Jej matka prostytutka - Katarzyna Pietruszyńska - ebook

Jej matka prostytutka ebook

Katarzyna Pietruszyńska

4,2

Opis

Czy można ufać własnej rodzinie?

Czy może być coś gorszego od matki prostytutki i alkoholiczki, która odrzuca własne dziecko?

Dwunastoletnia Maja była przekonana, że wszędzie będzie jej lepiej niż u boku wyrodnej matki, jednak los zgotował jej jeszcze większe piekło. Jedynym wsparciem i wytchnieniem w trudnych chwilach był dla niej Pan Pocieszyciel - wymyślony przyjaciel, któremu zwierzała się ze wszystkich problemów. Nieustannie zastraszana, bała się poprosić kogokolwiek o pomoc. Kiedy w końcu wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i pojawiła się nadzieja na poprawę losu, demony przeszłości wróciły i ze zdwojoną siłą zaatakowały dojrzewającą dziewczynkę… Jak Maja sobie z nimi poradzi? Czy znajdzie kogoś, kto wyciągnie do niej pomocną dłoń?

Jeśli poszukujecie niebanalnej historii o mocnym wątku, to książka „Jej matka prostytutka” jest właśnie dla Was. Opowieść o Mai, dziewczynce, która musiała dorosnąć zbyt szybko. Jedyne, co jej towarzyszyło w podróży do odkrycia kim jest i ile jeszcze może znieść, to ból, przemoc i odrzucenie. Książka zmuszająca do refleksji i spojrzenia w głąb siebie. Polecam.
Karolina Klimkiewicz, pisarka

Jej matka prostytutka to powieść przemyślana pod każdym względem. Wzrusza, zmusza do refleksji i uświadamia, jakie demony mogą tkwić w człowieku.
Świetny debiut, który gorąco polecam.
Anna Fiałkowska-Niewiadomska, autorka cyklu „Siostrzane dusze”

Pełna emocji. Wzruszeń. Rodzących się nadziei w cieniu ogromnego dramatu. Powieść, w której autorka usiłuje odpowiedzieć na ważne pytanie: Ile może znieść człowiek, dziecko? Odpowiedź znajdziecie na kartach tej powieści. Polecam.
Marta Grzebuła, pisarka

Katarzyna Pietruszyńska – rocznik 1997. Pochodzi z małej miejscowości Steklin Kolonia położonej w województwie kujawsko-pomorskim, obecnie mieszka w Toruniu. Absolwentka szkoły gastronomicznej, cały czas poszerzająca swe kompetencje. Obecnie uzupełnia wykształcenie w szkole policealnej o profilu Ochrona Osób i Mienia. Tworzenie własnych historii i przelewanie ich na papier rozpoczęła będąc jeszcze w szkole podstawowej. Wtedy właśnie postanowiła zostać pisarką.

Jej matka prostytutka” jest jej debiutem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 506

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (20 ocen)
12
3
2
2
1

Popularność




Kilka słów od autorki

Jeszcze kilka miesięcy temu nie myślałam, że moje marzenie się spełni, a książka ujrzy światło dzienne. Można użyć wielu słów, aby opisać to, co teraz czuję, ale, niestety, nic nie przychodzi mi do głowy. Jestem po prostu szczęśliwa i pełna dumy.

Dziękuję:

Markowi Śliwińskiemu z Warszawskiej Grupy Luka&Maro za pomoc;

Agacie Żywicy, mojej najlepszej przyjaciółce, która mnie wspierała od samego początku i wierzyła we mnie w każdym momencie;

Paulinie Rogalskiej za słowa otuchy i wsparcia;

pisarzom: Małgorzacie Falkowskiej, Karolinie Klimkiewicz oraz Piotrowi Kotuli za przydatne rady i informacje na temat wydawania książek;

Katarzynie Harmak za pomoc;

Ewelinie Kwiatkowskiej-Tabaczyńskiej (Zaczytana Ewelka) za ciepłe słowa otuchy i wsparcia.

Dziękuję też Wam, czytelnikom, za to, że sięgnęliście po tę książkę.

Dziękuję wszystkim tym, których zapomniałam wymienić, a którzy bardzo mi pomogli.

 

 

KATARZYNA PIETRUSZYŃSKA, ur. 16.02.1997 r. w Lipnie w województwie kujawsko-pomorskim. Pochodzę z małej wsi pod Toruniem o nazwie Steklin Kolonia, a od lipca 2018 r. mieszkam w Toruniu.

Jest to moja pierwsza powieść i liczę na to, że nie ostatnia. Mam już bardzo dużo innych pomysłów, które chciałabym przelać na papier. Planuję stworzyć serię książek, której pierwszym ogniwem jest niniejszy tekst.

Pisać zaczęłam jeszcze w szkole podstawowej. Kiedy siedziałam na lekcjach, wolałam zajmować się wymyślaniem różnych historii niż skupianiem się na słuchaniu nauczycieli. Miałam może dziesięć lat i już wtedy chciałam zostać pisarką.

Skończyłam szkołę zawodową o profilu kucharz, jednak nie jest to mój wymarzony zawód. Później zapisałam się do liceum dla dorosłych, a aktualnie uczę się w szkole policealnej o profilu ochrona fizyczna osób i mienia.

Rozdział 1

Maja Wiśniewska próbowała jakoś wypełnić swój czas czytaniem książki, jednak szybko się tym znudziła i wyjrzała przez okno. Słońce lekko przygrzewało, a ptaki wyśpiewywały swój koncert. W Toruniu temperatura na termometrach wskazywała trzydzieści osiem stopni, więc nawet przy silnym wietrze ludzie czuli się jak w saunie.

– Dlaczego świat jest pełen nienawiści, bólu i cierpienia? – zastanawiała się Maja. Siedziała na łóżku z telefonem w ręku.

– Wiem, że chciałabyś zbawić świat, jednak to ci się nie uda – rzekła Luiza, jej współlokatorka.

Wiotkie i chude ręce Mai opadały swobodnie na delikatne ciałko, które przybierało postać dziecka w wieku przedszkolnym. Oczy miała kryształowe, tak intensywnie niebieskie, że jak się w nie patrzyło, to widać było wszystkie gwiazdy świecące na niebie. Jej wychowawczyni Liliana mówiła, że były darem od Boga. Maja bardzo często nosiła czerwoną sukienkę w białe kropki, którą dwa lata temu dostała na swoje dziesiąte urodziny. Na stopy zakładała zaś zwykle balerinki w jasnym kolorze, które idealnie komponowały się z rajstopami w kokardki.

– Dlaczego mam takie trudne życie? Co ja takiego zrobiłam, że muszę tak cierpieć? Moja mama była alkoholiczką i dziwką, cała rodzina odsunęła się ode mnie, gdy oskarżyłam matkę o pobicie, z bratem nie mogę się zobaczyć… Do tego trafiłam tutaj! Nienawidzę tego miejsca! – Maja płakała. Usiadła obok Luizy.

– Co ty bredzisz? Przecież nie tylko ty masz zrypane życie, więc nie rób z siebie takiej sierotki Marysi. – Lusia była wściekła na koleżankę. – A poza tym skąd ty znasz takie wyrazy? Kto cię w ogóle ich nauczył? Ja jestem starsza od ciebie, ale i tak nie znam wszystkich słów.

– Moja mama mnie ich nauczyła, ale nie tylko. Dzieci w szkole śmiały się ze mnie, że jest dziwką. Na początku nie wiedziałam, co to tak naprawdę znaczy, ale kiedy wpisałam przypadkiem to słowo w Internecie, i tak się dowiedziałam – wyjaśniła jej Majka. – Nie rozumiem, po co w ogóle się urodziłam. Wolałabym już chyba umrzeć.

– Mam dość twojego ciągłego użalania się nad sobą! Weź się w końcu w garść, bo nie poradzisz sobie w życiu! – mówiła jej Lusia. – Spójrz na Gracjana: on nie znał swoich rodziców, przez cztery lata zmieniał rodziny zastępcze…

– Aż w końcu uciekł…

– Bo jest głupi, skoro woli żyć na ulicy. To jego sprawa, a przecież miałby gdzie spać i co jeść.

Luiza, na którą znajomi mówili Lusia, była śliczną dziewczynką. Miała czternaście lat. Jej twarz z natury była pociągła, z wypukłymi policzkami. Usta miała naturalnie zaczerwienione, w uszach nosiła zwykłe kolczyki kupione za dwa złote, a na szyi wisiał łańcuszek z czerwonym oczkiem. Mały nosek wyglądał tak, jakby go w ogóle nie było, a z ciemnobrązowych oczu – lewe miała lekko przymrużone, a prawe otwarte – mimo tragedii wyłaniała się dziecięca radość.

– Dlaczego płaczesz? – Luśka się przeraziła, gdy zauważyła skuloną na łóżku dwunastolatkę.

– Mój tatuś… – Dziewczynka wyjęła chusteczkę i odwróciła głowę w drugą stronę.

– Maja, przestań! Nie możesz przez całe życie zamartwiać się tym, że twojego taty już nie ma! Trzeba żyć dalej bez względu na wszystko. Ja, jak wiesz, miałam jeszcze gorzej od ciebie. Cała moja rodzina zginęła w wypadku samochodowym, a ja walczyłam o życie, ale jak widzisz, żyję, mam się dobrze i przede wszystkim w jakimś stopniu pogodziłam się z tym, co się stało.

– On jako jedyny mnie rozumiał! – Maja była w szoku. Nie słuchała tego, co Lusia do niej mówiła. Dziewczynka miała nadzieję, że współlokatorka ją wesprze.

– Tak jak już ci wcześniej mówiłam, mam dość twojego ciągłego użalania się, marudzenia, płakania i stękania. Ile można wysłuchiwać tego, jakie to twoje życie jest durne i beznadziejne?! No pomyśl, ile?! Sama miałam tragiczne dzieciństwo, ale staram się jakoś żyć, a ty masz wszystko gdzieś! Mówię prawdę! Gdyby ktoś zobaczył, jak się teraz zachowujesz, pomyślałby, że jesteś wariatką!

– Każdy tak myśli! Ty jesteś lubiana, a mnie wszyscy uważają za dziwoląga, uciekają ode mnie, jakbym była czymś zarażona, a do tego ta durna depresja i myśli samobójcze, przez które moje życie jest do kitu. Daj mi żyletkę!

