Jej piękna twarz - Robyn Harding - ebook
Opis

Dwie przyjaciółki. Jedna z nich nie jest osobą, za którą się podaje. Obie mają mroczne tajemnice.

Dla Frances Metcalfe każdy dzień to walka o przetrwanie.
Frances nie pracuje zawodowo, a cały swój czas poświęca synowi, który od przedszkola sprawia problemy wychowawcze. Kiedy został przyjęty do prestiżowej prywatnej szkoły, kobieta miała nadzieję, że teraz będzie mogła żyć normalnie. Usilnie stara się dopasować i odnaleźć w gronie rodziców, pomimo swoich kompleksów związanych z nadwagą, samotnością i brakiem wiary w siebie. Wkrótce jednak niemiły incydent z udziałem jej syna stawia ich oboje poza nawiasem szkolnej społeczności. Frances czuje się samotna jak jeszcze nigdy w życiu.
To się zmienia, kiedy poznaje Kate Randolph.
Kate jest dokładnym przeciwieństwem Frances - piękna, bogata, silna i pewna siebie - ale z jakiegoś powodu chce przyjaźnić się tylko z nią. Łączy je lekceważenie dla snobek ze szkoły i gorąca miłość do swoich synów. Wkrótce jednak wyjdzie na jaw pewna mroczna tajemnica, która zachwieje tą wartościową znajomością.
Bo jedna z tych dwóch kobiet nie jest osobą, za którą się podaje. Nosiła kiedyś inne nazwisko. Nazwisko związane z głośnym morderstwem.

Robyn Harding, autorka "Złego towarzystwa", snuje na kartach swojej nowej powieści gęstą sieć kłamstw, mistyfikacji i zdrady, aby postawić przed czytelnikiem pytanie: czy człowiek jest w stanie się zmienić? A nawet jeśli tak, to czy można mu wybaczyć winy z przeszłości?

To może być thriller tego lata.
"Toronto Star"

Harding mistrzowsko buduje delikatne poczucie zagrożenia. Przeraża i robi wrażenie.
"Kirkus"

Harding odkrywa tajemnice powoli, niczym Liane Moriarty w "Wielkich kłamstewkach". Podobieństw między tymi dwiema książkami jest zresztą więcej.
"Booklist"

Domowy thriller, doskonały dla fanów B. A. Paris, Meg Mirandy i Liane Moriarty. Czyta się z przyjemnością. Napięcie serwowane jest w takich dawkach, że nie sposób się oderwać. A to, czego się powoli dowiadujemy, szokuje coraz bardziej.
"BookReporter"

Robyn Harding jest scenarzystką i pisarką, autorką między innymi międzynarodowego bestsellera "Złe towarzystwo". Mieszka w Vancouver z mężem i dwojgiem dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

HER PRETTY FACE

 

Copyright © 2018 by Robyn Harding

All rights reserved

 

Projekt okładki

Elly vlach/Faceout studio

 

Opracowanie wersji polskiej

Ewa Wójcik

 

Zdjęcia na okładce

© Andreas Kuehn/Getty Images;

Nik_Merkulov/iStockphoto.com; kenkuza/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

 

Redakcja

Aneta Kanobrodzka

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83-8169-779-8

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Tegan

– ponieważ chciała książkę dedykowaną wyłącznie dla niej. I dlatego, że jest cudowna.

 

„Arizona Globe”, piątek, 1 marca 1996

POSZUKIWANIA ZAGINIONEJ NASTOLATKI WCIĄŻ TRWAJĄ

Zrozpaczeni rodzice od tygodnia czekają na powrót córki

PILAR HERNANDEZ

Phoenix

Wieczorem 23 lutego br. piętnastoletnia Courtney Carey, mieszkająca z rodzicami w Tolleson na przedmieściach Phoenix, wyszła z domu na spotkanie z koleżankami i od tamtej pory nikt jej nie widział. Jak twierdzą koleżanki, z którymi miała się spotkać, nie było jej w umówionym miejscu, co raczej rzadko jej się zdarzało.

Policja i rodzina wraz ze znajomymi przeszukali całą okolicę. Nie natrafiono na żaden ślad zaginionej. Jej rysopis: 15-latka rasy białej, wzrost 162 cm, brązowe włosy i oczy. Miała na sobie dżinsy, czerwoną flanelową koszulę i sportowe buty do biegania.

Policja prosi o kontakt każdego, kto widział Courtney Carey lub wie, gdzie można ją znaleźć.

 

FRANCES

teraz

Frances Metcalfe nie przepadała za dużymi imprezami, w szczególności zaś nie lubiła balów kostiumowych. Zamiast uczestniczyć w czymś takim, wolałaby już zostać w domu i własnoręcznie przekłuć sobie sutki szydełkiem, ale cóż, jeśli ma się dziecko w Forrester Academy, to obecność na wydarzeniach, podczas których zbiera się fundusze dla szkoły, jest obowiązkowa. Placówka potrzebuje regularnych zastrzyków gotówki, mimo że czesne wynosi trzydzieści tysięcy dolarów.

Hasło przewodnie balu: LATA OSIEMDZIESIĄTE!

Czyli: TAK, TAK, PRZEBIERZ SIĘ ZA SWOJĄ ULUBIONĄ GWIAZDĘ Z TAMTEJ DEKADY!

Ona wzięła to całkiem dosłownie i przebrała się za Cyndi Lauper. Ceniła tę wokalistkę za działalność społeczną na rzecz osób LGBTQ, a jej piosenki były jak ścieżka dźwiękowa dawno minionego wieku niewinności. Niestety falbaniasta spódnica plus komplet dodatków – pasków, naszyjników i apaszek – to nie był najkorzystniejszy wybór dla kobiety o krągłych kształtach; w jaskrawoczerwonej peruce i kolorowym makijażu czuła się jak skrzyżowanie kopniętego klauna i zażywnej kloszardki.

Skulona z zażenowania błąkała się po sali gimnastycznej. Wszędzie wisiały pęki neonowych serpentyn, a ręcznie malowane plakaty biły po oczach krzykliwymi hasłami:

 

WIĘCEJ CZADU!

ALE SIARA!

ODLOT!

 

Dekoracje wykonane przez szóstoklasistów pani Waddell mocno kłóciły się z wyszukanym cateringiem i atrakcyjnymi kelnerkami w czarno-białych strojach, które krążyły pomiędzy gośćmi z tacami pełnymi porcelanowych miseczek z sałatką ceviche, kapeluszy grzybów faszerowanych owocami morza i kanapeczek z wołowiną wagyu. Frances obiecała sobie, że na balu nie weźmie do ust ani kęsa. Przed wyjściem z domu najadła się surowych warzyw, tak jak radziły wszystkie fitnessowe czasopisma. Tyle już było psychologicznych artykułów wyjaśniających, dlaczego ludzie się przejadają – Jak dokarmiamy emocjonalny ból, Jak jedzenie zastępuje nam miłość – a i tak każdy poradnik zalecał to samo: jeśli chcesz oprzeć się pokusom superkalorycznych przekąsek na imprezie, przed wyjściem napchaj się warzywami. Tyle że na imprezie wcale nie je się z głodu, lecz ze strachu.

