Wydawca: Albatros Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Jeff Bezos i era Amazona. Sklep, w którym kupisz wszystko ebook

Brad Stone

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 559 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jeff Bezos i era Amazona. Sklep, w którym kupisz wszystko - Brad Stone

Pierwsza autoryzowana biografia Jeffa Bezosa, twórcy i właściciela firmy Amazon. Książka, stanowiąca kronikę dziejów firmy – od trudnych początków po światową ekspansję - powstała za zgodą i przy współpracy jej bohatera. Po biografii Steve’a Jobsa jest to kolejna na polskim rynku biografia założyciela firmy, który zaczynał od zera, by w błyskawicznym tempie zacząć osiągać miliardowe zyski. Nie ma wątpliwości, że Amazon – największy e-sklep na świecie – już zmienił sposób, w jaki robimy zakupy przez internet, i w jaki czytamy.

Jeffa Bezosa, guru cyfrowego kapitalizmu, stawia się obok Steve'a Jobsa (Apple), Marka Zuckeberga (Facebook) i Larry'ego Page'a (Google). To człowiek, który zmienił sposób dokonywania zakupów, korzystania z internetu i czytania książek, czyniąc naczelną zasadą swojej działalności zapewnienie klientom najlepszej obsługi, największego wyboru i najniższej ceny. Tak powstał Amazon – „sklep, w którym kupisz wszystko”.

Brad Stone, dziennikarz ekonomiczny „Bloomberg Businessweek”, przeprowadził kilkaset rozmów z samym Bezosem oraz byłymi i obecnymi pracownikami jego firmy. Jako pierwszy w tak gruntowny sposób ukazał działalność gigantycznego e-Amazon rozpoczynał działalność w garażu, podobnie jak inne słynne firmy technologiczne – Apple czy Microsoft. Zaczął od sprzedaży książek i jako nowicjusz

musiał rywalizować z potężnymi sieciami księgarskimi. Niewielu, poza samym Bezosem, człowiekiem pomysłowym i energicznym, którego żywiołem jest nieustanna rywalizacja, wierzyło w powodzenie tej inicjatywy. W dążeniu do sukcesu nie wahał się sięgać po najbardziej bezwzględne i kontrowersyjne środki znane w świecie biznesu: wojny cenowe czy podkupywanie pracowników. Jedną ze świętych zasad e-sklepu jest oszczędność, wpajana pracownikom wszystkich szczebli. W 2012 r. Amazon, po niecałych 18 latach od rozpoczęcia działalności, osiągnął sprzedaż w wysokości 61 mld dolarów.

Biografia Jeffa Bezosa zdobyła tytuł biznesowej książki roku 2013, przyznawany przez „Financial Times” i Goldman Sachs, jeden z największych banków inwestycyjnych na świecie; dziennik „Washington Post” i tygodnik „Forbes” wybrały ją książką roku; uznano ją też za jedną z dziesięciu najlepszych książek 2013 roku w kategorii dziennikarstwo śledcze.

Opinie o ebooku Jeff Bezos i era Amazona. Sklep, w którym kupisz wszystko - Brad Stone

Cytaty z ebooka Jeff Bezos i era Amazona. Sklep, w którym kupisz wszystko - Brad Stone

Przez następnych kilka lat intensywnie skupiła się na realizacji wyznaczonego przez szefa celu szybkiej ekspansji, który potraktowała jak imperatyw, a wszystko inne w życiu przeniosła na dalszy, nieistotny plan.
„Być może macie rację – odrzekł rozmówcom założyciel Amazona. – Ale wydaje mi się, że nie doceniacie faktu, iż tradycyjnym firmom handlowym, a właściwie tym wszystkim, które nabrały już pewnych nawyków, trudno będzie działać elastycznie i skupić się na nowym kanale sprzedaży. Cóż, okaże się”.
Nic nie złagodzi lęków towarzyszących pierwszym dniom nauki w szkole, tak jak ten uroczy plecak o nazwie Goliat”, głosiła reklama dziecięcego plecaka w kształcie lwa, widoczna na stronie głównej Amazona w 1999 roku).
Google rywalizował z Amazonem zarówno o względy klientów, jak i uzdolnionych informatyków. Po pierwszej publicznej emisji nowy gigant internetowy otworzył biuro w miejscowości Kirkland oddalonej o dwadzieścia minut jazdy od centrum Seattle. Oferował pracownikom hojne dodatki do pensji, darmowe posiłki, sale gimnastyczne w pracy, opiekę dla dzieci w ciągu dnia oraz, rzecz jasna, opcje zakupu cennych akcji giełdowych. Amazon tymczasem mógł temu przeciwstawić kiepskiej jakości akcje i wybuchową atmosferę w pracy, a na dodatek personel musiał sam płacić za miejsca parkingowe i posiłki. Nic więc dziwnego, że Google zaczął wysysać z Amazona całe zastępy informatyków.
Kiedy era transakcji wolnych od podatku w wielu stanach dobiegała końca, prawdziwy autor strategii Amazona wykorzystującej możliwości prawne, a zarazem szef osiemdziesięcioosobowego działu podatkowego, prawnik Robert Comfort, postanowił wyjść z cienia. Ten absolwent Uniwersytetu Princeton przyszedł do Amazona w 2000 roku i przez ponad dziesięć lat wykorzystywał każdy kruczek i wymyślał nowe, by zminimalizować obciążenia podatkowe firmy. Stworzył kontrowersyjną strukturę podatkową w Europie, transferując wpływy firmy za pośrednictwem podmiotów zarejestrowanych w słynącym z niskich podatków Luksemburgu.
Niektórzy drobni detaliści handlujący via Amazon Marketplace utrzymują schizofreniczne stosunki z firmą, zwłaszcza jeśli nie mają w ofercie unikalnego i trwałego produktu. Amazon skrupulatnie śledzi, co sprzedają, a jeśli jakiś towar cieszy się powodzeniem, często sam zaczyna nim handlować. Płacąc Amazonowi prowizję i pomagając mu identyfikować chodliwe towary, drobni detaliści w efekcie wspomagają swojego najbardziej zajadłego konkurenta. W 2003 roku Michael Ross
Kiedy do firmy przychodzi nowy pracownik, dostaje plecak z ładowarką, stacją dokującą do laptopa i nieco materiałów przybliżających firmę. Gdy odchodzi, prosi się go o zdanie sprzętu łącznie z plecakiem. Firma

Fragment ebooka Jeff Bezos i era Amazona. Sklep, w którym kupisz wszystko - Brad Stone

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Bio­gra­fia Jef­fa Bez­osa – wi­zjo­ne­ra, ge­niu­sza kre­atyw­no­ści i re­ki­na biz­ne­su – za­ło­ży­cie­la Ama­zon.com, naj­więk­sze­go in­ter­ne­to­we­go skle­pu świa­ta. Guru cy­fro­we­go ka­pi­ta­li­zmu, któ­re­go sta­wia się obok Ste­ve’a Job­sa (Ap­ple), Mar­ka Zuc­ke­ber­ga (Fa­ce­bo­ok) i Lar­ry’ego Page’a (Go­ogle). Czło­wie­ka, któ­ry zmie­nił spo­sób do­ko­ny­wa­nia za­ku­pów, ko­rzy­sta­nia z in­ter­ne­tu i czy­ta­nia ksią­żek, czy­niąc na­czel­ną za­sa­dą swo­jej dzia­łal­no­ści za­pew­nie­nie klien­tom naj­lep­szej ob­słu­gi, naj­więk­sze­go wy­bo­ru i naj­niż­szej ceny. Tak po­wstał Ama­zon -„sklep, w któ­rym ku­pisz wszyst­ko”. Brad Sto­ne, dzien­ni­karz eko­no­micz­ny „Blo­om­berg Bu­si­nesswe­ek”, prze­pro­wa­dził kil­ka­set roz­mów z sa­mym Bez­osem oraz by­ły­mi i obec­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi jego fir­my. Jako pierw­szy w tak grun­tow­ny spo­sób uka­zał dzia­łal­ność gi­gan­tycz­ne­go e-skle­pu i opi­sał fe­no­men jego twór­cy. Ama­zon roz­po­czy­nał dzia­łal­ność w ga­ra­żu, po­dob­nie jak inne słyn­ne fir­my tech­no­lo­gicz­ne – Ap­ple czy Mi­cro­soft. Za­czął od sprze­da­ży ksią­żek i jako no­wi­cjusz mu­siał ry­wa­li­zo­wać z po­tęż­ny­mi sie­cia­mi księ­gar­ski­mi. W 2012, po nie­ca­łych 18 la­tach od roz­po­czę­cia dzia­łal­no­ści, osią­gnął sprze­daż w wy­so­ko­ści 61 mld do­la­rów. Nie­wie­lu, poza sa­mym Bez­osem, czło­wie­kiem po­my­sło­wym i ener­gicz­nym, któ­re­go ży­wio­łem jest nie­ustan­na ry­wa­li­za­cja, wie­rzy­ło w po­wo­dze­nie tej ini­cja­ty­wy. W dą­że­niu do suk­ce­su nie wa­hał się się­gać po naj­bar­dziej bez­względ­ne i kon­tro­wer­syj­ne środ­ki zna­ne w świe­cie biz­ne­su: woj­ny ce­no­we czy pod­ku­py­wa­nie pra­cow­ni­ków.