– Maja, pomyśl! Skąd mam ci ją wziąć?! Nie wiesz, że po twojej ostatniej akcji z kradzieżą żyletek i trafieniem do psychiatryka wychowawcy i pani dyrektor zakazali nam korzystania z czegoś takiego? Nawet jeśli któryś ze starszych chłopaków udostępni nam maszynkę do golenia, to i ja, i on będziemy mieli duże problemy – tłumaczyła jej Luiza, jednak zauważyła, że Maja wcale jej nie słucha. – Zaraz pobiegnę po panią Monikę albo panią Lilianę, one będą wiedziały, jak ci pomóc.

– Mnie już nikt nie pomoże! Daj mi żyletkę!

– Nie mogę! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Czy ty rozumiesz, co ja do ciebie mówię? Tracę powoli cierpliwość.

– Daj, bo oszaleję!

Maja w dniu śmierci swojego taty siedziała w pokoju wraz z dziadkiem Bronisławem i rysowała obrazek, który miała wręczyć tatusiowi, gdy wróci do domu. Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Dziadek poszedł je otworzyć, a swojej wnuczce kazał pozostać na miejscu. Jego synowa w tym czasie leżała całkowicie pijana na kanapie i nie było z nią żadnego kontaktu. Nie chciał, aby dziewczynka oglądała swoją mamę w takim stanie. Maja myślała, że jej tatuś zrobił sobie przerwę w pracy i przyszedł na obiad, ale w drzwiach stał ktoś zupełnie inny… Zauważyła dwóch znajomych mężczyzn, byli to koledzy jej ojca. Mieli tak niewyraźne i zasmucone miny, że gdy na nich patrzyła, od razu wiedziała, że stało się coś złego. Wiedziała, że dziadek bardzo się zdenerwuje, że za nim poszła, ale chciała jak najszybciej zobaczyć swojego tatę.

– Musimy panu coś powiedzieć – rzekł jeden z nich, ale widać było, że słowa z trudem przechodzą mu przez gardło.

– Mówcie wreszcie, o co chodzi! – krzyknął dziadek i złapał się za serce.

– Mieliśmy nalot na zorganizowaną grupę przestępczą. Doszło do strzelaniny. Niestety… pana syn zginął. Przykro nam.

– To nie może być prawda! Tata żyje! Chcę go odwiedzić! – Maja podbiegła do jednego z policjantów i uderzała pięścią w jego nogawkę. Wyrywała się zapłakanemu dziadkowi, który próbował ją uspokoić. – Na pewno leży teraz w szpitalu! Zawieźcie mnie do niego!

– Niestety, to prawda… Przykro nam, dziecko.

– Zawieźcie mnie do niego! – Dziewczynka płakała na cały głos i uderzała pięściami w podłogę, aż zaczęły jej krwawić kłykcie.

Więcej nic nie pamiętała, ponieważ zemdlała. Obudziła się w ramionach policjantki, z którą czekała na przyjazd karetki. Jej matka leżała na kanapie, była kompletnie pijana, natomiast dziadka inna grupa ratowników zabrała do szpitala, bo pojawił się u niego stan przedzawałowy.

– Zabierzemy cię do szpitala, a później zaopiekują się tobą panie z takiego specjalnego ośrodka, gdzie jest dużo dzieci – powiedziała kobieta.

– Nie chcę iść do domu dziecka!

– To nie jest dom dziecka, tylko pogotowie opiekuńcze. Nie martw się, będziesz miała tam bardzo dobrą opiekę.

– Przecież dziś mój dziadek się mną opiekuje. On nazywa się Bronek Wiśniewski i pewnie zaraz tu przyjdzie, tylko poszedł do kuchni odgrzać obiad.

– Niestety, kochanie, twojego dziadka zabrała karetka, bo źle się poczuł. – Policjantka nie wiedziała, jak rozmawiać z kilkulatką na temat tego, co się wydarzyło.

– Za chwilę wróci mój tatuś. To on się mną zajmie. – Maja wciąż nie dowierzała temu, co usłyszała od policjantów.

Ale on już nigdy nie wrócił, chociaż bardzo tego chciała…

Czasami jednak myślała, że gdy zamknie oczy, a potem znów je otworzy, będzie jak dawniej: przyjdzie tata, weźmie ją na kolana, pocałuje w czoło i powie: „Witaj, córeczko”.

Majka znów zaczęła się kiwać. W pewnym sensie sprawiało jej to przyjemność, tak samo jak okaleczanie swoich rąk. Bólu nie czuła, a sama myśl o tym przywoływała najgorsze wspomnienia z dzieciństwa. Starała się o tym nie myśleć. Ale jak, będąc w takim miejscu, można zapomnieć o przeszłości?

Po pięciu minutach do pokoju weszła wychowawczyni dziewczynek, którą o zachowaniu Mai powiadomiła Luiza. Była bardzo podobna do aktorki Julii Pietruchy. Długowłosa blondynka o zielonych oczach i długich rzęsach, które w jej przypadku były naturalnym atrybutem kobiecego piękna. Ładny, prosty nos, jakby niedawno zrobiła sobie operację plastyczną, i mocno przyklapnięte uszy, prawie niewidoczne zza włosów. Drugi palec lewej ręki w połowie miała ucięty. Kilka lat temu doznała wypadku podczas weekendowej pracy, kiedy dorabiała sobie w masarni. Z początku nie rzucało się to w oczy, jednak kiedy podnosiła dłoń do góry, można było dostrzec jeden krótszy palec. W jej czarnych, cienkich legginsach tuż nad kolanem zrobiła się mała dziurka, która stopniowo się powiększała. Różową bluzę, której nawet nie zapięła, poplamiła ketchupem, bo razem z innymi wychowawcami jadła pizzę. Zawsze to robili w tajemnicy przed dziećmi.

– Co tu się dzieje? – zapytała zdenerwowana wychowawczyni. Ewidentnie było widać, że od rana nie miała humoru i starała się unikać jakiegokolwiek kontaktu z dziećmi.

– Z Mają jest coś nie tak. – Luiza stała w progu i patrzyła na zapłakaną i kiwającą się koleżankę.

– Znów się pocięła? – Liliana wzięła ręce podopiecznej i sprawdziła, czy nie ma świeżych okaleczeń.

Maja miesiąc wcześniej została skierowana na obserwację do szpitala psychiatrycznego z powodu rozległych ran na dłoniach. Były one efektem nieudanej próby samobójczej, z której została uratowana przez Luizę. Leżała dwa tygodnie na oddziale dziecięcym, a później została wypisana w stanie stabilnym i nie wymagającym dalszej hospitalizacji, jednak pani doktor zaleciła dwunastolatce pilną wizytę u psychiatry oraz psychologa. Tak samo było w przypadku Luizy, która teraz przynajmniej raz w tygodniu uczęszczała na terapię z powodu doznanego szoku.

– Nie, na pewno nie. Cały czas była ze mną. Widziałabym, że coś sobie robi.

– Maju, słyszysz mnie?! – Kobieta dotknęła jej bladej twarzy.

Dwunastolatka jednak nic nie odpowiedziała. Patrzyła cały czas pustym wzrokiem w sufit.

– Pobiegnij, proszę, Lusiu, po panią Monikę. – Liliana zwróciła się do swojej podopiecznej o pomoc.

– Gdzie ją znajdę? – Luiza chodziła w kółko po pokoju.

– Pewnie jest u siebie, a jeśli nie, zobacz, czy przypadkiem nie pali papierosa w piwnicy – powiedziała wychowawczyni i spojrzała na dwunastolatkę.

– Dlaczego nikt mnie nie lubi? Co ja takiego zrobiłam, że muszą mnie tak traktować? Brzydka jestem? – Maja chciała, aby Liliana zwróciła na nią uwagę i przestała rozmawiać z Luizą.

– Nieprawda! Jesteś śliczną dziewczynką. Chciałabym być taka ładna jak ty – chwaliła ją kobieta. – A co dokładnie mówiły o tobie twoje koleżanki?

– „Jesteś wariatką, bo mówisz sama do siebie, i powinni oddzielić cię od społeczeństwa” – powtórzyła ich słowa Maja.

– A od kiedy masz przyjaciela?

– Mówisz o Panu Pocieszycielu?

– Panu…? Ach, tak!

– Odkąd starsze dziewczyny zaczęły się ze mnie śmiać, że mieszkam w bidulu. Byłam wtedy w czwartej klasie.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś o swoim przyjacielu?

Dziewczynka nie odpowiedziała.

– Zadałam pytanie! – Opiekunka podniosła głos.

– Pan Pocieszyciel zabronił mi z kimkolwiek o tym rozmawiać. To jest nasza tajemnica.

– Maju, przecież on…

– Wiem, co chce mi pani teraz powiedzieć. On nie istnieje, ale ja myślę, że jest widzialny tylko dla mnie. Kiedy miałam pięć lat, dziadek Bronek opowiadał mi o aniołach stróżach, które czuwają nad nami. Myślę, że Pan Pocieszyciel to taki mój anioł stróż.

– Ale oni są dla ludzi niewidzialni gołym okiem. Ty też go nie zobaczysz… Maju, nie opowiadaj bzdur – zdenerwowała się na nią wychowawczyni. – Ten cały Pan Pocieszyciel to wymysł twojej wyobraźni. Mówi ci to, co ty sama chciałabyś od kogoś usłyszeć. Twój mózg steruje nim i jego słowami.

– Nieprawda! Odczepcie się wszyscy od mojego przyjaciela. On jest prawdziwy. Nie mam też żadnej schizofrenii, jak twierdzą starsze dziewczyny.

– Z tego, co wiem, w twoim wieku to normalne, że ktoś ma niewidzialnego przyjaciela, jednak dla pewności skonsultuję to z panią Moniką. Jeśli wyda jej się to podejrzane, wtedy będziemy myśleć, co dalej.

Maja często wyobrażała sobie, że jest wróżką, która potrafi zamieniać zło w dobro, choroby w zdrowie, a sierotom wyczarowywać kochających rodziców. Uwielbiała oglądać bajki o czarodziejkach Witch, a potem zamieniała się w którąś z bohaterek i biegała po ośrodku z różdżką, którą kupiła wraz z gazetką dla dzieci. Najbardziej lubiła Cornelię, ponieważ jej zdaniem była najładniejsza i najmądrzejsza. Maja uważała siebie za brzydką, dlatego zazdrościła urody dziewczynom w telewizji, zwłaszcza w bajkach, chociaż wiedziała, że te postacie są tylko narysowane.

