Opis

Autorka książki od najmłodszych lat żyje,można powiedzieć, na granicy światów. Jej świat fizyczny od zawsze przeplatały przeróżne fantomy, niemożliwe do wytłumaczenia w prosty, logiczny sposób. Obejmowały one zjawiska dźwiękowe, wizualne, a także nierzadko prorocze sny. Jej dwa światy to zarówno zapis fragmentów wspomnień autorki, jak i jej przemyśleń związanych z przeznaczeniem, proroczymi snami i zaskakującymi ją często niewytłumaczalnymi zjawiskami paranormalnymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 182

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Nina Brzezińska

Jej dwa światy

Spotkania z Nieznanym...

RedaktorNina Brzezińska

IlustratorJanina Ewa Lampert-Smak

Projektant okładkiJanina Ewa Lampert-Smak

© Nina Brzezińska, 2017

© Janina Ewa Lampert-Smak, ilustracje, 2017

© Janina Ewa Lampert-Smak, projekt okładki, 2017

Autorka książki od najmłodszych lat żyje — można powiedzieć — na granicy światów. Jej świat fizyczny od zawsze przeplatały przeróżne fantomy, niemożliwe do wytłumaczenia w prosty, logiczny sposób. Obejmowały one zjawiska dźwiękowe, wizualne, a także nierzadko prorocze sny. Jej dwa światy — to zarówno zapis fragmentów wspomnień autorki, jak i jej przemyśleń związanych z przeznaczeniem, proroczymi snami i zaskakującymi ją często niewytłumaczalnymi zjawiskami paranormalnymi.

ISBN 978-83-8104-956-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1. Słowo wstępne

Autorka książki od najmłodszych lat żyje — można powiedzieć — na granicy światów. Jej świat fizyczny od zawsze przeplatały przeróżne fantomy, niemożliwe do wytłumaczenia w prosty, logiczny sposób. Obejmowały one zjawiska dźwiękowe, wizualne, a także symboliczne sny, nierzadko prorocze.

Z czasem dziewczyna zaczęła interesować się parapsychologią, a przede wszystkim: spirytyzmem, telepatią i radiestezją. Po latach zdecydowała się wydać książkę, opisując w niej krok po kroku zjawiska, jakich doświadczyła.

Jej dwa światy — to nie tylko opis niezwykłych zjawisk, jakie zdarzyły się w życiu autorki, to po części również jej biografia, codzienne zmagania z problemami rodzinnymi i zawodowymi, rozterki zwyczajnej kobiety, żony i matki.

Autorka, wcielając się w postać głównej bohaterki — Ewy, opisuje własne doświadczenia z Nieznanym. Te dziwne, często niewytłumaczalnezjawiska, wplecione w tok wydarzeń życia codziennego, dały w pierwszej kolejności początek relacjom opisanym na łamach „Nieznanego Świata” i innych czasopism o tematyce ezoterycznej („Czwarty Wymiar", „Szaman"), w dalszej kolejności zaś — tej książce.

Jejdwaświaty — to zarówno zapis fragmentów wspomnień autorki, jak i jej przemyśleń związanych z przeznaczeniem, proroczymi snami czy zaskakującymi ją często niewytłumaczalnymi zjawiskami, potocznie określanymi jako paranormalne. Na co dzień, podobnie jak bohaterka książki, sama często korzysta z podpowiedzi swoich wielowymiarowych snów, z ukrytymi symbolami w tle. Zastanawia się też nad źródłem pochodzenia przekazów sennych wizji. Jest pewna, iż za nimi kryje się drugi świat, którego życie odbywa się w innym wymiarze, niewidzialnym dla przeciętnego śmiertelnika. Według jej przekonania osoby nadwrażliwe odczuwają go (nieraz słyszą), jednak nie zawsze zdają sobie z tego sprawę, a jeżeli nawet, to ukrywają to przed otoczeniem. Obawiając się ośmieszenia, rzadko kiedy zdobywają się na odwagę, by o tych dziwnych zjawiskach komuś opowiedzieć czy napisać. Tymczasem ona decyduje się oficjalnie pisać o swoich doświadczeniach w (poświęconym tej tematyce) miesięczniku Nieznany Świat.