BRAD STO­NE

Ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz spe­cja­li­zu­ją­cy się w te­ma­ty­ce eko­no­micz­nej. Au­tor ar­ty­ku­łów po­świę­co­nych świa­to­wym li­de­rom po­stę­pu tech­no­lo­gicz­ne­go, m.in. ta­kim gi­gan­tom jak Ap­ple, Go­ogle, Fa­ce­bo­ok, Twit­ter, Yahoo i Ama­zon. Pra­cu­je w „Blo­om­berg Bu­si­nesswe­ek”; wcze­śniej był re­por­te­rem „New York Ti­me­sa” i „New­swe­eka”. Na­pi­sał dwie książ­ki – Ge­ar­he­ads: the Tur­bu­lent Rise of Ro­bo­tic Sports i Jeff Bez­os i era Ama­zo­na. Sklep, w któ­rym ku­pisz wszyst­ko, wy­róż­nio­ną przez „Fi­nan­cial Ti­mes”, „Wa­shing­ton Post”, dwu­ty­go­dnik „For­bes” oraz wio­dą­cy bank in­we­sty­cyj­ny świa­ta Gold­man Sachs ty­tu­łem Książ­ki Roku 2013.

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE EVE­RY­THING STO­RE. JEFF BEZ­OS AND THE AGE OF AMA­ZON

Co­py­ri­ght © Brad Sto­ne 2013

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown & Co., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Grze­gorz Ko­ło­dziej­czyk 2014

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ło­dziń­ska

Kon­sul­ta­cja eko­no­micz­na:

dr hab., prof. SGH Krzysz­tof Bo­row­ski, dr Ce­cy­lia So­łek-Bo­row­ska

Zdję­cie Jef­fa Bez­osa na okład­ce:

Char­les Om­man­ney/Con­to­ur by Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-021-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Isa­bel­li i Ca­li­sty Sto­ne

Kie­dy bę­dziesz miał osiem­dzie­siąt lat i w spo­koj­nej chwi­li za­czniesz snuć naj­bar­dziej oso­bi­ste, tyl­ko dla cie­bie prze­zna­czo­ne re­flek­sje nad swo­im ży­ciem, doj­dziesz do wnio­sku, że tym, co stresz­cza je naj­zwięź­lej i naj­traf­niej, są wy­bo­ry, któ­rych do­ko­na­łeś. W osta­tecz­no­ści je­ste­śmy tym, co sami wy­bra­li­śmy.

Jeff Bez­os, mowa in­au­gu­ra­cyj­na

na Uni­wer­sy­te­cie Prin­ce­ton, 30 maja 2010 roku

Prolog

Na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych pew­ną pra­co­wi­tą dy­rek­tor­kę fir­my re­kla­mo­wej, Ju­lie Ray, za­fra­po­wał nie­kon­wen­cjo­nal­ny pro­gram na­ucza­nia dla uzdol­nio­nych dzie­ci, re­ali­zo­wa­ny w szko­łach pu­blicz­nych w Ho­uston w Tek­sa­sie. Jej syn stał się jed­nym z pierw­szych jego adep­tów. Pro­gram ten, na­zwa­ny póź­niej awan­gar­do­wym, kładł na­cisk na kre­atyw­ność i nie­za­leż­ność uczniów; miał tak­że za­chę­cać do od­waż­ne­go i nie­sza­blo­no­we­go my­śle­nia. Ju­lie Ray, za­chwy­ciw­szy się jego tre­ścią oraz peł­ny­mi en­tu­zja­zmu na­uczy­cie­la­mi i ro­dzi­ca­mi, po­sta­no­wi­ła za­ło­żyć w ca­łym sta­nie sieć szkół ko­rzy­sta­ją­cych z tego pro­gra­mu, a tak­że na­pi­sać książ­kę o ru­chu, któ­re­go ce­lem było pro­mo­wa­nie mło­dych ta­len­tów.

Kil­ka lat póź­niej syn pani Ray po­szedł do gim­na­zjum, ona zaś po­sta­no­wi­ła od­wie­dzić pla­ców­kę miesz­czą­cą się w skrzy­dle szko­ły pod­sta­wo­wej Ri­ver Oaks, któ­ra znaj­du­je się na za­chód od cen­trum Ho­uston. Dy­rek­tor szko­ły wy­brał ucznia, któ­ry miał to­wa­rzy­szyć go­ścio­wi pod­czas wi­zy­ty. Oka­zał się nim elo­kwent­ny szó­sto­kla­si­sta o ja­snych wło­sach, któ­re­go ro­dzi­ce po­pro­si­li, aby praw­dzi­we na­zwi­sko syna nie zo­sta­ło ujaw­nio­ne w książ­ce. Na­zwa­ła go więc Tim.

W książ­ce za­ty­tu­ło­wa­nej Tur­ning On Bri­ght Minds: A Pa­rent Lo­oks at Gi­fted Edu­ca­tion in Te­xas (Zie­lo­ne świa­tło dla ta­len­tów. Spoj­rze­nie ro­dzi­ca na edu­ka­cję uzdol­nio­nych dzie­ci w Tek­sa­sie) Ju­lie Ray na­pi­sa­ła: „Tim jest chłop­cem o du­żej in­te­li­gen­cji, szczu­płym, życz­li­wie uspo­so­bio­nym, lecz po­waż­nym”. Zda­niem na­uczy­cie­li „nie ce­chu­je się wy­jąt­ko­wy­mi zdol­no­ścia­mi przy­wód­czy­mi”, ale czu­je się swo­bod­nie wśród ko­le­gów i ze swa­dą wy­chwa­la za­le­ty wła­śnie czy­ta­nej po­wie­ści, któ­rą jest Hob­bit J.R.R. Tol­kie­na.

Dwu­na­sto­let­ni Tim lu­bił ry­wa­li­za­cję. Oznaj­mił roz­mów­czy­ni, że czy­ta wie­le ksią­żek, aby zdo­być spe­cjal­ne świa­dec­two czy­tel­ni­cze; do­dał, że wy­pa­da bla­do w po­rów­na­niu z ko­le­żan­ką z kla­sy, któ­ra – co mało praw­do­po­dob­ne – twier­dzi­ła, że czy­ta kil­ka­na­ście po­zy­cji ty­go­dnio­wo. Po­ka­zał tak­że pani Ray pro­jekt na­uko­wy, nad któ­rym pra­co­wał, na­zwa­ny sze­ścia­nem nie­skoń­czo­no­ści. Było nim urzą­dze­nie na ba­te­rie z ob­ro­to­wy­mi lu­ster­ka­mi two­rzą­cy­mi optycz­ne złu­dze­nie nie­koń­czą­ce­go się tu­ne­lu. Tim wzo­ro­wał się na za­baw­ce, któ­rą zo­ba­czył w skle­pie. Tam­ta kosz­to­wa­ła 22 do­la­ry; do­dał, że jego jest tań­sza. Na­uczy­cie­le po­in­for­mo­wa­li au­tor­kę książ­ki, że trzy pro­jek­ty Tima zo­sta­ły zgło­szo­ne do lo­kal­ne­go kon­kur­su na­uko­we­go; więk­szość pro­jek­tów uczest­ni­czą­cych w kon­kur­sie była au­tor­stwa li­ce­ali­stów.

