Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jego przyjemności - Lorraine Heath

Stephen Lyons, czarna owca rodu Westcliff e’ów, słynął z miłosnych podbojów, do czasu gdy niebywały skandal kazał mu porzucić salony i wyruszyć na pola bitewne. Teraz powraca w chwale bohatera, by w rodzinnym majątku odzyskać zdrowie… i wspomnienia. Nie pamięta bowiem nic z tego, co przeżył na wojnie.
I nie wie, kim może być piękna dziewczyna, która staje pewnego dnia w progu jego pałacu i twierdzi, że kiedyś się już spotkali…

Opinie o ebooku Jego przyjemności - Lorraine Heath

Fragment ebooka Jego przyjemności - Lorraine Heath

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Renata Kuk

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Pleasures of a Notorious Gentleman

Copyright © 2010 by Jan Nowasky

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved

For the Polish edition Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4671-0

Plik opracowany na podstawie Jego przyjemności, wydanie I, Warszawa 2013

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 22 620 40 13, 22 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

Patti, Lynn, Pattie, Kathee, Carol, Connie, Lindzie, Nancy A., Nancy D. i Merrilee

Za bezsenne nocne dziewczyńskie imprezy, nieustraszone wypady po północy, wędrówki po cichych ulicach Angleton, chodzenie bez chłopaka na szkolne potańcówki, cheerleaderki, długie popołudnia na plaży, piłkę nożną w deszczu, stanowy turniej koszykówki dla dziewcząt w najstarszej klasie, wielogodzinne pogaduchy przez telefon o każdej porze, szkolny futbol dziewcząt w makijażu, Bobby’ego Shermana i Monkees, wspólne przeżywanie pierwszych pocałunków, pierwszych zadurzeń i pierwszych miłości, gojenie złamanych serc, cud prawdziwej miłości i wszystkich marzeń o tym, co będzie… Za to, jakie byłyśmy.

Prolog

Kwiecień 1854

Stephen Lyons kochał kobiety. Wysokie, niskie, pulchne, szczupłe. Młode i nie takie już młode. Kochał je wszystkie.

Najbardziej kochał zawsze tę kobietę, która akurat dotrzymywała mu towarzystwa.

Tę, z którą właśnie spędził noc, nazywał żartobliwie Fancy, swoją Fantazyjką, ponieważ była piękną kobietą, a do tego niezłym ziółkiem. Książęca córka z nieprawego łoża zamierzała pójść w ślady matki i znaleźć protektora. Chociaż zdawała sobie sprawę, że Stephen nie nadaje się do tej roli, znała jednak jego reputację i wiedziała, że edukacja miłosna, jaką od niego otrzyma, zapewni jej dobry start w życiu. Liczne tajemne schadzki nie poszły na marne. Teraz jej zręczne dłonie i wprawne usta umilały mu noce aż do świtu.

– Tak bardzo będzie mi ciebie brakowało – powiedziała, rozrzucając kruczoczarne włosy po poduszce i przeciągając się lubieżnie na pogniecionej pościeli łóżka w urządzonym po spartańsku pokoju w tawernie, gdzie umówili się poprzedniego wieczoru.

– Ogrzejesz łóżko innego dżentelmena, zanim noc zapadnie – odparł w roztargnieniu, stojąc przy oknie i zapinając szkarłatną oficerską kurtkę.

Jej milczenie, choć powinno go zmartwić, było tylko potwierdzeniem prawdy – że są dla siebie rozkoszną ­wieczorną rozrywką, i niczym więcej. Nigdy nie obiecywał kobiecie tego, czego nie mógł dotrzymać, nigdy nie szedł z żadną do łóżka, nie dawszy jej jasno do zrozumienia, że zawładnie nim tylko w pościeli.

Był wdzięczny Fancy, że nie robi scen, że godzi się na to, iż zniknie z jej życia, o czym wiedziała od samego początku. Teraz nie mógł się doczekać nadchodzących zmian w swoim.

Rozpierała go radość na myśl o przyszłych eskapadach, w których będzie uczestniczył po opuszczeniu tego pokoju. Z okien drugiego piętra widział tłumy na ulicy, słyszał podniesione głosy, śpiewające Dziewczynę, za którą tęsknię, gdy orkiestra regimentu wygrywała melodię. Słońce niedawno wstało nad horyzontem i w mieście zapanowała atmosfera podniecenia. Żołnierze maszerowali w bezładnym szyku, na co oficerowie przymykali oko. Kto miałby wojakom za złe niecierpliwość, z jaką witali przygodę, zmierzając na stację kolejową, pierwszy etap wyprawy na Krym? Czekały ich niezwykłe dokonania. Honor. I Rosjanki. Stephen nie mógł dłużej zwlekać. Musiał iść.

Podszedł do łóżka i złożył długi pocałunek na pysznych ustach dziewczyny; jej pulchne wargi nie miały sobie równych w dawaniu mężczyźnie cudownej rozkoszy. Odsunął się i uśmiechnął szelmowsko.

– Dzięki, kochana, za słodkie pożegnanie.

– Uważaj na siebie. Gdy wrócisz…

Dotknął jej warg, nie pozwalając dokończyć obietnicy, której żadne nie miało dotrzymać.

– Dochowasz wiary protektorowi. Z chwilą mojego wyjazdu nasza przygoda się kończy. Ale nigdy cię nie zapomnę, Fancy, ani słodkich chwil, jakie razem przeżywaliśmy.

– Nie wątpię, że mówisz to wszystkim kobietom.

Nie zaprzeczył oskarżeniu. Na tym polegał najwspanialszy dar, jaki zostawiał każdej ze swoich kochanek: przekonanie, że to ją będzie wspominać, kiedy diabeł przyjdzie po niego, by wziąć go do piekła za grzechy.

Uniosła dłoń i położyła mu na piersi.

– W moich marzeniach nadal będziesz robić ze mną grzeszne rzeczy.

Posłał jej swój najbardziej łobuzerski uśmiech.

– W moich także.

Znowu pocałował ją gorąco, a potem wybiegł z pokoju, zbiegł po schodach i wszedł w tłum ludzi, którzy świętowali, jakby Wielka Brytania właśnie ogłosiła zwycięstwo nad Rosją, a nie dopiero co wypowiedziała wojnę łapserdakom. Regiment szykował się do wymarszu już od jakiegoś czasu. Liczył stanowczo zbyt wielu świeżych rekrutów, młodych i pełnych zapału, przekonanych o rychłym sukcesie.

– Kapitanie! – dobiegł jego uszu okrzyk młodego czło­wieka.

– Mathers. – Stephen zrównał się z nim szybkim, pewnym krokiem. Gapie podjęli kolejną śpiewkę; w jakiś sposób udawało im się jednocześnie krzyczeć, klaskać i machać rękami, a wszystko to czynili z entuzjazmem, który budził wiarę w narodową sprawę i w pewność wygranej. Wzdłuż kolumny wojska biegli chłopcy, marząc o dniu, kiedy będą się mogli do niej przyłączyć. Mężczyźni poklepywali żołnierzy po ramionach, ściskali im dłonie. Kobiety posyłały pocałunki.