Pierwszy list opublikowany w rubryce Sygnały z Astralu dotyczył seansów spirytystycznych, w jakich w przeszłości brała udział. Z wiadomych powodów zastrzegła swoje dane. Z czasem redakcja opublikowała jej kolejne materiały, zachęcając do ujawnienia pełnych danych osobowych w zamian za nagrodę. Nagrody w postaci interesujących książek były kuszące, jednak nie wszystkie teksty odważyła się podpisać pełnym nazwiskiem. Wykorzystując więc możliwość posłużenia się jednym bądź drugim nazwiskiem, inicjałami lub wybranym z czasem pseudonimem, przesyła teksty do wiadomej redakcji. Cieszy się widząc, że gdzieś tam w świecie znajdują się osoby podzielające jej zainteresowania.

Co jakiś czas ktoś z czytelników nawiązuje na łamach do treści opisanych przez nią zdarzeń. Jednocześnie ona sama śledzi w rubryce relacje innych osób, które tak jak i ona dzielą się swoimi przeżyciami i doświadczeniami z Nieznanym… Bywało też, że jej listy ośmieliły kogoś z czytelników do podzielenia się także swoimi przeżyciami. Ona jak dziecko cieszy się z każdej nagrody, publikacji i wzmianki o jej tekstach.

Tym sposobem wybrała już swoje ulubione pismo, które obowiązkowo zakupuje każdego miesiąca. Stopniowo oddala się od tematów przyziemnych, rezygnuje z popularnych szmatławców. Z biegiem lat coraz bardziej drażni ją otoczenie. Ta pospolite spotykane na każdym kroku chciwość, zachłanność i zawiść, które otumaniają wszystkich, bez względu na stan i wykształcenie, stają się dla niej samej — po prostu nie do zniesienia! Nie jest w stanie zrozumieć ani pogodzić się z powszechnie panującą agresją wśród społeczeństwa, zwłaszcza: dzieci, młodzieży, polityków.

Uzależnienie od narkotyków, dopalaczy i innych używek to styl życia, którego ona sama na szczęście nie miała okazji poznać. Nigdy nie interesowała się polityką ani aktualnymi trendami, dlatego uważa, że dzięki temu ominęło ją panujące wszechobecne zniewolenie, które dominuje w każdym środowisku. Ona sama zawsze ceniła sobie niezależność i bezinteresowność. Niestety taka postawa nie ułatwiała jej życia, a wręcz przeciwnie — powodowała z czasem narastające rozczarowanie wobec otaczających ją osób. Jej intencje, zawsze życzliwe wobec ludzi, często pozostawały bez odpowiedzi, niezrozumiane a nawet wręcz były źle odbierane. Nikt nie mógł zrozumieć jej wewnętrznych, duchowych potrzeb. Praca zawodowa dawała jej sporo satysfakcji, choć wykonywany zawód nie był jej wymarzonym. A jednak to chyba powołanie sprawiło, że dla pacjenta była w stanie poświęcić się w pełnym tego słowa znaczeniu. Wewnętrznie czuła cierpienie każdej z przychodzących po pomoc osób. Dlatego każdy przypadek traktowała indywidualnie. Często otrzymywała podziękowania za udzieloną pomoc, poradę, lek, który uleczył dolegliwości, i za wsparcie psychiczne. Najbardziej zobowiązującym czynnikiem w jej codziennej pracy było zaufanie, którego nie mogła zawieść.

Toteż czuła się paskudnie, gdy podjęła decyzję o odejściu z apteki otwartej. Niestety, pogarszający się stan jej zdrowia i coraz słabsza kondycja fizyczna i psychiczna wzięły górę nad skrupułami. Z dnia na dzień coraz bardziej nerwowa i rozdrażniona ze zmęczenia, z obawy przed popełnieniem pomyłki, postanowiła odejść z pracy. Skorzystała z nadarzającej się okazji. Choć propozycji miała kilka, zdecydowała się na powrót do apteki zamkniętej. Czy to była właściwa decyzja? Pewnie nie najlepsza z możliwych, jednak na razie męczące dolegliwości minęły natychmiast po zmianie pracy.