W tej chwili pomyślała o swoim małym braciszku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego rodzina matki adoptowała chłopca od razu po jego urodzeniu, a ona musiała trafić do domu dziecka. Czuła się odrzucona. Czy Staś był bardziej kochany przez matkę? Marzena prawdopodobnie nie wiedziała nawet, kto jest ojcem dziecka. Dwunastolatka uważała, że skoro urodziła się jako pierwsza, powinna mieć pierwszeństwo oraz prawo wyboru, gdzie chciałaby mieszkać. Niestety, cała rodzina ze strony jej mamy traktowała ją jak wyrzutka, przez co na zawsze straciła do nich zaufanie.

Stanisław. Tak Marzena nazwała synka na cześć swojego chłopaka, który zginął w wypadku samochodowym, zanim jeszcze poznała Andrzeja, ojca Mai. Tak naprawdę nigdy nie przestała go kochać. Nawet wtedy, kiedy była z Andrzejem, wciąż wspominała swojego ukochanego i oglądała jego zdjęcia. Przyrodni brat Mai urodził się pięć miesięcy po tym, jak Maja trafiła do domu dziecka. Od razu został zabrany matce, a opiekę nad nim przyznano jej siostrze Marii, żonie biznesmena, który znajdował się w pierwszej dziesiątce w rankingu najbogatszych Polaków.

– Chciałabym skontaktować się ze Stasiem… – rzekła po dłuższej ciszy Majka.

– Z twoim bratem? Co tak nagle sobie o nim przypomniałaś? – Liliana otworzyła usta ze zdziwienia. Odkąd pamiętała, Maja zawsze powtarzała, że jej braciszek ma nową rodzinę.

– Chciałabym go poznać, zobaczyć, jak wygląda… – Rozmarzyła się dwunastolatka. – Ciekawe, co on w tej chwili robi. Czy jest szczęśliwy? Czy nie dzieje mu się krzywda?

– A skąd mogę wiedzieć? Przecież jasnowidzem nie jestem! – Liliana po raz kolejny podniosła na dziewczynkę głos. – Czasami zadajesz takie pytania, że nie wiem, co odpowiedzieć. Myślisz, że jesteś tu sama? Nie! Oprócz ciebie jest tu ponad pięćdziesiątka innych dzieci i nimi też trzeba się zająć.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała dwunastolatka z lekkim ociąganiem. – Od pewnego czasu dziwnie się zachowujesz. Przecież wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.

– Ile razy mam ci powtarzać, że nie powinnaś mówić mi po imieniu?!

– Ale…

– Czy ja mówię niewyraźnie?

– Ale…

– Jestem od ciebie dużo starsza i powinnaś zwracać się do mnie z szacunkiem! Zrozumiano?!

Liliana jakby nie była sobą. Pierwszy raz zdarzyło się jej, że nakrzyczała na swoją podopieczną. Zazwyczaj pozwalała dzieciom mówić do siebie na ty, o ile nie istniało ryzyko, że dowie się o tym pani dyrektor.

– Tak, proszę pa… pani. – Dziewczynka posmutniała jeszcze bardziej.

Gdyby Maja przestała ciągle krzyczeć, płakać i pyskować, Liliana miałaby do niej więcej cierpliwości, a tak musiała znosić jej wybryki. Czasami zastanawiała się nad zmianą pracy, bo ta wykańczała ją psychicznie. Wracała późno do domu, nie miała czasu na życie prywatne, bo gdy któryś z jej wychowanków coś przeskrobał, musiała wracać do ośrodka. Przecież nie mogła zwierzyć się dwunastolatce, że jej narzeczony wyprowadził się z domu bez słowa i nie odbierał od niej telefonów. Teraz myślami była daleko stąd. Przypominała sobie te wspaniałe chwile, które z nim spędziła, i nawet nie chciała myśleć, że mogła go stracić na zawsze, dlatego w poniedziałek wieczorem zadzwoniła do niego trzy razy. We wtorek znowu trzy. I kolejne dwa razy w środę. Każdego dnia wysyłała mu wiadomość, jednak on nie odpisywał. W czwartek cały dzień pracowała, więc nie miała czasu, ale w piątek nie potrafiła dłużej wytrzymać tego napięcia. Wsiadła do samochodu i pojechała pod jego dom. Nie otworzył! Kochała go. Kochała tego drania tak bardzo, że mogłaby zrobić dla niego wszystko. Ale jak widać, on tego nie doceniał. Może za bardzo o niego walczyła albo za mało się starała?

Kochała również młodzież. Skończyła pedagogikę specjalną naUMK w Toruniu. Chciała pracować z dziećmi głuchoniemymi, ponieważ świetnie porozumiewała się w języku migowym, jednak z powodu braku takich ofert na rynku pracy wybrała właśnie dom dziecka i dziś nie żałowała tej decyzji. Uważała, że gdyby miała wybierać jeszcze raz, to nie zawahałaby się ani przez minutę. Kochała swoich podopiecznych i nie zamieniłaby ich na żadnych innych.

Liliana przypomniała sobie teraz moment, kiedy to właśnie ona jako szesnastolatka buntowała się przeciwko babci, bo ta zabraniała jej chodzić na imprezy. Przecież gdyby nie ona, mogłaby trafić do domu dziecka. Z jednej strony, była jej wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobiła, lecz z drugiej strony, nienawidziła babci za kłamstwo, którego się dopuściła. Liliana długo myślała, że jej mama ją zostawiła, ale jak się później okazało, kobieta wyszła z domu i ślad po niej zaginął. Po trzech latach jej ciało odnaleziono zakopane w ogródku działkowym u jej byłego narzeczonego. Dlaczego przez te wszystkie lata babcia ukrywała przed nią, co tak naprawdę stało się z jej mamą? Czy powinna była dowiedzieć się tych wszystkich okropnych rzeczy z gazet i telewizji? Niestety, jej babcia zmarła na zawał i nawet na łożu śmierci nie chciała wyznać wnuczce prawdy.

– Porozmawiam z panią Moniką i znów zapiszemy cię do psychiatry. Myślę, że bez odpowiedniej farmakologii nie uda ci się wyjść z depresji. Sama widzisz, że terapia nic nie daje.

– Co?! Chcecie mnie po raz kolejny zamknąć w psychiatryku? Nie pozwolę na to!

– Czy ja powiedziałam, że ktoś będzie cię gdzieś zamykał? Maju! Nie wymyślaj…

– Przecież tabletki psychotropowe biorą tylko osoby chore psychicznie!

– Kto ci takich bzdur naopowiadał?

– Wszyscy!

– Wszyscy, to znaczy kto?! Możesz jaśniej?

– Na przykład Gracjan…

– A co Gracjan może wiedzieć o depresji? Przecież on sam jej nigdy nie miał, a poza tym jest osobą, która nie szanuje takich osób, wyśmiewa się z nich… Dalej już chyba nie muszę ci tego tłumaczyć.

– Mówił, że jeśli będę brała psychotropy, nie będzie się ze mną zadawał. – Dziewczynce zrobiło się przykro z tego powodu.

– Od kiedy ty z Gracjanem… rozmawiacie ze sobą?

– Ty nic… to znaczy pani nic nie rozumie!

– Wytłumacz mi. Przecież Gracjan jest ostatnią osobą, po której mogłabym się spodziewać, że bierze ciebie i twoje problemy na poważnie. Niejednokrotnie słyszałam, jak rozpowiada na prawo i lewo różne bzdury na twój temat.

– Nie! Nie teraz, proszę pani. Może kiedyś… – Maja nie chciała słuchać dobrych rad i ostrzeżeń swojej wychowawczyni. Zrozumiała już, jaką osobą jest tak naprawdę Gracjan, i żałowała, że w ogóle zaczęła mu ufać.

Skąd Maja wiedziała tyle na temat chorób i leków psychotropowych? Po powrocie ze szkoły, kiedy inne dzieci bawiły się na podwórzu, ona siedziała w swoim pokoju i czytała przeróżne encyklopedie oraz książki na tematy zdrowotne. Uważała, że musi jakoś wypełnić pustkę i zająć się czymś pożytecznym. Wydawało jej się, że ta wiedza będzie w przyszłości przydatna, a inne dzieci zaczną ją podziwiać, że jak na dwunastoletnią dziewczynkę jest bardzo inteligentna i wie więcej niż niejeden dorosły człowiek.

Maja przystanęła w zamyśleniu, a potem wyszła na korytarz, zostawiając wychowawczynię w pokoju. Nie miała zamiaru dłużej rozmawiać z Lilianą z powodu jej dziwnego zachowania i złego humoru. Dziewczynka stanęła przed drzwiami prowadzącymi do ciemnej piwnicy, jakby były wrotami do piekieł. W środku świeciła jakaś lampka, a w głębi widać było błysk latarki. Chciała zejść na dół, ale zanim zdążyła zrobić choć jeden krok, rozległ się wielki huk. Wróciła i stanęła za drzwiami, aby ukryć się przed nieznajomą postacią. Zaczęła sobie wyobrażać, że pewnie ktoś się wkradł, a teraz penetruje teren w poszukiwaniu jakiegoś łupu. Zastanawiała się, co by było, gdyby jednak zeszła na dół i nakryła domniemanego złodzieja na przestępstwie. Może gdyby wezwała pomoc, stałaby się bohaterką i już nigdy więcej od nikogo nie usłyszałaby przykrych słów?

W bajkach złodzieje chodzili w czarnych ubraniach, z maską zakrywającą twarz do połowy, natomiast w filmach przygodowych byli normalnie ubrani i niczym nie różnili się od porządnych ludzi. Majka rozejrzała się wokół w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu, którego mogłaby użyć do ewentualnej obrony przed napastnikiem. Jeszcze raz spojrzała w dół, ale z ciemności wyłoniła się tylko pani psycholog, która ukryła się w piwnicy przed panią dyrektor po to, aby móc w spokoju zapalić papierosa.