Strach – to może nieco zbyt mocne określenie. Frances czuła ucisk w żołądku, lekko drżały jej ręce i miała spocony, swędzący kark. To była raczej fobia towarzyska, łagodna, niekiedy tylko nasilająca się mniej więcej do stanów średnich; cierpiała na nią od lat. Jeśli człowiek ma swoje tajemnice, jeśli jego przeszłość skrywa fakty, których trzeba pilnie strzec, to odechciewa się pogawędek. Do tego doszła jeszcze nadwaga – dziesięć kilo przy wzroście metr sześćdziesiąt pięć – no i ten skromniutki czek, który przed chwilą włożyła do ozdobnej skrzynki na datki, mając stuprocentową pewność, że organizatorki szkolnej zbiórki, wśród których było kilka żon multimilionerów z Microsoftu, będą się nad nim śmiały do rozpuku. Ani jedno, ani drugie bynajmniej nie dodawało jej wiary w siebie.

A jednak niepokój dręczący Frances tego właśnie wieczoru nie wziął się z przeszłości ani ze wstydu związanego z nadwagą i niefortunnym strojem. Zrodził się tu i teraz. Rodzice uczniów Forrestera nie akceptowali jej, a ich wrogość była wręcz namacalna. Krążąc w tłumie, widziała, jak kolejno, niczym na komendę, odwracają się do niej plecami; od czasów szkoły średniej nie czuła się tak otwarcie bojkotowana. Zgarnęła drugi kieliszek wina z tacy przechodzącej kelnerki i wepchnęła do ust arancini, ryżową kulkę nadziewaną truflami.

Kiedy jej syn Marcus dostał się do Forrester Academy, Frances wiele sobie po tym obiecywała. Była to w końcu jedna z elitarnych prywatnych szkół w obrębie metropolii Seattle. Marcus był już w wieku gimnazjalnym; stał się trochę dojrzalszy i spokojniejszy. ADHD plus zaburzenie opozycyjno-buntownicze, które rozpoznano u niego w pierwszych latach szkolnej nauki, powoli dawały się opanować. Terapie behawioralne, gorliwie przerabiane przez nią z synem przez kilka ostatnich lat, chyba się sprawdzały, a po odstawieniu cukru i glutenu chłopak niemalże spotulniał. Frances była pewna, że w nowoczes­nym budynku ze szkła i metalu syn znajdzie świetne warunki do rozwoju, że rozkwitnie w ramach prywatnego szkolnictwa, lepiej zorganizowanego i nastawionego na ucznia. Dla niej samej ta szkoła też miała być szansą, aby zacząć wszystko od nowa.

Mamy z Forrestera nie wiedziały, że Frances Metcalfe mieszka w skromnym jednopiętrowym domu, maleńkim jak na Clyde Hill, bo w tej ekskluzywnej północno-zachodniej dzielnicy miasta Bellevue było wiele wspaniałych rezydencji. Nie wiedziały też, że Jason, mąż Frances, kupił ten dom, zbudowany tanim kosztem jeszcze w latach osiemdziesiątych, od ciotki, siostry swojego ojca, za mniej więcej jedną piątą jego aktualnej wartości. Nie miały pojęcia, że oba samochody Metcalfe’ów – subaru outback i volkswagen jetta – były z leasingu, a Jason nie zarabiał aż tyle, żeby stać go było na prywatną szkołę dla syna, i musiał wziąć kredyt pod zastaw domu, który już się sypał i panował w nim wieczny rozgardiasz, bo Frances nie była w stanie utrzymać porządku. Szkołę średnią zaczynali więc jakby od zera. Miał to być nowy rozdział dla całej rodziny.

Ten rozdział dobiegł końca po trzech tygodniach nauki.

Awantura z Abbey Dumas pogrzebała ich na amen – i Marcusa, i Frances. Abbey czepiała się go i dokuczała mu tak długo, aż zemścił się na niej w sposób tyleż obrzydliwy, co pomysłowy: na którejś z przerw znalazł butelkę, z której piła jego dręczycielka, odkręcił ją i nasikał do środka. W sumie nic strasznego się nie stało. Abbey wyszła z tego właściwie bez szwanku (wypiła raptem łyk i od razu poleciała z krzykiem do wychowawczyni). Szkolna społeczność nie mogła darować czegoś zupełnie innego, tego mianowicie, że całe zajście miało „niepokojący charakter”. Niepokojący! Jakby każdy łobuziak z szóstej klasy miał wyrosnąć na dewianta, który podgląda ludzi w ubikacji, maltretuje koty, a w piwnicy trzyma pod kluczem gromadę seksualnych niewolnic. Frances od razu zapisała syna na regularne spotkania z psychologiem dziecięcym, ale rodzice Abbey zażądali usunięcia Marcusa ze szkoły. Dyrekcja wzięła jego stronę, wyjaśniając, że u Forrestera nie skreśla się uczniów tak od ręki. „Wszyscy, cała szkolna społeczność, musimy sobie z nimi radzić”, powiedzieli.

W oddali zamajaczyła czekoladowa fontanna, oaza na pustyni pełnej sobowtórów Madonny i Adama Anta. Frances wiedziała, że powinna panować nad swoim apetytem, ale maczając owoce w płynnej czekoladzie, miałaby przynajmniej zajęte ręce i wyglądałaby, jakby coś robiła. Nie mogła już wrócić do stolików, gdzie odbywały się ciche aukcje, bo już tam była, i zapisała się do licytacji karnetów do spa i koszyków z jedzeniem (oby tylko niczego nie wygrała!). Jason zniknął jej z oczu, pochłonął go tłum rodziców, zupełnie jednakowych w perukach typu „krótkie z przodu, długie z tyłu” i ciuchach mącących wzrok paletą neonowych barw. Ruszyła z miejsca, biorąc kurs prosto na gejzer opływający soczystym, połyskliwym brązem.

Mogła wziąć owoc – zmniejszyć siłę rażenia bomby kalorycznej – ale biszkopt leżący na półmisku tuż obok, wilgotny i kuszący, wyglądał tak apetycznie, że błyskawicznie porwała długi widelec z drewnianą rączką i nabiła na niego największy kawałek, aby zanurzyć go w słodkim strumieniu. W tej samej chwili, gdy lepki, gąbczasty kąsek zniknął w jej ustach, wyczuła czyjąś obecność. Ktoś stał tuż za nią.

– Cześć, Frances. – Powitanie zabrzmiało chłodno, dało się to zauważyć, ale przynajmniej nie było w nim słychać otwartej wrogości. Odwróciwszy się, zobaczyła Allison Moss. Szczupłe, sprężyste ciało opięte od stóp do głów spandeksem: Olivia Newton-John, żywcem wyjęta z teledysku Physical. No świetnie.

– Szef, Alifon – wymamrotała z ustami pełnymi ciasta.

– Ty jesteś… Boy George?

Frances jak szalona usiłowała przełknąć, ale nasiąknięty czekoladą biszkopt zmienił się w gęstą masę, która za nic w świecie nie chciała się odkleić od podniebienia.

– Syl-di Lam-peł – udało jej się wydukać.

– Śliczne te dekoracje, nie sądzisz? Bardzo mi się podoba, że dzieciaki zrobiły je same.

– Tak, supeł. – Wyszedł z tego raczej mało apetyczny bulgot.