Ka­dra na­uczy­ciel­ska chwa­li­ła po­my­sło­wość Tima, lecz, jak ła­two się do­my­ślić, ży­wi­ła pew­ne oba­wy wzglę­dem jego zdol­no­ści in­te­lek­tu­al­nych. W ra­mach ćwi­czeń sta­ty­stycz­nych z ma­te­ma­ty­ki chło­piec stwo­rzył sys­tem oce­ny na­uczy­cie­li uczą­cych w szó­stej kla­sie. Wy­ja­śnił, że jego ce­lem nie jest „prze­pro­wa­dze­nie kon­kur­su po­pu­lar­no­ści, lecz oce­na ich umie­jęt­no­ści pe­da­go­gicz­nych”. Roz­dał ar­ku­sze ko­le­gom i ko­le­żan­kom z kla­sy i w cza­sie gdy od­by­wa­ła się wi­zy­ta pani Ray, prze­li­czał wy­ni­ki i spo­rzą­dzał ta­be­le oce­ny po­szcze­gól­nych na­uczy­cie­li.

Au­tor­ka książ­ki na­pi­sa­ła, że zwy­czaj­ny dzień Tima wy­peł­nio­ny jest za­ję­cia­mi. Wsta­wał wcze­śnie i o ósmej wsia­dał do au­to­bu­su na przy­stan­ku znaj­du­ją­cym się jed­ną prze­czni­cę od jego domu. Od­le­głość do szko­ły wy­no­si­ła trzy­dzie­ści dwa ki­lo­me­try. Tam wpa­dał w wir za­jęć z ma­te­ma­ty­ki, czy­ta­nia, wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, nauk przy­rod­ni­czych, hisz­pań­skie­go i pla­sty­ki. Ucznio­wie mie­li czas prze­zna­czo­ny na pro­jek­ty in­dy­wi­du­al­ne oraz dys­ku­sje w gru­pach. Jed­na z lek­cji po­le­ga­ła na tym, że sie­dzie­li w cia­snym krę­gu w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra i ćwi­czy­li efek­tyw­ne my­śle­nie. Naj­pierw czy­ta­li po ci­chu krót­kie tek­sty, a na­stęp­nie je oma­wia­li. Je­den z nich opo­wia­dał o gru­pie ar­che­olo­gów, któ­rzy po po­wro­cie z wy­pra­wy ba­daw­czej po­wia­do­mi­li o od­kry­ciu cen­nych ar­te­fak­tów, co póź­niej oka­za­ło się oszu­stwem. Pani Ray za­no­to­wa­ła uryw­ki roz­mo­wy uczniów:

„Za­pew­ne pra­gnę­li sła­wy. Nie chcie­li przyj­mo­wać do wia­do­mo­ści tego, co im nie od­po­wia­da­ło”.

„Nie­któ­rzy prze­cho­dzą przez ży­cie, nie zmie­nia­jąc swo­je­go na­sta­wie­nia”.

„Trze­ba być cier­pli­wym i brać pod uwa­gę wszyst­kie oko­licz­no­ści”.

Tim wy­ja­wił Ju­lie Ray, że uwiel­bia te ćwi­cze­nia.

„Świat jest tak urzą­dzo­ny, że ktoś mówi nam, któ­ry gu­zik mamy na­ci­snąć. A czło­wiek po­wi­nien my­śleć za sie­bie”.

Pani Ray nie zdo­ła­ła za­in­te­re­so­wać swo­ją książ­ką du­żych wy­daw­nictw, któ­re twier­dzi­ły, że jej te­ma­ty­ka jest zbyt spe­cja­li­stycz­na. Au­tor­ka po­sta­no­wi­ła za­tem wziąć spra­wy w swo­je ręce i w 1977 roku za pie­nią­dze za re­kla­mę ka­ta­lo­gu świą­tecz­ne­go wy­dru­ko­wa­ła ty­siąc eg­zem­pla­rzy książ­ki w mięk­kiej opra­wie, a na­stęp­nie sama za­ję­ła się ich dys­try­bu­cją.

Po­nad trzy­dzie­ści lat póź­niej na­tra­fi­łem na je­den z nich w bi­blio­te­ce pu­blicz­nej mia­sta Ho­uston. Do­tar­łem tak­że do Ju­lie Ray, któ­ra miesz­ka obec­nie w środ­ko­wym Tek­sa­sie i zaj­mu­je się opra­co­wy­wa­niem me­tod ko­mu­ni­ka­cji zwią­za­nych z za­gad­nie­nia­mi ochro­ny śro­do­wi­ska i kul­tu­ry. Usły­sza­łem od niej, że od po­nad dwu­dzie­stu lat ob­ser­wu­je, jak Tim zdo­by­wa sła­wę i bo­gac­two; wzbu­dzi­ło to jej po­dziw, lecz zbyt­nio nie za­sko­czy­ło.

„Po­zna­łam go jako mło­de­go, bez­sprzecz­nie uta­len­to­wa­ne­go chłop­ca, któ­re­go zdol­no­ści mo­gły się roz­wi­nąć dzię­ki no­we­mu pro­gra­mo­wi na­ucza­nia – mówi. – En­tu­zjazm, z ja­kim Tim się uczył, po­twier­dził słusz­ność kon­cep­cji i bar­dzo po­mógł tym, któ­rzy ją re­ali­zo­wa­li”.

Pani Ray po­pro­si­ła wów­czas jed­ną z na­uczy­cie­lek, aby do­ko­na­ła oce­ny po­zio­mu Tima.

„Na­praw­dę nie po­tra­fię tego zro­bić – od­par­ła za­py­ta­na. – Mogę je­dy­nie po­wie­dzieć, że je­śli od­po­wied­nio się nim po­kie­ru­je, nie bę­dzie gra­nic dla jego roz­wo­ju”.

□   □   □

Pod ko­niec 2011 roku od­wie­dzi­łem „Tima” – czy­li Jef­fa Bez­osa – w sie­dzi­bie jego fir­my Ama­zon.com w Se­at­tle.

Uda­łem się tam, aby po­pro­sić go o współ­pra­cę przy pi­sa­niu ni­niej­szej książ­ki. Chcia­łem opi­sać po­wsta­wa­nie i roz­wój tej nie­zwy­kłej ma­chi­ny no­wo­cze­snej tech­ni­ki: in­no­wa­cyj­nej, re­wo­lu­cyj­nej i czę­sto­kroć bu­dzą­cej sprzecz­ne od­czu­cia. Fir­ma była jed­ną z pierw­szych, któ­re wy­ko­rzy­sta­ły nie­ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści in­ter­ne­tu, i na za­wsze zmie­ni­ły spo­sób, w jaki ku­pu­je­my pro­duk­ty i czy­ta­my książ­ki.

Ama­zon co­raz bar­dziej za­zna­cza swo­ją obec­ność we współ­cze­snym ży­ciu. Mi­lio­ny lu­dzi na świe­cie nie­ustan­nie otwie­ra­ją stro­nę fir­my i stro­ny sa­te­lic­kie, ta­kie jak Zap­pos.com czy Dia­pers.com, kie­ru­jąc się pod­sta­wo­wym im­pul­sem prze­ni­ka­ją­cym każ­de spo­łe­czeń­stwo ka­pi­ta­li­stycz­ne: pra­gnie­niem ku­po­wa­nia. Ama­zon ofe­ru­je im sze­ro­ki wy­bór: od ksią­żek po­przez fil­my, na­rzę­dzia ogrod­ni­cze, me­ble, pro­duk­ty żyw­no­ścio­we aż do cie­ka­wo­stek dla ko­tów w ro­dza­ju dmu­cha­nych ro­gów jed­no­roż­ca za 9 do­la­rów 50 cen­tów czy wa­żą­ce­go pięć­set ki­lo­gra­mów sej­fu na broń z elek­tro­nicz­nym zam­kiem za 903 do­la­ry 53 cen­ty (do­sta­wa do od­bior­cy w cią­gu trzech do pię­ciu dni). Fir­ma nie­mal do per­fek­cji do­pro­wa­dzi­ła sztu­kę za­pew­nia­nia na­tych­mia­sto­wej re­ali­za­cji za­mó­wie­nia, do­star­cza­jąc pro­duk­ty elek­tro­nicz­ne w cią­gu kil­ku se­kund, a ich fi­zycz­ne no­śni­ki w cią­gu kil­ku dni. Nie­rzad­ko sły­szy się okrzy­ki klien­tów, kie­dy za­mó­wio­ny pro­dukt jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki po­ja­wił się pod ich drzwia­mi znacz­nie wcze­śniej, niż go ocze­ki­wa­no.

