Jej wszystkie bale - Julia Quinn - ebook + książka
NOWOŚĆ

Jej wszystkie bale ebook

Julia Quinn

4,1

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Wszystko zmienia się, gdy płomiennoruda Amerykanka rzuca się pod koła powozu, by uratować jego siostrzeńca. Alexander nigdy jeszcze nie spotkał takiej kobiety: odważnej i pełnej temperamentu, stanowczej i słodkiej zarazem. Ale piękna nieznajoma jest służącą, a zatem kimś zupełnie nieodpowiednim dla wysoko urodzonego arystokraty...
Chyba że okazałoby się, że wcale nie jest tym, kim się wydaje... Lecz dlaczego udaje kogoś, kim nie jest?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© MrTrush/Shutterstock

Tytuł oryginału

Splendid

Copyright © 1995 by Julie Cotler.

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7055-5

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Mojej mamie, która zgadzała się włóczyć ze mną po wszystkich księgarniach.

I

Drodzy Czytelnicy!

Doskonale pamiętam, jak zaczynałam pisać Jej wszystkie bale, moją pierwszą powieść. Było lato, właśnie skończyłam college. Przeczytałam już wszystkie romanse moich ulubionych autorów i chciałam więcej. Pewnego dnia jechałam metrem z Cambridge do Bostonu i rozmarzyłam się. Co by było, gdyby Amerykanka przyjechała do Londynu? I gdyby poznała księcia? A gdyby on myślał, że ona jest służącą? I co by się zdarzyło, jeśli odkryłby, kim jest naprawdę? Czy złościłby się? (No, oczywiście, że złościłby się, ale i tak by ją pocałował, prawda?)

Przestałam chodzić do kina i oglądać telewizję. Przestałam nawet czytać! Siedziałam tylko przy komputerze i nie odrywałam rąk od klawiatury, dopóki Emma, Alex i wszyscy ich wścibscy krewni nie ożyli i nie wpadli w sidła miłości. Wtedy kierowała mną tylko bezbrzeżna pasja opowiadania historii i determinacja, by pewnego dnia zobaczyć moje słowa wydrukowane na kartach książki, którą kupiłby ktokolwiek oprócz mojej mamy.

Jej wszystkie bale nie jest może tak zgrabna jak moje dzisiejsze powieści, ale spomiędzy wierszy przebija w niej coś zupełnie wyjątkowego – radość i żywiołowość, które można znaleźć, jak sądzę, tylko w debiutanckich powieściach. Cieszyłam się każdą minutą, którą poświęciłam na pisanie tej książki.

Mam nadzieję, że Jej wszystkie bale sprawi Wam tyle przyjemności, ile sprawiła mnie…

Miłej lektury.

Prolog

Boston, stan Massachusetts Luty 1816 roku

Odsyłasz mnie?

W fiołkowych oczach Emmy Dunster malowało się zaskoczenie i rozczarowanie.

– Po co tak dramatyzować? – odparł jej ojciec. – Oczywiście, że cię nie odsyłam. Po prostu spędzisz rok z kuzynami w Londynie.

– Ale… dlaczego?

John Dunster sprawiał wrażenie zakłopotanego.

– Myślę, że powinnaś zobaczyć trochę świata, to wszystko.

– Ale ja już byłam w Londynie. Dwa razy.

– Cóż, to prawda, ale teraz jesteś starsza…

– Ale…

– Nie rozumiem, dlaczego tak się opierasz. Henry i Caroline kochają cię jak własne dziecko, a ty sama mówiłaś, że bardziej lubisz Bellę i Neda niż swoich znajomych w Bostonie.

– Ale oni są u nas od dwóch miesięcy. Nie zdążyłam się za nimi stęsknić.

John skrzyżował ręce na piersi.

– Płyniesz jutro z nimi i tyle. Jedź do Londynu, Emmo, rozerwij się.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Czy próbujesz wydać mnie za mąż?

– Oczywiście, że nie! Po prostu pomyślałem, że dobrze ci zrobi zmiana otoczenia.

– Nie zgadzam się. Są tysiące powodów, dla których nie powinnam teraz wyjeżdżać z Bostonu.

– Doprawdy?

– Tak. Weźmy na przykład ten dom. Kto będzie nim zarządzał, kiedy wyjadę?

John uśmiechnął się pobłażliwie.

– Emmo, mieszkamy w domu, który ma dwanaście pokojów. Zarządzanie nim nie jest bardzo trudne i nie wątpię, że pani Mullins doskonale sobie z tym poradzi.

– A co z moimi przyjaciółmi? Będę straszliwie za nimi tęsknić. I Stephen Ramsay będzie rozczarowany, jeśli wyjadę tak nagle. Myślę, że zamierza mi się oświadczyć.

– Na miłość boską, Emmo! Przecież ty masz w nosie młodego Ramsaya. Nie powinnaś rozbudzać nadziei w tym biednym chłopcu tylko dlatego, że nie chcesz jechać do Londynu.

– Ale myślałam, że ty chcesz, żebyśmy się pobrali. Jego ojciec to twój najlepszy przyjaciel.

John westchnął.

– Kiedy mieliście dziesięć lat, mogłem sobie wyobrażać wasze małżeństwo w przyszłości. Ale już wtedy było oczywiste, że do siebie nie pasujecie. W ciągu tygodnia doprowadziłabyś go do szaleństwa.

– Twoja troska o jedyne dziecko jest poruszająca – mruknęła Emma.

– A on zanudziłby cię na śmierć – dokończył łagodnie John. – Chciałbym tylko, żeby i Stephen zdał sobie z tego sprawę. I to jeszcze jeden powód, żebyś opuściła Boston na jakiś czas. Kiedy będziesz daleko, on może w końcu poszukać innej kandydatki na żonę.

– Ale ja naprawdę wolę Boston.

– Przecież uwielbiasz Anglię – odparł John z nutą rozdrażnienia w głosie. – Kiedy ostatnio stamtąd wróciliśmy, nie przestawałaś mówić o tym, jak bardzo ci się podobało.

Emma przełknęła ślinę i nerwowo przygryzła dolną wargę.

– A co z firmą? – spytała cicho.

John westchnął ciężko.

– Emmo, Dunster Shipping nie zniknie, kiedy wyjedziesz.

– Ale jeszcze tyle muszę się nauczyć! Jak mam ją kiedyś przejąć, jeśli teraz wszystkiego się nie nauczę?

– Emmo, oboje doskonale wiemy, że nikomu bardziej niż tobie nie chciałbym zostawić firmy. Zbudowałem Dunster Shipping od podstaw i Bóg jeden wie, że chciałbym, żeby firma została w rodzinie. Ale musimy stawić czoło faktom. Większość naszych klientów nie będzie chciała prowadzić interesów z kobietą. A pracownicy nie będą słuchać twoich poleceń. Nawet jeśli nosisz nazwisko Dunster.

Emma zamknęła oczy. Wiedziała, że ojciec ma rację, ale to było tak niesprawiedliwe, że chciało jej się płakać.

– Wiem, że nikt nie pokierowałby lepiej Dunster Shipping – powiedział łagodnie ojciec. – Ale to nie znaczy, że inni są tego samego zdania. Mimo że mnie to złości, muszę pogodzić się z faktem, że firma upadłaby pod twoim kierownictwem. Stracilibyśmy wszystkie kontrakty.

– Tylko dlatego, że jestem kobietą – rzuciła z urazą.

– Obawiam się, że tak.

– Pewnego dnia pokieruję tą firmą. – Jej spojrzenie było śmiertelnie poważne.

– Wielkie nieba, dziewczyno. Nigdy nie rezygnujesz, prawda?

Emma przygryzła dolną wargę.

John westchnął.

– Czy opowiadałem ci, jak zachorowałaś na grypę?

Emma pokręciła głową, zaskoczona tak nagłą zmianą tematu.

– To było tuż po tym, jak choroba zabrała twoją matkę. Miałaś około czterech lat, byłaś takim maleństwem. – Spojrzał z miłością na swoje jedyne dziecko. – Nawet teraz jesteś drobna, ale jako dziecko… byłaś tak maleńka, że nie sądziłem, żebyś miała dość siły do walki z chorobą.

Emma usiadła, wzruszona słowami ojca.

– Ale poradziłaś sobie – powiedział nagle. – I wtedy zrozumiałem, co cię ocaliło. Byłaś po prostu zbyt uparta, żeby umrzeć.

Emma nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

– A ja – mówił dalej ojciec – byłem zbyt uparty, żeby ci na to pozwolić.

Wyprostował się, jakby zawstydził się własnego sentymentalizmu.

– Prawdę mówiąc, możliwe, że jestem jedyną na ziemi osobą bardziej upartą niż ty, moja córko, więc musisz pogodzić się z losem.