Pani Monika była zielonooką szatynką. Brwi miała dokładnie wyregulowane, natomiast rzęsy długie i sztuczne. Od nosa aż do samych ust widać było po obu stronach dwie rysy, które ładnie podkreślały jej zapadnięte policzki. Makijaż był trwały, bez żadnych smug i gładki jak u modelki. Uszy miała malutkie i zawinięte, niewinnie zakrywała je swoimi włosami. Ścięta była na boba, jednak włosy już jej odrosły, ponieważ nie miała czasu pójść do fryzjera. Ubrana była w różową, luźną bluzkę i ciemnoniebieskie dżinsowe spodnie, które idealnie podkreślały jej piękne, jędrne pośladki, które regularnie rzeźbiła na siłowni.

– Nie mogę uwierzyć, że jesteś milionerką. Dlaczego się nie pochwaliłaś? – Pani Monika była podekscytowana tą informacją.

– Co ma pani na myśli? O czym w ogóle pani mówi?

– Chodzi mi o twój dom, który dostałaś w spadku po śmierci ojca. Nie jest ci żal, że stoi pusty?

– Nie stoi pusty! Przecież mieszka tam mój dziadek.

Dziadek Bronisław nigdy nie pogodził się ze śmiercią jedynego syna. Ciągle powtarzał te same słowa: „Dzieci nie powinny umierać szybciej od swoich rodziców”. Miał mu jeszcze do opowiedzenia tyle rzeczy, że nie starczyłoby czasu na resztę życia. Wiedział, że teraz będzie musiał nauczyć się funkcjonować bez Andrzeja, bo przecież żyła jeszcze jego wnuczka, z którą jej matka z jakiegoś powodu zabraniała mu kontaktów. Musiał walczyć o swoje, ale obawiał się, że prędzej czy później zachoruje i nie uda mu się wygrać.

Dlaczego jej matka zaczęła pić? Przecież zanim poznała Andrzeja, Marzena była przeciwniczką alkoholu i nawet mężowi zakazywała wracać pijanym ze spotkań z kolegami. Teraz dziewczynka wiedziała, co stało się tego powodem. Z rozmowy dziadka Bronka i ojca, którą Majka jako małe dziecko podsłuchała, wywnioskowała, że jej mama popadła w depresję poporodową, a kiedy mąż zaproponował jej leczenie, ona odmówiła. Twierdziła, że nic jej nie jest i nie da z siebie zrobić wariatki. W późniejszym czasie zaczęła coraz więcej pić i nie potrafiła przestać, aż popadła w nałóg tak bardzo, że nie kontrolowała swojego zachowania. Jednak dziewczynka wciąż nie wiedziała, czym była spowodowana niechęć kobiety do jej nowo narodzonej córki.

– Nikt przecież nie żyje wiecznie. Może twój dziadek już dawno leży w grobie, a ty nawet się tego nie spodziewasz. – Pani psycholog nie wiedziała, że te słowa mogą Maję zdenerwować.

– Słucham?!

– Przepraszam. Przejęzyczyłam się po prostu. – Kobieta zastanawiała się, jak wybrnąć z tej sytuacji.

– Po pierwsze, nie rozumiem, o co pani tak naprawdę chodzi, a po drugie, nie jestem żadną milionerką, ponieważ z tego, co jest mi wiadomo, ten dom nie jest aż tyle wart – wyjaśniła jej dwunastolatka. Większość osób, które z dziewczynką rozmawiały, dziwiła się, że Maja jest aż tak dojrzała i doświadczona jak na swój wiek.

– Nie chodziło mi o sam dom, ale pan Bronisław miał też inny majątek, na przykład działkę za miastem, a słyszałam też, że dwa lata temu założył gospodarstwo agroturystyczne na Mazurach.

– Skąd pani to wszystko wie? Rozmawiała pani z moim dziadkiem?! Kiedy? – Maja zaczęła zadawać kobiecie dużo pytań. – Mogę do niego zadzwonić?

– Niestety, Maju, ale nie mam w tej chwili z nim żadnego kontaktu. Dowiedziałam się tych rzeczy przypadkiem – rzekła pani Monika. – Orientujesz się może, ile to wszystko jest łącznie warte?

– Nie wiem, ale skoro tak to panią interesuje, proszę wynająć sobie prawnika i zasięgnąć porady. A jeśli chciałaby pani odkupić ode mnie ten dom, to proszę o tym zapomnieć. To rodzinna pamiątka. Nie jest na sprzedaż! – oburzyła się dziewczynka. W tej chwili czuła się jak dorosła kobieta. – Tak na przyszłość, proszę zająć się lepiej sobą. Nie rozumiem, co panią obchodzi mój majątek! Zazdrości mi pani?

– Jak jeszcze raz będziesz mi tak pyskowała, obiecuję, że pójdę do pani dyrektor z wnioskiem o przeniesienie cię do innego ośrodka! Tam już nikt nie będzie traktował cię tak dobrze jak Liliana, moja droga panno! – oburzyła się pani psycholog.

– Przepraszam. – Dziewczynka nie powinna była mówić tego pierwsza, ale miała już dość wścibskiej pani psycholog i chciała jak najszybciej zakończyć z nią ten temat.

– Może pani Liliana pozwala wam na wszystko, ale nie myśl sobie, że ja też będę taka pobłażliwa!

– Przepraszam! – powtórzyła Maja, tym razem troszkę głośniej.

Czyżby pani Monika miała wobec jej majątku jakieś złe zamiary? Dlaczego cały czas wypytywała o jej dom i mówiła o śmierci dziadka tak, jakby było to prawdą? Co chciała przez to osiągnąć? Czy ktoś kazał jej to robić?

Pani Monika nienawidziła dzieci. Wcześniej zamierzała pracować z dorosłymi, ale pech chciał, że nie mogła znaleźć pracy, a to miejsce było jej ostatnią deską ratunku. Na rozmowie kwalifikacyjnej oszukała panią dyrektor, mówiąc, że jest to praca jej marzeń. Kiedy wreszcie została zatrudniona, bardzo się ucieszyła i pochwaliła się tym wszystkim znajomym. Nie myślała jednak, że tak długo będzie w stanie znosić obecność dzieci, których coraz bardziej nienawidziła.

– Luśka była przed chwilą u mnie i opowiadała o tym, jak nagle zaczęłaś płakać i że nawet Lilianie ciężko było cię uspokoić. – Mogłabyś mi wyjaśnić, o co dokładniej chodzi? – Teraz kobieta patrzyła dziewczynce prosto w oczy. Widziała w jej źrenicach lekki obłęd.

– Nie będę z tobą rozmawiała! – krzyczała Majka. – Nie mam ci nic do powiedzenia! Rozumiesz?

– Chcę ci pomóc…

– Nie potrzebuję niczyjej pomocy! Ostatnim razem też chcieliście mi tylko pomóc, a zamknęliście mnie u czubków.

– Tego wymagał twój stan, a jedynym rozwiązaniem było skierowanie cię na leczenie do zakładu psychiatrycznego, dlatego nie miej do nas pretensji. Zrobiliśmy to tylko i wyłącznie dla twojego dobra.

W oczach Mai zabłysły łzy. Nie wierzyła pani Monice. Uważała, że leżała w szpitalu bezpodstawnie i oskarżała panią psycholog oraz lekarza, który wydał decyzję o umieszczeniu jej w szpitalu, że uwzięli się na nią i chcieli zniszczyć jej życie. Kiedy opowiadała Lilianie o swoich podejrzeniach, wychowawczyni twierdziła, że na ich miejscu postąpiłaby tak samo.

– Chodź, musimy poważnie porozmawiać. – Pani psycholog pociągnęła Maję za rękaw.

– Zostaw mnie! – Szarpała się dziewczynka.

– Maju, od ponad miesiąca unikasz jakiejkolwiek terapii! Ja i pani Liliana martwimy się o ciebie, dlatego zgódź się ze mną pójść. Chyba że po raz kolejny chcesz, abyśmy skierowali cię do psychiatry. Sądzimy, że twój stan z dnia na dzień się pogarsza.

– No dobrze. Pójdę z panią, ale zrobię to tylko dlatego, żeby pokazać wam, że się mylicie. Ze mną jest wszystko w porządku!

Na korytarzu w górnej części ściany wisiało pełno zdjęć i rysunków wykonanych przez dzieci, zaś od strony wyjścia głównego po sam pokój dziewczynek duże tablice z datami. Pierwsza z nich z datą dwudziesty lipca dwa tysiące siódmego roku przedstawiała wycieczkę maluchów do teatru Baj Pomorski w Bydgoszczy. Kolejna ukazywała radosne twarze dzieci cieszących się z prezentów świątecznych. Jeszcze inne były z komunii świętych, Wielkanocy, kolonii, akcji charytatywnych organizowanych przez prezydenta miasta i jego żonę, a także z dwóch spotkań z celebrytami.

Korytarze w ośrodku śmierdziały moczem. Kiedyś starsi koledzy wyśmiewali się z pewnego chłopca, ponieważ jego ojciec był pedofilem. Ciągle obrażali go i pluli mu prosto w twarz. Ten dość często, kiedy nie mógł już sobie poradzić z takim traktowaniem, moczył się na korytarzu, co stało się kolejnym powodem do poniżania tego bezbronnego dziecka. To całe znęcanie się nad nim trwało pół roku. Chłopiec nie chciał nikomu powiedzieć o tym, co go spotykało. Pewnego dnia nie wytrzymał i opowiedział o wszystkim pani dyrektor, która złożyła wniosek o przeniesienie chłopca do innego ośrodka i ukaranie starszaków. Grupka nastolatków stanęła przed sądem rodzinnym i każdy z nich otrzymał kuratora, a decyzję o umieszczeniu w zakładzie poprawczym zamieniono na karę w zawieszeniu po tym, jak młodzież okazała skruchę.

Maja na samym końcu korytarza zauważyła nowo powieszone rysunki, a wśród nich ten, który ostatnim razem narysowała dla dziadka Bronisława i dała go Lilianie na przechowanie. Była na nim ona, staruszek oraz jej mama, którą zakreśliła czerwonym krzyżykiem i zamazała czarnym pisakiem. Tematem pracy było „Moje największe marzenie”. Dwunastolatka narysowała spotkanie po latach z dziadkiem Bronisławem i wymazanie z pamięci matki. Chciała całkowicie zapomnieć o tym, ile krzywd wyrządziła jej ona w przeszłości, a przede wszystkim, że skłóciła z nią całą rodzinę, która teraz uważała Majkę za wroga.