Nowe zatrudnienie nie dało jej spełnienia, o jakim marzyła. Nie przypuszczała, że w krótkim czasie ludzie aż tak mogą się zmienić, z przyjaznego nastawienia do całkowitej wrogości. Stare przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale ona jakoś to zbagatelizowała. Teraz żałuje. Jednak inne przysłowie podpowiada:nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Może uda jej się zrealizować marzenia; wykorzysta więc dany jej czas na przygotowania.

Jej pierwszy list zatytułowany: To nie są żartyopublikowany został w rubryce Sygnały z Astralu (późniejsze — Dotknięcie Nieznanego) (Nieznany Świat — numer archiwalny)

2. Druga szansa

Ewa zawsze była chorowitym dzieckiem. Diagnozy jej chorób często były trudne do rozpoznania, dlatego prawie za każdym razem wędrowała od jednego specjalisty do drugiego, nierzadko korzystając z prywatnych gabinetów. Przysparzało to wielu zmartwień zarówno jej rodzicom, jak i jej samej. W późniejszym okresie życia wcale nie było lepiej. Po kolejnym pobycie w klinice i komplikacjach po laparoskopii, dolegliwości wciąż powracały; raz było lepiej, raz gorzej ale nigdy już nie było dobrze. Z czasem przywykła do swych chorób, jednym słowem zżyła się z nimi, bo cóż innego mogła w tej sytuacji począć? Regularnie stawiała się na kolejne wyznaczone wizyty, przeprowadzała szczegółowe badania, starała się mieć wszystko pod kontrolą.

W takim najbardziej zakręconym okresie jej życia, gdy wyniki badań były coraz to gorsze i czekała już w kolejce na operację, mąż poinformował ją o organizowanej przez zakład pracy wycieczce do Włoch. Zawsze chciała pojechać do Rzymu, zobaczyć papieża, zwiedzić Wenecję i inne ciekawe miasta, które znała tylko ze zdjęć. Ale co z torbielami i jej obolałą nogą? Coraz bardziej utykała, gdyż obrzęk pod prawym kolanem utrudniał poruszanie się. Każdy krok nasilał ból. Ponadto powiększone węzły chłonne pachowe i bolesność przy dotyku również sygnalizowały stan zapalny. Wszystko wskazywało na przedłużające się zapalenie węzłów chłonnych. Była już zmęczona tym niekończącym się stanem chorobowym. Pomyślała: Przecież nie mogędokońcażyciapozwolićwięzićsięchorobie (!).

Życie ludzkie podobne jest do sterty kamieni. Co jakiś czas ulega zachwianiu, a niekiedy nawet runie tylko po to, by rozpocząć wszystko od nowa. Za każdym razem daje nam szansę na stworzenie lepszego dzieła niż poprzednie.

Wycieczka objazdowa wiązała się z dużym wysiłkiem fizycznym. Podczas wielogodzinnej jazdy autobusem, połączonej ze zwiedzaniem różnych ciekawych miejsc, trzeba było wykazać się niezłą kondycją.

A jednak zdecydowała, że pojedzie. Ostatecznie, jak stwierdziła, szpitale są wszędzie.

To była szalona decyzja, ale nigdy tego nie pożałowała. Pozabierała wyniki usg, wypisy szpitalne i ruszyła wraz z mężem w tę ryzykowną — bądź co bądź — podróż.