Allison wzięła widelec, nabiła na niego truskawkę i wsunęła ją do ust, rezygnując z czekolady.

– No a jak tam Marcus? – zapytała. – Podoba mu się w szkole?

Czy w tym pytaniu słychać było szyderstwo? Szczyptę okrutnej ciekawości? A może przemawiała przez nią szczera troska o Marcusa? Od awantury z Abbey Dumas minął blisko miesiąc, może ludzie zaczęli już zapominać? Może życie po prostu toczy się dalej?

– Radzi sobie – odparła Frances. – Chyba się trochę zaaklimatyzował.

– W nowej szkole na początku bywa trudno – przytaknęła Allison z uśmiechem, a jej zrobiło się ciepło na sercu. Ta kobieta umiała ją zrozumieć. Tak, nowemu uczniowi jest ciężko i właśnie dlatego Marcus zrobił to, co zrobił. Abbey mu dokuczała, a jego poniosło. To było głupie. I obrzydliwe. Ale przecież to tylko dzieciak…

– A jak tam… – Urwała w pół słowa, nie mogąc przypomnieć sobie, jak ma na imię córka Allison. Lila? Lola? Leila? Była w wieku jej syna, ale nie uczyli się razem.

– Marcus to kawał chłopa. – Allison najwidoczniej nie chciała zmieniać tematu i rozmawiać o własnym dziecku. – Wzrost ma po ojcu, to widać.

– Tak, w rodzinie Jasona jest sporo wysokich osób.

– Miło, że się dzisiaj pokazał. Nieczęsto mamy przyjemność go widywać.

Nie wiedzieć czemu Jason nie był w tej społeczności wyrzutkiem jak jego żona i syn. Prezentował się świetnie: wysoki, ciemnowłosy i przystojny (wszystko, oprócz wzros­tu, po matce Meksykance, kobiecie wyjątkowej urody). „Z takim uśmiechem mógłby krew wypić i dziurki nie zrobić”, powiedziała kiedyś jedna z zauroczonych mężem Frances matek z Forrestera. Poza tym raczej odcinał się od swojego trudnego syna i nieudolnej żony. Uciekał w pracę. Był technikiem i kończył zmiany o ósmej wieczorem, a kilka razy w miesiącu musiał zostawać dłużej, aż do północy. Jako jedyny żywiciel rodziny nie mógł, ma się rozumieć, odpowiadać za problemy wychowawcze Marcusa. Ten ciężar spoczywał w całości na barkach prowadzącej dom matki.

Frances odwróciła głowę, podążając za wzrokiem Allison Moss. Dopiero po dobrej chwili rozpoznała męża w fedorze, którą włożył na tę okazję. Wyglądał jak spod igły: materiałowe spodnie z zaszewkami leżały jak ulał, marynarka z wiśniowego atłasu podkreślała mocne, szerokie ramiona (był przebrany za Johna Taylora z Duran Duran). Prowadził ożywioną rozmowę z drobną kobietą o azjatyckich rysach i lwiej grzywie sztucznych włosów, wystrojonej w króciusieńką skórzaną mini. Tina Turner, któż by inny. Akurat odrzuciła głowę do tyłu, śmiejąc się z czegoś, co powiedział: jej dłoń spoczywała lekko na lśniącym, czerwonym rękawie jego marynarki. Z daleka było widać, że mąż Frances jej się podoba.

– Chyba bawi się całkiem nieźle – zauważyła Allison. I to już było to: w tych słowach, subtelnie, lecz bez pudła, zabrzmiały protekcjonalność i drwina, coś, czego Frances nauczyła się oczekiwać od matek z Forrester Academy. Jednakże tym razem w znanej śpiewce pojawił się nowy wątek. Do tej pory miała wrażenie, że inni rodzice uważają ją po prostu za nieudolną matkę, ale teraz Allison Moss zmieniła taktykę, orzekając, że pani Metcalfe nie nadaje się również na żonę. Taktyka była skuteczna. Frances zdążyła się już w pewnym stopniu uodpornić na krytykę swoich metod wychowawczych, ale wobec zarzutów względem małżeństwa z Jasonem była całkiem bezbronna. Wiedziała, że obcy ludzie, zwłaszcza kobiety, dziwią się, słysząc, że jest jego żoną. Jason – towarzyski, atrakcyjny, wysportowany, i ona – pulchna, nudna mysz. „Taka ładna buzia…”. Nigdy nie słyszała nic okrutniejszego na swój temat.

Allison dalej przyglądała się z daleka rozmowie męża Frances i jego zalotnej adoratorki.

– May jest cudowna, nie sądzisz? – powiedziała. – A te nogi! Jej mąż został dyrektorem azjatyckiego działu Expedii i wyjechał do Hongkongu, a ona postanowiła zostać. Rozwód to trudna sprawa, ale poradziła sobie znakomicie.

Cudowna May stuknęła się z Jasonem kieliszkiem. Za co wypili? Może za to, co ich łączyło, czyli za bezdyskusyjną wyższość nad ślubnymi partnerami? Frances zdawała sobie sprawę, że doświadcza klasycznej projekcji: postrzegała męża poprzez swoje kompleksy. Jason regularnie zapewniał, że ją kocha, że w jego oczach jest atrakcyjna, że niczego nie żałuje, ale dla niej – i zresztą nie tylko dla niej, bo dla Allison i wszystkich innych też – było jasne, że mógłby mieć znacznie lepszą żonę. Patrzyła, jak trzęsie się ze śmiechu po czymś, co powiedziała May, i w gardle stanęła jej gorzka, trudna do przełknięcia gula.

– May znajdzie sobie kogoś lepszego. – Allison odwróciła się do niej z uśmiechem na ustach. – Nie Jasona, rzecz jasna. Ty jesteś jego żoną. – A potem, sięgając po następny krojony owoc, mruknęła pod nosem: – Szkoda.

Naprawdę to powiedziała? Naprawdę była aż tak okrutna? Frances nie wierzyła własnym uszom. Miała w głowie jeden wielki wir, w którym wszelkie klarowne myśli zostały wyparte przez czyste emocje – przykrość, zazdrość, złość. Czas jakby stanął w miejscu. Spojrzała z góry na filigranową Allison Moss, spokojną, doskonałą w każdym calu i tak bardzo zadowoloną z siebie. Chwila zawieszenia trwała, a ona, puściwszy wodze fantazji, napawała się myślą, jak dobrze by się poczuła, gdyby mogła zabić tę kobietę. Zatłuc ją na śmierć fontanną do czekolady. Urządzenie pewnie nawet nie ważyło dziesięciu kilo i po wyłączeniu z gniazdka dałoby się je z łatwością chwycić oburącz jak maczugę. Trudno sobie wyobrazić broń mogącą narobić większego bałaganu, ale była w tym jakaś smakowita ironia: wysportowana, smukła Allison Moss zamordowana narzędziem aż klejącym się od cukru i kalorii. W uszach Frances zabrzmiał trzask ptasiej czaszki tej kobiety od uderzenia metalową podstawą. Oczami wyobraźni zobaczyła kałużę krwi zmieszanej z płynną czekoladą: obrzydliwą, słodko-słoną maź. Ile razy trzeba by było walnąć, aby mieć pewność, że Allison nie żyje? Trzy? Na pewno nie więcej niż cztery. Przynajmniej raz miałabym pożytek z tej mojej tuszy, pomyślała Frances.