Budynek z zewnątrz wyglądał tak, jakby został wybudowany około stu lat temu. Tynk obdrapany, zamiast dachówek stara czarna papa, dzięki której ośrodek wydawał się jeszcze bardziej przestarzały. Futryny okien miały kolor biało-niebieski, a drzwi przypominały wrota do Narnii.

Pani Monika i Maja weszły do gabinetu. Kobieta wskazała dziewczynce krzesło stojące pod oknem. Leżało na nim kilka dokumentów, więc dziewczynka przeniosła je na stolik obok i usiadła.

– Od pewnego czasu zastanawiałyśmy się z panią Lilianą, w czym tak naprawdę może tkwić problem związany z twoim zachowaniem, i chyba znalazłyśmy powód. – Pani psycholog była pewna tego, co zaraz powie. Uważała się za dobrego specjalistę, który zupełnie nie pasował do tego miejsca. – Myślę, że dotyczy to twojej mamy, przez którą zostałaś skłócona z rodziną i teraz męczą cię wyrzuty sumienia. Uważasz, że to wszystko twoja wina. Czy to prawda?

– Pewnie, że tak…

– Liliana napisała mi w SMS-ie, że pytałaś ją o swojego braciszka, który teraz mieszka z twoją ciotką Marią Kwiatkowską, zgadza się? – Kobieta patrzyła Mai prosto w oczy, chociaż wiedziała, że dziewczynka tego nie lubi. – Czy nie jest przypadkiem tak, że uważasz, iż to twój brat przyczynił się do tego, że przebywasz teraz w domu dziecka, a on ma kochającą się rodzinę?

– Nie powiedziałabym, że jest to, jak pani ujęła, „kochająca się rodzina”. Jakiś czas mieszkałam z Kwiatkowskimi i wiem, że oni tylko udają szczęśliwych i zakochanych, a tak naprawdę panuje tam sztuczna i niemiła atmosfera. Poza tym proszę mi powiedzieć, w czym Staś jest lepszy ode mnie?

– Nie wiem, dlaczego państwo Kwiatkowscy zdecydowali się na adopcję chłopca, ale nie możesz winić za to tego dzieciaka. Ile on ma lat? Cztery? Myślisz, że on cokolwiek rozumie? Możliwe, że nie powiedzieli mu nawet, kto tak naprawdę jest jego matką, i uważają go za swojego prawdziwego syna.

Maja wzruszyła ramionami.

– W tobie rzeczywiście tkwi poważny problem, Maju. Uważasz, że wszyscy wokół są winni tego, co cię spotkało, a ty sama jesteś tylko małym, niewinnym i bezbronnym dzieckiem. Czy nie jest tak?! – Kobieta podniosła głos.

Pani Monika nie nadawała się do pracy z dziećmi, a każda rozmowa z nimi była dla niej bardzo denerwująca. Nie miała też do nich cierpliwości, ale udawała przed innymi, że dobrze sobie radzi ze wszystkim. Musiała tak robić, dopóki nie znajdzie innej, lepszej pracy z nowymi perspektywami. Ostatnio poszła na rozmowę do poradni zdrowia psychicznego, ale minęły już ponad trzy tygodnie i do tej pory nie otrzymała od nich odpowiedzi, dlatego musiała jeszcze przez jakiś czas pomęczyć się w towarzystwie nastolatków, chociaż udawanie miłej i spokojnej coraz gorzej jej wychodziło.

– Nieprawda! Moja mama wiele razy mi powtarzała, że jestem tylko czarną owcą w rodzinie i najbardziej przykrym prezentem, jaki mogła w życiu dostać. Nie raz dała mi odczuć, że nie jestem nikomu potrzebna i że żałuje, że mnie w ogóle urodziła.

– Bo jeśli ktoś nienawidzi dzieci…

– Jeśli ktoś nienawidzi dzieci, nie powinien ich w ogóle mieć albo powinien oddać je od razu po urodzeniu, bo jest wiele rodzin, które zajęłyby się takimi maluszkami! W moim przypadku moja mama powinna była odejść od taty i to jemu powierzyć opiekę nade mną. Myślę, że wtedy wszyscy byliby zadowoleni. Skoro nigdy mnie nie kochała, dlaczego na siłę próbowała mnie wychować? Chociaż wychowaniem tego nazwać nie można. – Maja była oburzona słowami psycholog. – No tak, ale skąd dwunastolatka może wiedzieć takie rzeczy? Przecież jestem tylko dzieckiem, które jeszcze niewiele rozumie!

– Dokładnie, Maju, masz tylko dwanaście lat i musisz się jeszcze wiele o życiu nauczyć. Ale inni mają rację, że jak na swój wiek, jesteś bardzo dojrzała, a niejeden dorosły powinien pozazdrościć ci twojego bogatego słownictwa. – Uśmiechnęła się do niej pani Monika. – Myślę jednak, że większość dzieci jest wyrachowana i nie wszyscy rodzice potrafią sobie poradzić z tak trudnymi maluchami. Moim zdaniem, dałaś mamie porządnie w kość albo zrobiłaś coś, co zniszczyło poważnie jej psychikę.

– Co takiego? Przecież gdy trafiłam do ośrodka, miałam zaledwie osiem lat, więc nie rozumiem, jaką krzywdę mogła wyrządzić swoim rodzicom taka mała dziewczynka. Chyba powodem jest tylko i wyłącznie moje przyjście na ten chory świat. Jak widać, pani tego nie rozumie…

– Nie rozumiem i chyba już nigdy nie zrozumiem, ponieważ osoby, które nie chcą mieć dzieci, dokonują aborcji, oddają – albo co gorsza – zabijają swoje dzieci, a twoja mama, jak widać, tego nie zrobiła, więc wydaje mi się, że jednak nie była taka, za jaką ją uważasz. Myślę, że trochę wyolbrzymiłaś zachowanie twojej mamy, a za bardzo wyidealizowałaś swojego tatę. Nie wiesz, co się między nimi działo, i nie wiesz, jaki był naprawdę. – Pani Monika próbowała jej wmówić swoją rację. – Pomyśl w takim razie, dlaczego twoja rodzina tak bardzo nie lubiła twojego ojca? Czy gdyby naprawdę był takim wspaniałym człowiekiem, to nienawidziłaby go?

– Moja mama jest oszustką. Okłamała wszystkich i zrobiła z siebie ofiarę. Komu by pani uwierzyła: swojej ukochanej córeczce czy zięciowi? Wiadomo, że własnemu dziecku!

– Z tego, co zauważyłam, jak na razie to ty robisz z siebie ofiarę. Udajesz słodką i skrzywdzoną przez los dziewczynkę, nad którą wszyscy powinni się litować.

Takie słowa nie powinny były paść z ust psycholog, ale już dłużej nie wytrzymywała w towarzystwie dzieci. Miała ochotę rzucić wszystko i uciec jak najdalej. Nie ukrywała, że bardzo męczy ją ta praca, i nie zważała nawet na konsekwencje swojego zachowania, przez które mogła zostać surowo ukarana. To nie pierwsza sytuacja, kiedy Monika w ten sposób traktowała podopiecznych ośrodka. Kilka dni wcześniej pewien chłopiec pobiegł zapłakany do pani dyrektor i opowiedział o rozmowie z kobietą, która zaczęła wyśmiewać go z powodu pryszczy na twarzy i tłumaczyła mu, że jeśli będzie jadł dużo słodyczy, to stanie się jeszcze brzydszy niż jest teraz, a co najważniejsze, żadna dziewczyna nie umówi się z nim na randkę. Pani psycholog na początku broniła się i ułożyła własną wersję wydarzeń, ale po czasie skłamała, że był to wynik przemęczenia i obiecała, że już nigdy więcej się to nie powtórzy.

Maja przycisnęła dłonie do twarzy i wybuchnęła rozpaczliwym płaczem, a Monika, widząc, co się dzieje, udawała, że próbuje dziewczynkę uspokoić.

– Pokaż mi teraz swoje dłonie.

– Nie!

– Maju, ja chcę tylko zobaczyć twoje ręce. Czy ostatnim razem nie mówiłam ci, że od teraz będę regularnie sprawdzała twoje dłonie?

– Przecież ja tutaj nie mam już dostępu do żyletek. Skąd mam je wziąć? Sama pani wie, że dostałam szlaban na kieszonkowe i brak mi dostępu do pieniędzy.

– Wiem, ale zrób to dla świętego spokoju. Twojego, a w szczególności naszego…

– Nie pokażę!

– Dlaczego?

– Niech pani pomyśli… W końcu to tak, jakby jakiś chłopak zaprosił mnie do siebie i kazał mi się rozebrać.

– Dość tego, Maju! Ja tylko chciałam zobaczyć twoje nadgarstki. Dlaczego od razu wyskakujesz mi z czymś takim?

– Pani chce obejrzeć moje ręce, ale ja mam prawo do tego, żeby się nie zgodzić. To naruszenie nietykalności cielesnej.

– Moja droga! To, że każdy uważa, że jak na swój wiek jesteś bardzo mądra i dojrzała, nie oznacza, że jednak wiesz wszystko. Powiedz mi, co ma naruszenie nietykalności cielesnej do tego, co przed chwilą powiedziałaś?

– To pani nie wie, co to oznacza?

– Właśnie wiem, ale widzę, że ty źle interpretujesz te słowa, bo naruszenie nietykalności cielesnej jest wtedy, gdy na przykład się kogoś uderzy.

– Dokładnie to chciała pani zrobić.

– Ech… Widzę, że z tobą, Maju, nie da się normalnie rozmawiać, bo ty zaczynasz odwracać kota ogonem. Myślę, że powinnyśmy przełożyć to na później. Bezpieczniej będzie, jeśli pani Liliana się tym zajmie. Ona ma chyba do ciebie więcej cierpliwości niż ja.

Każdy ma jakiś sposób na problemy – jedni popadają w alkoholizm, drudzy wpadają w złe towarzystwo, a inni, tak jak Majka, robią sobie krzywdę, okaleczając się. Wszystko po to, aby zapomnieć o nieszczęściu, które ich kiedyś spotkało.