Ach, gdy wrócą w glorii chwały, drzwi wielu sypialni otworzą się przed bohaterami. Stephen nigdy nie miał z tym problemów, ale z pewnością opowieści o bohaterskich czynach dodadzą smaku każdemu flirtowi i otworzą szeroko ramiona najbardziej nieśmiałej panny.

– Bałem się, że pan nie zdąży, kapitanie! – zawołał Mathers, przekrzykując zgiełk.

– Co? I pozwolę, żebyś sam sprawił Rosjanom lanie? Nie bądź głupi, człowieku.

Grzmiący śmiech Mathersa zabrzmiał równie donośnie jak wystrzał z armaty. Był wielkim, krzepkim chłopem, który trudził się na roli, zanim zamienił pług na karabin. Stephen był wdzięczny losowi, że Mathers i jemu podobni będą u jego boku w nadchodzących miesiącach, kiedy staną twarzą w twarz z tym, co czeka na nich na Krymie.

– Stephen!

Znajomy kobiecy głos wzbudził w nim falę pożądania. Zostawiwszy Mathersa, przedarł się przez tłum do brązowowłosej, zielonookiej piękności, która machała do niego chusteczką. Wziąwszy ją w ramiona, nakrył jej słodkie usta swoimi, po czym wciągnął w cień między budynkami.

– Lady Gwendolyn, nie spodziewałem się zobaczyć cię tutaj.

Oddychała szybko, tak jak wiele razy w jego łóżku. Jej zaróżowione policzki wywołały żywe wspomnienia wspólnie spędzonych rozkosznych nocy.

– Chciałam ci to dać. Jest na niej zapach moich perfum.

Podniósł jedwabną chusteczkę, którą wcisnęła mu w dłoń, do nosa, wciągnął powietrze i zamknął oczy, jakby w zachwycie.

– Zawsze będę miał niebo przy sobie.

Roześmiała się cicho, uniosła na palcach i pocałowała go szybko. Nie było czasu. Oboje o tym wiedzieli.

– Bądź ostrożny, proszę – powiedziała błagalnym tonem.

– Skoro czeka na mnie ktoś taki jak ty, jak mógłbym zapomnieć o ostrożności? – Pocałowawszy Gwendolyn raz jeszcze, zostawił ją tonącą we łzach i sam zaczął torować sobie drogę przez tłum w stronę maszerujących oddziałów.

Mieli się wykazać dyscypliną i sprawiać groźne wrażenie; uśmiechali się jednak, jakby szli na bal. Nie tacy straszni w tej chwili, ale strasznymi niebawem się staną. Zwyciężą, i to szybko.

Inny kobiecy głos zawołał jego imię. Daleko z boku stała Katherine, słodka Kat, machając z entuzjazmem rękoma. Przemknął między żołnierzami, nie spuszczając z oczu Kat, która wbiegła w wypełniającą ulicę ciżbę gapiów, przedzierając się do niego, aż się w końcu spotkali. Otoczywszy ją ­ramionami, trzymał mocno w objęciach, chroniąc przed napierającymi ciałami, całując namiętnie i wiedząc doskonale, że jej ojciec, gdyby znalazł się w pobliżu, nie byłby zachwycony. Bawiła go jej buntownicza natura i żądza przygód. Nie wątpił, że gdyby to było możliwe, maszerowałaby razem z nimi.

– W medalionie jest kosmyk moich włosów – powiedziała.

Zacisnął palce na podarunku, medalionie w kształcie serca ze złotym łańcuszkiem.

– A więc każdej nocy będę cię miał blisko.

– Proszę, wróć szybko do domu.

– Skoro ty czekasz, nie wrócę ani minuty później, niż to konieczne.

Złożył na jej ustach pożegnalny pocałunek, po czym wstąpił w strumień żołnierzy. Porwali go niczym powódź. Nic nie mogło ich zatrzymać, mieli siać zniszczenie, zostawiając za sobą nędzę i rozpacz. Nikt jednak nie myślał o tym, co się stanie. Ich uwagę skupiały tylko nagrody, które ich czekały, kiedy będzie po wszystkim. Pochwały za dobrze wykonaną pracę. Za służbę dla kraju i królowej, którą kochał cały naród.

Rozgardiasz towarzyszył im do stacji kolejowej.

– Nie dajcie się! – ktoś krzyknął.

– Sprawcie im łomot! – wrzasnął ktoś inny.

Wyprawa budziła niewiarygodny entuzjazm. Od samego początku, odkąd Wiktoria wstąpiła na tron, jej żołnierze brali udział w drobnych potyczkach, toczonych tu i ówdzie. Tym razem było inaczej. Od chwili, kiedy wypowiedziano wojnę, dwudziestego siódmego marca, w narodzie, wydawało się, zapanowała jednomyślność, jak za wojen z Napoleonem. Nikt nie wątpił w zwycięstwo. Już świętowano. Należało tylko wysłać dzielnych chłopców za morze, żeby sprawili wrogowi tęgie lanie, a potem powrócili do domu, do ciepłych kominków i jeszcze cieplejszych kobiet.

– Stephen!

Odwrócił się gwałtownie na dźwięk rozkazującego męskiego głosu, który należał do jego młodszego przyrodniego brata, księcia Ainsleya. Jak to możliwe, że w wieku zaledwie dwudziestu dwóch lat Ainsley roztaczał wokół siebie taką aurę władzy i autorytetu, w o wiele większym stopniu niż Stephen? Może dlatego, że Stephen zawsze wolał zabawę od odpowiedzialności, podczas gdy Ainsley z determinacją przejął lejce, które wypuścił z rąk zmarły ojciec. Trzymał je silnie, z pewnością siebie, której brakowało większości mężczyzn dwa razy od niego starszych.

Stephen nie spodziewał się, że rodzina go odprowadzi, ale oto zjawili się wszyscy. Matka – obecna księżna Ainsley, jeszcze nie honorowa, jako że jej najmłodszy syn jak dotąd się nie ożenił. Ainsley. Starszy brat, hrabia Westcliffe, i jego żona, śliczna Claire. Poza matką była jedyną kobietą, którą Stephen kochał w życiu. Zrobiłby wszystko, żeby ją uczynić szczęśliwą. Minęło trochę czasu, zanim pogodził się z tym, że ten zaszczyt przypadł w udziale bratu – tak jak być powinno – a on doszedł w końcu do ładu z własnymi uczuciami. Była dla niego bardziej siostrą niż ukochaną. Ale miała w jego sercu miejsce na zawsze.

– Z pewnością wszyscy macie coś lepszego do roboty o tak nieludzkiej godzinie, niż tkwić w tym szalejącym tłumie – stwierdził Stephen kpiąco. Sprawił im już w swoim życiu dosyć kłopotów. Zależało mu na tym, żeby potraktowali jego wyjazd wyłącznie jako podniecającą przygodę. Nawet on nie chciał przyznać sam przed sobą, że przygoda może okazać się większym wyzwaniem, niż oczekiwano.

Matka objęła go ramionami, zanim wymówił ostatnie ­słowo.

– Przez ciebie całkiem osiwieję – zganiła go z miłością w głosie.