Mogłaby też, ewentualnie, udusić gwiazdkę rady rodziców gołymi rękami. Złapać ją za żylastą szyję, zacisnąć pulchne paluchy na jej gardle. Cóż by to była za przyjemność słuchać, jak rzęzi i charczy, walcząc o każdy oddech; co za rozkosz patrzeć, jak w jej oczach gaśnie okrutny blask, a chłopięce ciało wiotczeje i wreszcie osuwa się bezwładnie na parkiet sali gimnastycznej. Ten sposób był zdecydowanie bardziej higieniczny, ale i bardziej czasochłonny. Zachodziło ryzyko, że ktoś z kliki Allison zdążyłby doskoczyć i odciągnąć napastniczkę, zanim byłoby po sprawie.

Frances wiedziała, że nie jest chora psychicznie. To była fantazja, całkiem niegroźny mechanizm obronny. Tak w każdym razie sama o tym myślała z braku fachowej diagnozy, bo nigdy w życiu nie powiedziałaby o tych agresywnych myślach żadnemu psychologowi, a już na pewno nie takiemu, który znał jej przeszłość. Trudno jednak było się dziwić, że miewa mroczne fantazje, jeśli cała społeczność Forrester Academy traktowała ją w ten sposób. Nie posunęłaby się do morderstwa – z całą pewnością nie w szkole swojego syna i nie na oczach wszystkich rodziców. To byłby straszliwy skandal. Już widziała te nagłówki w gazetach:

 

MATKA SPOZA KRĘGÓW TOWARZYSKICH

MORDUJE POPULARNĄ MAMĘ

NA GIMNAZJALNEJ IMPREZIE CHARYTATYWNEJ

 

Potrząsnęła nieznacznie głową, odsuwając od siebie brutalne mrzonki. Uśmiechnąwszy się do Allison zaciś­niętymi ustami, odwróciła się, aby wziąć sobie drugi kawałek biszkoptu.

– Cześć, Allison – zabrzmiał nowy głos. Napięty, lodowaty. Znajomy.

Frances zamarła z dłonią wyciągniętą w powietrzu, a potem obejrzała się za siebie. Na widok wysokiej, smuk­łej sylwetki Kate Randolph górującej nad Allison Moss serce urosło jej w piersi. To była przyjaciółka – jedyna przyjaciółka, jaką Frances miała w szkole swojego syna. Biała koszula z przypinanymi rogami kołnierzyka, zawiązana tuż pod biustem, odsłaniała płaski, opalony brzuch. Stroju dopełniały sprane męskie lewisy i ciężkie czarne buty. Karmelowe włosy zaczesane do tyłu, seksownie utapirowane i utrwalone lakierem. Efekt: supermodelka z lat osiemdziesiątych (a nie bezdomny klaun, jak Frances).

– O, Kate. Cześć. – W głosie Allison nagle zabrzmiała powaga. – Świetnie wyglądasz.

– Dzięki. – Kate bezceremonialnie obrzuciła wzrokiem jej obcisłe spandeksy. – No, no… Odważna jesteś. Takie stroje w naszym wieku…

Allison nie przestała się uśmiechać, ale błysk w jej oczach zdradził nagły brak pewności siebie.

– Dużo ćwiczę – oznajmiła.

– No tak… A grawitacja robi swoje.

Filigranowa kobieta skrzyżowała ramiona na piersi i szybko zmieniła temat.

– Jak tam Charles? – zapytała. – Podoba mu się w szóstej klasie?

– Na razie nie narzeka. A twoja Lulu?

– Lila.

– No właśnie.

– Świetnie sobie radzi. Wręcz kwitnie.

Kate powiodła wzrokiem po sali gimnastycznej.

– Nie mogli wziąć jakiegoś profesjonalnego dekoratora? Za co płacimy tyle forsy?

Allison Moss drgnęła, co nie uszło uwagi Frances. Pewnie to jej genialna Lila sama malowała te „odjazdowe” plakaty. Wątła kopia Olivii Newton-John odłożyła widelec na stół.

– Muszę uciekać od tej czekoladowej pokusy. Miło cię widzieć, Kate.

Skinąwszy głową, szybko się oddaliła.

– To było niesamowite – zachłysnęła się Frances. Zjadliwe uwagi Kate były bardziej satysfakcjonujące niż prawdziwe morderstwo.

– Ach, dziękuję, Cyndi Lauper.

Frances uśmiechnęła się.

– Myślałam, że nie przyjdziesz. Mówiłaś, że nie znosisz takich imprez.

Kate wzięła sobie widelec do fondue.

– Nie mogłam pozwolić, żebyś sama użerała się z tymi nadętymi babami. Poza tym Robert powiedział, że jeśli się nie pokażemy, to Charles wyleci ze szkoły.

– I pewnie miał rację. – Frances odszukała wzrokiem męża Kate, wysportowanego pięćdziesięcioparolatka. Robert Randolph rozmawiał akurat z jej Jasonem. Był wysoki, pełen godności i całkiem przystojny, jeśli przymknąć oko na niewielki pionowy nagryz, który upodabniał go odrobinę do postaci z kreskówki. Jego kostium na ten wieczór składał się z szarej marynarki z mocno wypełnionymi ramionami, białego T-shirtu i czarnych dżinsów. (David Bowie? Czy może David Byrne?). Był kiedyś prawnikiem (najwidoczniej dobrze mu się wiodło, skoro ustrzelił taką seksowną, młodszą żonę) i przebieranki ewidentnie nie należały do jego codziennych zajęć. Jason i Robert rozmawiali, śmiejąc się serdecznie, a cudowna May nagle poszła w odstawkę i oddaliła się jakby od niechcenia.

– Tak się cieszę, że przyszłaś. – Frances odwróciła się z powrotem do Kate. – Z tych nudów już miałam wyżłopać całą czekoladę z fontanny.

Kate nabiła na widelec kawałek biszkoptu i zanurzyła w słodkiej cieczy. Jakim cudem zachowywała świetną figurę, jedząc takie rzeczy?

– Daisy zgodziła się posiedzieć z Charlesem, ale pod warunkiem, że będzie spał, zanim wyjdę z domu.

– To chyba nie jest najgorsza robota na świecie. Charles to słodki chłopiec.

– Daisy go nie znosi.

– Nieprawda. Ona po prostu ma czternaście lat.

– No, nie wiem – mruknęła Kate z ustami pełnymi cias­ta i czekolady; dwieście kalorii jak nic. – Rano Charles sam wypił cały sok pomarańczowy. Myślałam, że zadźga go nożem do masła.

Frances wybuchnęła śmiechem. Nagle dotarło do niej, że całkiem dobrze się bawi. Dzięki Kate. Miały podobne poczucie humoru, poza tym łączył je dystans wobec snobistycznej koterii bogatych fit-mamusiek z Forrestera. Mając po swojej stronie taką kobietę jak ona, o posągowych kształtach i niezachwianej pewności siebie, ona sama czuła się silniejsza, bardziej odporna na atak. Ich znajomość była na razie właściwie w powijakach, ale Kate już zdążyła zaskarbić sobie jej szczere oddanie.