Monika nie zamierzała dłużej słuchać zmartwień dziewczynki. Chociaż miała stalowe nerwy, nie mogła znieść jej ciągłego marudzenia i narzekania.

– Nie mam pojęcia, jak ci pomóc, Maju – westchnęła z goryczą kobieta i zasłoniła twarz dłońmi.

Maja zrobiła się blada.

– Chcę mieć nową rodzinę… Chcę, żeby znów było jak dawniej. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy adoptują małe dzieci, a starsze nie mają prawa do szczęścia. – Maja nagle zmieniła temat. Chciała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. – W czym Staś był lepszy ode mnie? No w czym?!

– To chyba dobrze, że znalazł kogoś, kto go pokochał – wyjaśniła pani Monika.

– Dlaczego akurat on, a nie ja? Dlaczego nie chcieli mnie?! – krzyczała dwunastolatka.

– To nie takie proste. Sama wiesz, że mieli ci za złe to, co zrobiłaś swojej mamie. Może…

– Mam dość was wszystkich! Dlaczego wciąż mnie oskarżacie? Próbuję się zabić, ale nie mogę! Rozumiesz to?! Nie mogę! – krzyczała dziewczynka.

– Maju, uspokój się! – Psycholog podbiegła do dziewczynki. – Czy ja pozwoliłam ci mówić do siebie po imieniu? Jesteśmy koleżankami?

– Gówno mnie to obchodzi! Mam w dupie pani zdanie! Ja… muszę się pociąć. – Dwunastolatka znów zaczęła się kiwać.

– Dziewczyno, przestań tak mówić, bo zaraz naprawdę zadzwonię po karetkę. Niech zabiorą cię do szpitala na obserwację psychiatryczną, bo twoje zachowanie znów prowadzi do próby „S”.

– Zamknijcie mnie, gdzie chcecie. Przynajmniej będę miała święty spokój i nie będę musiała oglądać waszych mord! – Maja nie panowała nad swoimi emocjami.

Każdy powtarzał Majce, że powinna z tym skończyć – Liliana, Luiza i pani Monika. Ale przecież nie mogła zrezygnować z czegoś, co pomagało jej zapomnieć o problemach. Tak jak alkoholik nie mógł przestać pić, tak ona nie mogła przestać się ciąć. To było coś w rodzaju terapii.

Maja ocierała chusteczką oczy, aż stały się mocno czerwone. Potem wstała i wyszła z gabinetu, trzymając głowę na ramieniu pani psycholog. Nie mogła wydusić z siebie ani słowa po tym, co powiedziała kobiecie, a tym bardziej po tym, co od niej usłyszała. Nie mogła uwierzyć, że pani Monika zachowała się wobec niej w tak perfidny sposób. Uważała, że to nie przystoi osobie, która powinna pomagać innym ludziom, a nie ich jeszcze bardziej dołować. Żałowała, iż nie miała możliwości nagrania tych słów i odtworzenia ich Lilianie i pani dyrektor. Zdaniem Mai, pani Monika wielokrotnie obrażała i denerwowała ją swoimi słowami, co tylko pogarszało jej stan psychiczny.

Obudziła się dopiero następnego dnia ze strasznym bólem głowy. Rozejrzała się wokół i próbowała sobie przypomnieć, co wydarzyło się dzień wcześniej, ale w jej myślach panował wielki chaos.

– Co się ze mną dzieje? – powiedziała sama do siebie. – Ja nic nie pamiętam.

Siedziała na łóżku, zaciskając zęby i ocierając łzawiące oczy. Z trudem wytrzymywała narastający z każdą minutą ból związany z wczorajszym stresem. Poczuła głód i ściskanie w żołądku. Czuła, jak organizm domaga się pożywienia. Nie wiedziała, czy powinna poprosić kucharki choć o kromkę chleba, czy siedzieć tu i czekać, dopóki ktoś nie przyjdzie. Może o niej zapomnieli? A może…? Znów w jej głowie pojawiało się dużo czarnych myśli.

Po chwili w drzwiach stanęła pani Monika z jakimś młodym mężczyzną.

Miał około trzydziestu lat, szare powieki i sine worki pod oczami, które były oznaką zmęczenia, ponieważ całą noc walczył z gorączką swojej córeczki. Jego lewe ucho różniło się po części od prawego, gdyż w dzieciństwie z powodu wypadku lekarze musieli je zszywać. Był bardzo przystojnym mężczyzną, więc podobał się kobietom, co Maja zauważyła po twarzy pani psycholog, która bardziej interesowała się nim niż jej problemem. Dzięki bardzo jasnym, wręcz białym włosom wyglądał trochę jak albinos albo Eskimos chodzący po mrozie bez czapki, gdy na jego włosy sypie śnieg. Przed wyjściem z domu założył stary, brązowy sweter, rozpinający się tylko do połowy, oraz niewyprasowane spodnie, które wyglądały jak dzwony noszone przez hipisów. Na buty dziewczynka nawet nie patrzyła, gdyż z powodu ogromnego bólu nie miała ochoty się ruszać.

Żona zostawiła go samego z czteroletnią córeczką. Odeszła z dnia na dzień. Był załamany. Przez kilka dni nie chodził do pracy, nie jadł, nie pił i nie spał. Dlaczego zostawiła dziecko? Czy go nie kochała? Zrozumiałby, gdyby odeszła od niego i wzięła dziewczynkę. Czym ta mała jej zawiniła? Nigdy nie pomyślałby, że jego ukochana żona będzie takim potworem.

– Pakujesz się? Wyjeżdżasz do swojej mamy? – zapytał, przebierając córeczkę, ponieważ ta poplamiła swoje body kaszką.

– Nie. Przecież moja mama jest teraz w sanatorium – przypomniała mu żona.

– To nie wiem, może jedziemy na jakieś wakacje i chcesz mi zrobić niespodziankę? – Kiedy to powiedział, aż podskoczył z radości na myśl o wyjeździe. – Tylko jest mały problem. Musiałbym zadzwonić do szpitala, że nie będzie mnie kilka dni.

– Nie, Boguś, ty nigdzie nie jedziesz, zostajesz tutaj. – Westchnęła. Nie wiedziała, jak porozmawiać z mężem na ten temat, ale prędzej czy później musiała mu o tym powiedzieć.

– Nie rozumiem. Masz jakiś wyjazd służbowy? Dlaczego nic mi o tym nie mówiłaś? – Mężczyzna patrzył na żonę jak na wariatkę. Nie wiedział, dlaczego pakuje swoje ubrania.

– Myślałam nad tym bardzo długo i wiem, że nadszedł właśnie ten moment, kiedy muszę ci to powiedzieć. – Usiadła naprzeciwko niego i zaczęła wodzić wzrokiem po ścianie. Nie chciała patrzeć mu prosto w oczy. – Odchodzę. Wyjeżdżam i już raczej nie wrócę.

– Co?! Po pięciu latach małżeństwa ty mi nagle oznajmiasz, że odchodzisz?! Poznałaś kogoś?! Kim on jest? Znam go?! – krzyczał mężczyzna. – No odpowiedz!

– Nikogo nie poznałam, Boguś. Po prostu… stwierdziłam, że życie w związku nie jest dla mnie. Rozumiesz… Ta ciągła zazdrość i słodzenie sobie nawzajem. To stało się już dla mnie za nudne. – Kobieta już dawno nie kochała męża, ale dopiero teraz odważyła się zrobić ten krok… i odejść.

– A co z naszą córką? Pomyślałaś o niej? A pomyślałaś o mnie?! Przecież ja ją kocham i będę za nią tęsknił! Nie chcę być ojcem tylko od święta… – Wstał. Chociaż był silny, to łzy i tak same napływały mu do oczu.

– No właśnie, jest jeszcze coś. Ja niestety nie będę mogła się nią zająć, ponieważ będę pracować za granicą i nie będę miała dla niej czasu, ale nie martw się. Postaram się przelewać wam co miesiąc na konto trochę pieniędzy. Tylko tak mogę jej wynagrodzić moją nieobecność – rzekła.

– Czy ty myślisz, że pieniądze będą w stanie zastąpić jej matkę?! – Nie miał bladego pojęcia, jak miał namówić żonę do tego, aby z nimi została. Był zdruzgotany.

– Przykro mi, Boguś. Nic więcej nie mogę już dla was zrobić. Żegnam!

Pocałowała córeczkę w policzek, wyszła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Obiecała, że będzie regularnie do nich dzwoniła. Na początku robiła to tylko raz w tygodniu, a później w ogóle przestała. Dziewczynka chciała kontaktować się z mamą i przynajmniej słyszeć jej głos, jednak kobieta zmieniła numer i od tamtej pory nie utrzymywali ze sobą żadnego kontaktu. Bogumiłowi pozostał po żonie jedynie comiesięczny przelew na konto. Spalił nawet jej zdjęcia.

– Jak się czujesz? – zapytał, spoglądając dziewczynce prosto w oczy, przez co serce Mai zaczęło jeszcze mocniej bić.

– Kim pan jest? – Dwunastolatka patrzyła na poważne twarze gości.

– Nazywam się Bogumił Kunicki i jestem psy… – Urwał nagle. Zdał sobie sprawę, że jeśli dokończy, dziewczyna wpadnie w szał.

– Psychologiem? – Dziewczynka pomyślała, że jest stażystą albo chwilowo będzie zastępować panią Monikę. Być może kobieta wybiera się na urlop?

– Nie, jestem psychiatrą, moja droga. – Mężczyzna chrząknął.

– Co, proszę?! Dlaczego pani go tu przyprowadziła?! Zapewne teraz obmyślacie plan, jak się mnie pozbyć z domu dziecka i zamknąć z powrotem w zakładzie dla obłąkanych. – Maja się rozpłakała.

– Dlaczego tak uważasz? Czy ja powiedziałem, że gdziekolwiek cię zamkniemy? Sama to sobie wmawiasz, dziecko, a ja nawet nie zacząłem mówić, z jakiego powodu tutaj jestem.

– Ostatnim razem pani Liliana też mi tłumaczyła, że przesadzam, bo nie ma powodu, żeby mnie tam skierować. Skoro tak, to jak się tam znalazłam?

– Myślę, że nie chciała cię straszyć. Teraz przyszedłem do ciebie w innej sprawie. Pani Liliana poprosiła mnie o pomoc w zdiagnozowaniu cię.