Przypisywała mu każdy siwy włos, który pojawił się na jej głowie. Ale w wieku czterdziestu pięciu lat wciąż przykuwała wzrok zgrabną figurą. Pierwszego męża, hrabiego West­cliffe, poślubiła, mając szesnaście lat. Dała mu dwóch synów, zanim umarł: Morgana, obecnego hrabiego, a potem Stephena. Bracia w niczym nie byli do siebie podobni. Ciemnowłosy Westcliffe wydawał się brać życie bardzo na serio, podczas gdy jasnowłosy Stephen kochał zabawę, nie dbając z pozoru o nic. Życie było po to, żeby się bawić i zdobywać nowe doświadczenia. Tego oczekiwała od niego rodzina, a jeśli nawet nie wierzył w nic innego, to wierzył w spełnianie oczekiwań.

Odchyliła się do tyłu, wpatrzona brązowymi oczami w niebieskie oczy syna.

– Nie ma powodu, żebyś jechał. Mam wpływy bardzo wysoko.

Nie wątpił w to. Jej drugi mąż, ósmy książę Ainsley, miał władzę i był bardzo ustosunkowanym człowiekiem. Dopilnowała, żeby blask jego władzy otoczył i ją. Któż mógłby ją za to winić? Pierwszy mąż zostawił ją niemal zrujnowaną. Zrobiła wszystko, żeby zabezpieczyć się w przyszłości przed sytuacją, nad którą nie mogłaby zapanować.

– Oskarżono mnie o brak charakteru – stwierdził przeciągle. Nie miał pretensji do rodziny ani do nikogo innego, że nie widzieli tego, co kryło się w jego głębi, pod zewnętrzną powłoką. To była zresztą bardzo atrakcyjna powłoka. Poza tym on nie brał niczego poważnie. – Jak można skuteczniej nabrać charahteru, niż spuszczając manto kilku Rosjanom?

– Ależ Westcliffe wybaczył ci ten drobny wybryk. – Zerknęła do tyłu na starszego syna. – Czyż nie?

Drobny wybryk, jak ujęła to matka, polegał na tym, że Stephena złapano w łóżku z żoną Westcliffe’a. Z Claire. Brat skinął lekko głową. Stephen nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Mam nadzieję, że święty Piotr udzieli mi wybaczenia z nieco większym entuzjazmem, w przeciwnym razie nigdy nie przejdę przez bramy niebios.

Westcliffe parsknął śmiechem. Śmiał się dużo częściej, odkąd pogodził się z Claire.

– Nie pójdziesz do nieba, tak jak i ja.

Claire skrzywiła się i żartobliwie uderzyła go po ramieniu. Przyjemnie było widzieć, jak dobrze teraz czuje się przy mężu. Kiedyś ją przerażał. Odsunęła się od Westcliffe’a i objęła Stephena.

– Oczywiście, że ci wybaczył. I dostaniesz się do nieba.

W to wątpił. Mógł wyruszyć z misją, żeby poddać próbie swój charakter, ale nie zamierzał w trakcie wyprawy zerwać z grzeszeniem. Uścisnął Claire mocno. Kiedy ją w końcu wypuścił z objęć, wyciągnął rękę do Westcliffe’a.

– Bez urazy.

Westcliffe chwycił rękę brata i przyciągnął go do siebie, obejmując drugim ramieniem i poklepując po plecach.

– Nie daj się zabić.

– Ani mi się śni.

Został tylko Ainsley. Braciszek, który nigdy nie przyjął roli najmłodszego. Bywało, że wydawał się starszy nawet od Westcliffe’a. Nie pod względem wyglądu, ale zachowania. Miał zbyt wielkie poczucie odpowiedzialności, nawet ze szkodą dla własnego dobra.

– Uważaj na siebie, Szczeniaku – pożegnał brata Ainsley.

– Do diabła. Nie cierpię, kiedy tak się do mnie zwracasz. – Stephen czuł się wtedy tak, jakby to on był najmłodszy, zgodnie zresztą, o czym dobrze wiedział, z intencjami Ainsleya. Zawsze robił Stephenowi uwagi, że powinien wreszcie doros­nąć. Po jakimś czasie to się stało nudne, zwłaszcza że Stephen nie miał zamiaru zmienić swojego stylu życia.

Ainsley kiwnął głową, dając znak, że właśnie dlatego użył tego przezwiska, uścisnął dłoń Stephena i klepnął go mocno po ramieniu.

– Wracaj najszybciej, jak się da.

– Nie ma się czym martwić. Wrócę, gdy zacznie się sezon na bażanty.

Rozległ się głośny, ostry gwizd lokomotywy.

– Muszę ruszać. – Uścisnął gwałtownie matkę po raz ostatni i pobiegł do pociągu, który miał go zabrać na spotkanie z przeznaczeniem.

1

Northamptonshire Listopad 1855

Mercy Dawson sądziła, że była przygotowana na wstyd, na jaki się naraziła.

Myliła się.

Wstyd okazał się tak wielki, że niemal pożałowała decyzji powrotu do Anglii. Często słyszała, że miłość jest ślepa i zdolna odebrać rozum nawet najmądrzejszym. Wydaje się, że nie była wyjątkiem. Miłość – tak głęboka i silna, że przyprawiała ją o łzy w najbardziej nieoczekiwanych momentach – przywiodła ją tutaj. Miłość i powóz ojca.

Zdumiało ją, że wbrew przekonaniu, iż obrała właściwą drogę, tak trudno jej unosić wysoko głowę i patrzyć w oczy księciu Ainsley. Czarnowłosy, o ostrych rysach twarzy, nie był podobny do przyrodniego brata, Stephena Lyonsa. Chociaż najmłodszy z trzech braci, przyjął na siebie ciężar odpowiedzialności za rodzinę i dźwigał go z niezwykłą łatwością. W pełni doceniał potęgę swojego tytułu i nikt nie mógł wątpić, że nie jest kimś, kogo można lekceważyć. W jego lśniących zielonych oczach widziała chłodne wyrachowanie. Przyglądał jej się jak okazowi przypiętemu do tablicy z owadami i po uważnym zbadaniu uznał ją za niewiele więcej niż drobnego robaka.

Wyraźnie wątpił w prawdziwość zaiste niewiarygodnej opowieści, którą jej ojciec właśnie przedstawił.

Pierwsza odwróciła wzrok, udając, że podziwia otoczenie. Znajdowali się we frontowym salonie Grantwood Manor, wiejskiej posiadłości Ainsleya. Pokój był niemal tak duży jak cały dom jej ojca. Wśród kolorów tkanin zdobiących salon dominowały biel, żółć i pomarańczowy, rozjaśniające salon, co dodałoby jej otuchy i skłoniło do uśmiechu, gdyby znalazła się tutaj w innych okolicznościach. Wyobrażała sobie, że w najmroźniejszy zimowy dzień można by się było w tych ścianach ogrzać. Siedziała teraz na kanapie najbliższej ogromnego kominka. Jednak żar płomieni nie był w stanie przegnać wewnętrznego chłodu, jaki przejął ją w trakcie podróży z ojcem. Chłodu, jaki pogłębił się jeszcze, kiedy Ains­ley wbił w nią wzrok.

