Jej wysokość P. - Joanne MacGregor - ebook
Opis

Zabawna i romantyczna historia, która poruszy serce każdego, kto kiedykolwiek czuł się inny

Siedemnastoletnia Peyton jest naprawdę wysoką nastolatką. Dziewczyna ma 180 cm wzrostu, co uniemożliwia jej skuteczne wtopienie się w tłum i sprawia, że jest ciągle obiektem docinek i kpin. Codzienne życie utrudnia też wielki rodzinny sekret, który pogrzebał jej szanse na normalne dorastanie.

Zdeterminowana, aby zmienić swoje życie, decyduje się na przyjęcie zakładu. Jeżeli pójdzie na trzy randki i bal maturalny z kimś wyższym od siebie, wygra 800$, dzięki którym wyrwie się ze swojego koszmaru. Problem jej dość spory, bo na liście kandydatów znajduje się tylko pięć nazwisk, a chłopak, który wpadł jej w oko, umawia się z dziewczyną dużo niższą od Peyton…

Joanne MacGregor to znana w Stanach pisarka książek dla młodzieży, którą fanki pokochały za zabawny styl i poruszanie tematów, które inni pomijali. Jej Wysokość P. stała się wielkim hitem, który przyciągnął do siebie wiele pokoleń czytelników. Autorka tworzy bohaterów, których można łatwo pokochać i utożsamiać się z nimi, nawet jeżeli nie ma się 180 cm wzrostu! Ta książka to polski debiut pisarki, którą pokochano w Stanach!

___

O autorce

Joanne MacGregor – znana w Stanach pisarka książek dla młodzieży, którą fanki pokochały za zabawny styl i poruszanie tematów, które inni pomijali. Jej Wysokość P. stała się wielkim hitem, który przyciągnął do siebie wiele pokoleń czytelników. Autorka kreuje bohaterów, których można łatwo pokochać i utożsamiać się z nimi, nawet jeżeli nie ma się 180 cm wzrostu! Ta książka to polski debiut pisarki, którą pokochano w Stanach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Motto

Udając malutką,

nie przysłużysz się światu.

— Marianne Williamson

1

dy już zostanę królową świata, drugą rzeczą, jaką zrobię, będzie wprowadzenie Prawa Wysokich Dziewczyn – oznajmiłam.

– Prawa czego? – zapytał Steve.

– Okej, kupuję to – powiedziała Tori. – A jaka jest ta pierwsza rzecz?

– Wyjmę spod prawa ketchup i musztardę w butelkach.

Przetarłam sklejony dzióbek kolejnej lepiącej się butelki ketchupu. Ohyda. Dlaczego to obrzydliwe zadanie zawsze przypadało w udziale właśnie mnie?

Był spokojny piątkowy wieczór w Jumping Jim’s Diner, a nasza kelnerska trójka stłoczyła się z tyłu sali, czekając na wyjście ostatnich gości. Steve polerował szklanki, Tori okręcała sztućce w serwetki, a ja ślęczałam nad czyszczeniem butelek sosów.

– Peyton, to może powiedz nam, o co chodzi z tym prawem wysokich dziewczyn – odezwał się Steve.

– Prawo Wysokich Dziewczyn – zaczęłam – zakazuje randkowania chłopaków powyżej metra osiemdziesięciu wzrostu z dziewczynami poniżej metra siedemdziesięciu pięciu.

Tori spojrzała na mnie, unosząc krytycznie brew.

– Tylko heterycy?

– Przepraszam, poprawka: osobom powyżej metra osiemdziesięciu wzrostu zakazuje się randkowania z osobami poniżej metra siedemdziesięciu pięciu. Chociaż – dodałam – dla par facetów to chyba bez różnicy, bo raczej nie mieliby ochoty nosić szpilek. A co się tyczy par babeczek, to czy różnica wzrostu ma dla nich aż takie znaczenie?

– Nie sądzę. W tych sprawach nasze ego nie dochodzi do głosu – odpowiedziała Tori.

Usta miała zawsze umalowane oślepiająco błyszczącą czarną szminką, a jej dolną wargę zdobił kolczyk w kształcie dłoni szkieletu, więc nawet gdy uśmiechała się z zadowoleniem, tak jak teraz, wciąż wyglądała groźnie.

– No cóż, nie wszystkie wyewoluowałyśmy na tak wysoki poziom i lubimy wyższych partnerów – zerknęłam na stolik w najdalszym kącie i się skrzywiłam.

Steve popchnął w moją stronę stojące na ladzie wypolerowane kufle.

– Odstawisz je na półkę? Ja nie sięgnę – rzucił.

– Możesz stanąć na stołku – doradziłam.

– Ale nie muszę, bo mam ciebie: ludzką drabinkę.

Mądrala. Zabrałam się za ustawianie kufli.

– A tak w ogóle to dlaczego? – zapytała Tori.

– Co dlaczego?

– Dlaczego wysokie dziewczyny potrzebują, jeśli dobrze zrozumiałam sens tej propozycji legislacyjnej, ochrony prawnej podczas randkowania?

– Bo wysokich facetów jest niewielu. Nie wystarczy ich dla wszystkich, nawet jeśli ograniczyć się do wysokich dziewczyn. I zdecydowanie nie wolno ich marnować na niskie, które nie potrzebują wysokich chłopaków. One mogą sobie do woli przebierać w całej masie facetów średniego wzrostu.

Moją uwagę zwrócił nagły wybuch śmiechu w narożnym boksie. Siedziała w nim grupka dzieciaków z mojego liceum, ale twarz, która wciąż przyciągała mój wzrok, należała do kogoś nieznajomego. Pamiętałabym ją.

– Przykład: spójrz na jeden ze stolików, Tori, ten tam. – Wskazałam brodą na hałaśliwe towarzystwo. – Dziewczyna w niebieskiej sukience nie może mieć więcej niż metr sześćdziesiąt, a podrywa jego: zielona koszula, w samym rogu. – Przebiegłam okiem eksperta po posturze chłopaka. Jakieś metr osiemdziesiąt osiem. I przystojny. – Jeśli się spikną, z puli wolnych wysokich facetów dla wysokich dziewczyn, takich jak ja, ubędzie jeden osobnik.

– Zakładasz, że, nawet jeśli jest wolny, byłby tobą zainteresowany – powiedziała Tori.

– Jeden zero! – zarechotał Steve.

Tori zakręciła się seksownie, by zaprezentować swoją filigranową sylwetkę. Nawet w megawysokich szpilkach z odkrytymi palcami nie sięgała metra sześćdziesięciu pięciu i nie mogła ważyć więcej niż pięćdziesiąt pięć kilo – z czego te ostatnie pięć to łączna waga wszystkich jej kolczyków, całej masy pierścionków i grubej warstwy eyelinera.

– Może – ciągnęła – woli drobne dziewczyny.

To by mnie nie zdziwiło – wszyscy je wolą.

– Bo wielu facetów w takich właśnie gustuje – mówiła dalej. – To łechce ich kruche ego.

Uniosłam brodę i prychnęłam.

– Jeśli rzeczywiście woli niskie, to tylko dlatego, że nie zna nadrzędnego gatunku, jakim są wysokie. Gdy raz wzniesiesz się na wyżyny, nigdy już nie będziesz chciał zejść na dół.

Steve ryknął śmiechem. Być może usłyszał brak przekonania ukryty pod moimi pewnymi słowami.

– Prooooszę cię. Dobrze wiesz, że facetom nie podobają się olbrzymki. Właśnie dlatego zawsze się garbisz, nosisz buty na płaskim obcasie i generalnie próbujesz uchodzić za niższą – odcięła się Tori.

Żałowałam, że brakowało w pobliżu Chloe – rzuciłaby Tori w twarz jakąś ciętą ripostę i sprowadziła ją do pionu. Chloe była moją najlepszą przyjaciółką, odkąd w przedszkolu obie strułyśmy się niebieskimi, żółtymi i różowymi kredkami świecowymi, bo Billy Beaumont wmówił nam, że po ich zjedzeniu drugą stroną wyjdzie tęcza. Chloe była średniej wielkości ładunkiem czystej energii z ciętym językiem, ale mnie nigdy nim nie smagała. A przynajmniej nie w sprawach, których nie byłam w stanie zmienić, takich jak mój wzrost. Chociaż ciągle męczyła mnie, żebym przestała się garbić.

Wyprostowałam się.

– Wiesz, niektórych facetów pociąga coś więcej niż tylko wygląd. Zdarza się, że w dziewczynie podoba im się jej osobowość albo mózg – odparowałam.

Tori sceptycznie podchodziła do tych rewelacji – nie miała zbyt wysokiego mniemania o męskich osobnikach naszego gatunku.