– Gdzie tutaj dają wino? – zapytała, odkładając widelec do fondue. – Płacę Daisy dwanaście dolców za godzinę, muszę więc korzystać, ile się da.

– Chodź, zaprowadzę cię do baru – powiedziała Frances i ruszyły razem pomiędzy ludzi.

 

DAISY

teraz

Daisy czuła, że jest już na haju. Liam przyniósł trochę marihuany; wyszli na taras, usiedli na dużej segmentowej kanapie, którą jej mama kupiła za nie wiadomo ile w designerskim sklepie Pottery Barn, i wypalili zioło z jego ozdobnej szklanej fajki. Wydmuchiwany dym rozpływał się w rześkim powietrzu jesiennego wieczoru i mieszał z obłoczkami oddechów. Zobaczyli wiewiórkę i zaczęli się śmiać, że ona też zaraz się zaciągnie i upali tak samo jak oni – jakby już nie miała dość własnych paranoi. Od tego czasu minęło mniej więcej dwadzieścia minut. Teraz znów siedzieli w środku, na kremowej kanapie i całowali się namiętnie. Daisy trzymała nogi na kolanach Liama.

Była najarana, to nie ulegało wątpliwości. Pomimo mętliku w głowie każdy zmysł miała wyostrzony. Czuła dosłownie wszystko: gorący język Liama niczym łuk elektryczny pomiędzy swoimi zębami, rażący ją raz za razem przyjemnymi wyładowaniami, jego naprężone, muskularne uda w zgięciu swoich kolan, rozkoszne mrowienie narastające w głębi brzucha i pomiędzy nogami. Każda cząsteczka jej ciała była pod prądem, wibrowała seksualną energią. Być jeszcze bliżej niego, marzyła Daisy, połączyć się z nim w jedno i zniknąć. Była gotowa na coś konkretniejszego, bardziej intymnego…

Nagle Liam poderwał głowę, przerywając pocałunek.

– Co to było? – Nastawił uszu.

– Nic nie słyszę. – Daisy sięgnęła ustami do jego ust, ale odsunął się jeszcze dalej.

– To chyba twoi rodzice. – Obcesowo strącił jej nogi ze swoich kolan i wstał jednym susem z kanapy.

– Masz paranoję – skomentowała, przyglądając się, jak Liam pospiesznie chowa fajkę do plecaka, bez przerwy zerkając na drzwi wejściowe. – Jak tamta wiewiórka.

Uśmiechnął się, chociaż słabo. Wzięła go za rękę.

– Jeszcze długo nie wrócą – zapewniła, ciągnąc chłopaka z powrotem na jasną sofę. – Przysięgam.

To go chyba trochę uspokoiło, bo pozwolił się pocałować. Poczuła, że jego ciało znów zaczyna reagować: oddychał już szybciej, z wyraźnym wysiłkiem. Usiadła mu okrakiem na kolanach, a gdy przywarła do niego mocniej, stało się jasne, że on też tego chce, i to bardzo. Uniosła się odrobinę, żeby sięgnąć do suwaka w jego spodniach.

– Przestań. – Chwycił ją w pasie i zrzucił z siebie.

– Liam, tutaj nikogo nie ma.

Wtedy spojrzał jej prosto w oczy; jego twarz – uchwycona w tym urzekającym momencie, kiedy nastolatek z ładnego staje się przystojny – płonęła rumieńcem. Jaskrawym rumieńcem.

– Lepiej, żebyśmy… – zająknął się. – Bo wiesz, to jest… To znaczy ja…

Nagle w otępiałym od trawki mózgu Daisy, całkiem nieproszony, pojawił się obraz spłoszonej wiewiórki paranoiczki z twarzą Liama, ganiającej po podwórku za domem. Wydęła usta i parsknęła śmiechem, nie mogąc go w żaden sposób powstrzymać. Kurwa, zaklęła w myślach. Ale się uwaliłam.

Chłopakowi jednak nie było do śmiechu. Rozgrywający ze szkolnej reprezentacji futbolowej zbierał się do wyjścia. Daisy natychmiast ucichła.

– Dokąd idziesz?

– Do domu – burknął, wsuwając stopy do butów.

Zerwała się z kanapy, pobiegła do przedpokoju.

– Przepraszam… Nie śmiałam się z ciebie. Po prostu jestem najarana.

– Dobra, nieważne.

Chwyciła go pod łokieć obiema rękami.

– Liam, co się stało?

Przez chwilę nie mógł wykrztusić słowa, zaczerwienił się jeszcze mocniej.

– Chodzi o to, że… to wszystko poszło za szybko.

Osłupiała. Czy to nie jest przypadkiem tak, że każdy nastoletni chłopak ma fioła na punkcie seksu? I zrobi wszystko, żeby zaliczyć panienkę? Trzeba mieć moje szczęście, pomyślała, żeby trafić na tak nieśmiałego, niedojrzałego… A może on nie jest hetero?

– Przepraszam – powtórzyła łagodnie. – Myślałam, że chcesz, żebym cię dotykała. Że to ci się podoba.

– Źle myślałaś. Nie podoba mi się.

– Wydawało mi się inaczej.

– Mamy dopiero czternaście lat.

– Aha?

– Twoi rodzice w każdej chwili mogą wrócić! Na górze śpi twój młodszy brat!

– I co z tego?

Liam, choć oczy miał zaszklone, spiorunował ją wzrokiem.

– Czy ty masz jakieś problemy z głową, Daisy? – zapytał. Nie gniewał się na nią i nie chciał jej dogryźć, po prostu… był ciekaw.

Dziewczyna nagle zaczęła myśleć całkiem trzeźwo; przyjemna marihuanowa mgiełka rozwiała się, ustępując miejsca bolesnej wręcz przytomności. Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała, bo nie mogła znaleźć słów. Liam trafił w dziesiątkę: na serio miała coś z głową.

Jej niedoszły kochanek szarpnął za klamkę i wyszedł, również bez słowa. Przystanęła na schodach werandy, patrząc za nim. Przeciął podjazd i wybiegł na cichą, spowitą mrokiem ulicę. Uciekał przed nią, jakby była nastoletnią modliszką, jakby czyhała na niego, aby go wykorzystać seksualnie, a potem pożreć żywcem. Stała tak, owiana obłokiem parującego na chłodzie oddechu, a barczysta sylwetka Liama malała w jej oczach. Biegł szybko, nie zwalniając; miał warunki, w końcu był futbolistą. Gdy został już z niego tylko podrygujący punkcik, wróciła wreszcie do środka, zamykając za sobą drzwi.

W domu nagle zrobiło się jakoś pusto. Nie tylko dlatego, że kogoś rzeczywiście ubyło. Blada paleta kolorystyczna wybrana przez mamę po przeprowadzce kłuła w oczy sterylnym chłodem. We wszystkich pokojach panowała nieskazitelna czystość – matka Daisy była pod tym względem prawdziwą maniaczką: codziennie musiała oblecieć cały dom ze ścierką i odkurzaczem, w środy i soboty myła rolety i podłogi, a we wtorki, czwartki i niedziele szorowała łazienki. „Po prostu lubię mieć porządek”, mawiała, ale gołym okiem było widać, że to klasyczna nerwica natręctw. Ta kobieta miała ze sobą problem, i to niejeden, czego dowodem była cała bateria pojemniczków z lekami, niby schowanych w łazienkowej toaletce. Same psychotropy. Daisy czasami częstowała się nimi, kiedy czuła, że musi się trochę znieczulić, ale efekt był taki, że rozleniwiała się i chciało jej się spać.