– I co?! – ryknął ojciec, stojący za jej plecami, jakby nie mógł dłużej znosić widoku twarzy córki. Podskoczyła, ale Ainsley nie spuszczał z niej wzroku. Przypuszczała, że na polu bitwy okazałby się równie odważny jak brat. Stephen Lyons przybył na Krym w randze kapitana, ale za sprawą śmiałych wyczynów na polu walki zaskakująco szybko awansował do rangi majora. – Wasz chłopak zrobił mojej córce dziecko. Musicie postąpić, jak należy.

Matka Ainsleya głaskała w tej chwili policzek wspomnianego dziecka. Księżna podniosła oczy na syna.

– Bardzo mi przypomina Stephena w tym wieku.

– Wszystkie niemowlęta wyglądają tak samo.

– Nie dla matki.

Spojrzenie księżnej spoczęło na młodej matce i Mercy wytężyła siły, żeby pod nim nie spłonąć. Nie wyobrażała sobie, że można demonstrować taką pewność siebie, jak ci dwoje. To spotkanie drogo ją kosztowało. Wiedziała, że nie będzie przyjemne, ale zdawała sobie również sprawę, że tylko tutaj spełni się jej jedyna nadzieja na szczęście. Postanowiła więc walczyć, póki nie padnie ostatni bastion.

– Ani dla babki – dodała księżna.

Mercy początkowo zamierzała po prostu zostawić dziecko tutaj, u najbliższej dla małego rodziny, ale po pewnym czasie stwierdziła, że nie potrafi się z nim rozstać. To niezwykłe, jak mocno pokochała to dziecko w ciągu trzech miesięcy, jakie upłynęły od jego narodzin. Zrobiłaby wszystko, żeby je chronić, żeby z nim zostać. Sprzedać resztkę własnej duszy, jeśli zaszłaby taka konieczność.

– Jak go nazwałaś? – zapytała księżna.

– John.

– Mocne imię.

Skinęła głową. To byli dobrzy ludzie. Nie powinna mieszać w to ojca. Powinna od razu tu przyjechać, ale nie miała pojęcia, jak szukać tej rodziny, i nie mogła żyć na ulicy w trakcie poszukiwań. Po wszystkim, co widziała i wycierpiała podczas miesięcy służby pełnionej jako pielęgniarka na froncie, sądziła, że ojciec ucieszy się z jej powrotu, tak jak cieszyła się ona. Znała go jednak na tyle dobrze, żeby podejrzewać, iż nowe życie nie będzie dla niego czymś, co należy chronić i szanować bez względu na to, jak się pojawiło. Ojciec nie widział, jak umierały setki mężczyzn. Był jednym z warstwy drobnej szlachty ziemskiej i córka, zjawiająca się w progach ojcowskiego domu z dzieckiem na ręku, okryła hańbą i jego samego, i jego dom.

Ale nie żałowała tego, co zrobiła. Nie mogła. Nie chciała.

– Twój ojciec wspomniał, że spotkałaś Stephena, kiedy służył na Krymie – odezwała się księżna, ale w jej głosie brzmiało także pytanie. Wschód leżał daleko i nie był miejscem, w które mogłaby się wybrać dobrze urodzona panna.

– Tak, Wasza Wysokość. Służyłam jako pielęgniarka w Scutari. – Przekonała się, że niewielu ludzi orientowało się w geografii tego regionu, chociaż księżna mogła stanowić wyjątek. W kącie pokoju stał globus odwrócony ku patrzącym tą częścią świata, która wywołała tyle zamieszania i przyniosła tyle bólu. Mercy była ciekawa, czy księżna ­kładła tam dłoń, starając się być bliżej syna, zmniejszyć w ten sposób ogromną odległość, jaka ich dzieliła. – Trafiało tam wielu żołnierzy, którym należało udzielić pomocy.

– To godne podziwu. A zatem byłaś jedną z dam panny Nightingale?

Panna Nightingale. Dla pielęgniarek, lekarzy i pacjentów była po prostu panną N.

– Tak, proszę pani.

– Gazety odmalowują wojnę raczej w ponurych barwach. Nie pojmuję, jak można tam było wytrzymać w zimnie, chorobach, braku wszystkiego. Podobno więcej ludzi umiera tam z chorób niż od ran.

Mercy kiwnęła głową, zmuszając się do bladego uśmiechu.

– John to jedyne dobro, jakie przyniosła mi wojna.

Brązowe oczy księżnej złagodniały. Stephen nie odziedziczył oczu po matce. Jego oczy miały głęboką, ciemnoniebieską barwę. Pamiętała, z jaką patrzyły na nią troską, zanim wziął ją w ramiona. Z ogromną czułością. Po tym, co spotkało ją z rąk trojga złoczyńców, sądziła, że nie zniesie dotyku innego mężczyzny, ale on udowodnił, że jest inaczej. Jakże tęskniła teraz za jego silnymi ramionami. Nigdy jednak nie zazna ich siły, nigdy więcej nie poczuje twardych mięśni pod palcami. Zginął we wrześniu. Dzięki cudowi telegrafu nazwiska zabitych szybko pojawiały się w gazetach. Dziwiła się, że księżna nie nosi żałoby. Miała na sobie ciemnofioletową suknię.

– No więc?! – ryknął znowu ojciec. – Chcę wiedzieć, co zamierzacie zrobić dla mojej dziewczyny.

– Przypuszczam, że chodzi panu o jakiś rodzaj odszkodowania pieniężnego – odezwał się Ainsley.

– To byłoby dobre na początek. Ale ona jest skompromitowana. Żaden przyzwoity mężczyzna jej nie zechce. Pojechała tam, żeby zrobić coś dobrego, a on ją wykorzystał.

– Ojcze…

– Cicho siedź, dziewczyno. Wszystkiego bym się spodziewał, tylko nie tego, że wrócisz do domu z bękartem.

– Nie nazywaj tak Johna. – Walczyłaby na śmierć i życie, żeby chronić Johna. Dlaczego ojca zaślepiało to, że John był dzieckiem z nieprawego łoża, i nie widział, ile on dla niej znaczy? W świecie pozbawionym radości John był jedynym jasnym punktem. – Proszę, Wasza Wysokość, ja chcę tylko pozostać z Johnem. Mogę być jego pielęgniarką, niańką. Potrzebuję bardzo niewiele.

– To nie wystarczy – oznajmił jej ojciec. – Hańba, jaka spadła na mój dom… Domagam się sprawiedliwości. Ty, Wasza Wysokość, powinieneś zastąpić w tej mierze brata.

Usta Ainsleya zadrżały, zdało się jej, że parsknie śmiechem. To był pierwszy znak, że może nie jest tak śmiertelnie poważny, jak sądziła.

– Sugeruje pan, żebym poślubił pańską córkę?

– W istocie.

– Ojcze, nie!

– Ona musi wyjść za mąż – ciągnął, jakby jej nie słyszał. – Ja umywam ręce. Ona mnie już nie obchodzi.