– Zdiagnozowaniu? Czy to znaczy, że jestem chora psychicznie?

– Pamiętasz, Maju, jak poprzedni psychiatra stwierdził u ciebie chorobę sierocą? Sądzę jednak, że to nie ona jest powodem twojego zachowania, a zaburzenia eksternalizujące oraz internalizujące. Kiwanie się może być przejawem również tych problemów, nie tylko choroby sierocej.

– Nie rozumiem. Inter… co?

– Internalizujące, czyli dotyczące smutku, lęku, przygnębienia oraz wycofania się z kontaktów, eksternalizujące związane są z gniewem, agresją czy złością. – Pan Bogumił tłumaczył jej trudne słowa. – Jeżeli chodzi o chorobę sierocą, jest typem opóźnienia umysłowego.

– Nie jestem opóźniona umysłowo. – Maja przeraziła się słowami psychiatry.

– Dlatego chcę cię zbadać, żebyśmy wiedzieli, co mamy leczyć.

Maja odetchnęła z ulgą. Cieszyła się, że powoli wszystko wraca do normy, a co najważniejsze, że wreszcie będzie wiedziała, czym tak naprawdę spowodowane było jej wcześniejsze zachowanie, którego nie potrafiła kontrolować. Miała nadzieję, że tym razem zostanie postawiona właściwa diagnoza i w końcu uda jej się normalnie funkcjonować, a w szczególności, że nauczy się poprawnych relacji z ludźmi, którzy do tej pory uważali dziewczynkę za śmiecia.

– Pan Bogumił ma rację – przyznała pani Monika.

– No dobrze, ale dajcie mi teraz wszyscy święty spokój. Chcę pójść spać. – Dziewczynka ziewnęła.

– W takim razie dobranoc, Maju! Przyjdę do ciebie… może jutro? Przebadam cię i będziemy w końcu na sto procent pewni, co ci jest.

– Dobranoc! – odpowiedziała mu Majka.

Odniosła wrażenie, że okryto ją czymś ciepłym. Wręcz poczuła dotknięcie ręki pani Moniki. Była bardzo zmęczona, a oczy same się jej kleiły.

– Śpij już, skarbie – szepnęła pani psycholog.

Dziewczynka zamknęła oczy i znów zasnęła.

Rozdział 2

Maja stała przy oknie w swoim pokoju. Promienie słońca przenikały przez kosmyki jej włosów, sprawiając, że wyglądała jeszcze piękniej niż zwykle. Z jej okna był widok na stary, opuszczony budynek. Rosły tam pozbawione liści drzewa, w których już dawno powstała próchnica. Nie lubiła tego miejsca, ponieważ z opowieści innych dzieci wynikało, że straszy tam duch jakiejś kobiety. Dziewczynka nie rozumiała jeszcze, że opowieść ta była tylko wymysłem jej koleżanek i kolegów z domu dziecka po to, aby ją przestraszyć, a później się z niej naśmiewać. Majka bała się duchów i często opowiadała dzieciom usłyszane od innych historie na ich temat.

– Panie Pocieszycielu, spójrz na tę piękną pogodę. Jest tak ciepło, a ja nawet nie mam z kim wyjść na podwórze, żeby porozmawiać – mówiła Maja, patrząc pustym wzrokiem w sufit i wyobrażając sobie swojego przyjaciela. – Z czego oni się tak cieszą? Kiedy jest się w takim miejscu, raczej nie ma powodów do śmiechu.

Jej wymyślonym przyjacielem był Pan Pocieszyciel, starszy pan w słomianym kapeluszu, żujący łodygę pszenicy i machający każdemu na przywitanie. Był dla dziewczynki ideałem, którego nie dało się znaleźć w ludziach. Wyglądał i zachowywał się dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Pragnęła, aby Pan Pocieszyciel kiedyś przemienił się w prawdziwą osobę, bo dzięki temu miałaby z kim porozmawiać na żywo. Wiedziała, że już niedługo będzie musiała o nim zapomnieć, ponieważ w gimnazjum rówieśnicy wyśmiewaliby się z niej, a ona nie poradziłaby sobie z kolejnym odrzuceniem. Kiedy o nim myślała, zapominała całkowicie o problemach, a szczególnie o swoim tacie, którego porównywała do niewidzialnego przyjaciela. Uważała, że tylko on ma prawo być nazywany człowiekiem bez wad. Nie rozumiała jeszcze, że na świecie nie ma takiej osoby, która miałaby wyłącznie zalety.

Gdy było jej smutno, mogła liczyć jedynie na swojego przyjaciela. Zwierzała mu się tylko w nocy, aby nikt nie widział, że płacze. Od razu robiło jej się lżej na sercu.

– A ty znów? Maju, błagam… – Luiza czytała gazetę. – Jak możesz tak cały dzień rozmawiać sama ze sobą?

– Nie widzisz, że jestem zajęta? – burknęła dziewczynka. – A poza tym nie rozmawiam sama ze sobą, tylko z Panem Pocieszycielem. Mówiłam ci o nim już wiele razy!

– I gdzie on niby jest? Ja go tu nie widzę – rzekła czternastolatka.

– Tam za oknem… – Maja wskazała palcem szybę.

– I co, niby lata w powietrzu czy może skacze z czwartego piętra? – zaśmiała się Lusia. – Weź się, dziewczyno, nie ośmieszaj. Już wystarczająco narobiłaś mi wstydu. Nie musisz bardziej pogarszać swojej sytuacji.

Luiza była bardzo inteligentna i grzeczna, często budziła tym podziw innych. Nie oceniała ludzi po wyglądzie, wręcz przeciwnie, zawsze starała się spojrzeć w głąb ich duszy. Wierzyła, że w każdym człowieku, nawet tym złym, jest choć odrobina dobroci. Zachowanie jej współlokatorki coraz bardziej ją jednak irytowało i denerwowało, zwłaszcza że naśmiewano się z niej ze względu na Maję, która nie odstępowała jej na krok i uważała ją za swoją najlepszą przyjaciółkę. Dwunastolatka nie wiedziała jeszcze, że Luiza tylko udawała dobrą koleżankę po to, żeby nie sprawić jej przykrości.

Cała rodzina Luizy zginęła w wypadku samochodowym – mama, tata i dwie siostry. Luśka przez dwa tygodnie walczyła o życie podłączona do respiratora. Dwa dni przed tym feralnym wydarzeniem skończyła osiem lat. Wraz z rodziną wyszła na przystanek, żeby jechać do szpitala, w którym leżał ich chory dziadek. Nie wiedzieli, że są to ich ostatnie chwile spędzone razem. Nagle uderzył w nich rozpędzony samochód, prowadzony przez pijanego kierowcę. Luiza słyszała tylko jęki jednej z sióstr i wołanie mamy o pomoc. Zapamiętała też świadków, którzy stali, patrząc na to wszystko, jakby oglądali jakiś film fabularno-dokumentalny, i nic nie robili. Jednak najbardziej zapadł jej w pamięć moment, kiedy to osiemnastoletni chłopiec jako jedyny wykazał się odwagą i zadzwonił po karetkę, a później jeszcze sprawdził rannym oddech i ułożył ich w pozycji bezpiecznej, a najbardziej poszkodowanemu robił sztuczne oddychanie.

– Pani Monika znów wypytywała cię o twojego ojca? – zapytała ją Luśka. Chciała, aby koleżanka pomyślała teraz o czymś zupełnie innym. Nie chciała w kółko drążyć tego samego tematu.

– Tak, wczoraj – odparła dwunastolatka.

– Ciekawe dlaczego?

– Nie wiem, ale zdenerwowała mnie wtykaniem nosa w nie swoje sprawy. Myślę, że miała ku temu jakieś powody. Chyba nadal ma, zważywszy na to, że to nie pierwszy raz.

– Mnie na przykład ostatnio pytała o twój dom.

– Co dokładnie chciała wiedzieć?

– Czy jeśli będziesz pełnoletnia, a twój dziadek będzie jeszcze żył, to pozwoli ci tam mieszkać.

– I co jej powiedziałaś?

– Że to nie moja sprawa i że jeżeli chce, niech zapyta ciebie. Poza tym skąd ja mogę wiedzieć takie rzeczy?!

Czy pani psycholog wiedziała coś więcej niż Maja? Dziewczynka nie mogła uwierzyć, że dziadek Bronisław umarł, a pani psycholog zataiła przed nią całą prawdę. Przecież jej obowiązkiem było powiadomić Maję, gdyby coś się stało komuś z jej rodziny bez względu na to, jak dwunastolatka zareagowałaby na tę wiadomość. W końcu była psychologiem i musiała radzić sobie z takimi sytuacjami. Czy pani Monika działała w zmowie z resztą rodziny dziewczynki? Czy to oni zakazali mówić jej o wszystkim?

– Jeśli twój dziadek żyje, dlaczego nie wziął cię do siebie? – zastanawiała się Luiza.

– Dziadek Bronek? Przecież on choruje. Sam musiał wynająć opiekunkę, bo nie dawał już rady…

– A co, jeśli umarł, a nikt cię o tym nie poinformował?

– Bardzo prawdopodobne, wiesz? My od strony taty nie mieliśmy żadnej rodziny.

Dziewczynka czuła się, jakby żyła sama na tym świecie. Jakby oprócz niej nie było nikogo. Już nie miała siły płakać, ale gdy myślała o innych dzieciach, które bawiły się na podwórzu, to łzy same napływały jej do oczu, bo nie miała z kim porozmawiać.

Nadal patrzyła w okno i uśmiechała się do szyby. W głębi ukazała się postać Pana Pocieszyciela, na widok którego aż podskoczyła z radości. Wiedziała, że przyszedł poprawić jej humor w trudnych chwilach. Spojrzała na jego brązowy słomiany kapelusz i łodygę, którą trzymał w ustach. Usiadła na dywanie pod oknem i opowiadała przyjacielowi przeróżne historie. Wyobrażała sobie, że wyrusza w daleką podróż dookoła świata w poszukiwaniu prawdziwej, kochającej rodziny, ale zauważyła, że Pana Pocieszyciela najbardziej zainteresowała opowieść o pieskach, które kiedyś jej tata uratował przed złym właścicielem.