Cud w Rzymie

W trakcie przemieszczania się z miasta do miasta odczuwała ból, zwłaszcza podczas pieszego zwiedzania, ale jakoś dawała radę. Trasa wycieczki przebiegała od Padwy, poprzez San Marino, Asyż, Rzym, Monte Cassino aż do Wenecji; stamtąd powrót do kraju. Już w Rzymie stało się coś dziwnego: nazajutrz po audiencji u papieża poczuła, że ból okolic węzłów chłonnych był mniej dokuczliwy, a już po powrocie do kraju zniknął całkowicie! Prawdę mówiąc, była zszokowana tym nowym stanem, nie bardzo rozumiała, co tak właściwie się wydarzyło. Błogosławieństwo papieża Jana Pawła II czy też modlitwy i pobyt w świętych miejscach przyczyniły się do odzyskania dobrej formy? Chyba raczej to pierwsze. Nigdy nie zapomni przenikliwego spojrzenia papieża w momencie, gdy poderwała aparat w górę z zamiarem wykonania zdjęcia. Papamobile na placu św. Piotra, przemieszczał się na tyle szybko, że należało działać błyskawicznie i zdecydowanie. Ojciec Święty najwyraźniej zauważył jej energiczny ruch, gdyż w tym momencie gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. Chwilowo sprawiał wrażenie przerażonego, zapewne obawiał się jakiegoś ataku, jednak po chwili jego wnikliwe spojrzenie zagłębiło się w jej oczach, jakby rozczytywał w myślach jej intencje. Patrzyli na siebie przez jakąś chwilę i w tym momencie opuściła aparat w dół, odczuwając ogromną niemoc wykonania zaplanowanego zdjęcia. Poczuła się nieswojo, pomyślała sobie, że jakoś głupio tak fotografować papieża, jakby jakiś rzadki okaz… Wewnętrznie czuła, że nie powinna, ponieważ nie wypada. Z drugiej jednak strony, to pierwszy i być może jedyny jej wyjazd do Rzymu; niewykluczone, że już nigdy nie znajdzie się tak blisko Ojca Świętego. Poderwała się jeszcze raz i wykonała fotkę. Ostatecznie, jak stwierdziła, papież jest osobą publiczną, pstrykanie zdjęć zapewne nie jest dla niego zaskoczeniem. W końcu każdy przyjeżdża tu po to, by spotkać się z Ojcem Świętym i przywieźć ze sobą pamiątkę, między innymi w postaci zdjęcia. Być może ten kontakt wzrokowy wpłynął na poprawę jej zdrowia, ale w sumie to nieistotne! Najważniejsze, że problem zdrowotny na jakiś czas zniknął.

Spotkanie z papieżem niespodziewanie cofnęło zmiany chorobowe (Watykan 1997 r.).

Kiedy sięga pamięcią wstecz, przypomina sobie, jak wtedy żarliwie modliła się w każdym świętym miejscu, przed każdym cudownym obrazem, prosząc o zdrowie i potomstwo. Tak bardzo pragnęła dziecka! Mimo iż nigdy nie zaszła w ciążę, to jednak ich przysposobiony syn, dziwnym zbiegiem okoliczności urodził się równo 9 miesięcy później. Czy aby na pewno można mówić tu o przypadku? Pobyt we Włoszech trwał od 12 do 16 maja, zaś dziecko urodziło się w połowie lutego następnego roku.

Kilka lat później…

Któregoś dnia otrzymała skierowanie na tomografię komputerową w celu szczegółowej oceny jej stanu zdrowia. Poszła chętnie, gdyż była świadoma, że obraz TK jest o wiele bardziej wiarygodny niż ultrasonograf. Poza tym od dłuższego czasu skarżyła się na pobolewanie w prawym boku. Sądziła, że to dolegliwości ze strony woreczka żółciowego, ale do tej pory nie miała dość czasu, by wybrać się na ultrasonografię. Teraz nadarzyła się okazja, by to sprawdzić. Gdy przyszła odebrać wynik, ku jej zdziwieniu nie otrzymała od razu swego zdjęcia. Lekarz radiolog dokładnie wypytał ją o dolegliwości, po czym oznajmił, że jest zmuszony skonsultować wynik z innymi specjalistami, gdyż sprawa jest na tyle poważna, że sam nie może decydować.