Emma jęknęła. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nie uniknie wyjazdu do Anglii. Nie, żeby uważała to za karę. Uwielbiała swoich kuzynów. Bella i Ned byli dla niej jak rodzeństwo, którego nigdy nie miała. Ale mimo wszystko czasem trzeba myśleć o poważnych sprawach, a Emma nie zamierzała rezygnować z Dunster Shipping. Zerknęła na ojca. Siedział za biurkiem z założonymi na piersi rękoma i wydawał się nieprzejednany. Emma westchnęła, godząc się z porażką.

– Och, dobrze. – Wstała, żeby wyjść i zapewne zacząć się pakować, skoro następnego dnia miała wypłynąć na jednym ze statków ojca. – Ale wrócę.

– Nie wątpię w to. I nie zapomnij dobrze się bawić.

Emma posłała ojcu najbardziej psotny ze swoich uśmiechów.

– Doprawdy, papo, czy sądzisz, że odmówiłabym sobie rozrywki w Londynie tylko dlatego, że wolę być gdzie indziej?

– Oczywiście. Głupiec ze mnie.

Emma chwyciła klamkę i uchyliła drzwi.

– W końcu sezon w Londynie zdarza się dziewczynie raz w życiu. Może więc z tego skorzystać, nawet jeśli nie jest najbardziej towarzyską osobą na świecie.

– Och, cudownie! Więc udało ci się ją namówić?! – zawołała siostra Johna, Caroline, hrabina Worth, wchodząc nagle do pokoju.

– Czy nikt ci nie powiedział, że nieładnie jest podsłuchiwać? – spytał łagodnie John.

– Nonsens. Przechodziłam tylko holem i usłyszałam Emmę. Stała przy uchylonych drzwiach. Emmo, a skoro już wszystko załatwione, możesz mi powiedzieć, czy to prawda, co słyszałam, że rozbiłaś nos jakiemuś złodziejowi?

– Ach, to… – Emma zarumieniła się.

– Ach co? – zainteresował się ojciec.

– Zauważyłam, że ktoś próbuje ukraść portfel Nedowi. On i Bella sprzeczali się o coś, jak zwykle, i nawet tego nie zauważył.

– Więc zdzieliłaś złodzieja w nos? Nie mogłaś po prostu krzyknąć?

– Och, na miłość boską, papo. A cóż by to dało?

– Hm, a przynajmniej mocno go walnęłaś?

Emma przygryzła wargę.

– Myślę, że mogłam mu złamać nos.

Caroline jęknęła.

– Emmo – odezwała się cicho. – Wiesz, jak bardzo chcę zabrać cię na sezon do Londynu?

– Wiem. – Caroline była dla niej niemal jak matka. I zawsze starała się ją nakłonić, żeby częściej odwiedzała Londyn.

– I wiesz, że bardzo cię kocham i nie chciałabym niczego w tobie zmieniać?

– Tak – odparła z wahaniem Emma.

– A więc mam nadzieję, że nie obrazisz się, kiedy powiem, że w Londynie dobrze wychowane młode damy nie zwykły bić w nos podejrzanych typów.

– Och, ciociu Caroline, dobrze wychowane młode damy w Bostonie też tego nie robią.

John parsknął.

– A czy przypadkiem udało ci się odzyskać portfel Neda?

Emma próbowała posłać mu potępiające spojrzenie, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Oczywiście.

– Moja dziewczynka. – John rozpromienił się.

1

Londyn, Anglia Kwiecień 1816 roku

Zdajesz sobie sprawę, że jeśli moja matka nas przyłapie, rozpęta się piekło. – Arabella Blydon spojrzała sceptycznie na swój strój. Ona i Emma pożyczyły suknie od swoich pokojówek (które przyjęły to z przerażeniem) i teraz skradały się po schodach w londyńskim domu Belli.

– Jeszcze większe, gdyby usłyszała, że przeklinasz – zauważyła cierpko Emma.

– Doprawdy, nie zamierzam się tym przejmować. Gdybym jeszcze choć przez chwilę miała pilnować układania kwiatów przed twoim przyjęciem, zaczęłabym krzyczeć.

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, kiedy skradamy się na dół.

– Och, bądź już cicho – mruknęła nieuprzejmie Bella.

Emma rozglądała się ciekawie, idąc za kuzynką. Kuchenne schody były niewątpliwie czymś nowym; ona i Bella zwykle korzystały z eleganckich głównych schodów w holu, wyłożonych luksusowymi perskimi dywanami. Tymczasem proste drewniane stopnie tylnych schodów były wąskie, a ściany po prostu pomalowane na biało. Spokojna prostota tej klatki schodowej przywodziła Emmie na myśl jej dom w Bostonie, tak niepodobny do bogatego londyńskiego stylu. Rezydencja Blydonów, położona przy modnym Grosvenor Square, należała do rodziny od ponad stu lat i była pełna bezcennych pamiątek oraz wyjątkowo brzydkich portretów przodków. Emma zerknęła na skromne białe ściany i westchnęła cicho, tłumiąc tęsknotę za ojcem.

– Nie mogę uwierzyć, że skradam się we własnym domu jak złodziej, ukrywając się przed matką – mruknęła Bella, kiedy dotarły do półpiętra. – Szczerze mówiąc, wolałabym zaszyć się w swoim pokoju z książką, ale tam na pewno by mnie znalazła i kazała zająć się przygotowaniem menu.

– To los gorszy od śmierci – skomentowała cicho Emma.

Bella spojrzała na nią ostro.

– Sama już nie wiem, ile razy siedziałam z nią nad tym przeklętym menu. Jeżeli będzie jeszcze raz zadręczać mnie pytaniami o mus z łososia albo kaczkę à l’orange, to naprawdę nie ręczę za siebie.

– Zastanawiasz się nad matkobójstwem?

Bella spojrzała na nią sceptycznie, ale nie odpowiedziała, idąc ostrożnie dalej.

– Patrz, gdzie stajesz, Emmo – szepnęła. – Stopnie pośrodku skrzypią.

Emma natychmiast poszła za radą kuzynki.

– Zgaduję, że często chodzisz po tych schodach?

– Owszem. Dobrze jest móc się poruszać po domu tak, żeby nie wszyscy wiedzieli, co zamierzasz. Ale zwykle nie chodzę ubrana jak moja pokojówka.

– Cóż, jedwabne suknie nie byłyby na miejscu, skoro mamy pomagać kucharce w przygotowaniu potraw na dzisiejszy wieczór.

Bella nie wyglądała na przekonaną.

– Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby doceniła naszą pomoc. Ma dość tradycyjne podejście i uważa, że kuchnia nie jest odpowiednim miejscem dla rodziny. – Mówiąc to, otworzyła z impetem kuchenne drzwi. – Witajcie wszyscy. Przyszłyśmy pomóc.

Wszyscy sprawiali wrażenie przerażonych.

Emma próbowała pospiesznie rozładować napięcie.

– Przydadzą się wam dwie dodatkowe pary rąk, prawda? – Spojrzała na kucharkę i posłała jej promienny uśmiech.

Kucharka krzyknęła i wzniosła ręce do nieba, wzbijając chmurę mąki.

– A cóż wy dwie tutaj robicie?

Jedna z kuchennych przestała na moment ugniatać ciasto i odważyła się zapytać:

– Proszę o wybaczenie, panienki, ale dlaczego jesteście tak ubrane?

– Nie sądzę, żebyście powinny być w mojej kuchni – mówiła kucharka, opierając dłonie na imponujących biodrach. – Będziecie tylko przeszkadzać.

Kiedy żadna z młodych dam nie zdradzała najmniejszej chęci wyjścia, kucharka zacisnęła zęby i machnęła na nie drewnianą łyżką.

– Gdybyście nie zauważyły, mamy tu mnóstwo dodatkowej roboty. A teraz zmykajcie, zanim powiem hrabinie.

Bella wzdrygnęła się na wzmiankę o matce.

– Proszę, pozwól nam zostać. Obiecuję, że nie będziemy przeszkadzać, a na pewno możemy pomóc. I będziemy bardzo cicho.

– To po prostu nie na miejscu, żebyście były tutaj, na dole. Nie macie lepszego zajęcia niż bawić się w służące?

– Raczej nie – odparła szczerze Bella.

Emma uśmiechnęła się do siebie, w duchu przyznając rację kuzynce. Od przyjazdu przed trzema tygodniami, ona i Bella nieustannie coś broiły. Nie, żeby zamierzała pakować się w kłopoty. Po prostu wydawało się, jakby nie miała co robić w Londynie. W domu była zajęta pracą dla Dunster Shipping. Ale w Londynie księgowości nie uważano za zajęcie odpowiednie dla kobiet, a wyglądało na to, że młode angielskie damy nie miały żadnych obowiązków poza przymierzaniem sukien i nauką tańca.

Emma była wprost niewiarygodnie znudzona.

Nie, nie czuła się nieszczęśliwa. Wprawdzie tęskniła za ojcem, ale podobało jej się to, że jest częścią większej rodziny. Ona i Bella zaczęły wkładać wiele wysiłku w wynajdowanie sobie rozrywek. Emma uśmiechnęła się z zawstydzeniem na myśl o ich wyczynach. Z pewnością nie przyszło im do głowy, że bezdomny kotek, którego przyniosły do domu zaledwie dwa tygodnie wcześniej, może mieć pchły. Naprawdę nie mogły przewidzieć, że całe pierwsze piętro rezydencji Blydonów trzeba będzie wyczyścić. I Emma naprawdę nie zamierzała prezentować wszystkim swojej bielizny, kiedy wdrapywała się na drzewo, żeby uratować tego samego kotka.

Właściwie krewni powinni być jej wdzięczni. Kiedy służba pozbywała się pcheł, na cały tydzień wyjechali z Londynu i spędzili cudowne wakacje na wsi; jeździli konno, łowili ryby i całymi nocami grali w karty. Emma nauczyła krewnych grać w pokera – grę, której sama nauczyła się od sąsiadów w Bostonie.

Caroline wzdychała i mawiała, że Emma wywiera zły wpływ. Przed przybyciem Emmy Bella była sawantką. Teraz stała się sawantką i chłopczycą.

– Wielkie nieba – odpowiadała wtedy Emma. – To lepsze niż być tylko chłopczycą, nieprawdaż?

Wiedziała, że może sobie pozwolić na przekomarzanie się z ciotką. Zarówno kiedy Caroline chwaliła, jak i kiedy ganiła Emmę, było oczywiste, jak bardzo ją kocha. Zachowywały się bardziej jak matka i córka niż ciotka i siostrzenica. To dlatego Caroline była tak podekscytowana debiutem Emmy w londyńskim towarzystwie. Wprawdzie wiedziała, że Emma powinna wrócić do ojca w Bostonie, ale miała cichą nadzieję, że zakocha się w jakimś Angliku i osiądzie w Londynie. Może wtedy ojciec Emmy, który urodził się w Anglii i mieszkał tam, dopóki nie ożenił się z Amerykanką, także wróci do Londynu, żeby być bliżej siostry i córki.

Dlatego Caroline postanowiła wydać wielki bal i zaprezentować Emmę w towarzystwie. Bal miał się odbyć właśnie tego dnia wieczorem, a Emma i Bella uciekły do kuchni, żeby nie musieć brać udziału w ostatnich przygotowaniach. Kucharka jednak nic sobie z tego nie robiła i raz po raz powtarzała młodym damom, że plączą jej się pod nogami.

– Proszę, czy możemy wam tutaj pomóc? Tam, na górze, dzieją się straszne rzeczy. – Emma westchnęła. – Nikt nie mówi o niczym innym niż o dzisiejszym balu.

– Cóż, same zobaczycie, że tutaj też tylko o tym się rozmawia, panienko – odparła kucharka, grożąc jej palcem. – Panienki ciotka przyjmuje dziś czterystu gości, a my musimy nakarmić ich wszystkich.

– Właśnie dlatego potrzebujesz naszej pomocy. Od czego mamy zacząć?

– Najbardziej chciałabym, żebyście zniknęły z kuchni, zanim hrabina was tu znajdzie! – wykrzyknęła kucharka. Obie panienki zaglądały już wcześniej do kuchni, ale po raz pierwszy odważyły się przebrać i zaproponowały pomoc. – Nie mogę się doczekać, kiedy już zacznie się sezon i wy obie, nicponie, będziecie miały co ze sobą zrobić.

– Cóż, zaczyna się dziś wieczorem – oznajmiła Bella. – Od balu mamy, na którym przedstawi Emmę w towarzystwie. Więc może dopisze ci szczęście i znajdziemy tylu adoratorów, że nie będziemy miały czasu cię niepokoić.

– Daj Boże… – mruknęła kucharka.

– Ale teraz – wtrąciła się Emma – zlituj się nad nami. Jeśli nie pozwolisz nam pomagać tutaj, ciocia Caroline zapędzi nas znowu do układania kwiatów.

– Proszę – jęknęła przymilnie Bella. – Możemy ci się przydać.

– No, dobrze już – burknęła kucharka.

To prawda. Bella i Emma swoimi szalonymi figlami wprowadzały ożywienie w kuchni. I poprawiały humor kucharce, która jednak nie chciała się do tego przed nimi przyznać.

– Zgaduję, że wy, dwie diablice, będziecie mnie zadręczać przez całe przedpołudnie, dopóki nie ustąpię. Ale Bóg mi świadkiem, że to nie jest rozsądne. Powinnyście się teraz szykować na górze, a nie kręcić mi się po kuchni.

– Ale przecież uwielbiasz nasze urocze towarzystwo, nieprawdaż? – Bella uśmiechnęła się szeroko.

– Urocze towarzystwo, niech mnie gęś kopnie – mruknęła kucharka, wyciągając ze spiżarni worek cukru. – Widzicie te miski, tam na stole? Chcę mieć sześć kubków mąki w każdej. I dwa kubki cukru. Zajmijcie się tym i nie wchodźcie nikomu w drogę.

– Gdzie jest mąka? – spytała Emma.

Kucharka westchnęła i zawróciła do spiżarni.

– Poczekajcie chwilę. Skoro tak bardzo chcecie mi pomagać, to same wyniesiecie te wielkie worki.

Emma parsknęła i bez trudu zaniosła worek z mąką tam, gdzie Bella odmierzała cukier.

Emma także się roześmiała.

– Co za szczęście, że udało nam się uciec przed mamą. Pewnie chciałaby, żebyśmy już zaczęły się ubierać, a przecież do balu zostało jeszcze ponad osiem godzin.

Emma przytaknęła. Szczerze mówiąc, była podekscytowana myślą o swoim pierwszym balu w Londynie. Bardzo chciała już zastosować w praktyce wszystkie te przymiarki sukien i lekcje tańca. Ale ciocia Caroline była perfekcjonistką i wydawała rozkazy niczym generał swoim wojskom. Po całych tygodniach dobierania strojów, kwiatów i muzyki Bella i Emma wolały się trzymać jak najdalej od sali balowej, kiedy matka Belli zajmowała się przygotowaniami. A kuchnia była ostatnim miejscem, w którym Caroline mogłaby ich szukać.

Kiedy zaczęły odmierzać mąkę, Bella spojrzała z powagą na Emmę.

– Jesteś zdenerwowana?

– Przed balem?

Bella skinęła głową.

– Trochę. Wy, Anglicy, potraficie być onieśmielający, z tymi wszystkimi zasadami i etykietą.

Bella uśmiechnęła się współczująco, odgarniając z oczu lok jasnych włosów.

– Poradzisz sobie. Jesteś pewna siebie. Moje doświadczenie mówi, że jeśli zachowujesz się tak, jakbyś wiedziała, co robisz, ludzie ci uwierzą.

– Cóż za mądrość – zauważyła Emma. – Stanowczo za dużo czytasz.

– Wiem. To mnie zgubi. Nigdy – przewróciła oczami z udawanym przerażeniem – nie znajdę męża, jeśli będę wciąż siedzieć z nosem w książce.

– Tak mówi twoja matka?

– Tak, ale ma dobre chęci. Nigdy nie zmusiłaby mnie do małżeństwa. W zeszłym roku pozwoliła mi odrzucić oświadczyny hrabiego Stocktona, a on był uważany za najcenniejszą zdobycz sezonu.

– A co było z nim nie tak?

– Trochę niepokoił go fakt, że lubię czytać.

Emma uśmiechnęła się, nabierając jeszcze odrobinę mąki.

– Powiedział mi, że czytanie nie jest odpowiednie dla kobiecego umysłu – kontynuowała Bella. – Powoduje, że kobiety mają „pomysły”.

– Niech nas Bóg strzeże przed pomysłami.

– Wiem, wiem. Ale powiedział mi też, żebym się nie martwiła, bo na pewno uda mu się uwolnić mnie od tego nawyku, kiedy się pobierzemy.

– Powinnaś była spytać, czy sądzi, że tobie uda się uwolnić go od pyszałkowatości.

– Miałam ochotę tak zrobić.

– Ja bym zapytała.

– Wiem. – Bella uśmiechnęła się, zerkając na kuzynkę. – Masz talent do mówienia tego, co myślisz.

– Czy to komplement?

Bella zastanawiała się przez chwilę, zanim odparła.

– Myślę, że tak. Rudy kolor włosów nie jest bardzo modny, ale nie wątpię, że ty i twój niewyparzony język odniesiecie taki sukces, że za miesiąc usłyszę od Tych, Którzy Są Dobrze Poinformowani, że rude włosy to najnowszy krzyk mody i czyż to nie szczęście dla mojej biednej kuzynki, która ma pecha być Amerykanką.

– Z jakiegoś powodu nie sądzę, żeby tak się stało, ale miło z twojej strony, że tak mówisz. – Emma zdawała sobie sprawę, że nie jest tak piękna jak Bella, ale nie narzekała na swój wygląd i dawno już doszła do wniosku, że skoro nie może być urodziwa, będzie przynajmniej niezwykła. Ned nazwał ją kiedyś kameleonem, zwracając uwagę, że jej włosy wydają się zmieniać kolor przy każdym ruchu głową. Wystarczył promień światła i jej głowa wyglądała jak płomień. A oczy, zwykle fiołkowe, stawały się niemal czarne, gdy wpadała w gniew.

Emma nasypała jeszcze trochę mąki do ostatniej miski i otarła dłonie o fartuszek.

– Kucharko! – zawołała. – Co dalej? Podzieliłyśmy mąkę i cukier.

– Jajka. Po trzy do każdej miski. Ale żadnych skorupek, słyszycie? Jeśli znajdę skorupki w cieście, upiekę wasze głowy.

– Ojej, kucharka jest dziś w złym humorze – parsknęła Bella.

– Wszystko słyszałam, panienki! Nie myślcie, że nie. Skoro już jesteście w mojej kuchni, zabierajcie się do pracy!

– Gdzie są jajka? – Emma zajrzała do skrzyni, w której przechowywano łatwo psujące się produkty. – Nie widzę ich nigdzie.

– Więc pewnie nie szukacie dość dokładnie. Wiedziałam, że wy dwie nie nadajecie się do gotowania. – Kucharka podeszła do skrzyni i otworzyła ją z impetem. Jej poszukiwania okazały się jednak równie bezowocne.

– A niech to. Musiały się skończyć.

Zmarszczyła brwi i huknęła:

– Która to zapomniała kupić jajka?

Jak można było oczekiwać, nikt się nie zgłosił.

Kucharka rozejrzała się po kuchni, a w końcu jej wzrok spoczął na młodziutkiej służącej pochylonej nad stosem jagód.

– Mary! – krzyknęła. – Jeszcze nie skończyłaś ich myć?

Mary wytarła mokre dłonie o fartuch.

– Nie, psze pani. Jeszcze mnóstwo zostało. Nigdy nie widziałam tylu jagód.

– Susie?

Susie stała z rękoma po łokcie w wodzie z mydłem i pospiesznie myła naczynia.

Emma rozejrzała się dookoła. W kuchni był co najmniej tuzin ludzi i wszyscy wyglądali na straszliwie zajętych.

– Po prostu wspaniale – burknęła kucharka. – Jak mam bez jajek przygotować jedzenie dla czterystu osób? I nie ma kto iść po zakupy.

– Ja pójdę – odezwała się Emma.

Kucharka i Bella spojrzały na nią z miną wyrażającą coś między zaskoczeniem a przerażeniem.

– Oszalałaś? – spytała kucharka.

– Emmo, tak się nie robi – powiedziała Bella dokładnie w tym samym momencie.

Emma przewróciła oczami.

– Nie, nie oszalałam i dlaczego nie miałabym pójść po jajka? Poradzę sobie. Poza tym świeże powietrze dobrze mi zrobi. Od rana nie wychodziłam z domu.

– Ale ktoś mógłby cię zobaczyć – zaprotestowała Bella. – Na miłość boską, jesteś cała w mące!

– Bello, jeszcze nikogo nie znam w Londynie. Kto mógłby mnie poznać?

– Ale nie możesz chodzić po mieście ubrana jak służąca.

– Właśnie tak ubrana mogę wyjść – wyjaśniła cierpliwie Emma. – Gdybym włożyła którąś ze swoich sukien, wszyscy zastanawialiby się, dlaczego panna z dobrego domu chodzi bez opieki, nie wspominając o kupowaniu jajek. Ale kiedy będę ubrana jak służąca, nikt nie zwróci na mnie uwagi. Tyle że ty nie możesz iść ze mną. Natychmiast ktoś by cię zauważył.

Bella westchnęła.

– Mama by mnie zabiła.

– Sama widzisz. A skoro kucharka potrzebuje wszystkich do pomocy w kuchni, to nie ma innego wyjścia. – Emma uśmiechnęła się triumfalnie.

Bella nie była przekonana.

– Sama nie wiem, Emmo. To bardzo niestosowne, wypuszczać cię całkiem samą.

Emma fuknęła z irytacją.

– Zobacz zepnę włosy jak nasze pokojówki. – Szybko ułożyła włosy w kok. – I jeszcze trochę posypię się mąką.

– Dość już tego – przerwała jej kucharka. – Nie trzeba marnować więcej dobrej mąki.

– I jak, Bello? Co o tym myślisz?

– Sama nie wiem. Mamie by się to ani trochę nie spodobało.

– Ona nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz?

– Oczywiście. – Bella spojrzała na dziewczyny pracujące w kuchni i pogroziła im palcem. – Ani słowa mojej mamie. Czy wszyscy mnie słyszą?

– Wcale mi się to nie podoba – powiedziała kucharka. – Ani trochę.

– Cóż, chyba nie mamy wielkiego wyboru, prawda? – wtrąciła się Emma. – W każdym razie jeżeli chcemy mieć ciasta na balu. Tymczasem Bella mogłaby się zająć wyciskaniem cytryn, a ja obiecuję, że wrócę, zanim zauważycie, że wyszłam.

To powiedziawszy, Emma wzięła od kucharki kilka monet i zniknęła za drzwiami.

Na ulicy odetchnęła głęboko rześkim wiosennym powietrzem. Wolność! Jak miło wyjść od czasu do czasu z domu kuzynów. Ubrana jak pokojówka, mogła chodzić po ulicach, nie zwracając na siebie uwagi. Po dzisiejszym balu już nigdy nie wyjdzie z domu Blydonów bez przyzwoitki.

Emma skręciła za róg. Niespiesznie szła chodnikiem, zatrzymując się przy sklepowych wystawach. Tak jak się spodziewała, nikt ze spacerujących dam i dżentelmenów nie zaszczycił jej więcej niż przelotnym spojrzeniem.

Nucąc wesoło, weszła na zatłoczone targowisko i kupiła kilka tuzinów jajek. Trochę niewygodnie się je niosło, ale bardzo starała się nie krzywić. Każda służąca była przyzwyczajona do noszenia takich ciężarów, a Emma nie chciała zepsuć swojego przebrania. Poza tym była dość silna i miała do przejścia tylko kilka przecznic.

– Bardzo panu dziękuję – uśmiechnęła się do sprzedawcy i skinęła głową.

Odwzajemnił uśmiech.

– Jesteś tu nowa, co? Mówisz, jakbyś była z Kolonii.

Emma spojrzała na niego zaskoczona.

– Eee, tak, tam się wychowałam, ale już od dawna mieszkam w Londynie – skłamała.

– O, zawsze chciałem zobaczyć Amerykę.

Emma jęknęła w duchu. Wyglądało na to, że sprzedawca ma ochotę na długą pogawędkę, a ona musiała wrócić do domu, zanim Bella zacznie się martwić. Nie przestając się uśmiechać, wycofywała się w kierunku wyjścia.

– Zaglądaj tu czasem, panienko. Mówiłaś, że u kogo pracujesz?

Ale Emma już zniknęła za drzwiami, udając, że nie usłyszała pytania. W drodze do domu miała doskonały humor i pogwizdywała radośnie, pewna, że świetnie sobie poradziła. Szła powoli, pragnąc przedłużyć swoją małą przygodę. Poza tym sprawiało jej przyjemność obserwowanie londyńczyków zajmujących się swoimi codziennymi sprawami. W stroju służącej nikt nie zwracał na nią uwagi i mogła swobodnie przyglądać się ludziom.

Emma zauważyła uroczego, pięcio-, może sześcioletniego chłopca, który wyskoczył z eleganckiego powozu. Trzymał małego pieska i drapał go między uszami. Czarno-biały szczeniaczek odwzajemnił pieszczotę, liżąc po twarzy chłopca, który roześmiał się radośnie, na co jego matka wysunęła głowę z powozu, żeby sprawdzić, co się dzieje. Była piękną kobietą o ciemnych włosach i zielonych oczach.

– Nie ruszaj się stamtąd, Charlie – zawołała do chłopca. – Zaraz będę przy tobie!

Kobieta odwróciła się do wnętrza powozu, najwyraźniej mówiąc coś do kogoś siedzącego obok. Ciemnowłosy chłopczyk przewrócił oczami i przestąpił z nogi na nogę, czekając na matkę.

– Mamo! – zawołał. – Pospiesz się!

Emma uśmiechnęła się, widząc jego zniecierpliwienie. Sądząc z tego, co opowiadał jej ojciec, w dzieciństwie była dokładnie taka sama.

– Chwileczkę, kochanie. Zaraz przyjdę.

Nagle przez ulicę przemknął cętkowany kot. Piesek szczeknął głośno, wyrwał się z ramion Charliego i skoczył za kotem.

– Wellington! – krzyknął Charlie i popędził za psem.

Emma zamarła z przerażenia. Ulicą nadjeżdżała dorożka, a woźnica, pochłonięty rozmową z siedzącym obok niego mężczyzną, nie zwracał uwagi na drogę. Za moment Charlie zostanie stratowany przez konie.

Emma krzyknęła. Nie zastanawiając się ani chwili, upuściła jajka na chodnik i wybiegła na ulicę. Kiedy już zaledwie kilka stóp dzieliło ją od chłopca, rzuciła się, jakby skakała do wody. Przy odrobinie szczęścia uda jej się zepchnąć dziecko z drogi dorożki.

Charlie wrzasnął, nie rozumiejąc, czemu jakaś dziwna kobieta skacze na niego.

Zanim uderzyła o ziemię, Emma usłyszała jeszcze krzyki ludzi.

A potem zrobiło się ciemno.

2

Emma usłyszała głosy, zanim otworzyła oczy.

– Och, Alex – zawodził kobiecy głos. – A gdyby tej dziewczyny tam nie było? Charlie zostałby stratowany! Jestem straszną matką. Powinnam była lepiej go pilnować. Nigdy nie powinnam wypuszczać go z powozu, zanim sama nie wysiądę. Trzeba było zostać na wsi, gdzie nie wpakuje się w żadne kłopoty.

– Uspokój się, Sophie – odparł stanowczo męski głos. – Wcale nie jesteś straszną matką. Ale powinnaś przestać wrzeszczeć, zanim wystraszysz tę biedną dziewczynę.

– Tak, oczywiście – zgodziła się Sophie. Jednak po chwili znowu zaczęła łkać.

– Nie mogę uwierzyć, że coś takiego się wydarzyło. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby Charliemu coś się stało. Chybabym umarła. Tak, na pewno. Umarłabym.

Mężczyzna westchnął ciężko.

– Sophie, proszę, uspokój się. Charliemu nic się nie stało. Słyszysz mnie? Nie ma nawet zadrapania. Musimy po prostu przyjąć do wiadomości, że rośnie, i bardziej na niego uważać.

Emma jęknęła cicho. Wiedziała, że nie powinna udawać nieprzytomnej, ale, szczerze mówiąc, powieki jej ciążyły, a w głowie dudniło.

– Dochodzi do siebie? – spytała Sophie. – Och, Alex, nie wiem, jak jej podziękować. Cóż za dzielna służąca. Może powinnam ją zatrudnić. Może ludzie, dla których pracuje, nie traktują jej dobrze. Serce by mi pękło, gdyby się okazało, że jest źle traktowana.

Alexander Edward Ridgely, książę Ashbourne, westchnął. Jego siostra Sophie zawsze dużo mówiła, ale kiedy była zdenerwowana lub wzburzona, przechodziła samą siebie.

Właśnie wtedy odezwał się Charlie.

– Co się stało, mamo? Dlaczego płaczesz?

Słysząc głos Charliego, Sophie rozpłakała się jeszcze bardziej.

– Och, moje maleństwo – szlochała, przyciskając chłopca do piersi. Ujęła w dłonie jego twarz i zaczęła obsypywać ją głośnymi pocałunkami.

Charlie próbował wyrwać się z objęć matki, ale ta przycisnęła go jeszcze mocniej, aż w końcu syknął:

– Mamo, przestań. Wujek Alex pomyśli, że jestem maminsynkiem!

Alex parsknął.

– Nigdy w życiu, Charlie. Czyż nie obiecałem, że nauczę cię grać w wista? Wiesz przecież, że nie gram w karty z maminsynkami.

Charlie przytaknął energicznie, a wtedy matka nagle go puściła.

– Uczysz mojego syna grać w wista? – zapytała ostro, pociągając nosem. – Doprawdy, Alex, przecież on ma dopiero sześć lat!

– Moim zdaniem nigdy nie jest za wcześnie na naukę. Prawda, Charlie?

Charlie wyszczerzył się w szerokim, bezzębnym uśmiechu.

Sophie westchnęła, porzucając nadzieję, że uda jej się zapanować nad bratem i synem.

– Jesteście dranie. Obaj!

Alex parsknął śmiechem.

– To oczywiste. W końcu jesteśmy spokrewnieni.

– Wiem, wiem. Tym gorzej. Ale dość tego. Powinniśmy się zająć tą biedną dziewczyną. Myślisz, że nic jej nie będzie?

Alex wziął Emmę za rękę i wyczuł na nadgarstku równy, miarowy puls.

– Wszystko będzie dobrze, jak sądzę.

– Dzięki Bogu.

– Chociaż jutro może ją cholernie boleć głowa.

– Alex, cóż to za język?!

– Sophie, nie udawaj skromnisi. To do ciebie nie pasuje.

Sophie uśmiechnęła się blado.

– Tak, tak przypuszczam. Ale wydaje mi się, że powinnam coś powiedzieć, kiedy przeklinasz.

– Skoro naprawdę musisz coś powiedzieć, to czemu też nie zaklniesz?

W połowie tej przekomarzanki Emma cicho jęknęła.

– Oj! Ona odzyskuje przytomność! – zawołała Sophie.

– A kto to jest? – spytał nagle Charlie. – I dlaczego na mnie skoczyła?

Sophie prawie zaniemówiła z oburzenia.

– Nie wierzę, że to powiedziałeś. Omal nie rozjechała cię dorożka. Gdyby ta miła pani cię nie uratowała, mógłbyś zginąć!

Usta Charliego ułożyły się w wielkie o.

– Pomyślałem, że może jest trochę szalona.

– Co! – wrzasnęła Sophie. – Chcesz powiedzieć, że w ogóle nie widziałeś dorożki? Musisz nauczyć się bardziej uważać.

Od krzyków Sophie Emmę jeszcze bardziej rozbolała głowa. Jęknęła znowu, marząc o choćby kilku minutach zupełnej ciszy.

– Bądź cicho, Sophie – odezwał się Alex. – Widać, że twoje wrzaski jej przeszkadzają. Potrzebuje trochę spokoju, zanim głowa przestanie ją boleć na tyle, że będzie mogła otworzyć oczy.

Emma westchnęła. Najwyraźniej choć jedna osoba w tym powozie zachowała zdrowy rozsądek.

– Wiem, wiem. Staram się, naprawdę. Tylko…

– Posłuchaj, Soph – przerwał jej Alex. – Może pójdziesz kupić trochę jajek, żeby zrefundować jej te, które upuściła na ziemię? Wygląda na to, że prawie wszystkie się potłukły.

– Chcesz, żebym poszła kupować jajka? – Sophie zmarszczyła brwi, rozważając ten niecodzienny pomysł.

– Sophie, kupowanie jajek nie może być aż tak trudne. Przypuszczam, że są ludzie, którzy robią to codziennie. Widziałem sklep zaledwie kilka przecznic stąd. Weź ze sobą mojego stangreta. On poniesie zakupy.

– Nie jestem pewna, czy to wypada, żebyś został z nią sam w powozie.

– Sophie – wycedził przez zęby Alex. – To tylko służąca. Nikt nie będzie oczekiwał, żebym się z nią ożenił dlatego, że spędziliśmy kilka minut sam na sam. Na miłość boską, po prostu idź i kup te cholerne jajka!

Sophie ustąpiła. Wiedziała, że lepiej nie wystawiać na próbę cierpliwości brata.

– Och, już dobrze. – Zaczęła ostrożnie wysiadać z powozu.

– Zabierz ze sobą chłopca! – zawołał za nią Alex. – I tym razem miej go na oku!

Sophie pokazała mu język i wzięła Charliego za rączkę.

– Pamiętaj, Charlie, żeby zawsze rozejrzeć się w obie strony, zanim wejdziesz na ulicę.

Alex uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynę wyciągniętą na siedzeniu powozu. Nie wierzył własnym oczom, kiedy zobaczył, jak popędziła ulicą i wypchnęła Charliego spod kół powozu. Odwaga nie była czymś, co często widywał u kobiet, ale ta tajemnicza młoda służąca niewątpliwie wykazała się wielką odwagą. Coś w niej go pociągało – musiał to przyznać. I nie był pewien dlaczego. Z pewnością nie była w jego typie. Cóż, właściwie nie potrafiłby określić swojego typu, jeśli idzie o kobiety, ale był niemal pewien, że nie byłaby to ta drobna rudowłosa dziewczyna. A jednak wiedział, że w niczym nie przypomina kobiet, z którymi zwykle miewał kontakt. Nie potrafił sobie wyobrazić żadnej z nieustannie podsuwanych mu przez matkę młodych dam z towarzystwa, która naraziłaby życie, żeby ratować Charliego. Ale to samo dotyczyło bardziej dojrzałych kobiet, z którymi spędzał zwykle wieczory. Ta niezwykła kobieta zaintrygowała go.

A teraz leżała nieprzytomna, po tym jak z przyprawiającym o mdłości hukiem uderzyła głową o bruk. Alex spojrzał na nią i odgarnął jej z oczu kosmyk kasztanowych włosów. Znowu jęknęła, a Alex doszedł do wniosku, że nigdy nie słyszał tak miłego dla ucha dźwięku.

Niech to diabli, co z nim nie tak? Dobrze wiedział, że nie powinien pozwalać sobie na romantyczne myśli o jakiejś służącej. Parsknął, zdegustowany ogarniającymi go pierwotnymi instynktami. Nie mógł zaprzeczyć, że ta młoda kobieta wywarła na nim głębokie wrażenie. Serce zaczęło mu bić szybciej, kiedy zobaczył ją leżącą bez życia na ulicy, i uspokoił się dopiero, gdy upewnił się, że nic jej nie grozi. Sprawdził, czy żadna kość nie jest złamana, po czym wziął ją na ręce i ostrożnie zaniósł do powozu. Była drobna i lekka jak piórko.

Sophie oczywiście nie przestawała lamentować. Całe szczęście, że udało mu się wysłać siostrę po jajka. Jej szlochy doprowadzały go do szaleństwa, ale przede wszystkim chciał być sam na sam z tą dziewczyną, kiedy się ocknie.

Alex ukląkł obok niej na podłodze.

– No dalej, moja droga – powiedział, muskając wargami jej skroń. – Pora otworzyć oczy. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jaki mają kolor.

Emma znowu jęknęła, czując na policzku jego dużą dłoń. Nieznośny ból głowy zaczął ustępować i westchnęła z ulgą. Jej powieki zatrzepotały i na moment oślepiły ją promienie słońca sączące się przez okna powozu.

– Aaach – jęknęła, zamykając oczy.

– Czy światło ci przeszkadza? – Alex zerwał się na równe nogi, zasunął zasłony i natychmiast wrócił do niej.

Emma odetchnęła głęboko i otworzyła oczy. Jakiś mężczyzna wpatrywał się w nią z napięciem. Gruby lok czarnych jak noc włosów opadł mu zawadiacko na czoło. Emma miała ochotę unieść rękę i sprawdzić, czy jest tak miękki, na jaki wygląda. Znowu dotknął jej policzka.

– Wystraszyłaś nas. Prawie dziesięć minut byłaś nieprzytomna.

Emma spojrzała na niego półprzytomnie. Brakowało jej słów. To przez tego mężczyznę; był zbyt przystojny i stanowczo zbyt blisko niej.

– Czy umiesz mówić, kochanie?

Emma otworzyła usta.

– Zielone. – Tylko tyle zdołała powiedzieć.

Ależ mam szczęście, pomyślał Alex. Najpiękniejsza służąca w całym Londynie trafia do mojego powozu i okazuje się zupełną wariatką. Przyjrzał jej się badawczo i spytał:

– Co powiedziałaś?

– Masz zielone oczy – odezwała się zdławionym głosem.

– Tak, wiem. Prawdę mówiąc, od wielu lat. Przypuszczam, że od kiedy się urodziłem.

Emma zamknęła oczy. Wielkie nieba, czy naprawdę powiedziała mu, że jego oczy są zielone? To chyba najgłupsza rzecz, jaką mogła powiedzieć. To oczywiste, że wie, jaki ma kolor oczu. Kobiety z pewnością prześcigają się w komplementowaniu jego urzekającego spojrzenia. Ale był tak blisko, wpatrywał się w nią tak intensywnie, że jego wzrok wręcz hipnotyzował. Emma postanowiła zrzucić winę za swoje chwilowe zidiocenie na nieznośny ból głowy.

Alex parsknął śmiechem.

– Cóż, chyba powinniśmy się cieszyć, że wypadek nie pozbawił cię zdolności rozróżniania kolorów. A teraz, czy możesz mi powiedzieć, jak masz na imię?

– Emm.. hm… – zakrztusiła się Emma. – Meg. Mam na imię Meg.

– Miło mi cię poznać, Meg. Ja nazywam się Alexander Ridgely, ale możesz mi mówić po prostu Alex. Albo, jeśli wolisz, Ashbourne, jak wielu moich przyjaciół.

– Dlaczego? – Emma spytała, zanim zdążyła pomyśleć. Służące nie powinny zadawać pytań.

– To mój tytuł. Jestem księciem Ashbourne.

– O.

– Masz interesujący akcent, Meg. Czy przypadkiem pochodzisz z Kolonii?

Emma się skrzywiła. Nie znosiła, kiedy Anglicy nazywali jej kraj Koloniami.

– Pochodzę ze Stanów Zjednoczonych Ameryki – odparła ostro, znowu zapominając o swoim przebraniu. – Jesteśmy niepodlegli już od kilkudziesięciu lat i nie powinniście mówić o nas jako o swoich koloniach.

– Czuję się przywołany do porządku. Masz absolutną rację, moja droga, i muszę powiedzieć, że cieszę się, widząc, jak odzyskujesz siły.

– Przepraszam, wasza miłość. Nie powinnam była tak się do pana odzywać.

– Proszę, Meg, oszczędź mi tego teatru. Przecież widzę, że nie jesteś ani trochę potulna. A po tym, jak uratowałaś życie mojemu siostrzeńcowi, możesz mówić do mnie, jak chcesz.

Emma osłupiała. Zupełnie zapomniała o chłopcu.

– Czy nic mu się nie stało? – spytała z niepokojem.

– Wszystko dobrze. Nie musisz się o niego martwić. To raczej ja martwię się o ciebie.

– Nic mi nie jest, naprawdę. Ja… ja chyba powinnam już wracać.

Wielkie nieba znowu pogłaskał ją po policzku, a ona nie potrafiła zachować jasności myśli, kiedy czuła jego dotyk. Nie odrywała wzroku od jego pełnych ust i zastanawiała się, jak to by było, poczuć je na swoich wargach. Emma jęknęła i zarumieniła się zawstydzona tak skandalicznymi myślami.

Alex natychmiast zwrócił uwagę na jęk i w jego oczach pojawił się niepokój.

– Na pewno czujesz się już dobrze, kochanie?

– Nie sądzę, żeby powinien pan tak mnie nazywać.

– Ja uważam, że powinienem.

– To jest niestosowne.

– Rzadko zachowuję się stosownie, Meg.

Ledwie te słowa dotarły do Emmy, Alex przystąpił do demonstracji, jak bardzo potrafi być niestosowny. Zamarła, kiedy błyskawicznym ruchem wpił jej się w usta. Trwało to zaledwie moment, lecz wystarczyło, żeby Emmie zabrakło tchu i poczuła mrowienie w całym ciele. Patrzyła w osłupieniu na Aleksa, niepewna siebie, nie rozumiejąc dziwnych uczuć, które owładnęły jej ciało.

– To tylko przedsmak tego, co jeszcze przyjdzie, kochanie – szepnął namiętnie Alex.

Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy. Dostrzegł malujący się na jej twarzy lęk i niepokój i natychmiast pożałował swojego postępowania. Oderwał się od niej i usiadł na poduszkach naprzeciwko. Jego oddech był nierówny i przyspieszony. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej jeden pocałunek wywarł na nim aż takie wrażenie. Tym bardziej taki krótki, delikatny pocałunek. Ich wargi niemal się nie dotknęły, ledwie musnęły. A jednak ogarnęło go pożądanie i chciał… Cóż, wolał nie myśleć o tym, czego chciał, ponieważ był pewien, że wtedy poczułby się jeszcze gorzej.

Podniósł wzrok i zauważył, że Meg wpatruje się w niego wielkimi, niewinnymi oczami. Do diabła, zapewne zemdlałaby, gdyby poznała jego myśli. Nie powinien zadawać się z taką dziewczyną. Wyglądała na nie więcej niż szesnaście lat. Zaklął pod nosem. Pewnie co niedziela chodziła do kościoła.

Emma usiadła i potarła skronie, czując ogarniającą ją falę mdłości.

– Myślę, że powinnam wracać do domu – powiedziała, stawiając stopy na podłodze powozu i sięgając do drzwi. Kuzyni ostrzegali ją, że ulice Londynu są niebezpieczne, ale nie wspominali o zagrożeniach czyhających w powozach arystokratów.

Alex chwycił ją za nadgarstek, zanim zdążyła dotknąć klamki. Delikatnie posadził ją na poduszce.

– Nigdzie nie pójdziesz. Przed chwilą mocno uderzyłaś się w głowę i możesz zemdleć w drodze. Za chwilę cię odwiozę. Poza tym moja siostra poszła kupić jajka, więc musimy poczekać, aż wróci.

– Jajka. – Emma westchnęła, opierając czoło na ręce. – Zapomniałam. Kucharka mnie zamorduje.