W 2012 roku, po sie­dem­na­stu la­tach dzia­łal­no­ści, Ama­zon osią­gnął sprze­daż w wy­so­ko­ści 61 mi­liar­dów do­la­rów i praw­do­po­dob­nie naj­szyb­ciej ze wszyst­kich firm han­dlo­wych w hi­sto­rii prze­kro­czy gra­ni­cę 100 mi­liar­dów. Cie­szy się uwiel­bie­niem wie­lu klien­tów i bu­dzi ogrom­ny lęk kon­ku­ren­cji. Na­zwa fir­my we­szła do lek­sy­ko­nu biz­ne­su, i to w spo­sób nie­bu­dzą­cy po­zy­tyw­nych sko­ja­rzeń. To be Ama­zo­ned (zo­stać za­ma­zo­no­wa­nym) ozna­cza bo­wiem: „pa­trzeć bez­rad­nie, jak in­ter­ne­to­wy no­wi­cjusz z Se­at­tle wy­sy­sa klien­tów i zy­ski z tra­dy­cyj­ne­go sta­ro­świec­kie­go biz­ne­su”.

W oczach wie­lu dzie­je Ama­zon.com to jed­na z naj­waż­niej­szych, sym­bo­licz­nych wręcz hi­sto­rii ery in­ter­ne­tu. Fir­ma roz­po­czę­ła dzia­łal­ność skrom­nie, jako księ­gar­nia sie­cio­wa, i pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych wy­pły­nę­ła na sze­ro­kie wody na fali po­pu­lar­no­ści tak zwa­nych do­tco­mów, a na­stęp­nie włą­czy­ła do ofer­ty mu­zy­kę, fil­my, elek­tro­ni­kę i za­baw­ki. Unik­nąw­szy ka­ta­stro­fy wy­wo­ła­nej nie­uf­no­ścią wo­bec per­spek­tyw roz­wo­ju firm in­ter­ne­to­wych, któ­ra po­cią­gnę­ła za sobą sze­reg ban­kructw tego ro­dza­ju przed­się­wzięć w la­tach 2000–2001, opa­no­wa­ła skom­pli­ko­wa­ny me­cha­nizm dys­try­bu­cji i za­czę­ła sprze­da­wać pro­gra­my kom­pu­te­ro­we, bi­żu­te­rię, ubra­nia, do­dat­ki, sprzęt spor­to­wy, czę­ści sa­mo­cho­do­we i wie­le in­nych. Wy­pra­co­wa­ła so­bie po­zy­cję naj­więk­sze­go sprze­daw­cy in­ter­ne­to­we­go i naj­waż­niej­szej plat­for­my, na któ­rej inne fir­my han­dlo­we mogą ofe­ro­wać swo­je pro­duk­ty. Za­raz po­tem zde­fi­nio­wa­ła na nowo swo­ją dzia­łal­ność jako wszech­stron­na fir­ma tech­no­lo­gicz­na czer­pią­ca zy­ski z plat­for­my opro­gra­mo­wa­nia typu chmu­ra, zwa­ną Ama­zon Web Se­rvi­ces; do tego do­szły nie­dro­gie prak­tycz­ne urzą­dze­nia elek­tro­nicz­ne, ta­kie jak czyt­nik elek­tro­nicz­ny Kin­dle oraz ta­blet Kin­dle Fire.

„Ama­zon to w moim po­ję­ciu hi­sto­ria bły­sko­tli­we­go twór­cy, któ­ry oso­bi­ście zre­ali­zo­wał swo­ją wi­zję – mówi Eric Schmidt, pre­zes fir­my Go­ogle i za­go­rza­ły kon­ku­rent Ama­zo­na, a jed­no­cze­śnie czło­nek Ama­zon Pri­me, klu­bu klien­tów ko­rzy­sta­ją­cych z usłu­gi po­le­ga­ją­cej na do­star­cza­niu pro­duk­tu do od­bior­cy w cią­gu dwóch dni. – Trud­no o lep­szy przy­kład tego zja­wi­ska. Może po­dob­nie jest w przy­pad­ku fir­my Ap­ple, jed­nak lu­dzie za­po­mi­na­ją o tym, że więk­szość ska­zy­wa­ła Ama­zon na klę­skę, uwa­ża­jąc, że nie zdo­ła udźwi­gnąć pię­trzą­cych się kosz­tów dzia­łal­no­ści. Stra­ty ro­sły i ro­sły, szły w set­ki mi­lio­nów do­la­rów. Jed­nak Jeff oka­zał się wiel­kim spry­cia­rzem. Jest kla­sycz­nym przed­sta­wi­cie­lem ga­tun­ku twór­ców biz­ne­su od pod­staw, zna­ją­cym każ­dy szcze­gół jego funk­cjo­no­wa­nia i dba­ją­cym o nie­go jak nikt inny”.

Ak­cje Ama­zo­na osią­gnę­ły ostat­nio nie­bo­tycz­ne wy­ży­ny, a mimo to fir­ma po­zo­sta­je trud­ną do zgłę­bie­nia oso­bli­wo­ścią. Jej wy­ni­ki fi­nan­so­we no­to­rycz­nie do­łu­ją, i choć gwał­tow­nie się roz­ra­sta, wcho­dzi na nowe ryn­ki i roz­sze­rza asor­ty­ment han­dlo­wy, w 2012 roku za­no­to­wa­ła stra­tę. Jed­nak­że fi­nan­si­ści z Wall Stre­et zda­ją się tym nie przej­mo­wać. Jeff Bez­os, któ­ry usta­wicz­nie po­wta­rza, że bu­du­je swo­ją fir­mę w per­spek­ty­wie dłu­go­ter­mi­no­wej, zy­skał tak wiel­kie za­ufa­nie ak­cjo­na­riu­szy i in­we­sto­rów, że ci chęt­nie go­dzą się cze­kać na dzień, gdy po­sta­no­wi spo­wol­nić eks­pan­sję i zgar­nąć ob­fi­te zy­ski.

Bez­os po­ka­zał, że opi­nie in­nych są mu obo­jęt­ne. Z za­pa­łem roz­wią­zu­je pro­ble­my i po­tra­fi zręcz­nie, w syn­te­tycz­ny spo­sób przed­sta­wiać zło­żo­ne po­my­sły. Na pole wal­ki kon­ku­ren­cyj­nej spo­glą­da ni­czym ar­cy­mistrz sza­cho­wy na sza­chow­ni­cę i ob­se­syj­nie sku­pia się na tym, aby za­do­wo­lić klien­tów, ofe­ru­jąc im dar­mo­wą do­sta­wę oraz to­wa­ry wol­ne od opo­dat­ko­wa­nia, na­wet gdy jest to nie­ko­rzyst­ne dla kon­dy­cji fi­nan­so­wej fir­my lub lo­kal­nych spo­łecz­no­ści, któ­rym je sprze­da­je.

Wie­lu jego pra­cow­ni­ków za­świad­czy, że trud­no się z nim współ­pra­cu­je. Po­mi­mo że sły­nie z grom­kie­go śmie­chu i pre­zen­tu­je się pu­blicz­nie jako czło­wiek po­god­ny, jest zdol­ny do ta­kich sa­mych zło­śli­wych wy­bu­chów, ja­kie ce­cho­wa­ły zmar­łe­go za­ło­ży­cie­la Ap­ple’a Ste­ve’a Job­sa (ten zaś po­tra­fił wzbu­dzić prze­ra­że­nie w każ­dym pra­cow­ni­ku, któ­ry wsiadł z nim do win­dy). Bez­os to mi­kro­me­ne­dżer, a za­ra­zem nie­wy­czer­pa­ne źró­dło no­wych po­my­słów; ostro trak­tu­je każ­de dzia­ła­nie, któ­re nie speł­nia wy­zna­czo­nych prze­zeń ry­go­ry­stycz­nych stan­dar­dów.