Miała wrażenie, że śni jej się jakiś koszmar, i nie wiedziała, jak się z niego obudzić.

– Wasza Wysokość, nie dlatego przywiozłam tu Johna. Jesteście jego rodziną. Niczego nie oczekuję.

– Panno Dawson, czy przysięga pani, że dziecko, które pani powiła, jest synem mojego brata? – zapytał Ainsley. W jego głosie brzmiała teraz łagodność, której przedtem nie było, jakby zaczynał rozumieć, że niezależnie od kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znalazła, dziecko stawiała na pierwszym miejscu, a ojciec tylko pogarszał tę sytuację. Na szczęście na jej twarzy nie widać już było śladów ojcowskiej dłoni. Spoliczkował ją najpierw za głupotę, a potem jeszcze raz za popełniony grzech.

– Przysięgam, Wasza Wysokość, na wszystkie świętości, że John jest synem Stephena.

– Nie wątpię w to – stwierdziła księżna. Jej zdanie miało najwyraźniej ogromną wagę dla księcia.

Ainsley skinął powoli głową, po czym przemierzył pokój długimi krokami i otworzył drzwi.

– Znajdźcie majora Lyonsa i zawiadomcie go, że chcę z nim zamienić słowo.

Mercy zerwała się na nogi, zanim Ainsley zdążył zamknąć drzwi. Miała mgłę przed oczami. Serce biło jej tak silnie, że wszyscy z pewnością to słyszeli. Gardło jej się ścisnęło. Wydusiła z siebie z najwyższym trudem:

– On jest tutaj? To niemożliwe. On nie żyje.

Ainsley wydawał się zdumiony jej reakcją. Tak jak i ona sama. Nie miała skłonności do histerii, ale takiego obrotu wydarzeń się nie spodziewała. Ulga walczyła w niej ze strachem. To zmieniało wszystko. Wszystko. Nogi się pod nią ugięły, ale zmusiła się, żeby stać. Lepiej zmierzyć się z wyzwaniem na stojąco.

– Tak, początkowo doniesiono, że nie żyje – odparł Ains­ley, przyglądając się jej uważnie. Czy musiał tak nieustannie jej się przyglądać? Czego, do licha, szukał, co spodziewał się znaleźć? Dowód oszustwa? – Zważywszy, czego się później dowiedziałem o rzezi pod Sewastopolem, nie dziwię się, że doszło do pomyłek. Był ciężko ranny i nie spodziewano się, że przeżyje. Ale ci, którzy wątpią w siłę jego woli, nie znają mojego brata. Jest twardy jak kamień. Wrócił do domu zaledwie przed miesiącem. Nie doszedł jeszcze całkiem do siebie.

Radość z nowiny niemal pozbawiła ją zdrowego rozsądku. Gdy major Lyons przejdzie przez próg salonu, wszystko się zmieni. Wyśmieje ją, jeśli w ogóle ją pamięta. Na polach bitew i w szpitalach panował chaos. Jak nocni złodzieje, żołnierze, lekarze i pielęgniarki kradli chwile szczęścia, gdzie i kiedykolwiek mogli. Zbierali wspomnienia na wyczerpujące, ponure dni, wypełnione tylko cierpieniem.

Z majorem Lyonsem spędziła mało czasu, o wiele za mało. Jednak jej uczucia zdążyły rozkwitnąć w sposób, jakiego nie rozumiała, ale który przerażał ją swoją intensywnością.

Zerknęła szybko na Johna, bezpiecznego w ramionach księżnej. Jej syn. Jej radość. Gorąco pragnęła nigdy się z nim nie rozstawać. Powinna do niego podbiec, porwać i uciec z tego pokoju. Tylko że jego miejsce było tutaj. Nie mogła go stąd zabrać. Stanowił jej jedyną szansę na odkupienie, ale myśl, że mogłaby go stracić, była jak nóż, który wbijano jej w serce. Nie spodziewała się, że dziecko stanie się dla niej zbawieniem.

Dobry Boże, teraz wszystko się wyda. Wszystko. Kiedy major Lyons ją zobaczy…

A jeśli jego pierwsze słowa będą odnosić się do jej wstydu i cierpienia? Ale przecież przyrzekł, obiecał, że nigdy tego nikomu nie zdradzi. Kiedy ją trzymał…

Dźwięk otwieranych drzwi rozbrzmiał w pokoju jak odgłos wystrzału. Zbliżała się katastrofa, ale i tak nie mogła oderwać wzroku od jego postaci. Tyle że teraz stanowił cień człowieka, którego kiedyś podziwiała, w którym się rozpaczliwie zadurzyła.

Gdy go ujrzała, zaniemówiła, zszokowana. Wszedł do pokoju, kulejąc i podpierając się laską. Stawiał kroki ani tak długie, ani tak pewne, jak kiedyś. Nie miał na sobie szkarłatnego munduru, w którym tak świetnie wyglądał. Miał na sobie białą koszulę i fular. Czarną kamizelkę i surdut. Czarne spodnie. Jakby nosił żałobę.

Może istotnie tak było. Ilu towarzyszy broni padło w boju, walcząc u jego boku? Ilu trzymał na rękach, gdy umierali na polu bitwy?

Był tak wychudzony, że prawie nie przypominał owego krzepkiego młodzieńca, który wykazywał tyle godnej pozazdroszczenia pewności siebie po zwolnieniu go ze szpitala w miesiąc po jej przyjeździe z panną Nightingale. Wtedy jeszcze mówił o przegnaniu wroga, o doprowadzeniu go do zguby. Domagał się, by ci, którzy nadal przebywali w ­szpitalu, szybko wyzdrowieli i wrócili na pole bitwy, a wtedy wojna dobiegnie końca i wszyscy powrócą do domu. Jeszcze nie przegrali. Tyle razy słyszała, jak wlewa w serca żołnierzy słowa otuchy i zachęty, że sama poczuła się silniejsza, zdecydowana czekać, aż wszyscy ranni odzyskają zdrowie.

Ale teraz nie wyglądał już na człowieka, który wierzyłby we własne zapewnienia, wygłaszane kiedyś z takim przekonaniem.

Poszarpana, brzydka, czerwona blizna biegła od miejsca tuż poniżej skroni do brody, nie deformując jednak rysów męskiej, przystojnej twarzy. Ale jego oczy – piękne, niebieskie oczy – zmieniły się. Był w nich taki przeraźliwy smutek, kiedy na nią spojrzał, że niemal zaszlochała. Miał zranione nie tylko ciało, ale i duszę.

Jedyne, co się w nim nie zmieniło, to odcień włosów: złotobrązowy z jasnymi pasmami. Często się zastanawiała, jak by wyglądały w świetle słońca. Poznali się jednak w zimie, pod szarym, zasnutym chmurami niebem. Niewiele słonecznego światła rozjaśniało ponure otoczenie szpitala.