Alex zmrużył oczy. Czyżby obawy Sophie były uzasadnione? Czy Meg była źle traktowana przez swojego pracodawcę? Nie zamierzał siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak ktoś krzywdzi tę delikatną dziewczynę. Raczej sam ją zatrudni, niż pozwoli, żeby wróciła do tej bolesnej egzystencji.

Alex westchnął, czując znowu ogarniającą go falę pożądania. Oczywiście nie mógłby jej zatrudnić. W kilka dni znalazłaby się w jego łóżku. Sophie miała rację. Meg może dla niej pracować. Tam będzie bezpieczna przed takimi jak on. Wielkie nieba, był oszołomiony własną rycerskością. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio niepokoił się o kobietę – oczywiście z wyjątkiem matki i siostry, które uwielbiał.

Cały Londyn wiedział od dawna, że Alex jest zatwardziałym kawalerem. Wiedział, że kiedyś w końcu będzie musiał się ożenić, choćby po to, żeby spłodzić dziedzica, ale nie widział powodu, żeby spieszyć się z ponoszeniem takiej ofiary. Trzymał się z dala od dam z wyższych sfer, preferując towarzystwo kurtyzan i śpiewaczek operowych. Nie miał cierpliwości do londyńskich elit i zupełnie nie ufał kobietom. A mimo to damy tłoczyły się wokół niego na wszystkich przyjęciach, na których się pojawiał, traktując jego wyniosły sposób bycia i cynizm jako wyzwanie. Alex rzadko myślał życzliwie o którejkolwiek z tych kobiet. Jeśli jakiejś damie zdarzyło się z nim flirtować, zakładał, że albo jest beznadziejnie głupia, albo dokładnie wie, czego – a właściwie kogo – chce. Czasami dzielił z nimi łoże, ale nic poza tym.

Podniósł wzrok. Meg wciąż siedziała wyprostowana, z rękoma skromnie złożonymi na kolanach.

– Nie musisz się bać, Meg. Nie pocałuję cię już więcej.

Emma spojrzała na niego szeroko otwartymi fiołkowymi oczami. Nie powiedziała nic. Prawdę mówiąc, nie sądziła, że byłaby w stanie wykrztusić składne zdanie.

– Powiedziałem, że nie musisz się bać, Meg – powtórzył Alex. – Twoja cnota jest przy mnie bezpieczna. Przynajmniej przez kilka najbliższych minut.

Emma aż otworzyła usta, słysząc taką bezczelność. Po czym, zdegustowana, zacisnęła je i odwróciła wzrok.

Alex westchnął, obserwując jej pełne wargi. Wielkie nieba, była olśniewająca. Jej włosy, lśniące jak miedź w promieniach słońca, teraz, kiedy zasłonił okna, stały się ciemnokasztanowe. A oczy… najpierw sądził, że są niebieskie, potem fioletowe, a teraz wydawały się całkiem czarne.

Emma czuła się, jakby miała eksplodować, rozwścieczona przez tego aroganckiego, apodyktycznego mężczyznę. Wzięła głęboki oddech, starając się zapanować nad gniewem, który stał się już słynny w dwóch domach, na dwóch kontynentach. Przegrała tę bitwę.

– Naprawdę nie sądzę, że powinien pan mówić do mnie w tak skandaliczny sposób. To nie w porządku, że wykorzystuje pan tak podstępnie moją słabość, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że jedynym powodem, dla którego siedzę tutaj z bolącą głową, nie wspominając o towarzystwie najgorszego gbura, jakiego kiedykolwiek miałam nieszczęście spotkać, jest to, że zaopiekowałam się pańskim siostrzeńcem, kiedy pan i pańska siostra byliście zbyt beztroscy, żeby się nim zająć jak należy.

Emma opadła na oparcie, zadowolona ze swojej przemowy, i posłała mu piorunujące spojrzenie.

– Masz niezwykle bogate słownictwo, Meg – powiedział powoli. – Gdzie nauczyłaś się tak dobrze mówić?

– To nie pana interes – fuknęła Emma, rozpaczliwie starając się wymyślić jakąś wiarygodną historię.

– Ale mnie to niebywale interesuje. Chyba możesz się ze mną podzielić jakimiś ciekawostkami ze swojej przeszłości?

– Jeśli musi pan wiedzieć, moja matka pracowała jako opiekunka trójki dzieci. Ich rodzice byli bardzo mili i pozwolili, żebym uczyła się razem z nimi.

– Rozumiem. Jakże uprzejme z ich strony.

Emma westchnęła i przewróciła oczami, słysząc sarkazm w jego głosie.

– Alex! – rozległ się przenikliwy głos. – Wróciłam. Mam dwanaście tuzinów jajek. Mam nadzieję, że to wystarczy.

Emma zamarła. Dwanaście tuzinów. W żaden sposób nie poradzi sobie z zaniesieniem ich do domu. Teraz będzie musiała pozwolić, żeby książę ją odwiózł.

Drzwi otworzyły się szeroko i stanęła w nich Sophie.

– Och, ocknęłaś się! – wykrzyknęła, patrząc na Emmę. – Nie wiem, jak ci dziękować.

Sophie wzięła Emmę za rękę.

– Jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić, proszę, powiedz. Nazywam się Sophie Leawood, jestem hrabiną Wilding, zawsze będę twoją dłużniczką – powiedziała wsuwając jej w dłoń wizytówkę. – Weź ją. Tu jest mój adres, możesz przyjść w każdej chwili, w dzień czy w nocy, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

Nie dawała nikomu dojść do słowa.

– Ojej, gdzie moje maniery. Jak się nazywasz?

– Ma na imię Meg – odparł Alex. – I nie uznała za stosowne wyjawić nam swojego nazwiska.

Emma parsknęła. Nie pytał o jej nazwisko.

– Nieważne, moja droga – mówiła Sophie. – Nie musisz nam nic mówić, jeśli nie chcesz…

Emma spojrzała triumfalnie na Aleksa.

– …ale pamiętaj, że będę twoją przyjaciółką i zawsze możesz na mnie liczyć.

– Bardzo pani dziękuję – odezwała się cicho Emma. – Na pewno będę pamiętać. Ale naprawdę chciałabym już wrócić. Nie ma mnie już dość długo i kucharka będzie się niepokoić.

– Może mogłabyś nam powiedzieć, gdzie pracujesz? – wtrącił Alex.

Emma spojrzała na niego obojętnym wzrokiem.

– Przecież gdzieś pracujesz? Nie zamierzałaś sama zjeść wszystkich tych jajek?

Niech to, znowu zapomniała o maskaradzie.

– Eee, pracuję dla hrabiego i hrabiny Worthów.

Alex znał adres i wydał polecenie woźnicy. Sophie nie przestawała mówić przez całą, na szczęście dość krótką, drogę do rezydencji Blydonów.

Emma niemal wyskoczyła z powozu.

– Zaczekaj! – zawołali za nią równocześnie Alex i Sophie.

Sophie dobiegła do niej pierwsza.

– Muszę ci podziękować. Nie darowałabym sobie, gdybym tego nie zrobiła. – Sięgnęła do uszu, szybko zdjęła kolczyki ze szmaragdami i diamentami i wcisnęła je w dłoń Emmy. – Proszę, weź je. Wiem, że to drobiazg, ale mogą ci pomóc, jeśli będziesz w potrzebie.

Emma była oszołomiona. Nie mogła przecież powiedzieć tej kobiecie, że jest jedyną spadkobierczynią ogromnej firmy transportowej, a jednocześnie widziała, że Sophie rozpaczliwie pragnie coś jej podarować, żeby wyrazić wdzięczność.

– Niech cię Bóg Błogosławi. – Sophie pocałowała Emmę w policzek i wróciła do powozu.

Emma podeszła do woźnicy i wzięła od niego jajka. Uśmiechnęła się do Sophie i skierowała do bocznego wejścia do rezydencji.

– Nie tak szybko, kochanie. – Alex całkiem niespodziewanie pojawił się u jej boku. – Ja to zaniosę.

– Nie! – krzyknęła Emma nieco zbyt ostro. – To znaczy… naprawdę wolałabym nie. Nikt nie będzie miał pretensji, jeśli opowiem, co się stało, ale nie spodoba im się, że sprowadzę obcego mężczyznę do kuchni.

– Nonsens – rzucił Alex z niezachwianą pewnością kogoś, kto przywykł do tego, że jego polecenia są wykonywane.

Emma odsunęła się od niego. Jeżeli odprowadzi ją do domu, a Bella, którą niewątpliwie zna, zwróci się do niej prawdziwym imieniem, rozpęta się piekło.

– Proszę. Proszę już iść. Będę miała kłopoty, jeśli pan nie pójdzie.

Alex zobaczył lęk w jej oczach i znowu zaczął się zastanawiać, czy nie jest tu źle traktowana. Jednak nie chciał, żeby miała problemy z jego powodu.