W kilka dni później (z odebranym już zdjęciem) udała się do lekarza kierującego ją na badanie. Jakież było jej zdziwienie, gdy dowiedziała się o przeprowadzonej już wcześniej rozmowie telefonicznej pomiędzy tymi dwoma specjalistami, czyli: kierującym ją na badanie i radiodiagnostą. Wszystko wskazywało na rozległy nowotwór. Ta informacja podziałała jak grom z jasnego nieba! Specjalista zalecił jej konsultację u innych lekarzy. Niestety wszyscy wzruszali ramionami. Nie bardzo wiedzieli, co w tej sytuacji począć, jaką podjąć decyzję.

Kolejny cud

Najbliższe święta Bożego Narodzenia i sylwester przebiegły w nieco innej atmosferze. Co prawda markery wyszły negatywnie, ale mimo to trzeba było wykonać również gastro- i kolonoskopię; lekarz internista zasugerował powtórzenie badań w Centrum Onkologii w Gliwicach.

Kobieta miała niespełna czterdzieści lat i była matką sześcioletniego dziecka. Przed oczami przemknęło jej całe dotychczasowe życie, niedokończone projekty, marzenia… Miała tyle planów na przyszłość i mnóstwo zainteresowań, ale wciąż brakowało jej czasu na zrealizowanie ich. Poza tym dręczyły ją kompleksy, że może coś się nie udać, że się ośmieszy. Matka nigdy nie wspierała jej w zamierzeniach, nie dowartościowała, zawsze stawiała wysoko poprzeczkę, wiecznie z wszystkiego niezadowolona krytykowała córkę praktycznie za wszystko. Była z gatunku osób, które uważały, że same wszystko robią najlepiej i że cały świat powinien postępować tak jak one, ponieważ postępują właściwie. Dlatego też Ewa nie bardzo mogła zdecydować się na krok w inność. Obawiając się przegranej, nie podejmowała większego wysiłku w realizowaniu marzeń. Raczej z wszystkiego rezygnowała.

Tymczasem zastanawiała się, jaką powinna podjąć decyzję w razie, gdy diagnoza potwierdzi się; to znaczy wyrazić zgodę na tradycyjną chemię czy wybrać leczenie niekonwencjonalne? Wiele czytała o ubocznych skutkach leczenia cytostatykami i o nikłym procencie ich efektu leczenia. W jej głowie kłębiło się mnóstwo myśli i pytań: co będzie z mężem, co z dzieckiem, jak sobie bez niej poradzą? W międzyczasie udała się na kolejne badania. Wykręciła telefon do Centrum Onkologii, żeby ustalić termin wizyty. Miły męski głos oznajmił jej, że godziny urzędowania lekarzy w poradni rozpoczynają się od godz. 15.00. Zdziwiła się, że poradnia specjalistyczna pracuje w godzinach popołudniowych, ale akurat jej było to na rękę. Rano musiała być w pracy. Gdy przyjechała do kliniki, w rejestracji nie było już nikogo, nie miała nawet kogo zapytać, dokąd powinna się udać. Przypadkiem przechodziła jakaś kobieta w białym kitlu. Odważyła się podejść, by zasięgnąć informacji. Kobieta zapytała:

— Ale dlaczego państwo — Ewa była z mężem — tak późno przyjechali? Poradnia jest czynna do godziny 15.00 — oznajmiła.

Ewa usprawiedliwiła się, tłumacząc, że dzień wcześniej ktoś udzielił jej telefonicznie informacji o popołudniowych godzinach urzędowania i że był to mężczyzna. Pielęgniarka bardzo się zdziwiła, ponieważ jak stwierdziła, pod telefonem nie pracował żaden mężczyzna. Mimo to zaprosiła pacjentkę do pokoju wywiadów i sporządziła ksero wszystkich wyników; w dalszej kolejności ustaliła termin najbliższej tomografii. Oczekując na skierowanie, pacjentka usiadła wraz z mężem na krzesłach pustej poczekalni. Oczami wyobraźni widziała przemieszczające się korytarzami tłumy, krzesła obsadzone pacjentami czekającymi z niecierpliwością na wyrok. Rozmyślała: Ciekawe, ilu znich przeżyło, a może nikomu się nie udało? Ile dusz przechadza się tędy,zawieszone w czasie i przestrzeni oczekują dalszych instrukcji? Czy to miejsce jest nawiedzone?