Chciała przebiec przez pokój, wziąć go w ramiona i wyznać wszystko, zanim sam zdemaskuje jej oszustwo. Powinna coś wymyślić, żeby zachować twarz, ale jej myśli krążyły tylko wokół niego. Co się zdarzyło podczas tych miesięcy, które minęły, odkąd go widziała ostatni raz? Czy zauważył, że wyjechała ze Scutari? Jeśli miał okazję odwiedzić szpital, czy pytał o nią? Był dla niej tak niesłychanie ważny, ale nigdy nie czynił jej żadnych wyznań miłosnych. Nikomu ich nie składał, jak słyszała, ale i tak nie przestała marzyć, że dostrzegł w niej coś szczególnego, coś, czego nie zobaczył w żadnej innej kobiecie.

– Stephen – odezwał się Ainsley ostrożnym, łagodnym tonem, którym mógłby przemawiać do dzikiego, nieobliczalnego zwierzęcia – z pewnością pamiętasz pannę Mercy Dawson. Była pielęgniarką w wojskowym szpitalu w Scutari i opiekowała się żołnierzami, którzy walczyli na Krymie.

Zastanowiło ją, dlaczego uznał za stosowne przypisać ją do odpowiedniej kategorii, przykleić etykietkę, jakby w życiu jego brata pojawiło się tyle panien o nazwisku Mercy Dawson, że mógłby mieć trudność z rozpoznaniem jednej z nich, konkretnej. Wiedziała, że miał reputację kobieciarza, wiedziała, że szukał przyjemności i miłosnych namiętnych doznań, ale z pewnością był na tyle dżentelmenem, żeby pamiętać kobiety, z którymi zaznawał cielesnych rozkoszy.

W pokoju zaległa pełna napięcia cisza, jakby wszyscy byli klawiszami w fortepianie powiązanymi drucikami i każdy czekał, w jaki klawisz nastąpi uderzenie.

Major Lyons przyglądał jej się przez krótką chwilę, ale nie dostrzegła w jego głębokich niebieskich oczach błysku świadczącego o tym, że ją rozpoznał. Żadnego. Była jedynie jedną z wielu pielęgniarek, na które zwrócił uwagę. Męka, jaką przeżywała teraz, to, że została odesłana w nicość, że nie zasługiwała na pamięć, mimo tego, co ich połączyło… to było niemal ponad jej siły. Nie wiedziała, jak zdoła to przeżyć, ale – dla dobra Johna – wiedziała, że przeżyje.

Jednak w jej sercu zrodziło się zwątpienie. Czy powinna walczyć o prawo Johna do pozostania w tym domu, przekonać ich, że major Lyons jest jego ojcem, czy też zabrać syna i zapomnieć o nich, znaleźć jakiś sposób, żeby utrzymać siebie i dziecko? Wiedziała, że ojciec nie wpuści jej z powrotem do własnego domu. Umył ręce. Przyjechał tu, bo sądził, że będzie miał z tego jakąś korzyść, jeśli już nie garść monet, to przynajmniej ustawionego wysoko zięcia. Zastanawiała się, o czym teraz myśli ojciec, ale nie śmiała na niego spojrzeć. Niewiele w tych dniach trzeba było, żeby zasłużyć na jego gniew.

– Oczywiście, że pamiętam.

Zdumiona, zamrugała. Odczuła jednocześnie ulgę i przerażenie. Sprzeczne pragnienia, sprzeczne myśli. Wszystko wydawało się prostsze, gdy sądziła, że on nie ­żyje. A teraz prawda miała wyjść na światło dzienne, a ona nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle.

Major Lyons skłonił się lekko.

– Panno Dawson.

– Majorze. Tak się cieszę, że pan żyje. – Choć jego nieoczekiwany powrót do życia mógł przyczynić jej dodatkowych kłopotów, słowa płynęły z głębi serca. O mało nie umarła z żalu, widząc jego nazwisko na liście poległych. Zawdzięczała mu więcej, niż mogła wyrazić, więcej, niż zdołałaby mu się zrewanżować.

– Nie bardziej ode mnie, zapewniam panią.

Szczególna barwa jego głosu przeszyła ją dreszczem tęsknoty. Jaki z ciebie głuptas, Mercy. Mówi w ten sposób do wszystkich kobiet. Nie jesteś kimś wyjątkowym, upomniała się w duchu. Kiedyś jednak myślała, miała nadzieję, śmiała marzyć, że obdarzył ją swoją czułą uwagą, ponieważ uznał ją za kogoś szczególnego, że odróżniał ją od innych pielęgniarek. Zapamiętał jej imię od razu. Dowiedziała się później, że przywiązywała zbyt wielkie znaczenie do tego drobnego triumfu. Znał imiona wszystkich pielęgniarek. Potrafił nawet rozróżnić bliźniaczki, Mary i Margaret, czego nikt inny nie był w stanie dokonać.

– A to jej ojciec, pan Daw…

– Zrujnował pan moją córkę! – wrzasnął ojciec, przerywając Ainsleyowi, zanim ten zdążył dokonać prezentacji.

Czuła się strasznie. Och, jakże sami plączemy sieci…

Oczy majora Lyonsa rozszerzyły się lekko, jego wzrok przesunął się z powrotem na nią. Zmarszczył czoło, widziała, jak skupia się, żeby sobie przypomnieć, co między nimi zaszło. Jak mógł zapomnieć? Czy nie widział jej wyraźnie w ciemności? Czy tylko sobie wyobraziła, że major wie, kim ona jest? Nie miała pewności, czy byłoby lepiej, gdyby rozpoznał ją jako kobietę, którą uratował owej okropnej nocy. Może była w tym łaska losu, że nie mógł jej sobie przypomnieć. Powinna po prostu wszystko teraz wyznać i oszczędzić sobie dalszego wstydu.

Ale od czego zacząć? Ile wyjawić? Ile zachować dla siebie? Ile on sam się domyśli z tego, co mu powie? Złożyła przysięgę. Bez względu na cenę zamierzała jej dotrzymać po grób.

– Stephen, kochanie, podejdź tu. – Księżna przywołała syna do siebie.

Podszedł wolno, jakby nawet w tym wielkim pokoju, który z pewnością znał doskonale, czuł się zagubiony, niepewny, gdzie jest. Widziała wielu, zbyt wielu mężczyzn, którzy wydawali się istotami z innego świata, z taką samą pustką w duszy, odbijającą się na ich twarzach. Jakby to, co w człowieku najistotniejsze, zostawili na polu bitwy i tylko ich ciała wróciły do domu. Cena, jaką zapłacili za wojnę, znacznie przewyższała cenę amunicji, żywności, mundurów i środków medycznych.

– To jest John – powiedziała łagodnie księżna, kiedy przy niej stanął. – Panna Dawson twierdzi, że to twój syn. Widzę podobieństwo.

– Ja nie. Jestem znacznie wyższy.

Księżna zaśmiała się cicho; w jej oczach pojawiły się łzy, jakby zobaczyła przez chwilę skorego do żartów młodzieńca, jakim kiedyś był jej syn. Ścisnęła jego rękę.

– Myślisz, że to możliwe? Że to twoje dziecko?