Po­dob­nie jak Jobs, on tak­że roz­ta­cza wo­kół sie­bie i swo­jej fir­my aurę spa­czo­nej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra jest bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca, lecz w isto­cie nie­za­do­wa­la­ją­ca. Czę­sto po­wta­rza, że mi­sją kor­po­ra­cyj­ną Ama­zo­na jest „pod­nie­sie­nie w krę­gach prze­my­sło­wych i na ca­łym świe­cie po­przecz­ki w dzie­dzi­nie ob­słu­gi klien­ta”1. On i jego pra­cow­ni­cy fak­tycz­nie po­świę­ca­ją się, aby dbać o klien­tów, lecz po­tra­fią tak­że z peł­ną bez­względ­no­ścią trak­to­wać kon­ku­ren­cję, a na­wet part­ne­rów han­dlo­wych. Bez­os lubi mó­wić, że ryn­ki, na któ­rych kon­ku­ru­je jego fir­ma, są ol­brzy­mie i jest na nich miej­sce dla wie­lu zwy­cięz­ców. Może to i praw­da, lecz nie ule­ga tak­że wąt­pli­wo­ści, że Ama­zon osła­bił lub zruj­no­wał sze­reg ma­łych i du­żych kon­ku­ren­tów; na­zwy wie­lu spo­śród nich – Cir­cu­it City, Bor­ders, Best Buy, Bar­nes & No­ble – zna­ne były na ca­łym świe­cie.

Ogół Ame­ry­ka­nów zwy­kle re­agu­je ner­wo­wo na sy­tu­ację, w któ­rej wiel­ka po­tę­ga kor­po­ra­cyj­na sku­pia się w jed­nym ręku, zwłasz­cza gdy do­ty­czy to ogrom­nej fir­my z sie­dzi­bą w od­le­głym mie­ście, a jej po­wo­dze­nie może spo­wo­do­wać zmia­nę cha­rak­te­ru ich wła­snej spo­łecz­no­ści. Z nie­uf­no­ścią tego ro­dza­ju zde­rzy­ły się w prze­szło­ści Wal­mart, Se­ars, Wo­ol­war­ths i inni gi­gan­ci han­dlu de­ta­licz­ne­go; a tak­że sieć skle­pów spo­żyw­czych A&P, któ­ra w la­tach czter­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku mu­sia­ła w są­dzie sta­wić czo­ło ruj­nu­ją­ce­mu po­zwo­wi an­ty­tru­sto­we­mu. Ame­ry­ka­nie gar­ną się do ku­po­wa­nia w wiel­kich sie­ciach de­ta­licz­nych ze wzglę­du na wy­go­dę i ni­skie ceny, lecz w pew­nym mo­men­cie fir­my te roz­ra­sta­ją się do ogrom­nych roz­mia­rów i w zbio­ro­wej świa­do­mo­ści do­cho­dzi do gło­su od­ruch sprze­ci­wu. Chce­my ku­po­wać ta­nio, my­ślą, ale w isto­cie rze­czy wo­li­my, żeby nie do­pro­wa­dza­no do ru­iny sta­rych zna­jo­mych pro­wa­dzą­cych skle­pik albo księ­gar­nię na rogu; ich in­te­res od dzie­sią­tek lat musi się opie­rać na­po­ro­wi sie­ci księ­gar­ni ta­kich jak Bar­nes & No­ble, a te­raz Ama­zon.

Bez­os wy­po­wia­da się o swo­jej fir­mie z nie­zno­śną wręcz ostroż­no­ścią. Je­śli idzie o szcze­gó­ły pla­nów dzia­ła­nia, jest ni­czym sfinks – swo­je prze­my­śle­nia i za­mia­ry za­cho­wu­je dla sie­bie. W krę­gach prze­my­sło­wych Se­at­tle i sze­rzej, wśród biz­nes­me­nów dzia­ła­ją­cych w bran­ży tech­no­lo­gicz­nej, ucho­dzi za za­gad­kę. Rzad­ko wy­po­wia­da się na kon­fe­ren­cjach, nie­czę­sto też udzie­la wy­wia­dów dzien­ni­ka­rzom. Na­wet ci, któ­rzy go po­dzi­wia­ją i skru­pu­lat­nie śle­dzą roz­wój Ama­zo­na, czę­sto błęd­nie wy­ma­wia­ją jego na­zwi­sko (brzmi ono tak jak Bay-zose, a nie Bee-zose).

John Do­err, in­we­stor, któ­ry na wcze­snym eta­pie roz­wo­ju fir­my wsparł Ama­zon i przez dzie­sięć lat za­sia­dał w ra­dzie nad­zor­czej fir­my, ukuł okre­śle­nie na ża­ło­sny styl pu­blicz­nej ko­mu­ni­ka­cji sto­so­wa­nej przez Ama­zon, to teo­ria ko­mu­ni­ka­cji we­dług Bez­osa. Po­wia­da, że ten bie­rze czer­wo­ny dłu­go­pis i w ko­mu­ni­ka­tach pra­so­wych, opi­sach pro­duk­tów, tek­stach prze­mó­wień oraz li­stach do ak­cjo­na­riu­szy wy­kre­śla wszyst­ko, co nie nie­sie pro­ste­go i po­zy­tyw­ne­go prze­sła­nia dla klien­tów.

Wy­da­je się nam, że zna­my hi­sto­rię Ama­zo­na, lecz w grun­cie rze­czy zna­my jego wła­sny mit prze­ka­zy­wa­ny w ko­mu­ni­ka­tach pra­so­wych, prze­mó­wie­niach i wy­wia­dach, któ­re unik­nę­ły czer­wo­ne­go dłu­go­pi­su Jef­fa Bez­osa.

□   □   □

Fir­ma zaj­mu­je kil­ka­na­ście skrom­nych bu­dyn­ków na po­łu­dnie od Lake Union w Se­at­tle, nie­wiel­kie­go po­lo­dow­co­we­go słod­ko­wod­ne­go je­zio­ra po­łą­czo­ne­go ka­na­ła­mi z cie­śni­ną Pu­get na za­cho­dzie i je­zio­rem Wa­szyng­ton na wscho­dzie. W dzie­więt­na­stym wie­ku te­ren zaj­mo­wał duży tar­tak, a wcze­śniej – obo­zy In­dian. Wiej­ski pej­zaż daw­no od­szedł w prze­szłość i w gę­sto za­bu­do­wa­nej dziel­ni­cy miesz­czą się za­bu­do­wa­nia po­cząt­ku­ją­cych firm bio­me­dycz­nych, ośro­dek ba­dań nad cho­ro­ba­mi no­wo­two­ro­wy­mi oraz Wa­szyng­toń­ska Aka­de­mia Me­dycz­na.

Z ze­wnątrz no­wo­cze­sne ni­skie biu­row­ce Ama­zo­na ni­czym się nie wy­róż­nia­ją. Jed­nak kie­dy przy­bysz wej­dzie do gma­chu Day One North, sie­dzi­by kie­row­nic­twa fir­my na rogu Ter­ry Ave­nue i Re­pu­bli­can Stre­et, po­wi­ta go uśmiech­nię­te logo Ama­zo­na umiesz­czo­ne na ścia­nie za dłu­gim pro­sto­kąt­nym biur­kiem re­cep­cji. Na rogu tego biur­ka stoi mi­ska z cia­stecz­ka­mi dla psów pra­cow­ni­ków przy­pro­wa­dza­ją­cych do biu­ra swo­je czwo­ro­no­gi (je­den z nie­wie­lu przy­wi­le­jów w fir­mie, któ­ra każe im pła­cić za par­king i prze­ką­ski). Obok wind tkwi czar­na ta­bli­ca z bia­ły­mi na­pi­sa­mi. Każ­dy, kto od­wie­dza sie­dzi­bę Ama­zo­na, od razu zo­rien­tu­je się, że wkro­czył do kró­le­stwa pre­ze­sa fi­lo­zo­fa. Oto treść na­pi­sów:

Po­zo­sta­ło jesz­cze bar­dzo wie­le do wy­na­le­zie­nia.

Bar­dzo wie­le no­we­go jesz­cze się wy­da­rzy.

Lu­dzie nie zda­ją so­bie spra­wy, jak wiel­ki wpływ in­ter­net bę­dzie miał na ich ży­cie, i że to, co te­raz ob­ser­wu­je­my, to do­pie­ro Po­czą­tek.

Jeff Bez­os

Zwy­cza­je pa­nu­ją­ce w fir­mie są na­der oso­bli­we. W cza­sie spo­tkań nig­dy nie ko­rzy­sta się z pre­zen­ta­cji w Po­wer­Po­in­cie ani ze slaj­dów. Pra­cow­ni­cy mają pi­sać sze­ścio­stro­ni­co­we wy­pra­co­wa­nia, w któ­rych przed­sta­wia­ją swo­je tezy, gdyż Bez­os uwa­ża, że wspo­ma­ga to kry­tycz­ne my­śle­nie. Kie­dy na ry­nek ma być wpro­wa­dzo­ny nowy pro­dukt, wszy­scy pi­szą do­ku­men­ty w po­sta­ci ko­mu­ni­ka­tów dla pra­sy. Cho­dzi o to, by przed­sta­wić ini­cja­ty­wę w taki spo­sób, w jaki klient do­wie się o niej po raz pierw­szy. Spo­tka­nie za­czy­na się od tego, że każ­dy czy­ta po ci­chu do­ku­ment, a po­tem na­stę­pu­je dys­ku­sja – tak samo jak pod­czas ćwi­czeń kon­struk­tyw­ne­go my­śle­nia w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra szko­ły pod­sta­wo­wej Ri­ver Oaks. Po­sta­no­wi­łem do­sto­so­wać się do zwy­cza­jów przy­ję­tych w Ama­zo­nie i przy­go­to­wa­łem wy­pra­co­wa­nie w for­mie fik­cyj­ne­go ko­mu­ni­ka­tu pra­so­we­go po­świę­co­ne­go mo­jej książ­ce.

Jeff Bez­os przy­wi­tał mnie w sali kon­fe­ren­cyj­nej na siód­mym pię­trze; usie­dli­śmy przy ob­szer­nym sto­le utwo­rzo­nym z sze­re­gu biu­rek zro­bio­nych z drzwi z ja­sne­go drew­na. Przed dwu­dzie­stu laty, gdy Bez­os w swo­im ga­ra­żu za­czy­nał two­rzyć Ama­zon, ko­rzy­stał z ta­kie­go sa­me­go biur­ka. Czę­sto przed­sta­wia się je jako sym­bol oszczęd­no­ści, któ­ra sta­no­wi jed­ną z nie­zmien­nych przy­mio­tów fir­my. Kie­dy w roku 2000 prze­pro­wa­dza­łem pierw­szy wy­wiad z Bez­osem, od kil­ku lat in­ten­syw­nie po­dró­żo­wał po świe­cie; tru­dy wy­jaz­dów służ­bo­wych zo­sta­wi­ły na nim swój ślad – był bla­dy i wy­raź­nie bez for­my. Te­raz miał szczu­płą i wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę; od­mie­nił się w taki sam spo­sób, w jaki prze­kształ­cił swo­ją fir­mę. Po­nie­waż za­czął ły­sieć, ogo­lił so­bie gło­wę na łyso. Gład­ka czasz­ka przy­da­ła mu cha­rak­te­ru i upodob­ni­ła do jed­ne­go z jego ulu­bio­nych bo­ha­te­rów fil­mo­wych: ka­pi­ta­na Pi­car­da z se­ria­lu scien­ce fic­tion Star Trek: Na­stęp­ne po­ko­le­nie.

Usie­dli­śmy i pod­su­ną­łem mu mój fik­cyj­ny ko­mu­ni­kat pra­so­wy. Kie­dy uświa­do­mił so­bie, co wy­my­śli­łem, za­czął się śmiać tak moc­no, że śli­na try­snę­ła mu z ust.

Słyn­ny śmiech Jef­fa Bez­osa stał się przed­mio­tem wie­lu ko­men­ta­rzy. Jest to na­gła, za­ska­ku­ją­ca eks­plo­zja dźwię­ku, któ­ra przy­pra­wia sły­szą­ce­go o przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Bez­os wy­su­wa pod­bró­dek, za­my­ka oczy i wy­da­je z sie­bie gar­dło­wy ryk, któ­re­go dźwięk jest czymś po­śred­nim mię­dzy trą­bie­niem ko­pu­lu­ją­ce­go sło­nia a od­gło­sem wier­tar­ki elek­trycz­nej. Nie­rzad­ko roz­le­ga się, kie­dy nikt poza Jef­fem nie wi­dzi po­wo­du do śmie­chu. Po­zo­sta­je on nie­roz­wią­za­ną za­gad­ką; roz­mów­ca nie spo­dzie­wa się, że ktoś tak sku­pio­ny jak Jeff Bez­os może gruch­nąć ta­kim nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. Nikt z jego ro­dzi­ny nie za­cho­wu­je się w po­dob­ny spo­sób.

Pra­cow­ni­cy Ama­zo­na do­sko­na­le zna­ją śmiech sze­fa. Ten dźwięk wbi­ja im się w pierś, prze­ci­na roz­mo­wy ni­czym nóż i wgnia­ta w zie­mię. Co po­nie­któ­rzy su­ge­ru­ją, że do pew­ne­go stop­nia Bez­os robi to świa­do­mie, że po­słu­gu­je się nim jak orę­żem.

„Trud­no na ten śmiech nie zwró­cić uwa­gi – mówi Rick Dal­zell, były dy­rek­tor do spraw ko­mu­ni­ka­cji. – Jest jed­no­cze­śnie roz­bra­ja­ją­cy i bez­względ­ny. Tak jak­by szef chło­stał pra­cow­ni­ka za karę”.

Bez­os przez mi­nu­tę lub dwie czy­tał po ci­chu mój tekst, a po­tem omó­wi­li­śmy za­mie­rze­nia, któ­re przy­świe­ca­ły mi przy pi­sa­niu książ­ki: do­głęb­ne opi­sa­nie po raz pierw­szy hi­sto­rii Ama­zo­na od wpro­wa­dze­nia fir­my na no­wo­jor­ską gieł­dę na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku aż do dnia dzi­siej­sze­go. Roz­mo­wa trwa­ła go­dzi­nę. Mó­wi­li­śmy o waż­nych książ­kach po­świę­co­nych biz­nes­me­nom, któ­re mo­gły­by po­słu­żyć jako wzor­ce; wspo­mnie­li­śmy o bio­gra­fii Ste­ve’a Job­sa pió­ra Wal­te­ra Isa­ac­so­na, wy­da­nej wkrót­ce po przed­wcze­snej śmier­ci pre­ze­sa fir­my Ap­ple.

Zgo­dzi­li­śmy się tak­że, że nie jest to od­po­wied­ni mo­ment na na­pi­sa­nie książ­ki o Ama­zo­nie. (Wszy­scy, któ­rzy sprze­da­ją tę po­zy­cję – za­rów­no ko­rzy­sta­ją­cy ze zwy­kłych sie­ci dys­try­bu­cyj­nych, jak i sie­cio­wych – bez wąt­pie­nia mają wy­ro­bio­ne opi­nie o pod­mio­cie, o któ­rym opo­wia­da. Fran­cu­ski gi­gant me­dial­ny Ha­chet­te Li­vre, wła­ści­ciel wy­daw­nic­twa Lit­tle, Brown and Com­pa­ny, któ­re wy­da­ło ni­niej­szą książ­kę, nie­daw­no za­koń­czył przed ame­ry­kań­skim De­par­ta­men­tem Spra­wie­dli­wo­ści oraz try­bu­na­ła­mi ar­bi­tra­żo­wy­mi Unii Eu­ro­pej­skiej dłu­go­trwa­łe po­stę­po­wa­nie an­ty­mo­no­po­lo­we prze­ciw­ko Ama­zo­no­wi do­ty­czą­ce cen ksią­żek elek­tro­nicz­nych. Tak jak wie­le in­nych firm dzia­ła­ją­cych w sek­to­rach sprze­da­ży de­ta­licz­nej i me­dial­nym Ha­chet­te po­strze­ga Ama­zon jako do­mi­nu­ją­ce­go part­ne­ra han­dlo­we­go, a za­ra­zem groź­ne­go kon­ku­ren­ta. Na­tu­ral­nie Bez­os ma na ten te­mat swo­je zda­nie. „To nie Ama­zon od­dzia­łu­je na biz­nes sprze­da­ży ksią­żek – ma­wia w wy­wia­dach udzie­la­nych dzien­ni­ka­rzom i au­to­rom ksią­żek. – To przy­szłość im się kła­nia”).