Kiedy pielęgniarka podeszła i wręczyła jej skierowanie na ponowną tomografię (tym razem miała się ona odbyć w Centrum Onkologii), Ewa pod wpływem impulsu wypaliła, że wyznaczona godzina nie bardzo jej odpowiada, ponieważ musi być wtedy w pracy i… zamilkła. Kobieta spojrzała na nią z politowaniem, jakby chciała powiedzieć: Kobieto, tychyba niezdajeszsobiesprawyzpowagisytuacji.

Sądnego dnia szefowa stanęła na wysokości zadania i zamieniła się z nią godzinami pracy. Na pomoc koleżanki zmienniczki nie mogła w tej sytuacji liczyć. Na pytanie, czy może się z nią w tym dniu zamienić, usłyszała, że jej mąż ma ustalony harmonogram, według którego odbiera ją (czyli swoją żonę) z pracy, i w przypadku zmian bardzo marudzi. Dlatego nie mogła (nie chciała) zamieniać się z koleżanką.

W wyznaczonym terminie Ewa pojechała do Gliwic. Na skierowaniu treść rozpoznania choroby brzmiała: Nowotwór trzustki niewiadomego pochodzenia. Udając się na tomograf, miała mieszane uczucia. Zastanawiała się, czy istnieje szansa uzyskania innego wyniku niż poprzednio? Raczej było to mało prawdopodobne… Choć diagnoza radiestezyjna nie potwierdzała tego, pacjentka obawiała się, że to niestety za sprawą autosugestii i że tomograf będzie w tym przypadku bardziej obiektywny. W kilka dni później pojechała na kolejną wizytę lekarską, żeby zapoznać się z wynikiem TK, jednym słowem — usłyszeć wyrok. Z rana zgłosiła się do laboratorium na pobranie krwi, by wykonać markery, potem o 13.00 z duszą na ramieniu usiadła pod gabinetem lekarza. Na korytarzu gęsty tłum. Pacjenci w różnym wieku, w większości kobiety. W sali TV mieszczącej się tuż obok poczekalni dzieci pacjentek oglądały bajki, wśród nich jej sześcioletni synek. Po raz kolejny nie miała gdzie i komu pozostawić go pod opieką. Boże, a co będzie, jeśli…? Starała się nie dopuszczać myśli o najgorszym. W czasie oczekiwania na swoją kolej pacjentki często rozmawiają o swoich problemach, dzielą się swoimi doświadczeniami. Nie wszystkie jednak skore są do zwierzeń, część z oczekujących siedzi wyciszona, zamyślona, jakby nieobecna. Cóż, każdy przeżywa swój problem inaczej. Większość jest tu po raz kolejny; są dobrze zorientowani, informują i służą pomocą nowicjuszom. To nawet dobrze, bo lekarze nie zawsze o wszystkim pamiętają i nie każdemu z osobna zdążą powiedzieć. Personel uprzejmy, chętny do pomocy; widać w ich oczach kryje się współczucie. Wynik TK na szczęście wypadł dobrze, czyli nie potwierdził poprzedniej diagnozy. W zasadzie chyba można mówić o cudzie! Wprawdzie Ewa poczuła ulgę, ale nie do końca była przekonana o swojej wygranej. Wizytę kontrolną wyznaczono jej za pół roku. Od tej chwili bez względu na dalsze wyniki postanowiła zacząć porządkować swoje od dawna zaplanowane sprawy.

Od paru lat przeprowadzała ekspertyzy radiestezyjne, skrupulatnie zapisywała ich wyniki, ale wszystko było w rozsypce, chaotycznie spisane notatki, jakieś pomiary, szkice, diagnozy, dla niej bardzo cenne, dla niewtajemniczonych — zwykły brudnopis. Jeśli sama tego wszystkiego nie uporządkuje, nikt po jej śmierci nie poradzi sobie z tym. Jej notes trafi do kosza, tak jak bruliony innych radiestetów, pisarzy, twórców, którzy nie mieli w sobie dość odwagi, by opublikować swoje prace albo po prostu nie zdążyli tego zrobić.