Przysunął się, żeby lepiej przyjrzeć się Johnowi. Szeroką dłonią objął głowę malca; jasne kosmyki włosków niemowlęcia przylgnęły miękko do jego szczupłych palców. Serce Mercy wypełniło się jednocześnie radością i bólem. Jakże często marzyła o tym, żeby ujrzeć, jak on bierze na ręce swojego syna, ale żadne marzenia nie dorównały rzeczywistości, kiedy naprawdę zobaczyła, jak Stephen dotyka jej skarbu. Powinien rozpoznać siebie w tym chłopcu. Z pewnością rozpozna. Uzna Johna za swoje dziecko, nawet jeśli nie obdarzy Mercy równie serdecznymi względami. A co do Johna, nic nie ­sprawiłoby jej większej radości niż zaakceptowanie go przez własnego ojca, choć wiedziała, że grozi to odebraniem jej dziecka. Opieka nad nieślubnym dzieckiem należała w świetle prawa do matki, ale ta potężna rodzina mogła obejść prawo. Wystarczy stosowna sumka złożona w ręce jej ojca i Mercy stanie się nędzarką. Zostanie pozbawiona jedynego, co dla niej cenne.

– Biorąc pod uwagę moją całkiem zasłużoną opinię uwodziciela, oczywiście, że to możliwe – szepnął. Podniósł na nią wzrok i odczuła całą moc jego oczu, gdy jej się przyglądał. Kogo zobaczył? Czy dziewczynę, którą tamtej nocy uratował? Czy tę, która stała teraz przed nim? Zdecydowaną ocalić to dziecko, chociaż tylu innych istnień nie zdołała uratować?

– Musisz spełnić swój obowiązek wobec dziewczyny – powiedziała cicho księżna. – Jeśli w istocie nie masz wątpliwości, że urodziła twojego syna.

Teraz on im wreszcie powie, roześmieje się z groteskowego żądania matki. Powie, że taki mężczyzna jak on nigdy by nie zapragnął takiej kobiety jak ona…

– Oczywiście, że powinienem spełnić swój obowiązek.

Kolana Mercy zadrżały i ugięły się pod nią. Opadła na krzesło. Czy właśnie się zgodził, żeby ją poślubić? Z pewnością nie. Musiała źle usłyszeć. Wysokiego rodu Stephen Lyons, znany hulaka i uwodziciel kobiet. Major Stephen Lyons, dzielny żołnierz, na którego widok mdlały wszystkie pielęgniarki. Niemożliwe, żeby rozważał małżeństwo z nią z równą swobodą, z jaką mógłby strzelić palcami.

– Panno Dawson, czy przespaceruje się pani ze mną po ogrodzie?

– Nie sądzi pan chyba, że zostawię ją samą w pańskim towarzystwie – warknął ojciec.

– Proszę iść za nami, jeśli ma pan ochotę – odparł major Lyons, po czym spojrzał znowu na Johna. – Chociaż śmiem twierdzić, że w tej chwili niewiele mógłbym uczynić, żeby bardziej zniszczyć jej reputację, niż już się to stało. – Raz jeszcze jego wzrok zatrzymał się na niej. – Panno Dawson?

Stanęła na chwiejnych nogach.

– Tak, majorze. Z największą chęcią udam się z panem na spacer.

To było, naturalnie, kłamstwo. Trzęsła się ze strachu.

Nie pamiętał jej. Prawda niepokoiła Stephena bardziej, niż mógłby to wyrazić słowami, ponieważ jeśli było coś, co powinno mu zapaść w pamięci z poprzednich dwóch lat, to właśnie… to przynajmniej jej oczy. Ich niezwykły odcień przypominał whisky. Były jednak pełne smutku, bez wątpienia z powodu spraw, których nie potrafił sobie wyobrazić, choć powinien znać je jak nikt inny.

Wojna, krew, śmierć.

Blizny na jego ciele i wciąż gojące się rany stanowiły dowód, że doświadczył najgorszego, co człowiek może człowiekowi zgotować, ale jego umysł nie potrafił przywołać najdrobniejszego szczegółu z tego, co przeżył. Obudził się w wojskowym szpitalu na drewnianej, rozklekotanej pryczy wysłanej śmierdzącą słomą, dręczony fizycznym bólem, którego pochodzenia nie rozumiał. Ponieważ ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, zanim odzyskał przytomność, była herbatka z Claire, pita w ogrodzie rezydencji Lyonsów.

Zapach kwiatów ustąpił przenikliwej woni ropiejącego, gnijącego ciała. Zamiast słodkiego śpiewu ptaka słyszał jęki i krzyki umierających mężczyzn. Tylu ich przywoływało matkę, chcąc wyzionąć ducha na jej piersi. Zieleń Anglii zastąpiła szarość wypalonej słońcem ziemi Krymu. Nawet teraz czuł w gardle smak krwi i rozpaczał, że nigdy się od niego nie uwolni. Niedostrzegalna czerwona mgła osiadła na resztkach jego podartego munduru. Jego krew, krew niezliczonych żołnierzy, których nie był w stanie sobie przypomnieć. To zapomnienie urągało ich pamięci, okrywało go hańbą.

Leżąc obok nich w szpitalu, nurzał się w brudzie, bólu, żalu. Mówili mu o stoczonych bitwach i o męstwie walczących. Udawał, że i on ma w pamięci te wydarzenia. Opowiadali ze czcią o tych, którzy odeszli na zawsze, a on czuł, że zdradził tych, którzy zginęli za ojczyznę, którzy może zginęli za niego. To, czego nie wiedział, czego nie potrafił ocenić, dręczyło go w dzień i w nocy. Pamiętał Anglię, rodzinę i kochanki ze wszystkimi szczegółami. Nie pamiętał tego, jak znalazł się w tym przeklętym miejscu.

Marzył, żeby stamtąd uciec. Tęsknił za jedwabistym dotykiem kobiecego ciała. Pragnął ze wszystkich sił ukojenia, jakie dawały kobiece dłonie i ciepło głosu.

Ale nic nie było takie jak przedtem. Radość, jakiej kiedyś doznawał dzięki kobietom, ustąpiła niemal rozpaczliwej potrzebie uwolnienia się od człowieka, jakim się stał. Człowieka, który stracił dwa lata życia. Jego przeszłość uległa skróceniu; przeskoczył przez wyrwę w czasie.

A teraz oto z mrocznej pustki, która była jego zmorą, wyłoniła się ta kobieta. Znał ją kiedyś, spał z nią, napełnił swoim nasieniem…

A jednak nie pamiętał smaku jej pocałunku, tego, jak miękka mogła być jej skóra pieszczona jego palcami.

Może na tym polegała największa tragedia: że była dobrze urodzoną panną, która dobrowolnie mu się oddała. I bez wątpienia nie zrobiła tego w chwili zapomnienia. Ciąg­le uciekała spojrzeniem w bok, czuł, że dręczy ją poczucie winy z tego powodu. Ale, choćby nie wiadomo jak się starał, nie pamiętał jej wcale.

Uznał – pomimo noszonej przez nią nieładnej czarnej sukni, w której brzydula wyglądałaby jak wrona – że nie była jedną z tych, które łatwo się zapomina. A jednak zapomniał.