– Nieprawda – wtrącił Steve. – Jedynymi facetami, których pociąga mózg, a nie ciało dziewczyny, są zombie.

– Co tu się dzieje? – Jim, facet szerszy niż wyższy i prawdopodobnie niezdolny do wykonania najmniejszego podskoku, wyślizgnął się z kuchni, żeby sprawdzić, co na sali i jak pracują jego kelnerzy. – Mniej gadania, więcej działania – oznajmił i uraczył nasze uszy refrenem A Little Less Conversation Elvisa Presleya.

Jim uwielbiał Elvisa, chyba nawet bardziej niż burgery z jajkami i bekonem w towarzystwie smażonych pikli w panierce. A to trudno było przebić.

– Tak jest, szefie – odezwał się Steve. Chwycił szmatkę i z obrzydzeniem malującym się na twarzy zaczął ścierać zaschniętą żółtą maź z butelki musztardy.

Tori westchnęła głośno.

– Zarządcy raz jeszcze stanęli z batem nad głowami robotników. Gdy zostanę królową świata, obalę system klasowy i zlikwiduję niesprawiedliwy kapitalizm.

– I szybko stracisz tron. Komuniści i socjaliści nie są fanami monarchów – wytknęłam.

– Przestań podburzać lud, Tori – powiedział Jim. – Czy tamten stolik nie powinien już poprosić o rachunek?

– Dostali go. A ja nikogo nie podburzałam. Powiedziałam tylko, że ten chłopak w rogu niekoniecznie musiałby chcieć chodzić z Peyton, nawet jeśli prawo zabraniałoby mu umawiać się z tą ładną drobną dziewczyną, która siedzi obok niego.

– To jakiś nonsens. Przecież Peyton to piękna młoda dama – lojalnie wstawił się za mną Jim. – Każdy chciałby z nią chodzić.

Niestety doświadczenie nauczyło mnie, że to nieprawda. Nie byłam nieatrakcyjna – miałam duże brązowe oczy, lekko kręcone włosy do ramion i szczupłą sylwetkę – ale ludzie zauważali tylko mój wzrost.

– A niech to, gdybym był o te czterdzieści lat młodszy, to i ja chętnie bym się z nią umawiał! – dodał.

Tori i Steve zachichotali, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką w życiu słyszeli. Wbiłam wzrok w stopy. W swoje bardzo duże stopy.

– Nie słuchaj ich, Peyton. Steve na przykład wie o świecie tyle, co kot napłakał, albo i mniej.

To uciszyło Steve’a.

– A Tori… No cóż, może i wie wszystko o kapitalizmie i tak dalej, ale na pewno się zgodzi, że nie ma bladego pojęcia o tym, czego chcą mężczyźni.

– I dzięki Bogu! – skwitowała Tori.

– A co do tego wysokiego chłopaka, to na pewno ucieszyłby się, gdyby mógł całować się z kimś na swoim poziomie, zamiast dostawać skurczy karku od nachylania się, by dosięgnąć ust dziewczyny. Co więcej, założę się, że chciałby pocałować naszą Peyton, gdy tylko by ją poznał.

– Dzięki, Jim. – Przytuliłam się do jego boku.

– Stoi! – podchwyciła Tori z błyskiem złośliwości w oczach. – Przyjmuję zakład. Przekonajmy się, czy jesteś tak mocna, jak mówisz, Peyton. Jim, stawiam stówę, że nie skłonisz tego tam wesołego zielonego olbrzyma, żeby pocałował naszą amazonkę.

– Naszego kogo? – zapytał Jim.

– Peyton.

– Nie – powiedziałam.

– Podniosę stawkę – kusiła Tori. – Sto pięćdziesiąt dolców.

– Nie.

– Dwieście. Dwieście dolarów, Peyton.

– Stoi! – Jim wyciągnął pulchną rękę i uścisnął dłoń Tori.

– Zaraz, sekunda, czy ja nie mam tu nic do powiedzenia? – zaprotestowałam.

– Przecież uważasz go za przystojniaka, prawda? – wtrącił Steve. – Cały wieczór go obczajasz, sam widziałem.

– Właśnie. Nie masz ochoty go pocałować? – zawtórowała mu Tori wyzywająco.

– No, może… Gdybym go znała. Ale nie znam. I nie mogę ot tak podejść i pocałować obcego faceta.

– Dziewczyno, oni wszyscy są obcy.

– A w ogóle to niby czemu zakładasz się z Jimem o coś, co ja miałabym zrobić?

– Słusznie. Też powinnaś coś z tego mieć – przytaknęła Tori. – Steve, wchodzisz w to?

– Pewnie. Nie ma opcji, żeby ją pocałował. Na bank zrobi jej 401.

– 401? – zapytałam.

– Błąd 401: brak dostępu – zachichotał Steve.

– Oboje – oznajmiła Tori, wskazując palcem mnie i Jima – dostaniecie ode mnie i od Steve’a po dwieście dolarów, jeśli Peyton skłoni tamtego chłopaka, żeby ją pocałował przed upłynięciem pięciu minut od chwili, gdy mu się przedstawi.

Zignorowałam jej absurdalny pomysł, odwracając się do Steve’a plecami. Bolał mnie jego złośliwy komentarz i nie chciałam dać sobie w kaszę dmuchać.

– Czemu nie? – dopytywałam. – Czemu miałby nie chcieć mnie pocałować?

– Bo jesteś olbrzymką. Nie klasyfikujesz się już nawet jako dziewczyna.

– Steve, jesteś takim palantem...

Spojrzał na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.

– Czas poprzeć słowa kasą, Godzillo.

2

awahałam się. To czyste szaleństwo. Nie byłam z gatunku tych, co to potrafią pewnym krokiem podejść do faceta i zażądać pocałunków. Do licha, ja nawet nie umiałam tym pewnym krokiem chodzić. No i nie miałam żadnej gwarancji, czy uda mi się skłonić tego przystojniaka, żeby mnie pocałował. Wróć: byłam pewna. Że mi się nie uda.

Ale chyba byłam wystarczająco zirytowana, żeby spróbować.

– Peyton, jeśli wygrasz, oddam ci moje dwie stówy. To znaczy kiedy wygrasz – powiedział Jim.

Miałam szansę zgarnąć czterysta dolarów, a taka suma naprawdę by mi się przydała.

Ale oczywiście jeśli przegram… Wzruszyłam ramionami.

– Boisz się spróbować? Strach cię obleciał, kurczaczku? – Steve zaczął machać łokciami, naśladując kurze gdakanie.

– Ha, bardziej strusiu – prowokowała Tori.

Była tak pewna, że dam plamę. Może jednak warto zaryzykować upokorzenie, aby zetrzeć jej z twarzy ten zadowolony uśmieszek.

– Albo Wielki Ptaku – podchwycił Steve.

– W porządku, zrobię to. – Czy te słowa naprawdę wyszły właśnie z moich ust? O rany

– Zuch dziewczyna! – ucieszył się Jim. – Ale lepiej się pośpiesz, bo zbierają się do wyjścia.

Rzeczywiście, cała grupka właśnie wstawała, trzy dziewczyny sięgały po torebki, a wysoki chłopak porzucił swoje miejsce w kącie i ukazał się nam w całej okazałości. O kurczę, metr dziewięćdziesiąt. Brązowe włosy, w prawie takim samym jasnym odcieniu jak moje, jasne oczy – z miejsca, w którym stałam, nie byłam w stanie dotrzeć ich koloru – i szerokie barki. Nie mogłam się zdecydować, czy był naprawdę przystojny, naprawdę naprawdę przystojny czy naprawdę zabójczo przystojny.

– To ma być prawdziwy pocałunek, a nie jakieś tam cmoknięcie – doprecyzowała Tori.

– Właśnie, musi być z języczkiem – dodał Steve.

Po kręgosłupie przebiegły mi dreszcze paniki. Być może widać to było na mojej twarzy, ponieważ Jim posłał mi zachęcający uśmiech i poklepał mnie po ramieniu.

– Wyluzuj, mała – powiedział. – Wyglądasz, jakby mieli cię zaraz usmażyć na krześle elektrycznym.

Przykleiłam do ust uśmiech.

– Teraz lepiej?

– Hm, może zrób jeszcze coś z włosami? Policzkom też przydałoby się trochę więcej koloru.

Rozpuściłam włosy, uwalniając je z kucyka, i je napuszyłam, szczypnęłam się w policzki i dla pewności rozpięłam jeden guzik koszuli. Potem przy akompaniamencie Jima nucącego It’sNow or Never odwróciłam się w stronę narożnego boksu i ruszyłam.