Stanęła w dużym panoramicznym oknie wychodzącym na tyły budynku i wbiła wzrok w gęstą ciemność. Dom stał na cichej, spokojnej ulicy, trawnik za nim był otoczony wiecznie zielonym zagajnikiem. Przez korony drzew przebijały się migotliwe światła z okien domów na zboczach wzgórz otaczających spokojną, ciemną taflę jeziora Washington. Widok zachwycał, ale Daisy w obecnym stanie umysłu straciła wrażliwość na piękno. Poczucie odrzucenia wywołało ból. Chciała spędzić wieczór z Liamem, zbliżyć się do niego, pozwolić sobie na coś więcej – może nawet pójść na całość. Rozważała oddanie mu swojego dziewictwa, a dla niego było ono warte tyle, co… bilety na koncert Nickelback. Nie chodziło o wygląd, urody Daisy nie brakowało – potwierdził to rzut oka na odbicie w ciemnej szybie. Po mamie miała smukłą, gibką sylwetkę, lśniące włosy i jasnoszare oczy, a po tacie oliwkową cerę. Kombinacja urzekała; dziewczyna już dawno przywykła, że wszyscy się za nią oglądają – chłopaki, dorośli mężczyźni, nawet kobiety – nie miała jednak obsesji na punkcie swojego wyglądu jak jej rówieśnicy. Nie miała nawet konta na Instagramie, czym zasłużyła sobie wśród koleżanek z dziewiątej klasy na opinię dziwaczki. Urodę dostała w genach od rodziców, ale wyraźne podobieństwo do matki nie pozwalało jej cieszyć się tym darem.

Odeszła od okna, ruszając w głąb domu. W pokojach wiało lodowatym chłodem. Rodzice rzadko gdzieś wychodzili. Kate i Robert Randolphowie określali się mianem domatorów, ale Daisy nazwałaby ich raczej parą odludków. Mama prowadziła dom, a ojciec miał posadę specjalisty do spraw prawnych w jakiejś firmie. Kiedyś, przed laty, był adwokatem, ale teraz pracował z domu; miał gabinet pomiędzy największą sypialnią a pokojem brata Daisy (jej pokój znajdował się naprzeciwko – o wiele za blisko). Częs­to się przeprowadzali, więc rodzice praktycznie w ogóle nie prowadzili życia towarzyskiego. Nic dziwnego, że ona, kiedy już mogła mieć dom dla siebie, korzystała, ile tylko się dało. Na ten wieczór miała wielkie plany, ale przez Liama wzięły one w łeb.

Znalazła telefon porzucony na kanapie i sprawdziła godzinę: dziesiąta dwadzieścia pięć. Może uda się jeszcze uratować ten wieczór? Miała znajomych, oczywiście, że miała. Z takim wyglądem dziewczyna z miejsca zyskuje wysoką pozycję towarzyską, niezależnie od defektów charakteru, tyle że Daisy wiedziała na sto procent, co usłyszy od koleżanek o tej godzinie: „Starzy mnie nie puszczą”. Nie mieściło jej się w głowie, jak można aż tak bardzo bać się rodziców. Każda jej kumpela trzęsła się na samą myśl, że na czymś ją „nakryją”, jakby dziecko było bezbronną rybą, którą rodzice mogą w każdej chwili złapać, ogłuszyć i wrzucić na patelnię. Ona nie zabiegała o aprobatę starszych i nie żyła w ciągłym strachu, że sprawi im zawód. Szczerze mówiąc, opinia rodziców w dużej mierze była dla niej nieistotna. Dlaczego? Może dlatego, że matka przestała ją kochać.

To nie stało się nagle, po jakiejś awanturze czy rodzinnej katastrofie; oddalały się od siebie powoli, stopniowo, odkąd Daisy miała mniej więcej dwanaście lat. Dopóki była małym dzieckiem, mama ją kochała, a przynajmniej starała się grać rolę kochającej matki. Przytulała, czytała na dobranoc, śpiewała kołysanki. A potem, kiedy wiek zmienił się o jedną cyferkę, dziewczynka zaczęła czuć, że matczyne uczucie ma coraz niższą temperaturę. Co prawda Kate nie przestała poświęcać się rodzicielskim obowiązkom – gotowała dla niej obiady, prała ubrania, jeśli ona włożyła je do kosza, i dawała pieniądze na nowe sportowe buty albo na płaszczyk od deszczu – ale jej obojętność widać było jak na dłoni. Ojciec był równie bierny, co ona, ale mniej rzucało się to w oczy, może dlatego, że z zasady nie odznaczał się zbytnią bezpośredniością. Robert Randolph kochał i córkę, i syna po swojemu, wycofany i roztargniony jak zawsze, ale miłość Kate była zarezerwowana tylko dla Charlesa.

Z początku Daisy myślała, że takie oddalanie się od rodziców jest normalne, gdy dziecko dorasta, potem jednak zobaczyła, jak jej koleżanki odnoszą się do swoich mam i macoch. Uświadomiła sobie, że jej relacja z matką wygląda nietypowo. Kiedy chodziło o Charlesa, Kate potrafiła go przytulić, żartować z nim i pomagać mu w lekcjach; widząc to, Daisy zrozumiała, że dystans, który wkradł się pomiędzy nią i mamę, nie jest czymś naturalnym. W pierwszym odruchu poczuła zazdrość, ale zwalczyła ją w sobie, schowała się pod twardą skorupą i w końcu te drobne objawy zaniedbania przestały ją obchodzić. Uznała wręcz, że przyniosło jej to wyzwolenie, zapewniło większą przestrzeń do poznawania życia, szukania własnej drogi, własnej tożsamości. Jedyną konsekwencją była głęboka uraza do brata, wkurzającego jedenastolatka. Cieszyła się, że przynajmniej pod tym względem jest normalna.

Nagle dostała gwałtownego ataku klaustrofobii. Poczuła, że musi wyjść na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem. Zioło przestało działać, była teraz rozedrgana i podminowana. Dusiła się w czterech ścianach. Przemknąwszy na palcach po lśniącym parkiecie z twardego drewna, weszła po cichu na pokryte wykładziną schody. Przystanęła pod drzwiami pokoju brata i uchyliła je odrobinę. Zgodnie z przewidywaniami chłopiec spał snem niewinnego dziecka, które nie ma żadnych trosk i wie, że jest pod dobrą opieką. W pokoju panował nienaganny porządek (wciąż sprzątała tam mama, jakby Charles miał cztery lata, a nie jedenaście) i wszędzie pyszniły się insyg­nia dojrzewającej męskości: sprzęt do bejsbolu, korki do piłki nożnej, kij i kask hokejowy… Charles miał pisane wyrosnąć na aroganckiego wysportowanego cielaka, to dla Daisy było jasne jak słońce.