Andrzej przyniósł do domu trzy szczeniaczki. Jeden z nich był cały czarny, jeden brązowy, a jeden czarno-biały. Kiedy tata poinformował Maję, że trzeba będzie znaleźć dla nich nowy dom, ponieważ oni nie są w stanie utrzymać tylu zwierzaków naraz, lekko się załamała. Pomagała tacie rozwieszać plakaty na słupach ogłoszeniowych po to, aby jak najszybciej znaleźć nowych właścicieli.

Największą jednak niespodzianką okazała się wiadomość taty, który powiedział, że jednego z nich może sobie zatrzymać. Wybrała czarnego, bo kiedy patrzyła mu w oczy, widziała smutek w jego spojrzeniu i pomyślała, że tym faktem sprawiłaby mu radość. Nazwała go Brytan i opiekowała się psem tak długo, jak tylko mogła, a po śmierci taty zaopiekował się nim dziadek Bronisław, gdyż jej mamie przeszkadzał widok psa. Uważała, że śmierdzi i jest obrzydliwy, kiedy gryzie buty innym domownikom. Pewnego dnia kopnęła go po tym, kiedy wskoczył na stół i zjadł mięso, które Marzena zrobiła na obiad przed przyjazdem jej rodziców i sióstr.

Kiedy dziewczynka tak opowiadała, Luiza zauważyła, że Maja zacisnęła wargi, a po jej policzku spłynęły łzy. Wiedziała, że znów myśli o ojcu. Przez cztery lata czternastolatka nie słyszała o niczym innym, jak tylko o bohaterskim tacie policjancie, którego Maja bardzo kochała.

– A słyszałaś, że odnaleźli Gracjana? – zapytała Luiza, chociaż wiedziała, że jej współlokatorka nie lubi o nim mówić.

– Nie interesuje mnie to! Przez to, jak mnie potraktował, powinno stać mu się coś złego! – Maja była wściekła, kiedy o nim słyszała.

– Nie możesz tak mówić! Nawet jeśli bardzo kogoś nienawidzisz, nie powinnaś życzyć nikomu śmierci. Takie jest moje zdanie.

– Powiedz to mojej rodzinie, która uważa mnie za oszustkę po tym, jak…

– Maju, dość! Słyszałam tę historię wiele razy. Mam już dość rozmawiania o tym, co działo się w twoim życiu kilka lat wcześniej – oburzyła się Luiza, odwróciła głowę w drugą stronę i przytuliła poduszkę z napisem „Love”, którą tak bardzo lubiła. – Mówimy teraz o Gracjanie. Nie zmieniaj tematu na rodzinę.

– Całowałam się z nim, rozumiesz to?! A potem nagle oznajmił mi, że to był tylko zakład, który wymyślili jego koledzy. Wiesz, ile wstydu się przez niego najadłam? Teraz, kiedy mnie widzą, wołają na mnie: „Cnotka”. Nawet nie wiem, co to słowo oznacza.

– Rzeczywiście, jest totalnym frajerem! Ale nie przejmuj się, on już taki jest. – Luiza próbowała pocieszyć współlokatorkę. – Poza tym na razie nie będę ci tłumaczyła, czym, a właściwie kim jest cnotka, bo mimo iż jesteś bardzo mądra jak na swój wiek i znasz znaczenia większej liczby słów ode mnie, to sądzę, że Liliana nie byłaby zadowolona, gdybym ci wszystko wyjaśniała. Lili twierdzi, że młodość polega na tym, aby nie wiedzieć za wiele, i ma rację. To na ciebie źle wpływa, bo później tworzysz czarne scenariusze.

W Gracjanie podkochiwały się prawie wszystkie dziewczyny. Był bardzo podobny do Justina Biebera, dlatego wzbudzał u nastolatek tak dużą sympatię. Miał długą jasną grzywkę podniesioną na żel i piękne niebieskie oczy, ale nie były one tak ładne jak oczy Mai. Zazwyczaj ubierał rurki, przez co stawał się pośmiewiskiem osiedlowych dresiarzy, ale jemu to nie przeszkadzało, ponieważ cieszył się powodzeniem u płci przeciwnej.

Dziewczynka pamiętała pocałunek z Gracjanem do dziś. Siedziała wtedy na ławce w parku, gdy chłopak podszedł do niej. Był miły, co bardzo ją zaskoczyło. Najpierw spojrzał jej prosto w oczy, a potem odgarnął kosmyk włosów za ucho. Przysunął się bliżej, jakby chciał sprawdzić jej reakcję, ale gdy dziewczyna nie drgnęła, pocałował ją namiętnie. Jeszcze wtedy nie zdawała sobie sprawy, że był to okrutny żart jego kolegów, ale gdy tylko ich zauważyła wyskakujących zza drzewa i śmiejących się do rozpuku, speszyła się i pobiegła z płaczem do ośrodka.

Wychowawcy nie wiedzieli, że siedemnastolatek zaczął już inicjację seksualną i nie podejrzewali, że „zabawa”, którą tak się chwalił kolegom, sprawia mu tyle przyjemności. Postanowił, że nigdy nie będzie w stałym związku, gdyż seks z nowymi dziewczynami stał się dla niego ciekawym doświadczeniem. Uważał, że bycie z jedną kobietą na stałe jest nudne, dlatego nie może pozwolić, żeby związek zniszczył mu życie.

Ojciec Gracjana był alkoholikiem, a mama zostawiła go, kiedy miał trzy latka. Mimo to bardzo kochał tatę. Często uciekał z domu dziecka bądź z rodziny zastępczej, aby spotkać się z ojcem. Nie potrafił mu jednak pomóc. Nie rozumiał też, dlaczego nie pozwolono mu z nim zamieszkać.

– Maju, zapraszam cię do gabinetu pani dyrektor! – Nagle w drzwiach stanęła wychowawczyni Mai, Liliana.

– Dlaczego? Przecież ja nie piję, nie palę, nie ćpam! No dobra, całowałam się z Gracjanem, ale to był tylko jeden jedyny raz i więcej się nie powtórzy! – przysięgała jej dziewczynka. – Obiecuję!

– Całowałaś się z…? Nie o to chodzi! – Wychowawczyni była zaskoczona słowami swojej podopiecznej.

– Więc o co? – przeraziła się Majka.

– Ktoś chciałby z tobą porozmawiać, ale na razie nie mogę ci nic więcej powiedzieć.

– Ktoś, to znaczy kto? – Dziewczynka zadawała bardzo dużo pytań. Była przestraszona. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać.

– Przecież ci mówię, że na razie nie mogę ci nic powiedzieć. To ma być niespodzianka. Tak ustaliłyśmy z panią dyrektor.

Maja zamknęła oczy. Ujrzała przed sobą dziadka Bronisława, który uśmiechnął się do niej, a potem przytulił tak mocno, że poczuła ciepło jego ciała.

„Cześć, Majeczko – rzekł – jak ja się cieszę, że cię widzę… Przepraszam, że nie przyjechałem wcześniej, ale byłem chory. Teraz jest już dobrze i zabiorę cię do siebie…”.

– Maju! Ile mam na ciebie czekać?! – zdenerwowała się Liliana i szarpnęła dwunastolatkę za rękaw.

Mała Maja całymi dniami płakała, a na swoją mamę nie mogła liczyć. Jedynym jej oparciem był dziadek Bronek, którego widywała jednak bardzo rzadko. Wtedy jeszcze nie rozumiała dlaczego, lecz teraz domyślała się, że była to wina tylko i wyłącznie jej mamy. Dlaczego jednak kobieta zabraniała Mai spotykać się z dziadkiem, skoro nie interesowała się córką i nie kochała jej? Czy to była jakaś forma zemsty na mężu bądź teściu? Dziewczynka wiedziała, że nie dowie się już prawdy…

Kiedy szła korytarzem, wyobrażała sobie, że gdy zobaczy dziadka, od razu rzuci mu się na szyję. Chciała opowiedzieć mu o tym, co działo się przez cztery lata, kiedy mieszkała w domu dziecka i zanim tu trafiła. Dziadek Bronisław był kopią Pana Pocieszyciela. To jego wyobrażała sobie podczas rozmowy z przyjacielem.

Dziewczynka weszła do gabinetu pani dyrektor, która stała odwrócona tyłem do drzwi, oparta o zakurzone okno. Maja usiadła na krześle przodem do jej pleców i spoglądała niecierpliwie na kobietę.

Dyrektor miała trwałą na głowie, okulary, które przez cały czas opadały jej na nos, i przeszywający wzrok, którego dzieci zawsze się bały, chociaż w rzeczywistości była bardzo miła. Podopieczni mówili na nią „Czarownica”, ponieważ z wyglądu ją przypominała.

Jednak gdy w drzwiach Maja ujrzała także ciocię Marysię, wszystkie najgorsze wspomnienia wróciły w jednej minucie. Ciemna piwnica, kabel od żelazka, wzrok ciotki i słowa: „Masz mnie słuchać! To ja tu żądzę i nie pozwolę, żeby taki bachor jak ty wchodził mi na głowę!”. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, a potem znów je otwierała, rozumiała, że to nie sen… Ona naprawdę tam stała.

Maria nosiła włosy co najmniej do ramion, kasztanowe, z niewielkimi odrostami typu ombre. Miała bardzo cienkie brwi, malowane chyba tą samą farbą co włosy, oraz naturalnie duże usta, które podkreślała swoją ulubioną różową szminką. Na twarzy nie było widać ani jednej niedoskonałości, a jej czoło w ogóle się nie marszczyło, mimo iż miała niecałe pięćdziesiąt trzy lata. Na sobie miała elegancki, czarny żakiet i buty z szerokimi koturnami. Chyba zrobiły się dla niej za małe, bo przez cały czas poprawiała paski, a na piętach miała przyklejone plastry.

Maja wciąż miała przed oczami obrazy z tamtych lat, kiedy to ciotka znęcała się nad nią psychicznie i fizycznie. Przypomniała sobie tę małą siedmioletnią dziewczynkę, która siedziała na brudnej podłodze, trzęsła się z zimna i wołała o pomoc, ale nikt jej nie słyszał. Nie mogła uwierzyć, że osoba, która kiedyś traktowała ją jak ofiarę, teraz nagle przypomniała sobie o niej i odwiedziła ją w domu dziecka.