Jestem królową. Jestem królową.

Powtarzałam w duchu te słowa przy każdym niepewnym kroku, ale nie zdało się to na nic. Nie byłam żadną monarchinią, tylko naprawdę wysoką dziewczyną. A w tamtej chwili wolałam cokolwiek innego – nawet klasówkę z matematyki czy sprzątanie kuchni – niż to.

– Cześć, Micayla. Cześć, Greg – powiedziałam, podchodząc do stolika.

Rozpoznawałam wszystkie twarze – oprócz jego twarzy – ze szkoły. Czworo z nich, w tym drapieżna dziewczyna w niebieskiej sukience, było o rok niżej, ale Greg i Micayla za dziesięć dni, gdy rozpocznie się nowy rok szkolny, będą tak jak ja w klasie maturalnej.

Greg Baker był zastępcą kapitana szkolnej drużyny koszykówki i wiecznie próbował mnie namówić na udział w kwalifikacjach do drużyny dziewcząt. Oceniłam jego wzrost na przyzwoity metr osiemdziesiąt pięć, ale przy tym wysokim chłopaku, który stał obok, wypełniając moje peryferyjne pole widzenia zielenią, wyglądał na niskiego. Każda komórka mojego ciała była już dostrojona do tego nieznajomego, jak słoneczniki, które zwracają głowy ku światłu.

– Cześć – odezwałam się żałośnie piskliwym głosem. Moje policzki natychmiast oblały się rumieńcem. – Muszę zamienić słowo z…

Powędrowałam spojrzeniem do wysokiego chłopaka. O rany. Metr dziewięćdziesiąt pięć i ani centymetra mniej. A oczy miał niespotykanego, oliwkowozielonego koloru.

– Och, to mój kuzyn Jay Young, jest z Waszyngtonu – powiedział Greg. – Jay, to Peyton Lane, też jest maturzystką w liceum Longforda.

– Cześć – przywitał się Jay. Jego głos był spokojny.

– Cześć, Wielka P. – rzucił jeden z młodszych chłopaków. – Jaka pogoda na górze?

Jeszcze bardziej się zarumieniłam. Nienawidziłam tego przezwiska – brzmiało, jakbym była jakimiś olbrzymimi genitaliami. Jeśli kiedykolwiek dowiem się, kto ze szkoły je wymyślił…

Jay posłał mi uśmiech pełen zdziwienia.

– To… co słychać? – zagadnął.

– Eee… – Co teraz? Nie miałam pojęcia, jak ubrać to w słowa. Chciałam, żeby reszta towarzystwa sobie poszła i zostawiła nas samych, ale wszyscy stali i gapili się na mnie, jakbym była kobietą z brodą w cyrku. – Słuchaj, czy mogę cię jakoś namówić, żebyś mnie pocałował? – wyrzuciłam z siebie w końcu.

– Że co? – zapytała jedna z dziewczyn.

Niebieska Kiecka przewróciła oczami i wydała z siebie odgłos obrzydzenia, a Greg wybuchnął śmiechem.

– Słucham? – powiedział Jay.

– Trzy minuty! – zawołała Tori z drugiego końca restauracji.

– Oni – zaczęłam, wskazując Steve’a i Tori – założyli się ze mną, że nie skłonię cię, abyś mnie pocałował. A ja… przyjęłam zakład.

Wciąż wyglądał na zdezorientowanego. Pewnie pomyślał sobie: „Czy to mój problem?”.

– To głupie, wiem, ale przyjęłam. Cóż, ta kasa naprawdę by mi się przydała.

Uciekłam od niego wzrokiem. Czułam ciepło bijące mi z twarzy – moje policzki musiały przybrać czereśniowy kolor skórzanych obić foteli, pąsowej koszuli w kratę Jumping Jima na okiennej naklejce, ketchupowej czerwieni ostatecznego upokorzenia.

– Hej, to miłe, ale z reguły nie chodzę i nie obcałowuję obcych dziewczyn.

– Obcych, trafiłeś w punkt, stary. Z innej galaktyki – naigrawał się jeden z młokosów, a Niebieska Kiecka i jej przyjaciółka zachichotały.

– Spoko, nie ma problemu – wyjąkałam. – To od początku była próba skazana na porażkę. Przepraszam za kłopot.

Nigdy w życiu nie czułam się tak upokorzona. Oczy aż kłuły mnie ze wstydu i złości na samą siebie, a klatkę piersiową miałam tak ściśniętą, jakby znalazła się w miażdżącym chwycie olbrzyma. Takiego prawdziwego, o wzroście przynajmniej sześciu metrów. Czemu, na litość boską, przyjęłam ten beznadziejny zakład? Co ja miałam w głowie, że nawet na jedną szaloną sekundę zagościła w niej myśl, że wysoki przystojniak zechce mnie pocałować?

Odwróciłam się i byłam już w połowie drogi do Tori i Steve’a, napawających się moją błyskawiczną i druzgocącą porażką, aż nagle znowu usłyszałam ten głęboki głos.

– Hej, Peyton?

– Tak? – Odwróciłam się do niego. Wciąż stał obok dziewczyny w niebieskiej sukience. Reszta towarzystwa była już przy drzwiach, gotowa do wyjścia.

– Jaka stawka zakładu?

– Czterysta dolarów.

Gwizdnął cicho.

– Mnóstwo kasy.

– Taa, jak to mówią: na bogato albo wcale – powiedziałam, starając się wtłoczyć w głos nutę humoru, a do twarzy przykleić beztroski uśmiech. Ale to wcale nie było zabawne. Nie mogłam ot tak sobie wyskoczyć z czterystu dolarów. – Jak mówiłam, głupota.

Wzruszyłam ramionami i odwróciłam się. Tori ze Steve’em przybili sobie piątkę i już wyciągali ręce, jakbym miała im wypłacić wygraną tu i teraz.

Nagle od tyłu chwyciła mnie ciepła dłoń, obracając moje ciało i przyciągając do siebie. Znalazłam się twarzą w twarz z Jayem, który stał z lekko przechyloną głową, szerokim uśmiechem na ustach i wyzywającym błyskiem w oku.

– Rozczarujmy ich, dobrze?

3

ay przyciągnął mnie do siebie, obrócił ramieniem nad moją głową, tak że zrobiłam piruet jak w staroświeckim tańcu, po czym wylądowałam mu na piersi. Musiałam odchylić głowę, żeby móc spojrzeć w jego rozbawione oczy. Wspaniale i wyjątkowo było czuć się tą niższą osobą. A także odrobinę niepokojąco.

Jedną z dłoni owinął wokół mojej talii, przyciągając mnie do siebie jeszcze bliżej. W drugiej zamknął mój policzek i zaczął mnie całować. On. Mnie. Całował. Poczułam dymną słodycz czekoladowego koktajlu mlecznego i przez krótką chwilę dobrze słyszałam wszystkie chichoty, gwizdy, wiwaty i drwiny, ale huraganowy szum w mojej głowie szybko je zagłuszył.

Kiedyś, gdy miałam jakieś dziewięć lat, przez Balti­more przetoczyło się tornado i pozostawiło po sobie zgliszcza. Zanim do nas dotarło, zdążyłyśmy się z mamą ukryć w piwnicy, ale i tak je słyszałyśmy – przerażający, ogłuszający żywioł, który szalał nad nami i wokół nas. Dźwięki i doznania przytłaczały mnie, przeszywając moją klatkę piersiową i pozbawiając tchu, przedzierały się przez mój mózg niczym rozpędzony pociąg towarowy, wymiatając wszystkie myśli.

Tak właśnie się teraz czułam.

Zero szans na odzyskanie oddechu. Zero czasu na myślenie. Zero impulsu, by zrobić coś poza uczepieniem się oparcia i po prostu byciem.

A potem, niemalże przed tym, zanim się w ogóle zaczęło – a może klika godzin później – było już po wszystkim. Moje usta, które wziął w posiadanie, znowu należały do mnie. I pulsowały, jakby błagając o utracone ciepło.

– Wszystko w porządku? – Zachichotał, patrząc mi w oczy ze swojej wysokości, gdy już mnie puścił. Drobne zmarszczki w kącikach jego oczu układały się w miniaturowe uśmiechy.

– Hę?

Czułam, że mam na twarzy głupkowaty uśmiech, ale nawet nie byłam w stanie pomyśleć, czym go zastąpić, by zagościła na niej choć namiastka nonszalancji. W głowie wciąż mi się kręciło i świeciło pustkami. Chyba trochę się kołysałam, bo wyciągnął rękę, żeby mnie podtrzymać.

– Czy wszystko w porządku?

– Aha. – Musiałam wziąć się w garść. – Tak. Dzięki.

– Jay, chodź już – biadoliła spod drzwi Niebieska Kiecka, rzucając mi prawdziwie zabójcze spojrzenie.

– Okej. – Cofnął się o kilka kroków. – To do zobaczenia.

– Taak. – Mój rozsądek powoli wracał na swoje miejsce, a wraz z nim pojawiło się zażenowanie. Musiałam wyglądać i brzmieć jak kompletna idiotka. – Hej, Jay? – zawołałam, kiedy odwrócił się, by dołączyć do przyjaciół. – Dziękuję. To chyba najmilsza rzecz, jaką ktoś dla mnie zrobił. W życiu.

Przez jego twarz przebiegł wyraz zaskoczenia, ale tamta dziewczyna zaczęła ciągnąć go za rękę, kuzyn mu dokuczał, a pozostałe dwie koleżanki na odchodne posłały mi pełne niedowierzania spojrzenia. I wyszedł. A miejsce, w którym przed chwilą stał, ziało pustką.

Za plecami usłyszałam natomiast Jima śpiewającego za Elvisem pięknym głosem: „Jestem cała roztrzęsiona”.

Wciąż czułam mrowienie w ustach, gdy cała w skowronkach i nieziemsko zadowolona wprost płynęłam przez salę w stronę Jima, Steve’a i Tori. Pyzatą twarz Jima rozpromieniał szeroki jak szafa uśmiech, ale mina Steve’a była skwaszona – tak to jest, jak się straci paręset dolarów, stary. Natomiast wyraz twarzy Tori trudniej było odczytać. Wyglądała bardziej na zaintrygowaną niż rozczarowaną.

– Proszę bardzo – powiedziałam z oddechem pełnym ulgi.

– Wiedziałem, że ci się uda, mała – rzucił Jim, klepiąc mnie po plecach, zanim zniknął w kuchni.

– A więc – zaczęłam – wygląda na to, że chłopcom rzeczywiście podobają się wysokie dziewczyny.

– Jesteś tego aż taka pewna? – zapytała Tori.

– Pocałował mnie, tak czy nie?

– Pewnie uświadomiłaś go, że to był zakład, mam rację?

– Tak, no i co z tego?

– To z tego, że najprawdopodobniej pocałował cię z litości.

Auć.

– Chcesz trochę lodu na te piekące policzki? – zachichotał Steve.

Nie chciałam przykładać lodu, tylko zetrzeć im z twarzy te złośliwe uśmieszki. Później pewnie przyjdą mi do głowy dziesiątki ciętych, szyderczych ripost – odpowiedzi na wszystkie zniewagi, jakie tego wieczoru się na mnie posypały – ale teraz niczego nie potrafiłam wymyślić.

– To wcale nie dowodzi, że wysocy chłopcy chcą chodzić z wysokimi dziewczynami. – Tori nie przestawała wbijać swoich szpil.

Wzruszyłam ramionami. Mogłam wytknąć jej niedociągnięcia w manierach, ale nie w logice.

– A może podbijemy stawkę jeszcze bardziej? – zaproponowała Tori. – Założę się, że nie nakłonisz wysokiego chłopaka – jakiegokolwiek wysokiego chłopaka – żeby z tobą chodził. Jeśli wygrasz, dostaniesz osiemset pięknych dolarów.

– Czy ty w ogóle masz osiemset pięknych dolarów?

– Oczywiście.

Możliwe, że miała, ale bardziej prawdopodobne było, że nawet nie brała pod uwagę swojej przegranej. Wróciłam do odkładania kufli na wysoką półkę, zastanawiając się nad tą propozycją.

– A jeśli ty wygrasz? – zapytałam.

– To wtedy ty zapłacisz nam osiemset dolarów.

Skrzywiłam się.

– Twoja odpowiedź prawdopodobnie zależy od tego, jak bardzo jesteś pewna, że wysokie dziewczyny są atrakcyjne – rzuciła Tori, a na jej błyszczących czernią ustach pojawił się prawdziwie szatański uśmieszek.

– Właśnie; czujesz się ładna, Tyczko? – prowokował Steve.

Ładna? Nie. Nigdy w życiu nie czułam się ładna. Niemalże z definicji bardzo wysokie dziewczyny nie mogły być ładne czy urocze. Efektowne? Tak. Atrakcyjne? Może. Przyciągające wzrok – zawsze, niestety. Ale ładne? Nie, ten termin był zarezerwowany dla filigranowych, kruchych dziewcząt. Dziewcząt, które siedząc w kinie, nie dotykały kolanami oparcia fotela przed nimi. Dziewcząt, które nie musiały przykucać, żeby na grupowych fotkach nie mieć obciętych twarzy.

A jaką miałam pewność, że uda mi się namówić jakiegoś chłopaka, o wysokim nie wspominając, żeby ze mną chodził? Odpowiedź brzmi: żadną.

Chociaż osiemset dolców piechotą nie chodzi.

– Ale musi być naprawdę wysoki, przynajmniej o kilka centymetrów wyższy od ciebie – dodała Tori. – Ile ty w ogóle masz wzrostu?

– Metr osiemdziesiąt cztery – wybąkałam. Za każdym razem, gdy się do tego przyznawałam, czułam się jak na spowiedzi.

– Zaokrąglijmy do metra osiemdziesięciu pięciu – zaproponowała.

– Nie zaokrąglajmy – odparowałam.

– Musi mieć co najmniej metr osiemdziesiąt dziewięć.

– Metr dziewięćdziesiąt pięć – wtrącił Steve.

Spiorunowałam go wzrokiem.

– Łatwiej znaleźć jednorożca niż faceta o takim wzroście.

– W porządku, spotkajmy się w połowie drogi: metr dziewięćdziesiąt dwa – powiedziała Tori. – I musicie pójść choćby na trzy randki.

– Cztery – poprawił Steve. – Cztery randki z tym samym facetem.

– A ponieważ jest to eksperyment społeczny mający ustalić, czy wysocy osobnicy chcą się umawiać z wysokimi osobniczkami, randki muszą odbywać się w miejscu publicznym – dodała Tori, mierząc we mnie widelcem. – Żadnego zostawania w domu i oglądania filmów w piwnicy czy urządzania sobie pikników na jakiejś opuszczonej łące.

– I jeszcze, i jeszcze – w oczach Steve’a zapłonęło podekscytowanie – ostatnia randka musi być królową publicznych randek: facet ma cię zabrać na bal maturalny.

– Ooo, dobre! – Tori przybiła żółwika ze swoim wspólnikiem.

Sięgnęłam po szmatkę i przetarłam zapaćkaną szyjkę butelki ketchupu.

– A zatem cztery publiczne randki z chłopakiem o wzroście metr dziewięćdziesiąt dwa i wzwyż, z których ostatnia to bal maturalny, i osiemset dolarów jest moje? A jeśli przegram, tyle wam płacę? – podsumowałam.

Tori skinęła głową.

– Z grubsza takie są warunki.

To było niesamowicie kuszące. Chciałam udowodnić, że wysokie dziewczyny mogą się podobać. A jeszcze bardziej chciałam wyrwać się z domu i pojechać na studia w jakieś ekscytujące miejsce – na przykład do Kalifornii albo do Nowego Jorku. To prawda, jeszcze nie zdecydowałam, co chcę studiować, ale czegokolwiek bym nie wybrała, osiemset dolarów byłoby pokaźnym dodatkiem do mojego funduszu studenckiego.

– To jak będzie, Peyton? – zapytała Tori. – Wróbel w garści czy gołąb na dachu?

A co mi tam.

– Przyjmuję zakład.

Wyciągnęłam rękę i uścisnęłam jej dłoń, czując, jakbym podpisywała cyrograf z samym diabłem.

4

inęły trzy dni, a ja wciąż łamałam sobie głowę nad szaleństwami tamtego piątkowego wieczoru. Chloe najwidoczniej też.

– I tak zwyczajnie cię pocałował? – zapytała po raz setny, chociaż już znała odpowiedź.

Przynajmniej trzy razy opisałam jej, co się wydarzyło, ale najwyraźniej nie przeanalizowałyśmy jeszcze każdego najdrobniejszego szczegółu.

– Nie, nie pocałował mnie tak zwyczajnie. Pociągnął mnie za rękę, zakręcił mną jak w tańcu, przycisnął do klatki piersiowej i zamknął w dłoniach moją twarz. I dopiero wtedy mnie pocałował.

Westchnęła z zadowoleniem. Przekręciłam się na ręczniku, przekopując piasek, żeby ułożyć się wygodnie na brzuchu. Przyszła kolej na podsmażenie pleców. Pierwszy semestr ostatniej klasy zaczynał się już za tydzień, więc razem z Chloe pracowałyśmy ciężko nad naszą opalenizną, spędzając większość dni na małej plaży w Blue Crab Bay.

Miałam sześć lat, gdy moi rodzice się rozwiedli, i w miarę upływu czasu coraz rzadziej spotykałam się z tatą, zwłaszcza po tym, jak wyprowadził się z Baltimore na swoją malutką działkę nad zatoką Chesapeake, gdzie prowadził niezbyt dochodową szkółkę żeglarską.

Teraz odwiedzałam go raz do roku podczas wakacji. Cieszyłam się na te wyjazdy bardziej ze względu na to, że mogłam odpocząć od mamy i jej problemów, niż z tęsknoty za tatą.

Był dość fajnym człowiekiem, zresztą jego druga żona, Lucy, też, ale tak naprawdę niewiele mnie z nimi łączyło. Tego roku zapowiedział, że nie będzie mógł wziąć wolnego, żeby spędzić ze mną więcej czasu (mój świat nie legł przez to w gruzach, tatusiu), ale zaproponował, abym dla towarzystwa przywiozła ze sobą przyjaciółkę. Grzecznościowa paplanina Chloe, jej pytania o biznes taty i przerośnięte komplementy dla kuchni Lucy pomogły mi zapełnić chwile niezręcznej ciszy, które zazwyczaj charakteryzowały nasze „rodzinne” kolacje.

– I było miło? – zapytała teraz, wciąż skupiona na tamtym pocałunku.

– Nie, nie było miło. To było jak fajerwerki i anielskie chóry.

– Aha. I teraz musisz go wmanewrować w randki?

– Niekoniecznie jego, zresztą chyba i tak mieszka w Waszyngtonie. Chodzi po prostu o jakichś naprawdę wysokich chłopaków.

– Tamten ratownik jest całkiem milusi – orzekła Chloe. To chyba było z jej strony małe niedopowiedzenie, biorąc pod uwagę, że cały poranek pożerała go wzrokiem.

Rzuciłam chłopakowi na krzesełku ratownika szybkie taksujące spojrzenie. Góra metr osiemdziesiąt. Dwa i pół centymetra mniej od wzrostu przeciętnego dorosłego Amerykanina. Chłopcy metr osiemdziesiąt, nawet ci przystojni, nie byli na moim radarze. Nie miałam ochoty umawiać się z kimś, kogo dłonie i stopy były mniejsze od moich – nic bardziej nie sprawiało, że czułam się jak olbrzymka.

– Za niski – stwierdziłam.

– Wcale nie! – oburzyła się Chloe.

Z jej perspektywy metra sześćdziesięciu pięciu (jak na przeciętną Amerykankę przystało) pewnie wszyscy faceci wydawali się wysocy.

– Za niski dla mnie – poprawiłam. – Ale dla ciebie byłby idealny. Mogłabyś założyć dziesięciocentymetrowe szpilki, a i tak byłabyś od niego niższa. I, co najważniejsze, nie łamałabyś Prawa.

Chloe znała na wylot Prawo Wysokich Dziewczyn.

– No cóż – powiedziała, zakładając na bikini podkoszulek i szorty – jeśli mam go olśnić, potrzebuję nowego kostiumu kąpielowego i może jeszcze jakieś fajnej letniej sukienki. Chodźmy na zakupy.

Miasteczko Blue Crab Bay było plażowym lepem na turystów z główną ulicą zabudowaną masą sklepów z tandetnymi pamiątkami. Na żądanie Chloe wstąpiłyśmy do każdego z nich. Była zauroczona wiszącymi na stojakach pluszowymi rekinami („Czy tu w ogóle są rekiny?”, dopytywała), podkoszulkami z napisami „Może Morze” czy „Keep calm i zacumuj w moim porcie!”, szklanymi butelkami wypełnionymi piaskiem („Jaki idiota kupiłby butelkę piasku?”), torebkami z mieszanką kukurydzianych ciasteczek oraz niekończącą się plejadą przedmiotów zrobionych z muszelek – sprzedawano tu naszyjniki z muszli sercówek, kolczyki z miniaturowych muszli zwójek, inkrustowane muszlami etui na komórki, popielniczki i mydelniczki z muszli małży, a nawet zwierzątka z muszli zaopatrzone w imiona, miniaturowe rodowody i doklejane oczy z rozedrganymi źrenicami, które skojarzyły mi się z dziewczyną w niebieskiej sukience z piątku.

Najgorsze były karuzele ze sznurów muszli, korali i jeżowców zwisające z belek dachowych i framug drzwi każdego sklepiku, do którego wstępowałyśmy. Nie mogłam zrobić pięciu kroków bez uderzania głową o dyndające konchy czy kawałki wyrzuconego przez morze drewna.

– Ooo, ten wygląda ładnie – powiedziała Chloe, zaglądając w witrynę malutkiego sklepiku o nazwie She Sells Sea-Shells.

– Nie masz już dosyć? Wszystkie są takie same.

– Wcale nie. Widzisz tamto? – Wskazała na coś w wypełnionej po brzegi witrynie. – To kula piaskowa! Wiesz, coś na kształt śnieżnej kuli, tylko z piaskiem. Rewelacja, co nie?

Westchnęłam i weszłam za nią do sklepu. Wnętrze było od podłogi do sufitu zapakowane wszelkiego rodzaju błyskotkami i bibelotami, innymi słowy – miejsce jak z moich najgorszych koszmarów. Stojąc nieruchomo, by nie strącić czegoś z pękających w szwach półeczek, starałam się zlekceważyć klaustrofobiczne uczucie, że pomieszczenie się kurczy. Wzięłam głęboki, uspokajający oddech i natychmiast tego pożałowałam. Kurz. Kurz z nutą pleśni i stęchlizny. Automatycznie przeszłam na oddychanie ustami.

– Ha! To jest super. Chodź, zobacz, jaki ma napis! – zawołała Chloe.

Opierając się przemożnej chęci ucieczki z tego ciasnego składu osobliwości, ruszyłam ostrożnie w jej kierunku. Gdy pochylałam się, by odczytać napis na kuli piaskowej, coś wplątało mi się we włosy i pociągnęło, zatrzymując mnie w miejscu. Szarpnęłam gwałtownie głową, a tuż nad uszami usłyszałam pobrzękiwanie i lekkie dzwonienie. Super, kolejna karuzela.

– Ostrożnie! – zawołał mężczyzna o ostrych rysach twarzy, ubrany w podkoszulek z napisem „Kocham żeglarki”, do którego przypięto identyfikator informujący, że to właściciel sklepiku.

Uniosłam rękę i natrafiłam na chropowate wybrzuszenia i nierówną, podziurkowaną powierzchnię wplątanego w moje włosy tajemniczego przedmiotu. Manewrując na oślep, próbowałam się od niego uwolnić, ale to tylko pogarszało sprawę. Kiedy inni kupujący usłyszeli przeciągłe dzwonienie, odwrócili się w moją stronę i zaczęli się gapić. Czułam, jak się czerwienię, serce biło mi nieprzyjemnie mocno, a przez kurz i pleśń z trudem łapałam oddech. Musiałam się stamtąd wydostać, i to natychmiast. Próbowałam wyszarpać się z kleszczy tego czegoś jak dzikie zwierzę walczące z sidłami, a do oczu zaczęły mi napływać łzy.

Nagle przede mną pojawiła się Chloe i złapała mnie mocno za ręce, zmuszając, bym spojrzała jej w oczy.

– Oddychaj. Oddychaj, tak jak ja, Peyton. Raz, dwa, trzy, cztery, wdech… I raz, dwa, trzy, cztery, powolny wydech…

Teraz już wszyscy w sklepie się na mnie gapili. Niektórzy podśmiewywali się, wyraźnie rozbawieni.

– Powinnaś ciachnąć nożyczkami. Ja tak robię, gdy którejś z moich córek guma przykleja się do włosów – doradziła kobieta w jaskrawożółtej letniej sukience.

– Nikt nie będzie obcinał mojej przyjaciółce włosów – odparła stanowczo Chloe.

Znowu szarpnęłam, by wyrwać się z pułapki.

– Ostrożnie! Stłuczesz ją! – zawołał właściciel. Odepchnął moje dłonie i stanął na palcach, by sięgnąć splątanej kotłowaniny. – Rozgwiazdy są bardzo kruche.

– Chloe, rozplącz mnie – szepnęłam przez zaciśnięte zęby.

– Jesteś za wysoka. Nic nie widzę – powiedział właściciel.

– Pomogę – zaofiarował się jakiś wysoki mężczyzna, stając za moimi plecami. – Łał, prawdziwe ptasie gniazdo – powiedział, tłumiąc śmiech.

– Chloe! – zawołałam błagalnie.

– Jeszcze tylko kilka sekund – zapewniła.

Poczułam silne pociągnięcie za włosy na czubku głowy i nagle byłam wolna. Ruszyłam od razu do wyjścia, a gdy znajdowałam się na zewnątrz, przykucnęłam na chodniku i schowałam twarz w kolanach.

Ze środka sklepu dobiegł perlisty śmiech i usłyszałam, jak właściciel mówi:

– No naprawdę! Niektórzy powinni uważać, gdzie wtykają głowę, bo sieją zniszczenie.

– A inni może powinni uważać, gdzie wieszają swoje karuzele, bo narażają głowy klientów na szwank – warknęła Chloe, wyparowując ze sklepu.

Chwyciła mnie za ramię i pomogła wstać.

– Wszystko w porządku?

– Tak – skinęłam. Oddech już zaczął mi zwalniać. – Wiesz, wszystkie te rupiecie wokół mnie… i plątanina we włosach.

– Przepraszam, powinnam była pomyśleć. No cóż, nigdy więcej tych tandetnych sklepików dla turystów. Chodźmy gdzieś na kawę. Albo lepiej – rzuciła mi wciąż zmartwione spojrzenie – na uspokajającą herbatę rumiankową. A potem rozejrzymy się za ciuchami.

– Nie, już mi lepiej, naprawdę. Przestronny, czysty sklep z ubraniami nic mi nie zrobi.

– Okej, ale tylko jeśli jesteś pewna, że podołasz… Od którego zaczynamy?

Zaprowadziłam ją do butiku z największym wyborem kostiumów kąpielowych i pokazałam stojak obwieszony bikini w jej rozmiarze. Natychmiast złapała kostium w ohydną panterkę, przyłożyła do piersi i zaczęła przyglądać się sobie w pełnowymiarowym lustrze.

– Co sądzisz?

– Bajecznie! – zachwycała się młoda ekspedientka. Najwyraźniej dostawała prowizję od sprzedanych towarów.

Wiedziałam, że w panterce nogi Chloe będą się wydawać krótsze, a palony pomarańcz sprawi, że jej jasna skóra wyda się bledsza niż różowawe wnętrze muszli słuchotki.

– Nie. – Wyjęłam jej z rąk bikini, odwiesiłam na stojak, przerzuciłam kilka kostiumów i podałam jasnoniebieską dwuczęściówkę z wysokim stanem i drugą w stonowanym koralowym kolorze, niezwykle twarzowym. – Te będą bardziej pasować do twojej cery i sylwetki.

– Tak, naturalnie. Teraz widzę – wtrąciła ekspedientka.

Chloe przymierzyła kostiumy jeden po drugim, uznała, że w obu wygląda jak bogini, i poleciła mi wybrać za nią.

– Jasnoniebieski, na sto procent.

Ze stojaka obok zdjęłam duży, luźny kapelusz z naturalnej słomy, obwiązałam go długą, zwiewną apaszką w najdelikatniejszym turkusowym kolorze i włożyłam go na blond głowę Chloe, przesuwając końce apaszki tak, by zwisały zalotnie między jej ramionami.

– Gorący towar czy nie? – zapytała, cofając się, by mogła bez przeszkód podziwiać samą siebie w lustrze.

– Tssss! – Przyłożyła sobie palec do ramienia, udając, że poparzyła się jego seksownym żarem.

– Idealnie! – Ekspedientka klasnęła w dłonie z rozkoszy na myśl o prowizji. – Nabiję na kasę.

Wszystko zajęło nam całe dziesięć minut. Dla dziewcząt, które noszą normalne rozmiary, zakupy to bułka z masłem.

– A ty nie pooglądasz bikini dla siebie? – zapytała Chloe, wsuwając na powrót szorty.

– Nie.

– Czemu? To, które masz na sobie, wygląda na nieco znoszone. Tak tylko mówię.

– Zgoda, ale ma nad innymi tę przewagę, że na mnie pasuje.

– Tutaj znajdziesz całą masę nowych, które będą idealne.

– Założymy się?

5

ak więc mam szerokie barki i klatkę piersiową – poinformowałam Chloe, prowadząc ją do stojaka z tyłu sklepu. – Co oznacza, że potrzebuję góry kostiumu w większym rozmiarze. Te tutaj pasowałyby na mnie, ale w życiu bym się w nich nie pokazała.

– Już widzę dlaczego – powiedziała Chloe, marszcząc nos na widok kilku kostiumów: jednoczęściowych brzydactw w przygaszonych kolorach, ozdobionych ohydnymi falbankami przy brzuchu i udach, najwyraźniej przeznaczonych dla tęższych kobiet. – Są babciastyczne.

– Przy moim długim tułowiu zrobiłyby mi niezłe wielbłądzie kopyto. A te – wskazałam na inny stojak pełen bikini w mniejszych rozmiarach – te, które pasowałyby mi na pupę, nie pasują na górze.

– Jestem pewna, że nie – wtrąciła ekspedientka.

Zdjęła z wieszaka górę od jednego z kostiumów, przewiesiła mi przez szyję sznureczek, po czym zmarszczyła brwi na widok miseczek, które ułożyły się tuż pod moim obojczykiem, daleko od piersi.

Posłałam Chloe spojrzenie pod tytułem „A nie mówiłam?”.

– A może obcisła góra bez ramiączek? – Ekspedientka podała mi górę od bajecznego, błyszczącego bikini w kolorze kobaltowego błękitu. – Dzięki temu nie trzeba się będzie martwić o… – Wskazała dłonią gdzieś pomiędzy moją szyją a sutkami.

– Tak, ale trzeba się będzie martwić o… – Nakreśliłam w powietrzu obwód swojej klatki piersiowej.

– Zobaczmy, dobrze? – Ekspedientka stawała na rzęsach, ale nijak nie była w stanie naciągnąć obu końcówek sznureczka tak, by je z tyłu związać.

– Może powinnaś po prostu występować topless? – podsunęła Chloe.

– Możemy już iść?

Ekspedientka nie próbowała mnie zatrzymać.

– Co się tyczy ubrań – zaczęła Chloe, gdy już wyszłyśmy, przeglądając się w sklepowej witrynie i podziwiając się w nowym kapeluszu – jak na kogoś, kto ma tak ewidentnie znakomity gust, nosisz raczej nudne rzeczy.

– Dzięki, Chloe, od razu czuję się piękna.

– Ale to prawda! Zawsze chodzisz w tych samych starych dżinsach i podkoszulkach. Stać cię na dużo lepszy styl.

– Nie, nie stać.

– Dlaczego?

– Z wielu ważkich powodów.

– Takich jak?…

– Po pierwsze, prawdziwy styl dużo kosztuje. A jak wiesz, nie śpimy z mamą na pieniądzach.

– Słuszna uwaga – przyznała Chloe.

– Po drugie, lubię neutralny styl, bo…

– Czy „neutralny” to synonim nudnego i nijakiego?

– Bo – szturchnęłam ją łokciem – bardziej szałowe ciuchy przyciągałyby jeszcze większą uwagę do mojego wzrostu, a i bez tego mam jej w nadmiarze, więc dziękuję bardzo.

– To wielka, dymiąca kupa nonsensu. Musisz pokochać swój wzrost, wyprostować się i chodzić z dumnie uniesioną głową.

– Łatwo ci mówić, Frodo.

– Niemiłe! – Tym razem to ona szturchnęła łokciem mnie.

– A po czwarte…

– Po trzecie – poprawiła.

– Niech będzie. Najważniejszy powód jest taki, że nawet gdybym chciała założyć coś bardziej stylowego, to daję głowę, że nie znajdę tego w moim rozmiarze.

– Kolejne bzdury.

– Nie przekonała cię wizyta w tym ostatnim sklepie?

– Każdy ma problem z dobraniem sobie kostiumu kąpielowego – powiedziała. – Ale jestem zdania, że na pewno znalazłybyśmy coś pasującego na twoje seksowne ciało.

Mimo że Chloe od wieków była moją przyjaciółką, na zakupy ubraniowe chodziłam sama, żeby zminimalizować wstyd. Może przyszedł czas, by zobaczyła to wszystko na własne oczy.

– Chodź, zacznijmy tu. – Chwyciła mnie za ramię i zaciągnęła do największego sklepu z ubraniami w mieście.

– Nie będą mieli niczego, co by na mnie pasowało – zaśpiewałam cicho.

– Nie kupuję tego.

– Tak? A gdzie robiłaś zakupy, gdy byłaś wysoka?