W cią­gu mi­nio­nej de­ka­dy roz­ma­wia­łem z Bez­osem kil­ka­na­ście razy; na­sze roz­mo­wy są nie­zmien­nie oży­wio­ne, za­baw­ne i czę­sto prze­ry­wa­ne sal­wa­mi jego śmie­chu. Jest od­da­ny pra­cy i prze­peł­nio­ny ener­gią (je­śli ktoś spo­tka go w ko­ry­ta­rzu, nie­za­wod­nie zo­ba­czy, że Jeff nig­dy nie jeź­dzi win­dą, za­wsze wy­bie­ra scho­dy). Po­świę­ca roz­mów­cy całą uwa­gę i w prze­ci­wień­stwie do in­nych sze­fów wiel­kich firm nig­dy nie spra­wia wra­że­nia czło­wie­ka roz­tar­gnio­ne­go i za­ab­sor­bo­wa­ne­go in­ny­mi spra­wa­mi; za­wsze jed­nak krą­ży wo­kół usta­lo­nych przez sie­bie abs­trak­cyj­nych kwe­stii. Nie­któ­re z jego mak­sym są tak do­brze zna­ne, że moż­na by je od jego imie­nia na­zwać „jef­fi­zma­mi”. Nie­któ­re są w uży­ciu po­nad dzie­sięć lat i nic nie stra­ci­ły na ak­tu­al­no­ści.

„Je­śli chcesz po­znać praw­dę i do­wie­dzieć się, co nas wy­róż­nia, to po­słu­chaj. Je­ste­śmy na­praw­dę skon­cen­tro­wa­ni na klien­cie, na­praw­dę my­śli­my dłu­go­fa­lo­wo i je­ste­śmy na­praw­dę in­no­wa­cyj­ni. Więk­szość firm tak nie po­stę­pu­je. Sku­pia­ją się na kon­ku­ren­cji, a nie na klien­tach. Opra­co­wu­ją pro­duk­ty, któ­re przy­nio­są zy­ski za dwa, trzy lata, a je­że­li rzecz się nie spraw­dza, prze­cho­dzą do cze­goś no­we­go. Wolą też dep­tać kon­ku­ren­cji po pię­tach, niż wy­naj­do­wać nowe rze­czy, bo tak jest bez­piecz­niej.

Je­śli więc za­le­ży ci na praw­dzie o Ama­zo­nie, to róż­ni­ca mię­dzy nami a resz­tą po­le­ga wła­śnie na tym. Bar­dzo nie­wie­le firm ce­chu­je się tymi trze­ma wła­ści­wo­ścia­mi”.

Pod ko­niec trwa­ją­cej go­dzi­nę roz­mo­wy o książ­ce Bez­os oparł się na łok­ciach i za­py­tał: „Jak za­mie­rzasz so­bie po­ra­dzić z ilu­zją nar­ra­cyj­ną?”.

□   □   □

Ach tak, oczy­wi­ście, ilu­zja nar­ra­cyj­na. Przez chwi­lę po­ci­łem się ze stra­chu, tak jak od dwu­dzie­stu lat pocą się pra­cow­ni­cy Ama­zo­na, kie­dy nie­spo­dzie­wa­nie spa­da na nich py­ta­nie sze­fa ob­da­rzo­ne­go nad­zwy­czaj­ną in­te­li­gen­cją. Jeff Bez­os wy­ja­śnił mi, że ilu­zja nar­ra­cyj­na to ter­min, któ­re­go w 2007 roku użył Na­ssim Ni­cho­las Ta­leb w książ­ce Black Swan (Czar­ny ła­będź); cho­dzi o to, że lu­dzie mają bio­lo­gicz­ną skłon­ność do prze­twa­rza­nia ob­ra­zu skom­pli­ko­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści na prost­szy, bar­dziej uspo­ka­ja­ją­cy. Au­tor prze­ko­nu­je, że ogra­ni­cze­nia ludz­kie­go mó­zgu spra­wia­ją, że przed­sta­wi­cie­le na­sze­go ga­tun­ku łą­czą od­ręb­ne fak­ty i zda­rze­nia w cią­gi przy­czy­no­wo-skut­ko­we, a na­stęp­nie ukła­da­ją je w ła­twe do zro­zu­mie­nia nar­ra­cje. Po­zwa­la­ją one zda­niem Ta­le­ba chro­nić się lu­dziom przed przy­pad­ko­wo­ścią świa­ta, przed cha­osem, jaki sta­no­wi ludz­kie do­świad­cze­nie, oraz do pew­ne­go stop­nia przed nie­po­ko­ją­cym ele­men­tem szczę­śli­we­go zbie­gu oko­licz­no­ści, któ­ry jest skład­ni­kiem wszyst­kich suk­ce­sów i po­ra­żek.

Bez­os su­ge­ro­wał, że suk­ces Ama­zo­na może być taką wła­śnie zło­żo­ną hi­sto­rią. Nie ist­nie­je pro­ste wy­ja­śnie­nie spo­so­bu, w jaki wy­na­le­zio­no pew­ne pro­duk­ty, ta­kie jak Ama­zon Web Se­rvi­ces czy pio­nier­skie usłu­gi w chmu­rze, któ­re obec­nie sto­su­je wie­le firm in­ter­ne­to­wych.

„Kie­dy fir­ma wpa­da na po­mysł, jest to pro­ces cha­otycz­ny, nie ma w tym ele­men­tu na­głe­go olśnie­nia”.

Oba­wiał się, że zre­du­ko­wa­nie dzie­jów Ama­zo­na do pro­stej nar­ra­cji mo­gło­by spra­wić fał­szy­we wra­że­nie da­le­kiej od rze­czy­wi­sto­ści pro­sto­ty.

Na­ssim Ta­leb twier­dzi w swo­jej książ­ce – war­to nad­mie­nić, że całe kie­row­nic­two Ama­zo­na mu­sia­ło ją prze­czy­tać – że aby ustrzec się przed ilu­zją nar­ra­cyj­ną, trze­ba sta­wiać eks­pe­ry­men­to­wa­nie i spraw­dzal­ną wie­dzę po­nad snu­cie opo­wie­ści i po­le­ga­nie na pa­mię­ci. Dla po­cząt­ku­ją­ce­go pi­sa­rza naj­prak­tycz­niej­sze roz­wią­za­nie po­le­ga więc na tym, by wziąć ilu­zję nar­ra­cyj­ną pod uwa­gę i… pi­sać da­lej.

Za­czy­nam prze­to swo­ją opo­wieść od swo­iste­go de­men­ti. Po­mysł Ama­zo­na po­wstał w 1994 roku na czter­dzie­stym pię­trze wie­żow­ca w cen­trum No­we­go Jor­ku. Nie­speł­na dwa­dzie­ścia lat póź­niej fir­ma za­trud­nia­ła po­nad dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi i była jed­ną z naj­bar­dziej zna­nych na świe­cie; czę­sto za­chwy­ca­ła klien­tów bo­gac­twem asor­ty­men­tu, ni­ski­mi ce­na­mi i do­sko­na­łą ob­słu­gą, a jed­no­cze­śnie wy­mu­sza­ła na in­nych kon­cer­nach prze­kształ­ce­nia i do­pro­wa­dza­ła do roz­stro­ju ner­wo­we­go sze­fów oraz wła­ści­cie­li wie­lu re­no­mo­wa­nych kon­cer­nów na ca­łym świe­cie. Au­tor ni­niej­szej książ­ki po­dej­mu­je pró­bę opi­sa­nia, jak do tego do­szło. Po­wsta­ła ona na pod­sta­wie po­nad trzy­stu wy­wia­dów z obec­ny­mi i by­ły­mi człon­ka­mi kie­row­nic­twa oraz pra­cow­ni­ka­mi, a tak­że roz­mów z sa­mym Jef­fem Bez­osem, prze­pro­wa­dza­nych przez kil­ka lat. Osta­tecz­nie zgo­dził się on po­przeć pro­jekt, jak­kol­wiek stwier­dził, że jest jesz­cze zbyt wcze­śnie, by z na­my­słem spoj­rzeć na Ama­zon. Mimo to za­apro­bo­wał wie­le wy­wia­dów z per­so­ne­lem naj­wyż­sze­go szcze­bla swo­jej fir­my, człon­ka­mi ro­dzi­ny i zna­jo­my­mi, za co je­stem mu wdzięcz­ny. Czer­pa­łem tak­że z in­for­ma­cji na te­mat Ama­zo­na, ze­bra­nych w cią­gu pięt­na­stu lat pra­cy w „New­swe­eku”, „New York Ti­me­sie” i „Blo­om­berg Bu­si­nesswe­eku”.