Zamknąwszy drzwi, zbiegła cicho po schodach z powrotem do przedpokoju. Włożyła buty, wzięła klucze i wymknęła się na dwór, w ciemną, chłodną noc. Przekręciła klucz w zamku – tylko na wszelki wypadek, bo w tej okolicy nigdy nic się nie działo. Nic groźnego, dramatycznego ani chociażby umiarkowanie ciekawego. Obiecała sobie, że wróci za piętnaście, góra dwadzieścia minut. Charlesowi nic się nie stanie.

Jesienne powietrze, chociaż rześkie, jakimś sposobem było też wilgotne i mdlące. Bellevue, ekskluzywna północno-wschodnia część aglomeracji Seattle, po wyprowadzce z suchego jak pieprz Billings w Montanie było dla Daisy zawsze duszne i parne. Tosty wydawały się mniej chrupkie. Krakersy miały ziemisty posmak. Ręcznik po porannym prysznicu jeszcze nawet na drugi dzień był wilgotny i śmierdział stęchlizną. Włosy Daisy po przyjeździe tutaj same zaczęły się kręcić, stały się sprężyste i trudne do ułożenia. Dobrze jej było w Billings i myślała, że wszystkim jest tam dobrze, a tu nagle rodzice ogłosili kolejną przeprowadzkę.

Nie miała pojęcia, co tym razem ich do tego skłoniło, ale fakty były takie, że co dwa, a najdalej co pięć lat jej rodziców nachodziła potrzeba, aby oderwać swoje dzieci od znajomych i szkoły i przenieść się gdzieś na drugi koniec kraju. Daisy urodziła się w New Hampshire. Kiedy miała dwa lata, przeprowadzili się do Kansas i tam, w mieście Topeka, przyszedł na świat Charles. Potem mieszkali na archipelagu Florida Keys (w wiosce o nazwie Islamorada, gdzie mieli domek, w którym roiło się od ogromnych karaluchów), w Minnesocie (Moorhead, śnieg, mnóstwo śniegu) i na koniec w Arizonie (Billings, chrupiące tos­ty i włosy proste jak druty). „Takie już mam stanowisko w firmie”, tłumaczył Daisy tata, jakby nigdy w życiu nie słyszał o czymś takim jak telekonferencja albo telepraca. Czy jej rodzice naprawdę byli parą niespokojnych duchów i nie chcieli nigdzie zapuszczać korzeni?

W Minnesocie Daisy pozwoliła sobie na bliższą znajomość z dziewczynką o imieniu Beatrice. Przywiązała się. Kiedy rodzina Randolphów znowu się wyprowadziła, rozstanie było dla niej katastrofą. Obiecała sobie, że to był ostatni raz. Otoczyła się grubym murem, znajomych trzymała na dystans. I odkryła, że taki styl życia, w którym wszystko jest chwilowe, zapewnia jej swojego rodzaju wolność. Gdy na horyzoncie zawsze widać jakiś finisz, można sobie swobodnie działać na krótką metę. W odróżnieniu od rówieśników Daisy nie musiała się martwić o długofalowe konsekwencje swoich czynów ani za wszelką cenę dbać o reputację. Mogła się zabawić z Liamem, gdyby tylko zechciała… To znaczy gdyby on też zechciał.

Jak na piątkowy wieczór nie było jeszcze tak późno, ale w większości domów stojących wzdłuż brukowanej ulicy tylko gdzieniegdzie paliło się światło, co najdobitniej pokazywało, jak senną okolicę wybrali do zamieszkania rodzice Daisy. Zresztą zawsze, chociaż rzucało ich po całym kraju, wybierali podobnie: ciche przedmieście, nudne jak flaki z olejem. W Clyde Hill mieszkali ludzie z górnej i średniej półki płacowej (specjaliści z najwyższą pensją i opcją na akcje oraz wykonawcy opłacani przyzwoicie, ale bez prawa wykupu akcji). Rezydencje budowano tu w stylu neośródziemnomorskim, neokolonialnym i nowoczesnym, a na skromniejszych posesjach widywało się parterowe domy typu ranczo, ewentualnie piętrowe bądź też, z rzadka, lekkie bungalowy. (Daisy nie znała się na architekturze; dla niej były to rezydencje, duże domy i chałupy). Nawet w tych mniejszych posiadłościach w garażu stały luksusowe auta (sportowe na dojazdy do pracy w Amazonie, Expedii albo siedzibie Microsoftu, potężne SUV-y do wożenia dzieci do szkoły i na piłkę). Praktycznie każda działka przeszła przez ręce profesjonalnego architekta krajobrazu: ogrody wręcz biły po oczach agresywną zielenią.

W pewnej chwili Daisy usłyszała warkot silnika – to był jakiś starszy wóz, duży, mocny, amerykański. Nie znała się za bardzo na samochodach, ale nawet dla niej było jasne, że taka gangsterska fura niezbyt pasuje do konserwatywnego przedmieścia. Auto zaczęło zwalniać, toczyło się w żółwim tempie, a reflektory świeciły jej prosto w oczy. Zeszła na trawiaste pobocze, aby je przepuścić, ale wtedy zgrzytnęły hamulce i zatrzymało się kilka metrów przed nią.

Daisy uniosła dłoń do czoła, osłaniając oczy przed rażącym światłem, od którego zaczęło ją szczypać pod powiekami. Czekała, aż samochód ruszy i pojedzie dalej, ale on ani drgnął. Stał na luzie, a wielki silnik mruczał jak puma. Zmrużyła oczy, starając się dostrzec, kto siedzi w środku, było jednak za daleko, jakby kierowca dokładnie wiedział, gdzie się zatrzymać, aby nikt nie mógł go rozpoznać. Wyciągnęła szyję i wytężyła wzrok osłabiony mocnym blaskiem reflektorów, lecz zobaczyła tylko dwie dłonie zaciśnięte na kierownicy… Dwie duże, szorstkie, męskie dłonie.

Serce biło jej szybko – zwyczajna reakcja na stres: walcz albo uciekaj – ale właściwie nie odczuwała strachu. Zdawała sobie sprawę, że obiektywnie rzecz biorąc, znalazła się w zagrożeniu. Te dłonie mogły należeć do seryjnego mordercy, gwałciciela albo szefa gangu hand­lującego seksualnymi niewolnicami. Z drugiej strony mógł to być wścibski sąsiad, który zaraz zadzwoni do jej rodziców i doniesie, że ich czternastoletnia córka zostawiła młodszego brata samego w domu i wałęsa się nocą po okolicy, na domiar złego pod wpływem narkotyków. Bardziej prawdopodobne było jednak co innego: że to po prostu nikt, pierwszy lepszy mieszkaniec przedmieścia, wracający do domu z jakiejś nudnej kolacji albo głupiego filmu, a zatrzymał się machinalnie, z ciekawości, i już.

– No co? – warknęła w kierunku pomrukującego cichym basem auta, opuszczając dłoń i mierząc gniewnym wzrokiem nieprzejrzystą szybę. – Czego chcesz?

Samochód dalej stał w miejscu, silnik pracował na luzie, a człowiek za szybą obserwował ją nieprzerwanie. Dłonie na kierownicy, ułożone w pozycji „za dziesięć druga”, były spokojne, pewny chwyt świadczył o ich sile. Przez jedną krótką chwilę czuła, że jej nastoletnia pewność własnej niezwyciężoności słabnie, a wypracowana maska obojętności opada z twarzy. Drobne włoski na przedramionach stanęły jej dęba i wzdrygnęła się lekko – nie, nie bała się, ale ciarki ją przeszły.

