Sie­dzia­łem więc w swo­im po­ko­ju, umie­ra­jąc ze stra­chu, że Ja­mie może nie pójść ze mną na bal. Pra­wie nie spa­łem tej nocy, co było chy­ba naj­dziw­niej­szą rze­czą, jaka mnie w ży­ciu spo­tka­ła. Nie są­dzę, by za­miar za­pro­sze­nia Ja­mie na bal przy­spo­rzył ko­mu­kol­wiek tylu zgry­zot. Za­mie­rza­łem po­ga­dać z nią z sa­me­go rana, póki jesz­cze mia­łem od­wa­gę, Ja­mie nie było jed­nak w szko­le. Przy­pusz­cza­łem, że po­je­cha­ła do sie­ro­ciń­ca w Mo­re­he­ad City, tak jak ro­bi­ła to co mie­siąc. Kil­ko­ro z nas pró­bo­wa­ło urwać się pod tym pre­tek­stem ze szko­ły, ale Ja­mie była je­dy­ną oso­bą, któ­ra do­sta­wa­ła zgo­dę. Dy­rek­tor wie­dział, że na­praw­dę bę­dzie coś czy­ta­ła dzie­ciom, ro­bi­ła na dru­tach albo po pro­stu ba­wi­ła się z nimi w róż­ne gry. Nie było oba­wy, że wy­mknie się na pla­żę, pój­dzie do baru U Ce­ci­la albo coś w tym ro­dza­ju. Sama taka myśl była śmiesz­na.