W pół roku później powtórna tomografia i markery również były prawidłowe. Co za ulga! Lekarz (inny niż poprzednio) stwierdził :

— Wszystko w porządku, no ale jaki makabryczny był ten pierwszy wynik!

— A co ja mam powiedzieć? — odrzekła pacjentka.

— Gdyby coś panią zaniepokoiło czy zaczęło boleć, to proszę natychmiast do nas przyjeżdżać! — powiedział lekarz na pożegnanie.

Póki co Ewa mogła spokojnie wracać do domu. W drodze powrotnej zastanawiała się, czy tego typu pomyłki (o ile można mówić o pomyłce) zdarzają się często? A może to był cud? Czy tego typu cuda zdarzają się innym? Czy należy do wybranych? Nie pierwszy raz uniknęła śmierci. Zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby wstępne rozpoznanie potwierdziło się, pożyłaby co najwyżej kilka miesięcy. Ale dlaczego Bóg poddaje ją takiej próbie? Być może chce ją odpowiednio przygotować przed odejściem; daje szansę na życie od nowa, na dokończenie tego, co rozpoczęła, na przemyślenia, na pogodzenie się z tymi, z którymi miała jeszcze coś do załatwienia. A może po prostu powinna cieszyć się każdym kolejnym przeżytym dniem, każdą radosną chwilą, zacząć doceniać codzienne małe cuda i podjąć walkę o realizację własnych marzeń, gdyż druga szansa może się już nie powtórzyć.

Od tamtych wydarzeń minęło naście lat. Ewa realizuje swoje plany i zamiary, z lepszym lub gorszym wynikiem, ale nie poddaje się. Stała się bardziej impulsywna, nerwowa, ale i zdecydowana. Nie jest już tamtą kobietą, która częściej rezygnowała niż podejmowała próby, dzięki fatalnej diagnozie (na szczęście nie potwierdzonej) nauczyła się żyć inaczej.

Po 26 latach przerwy ponownie zasiadła za kierownicą. Dziś nie wyobraża sobie życia bez samochodu.

Karta wizyt lekarskich pacjenta onkologicznego, którą otrzymała w dniu swojej pierwszej wizyty w Centrum Onkologii w Gliwicach.

Z uwagi na peryferyjne miejsce zamieszkania musi dojeżdżać do pracy, na zakupy, zawozi także syna do szkoły, załatwia przeróżne sprawy w swoim mieście i nie tylko. Jej decyzję o powrocie do kierowania samochodem poprzedziły sny. Co jakiś czas przyśniło jej się, że z lekkością prowadzi samochód i sprawiało jej to dużą satysfakcję. Na jawie niestety wszystko wyglądało inaczej; na samą myśl, że po tak długiej przerwie miałaby wsiąść w samochód, przekręcić kluczyk w stacyjce i ruszyć z miejsca, jechać ulicą, przemieszczając się pomiędzy innymi samochodami, dostawała drgawek. Jednak z czasem okazało się, że sny te okazały się prorocze. Samodzielna jazda to jedno, przygotowanie bloga radiestezyjnego, a w dalszej kolejności e-booka, to następny punkt zaplanowanego programu; zaopatrzyła się również w Sakrament Chorych. Pisząc artykuły czy bloga, miała jeden cel: pozostawić po sobie ślad istnienia. Inne kobiety dają światu swoje potomstwo, które stanowi ich dzieło. Ona nie mając wyboru, zdecydowała się na stworzenie czegoś, poprzez swoje zaangażowanie w pracę i pasję, którą stale rozwijała.

Minęło dziesięć lat, kiedy kobieta otrzymała kolejne skierowanie do szpitala. Dawniej była zmuszona we wszystkim fatygować męża, gdyż bez jego pomocy nijak nie mogłaby dotrzeć na czas w wyznaczone jej miejsce. Mąż chętnie przejmował rolę kierowcy, uwielbiał bowiem prowadzić samochód. Teraz sama sobie była kierowcą, stała się niezależna.