– Dobrze więc. – Ukłonił się. – To była przyjemność poznać cię, droga Meg.

Emma odwróciła się i pobiegła do drzwi dla służby, wciąż czując na plecach gorące spojrzenie Aleksa. Kiedy w końcu wpadła do kuchni, czuła się, jakby uciekła z czyśćca.

– Emma! – zawołali wszyscy jednocześnie.

– Gdzie byłaś? – zapytała stanowczo Bella. – Umieraliśmy z niepokoju.

Emma westchnęła i postawiła na stole worek z jajami.

– Czy możemy porozmawiać o tym później? – Spojrzała znacząco na służące, które wpatrywały się w nią, nie kryjąc zainteresowania.

– Dobrze – ustąpiła Bella. – Chodźmy od razu na górę.

Emma jęknęła. Nagle poczuła zmęczenie, znowu rozbolała ją głowa, nie miała pojęcia, co zrobić z tymi przeklętymi kolczykami i…

– Wielkie nieba! – wrzasnęła Bella. Emma, jej pełna energii kuzynka, zemdlała.

3

Alex stał przed rezydencją Blydonów, wpatrując się w wejście dla służby. Zobaczył przerażenie w oczach Meg, zanim zgodził się nie odprowadzać jej do środka. Zmarszczył brwi, kiedy pomyślał, że może zostać ukarana za to, że zbyt późno wróciła z zakupów. Wprawdzie kilka razy spotykał się z hrabią i hrabiną Worth, ale właściwie niewiele o nich wiedział. Nie miał pojęcia, jak zarządzali swoim domem. Niektórzy ludzie z wyższych sfer tratowali służbę po prostu haniebnie. I chociaż nie chciał uwierzyć, że czuje do Meg cokolwiek więcej niż pożądanie, był poruszony myślą, że mogłaby zostać wyrzucona z pracy albo pobita. Miał ogromną ochotę wkroczyć do kuchni Blydonów i upewnić się, czy Meg jest traktowana jak bohaterka, którą była. Alex westchnął, nieco zirytowany tym, jak bardzo go to niepokoi. Wcale nie był pewien, czy Meg całkiem doszła do siebie po upadku. Tak naprawdę najbardziej chciałby wziąć ją na ręce, zanieść do jej pokoju i położyć do łóżka z zimnym kompresem na głowie. Westchnął na myśl o tym. Gdyby udało mu się położyć ją w łóżku, nie sądził, żeby udało mu się powstrzymać przed położeniem obok niej.

– Alex! – Sophie wysunęła głowę z powozu. – Na co czekasz?

Alex oderwał wzrok od rezydencji.

– Nic, Soph – odparł. – Nic takiego. Myślisz, że nic jej nie będzie? Jakimi ludźmi są hrabia i hrabina Worth?

– O, są uroczy. Spotykałam ich kilka razy na przyjęciach.

– Ja też, do diabła, ale to nie czyni ich wzorem wszelkich cnót.

Sophie westchnęła i przewróciła oczami.

– Gdybyś kiedykolwiek został dłużej niż minutę na przyjęciach, na które zabieramy cię z mamą, wiedziałbyś, że Blydonowie są po prostu cudowni. Bardzo mili i zupełnie nie sztywni. Mama przepada za lady Worth. Myślę, że spotykają się co najmniej co drugi tydzień. Myślę, że nie musimy się martwić o Meg, skoro już wiemy, że u nich pracuje. Lady Worth nie pozwoliłaby, żeby ktoś był źle traktowany w jej domu.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz. Mamy wielki dług wobec Meg. Możemy zrobić dla niej przynajmniej tyle, żeby zadbać o jej bezpieczeństwo.

– Nie myśl, że o tym nie wiem, drogi bracie. Zamierzam jeszcze w tym tygodniu odwiedzić lady Worth i opowiedzieć jej, jak Meg uratowała Charliego. Jestem pewna, że nie pozostawi takiego aktu odwagi bez nagrody.

Alex wsiadł do powozu, zajął miejsce na pluszowych poduszkach i ruszyli.

– Oczywiście poszłabym wieczorem, ale naprawdę nie czuję się na siłach.

– Dokąd wybierasz się wieczorem?

– Doprawdy, Alex, powinieneś zwracać większą uwagę na to, co się dzieje. Lady Worth wydaje dziś wielkie przyjęcie. Na pewno jesteś zaproszony. Zawsze jesteś zapraszany, nawet jeśli nigdzie nie bywasz. Jeżeli nie zaczniesz…

– Oszczędź mi wykładu na temat małżeństwa i potomka. Słyszałem to już i nie jestem zainteresowany.

Sophie posłała mu spojrzenie pełne irytacji.

– Kiedy to wszystko prawda, a wiesz równie dobrze jak ja, że nie możesz wiecznie być kawalerem. Wciąż hulasz ze swoimi przyjaciółmi, równie zepsutymi jak ty.

Alex uśmiechnął się szelmowsko.

– Ależ Soph, nie narzekam na brak kobiecego towarzystwa.

– Ooo, mówisz tak tylko po to, żeby mnie zdenerwować. Dobrze o tym wiem. Te kobiety w ogóle nie są warte wspominania w mojej obecności.

– Te kobiety, jak to subtelnie ujęłaś, nie chcą ode mnie niczego oprócz kilku błyskotek i właśnie dlatego to z nimi sypiam. One są przynajmniej uczciwe w swoich materialistycznych pragnieniach.

– I znowu! Wiesz dobrze, jak nie cierpię słuchać o twoich namiętnych romansach. Przysięgam, Alex, strzelę cię w ucho.

– Skończ już to przedstawienie, Sophie. Oboje wiemy, że uwielbiasz słuchać o moich tak zwanych namiętnych romansach. Jesteś tylko zbyt pruderyjna, żeby się do tego przyznać.

Sophie oklapła pokonana, a Alex arogancko uniósł jedną brew. Miał rację. Rzeczywiście lubiła słuchać o jego przygodach – miłosnych i innych. Nie chciała mu tylko dawać satysfakcji, przyznając się do tego. Poza tym jak miałaby prowadzić swoją krucjatę, aby go ożenić, gdyby wiedział, jak bardzo fascynuje ją jego styl życia? Mimo to postanowiła podjąć ostatnią próbę.

– Wiesz, że będziesz potrzebował dziedzica, Alex?

Alex nachylił się ku siostrze i uśmiechnął szelmowsko.

– Przypuszczam, że będę w stanie spłodzić syna jeszcze przez jakieś dziesięć, może nawet piętnaście lat. Ale jeśli chcesz, z przyjemnością dam ci nazwisko i adres mojej ostatniej kochanki. Ona z pewnością zgodzi się poświadczyć moją jurność.

– Mamo, co to jest jurność? – zainteresował się Charlie.

– Nic, czym musiałbyś się przejmować jeszcze przez wiele lat – odparła beztrosko Sophie. Po czym dodała szeptem: – Alex, naprawdę musisz przy nim uważać na słowa. On cię wprost ubóstwia. I najprawdopodobniej przez najbliższy miesiąc będzie opowiadał o twojej jurności wszystkim pokojówkom.

Alex parsknął śmiechem.

– Dobrze, niech to diabli. Będę się gryzł w język, choćby po to, żeby uchronić twoją służbę przed jego rozbuchanymi żądzami. A teraz czy byłabyś tak miła i powiedziała mi coś więcej o tym wieczornym balu?

Sophie uniosła brwi.

– Czyżbyśmy się nagle zainteresowali życiem towarzyskim?

– Chcę tylko sprawdzić, co z Meg. Pójdę jak zwykle na kwadrans i zniknę.

– Lady Worth chce zaprezentować swoją amerykańską bratanicę – wyjaśniła Sophie. – Słyszałam, że to będzie wielkie wydarzenie.

– Więc czemu nie pójdziesz?

– Po prostu wydaje mi się, że nie powinnam, kiedy nie ma Olivera, a poza tym – uśmiechnęła się wstydliwie i poklepała po brzuchu – znowu jestem przy nadziei.

– A niech cię, nic nie mówiłaś! To wspaniale! – Alex uśmiechnął się szeroko i czule objął siostrę.

Choć sam nie zamierzał się żenić ani mieć dzieci, uwielbiał spędzać czas z Charliem i zachwyciła go perspektywa nowego siostrzeńca lub siostrzenicy.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział, gdy powóz zatrzymał się przed domem Sophie. – Uważaj na siebie. I nie przemęczaj się. – Pocałował ją w policzek i pomógł wysiąść z powozu.

– Jeszcze nic nie widać i wcale nie czuję się źle.

– Oczywiście, moja droga, ale powinnaś być ostrożna. Przejażdżki po parku z pewnością nie wchodzą w grę.

Sophie uśmiechnęła się widząc troskę brata.