Była wysoka jak na kobietę. Gdyby stanęli blisko siebie, musiałby unieść brodę, żeby ją przytulić. Włosy, barwy wypolerowanej miedzi, bardziej pomarańczowe niż czerwone, związała skromnie i wcisnęła pod czepek. Była szczupła, o wiele za szczupła jak na kobietę, która niedawno urodziła dziecko. Zastanawiał się, czy było jej ciężko. Ogarnęło go dręczące poczucie winy na myśl o tym, w jak trudnej postawił ją sytuacji. Z pewnością to było coś gorszego niż wstyd i upokorzenie z powodu nieślubnego dziecka. Dlaczego nie porzuciła tego dziecka? Mogła wrócić do Anglii, nie mówiąc nikomu ani słowa.

Nie zwracał uwagi na chłód i dokuczliwy ból w nodze, kiedy szli powoli przez ogrody jego młodszego brata. Sprawiały teraz ponure wrażenie. Ani jednego kwiatu, same zwiędłe liście i łodygi. A jednak tylko tutaj, w ciszy i samotności, był w stanie niemal uwierzyć, że jest znów taki jak dawniej.

Popatrzył na szare niebo. Świat ostatnio wydawał się mu tak bezbarwny – z wyjątkiem jej włosów – że zastanawiał się, czy jego wzrok także nie doznał uszczerbku. Rodzina i doktor, który się nim zajmował, wiedzieli o jego niedomaganiu, ale poza tym z nikim o tym nie rozmawiał. Duma kazała mu milczeć, błagał też rodzinę, żeby go nie zdradziła. Nigdy w życiu o nic nie błagał, ale oto stał się kimś, kogo ledwie poznawał. Zmienił się, ale nie był pewien, w jaki sposób i do jakiego stopnia.

Zdarzały mu się czasem przebłyski pamięci – zakrwawiona ręka, ogłuszający huk, krzyk, mdły zapach śmierci – ale mijały zbyt szybko, żeby mógł je zatrzymać i dokładnie przeanalizować. Może był głupcem, chcąc desperacko odtworzyć te okropne obrazy, ale niewiedza, pustka w umyśle wydawały się czymś dużo gorszym.

– Czy jest pani zimno? – zapytał. Zatrzymała się raptownie. Raczej się nie spodziewała, że to będą jego pierwsze słowa. Gruba, ciężka, ciemnozielona peleryna zapewne chroniła ją przed zmarznięciem, ale wilgoć i tak musiała przenikać aż do kości.

– Na Krymie było dużo zimniej. Chociaż słyszałam, że tegoroczna zima w Anglii również była wyjątkowo surowa. ­Mimo woli zastanawiam się, czy Bóg nie chciał czasem dać tu ludziom zaznać tego, czego doświadczyli ich rodacy daleko na kontynencie, za morzem.

– I to zarówno mężczyźni, jak i kobiety.

Odwróciła wzrok, na jej zapadłe policzki zakradł się rumieniec, jakby czuła się zmieszana słowami, które z pewnością należało uznać za wyraz uprzejmości.

Przez chwilę, krótką jak oddech, zastanawiał się, czy jej nie powiedzieć o swojej ułomności, ale nie mógł się na to zdobyć. Nie mógł skrzywdzić jej jeszcze bardziej, wyznając, że nie ma bladego pojęcia, kim ona, do diabła, jest i czy była w jego życiu czymś więcej niż nocną rozrywką. Ale powstrzymywała go nie tylko obawa przed tym, że wprawi ją w zakłopotanie albo zrani. Powstrzymywała go własna duma, włas­ny wstyd. I paraliżujący strach.

Cóż to za mężczyzna, który stracił pamięć?

Ci, którzy pod nim służyli, chwalili jego bohaterskie czyny. A on nie mógł przywołać w pamięci ani jednego takiego wydarzenia. W miesiąc po tym, jak wrócił do domu, żeby leczyć rany, nie był w stanie przypomnieć sobie, skąd się wzięły blizny, poza jedną maleńką, tuż pod okiem. Powstała od uderzenia pięści Westcliffe’a, kiedy ten wyciągnął Stephena z łóżka, w którym leżał on z poślubioną przed paroma godzinami żoną brata. W gruncie rzeczy nie robili nic zdrożnego; Stephen starał się tylko dodać nowo poślubionej odwagi, chciał jednak, żeby Westcliffe odczytał to całkiem inaczej. Dostał solidne lanie, ale to było nic w porównaniu z tym, co wycierpiał później. Na co wskazywały pozostałe blizny. Tylko one były świadkiem tego, co się z nim działo. Szkoda, że nie mogły przemówić.

Znowu ruszył naprzód. Lepiej było posuwać się przed siebie, chociaż zupełnie nie wiedział, ku czemu zmierza.

Ona też zaczęła iść, dość szybko, żeby za nim nadążyć, co nie było trudne. Podejrzewał, że nogi ma równie długie jak on, choć z pewnością zgrabniejsze i bardziej pociągające. Usiłował sobie przypomnieć, jak opasywały jego ciało, ale bezskutecznie. Czy wykrzykiwała jego imię, czy mówiła je szeptem? Jej imię z pewnością powtarzał wiele razy, szepcząc jej pieszczotliwe słowa do ucha. Mercy, Mercy, Mercy.

Nie czuł w sobie żadnego oddźwięku, nic w ogóle.

– W jakim wieku jest dziecko?

Nie mógł sobie przypomnieć imienia dziecka. Jego matka je wspomniała, ale nie zwrócił na to uwagi, uznając początkowo, że dziecko jest bez znaczenia.

Znowu ją zaskoczył. Świadczyła o tym głęboka zmarszczka, która pojawiła się na jej delikatnym czole. Do diabła. Jaki właściwie był ich związek? Czy zdarzały im się chwile spokojnej rozmowy? Czy też starali się raczej zatracić w miłos­nej gorączce, żeby zapomnieć o potwornościach wojny?

Nie pamiętał wprawdzie, co się zdarzyło, zanim nie obudził się w szpitalu, ale dochodząc do siebie wśród innych rannych, zobaczył wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, że na ziemi zapanowało piekło.

– Ma nieco ponad trzy miesiące – odparła w końcu.

Usłyszał wahanie w jej głosie, czuła się niezręcznie, wyjawiając coś, co powinien był wiedzieć. Czy mówiła mu, że spodziewa się dziecka? Czy też powinien to obliczyć, wiedząc, kiedy ostatni raz byli ze sobą? Czy proponował jej małżeństwo? Dobry Boże, nie dopuść, żeby się zorientowała, że jej nie pamiętam.

Nie było w jego stylu obrażanie lub czynienie krzywdy kobietom. Stanowiły jego pasję, jego raison d’étre. Cenił wszystko, co miały do zaoferowania, i bardzo się starał upewnić każdą z nich o swoim podziwie. Nigdy świadomie nie postąpił z żadną z nich tak niegodziwie, że pożałowała, iż się z nim zadała.

Może z wyjątkiem Claire. Zamierzał ją chronić przed włas­nym bratem, a naraził na lata udręki, samotności, smutku i poczucia winy. A on w tym czasie zadziwiał londyńskie damy swoją biegłością w sztuce miłości.