To miał być co prawda rutynowy zabieg, a jednak mimo to nerwowo układała odszukane wypisy szpitalne z lat: 1992, 1996, 1997, 1999,…

W razie niepomyślnego wyniku będzie skazana na operację, która w jej przypadku może zakończyć się dramatycznie. Nie mogła zebrać myśli. Jeśli to początek końca, to powinna przeprowadzić szybką analizę, co jeszcze zostało jej do ukończenia. Zdawała sobie sprawę, że mąż w trudnej sytuacji straci głowę. Zapomni o terminach opłat, nie zna również większości haseł potrzebnych do przeprowadzenia operacji bankowych. Zaprowadziła więc zeszyt, w którym regularnie wpisywała wszystkie daty i przelewy. Hasła też zamieściła w jednym miejscu. Ale przecież życie nie tylko składa się z opłat i ważnych terminów. To również wspólne spacery, wypady w góry, do kina, teatru, kawiarni, to podział domowych obowiązków, jak i również sprzeczki, wzajemne wypominanie wad; w chwili utraty bliskiej osoby te wszystkie ważne chwile mijają bezpowrotnie. Wówczas powracają wspomnienia, doceniamy to, co utraciliśmy. Zyskujemy czas, którego wcześniej wciąż było za mało, lecz w nowej roli nie będzie już możliwości go wykorzystać. Przeważnie brakuje nam sił na realizowanie czegokolwiek. Tak było z jej dziadkiem Krystianem. Babcia była jego motorem napędzającym go do działania. W chwili gdy odeszła, załamał się.

Strach ma wielkie oczy

Wynik na szczęście nie był aż taki zły; wszystko wskazywało na przejściowe zaburzenia hormonalne. Mimo to kobieta przez cały czas trzymała rękę na pulsie, pamiętała bowiem, że jej teściowa po uzyskaniu optymistycznych rokowań długo nie cieszyła się życiem.

W międzyczasie zewsząd atakowały ją problemy; a to związane ze złośliwym sąsiadem, a to kłopoty z synem, z mężem, sytuacja finansowa w pracy stała się bardzo nieciekawa, jednym słowem na wszystkich polach źle się działo. Stosowała zabezpieczenia mentalne, dodatkowo oczyszczając siebie i rodzinę, miała jednak wrażenie, że jej moc jest zbyt słaba, by pokonać wrogą jej siłę. Być może jej osłabienie wynikało z nie najlepszych relacji z bliskimi. Jej rodzice nie należeli do tolerancyjnych, wręcz przeciwnie — ojciec despotyczny, bardzo wymagający, matka skupiona na własnym ego nie zabiegała specjalnie o dobre relacje z córką. Oboje byli zawsze z wszystkiego niezadowoleni.

Dzieci z takich rodzin bez względu na wiek mają problemy z samoakceptacją. Nigdy nie czują się szczęśliwe i docenione. To utrudnia im dalsze funkcjonowanie w dorosłym życiu nie tylko prywatnym, ale również i zawodowym, w pracy. Zawsze czują się gorsze od innych, nie potrafią się zmobilizować, wykazać asertywnością, obronić i uniezależnić. Nawet gdy sami stają się rodzicami, powielają błędy swoich rodziców.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że energia osób, z którymi przebywamy, może mieć duży wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie.

Ewa również posiadała cechy dziecka toksycznych rodziców. Przez całe życie stawiano jej jakieś wymagania, na każdym kroku poddawano krytyce, prawie nigdy za swoje starania nie usłyszała słów pochwały. Topowodowało narastanie poczucia winy, że nie spełnia oczekiwań innych, złe samopoczucie i niekończące się problemy zdrowotne. Niestety, nikt nie zważał na jej odczucia, wszyscy domagali się tylko tego, by zadowalała ich potrzeby. Miała już serdecznie dosyć dogadzania innym. Często myślami uciekała poza granice rodzinnego terytorium. A gdyby tak prysnąć gdzieś daleko, zabarykadować się przed przytłaczającym ją światem, zgubić telefon i móc chociażby przez chwilę żyć własnym życiem? Marzenia ściętej głowy! A jednak niektórzy twierdzą, że marzenia się spełniają.