– Co jest, kurwa? – krzyknęła, wymachując groźnie rękami czy raczej mając nadzieję, że wygląda to groźnie. – Coś ci się, kurwa, nie podoba?

Szyba po stronie kierowcy nie uchyliła się nawet odrobinę, silnik dalej mruczał miarowo. Samochód mierzył się z nią wzrokiem – metalowy lew, mechaniczny grizzly.

Dziewczyna schyliła się po kamień leżący na poboczu. Był mniej więcej wielkości jajka, ale nie gładki, tylko szorstki i chropowaty.

– Spierdalaj! – wrzasnęła, unosząc rękę, gotowa do rzutu. – Przestań się na mnie gapić, ty zboku!

Nic.

Zrobiła parę szybkich kroków, pokonując może półtora metra, i cisnęła kamieniem – nie z całej siły (bała się zbić szybę, chociaż być może trochę się pod tym względem przeceniła), ale dość mocno. Kamień łomotnął w maskę i stoczył się po obłej krzywiźnie na jezdnię. W słabym świetle Daisy nie mogła zobaczyć, czy jej atak narobił szkód, ale hałasu było sporo, co świadczyło o tym, że lakier mógł porządnie ucierpieć.

Kiedy kamień spadł na drogę, skrzynia biegów zgrzytnęła i silnik obudził się z rykiem. Samochód ruszył, mijając Daisy i pozostawiając za sobą ciepły obłok spalin z rury wydechowej.

Patrzyła, jak czerwone światła maleją w oddali.

– Pieprzony świr – rzuciła półgłosem za odjeżdżającym autem. Kiedy zniknęło jej z oczu, chciała kontynuować spacer, ale zamiast iść dalej, tkwiła na poboczu, jakby wrosła w ziemię. Miała jeszcze trochę czasu, zanim wrócą rodzice, tylko że straciła ochotę i śmiałość. To zajście, o dziwo, wytrąciło ją z równowagi. Konfrontacja, która rozegrała się przed chwilą, chociaż w zasadzie niegroźna, była jednak w jakiś złowrogi sposób intrygująca. Wracając do domu, Daisy czuła się dziwnie skupiona i przytomna.

Po raz pierwszy od przeprowadzki do Bellevue w stanie Waszyngton naprawdę poczuła, że żyje.

 

DJ

wtedy

Upłynęło już jedenaście dni, odkąd zaginęła Courtney, siostra DJ-a. Wybiegła z domu po kłótni z rodzicami i od tamtej pory nikt jej nie widział.

– Musi ochłonąć – powiedział ojciec, kiedy nie wróciła pierwszego wieczoru.

– Pogrywa sobie z nami – stwierdził dzień później. – Chce, żebyśmy się martwili.

Trzeciego wieczoru mama zadzwoniła na policję.

Zaczęli jej szukać: policjanci z psami, helikoptery. Ludzie z sąsiedztwa zorganizowali poszukiwania, okleili całe miasto ulotkami ze zdjęciem zaginionej nastolatki. I nic. Rodzice odchodzili od zmysłów ze strachu i oskarżali się nawzajem. Było już późno, ale DJ, zamiast spać, leżał pod akrylową kołdrą podciągniętą aż pod samą brodę i słuchał, jak się kłócą.

– I co w tym dziwnego, że zachowuje się jak zdzira! – Wściekłe krzyki ojca trzęsły ścianami korytarza. – Jaka matka, taka córka.

– Ona cię nienawidzi! – odgryzła się mu matka. – To dlatego uciekła z domu. To dlatego wpadła w takie towarzystwo!

DJ zatykał uszy palcami, ale i tak wszystko było słychać. Wodząc wzrokiem po ścianach, zatrzymał oczy na plakacie z Power Rangersami. Błyszczący papier odbijał światło, które sączyło się zza zaciągniętej zasłonki i przez szparę pod zamkniętymi drzwiami. Chłopak dostał ten plakat od siostry w zeszłym miesiącu, na jedenaste urodziny.

– Czerwony jest najlepszy – powiedziała Courtney o Rangersach. DJ najbardziej lubił niebieskiego, teraz jednak zrozumiał, że siostra miała rację: czerwony był lepszy. Bardzo chciał w tej chwili zamienić się w Power Rangersa – obojętnie, czerwonego czy niebieskiego. Poszedłby na dół i skończył tę kłótnię. A potem znalazłby Courtney i przyprowadził z powrotem do domu. Gdyby był silny, gdyby miał supermoce, mógłby naprawić swoją rodzinę.

Siostra była szczęśliwym dzieckiem. DJ pamiętał, że często się śmiała i że chodziła tanecznym krokiem. Kiedyś bawiła się na dworze z koleżankami: skakały razem na skakankach, grały w klasy albo wymyślały sobie fantastyczne historie, w których były i księżniczki, i złe królowe, i rycerze na parskających rumakach. A potem, niemalże z dnia na dzień, całkowicie się zmieniła. Zaokrągliła się i wyładniała. Potrafiła godzinami siedzieć przed lustrem i kręcić sobie włosy albo nakładać mocny makijaż, w którym wyglądała, jakby chciało jej się spać i jakby miała więcej lat niż w rzeczywistości. Zaczęła nosić obcisłe szorty i kuse bluzeczki odsłaniające brzuch i piersi. DJ miał kolegę imieniem Carlos, który przychodził bawić się klockami Lego. Carlos bez przerwy gapił się na Courtney. DJ wstydził się tego i przestał go zapraszać.

Poza tym siostra stała się impulsywna. Ciągle kłóciła się z rodzicami, a potem wybiegała z domu, trzaskając drzwiami. Ojciec wyzywał ją od lafirynd, mówił, że skończy pod latarnią. Mama ze łzami w oczach błagała: zostań w domu, porozmawiaj z nami o swoich problemach, przestrzegaj naszych zasad. Ale ona nie chciała. Nigdy. Mówiła, że ma przyjaciół i to oni ją rozumieją. Kiedy DJ miał piętnaście lat, też chciał mieć takich przyjaciół, a nie zboków jak ten Carlos, który przychodził tylko po to, żeby pogapić się na cycki jego siostry.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi i w domu zapadła cisza. DJ wiedział, co myślą sobie teraz rodzice: któryś z sąsiadów usłyszał, jak się kłócą, i zadzwonił na policję. Był jednak pewien, że się mylą. Owszem, to policjanci stali pod drzwiami, ale przyszli w całkiem innej sprawie niż ich wrzaski. Courtney nie żyje. DJ był tego absolutnie pewien. Ta pewność rodziła ból, który przenikał aż do szpiku kości. Napełniała żołądek żrącym kwasem. Zmuszała do zgrzytania zębami. Kiedy ojciec otworzył drzwi, chłopak usłyszał stłumione męskie głosy. A potem głośny krzyk mamy. Nie dotarło do niego ani jedno słowo, a mimo to wiedział: ktoś zamordował jego siostrę.

Może więc jednak miał te supermoce.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI