Jej portret - Anna H. Niemczynow - ebook
Opis

Maja Preis jest spełnioną kobietą. Odniosła zawodowy sukces, ma wspaniałą rodzinę i piękny dom. W pogoni za inspiracją, znudzona życiem, wyrusza w samotną podróż. Nieoczekiwanie spotyka miłość sprzed lat. Odżywają dawne wspomnienia i tęsknota za wyidealizowanym uczuciem. Maja staje przed trudnym wyborem. Jej serce rozpada się na milion kawałków, które próbuje pozbierać, aż w końcu nie ma już odwrotu…


Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt. Bo tego nie wiesz nawet sama Ty…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Przemysława, z wyrazami miłości…

Miłość jest szczęściem.

Ile dni będzie ono trwało, zależy od nas.

To zupełnie jak poezja – dajmy jej szansę tworzenia bez ograniczeń.

Napisane dawno temu w starym pamiętniku…

ROZDZIAŁ 1

DOM

Nowo otwarty plik zachęcał swoją czystością, aby napisać coś konstruktywnego. Coś, co będzie wartościowe i zbierze same pozytywne recenzje. Oj, naiwna. Pracowała w tym zawodzie od lat i doskonale wiedziała, że gusta są tym, z czym dyskutować nie warto. Ściany gabinetu zdobiły równe rzędy ramek, w które Marcel oprawił okładki wszystkich jej książek. Nie rozumiała, po co to robił, lecz wyrosła już z chęci objęcia rozumem wszystkiego, co dotyczyło jej życia. Powieści, które wyszły spod jej rąk, uznawała w pewien sposób za twór obcy – oddawała je światu i nie lubiła do nich wracać. Jakby nie chciała oglądać się za siebie. Bo i po co?

Procesowi pisania zawsze towarzyszyła cisza. Brzęczała jej w głowie różnorako. Czasami wygrywała pogodne Eine Kleine Nachtmusik Mozarta, a czasami nie wygrywała nic. Nigdy nie wiedziała, jakie efekty przyniesie praca, lecz z ufnością oddawała jej całe swoje życie. Czemuś przecież trzeba się poświęcić, bo czymże byłoby życie bez celu?

Ostatnio coraz rzadziej zadawała sobie to pytanie. Była tuż przed czterdziestką i wreszcie zaczynała rozumieć, o co tak naprawdę chodzi w życiu. Poprzeczne zmarszczki na czole oznaczały umiejętność dziwienia się. Królicze – zdradzały pogodne usposobienie. Tylko te lwie działały jej na nerwy. Ot paradoks, przecież właśnie przez te nerwy między jej brwiami powstały niepożądane wyżłobienia.

Wzięła głęboki wdech, licząc do czterech. Na wydechu policzyła do ośmiu. Powtórzyła czynność kilkukrotnie, wierząc, że jej następstwem będzie potok wypływających z wnętrza słów, przybierających postać barwnej, chwytającej za serce historii. Zamknęła na chwilę oczy, po czym potrząsnęła głową i z rezygnacją wstała od biurka z zamiarem udania się do kuchni po jakiś sok.

– No i jak? Dasz przeczytać?

– Dałabym, gdybym miała co. Nie napisałam ani słowa – burknęła, wrzucając do wyciskarki kilka marchewek.

– Nie masz weny?

– Marcelku… – Spojrzała na męża z czułością. – Przecież wiesz, że nie wierzę w coś takiego jak wena. Pisanie książek to praca jak każda inna. Po prostu ostatnio umysł płata mi figle i coraz trudniej go zdyscyplinować. Kiedyś, kiedy musiałam zabiegać o pozycję w tym naszym literackim światku, umiałam walczyć o każde słowo. A teraz?

– Teraz już nie musisz – stwierdził.

– A może mi się nie chce? – Zmarszczyła czoło, dziwiąc się zdaniu, które padło z jej ust.

– Komu jak komu, ale tobie zawsze się chce, kochanie. Nie znam osoby, której chciałoby się bardziej. – Cmoknął ją w policzek.

Pisała od zawsze. Miała wrażenie, że urodziła się z piórem w ręku. Wychowana w domu pełnym książek i muzyki, córka pisarza i skrzypaczki, nie miała innego wyjścia jak tylko kontynuować dzieło któregoś z rodziców. Wybrała pisanie. A może to pisanie wybrało ją? Co prawda od dziecka grała na pianinie, śpiewała i nawet skończyła z wyróżnieniem szkołę muzyczną, ale na pewno nie dlatego, że o tym marzyła.

Oparta o kamienny parapet kuchennego okna, zamyśliła się na chwilę. Marcel rozmawiał z kimś przez telefon, płynnie posługując się językiem niemieckim. Niezmiennie od lat zachwycał ją sposób, w jaki to czynił. Pełen luz i niewymuszona koncentracja na, bądź co bądź, innym niż rodzimy języku. Zazdrościła mu tej umiejętności. Ona sama błądziła w przestrzeniach poza ojczystą mową. Nie umiała myśleć inaczej jak tylko w języku polskim.

– Odbierzesz dzieci? – zapytała, gdy skończył mówić.

Pospiesznie wciskał stopy w śnieżnobiałe trampki. Niezwykle cienił sobie wygodę.

– Kochanie, dziś nie dam rady. Właśnie się dowiedziałem, że chce ze mną rozmawiać sam szef szefów.

– Teraz?

– Tak, teraz. Czekałem na ten moment miesiącami. Dasz radę jakoś to ogarnąć? – Spojrzał błagalnie na żonę.

Słodycz soku nagle zmieniła smak na gorzki. Spojrzała z rezygnacją na szklankę, po czym wylała jej zawartość do zlewu.

– Mówię ci, Maja, ten pojazd zrewolucjonizuje świat! Perfekcyjnie połączyłem techniczne środki zmniejszające opór powietrza z innowacyjnymi rozwiązaniami stylistycznymi. Jestem kreatywny. Brawo ja!

Westchnęła, próbując opanować zdenerwowanie.

– Marcel, ale ja mam deadline, muszę pisać. Nie możesz ot tak zostawiać mnie samej z czwórką dzieci na głowie. Nie tak się umawialiśmy. Nie tylko ja jestem ich rodzicem.

Po tych słowach mąż, który w pośpiechu zbierał się już do wyjścia, zatrzymał się. Podszedł do żony i przytulając się do jej policzka, wyszeptał jej do ucha słowa o dozgonnej miłości. Zapewnił, jaką wspaniałą jest kobietą, matką i jak świetnie sobie ze wszystkim radzi.

– Mam tego dość! – Odsunęła się gwałtownie, odpychając go od siebie.

– Czego ty masz znowu dość, Maja? – Był wyraźnie zniecierpliwiony. – Żyjesz jak pączek w maśle. Mieszkasz w pięknym miejscu, masz dom, o jakim marzyłaś, jeździsz wypasioną furą, masz czwórkę zdrowych, fajnych dzieciaków, a także miłą i pracowitą gosposię. I jakby tego było mało, jesteś spełniona zawodowo… Zrozum, muszę tam iść. To dla mnie jedyna szansa. Tak długo na to pracowałem… Ruchome elementy z przodu, po bokach i z tyłu pojazdu wpływają na przepływ powietrza wokół samochodu. Całkowicie zamknięte, zoptymalizowane pod względem aerodynamicznym podwozie, przestronne wnętrze, trzy silniki elektryczne, pojemny litowo-jonowy akumulator umieszczony pomiędzy osiami, poniżej przedziału pasażerskiego. To musi się udać! Po prostu musi! Maja, wyobrażasz sobie dynamikę jazdy połączoną z maksymalnym bezpieczeństwem? Muszę przekonać Niemców. Nie chciałabyś jeździć czymś takim? – Podsunął jej pod nos szkice najnowszej wersji pojazdu, który aktualnie projektował.

Zbyła go smętnym spojrzeniem, co nie do końca mu się spodobało, ale już nie miał czasu na rozmowy o kobiecych emocjach. Zapakował szkice do czarnej skórzanej teczki, cmoknął żonę w policzek i ruszył w kierunku wyjścia.

– Marcel!

– Tak, kochanie? – Zatrzymał się w pół drogi.

– Ja naprawdę muszę pisać. Jutro ty odbierasz dzieci. Wpisz to w swój kalendarz, wyryj na ścianie, nie wiem, zrób, co chcesz, tylko o tym nie zapomnij ani nie stawiaj mnie przed faktem, informując, że właśnie wychodzisz. Nie obchodzą mnie te twoje futurystyczne projekty. Dla mnie samochód to cztery koła, kierownica i jakaś tam karoseria. Szanuję twoją pracę, ale nie wymagaj ode mnie, żebym ekscytowała się kawałkiem blachy. Byłoby miło, gdybyś nie zapominał o tym, że mamy dzieci. Sama ich sobie nie zrobiłam!

– Obiecuję, że jutro ja się nimi zajmę. Zawiozę na basen, tańce i gdzie tylko mi każesz, ale teraz muszę już iść. Kocham cię, jesteś wspaniała – wygłosił pochwałę i zniknął za drzwiami.

Jeszcze przez chwilę czuła jego zapach. Zawsze ją nim obezwładniał. Dokładnie wiedział, co zrobić, aby zmusić ją do uległości, chociaż ostatnio coraz częściej zastanawiała się, jakim cudem od kilkunastu lat udawało im się tworzyć w miarę udaną i harmonijną rodzinę. Rodzące się w niewielkich odstępach czasu dzieci były żywym dowodem na bardzo udane życie seksualne. Tak, to zawsze im wychodziło. Marcel był jedynym liczącym się w jej życiu mężczyzną. Oczywiście oprócz syna. Praca skutecznie izolowała ją od reszty społeczeństwa, a w szczególności jego męskiej części, która zdecydowanie rzadziej sięgała po powieści wypływające spod jej pióra.

Zerknęła na zegarek. Dochodziła piętnasta. Oznaczało to koniec pierwszej zmiany. Do piętnastej była pisarką, a po piętnastej stawała się matką, szoferem, kucharką – gospodynią domową, ujmując najogólniej. Co prawda pani Imke wielokrotnie proponowała jej pomoc przy dzieciach, ale Maja nie chciała z niej korzystać. Zbyt dobrze pamiętała czasy, kiedy to tęskniła za własną matką, pasjami oddającą się muzyce i zapominającą o tym, co naprawdę ważne. Nie chciała popełniać jej błędów, dlatego choć czasami padała na twarz, obowiązki matki wypełniała samodzielnie. Bywało, że z tęsknotą w sercu wspominała czasy, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o jej powieściach. Mogła dopracowywać w nieskończoność każde zdanie, nie czując na plecach oddechu nieubłaganie upływającego czasu. Teraz wszystko było inaczej. „Pani Maju, musi pani istnieć w świadomości czytelników. Jedna powieść rocznie to za mało” – słyszała od wydawcy, do którego nie docierały argumenty, że pisanie powieści to nie wypiekanie bułek i nie tworzą się one same, według ustalonej wcześniej receptury. Chcąc każdą uczynić wyjątkową, musiała poświęcić jej czas, a ostatnio miała go jak na lekarstwo. Dzisiejszy świat tak bardzo się spieszył, dając wrażenie braku czasu na zwykłe życie.

Rzuciła okiem na pusty plik, zamknęła go i wyłączyła laptop. Do obszernej torby włożyła cztery półlitrowe butelki wody mineralnej i po chwili siedziała już w aucie, przypominającym miniautobus.

Włączyła radio. Właśnie grali jej ulubiony kawałek. Pogłośniła i zaczęła śpiewać, nie spostrzegając nawet, jak szybko znalazła się przed przedszkolem najmłodszej córeczki, Mili. Dzieci akurat bawiły się na placu zabaw. Widok gromady brzdąców zawsze ją rozczulał.

– Mami, mami, mami! – Mila z impetem wpadła w ramiona matki, brudząc piaskiem jej śnieżnobiałą bluzkę.

Trzymając małą na rękach, Maja zrobiła kilka wesołych obrotów.

– Jak ci minął dzień? – zapytała po polsku.

– Bardzo dobrze. Tylko trochę tęskniłam – odparła Mila, przeplatając polskie słowa z niemieckimi.

Po chwili podeszła do nich wychowawczyni.

– Mila była bardzo grzeczna. Pięknie zjadła cały talerz zupy cebulowej – poinformowała pani Schmidt, nadając swej wypowiedzi nutkę matczynej troski. – Szykujemy przedstawienie dla rodziców. Proszę, oto tekst do nauczenia. Gdyby państwo mogli poćwiczyć z córeczką w domu, byłoby wspaniale.

Zawstydzona dziewczynka przytulała się teraz do nogi matki.

– Całe dwa zdania, bardzo odpowiedzialna rola. – Maja uśmiechnęła się do nauczycielki.

– Mila to bardzo zdolna dziewczynka. Jesteśmy dumni, że jest z nami.

– Dziękuję bardzo, to miłe co pani mówi. Na pewno się przygotujemy, prawda, kochanie? – zwróciła się do córeczki, której twarz całkowicie zniknęła w jasnych dżinsach matki.

Skończywszy rozmowę z nauczycielką, Maja z Milą ruszyły w dalszą trasę.

Kilka lat temu, kiedy przenosili się z Polski do słonecznej Bawarii, Maja była pełna obaw o to, jak ułoży się ich życie na emigracji. Dziś uśmiechała się do starych lęków, stwierdzając, że człowiek jest w stanie dostosować się do każdych warunków, w jakich przyjdzie mu funkcjonować. Musi tylko chcieć się w nich odnaleźć. A Maja bardzo chciała. Jeszcze kilka lat temu nie wierzyła, że opanuje język niemiecki chociażby w stopniu zadowalającym. Dziś porozumiewała się nim sprawnie, a przynajmniej tak jej się wydawało.

Znalazłszy się na boisku szkolnym, szybko zlokalizowała wzrokiem czternastoletniego Kacpra i siedmioletnią Kaję. Najgłośniej, jak tylko potrafiła, przywołała do siebie pociechy.

– Mama, masz wodę? – padło tradycyjne pytanie.

– Oczywiście. – Wyciągnęła z torby dwie butelki. Jedną wręczyła synowi, a drugą córce.

– Poczekacie tu na mnie? Pójdę po Marię. Właśnie kończy lekcję pianina. – Zerknęła na zegarek.

Dzieciaki kiwnęły głowami. Usadziła całą trójkę na ławce i udała się do budynku, w którym dziesięciolatka właśnie kończyła lekcje. Dźwięki usłyszanego preludium Jana Sebastiana Bacha powstrzymały ją przed naciśnięciem klamki. Marysia miała talent po babci, co cieszyło nie tylko seniorkę, ale wszystkich dookoła. Córka wygrywała właśnie ostatnie takty.

– Już jesteś! – krzyknęła Marysia na jej widok. – Bardzo dobrze, bo jestem głodna jak wilk. Co na obiad? Masz wodę?

– Tak, kochanie, oczywiście, że mam. – Sięgnęła do torby. Zawsze była przygotowana. Każdy ruch Mai zaplanowany był z należytym wyprzedzeniem.

Dziewczynka przyssała się do butelki, jakby przez ostatnią godzinę nie tyle biegała palcami po klawiaturze, co wystartowała w maratonie.

– Słyszałam, jak grałaś. Idzie ci coraz lepiej.

Maria zdawała się nie słyszeć pochwał. Odessała się od „wodopoju”, po czym silnym, zdecydowanym ruchem chwyciła matkę za rękaw.

– Idziemy, jestem bardzo głodna.

– Kochanie, poczekaj. Powoli… Gdzie ci tak spieszno?

– Jestem głodna.

– Rozumiem, ale pozwól, że najpierw zamienię kilka zdań z panią, dobrze?

Dziecko przewróciło oczami, czego matka postanowiła nie komentować. Przywitała się z nauczycielką i powoli, skupiając uwagę na każdym słowie, wypytała o postępy Marysi, która właśnie przygotowywała się do konkursu. Po krótkiej rozmowie odwróciła się do córki, oznajmiając, że teraz mogą już wracać do domu.

– Musiałaś to robić? – burknęła zagniewanym tonem Maria, kiedy tylko wyszły z klasy.

– Ale co, kochanie? Pytać, jak ci idzie? Owszem, musiałam. Jesteś moją córką. Nie dziw się, że jestem ciekawa. Co innego słyszeć, jak grasz w domu, a co innego zasięgnąć opinii fachowca.

– Mogłaś zapytać babcię.

– Przecież wiesz, że babcia jest daleko. Poza tym nie jest obiektywna, bo kocha cię całym sercem.

Maria sapnęła z rezygnacją.

– A chociaż zrozumiałaś coś z tego, co pani powiedziała?

– To, co najważniejsze, zrozumiałam. Powiem więcej – zrozumiałam prawie wszystko – z dumą w głosie stwierdziła Maja.

Dziewczynka znów sapnęła.

– Co jest, kochanie? Chcesz mi coś powiedzieć?

– Tak, mamo, chcę. Czy może mnie odbierać tata?

„Mógłby, gdyby w tym czasie nie próbował przekonywać Niemców do swojego nowego projektu jakiegoś odrzutowego auta, które ma zrewolucjonizować rynek samochodów elektrycznych” – pomyślała z gniewem, zduszając w sobie chęć wyrażenia swych myśli na głos.

– Tata jest w pracy – westchnęła.

– Mogłam poczekać w świetlicy – burknęła córeczka.

– Nie mogłaś, ponieważ nie wiem, o której tata wróci. Prawdopodobnie będzie w domu dopiero wieczorem – poinformowała, resztkami sił próbując ukryć irytację z powodu zachowania Marysi.

– A Frau Imke?

– Mów po polsku.

– Mów po polsku, mów po polsku! – przedrzeźniała matkę.

Maja wzięła głęboki wdech, zatrzymała się w pół kroku i przykucnęła przed córką.

– Kochanie, my zawsze będziemy Polakami. Zawsze, rozumiesz? Nie masz podstaw ku temu, aby się tego wstydzić. Przecież wszyscy i tak znają naszą historię. Wiedzą, że nie jesteśmy Niemcami. Nikt nie oczekuje ode mnie, że będę mówiła płynnie, bo raczej nigdy nie będę. Rozumiesz?

Marysia stała z naburmuszoną miną, a po chwili nakazała:

– To chociaż mów ciszej. Tak, żeby… cię nie słyszeli.

Zabolało. Własne dziecko się jej wstydziło. Postanowiła jednak nie komentować sytuacji.

– Chodźmy do domu. Twoje rodzeństwo czeka na ławce.

– A co na obiad?

– Rosół.

– Znów rosół? Mamo! Zjadłabym currywursta.

– Ale zjesz rosół. Bo jesteśmy Polakami – rzekła z irytacją.

***

Krzesło Marcela wciąż pozostawało puste. Maja starała się nie patrzeć w jego stronę, aby nie denerwować się jeszcze bardziej. Dzieci przekomarzały się przy stole, wysuwając co chwilę nowe żądania dotyczące zawartości ich talerzy.

– Usmażę wam jajecznicę, dobrze? – zaproponowała Maja.

– Ja chcę płatki – powiedział Kacper.

– A ja parówkę – wtrąciła Mila.

– Płatki się je na śniadanie, a parówki są niezdrowe, prawda, mamo? – rzekła Maria.

Kaja, zajęta oglądaniem bajki na tablecie, wyłączyła się z rodzinnego zamieszania. Dzieciaki zaczęły się kłócić. Maja użyła całej siły woli, aby zachować spokój.

– To nie jest bufet, żebyście przebierali. Będzie jajecznica i koniec. Kaja, odłóż, proszę, ten tablet i zainteresuj się tym, co się dookoła ciebie dzieje.

Dziewczynka nie zareagowała. Zniecierpliwiony sytuacją starszy brat podszedł do siostry i wyrwał jej z rąk urządzenie. Rozległ się wrzask, którego następstwem był przeraźliwy szloch. Tego już było za wiele. Maja złapała się za głowę. „Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród – przypomniało jej się powiedzonko babci. – Kwintesencja życia, jakże mądra i prawdziwa”. Jakby tego było mało, rozległ się jazgot psa, informujący o powrocie głowy rodziny. Bolończyk o imieniu Lejka pojawił się w ich domu wiele lat temu i był spełnieniem marzeń pierworodnego rodziny Preisów.

– No, już, już, spokojnie. Jestem, jestem, kochana psino. – Marcel wziął zwierzaka na ręce.

Maja tymczasem była zajęta rozbijaniem szesnastu jajek.

– Lepiej ją odstaw, tata, bo zaraz cię osika – ostrzegła Kaja, która przed momentem zdołała się uspokoić.

– No, właśnie, pamiętacie, jak ją wybieraliśmy? – wtrącił się Kacper. – A właściwie ona wybrała nas, jak osikała mi spodnie. Dlatego została Lejką.

Marcel zdążył w porę odstawić psa. Pod jego nogami momentalnie powstała kałuża. Ominął ją i podszedł do żony. Objął ją w pasie i złożył na jej karku powitalny pocałunek.

– Boże, jak ty pachniesz – szepnął jej do ucha, wciągając ze świstem powietrze. – Miałem fantastyczne popołudnie. Uczcimy to, jak dzieci zasną?

– Nie ma mowy. Jestem skonana. – Wyswobodziła się z jego objęć i zaczęła energicznie mieszać wylane na gigantyczną patelnię jajka.

Po męczącym dniu trudno jej było wykrzesać z siebie entuzjazm. Mąż wydął usta, udając niepocieszonego.

– Nie chcę ci robić wymówek, kochanie, ale jak zostałbyś z nimi przez jedno popołudnie, wieczorem padłbyś jak kawka – próbowała się tłumaczyć.

– Aż tak wymęczyliście matkę? Bandziory, przebrzydłe darmozjady. Już ja wam pokażę! – krzyknął, podbiegając do dzieci i gilgotając je.

Zaczęła się gonitwa wokół stołu. Piski radości, szczekanie psa i zabawa na całego. Nakładająca na talerze jajecznicę Maja, patrząc na to wszystko, zastanawiała się, ile tak naprawdę dzieci ma na wychowaniu. Oczywiście nikt jej nie słuchał.

– Marcel – upomniała rozbawionego męża, trenującego z synem ciosy ninja.

Dziewczynki sędziowały w najlepsze i nic nie wskazywało na to, że zabawa wkrótce dobiegnie końca.

– Marcel! – powtórzyła głośniej, próbując przekrzyczeć rozwrzeszczaną ferajnę. – Zaraz jajka ostygną.

Nikt jej nie słuchał. Wzięła głęboki wdech, licząc do czterech, i na wydechu policzyła do ośmiu. „Zaraz zwariuję – rzekła do siebie w myślach. – Wyjdę z siebie i stanę obok, cokolwiek by ten stan oznaczał”. Znów wdech i wydech. Westchnęła i zaczęła jeść.

– Dzieciaki, koniec. Mamusia zrobiła kolację. Siadać w tej chwili.

– Ale my nie jesteśmy głodni.

– Siadać, powiedziałem.

Cała czwórka spojrzała wymownie na matkę, która – zdawałoby się – nic nie robiąc, przerwała trwającą w najlepsze zabawę.

– Co tak patrzycie na mamę? Przecież wam powiedziałem, że macie siadać.

Maja powoli rozsmarowywała awokado na kromce pełnoziarnistego pieczywa, próbując zachować spokój. Kiedy jednak Marcel powtórzył jeszcze kilka razy to samo, a dzieciaki wciąż nic nie robiły sobie ze słów ojca – nie wytrzymała. Donośnym głosem zdyscyplinowała dzieci.

– Czy to zawsze ja muszę być tym złym policjantem? – zapytała męża.

Nie odpowiedział, za to spoważniał w jednej chwili i w ślad za nim spoważniało całe rodzinne towarzystwo. Zrobiło jej się przykro. Jak zawsze chciała dobrze i jak zwykle wyszło źle. Ech, życie. Dogodzenie każdemu członkowi rodziny było wyzwaniem, przekraczającym często jej możliwości.

Rodzina jest jak gałęzie drzewa. Wszyscy rośniemy w innych kierunkach, lecz zawsze łączą nas korzenie.

ROZDZIAŁ 2

PROZA ŻYCIA

Kolejny dzień wyglądał niemalże identycznie. Z tą tylko różnicą, że Marcel tuż po przebudzeniu przekazał Mai informację o tym, że niestety nie da rady wywiązać się ze złożonych wczoraj obietnic.

– Ale kochanie – jęknęła.

– Wiem…

– Dlaczego mi to robisz?

– To nie ja. Po prostu na pewne sprawy nie mam wpływu. Zrozum, proszę. Charakter mojej pracy jest inny niż twojej. Wiele zależy od ludzi, z którymi pracuję. Nie mogę sobie wszystkiego zaplanować.

Przymknęła oczy i zacisnęła usta w wąską kreskę. Próbował do niej podejść, lecz odsunęła się, rzucając oschle, że nie ma czasu.

– Maja, przepraszam. Jutro…

– Jutro będzie tak samo, Marcel.

– Ale ty przecież… już nic nie musisz, osiągnęłaś sukces. Twoje książki od lat sprzedają się fantastycznie. Zrozum, to jest moje pięć minut. Mam szansę zaistnieć, zrobić coś dobrego dla świata. Ty wiesz, co ja czuję?

– Tego nie wiem. Mogę się jedynie domyślać. Nie siedzę w twojej głowie.

– To jest bardzo proste, ja ci wszystko mogę powiedzieć.

– Pozwól, że porozmawiamy o tym wieczorem, dobrze? Mam dla siebie czas tylko do piętnastej. Naprawdę powinnam się teraz skupić na pracy.

Chwyciła za filiżankę z kawą, którą kilka minut wcześniej zaparzył dla niej wysokiej klasy ciśnieniowy ekspres. Uśmiechnęła się z czułością do wspomnienia z nim związanego. Kiedy mieszkali w Polsce, raz w tygodniu odwiedzała swoją ukochaną kawiarnię. Gdy zapadła decyzja o emigracji, Marcel dowiedział się, jakim ekspresem dysponuje owa kawiarnia i zainstalował w ich nowym domu identyczny. W kryzysowych chwilach przywoływała te wspomnienia, tłumacząc sobie, że mąż ma dobre intencje.

– Maja, gniewasz się?

– Nie gniewam. Jestem może trochę rozczarowana twoją postawą, ale nie gniewam się. – Od razu pożałowała swoich słów.

– Porozmawiamy?

– Porozmawiamy, jak opadną emocje, dobrze? Naprawdę muszę się skoncentrować na pisaniu. Jak zaczniemy teraz wszystko analizować, to nic już dzisiaj nie zrobię.

Obróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając męża samego. Po chwili podskoczyła, zlękniona głośnym trzaśnięciem drzwiami. Westchnęła i postanowiła zająć się tym, co było teraz ważne.

Otworzyła pusty plik, wołający błagalnie, by zapełnić go gęstym maczkiem czarnych znaków o wartościowej treści. Wyciszyła telefon i zaczęła pracować. Poprzeplatane ze sobą słowa tworzyły malowane wyobraźnią zdania, mające na celu przynieść dobro ludziom, którzy będą je czytać. Mimo to jej intencje nie zawsze odczytywane były prawidłowo. Bywało, że ktoś wywlekał wyrwane z kontekstu fragmenty, dopisywał własną nadinterpretację i wybuchała afera na cały internet. Kiedy była młodsza, analizowała i próbowała zrozumieć każdą uwagę wycelowaną w tarczę jej pisarskiego warsztatu. Lata funkcjonowania w tym zawodzie zaowocowały powstaniem czegoś w rodzaju skorupy, mającej oddzielić ją od reszty nie zawsze przychylnego świata. Dziś pisała dla tych, którzy czytali ze zrozumieniem, nie zanurzając się w głębiny internetu.

Litera po literze zapełniały kolejne strony. Od czasu do czasu kręgosłup dawał znać, że powinna zrobić przerwę. Wstawała wtedy, podchodziła do okna, za którym rozciągał się widok na przepiękne góry. Marcel miał rację – nie miała powodów do narzekania, i faktycznie starała się tego nie robić. Tyle że ostatnio miała wrażenie, że zmiany zachodzące w niej samej umykają uwadze męża. Czasami czuła się z tego powodu przygnębiona…

Kiedy pisała, czas płynął niewiarygodnie szybko. Pochłonięta fabułą, odpływała w nieznane rejony wyobraźni, poddając się jej całkowicie. Pytana o to, dlaczego pisze tak dużo i w tam szybkim tempie, odpowiadała: „A dlaczego nie? Skoro w duszy mi gra, to poddaję się tej melodii”. Dziś nie mogła tego powiedzieć. Nic się nie składało. Za bardzo analizowała każdy akapit, cofając się niepotrzebnie. Książka powinna nieść czytelnika. Skoro autor się męczy przy jej tworzeniu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego odczucia przełożą się na odbiorców.

Zamknęła laptop zniechęcona. Podążając za głosem rutyny, ruszyła do kuchni. Wrzuciła do wyciskarki kilka marchewek i po chwili sok był gotowy. Pijąc go, obserwowała wskazówki zegara, nieubłaganie zbliżające się do piętnastej. Kochała swoje dzieci nad życie. Gotowa była zrobić dla nich wszystko, ale ostatnimi czasy zaczęła sobie uświadamiać, że potrzebuje odrobiny oddechu, jakiejś zmiany, czasu tylko dla siebie… Rutyna, którą kochała, zdawała się jej ciążyć.

– Zdecydowanie za dużo myślę – powiedziała do siebie, odstawiając pustą szklankę do zmywarki.

Wychodząc z domu, natknęła się na panią Imke, niosącą w rękach kosz pełen ubrań do prasowania. „Jak dobrze, że nie muszę tego robić” – pomyślała.

– Dzień dobry, pani Maju – powiedziała gosposia.

Dopiero teraz zorientowała się, że cały dzień spędziły obie w tym samym domu, a mimo to nie spotkały się ani razu.

– Witam, pani Imke. Miło panią widzieć. Ja… – zająknęła się, próbując znaleźć niemieckie słowo oznaczające uznanie, jakim darzyła kobietę. – Ja jestem pani wdzięczna za to, że pani z nami jest. – Spojrzała wymownie na kosz z ubraniami.

Zmieszana Niemka machnęła tylko ręką.

Rzeczywistość mocno odbiegała od schematu. Przeważnie to Polki pracowały w niemieckich domach, dlatego znalezienie niemieckiej gospodyni, otwartej i pozbawionej kompleksów, zajęło Preisom kilkanaście miesięcy. Marcelowi zależało na tym, aby gosposia porozumiewała się z nimi po niemiecku. Wiedział z doświadczenia, że praktyczna nauka języka jest o wiele bardziej skuteczna niż bezsensowne klepanie obcobrzmiących wyrażeń. Oczywiście miał rację.

– Nie chcę się wtrącać, pani Maju, ale wygląda pani na zmęczoną.

– Proszę nazywać mnie Mają, po prostu – po raz kolejny upomniała delikatnie.

Gosposia się zaczerwieniła.

– Mogłaby pani być moją mamą. Jest mi niezręcznie, gdy odnosi się pani do mnie tak oficjalnie. – Maja po raz pierwszy nazwała swe uczucia tak otwarcie. Cieszyła się, że wszelkie dwuznaczności wciąż może zwalać na karb kiepskiej znajomości języka.

– Coraz lepiej pani mówi. Coraz lepiej – pochwaliła ją Imke.

– Dziękuję. – Z wdzięcznością przyjęła komplement i ruszyła w kierunku drzwi prowadzących do garażu. Po chwili zatrzymała się i znów zwróciła do gosposi: – Pani Imke, proszę zostawić ten kosz. Niech pani wraca do rodziny. Może ja poprasuję wieczorem? Tak dawno tego nie robiłam… – dodała, już bardziej do siebie.

– Nie, nie, pan Marcel będzie niepocieszony. Wyprasuję jego koszule.

– Pani Imke… – westchnęła przeciągle Maja. – Marcel niepocieszony? Przecież on nawet nie odróżni, czy te koszule w ogóle były prane. – Przyłożyła dłoń do ust, zdając sobie sprawę, że właśnie kpiła z własnego męża.

Gospodyni wstrzymała oddech w niemym oczekiwaniu na to, co za chwilę miało nastąpić. Zgęstniałą ciszę przerwał wreszcie śmiech obu kobiet.

– Cofam to, co powiedziałam o mężu, pani Imke. Nie słyszała tego pani, prawda?

– Naturalnie.

Ponownie się zaśmiały.

– Pędzę po dzieci. Mówię poważnie, proszę zostawić to prasowanie na jutro. Obowiązki domowe są nie do przerobienia.

– Bardzo dziękuję.

– Nie ma za co, do widzenia.

– Do widzenia.

***

Siedziała za kierownicą swojego SUV-a, mknącego w kierunku przedszkola. Nie koncentrowała się na znakach ani na drodze, bo przemierzała tę trasę codziennie. Nie był to dobry nawyk. „Dlaczego jest mi ze sobą tak ciężko?” – zapytała siebie. Od miesiąca próbowała coś napisać, ale nijak jej to nie wychodziło. Czyżby właśnie zaczął się ten kryzys, o którym często mówiły jej koleżanki pisarki? „Zobaczysz, każda kolejna książka jest coraz trudniejsza do napisania” – słyszała, ilekroć wypuszczała na rynek kolejne swoje literackie dziecko.

„Czasami człowiek tak bardzo chce wymyślić coś, co porwie serca czytelników, że zapomina o tym, iż każde słowo powinno właśnie z niego płynąć. Może powinnam dać sobie więcej czasu? Wyjechać gdzieś, poznać nowych ludzi, wysłuchać historii ich życia, zaczerpnąć inspiracji? Tylko kto zostanie z dziećmi?” – takie myśli rozpraszały jednak ciągle brzmiące jej w uszach słowa matki, która niespełna dwa lata temu zdobyła się na szczerość, wyznając, że jedyne, czego w życiu żałuje, to tego, że nie miała więcej dzieci. Tuląc w ramionach dorosłą już Maję, płakała: „Powinnam częściej bawić się z tobą. Zamiast tego wytykałam ci, że nie chcesz grać. Jakby te pieprzone nuty były wszystkim, na czym mi zależało”. Chwilę potem wydusiła z siebie obietnicę zaniechania układania scenariuszy życiowych własnej córce: „Skoro twoim przeznaczeniem jest pisanie, to pisz. Pisz, co ci w duszy gra. Maluj słowem piękne obrazy, a ja będę się temu z dumą przyglądać”.

Maja wiedziała, ile kosztowało matkę to wyznanie. Zapamiętała każde jego słowo, wracając do ich znaczenia w chwilach takich jak ta i zastanawiając się, czy były dla niej błogosławieństwem czy blokadą, powstrzymującą przed spontanicznym skokiem w nieznane. Marzył jej się samotny wyjazd, ale też… nigdy nie chciała usłyszeć od któregoś ze swoich dzieci, że przegapiła jakiś ważny moment ich życia. Ot, zwyczajne rozterki matki. Nie różniła się pod tym względem od zwykłych śmiertelniczek, mimo że co chwilę ktoś uważał jej życie za idealne, ono wcale takie nie było.

Wchodząc na teren przedszkola, doznała déjà vu. Rozmowa z nauczycielką, przytulanie najmłodszej córeczki, kurtuazyjna wymiana życzliwości. Później to samo w szkole trójki starszych dzieci. „Mamo, masz wodę?”. „Co na obiad?”. „Dlaczego nie odebrał mnie tata?”. „Mamo, mów ciszej, po co mają wiedzieć, że jesteśmy z Polski”. W drodze powrotnej te same tłumaczenia.

– Bycie Polakiem to zaszczyt. Kiedyś to zrozumiesz, Marysiu.

– Na pewno nieprędko. Z jej lotnością to będzie raczej trudne.

– Kacper, przeproś siostrę. Nie życzę sobie, abyście zwracali się do siebie w ten sposób. Czy to jest jasne?

Chłopak ze zdenerwowania zacisnął pięści.

– Mamo, ale ona cię obraża!

– Uważam, że Kacper ma rację – dodała siedmioletnia Kaja.

„Boże, skąd w niej taka dojrzałość?” – zdziwiła się.

Najmłodsza córeczka, Mila, wesoło machała nogami, uderzając samochodowy fotel matki.

– Kochanie, nie kop mnie, proszę – łagodnie upomniała córkę.

Momentalnie płacz dziecka wypełnił szczelnie wielkie auto, zdające się kurczyć do rozmiarów puszki coca-coli.

– Ja chyba zaraz zwariuję! – Z taką siłą zacisnęła ręce na kierownicy, że aż pobielały jej knykcie.

– Wykończycie matkę – stwierdził Kacper.

– Zamknij się, mądralo – syknęła Marysia.

Mila wciąż się darła, a Kaja, niewzruszona, wpatrywała się w okno.

– CISZA! Jeżeli za moment wszyscy nie zamilkniecie, przysięgam, że wysadzę was z tego samochodu i będziecie wracać na piechotę. Zrozumiano?

Efekt chwilowej utraty panowania nad sobą był taki, że Mila krzyczała jeszcze głośniej. Do wrzasku Mili dołączył cichy szloch Kai. Kacper i Marysia spojrzeli na matkę złowrogo. Proza życia. „Gdzie popełniam błąd? – pomyślała. – Co robię nie tak? Potrzebuję jakiejś zmiany. Teraz, zaraz, już. Nie od dziś wiadomo, że tylko dzieci lub głupcy oczekują innych efektów, podążając wciąż tą samą, dobrze uklepaną drogą”.

ROZDZIAŁ 3

NEGOCJACJE

Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy Maja udała się do swojego gabinetu. Otworzyła plik i zachciało jej się płakać. „Boże, a co, jak ja już nie potrafię pisać? Może wyczerpałam już wszystkie pomysły?” – złapała się za głowę, zamknęła oczy i usiłowała pobudzić swoją wyobraźnię, mimo że nie umiała pracować wieczorami. Zdecydowanie wolała poranki. Początek dnia był jak nieodkryta tajemnica. Pachniał świeżością, roztaczając dookoła paletę różnorakich barw, zachęcających, by szerzej otworzyć oczy. Wieczory przywoływały lenistwo. Trudno było jej się skupić w chwili, gdy emocjonalnie żegnała się z przeżytym dniem. Teraz jednak poczucie obowiązku nie pozwalało jej odpuścić. Czułaby się źle, gdyby nie postawiła ani jednego znaku. Codziennie dostawała listy od czytelniczek, które twierdziły, że jej książki odmieniły ich życie. W napisanych przez nią słowach kobiety odnajdywały siebie. Nie mogła ich zawieść. Niecierpliwie oczekiwały każdej kolejnej książki.

Zniechęcona położyła głowę na biurku. Nie usłyszała nawet, że właśnie do jej gabinetu wszedł Marcel.

– Może zrobię ci herbatę, kochanie? – zapytał. Jego oczy zdawały się prosić o przebaczenie.

Przeżyli razem tyle lat i mimo drobnych niedogodności cały czas uważała się za najszczęśliwszą mężatkę na świecie.

– Nie, dziękuję – odparła zdawkowo i wbiła wzrok w ekran laptopa.

Zrobiła to odruchowo, bezwiednie. Cały czas krążyła myślami wokół powieści, na którą nie miała najmniejszego pomysłu.

– Naprawdę nie mogłem. Przepraszam. Tak, wiem, że ciągle tylko przepraszam i obiecuję, ale…

– Wszystko w porządku. Nie przepraszaj. Wiem, jakie to dla ciebie ważne.

– Bardzo cię kocham. Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

Słyszała to już tak wiele razy. Czuła się potrzebna i kochana, ale… czasami miała wrażenie, że wykorzystywał jej dobroć i wyrozumiałość.

– Domyślam się, że możesz czuć się wykorzystywana.

Nie zdziwiła się jego słowom. Od dawna czytali sobie w myślach. Znali się tak dobrze, iż w lot odgadywali własne pragnienia, troski i żale.

– Nie czuję się tak – skłamała.

– Kłamiesz.

– Czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć? – westchnęła.

– Zawsze.

– Kocham cię, wiesz? Kocham w nas to, że jesteśmy tacy… – Zamyśliła się na moment.

– Tacy przewidywalni?

Podszedł do niej i zaczął masować jej kark.

– Nie wiem, czy to dobre słowo.

– No, specem od słów to ja nie jestem. Ty za to jesteś w tym doskonała, kochanie.

Uznała, że z wieczornego pisania nici. Nawet jeśli udałoby się jej coś wymęczyć, to potem redaktorka w mig by to wycięła, okraszając słowami: „Chyba spałaś, jak to pisałaś”.

– Pójdziemy na górę? – zapytał.

Wiedziała, czego chce mąż, lecz dziś ich oczekiwania się różniły.

– Marcel? – Odwróciła się do niego.

Mężczyzna oparł się o ścianę, składając ramiona na klatce piersiowej. Znał ten wyraz twarzy. Miała go zawsze wtedy, kiedy mówiła mu o tym, że jest w ciąży. Nie planowali więcej dzieci. Tak po prawdzie, nie planowali żadnego z tych, które już były na świecie. Dzieci w ich związku po prostu się rodziły, i już. Były owocem ich miłości, naturalnym spoiwem, łączącym ich dusze. Wystarczył ułamek sekundy, aby w analitycznym umyśle mężczyzny pojawił się scenariusz ich dalszego życia w siódemkę.

– Mam pomysł, jak rozwiązać nasze problemy. – Wyrwała go z zamyślenia.

– To my mamy problemy, kochanie? – W głębi siebie poczuł lekkie rozczarowanie, że to jednak nie kolejna ciąża.

– Och, nie to miałam na myśli. Nie łap mnie za słówka. Pomyślałam, że… – Zawahała się. Wiedziała, jak bardzo nie lubi się z nią rozstawać.

– No, mów. Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności.

– Powinnam wyjechać. Na kilka tygodni. Potrzebuję oddechu… – Rozłożyła ręce, jakby w powietrzu gęstniejącym między nimi miała uchwycić błądzącą inspirację.

Mężczyzna odchrząknął, odwlekając moment przemówienia.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? Wyjazd? W ciągu roku szkolnego?

– Proszę cię, nie zniechęcaj mnie.

– Kochanie, ja cię wcale nie zniechęcam. Wręcz przeciwnie, możesz jechać, ale dlaczego teraz? Finalizuję poważny projekt.

– Pani Imke ci pomoże.

– Wiesz, że dzieci potrzebują mamy.

– No, jak tak będziesz mi mówił, to zaraz się okaże, że jestem złą matką, bo po raz pierwszy od piętnastu lat zapragnęłam wyjechać sama. – Zaczynała się niecierpliwić.

Nie lubiła u siebie tej cechy. Niecierpliwość w rozmowach z mężem była jej zmorą. Potem oczywiście żałowała rzuconych w nerwach słów, ale cóż… czasu jeszcze nikomu nie udało się cofnąć. Wzięła wdech, licząc do czterech, i na wydechu policzyła do ośmiu. Świadomy oddech opóźniał strzelankę z karabinu cierpkich słów. Czasami korzystała z tej metody nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia.

– Nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Zawsze jest coś. Najpierw dzieci były małe i nie mogłam. Teraz, kiedy podrosły, też nie mogę. A życie płynie. Kocham nasze dzieci ponad wszystko, ale czuję się, jakbym była tylko matką. Rozumiesz? Wiem… wiem, co powiesz. Powiesz, że piszę książki, mam spotkania autorskie i tak dalej. Ale ile ja mam tych spotkań w roku? Nie na tyle dużo, by mieć w szafie pokaźną kolekcję sukienek. Nie kupuję ich, bo na co dzień nie mam ich nawet gdzie włożyć. Znów to samo! Znów to samo… – powtórzyła kilka razy podniesionym tonem. – Chcę zrobić coś dla siebie i muszę się z tego tłumaczyć. Potem wyjdzie jeszcze na to, że za chwilę będę cię przepraszać. Och… – Wzdrygnęła się.

Marcel zaczął gładzić jej policzek. Nie lubiła tego. Kiedy była podenerwowana, wolała, aby się do niej nie zbliżał. Irytował ją ten jego pozorny spokój.

– Ależ możesz, skarbie! Możesz wszystko, ale dlaczego teraz?

Odsunęła się od jego dłoni.

– Bo tak czuję.

– A nie możesz „tak poczuć” w ferie?

– A nie możesz przełożyć projektu? Chcę napisać kolejną powieść. Potrzebuję inspiracji. Powiewu świeżości. Chcę coś przeżyć, poznać nowych ludzi. Sama nie wiem…

Marcel wyszedł z pokoju. Uciekł przed jej słowotokiem, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. W konfliktowych sytuacjach reagował zwykle tak samo.

– Super, jeszcze się pokłóćmy – powiedziała do siebie.

Podążyła za nim. Musiała kuć żelazo, póki gorące. Zastała go w kuchni, gdzie właśnie wygrzebywał z zakamarków szafki czekoladę. Zawsze tak robił, gdy chciał się uspokoić.

– Kochanie… – szepnęła, przytulając się do jego pleców.

Ten gest wiele ją kosztował. Łatwiej by było się wściec, trzasnąć drzwiami i obrazić. Kiedyś tak robiła, ale im była starsza, tym częściej zdawała sobie sprawę, że traci w ten sposób czas. O wiele szybciej się dogadać po dobroci.

– To tylko kilka tygodni. Może krócej… Naprawdę tego potrzebuję. Poradzisz sobie świetnie. Poza tym przecież nie wyjadę na koniec świata. Będę pod telefonem, w każdej chwili będziesz mógł zadzwonić. Tak, jak ty dzwonisz do nas, kiedy wyjeżdżasz.

– Tylko że ja wyjeżdżam służbowo, nie dla przyjemności. Gdybym mógł decydować, nigdzie bym się stąd nie ruszył.

Odwrócił się, odsuwając ją od siebie. Po chwili przystanął. Uniósł palec w górę, jakby nagle dostał olśnienia.

– To może pojedziemy z tobą? Dlaczego chcesz jechać sama? Dobrze wiesz, że nie lubię, jak się rozstajemy. Właśnie przez te ciągłe rozłąki zdecydowaliśmy się przeprowadzić do Niemiec.

Mai coraz trudniej było zachować spokój. Sytuacja zaczynała zbaczać na zupełnie zbędne z jej punktu widzenia tory. Nie chciała pozwolić emocjom decydować o przebiegu rozmowy.

– Skarbie, jak pojedziecie ze mną, to ta książka będzie zupełnie inna, niż bym chciała. Ja nie chcę pisać kolejnej historii o tym, jak trudno jest wychowywać dzieci i takie tam. Ileż można czytać o małżeńskich problemach? Nie mogę tak traktować swoich czytelniczek. Potrzebuję innej perspektywy, rozumiesz? Czegoś, co porwie moje serce.

– Ja już go nie porywam?

– Porywasz, cały czas, i tego nic nie zmieni. Nigdy! Ale nie o taki poryw mi chodzi. Chcę chwili wolności, bez konieczności myślenia, o której kogo mam odebrać ze szkoły czy przedszkola. Wolności od sprzątania, zakupów i kolejki do łazienki. Rozumiesz?

– Kolejki do łazienki? Mamy trzy łazienki w domu.

– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. To była tylko przenośnia.

– Przenośnia? Dobra mi przenośnia. No, nie powiem, super to wymyśliłaś. Ja też bym chciał móc tak pracować jak ty… – Mężczyzna wyszedł do ogrodu. – Bez obowiązków! Obawiam się, kochanie, że zbyt mocno cię poniosło. Mamy dzieci. Czworo dzieci! Pamiętasz? Psa też mamy. – Stał na zewnątrz, wymachiwał rękami i mówił, co mu ślina na język przyniesie. – Sra gdzie popadnie. Wczoraj znów wdepnąłem w jej kupę. Trawnik jest cały w minach. Strach tu wychodzić! Może Kacper ruszyłby swoje szanowne cztery litery i coś z tym zrobił? Przecież to przechodzi ludzkie pojęcie! Człowiek nie może spokojnie na bosaka na trawę wyjść. I to we własnym ogrodzie! Wszędzie te bobki się walają. A tak obiecywali, że będą sprzątać. Dałem się nabrać, jak zawsze. Teraz sam muszę to zbierać…

Sytuacja wyglądała na tyle komicznie, że kąciki ust Mai mimowolnie się uniosły.

– Jesteś zdenerwowany, chyba powinniśmy zakończyć tę rozmowę – rzekła pojednawczym tonem. – Nie chcę się kłócić. Naleję sobie martini, chcesz? Pokroję ser. Poczytam chyba jakąś książkę. Zobaczę, co poczyniły moje wolne od trosk koleżanki. Wydawca przysłał mi kilka nowości. Podobno mają jeden świetny debiut. Konkurencja nie śpi. Konkurencja pisze. Zupełnie odwrotnie niż ja.

Na odchodne wymknęła jej się drobna złośliwość, której od razu pożałowała. Marcel udał, że tego nie słyszy. Nie chciała wymuszać niczego na mężu. Kiedyś złożyli sobie obietnicę, że w chwilach napięcia każde będzie pamiętać o tym, że to drugie ma tylko dobre intencje. Teraz trudno jej było dostrzec dobre intencje męża, za to jego egoizm widziała w całej okazałości. Machnęła ręką, zostawiła Marcela w ogrodzie i weszła do kuchni. Uznała, że go nie przekona. A jeśli już, to na pewno nie tym razem.

Wyciągnęła z szafki lampkę do martini i nalała. Zamoczyła usta i od razu przypomniała sobie, dlaczego tak bardzo nie lubi alkoholu. Sięgnęła po ser i nerwowo zaczęła go kroić.

– Maja! – Usłyszała wołanie męża. Głos wciąż dobiegał z podwórka.

– Jeszcze pobudzisz sąsiadów – mruknęła do siebie.

– Maja!

– Idę już, nie krzycz. Nie muszą wszyscy wiedzieć, że się sprzeczamy – syknęła przez zęby.

– Myślisz, że ktoś nas rozumie? Przecież rozmawiamy po polsku.

– Żebyś się nie zdziwił. Polacy są wszędzie. Wyłażą z każdej dziury. Gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle. Gdybyś robił zakupy, tobyś wiedział. – Znów była złośliwa.

Opadła ciężko na wiklinowe krzesło. „Zawsze to samo – pomyślała. – Po co ja zaczynałam? Dopóki dzieci nie urosną, jestem skazana na szukanie inspiracji jedynie w supermarkecie. Albo u sąsiada za płotem, to jeszcze gorsze, bo z jego domu docierają tylko odgłosy brzęczącego na cały regulator telewizora”. Ze wszystkich sił powstrzymywała się przed wybuchem. Im dłużej trwała ta „rozmowa”, tym trudniej jej było opanować wściekłość.

– Słuchaj, a ty nie możesz po prostu czegoś wymyślić? Przecież zawsze tak robiłaś i zobacz, jak świetnie ci idzie. – Mąż błysnął złotą radą.

Kawałek sera utknął jej w gardle. Wychyliła lampkę i wypiła jej zawartość duszkiem.

– Ty pijaczku drobny. – Złapał ją za kolano, usiłując rozbawić. – No, już, już, nie przewracaj oczami. Dobrze widzę, że to robisz.

– Skoro widzisz, to powinieneś zauważyć, że wszystko w naszym domu jest codziennie takie samo. Marcel, ja cały czas siedzę w tych czterech ścianach. Nie chcę, abyś pomyślał, że narzekam. Po prostu czuję, że powinnam coś zmienić. Inaczej zacznę pisać horrory.

– O nie, co to, to nie. Postać inspirowaną moją osobą uśmierciłabyś na pierwszej stronie.

Roześmiała się z żartu męża. Marcel uklęknął przed nią, układając ramiona na jej kolanach.

– Naprawdę to cię uszczęśliwi? Wyjazd, i to beze mnie, bez nas? Za psem nie będziesz tęsknić chociaż? Tak troszkę, tyci-tyci? – Zbliżył kciuk do palca wskazującego, aby unaocznić wypowiedziane przed chwilą słowa.

– Nic mnie nie musi uszczęśliwiać. Ja jestem szczęśliwa. Ty jesteś moją szczęśliwą ojczyzną. Dla ciebie będę zawsze! Dla was… Potrzebuję tylko chwili wytchnienia. Chcę zebrać myśli. Chodzi o to, że nie potrafię pisać. Powinnam zrobić sobie przerwę. W trakcie podróży na pewno poznam kogoś, z kim bezsensowna rozmowa stanie się czymś genialnym. Rozumiesz?

– Nie bardzo – westchnął. – Czasami trudno mi ogarnąć twój artystyczny świat i chyba za to najbardziej cię kocham.

Roześmiała się.

– Ale nie chcesz mi nic powiedzieć? Nie nawiązałaś przez internet żadnego romansu, prawda? Wiesz, to teraz bardzo popularne. Przez te fejsbuki to potem zamiast małżeństw zostają „zbuki”. Śmierdzące jak stare jaja, których już nikt nie chce. Maja, to jest straszne. Ludzie się teraz na potęgę rozwodzą. Mam ciary.

Zmarszczyła czoło.

– Niby co miałabym ci powiedzieć? Myślisz, że przy czwórce dzieci mam czas, aby podrapać się po tyłku? Jeszcze pisać muszę. To znaczy, nie muszę, chcę. Ale nie mogę. Och… zwariuję zaraz. Ja naprawdę potrzebuję tlenu. – Zawachlowała przed nim otwartymi dłońmi.

– Sam nie wiem… – Wyraźnie posmutniał.

Zmierzwiła dłonią jego ciemne włosy, po czym nachyliła się, by je pocałować.

– Jesteś całym moim światem. Ty i dzieci. Nic tego nie zmieni. Żadne „zbuki” nam niegroźne. Przysięgałam przed Bogiem. To znaczy przysięgaliśmy. Pamiętasz?

Wzniosła dłoń ku górze, eksponując złotą obrączkę, gęsto wysadzaną diamentami. Kosztowała majątek, ale Marcel uparł się, że podaruje jej coś wyjątkowego. Coś, na widok czego koleżanki zzielenieją z zazdrości. Był dumny, gdy mógł obdarowywać ją czymś ekskluzywnym. Chociaż tę obrączkę kupił w czasach, kiedy tak naprawdę nie było ich stać na nic.

– Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. Bez ciebie nic nie ma sensu. Wiesz o tym?

– Wiem, kochanie. Nie wyjeżdżam na wieki. Szybko minie, zobaczysz. Jak chcesz, zostawię ci kluczyki do swojego SUV-a.

– Błagam cię – prychnął. – Rozmawiasz z gościem, który projektuje samochody. Trochę ci nie wyszedł ten żart.

– Starałam się. Tego nie możesz mi ująć.

***

Do momentu podjęcia decyzji zawsze idzie opornie. Później wszystko zaczyna toczyć się znacznie szybciej. Nie byłaby kobietą, gdyby nie zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno postępuje prawidłowo. Matka czwórki dzieci wybiera się w samotną podróż. Niech no tylko media to zwęszą, to zaraz będzie temat do plotek. Chociaż autorzy książek rzadko byli na celowniku, bo – jak powszechnie wiadomo – „ludzie książek nie czytają”, to jednak zdarzało się, że za coś jej się oberwało. Kiedy wypuściła jedną książkę w roku, pisano, że jej małżeństwo przechodzi kryzys i dlatego straciła wenę. Kiedy wydała trzy, w zasadzie pisano to samo: „Znana pisarka przechodzi kryzys w małżeństwie. Cały swój wolny czas poświęca na tworzenie”. Tak źle i tak niedobrze. Zbyt długo pracowała w tym zawodzie, aby się przejmować. Po prostu robiła swoje.

Od czasów wydania jej trzeciej powieści, zatytuowanej Plejada, przestała się zagłębiać w internetowe czeluści. Dziś pod przykrywką wolności słowa można było napisać każdą bzdurę. Plejada przyniosła jej ogromny sukces komercyjny, który przełożył się również na finanse. Nie wszystkim się to podobało. Recenzenci rozebrali cały tekst na części pierwsze, wywlekając na światło dzienne każdą literówkę. Zalewała się łzami, czytając niepochlebne komentarze. W końcu jednak poukładała sobie wszystko w głowie i szła naprzód.

Ludzi sukcesu od ludzi porażki różni to, że ci pierwsi niczym zuchwali amatorzy potrafią biec w kierunku swoich marzeń. Ludzie sukcesu życzą innym dobrze, emanują radością, potrafią zaakceptować zmiany. Biorą odpowiedzialność za własne niepowodzenia, bez obwiniania za nie kogoś. Właśnie z tym ostatnim chciała się zmierzyć Maja. Zrzucanie winy za twórczą blokadę na rodzinę było najgorszym, co mogła zrobić. Źródło zmian tkwiło w niej samej. Dlatego cieszyła się, że udało jej się dojść z Marcelem do porozumienia w sprawie wyjazdu.

Założyła sobie nowy cel, podróż miała być pomocna w jego osiągnięciu. Marzyła o tym, by napisać powieść, która porwie ją samą tak bardzo, że czas spędzony przy komputerze będzie się zdawał płynąć jak ten ofiarowany nowo poznanemu kochankowi. Chciała wzbudzić w czytelnikach pasję. Przyciągnąć ich do lektury, sprawić, by wyłączyli przesiąknięte festiwalem agresji telewizory. Głęboko wierzyła, że czytanie przynosi ogromne korzyści. Cokolwiek się czyta, ta czynność jest wartością samą w sobie.

ROZDZIAŁ 4

CHWILA ODDECHU

Zawsze miała problem z pakowaniem się. Nie pomagało nawet oglądanie filmików na YouTube, z których miała się niby nauczyć tej trudnej sztuki. Po trzech godzinach upychania i prognozowania, co może jej się przydać, była już w miarę ogarnięta i gotowa do drogi. Ostatecznie zdecydowała się na podróż samochodem. Nie mogła uwierzyć w to, że przez tydzień udało jej się wszystko zorganizować. Marcel i pani Imke dostali rozpiskę, na której widniały wyszczególnione zajęcia lekcyjne i pozalekcyjne całej czwórki dzieci. Mila i Kaja miały zaplanowaną wizytę u stomatologa, a Marysia była umówiona na kontrolne badanie wzroku.

– Nic z tego nie rozumiem – rzekł Marcel, przypatrując się kartce formatu A4.

– No, nie jest to łatwe. Przyznaję, że też tego nie ogarniam – poparł ojca Kacper.

Obaj wymownie spojrzeli na Maję. Kobieta gotowa była rozpakować walizkę i zapomnieć o tym, na czym jeszcze tydzień temu tak bardzo jej zależało.

– Spokojnie, to tylko żart. Lepiej nie mogłaś tego rozpisać. Damy radę, nie przejmuj się, kochanie. Łap inspirację jak najszybciej i wracaj do nas, bo będziemy tęsknić.

– To prawda, mamusiu, będziemy bardzo tęsknić.

Dziewczynki wtuliły się w nią i za nic w świecie nie chciały jej puścić. Nawet mało wylewna Marysia ściskała matkę tak mocno, że ta z trudem łapała powietrze.

– Kochani, nie ułatwiacie mi tego wyjazdu. Zaraz się rozpłaczę i tyle z tego będzie.

Marcel, obejmujący dotychczas syna, pociągnął go w stronę matki. Cała szóstka stała teraz na powierzchni dwóch kwadratowych podłogowych kafli. Obok wesoło brykała Lejka.

– Koniec świata, matka wyjeżdża! – Po policzkach Mai zaczęły spływać łzy. Nagle zdała sobie sprawę, że oddech wolności, o którego zaczerpnięciu marzyła od dawna, wcale nie jest taki prosty do wykonania. – Bardzo was wszystkich kocham, ale muszę to zrobić. Po prostu muszę wyjechać. Sama, chociaż na chwilę. Obiecuję, że przywiozę wam piękne prezenty.

Marcel scałował łzę błąkającą się samotnie po policzku żony, w skrytości ducha próbując zrozumieć podjętą przez nią decyzję. Bo jak się kogoś kocha, trzeba go puścić wolno. Na tym polega miłość.

Warkot silnika białego SUV-a donośnie oznajmił, iż marzenie stało się rzeczywistością. Sylwetki jej bliskich po chwili zniknęły za zakrętem. Widziała je teraz jedynie w swojej wyobraźni. Wyłączyła radio, by móc w ciszy wsłuchać się we własne myśli. A były one różnorakie i mogłaby przysiąc, że składają się z samych wykrzykników. Kaskada skrajności zalała jej umysł, obciążając go wyrzutami sumienia spowodowanymi egoizmem, którym odważyła się kierować. Wątpliwości, czy mąż poradzi sobie z czwórką dzieci, nie dawały jej spokoju. Kilka razy próbowała zawrócić do domu, lecz jakaś niewidzialna ręka popychała ją w przeciwną stronę.

Sunęła prawie pustą autostradą, błogosławiąc fakt, że nie trwały na niej aktualnie żadne remonty. Dzięki temu odległość dzielącą słoneczną Bawarię od Szczecina pokonała w niewiele ponad pięć godzin. Byłaby szybciej, gdyby jej inteligentny wóz nie rozpoznał oznak zmęczenia i nie kazał jej zatrzymać się w celu zasilenia organizmu solidną porcją kofeiny. Wydająca z siebie upierdliwe dźwięki maszyna zaczęła działać jej na nerwy. Kobieta nie miała innego wyjścia, jak tylko zrobić przerwę. Skrzywiła się nieco, zanurzając usta w ciemnej cieczy, której smak nie miał nic wspólnego z tą, którą raczyła się na co dzień.

Gdy wjeżdżała do Polski, październikowe słońce właśnie chowało się za chmurą. Cieszyła swoje oczy jego widokiem, celebrując chwile rozkosznie otulające jej serce. Nieczęsto miała możliwość podziwiania uroków kończącego się dnia. Te momenty zwykle zarezerwowane były dla jej dzieci – kąpiel, kolacja, wspólne czytanie bajek.

Dźwięk nadchodzącego połączenia natarczywie przerwał tę pełną wzruszenia kontemplację. Nacisnęła szybko guzik z namalowaną słuchawką i przywitała się z mężem, za którym, szczerze powiedziawszy, nie zdążyła jeszcze zatęsknić. Pusto tu bez ciebie. Bardzo tęsknię – powiedział ściszonym tonem. Nie wyczuła grama pretensji, na którą w duchu się przygotowywała.

– Właśnie wjeżdżam do Mierzyna.

– Szybko poszło, jesteś świetnym kierowcą – pochwalił ją.

– Poszłoby szybciej, gdyby nie te wszystkie systemy, w które wyposażony jest mój samochód.

– Kazał ci się zatrzymać?

– Nie inaczej.

Mężczyzna odchrząknął z dumą. Poczucie bezpieczeństwa było tym, co bezapelacyjnie chciał zapewnić własnej rodzinie, a zwłaszcza żonie. Zawsze stawiał ją na pierwszym miejscu, twierdząc, że jest najważniejszą osobą w jego życiu.

– Usiłuję znaleźć miejsce, w którym mogłabym zaparkować.

– Uroki bloków.

– Przepiękne uroki bloków, kochanie. Miałeś świetny pomysł, że kupiłeś tu mieszkanie. Dzięki temu nie muszę się tułać po hotelach. Wiesz, jak tego nie lubię, prawda? – Rozprawiała z nim przez zestaw głośnomówiący, rozglądając się w poszukiwaniu wolnego miejsca.

– U nas też wszystko w porządku. Dziewczynki już śpią, a Kacper czyści trawnik. Powiedziałem, że nie odpuszczę. Co jak co, ale po własnym ogrodzie chcę chodzić bez stresu.

Roześmiała się, zgrabnym ruchem wjeżdżając w wymalowaną na parkingu kopertę.

– Śmiej się, śmiej. Dzieci nie poznasz po powrocie. Mam zamiar wprowadzić tu inżynierską dyscyplinę.

– Na to liczę, kochanie. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. Męski ład w artystycznej przestrzeni naszego domu jest tym, o czym marzę od dawna. – Trzasnęła drzwiami SUV-a, odrobinę zbyt mocno.

– Czy to jest to, co mi się zdawało? – zapytał.