Chloe zaprowadziła mnie do stojaka z superdługimi topami w różne śmiałe wzory.

– Te są świetne. Można to nosić jako koszulę do legginsów albo – wskazała na stojącego nieopodal manekina ubranego tylko w rzeczony top i parę szałowych botków – jako sukienkę.

– Ty możesz. Ja nie.

– Nie chcę więcej słyszeć od ciebie słowa „nie”, Peyton. Twój pesymizm zaczyna mnie przyprawiać o zespół grymasu drażliwego.

– W porządku, udowodnię ci. – Wzięłam jeden z długich topów i poszłam do przymierzalni.

– A więc – odezwała się Chloe po drugiej stronie drzwi, gdy zaczęłam się rozbierać – co u twojej mamy?

– Następne pytanie.

– Aż tak źle?

– Tak – powiedziałam i zmieniłam temat. – Zdecydowałaś już, co będziesz studiować?

– Wciąż myślę o ekonomii. A ty?

– Wiem tylko, że chcę się wyrwać z domu.

Nie wiedziałam natomiast, czy kiedykolwiek mi się to uda.

Próbowałam wbić się w sukienkę koszulową, ale nie mogłam przeciągnąć jej przez głowę. Na próżno szukałam też suwaka z tyłu przy kołnierzyku.

Przerzuciłam ubranie nad drzwiami przymierzalni.

– Za mały.

– Jesteś pewna? To XL-ka.

– Nie mogę go nawet przeciągnąć przez głowę.

– Masz, spróbuj z XXL-ką. – Nad drzwiami przefrunął pomarańczowy strój w żółte sześciany. – Ten rozmiar mają tylko w takim kolorze.

Wcisnęłam w niego głowę przy wtórze pękających szwów.

– Ta-da! – Otworzyłam drzwi, żeby zobaczyła, jak pięknie odstaje mi od talii.

Chloe zamrugała na widok wielkiego przestworu słonecznych kolorów, którym się stałam.

– A nie mówiłam – powiedziałam, nie mogąc się powstrzymać. – W XL-kach człowiek zawsze wygląda jak worek ziemniaków.

– Jesteś za szczupła, w tym cały problem – wtrąciła pryszczata ekspedientka, która podeszła, żeby sprawdzić, czy ubrania pasują.

– Nie, problem tkwi w tym, że top jest za szeroki, proporcje zostały źle dobrane. Nie można po prostu rozszerzyć danego ubrania i oczekiwać, że będzie pasowało na wysokich. A ten top i tak jest za krótki.

Chloe ze zdumieniem przypatrywała się rąbkowi sukienki koszulowej, który ledwie zakrywał moje części intymne.

– Och. W takim razie z rajstopami. – Uciekła i wróciła z jedną parą.

Machnąwszy ręką na przebieralnię, wcisnęłam się w rajstopy przy niej i stękałam, dwojąc się i trojąc, żeby podciągnąć je najwyżej, jak się dało.

– Och – powtórzyła, tym razem ciszej, gapiąc się na krok rajstop, który sięgał mi zaledwie do połowy ud. – Już widzę.

– Zobaczyć znaczy uwierzyć.

– Nie poddam się. Marsz do przymierzalni. Idę po więcej rzeczy.

Pod jej dyktando zakładałam koszule, dżinsy i sukienki. Rąbki były za krótkie, topy albo tak ciasne, że walczyłam w nich o oddech, albo wielkie jak namioty cyrkowe, paski miałam na wysokości piersi, nogawki na wysokości talii, długie rękawy nie były długie, a rozmiary uniwersalne nie były uniwersalne. Nigdy nie są.

– Na litość boską! – powiedziała Chloe, spocona od biegania po zatłoczonym sklepie w coraz bardziej rozpaczliwej próbie znalezienia czegoś, czegokolwiek, co by na mnie pasowało. – Weźmy po prostu jakiś kapelusz!

Wiedziałam, jak to się skończy, ale nic nie powiedziałam. Chloe pchnęła mnie na stołek i zaczęła mi przymierzać całą serię kapeluszy i czapek.

Jedynym, co jako tako pasowało, był fioletowy, ciasno przylegający kapelusz z bawełnianej dzianiny, a i tak musiała się namęczyć, żeby mi go naciągnąć.

– Voilà! – zawołała triumfalnie.

– Jest tak ciasny, że zaraz wyciśnie mi mózg przez uszy – jęknęłam, ściągając kapelusz.

– Nie macie żadnego kapelusza w większym rozmiarze? – zapytała ekspedientkę.

– Mamy. – Dziewczyna uśmiechnęła się złośliwie, wskazując drugą część sklepu. – W dziale męskim.

I tak całe życie.

– Nie będzie przecież nosiła męskiego kapelusza! – zaperzyła się Chloe.

Noszenie męskich ubrań nie było dla mnie żadną nowością. Nawet podkoszulek, który tego dnia miałam na sobie, nie został zakupiony w dziale z odzieżą damską Walmartu.

Z dłońmi na biodrach Chloe zakręciła się w miejscu, szukając czegoś, czego jeszcze nie przymierzałyśmy. Powędrowała spojrzeniem do półki z butami i zaświeciły jej się oczka.

– Hę? – rzuciła, uśmiechając się z nadzieją. – Hę?

– Wolnego. – Wystawiłam dłoń, studząc jej entuzjazm. Żaden inny typ zakupów nie był dla mnie bardziej rozczarowujący i frustrujący niż szukanie butów. Musiałam zdławić to w zarodku.

– Przepraszam! – zawołałam do ekspedientki. – Jaki macie największy rozmiar damskiego obuwia?

– Największy?

– Tak, największy.

– Czterdzieści dwa.

Odwróciłam się do Chloe.

– Proszę bardzo, przynajmniej o trzy rozmiary za małe.

– Nie macie nic w rozmiarze czterdzieści pięć i pół? – zapytała Chloe.

– Czterdzieści pięć i pół?!

Czy tu było echo?

– Chce pani damskie buty w rozmiarze czterdzieści pięć i pół?! – zawołała głośno ekspedientka.

Kilka głów odwróciło się, by zobaczyć olbrzymkę o stopach klauna. Jęknęłam.

– Nie sądzę, żeby w ogóle produkowano tak duże damskie buty. Może w dziale męskim coś pani znajdzie.

– Teraz mi wierzysz? – zapytałam Chloe, wyprowadzając ją ze sklepu.

– Przyznam, że trochę rozumiem twój ból. Wszyscy chcą być wysocy i szczupli, więc można by pomyśleć, że na takie osoby łatwiej jest znaleźć pasujące ubrania.

– To prawdziwa droga przez mękę.

– Ale na pewno są jakieś sklepy internetowe, w których możesz się zaopatrywać. Albo jakieś sklepy dla wysokich i puszystych? I jestem pewna, że widziałam działy dla wysokich w domach towarowych koło nas.

– Te działy utworzono z myślą o kobietach, które mają metr sześćdziesiąt, a nie metr osiemdziesiąt wzwyż. A sklepy dla wysokich i puszystych są dla wysokich i puszystych, nie dla wysokich lub puszystych. Sprzedają ubrania dla szerszych w pasie. A sklepy internetowe? Mają wyższe ceny, o kosztach dostawy nie wspominając.

– No cóż, nie ty jedna masz ciężko. To samo mogą powiedzieć dziewczyny miniaturki, prawda?

– Chloe, one mogą po prostu dać ubrania do skrócenia, ja nie zdołam urodzić dodatkowych centymetrów materiału. A poza tym dla drobnych dziewczyn jest dużo większy wybór. Ubrania w największej rozmiarówce są prawie zawsze staromodne i ohydne, nigdy stylowe, urocze czy trendy. – Zmarszczyłam brwi, narysowałam w powietrzu kółko i dodałam: – Nie jest to łatwa rzecz wkroczyć do Topshopu i zażądać spodni o dziewięćdziesięciopięciocentymetrowych nogawkach.

Chloe parsknęła śmiechem, rozbawiona moją parodią Boromira mówiącego o Mordorze.

– Dobra, wierzę ci. Sprawdźmy na tej ulicy. Żadnych sklepów odzieżowych, żadnych magazynów osobliwości.

Antique Alley była cichą boczną uliczką usianą sklepikami ze starociami i przedmiotami w stylu retro. Bojąc się kolejnego ataku paniki, odmówiłam wejścia do następnego składu pełnego rupieci, ale miałyśmy frajdę, kiedy oglądałyśmy witryny i towary wystawione na stoliczkach wzdłuż chodnika.

Chloe kupiła sobie secesyjny imbryk, a gdy dostrzegła, jak wpatruję się w srebrne kolczyki, zaczęła nalegać, że mi je sprawi.