Zmrużyła oczy, wybąkując przeprosiny. Jej mąż miał hopla na punkcie samochodów. Nic dziwnego, były niemalże jak jego dzieci. Projektował je z drobiazgową starannością, z namaszczeniem oddając im kawałki swojej duszy. Zupełnie to samo ona czyniła z książkami.

Lubiła słuchać jego głosu. Miał w sobie coś, co zawsze ją pociągało. Lotność słów, których używał, często przemycała w dialogach przez siebie tworzonych. Czytelniczki wielokrotnie właśnie te wątki uznawały za najlepsze. Nic dziwnego, skoro krawcem ich kreacji był nie kto inny, jak Marcel.

– Już jestem na miejscu, kochanie. Muszę ci powiedzieć, że nasze mieszkanko wygląda fantastycznie. Ewa musiała tu zaglądać. Wszystko jest czyste i pachnące. Wyobraź sobie, że nawet kwiaty do wazonu wstawiła. Skąd ona wie, że lubię białe róże?

– Niech się zastanowię… – Udawał przejętego. – Napisałaś o tym w Plejadzie? Poza tym nie ma chyba takiego miejsca, gdzie nos tego wścibskiego babiszona by się nie zmieścił.

Maja mruknęła z niezadowoleniem.

– Ewa to nie tylko twoja przyjaciółka, ale też psychofanka – poprawił się, próbując wybrnąć z sytuacji, co chyba nie do końca mu się udało.

Maja z właściwą sobie klasą przemilczała jego słowa.

– Jutro do niej zatelefonuję i umówię się na kawę. Muszę ci powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Nigdzie nie ma nawet ociupiny kurzu. Ona lizała te podłogi czy jak? Nawet nasza pani Imke nie jest taka dokładna – wychwalała przyjaciółkę.

– Jak tam, chłopie? Strefa minowa ogarnięta?

– Co?

– To nie do ciebie, kochanie. Mówię do Kacpra. Przyszedł tu z workiem psich „skarbów”, wybacz.

Roześmiała się. Uwielbiała poczucie humoru męża. Chyba właśnie za nie kochała go najbardziej.

Porozmawiali jeszcze przez chwilę, na koniec wyznając sobie miłość. Codziennie wypowiadali do siebie te dwa słowa, niezależnie od tego, w jakim kierunku potoczył się ich dzień. Nawet jak byli na siebie źli i ich wyznanie namaszczone było niechęcią, z upartością osła jak mantrę je powtarzali. To był ich rytuał.

Po zakończeniu rozmowy z ukochanym kobieta rozsiadła się w fotelu, po raz kolejny czując wdzięczność, iż jest posiadaczką mieszkania usytuowanego na mierzyńskim osiedlu Za Wiatrakiem. Jak to dobrze, że kiedyś dała się przekonać do jego zakupu. Atmosfera tego miejsca wolna była od dziecięcych krzyków, które wypełniały każdy jej dzień. Oddając się rozmyślaniom, na które miała czas po raz pierwszy od dawna, doszła do wniosku, że wcale nie jest zmęczona pracą. Pisanie książek nigdy jej nie męczyło. Bardziej emocjonalny zamęt, którego zaznawała na obczyźnie. Kochała swój dom, kochała Kulmbach, lecz to Polska była jej miejscem na ziemi. To w ojczyźnie napisała Plejadę, która przyniosła jej rozgłos, sytuując pisarkę na szczytach list bestsellerów. Czuła wdzięczność dla kraju, który ją ukształtował.

ROZDZIAŁ 5

SPÓŹNIONE WYZNANIE

Nazajutrz, tuż po przebudzeniu, zadzwoniła do Ewy. Potrzebowała rozmowy z kimś, z kim mogłaby zagalopować się z rozmachem w używaniu polskich słów. Przyjaciółka nadawała się do tego idealnie. Znały się jeszcze z czasów liceum, chodziły do jednej klasy, siedziały razem w ławce i powierzały sobie niemalże wszystkie sekrety. To właśnie Ewa była świadkiem pierwszych uniesień i zawodów miłosnych Mai. Z niezachwianą wiarą wspierała przyjaciółkę, gdy ta wysyłała do wydawcy maszynopis swojej pierwszej powieści. „Jak już będziesz słynną pisarką, to o mnie nie zapomnisz, prawda?” – martwiła się.

Zanim tekst trafił do wydawcy, musiał przejść przez ręce Ewy. Miała oko do literówek. Wyłapywała je celnie i szybko, za co Maja dziękowała miliony razy. „Co ja bym bez ciebie zrobiła?” – zastanawiała się głośno. „Ugrzęzłabyś pod lawiną hejtu” – żartowała tamta.

Wsypała do kubka dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, przypominając sobie czasy, kiedy jedynie taką pijała. Czajnik piszczał wesoło, dopominając się, by zdjąć go z gazu. Zalała napój wrzątkiem i wybrała numer przyjaciółki.

– Maja P.? Ta słynna pisarka? – Usłyszała wesoły głos Ewy.

– We własnej osobie.

– Rozumiem, że jesteś już na miejscu. Podobały ci się róże?

– Są idealne. Zupełnie tak, jak ty.

– Oj tam, oj tam. Postawisz kawę i będziemy kwita.

– À propos kawy, to właśnie sobie zaparzyłam. Dziękuję, że zaopatrzyłaś kuchnię w cały podstawowy niezbędnik. – Siorbnęła głośno. – Jak ja dawno nie piłam rozpuszczalnej kawy. Wiem, że nie jest zdrowa, ale jest pyszna.

W trakcie rozmowy, która nie trwała zbyt długo, ustaliły wspólnie, że szkoda czasu na telefoniczną wymianę myśli. Uznały, iż koniecznie muszą się spotkać, bo nie miały ku temu okazji zdecydowanie zbyt długo.

***

Na przygotowania do spotkania z przyjaciółką poświęciła ponad godzinę. Bez pośpiechu wzięła prysznic, wyprasowała i włożyła ulubioną sukienkę, wyraźnie z siebie zadowolona. Następnie wykonała staranny makijaż. Nie pamiętała już czasów, kiedy to bez patrzenia na zegarek mogła spokojnie zająć się tylko sobą. Zwykle jej poranna toaleta kończyła się na szybkim, trzydziestosekundowym prysznicu i wklepaniu w twarz kremu nawilżającego. Bywało, że była zadowolona z tego, że nie jest zmuszana do noszenia garsonki i wysokich szpilek, lecz bywało również, że tęskniła za koniecznością zadbania o swój wygląd. Dla Marcela zawsze była piękna, nawet gdy na policzku odciskały jej się wątpliwej urody ślady minionej nocy.

Zbiegła po schodach, niemalże się nad nimi unosząc. Tak bardzo się cieszyła, że już za chwilkę uściska Ewę. Wsiadła do samochodu i ruszyła w kierunku centrum handlowego, w którym były umówione.

– Majka! Majka! – Usłyszała piskliwy wrzask przyjaciółki. – Nie poznałam cię, ty moja zakonnico. Jak zawsze granatowy habit, z dwojga złego dobrze, że nie czarny. – Rzuciła się na nią, nie szczędząc słów „uznania”. – No, pokaż mi się, i to szybko.

Obróciła Maję ruchem przypominającym zabawę w ciuciubabkę.

– Co mnie tak szarpiesz, kobieto?!

– Od razu widać, że jesteś szczęśliwą mężatką, bo nie musisz się stroić, żeby komuś zawrócić w głowie.

Majka nie skomentowała, przewróciła tylko oczami. W ciągu wielu lat ich przyjaźni zdążyła się już przyzwyczaić do tego typu nie do końca przemyślanych żartów.

Ewa jak zawsze wyglądała olśniewająco. Markowe szpilki, ramoneska i obcisłe spodnie przyciągały uwagę przechodniów do tego stopnia, że jeden z nich o mało nie wszedł w słup, zapatrzony w miejsce będące zakończeniem jej niebotycznie długich nóg.

– Za to ty jak zawsze swoim wyglądem powodujesz zagrożenie w ruchu publicznym – zripostowała Maja, kiwając głową w stronę mężczyzny próbującego ukryć swoje zmieszanie.

Przytuliły się mocno, podskakując w uścisku. Odkąd Maja wyjechała, bardzo za sobą tęskniły. Nie było dnia, żeby nie kontaktowały się za pośrednictwem internetu, będąc wdzięcznymi, że w dzisiejszym świecie nie istnieje coś takiego jak problem z komunikacją.

Po chwili rozsiadły się w ulubionej kawiarni i zaczęły rozmawiać.

– Jak przekonałaś Marcela, aby cię puścił samą do Polski, to ja naprawdę nie wiem. Czy on potrafi bez ciebie oddychać?

Krępa kelnerka postawiła przed nimi kawę, myląc latte z cappuccino i stawiając je w niewłaściwych miejscach. Szybkim ruchem naprawiły tę pomyłkę.

– Nie rób z mojego męża niedojdy, Ewka. Zapominasz się – obruszyła się Majka.

– Od początku wiedziałam, że on cię zamknie w złotej klatce – westchnęła Ewa, chrupiąc rurkę z bitą śmietaną. – Mogłaś coś przeżyć, poromansować, poużywać życia. Nie wiem… do Jarocina pojechać, na Woodstock. Zamknąć się w namiocie z jednym, drugim, trzecim… To ty swoje. Wolałaś dzieci rodzić, jedno po drugim.