– To prezent w ramach przeprosin za ciąganie cię po głupich sklepach z pamiątkami i za to, że nie wierzyłam ci w sprawie ciuchów – powiedziała. – Pamiętam, jak już wcześniej narzekałaś, że nie możesz znaleźć dla siebie dżinsów i butów, ale nie sądziłam, że jest aż tak źle. Zawsze to tak wygląda?

– Tak. Zawsze tak wygląda. Frustrująco, żenująco i bezsensownie. Za. Każdym. Razem. – Założyłam kolczyki i potrząsnęłam radośnie głową. Nareszcie coś, co na mnie pasowało. – Pewnego dnia, gdy już zostanę królową świata, zgromadzę królewski zespół projektantów, krawców i tych od butów… Jak oni się nazywają?

– Szewców?

– Właśnie, szewców! Pewnie jedynym sposobem, żebym mogła chodzić w świetnych ubraniach, które na mnie pasują, jest zamawianie ich na miarę.

– Albo własnoręczne szycie.

Chloe się śmiała, ale ja nie. Wpatrywałam się właśnie w przedmiot na stole na kozłach przed sklepikiem Forget Me Not Collectibles. Gdyby te same słowa Chloe wypowiedziała podczas wspólnego oglądania broszek i wyszywanych paciorkami torebek albo gdybym zauważyła ten błyszczący, stary przedmiot, wysłuchując jej wywodów na temat pamiątek, studiów czy ratowników, nie wpadłabym na to, o czym nagle pomyślałam. Ale ponieważ usłyszałam ją w tej samej chwili, w której mój wzrok padł na rzeczony przedmiot, poczułam, jak przez synapsy w mózgu przebiega mi sygnał elektryczny, rodząc genialny pomysł.

„Albo własnoręczne szycie”.

Sięgnęłam po przedmiot i przesunęłam go na przód stolika.

– Co to takiego? – zapytała Chloe.

To była ciężka, czarna machina opatrzona z boku złotym napisem „Singer”, z wychodzącym z tyłu sznurem elektrycznym zakończonym staromodną wtyczką. Z jednej strony miała metalowe koło, a z drugiej misterny mechanizm złożony ze stalowych zacisków, kółek zębatych i igły, przez którą przewleczona była biała nitka biegnąca do szpulki na pionowym bolcu u samej góry całego ustrojstwa.

W moim umyśle narodziło się tyle planów, że głowa z pewnością opuchła mi od nich tak bardzo, iż już żaden kapelusz świata się na nią nie wciśnie.

– To – pogłaskałam czule zaokrąglone linie pięknego starego przedmiotu – jest maszyna do szycia.

6

ierwszego dnia nowego semestru w szkolnym autobusie zawsze panował harmider – dzieciaki wykrzykiwały do siebie obelgi i słowa powitań, rzucały papierowymi samolocikami oraz kulkami, rozlewały kawę i toczyły walki o najlepsze miejsca, a z komórek płynęła kakofonia dźwięków.

Kierująca autobusem kobieta spoglądała na nas, jakbyśmy byli bombą z tykającym zegarem, i rzucała w lusterku wstecznym tyle nerwowych spojrzeń na pasażerski rwetes, że aż chciałam jej przypomnieć, aby patrzyła na drogę.

Normalnie darowałybyśmy sobie z Chloe tę pierwszą przejażdżkę wesołym autobusem i poszły pieszo, ale padało i wiał zimny wiatr. W powietrzu czuć już było jesień.

Jak zawsze Chloe zajęła miejsce przy oknie, a ja obok przejścia, żeby móc wyprostować nogi. Zaczęła szperać w plecaku i wyjęła z niego torebkę cukierków w papierkach.

– Chcesz? – zaproponowała.

– Dzięki, ale jak dla mnie jest trochę za wcześnie na zastrzyk cukru.

Wzruszyła ramionami, odwinęła cukierek, włożyła go sobie do ust i przymknęła oczy z błogim wyrazem twarzy.

– Hej, tak w ogóle to zainstalowałam tę maszynę do szycia na biurku w pokoju. Wpięłam nawet nową wtyczkę.

– Skąd wiedziałaś, jak to się robi?

– Profesor Google.

– Lepiej na nią uważaj, żebyś nie puściła z dymem całej chaty – doradziła. – Jeśli idzie o BHP tego zabytku, to zgadzam się z twoim tatą.

Mój ojciec kręcił nosem, że musi przetransportować tę ciężką maszynę do Baltimore, i bezustannie ostrzegał mnie przed próbą jej uruchomienia, mówiąc: „To coś może spowodować pożar”.

– Zatrzymasz manekina? – zapytała Chloe.

W sklepie ze starociami dorzucili jeszcze gratisowego manekina krawieckiego. Wahałam się, czy go przyjąć, nie tylko dlatego, że musiałybyśmy odbyć z Chloe niewygodną podróż powrotną z ciężką kukłą na kolanach, ale również ze względu na to, że nie lubiłam naruszać prostoty mojej sypialni zbędnymi rzeczami.

– Tak. Jeśli chcę dać maszynie prawdziwą szansę, to chyba będę go potrzebowała.

Chloe skinęła głową, po czym odwróciła się lekko na siedzeniu, posyłając chłopcu za nami zabójcze spojrzenie.

– Hej, trzymaj paluchy z dala od moich włosów, dobra? – powiedziała.

– Przepraszam. – Chłopak nosił wszelkie znamiona pierwszoroczniaka: zbyt schludne ubranie, nerwowo podskakujące jabłko Adama, dłoń mocno zaciśniętą na oparciu naszego siedzenia i pękający w szwach plecak; wziął ze sobą wszystkie książki.

– Nie martw się – próbowałam podnieść go na duchu. – To nie jest zła szkoła, dasz sobie radę.

– Dzięki – oparł z żałośnie wdzięcznym wyrazem twarzy.

– Tak w ogóle to jestem Peyton. Klasa maturalna.

– Will, pierwszoklasista.

– Co ty nie powiesz – ironizowała Chloe.

– A ta życzliwa osóbka to Chloe.

– Cześć – powiedział, zwracając się do tyłu jej głowy.

Chloe znów siedziała przodem do kierunku jazdy, zajadając się cukierkami.

– No cóż, powodzenia – rzuciłam do Willa.

– Jesteś bardzo wysoka – usłyszałam w odpowiedzi.

– Naprawdę? Pierwsze słyszy – bąknęła Chloe.

– Grasz w koszykówkę? Albo w siatkówkę?

– Nie – warknęłam, odwracając się do niego plecami i wciskając w siedzenie.

– A działa? – zapytała mnie Chloe. – Ta zabytkowa maszyna do szycia?

– Tak! Wypróbowałam ją na starej ściereczce do naczyń i tylko dwa razy się zacięła, co równie dobrze mogło być moją winą, bo wciąż uczę się z nią pracować. W książeczce z instrukcją obsługi brakuje kilku kartek.

Tak naprawdę sprawa wyglądała nieco gorzej: wiekowy, pożółkły papier niemalże kruszył się w dłoniach, a strony od 11b do 15c sklejono jakąś obrzydliwą brązową substancją – ale byłam zdeterminowana, by wszystko rozpracować.

– A te wykroje sukienek, które dorzucił sprzedawca, nadają się do czegoś?

– Może – odpowiedziałam wymijająco. Prawdę mówiąc, mogłyby być najlepszymi wykrojami pod słońcem, a ja bym o tym nie wiedziała. W moich oczach stanowiły tajemniczy zbiór kształtów wyciętych z czegoś, co przypominało pergamin do pieczenia pełen dziwnych kropek, kreseczek, strzałek, cyferek i całej masy innych zagadkowych symboli.

To było jak próba odczytania hieroglifów.

– Ale są trochę staromodne. Zacznę chyba od czegoś nowszego, może nawet swojego.

Z leżącej na moich kolanach torby na książki wyjęłam szkicownik, który znalazłam w domu, w szufladzie zapchanej artykułami biurowymi, i pokazałam Chloe moje pierwsze próby projektowania.

– Te rysunki wyglądają całkiem nieźle. Możesz mieć do tego talent – powiedziała, po czym zajrzała do prawie pustej torebki cukierków. – Ostatni. Na pewno nie chcesz?

– Na pewno.

– Ach, karmelowy. Twoja strata.

Mój wzrok spoczął na kwadracie folii w kolorze indygo i kawałku celofanu w srebrne paski, z których Chloe odwinęła ostatniego cukierka.

– A mogę dostać papierki?

– Chcesz moje papierki po cukierkach? – Uniosła brwi, a w jej tonie słychać było niedowierzanie.

– Tak.