Moim ce­lem było opo­wie­dzieć hi­sto­rię jed­ne­go z naj­więk­szych suk­ce­sów han­dlo­wych od cza­su, gdy Sam Wal­ton mknął spor­to­wym au­tem po ame­ry­kań­skim Po­łu­dniu i szu­kał miejsc do bu­do­wy przy­szłych pla­có­wek Wal­mar­ta. Jest to opo­wieść o uzdol­nio­nym dziec­ku, któ­re wy­ro­sło na nie­prze­cięt­nie ener­gicz­ne­go i wszech­stron­ne­go sze­fa fir­my, oraz o tym, jak on, jego ro­dzi­na i ko­le­dzy nie­ma­ło za­ry­zy­ko­wa­li i po­sta­wi­li na re­wo­lu­cyj­ną sieć kom­pu­te­ro­wą o na­zwie in­ter­net. Oraz na wiel­ką wi­zję skle­pu, w któ­rym moż­na ku­pić wszyst­ko.

CZĘŚĆ IWyznanie wiary

ROZDZIAŁ 1Dom kwantów

Za­nim Ama­zon.com stał się sa­mo­zwań­czą naj­więk­szą księ­gar­nią świa­ta i do­mi­nu­ją­cym su­per­skle­pem sie­cio­wym, ist­niał jako kon­cep­cja, któ­ra krą­ży­ła w po­wie­trzu w no­wo­jor­skich biu­rach jed­nej z naj­oso­bliw­szych firm na Wall Stre­et: D. E. Shaw & Co.

Fun­dusz hed­gin­go­wy DE­SCO, bo ta­kie­go skró­tu z pew­ną czu­ło­ścią uży­wa­li jego pra­cow­ni­cy, za­ło­żo­ny zo­stał w 1988 roku przez Da­vi­da E. Sha­wa, daw­niej pro­fe­so­ra in­for­ma­ty­ki na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Shaw wraz z in­ny­mi na­ukow­ca­mi za­ło­ży­cie­la­mi pio­nier­skich firm, ta­kich jak Re­na­is­san­ce Tech­no­lo­gies i Tu­dor In­ve­st­ment Cor­po­ra­tion, za­po­cząt­ko­wał wy­ko­rzy­sta­nie kom­pu­te­rów i skom­pli­ko­wa­nych rów­nań ma­te­ma­tycz­nych do wy­kry­wa­nia i ba­da­nia za­bu­rzeń na glo­bal­nych ryn­kach fi­nan­so­wych. Kie­dy cena ak­cji w Eu­ro­pie osią­ga­ła mi­ni­mal­nie wyż­szy po­ziom niż cena tych sa­mych pa­pie­rów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, spe­ce kom­pu­te­ro­wi z DE­SCO, któ­rzy prze­dzierz­gnę­li się w wo­jow­ni­ków Wall Stre­et, pi­sa­li od­po­wied­ni pro­gram, aby bły­ska­wicz­nie do­ko­ny­wać trans­ak­cji i wy­ko­rzy­sty­wać roz­bież­ność wy­cen.

Fi­nan­si­ści nie­wie­le wie­dzie­li o Da­vi­dzie E. Shaw, a na­uko­wiec chciał, aby tak po­zo­sta­ło. Fir­ma wo­la­ła dzia­łać w cie­niu, dys­po­nu­jąc ka­pi­ta­łem bo­ga­tych in­we­sto­rów, ta­kich jak mi­liar­der Do­nald Sus­sman i ro­dzi­na Tisch; cho­dzi­ło o to, by al­go­ryt­my wy­ko­rzy­sty­wa­ne do ope­ra­cji gieł­do­wych nie do­sta­ły się w ręce kon­ku­ren­cji. Shaw ży­wił głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że je­śli DE­SCO ma po­zo­stać pio­nie­rem no­wej me­to­dy in­we­sto­wa­nia, musi za­cho­wać swo­je osią­gnię­cia w ta­jem­ni­cy i nie ujaw­nić ry­wa­lom, w jaki spo­sób moż­na dzię­ki wy­ko­rzy­sta­niu kom­pu­te­rów za­ra­biać na gieł­dzie.

Da­vid Shaw wcho­dził w ży­cie w okre­sie, gdy na are­nę wkro­czy­ły nowe po­tęż­ne su­per­kom­pu­te­ry. Ty­tuł dok­tor­ski z in­for­ma­ty­ki zdo­był w 1980 roku w Stan­ford, a na­stęp­nie prze­niósł się do No­we­go Jor­ku i za­czął wy­kła­dać na Co­lum­bii. Na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych fir­my tech­no­lo­gicz­ne usi­ło­wa­ły wcią­gnąć go do sek­to­ra pry­wat­ne­go. Wy­na­laz­ca Dan­ny Hil­lis, za­ło­ży­ciel Thin­king Ma­chi­nes Cor­po­ra­tion, któ­ra pro­du­ko­wa­ła su­per­kom­pu­te­ry, a póź­niej je­den z naj­bliż­szych przy­ja­ciół Jef­fa Bez­osa, nie­omal na­mó­wił Sha­wa, by ten za­czął pro­jek­to­wać dla nie­go kom­pu­te­ry rów­no­le­głe. Shaw z wa­ha­niem przy­jął pro­po­no­wa­ną po­sa­dę, ale po­tem zmie­nił zda­nie i oznaj­mił Hil­li­so­wi, że chce za­jąć się czymś bar­dziej lu­kra­tyw­nym, a do pro­jek­to­wa­nia kom­pu­te­rów za­wsze może wró­cić, kie­dy już bę­dzie bo­ga­ty. Hil­lis na­ma­wiał go, mó­wiąc, że na­wet je­śli się wzbo­ga­ci – co uznał za mało praw­do­po­dob­ne – nig­dy nie po­wró­ci do in­for­ma­ty­ki. (Shaw za­jął się na po­wrót tą spe­cjal­no­ścią po tym, jak zo­stał mi­liar­de­rem i prze­ka­zał co­dzien­ne za­rzą­dza­nie fir­mą in­nym). „Po­peł­ni­łem nie­bo­tycz­ny błąd i w jed­nym, i w dru­gim wzglę­dzie”, przy­zna­je dzi­siaj Hil­lis.

Bank Mor­gan Stan­ley w 1986 roku osta­tecz­nie zdo­łał od­cią­gnąć Sha­wa od pra­cy aka­de­mic­kiej; na­uko­wiec do­łą­czył do słyn­ne­go ze­spo­łu opra­co­wu­ją­ce­go pro­gra­my do ocen sta­ty­stycz­nych, zwią­za­nych ze zauto­ma­ty­zo­wa­nym han­dlem. Coś jed­nak cią­gnę­ło go do roz­po­czę­cia wła­snej dzia­łal­no­ści. Od­szedł z Mor­gan Stan­ley w 1988 roku i z dwu­dzie­sto­ma ośmio­ma mi­lio­na­mi do­la­rów za­in­we­sto­wa­ny­mi przez Do­nal­da Sus­sma­na za­ło­żył fir­mę nad ko­mu­ni­stycz­ną księ­gar­nią w West Vil­la­ge na Man­hat­ta­nie.

Fir­ma D. E. Shaw mia­ła w za­ło­że­niu róż­nić się od in­nych firm in­we­sty­cyj­nych z Wall Stre­et. Shaw nie za­trud­nił fi­nan­si­stów, lecz na­ukow­ców i ma­te­ma­ty­ków – wy­bit­ne umy­sły, aka­de­mi­ków ze zna­ko­mi­ty­mi osią­gnię­cia­mi w swo­ich dzie­dzi­nach, któ­rzy cha­rak­te­ry­zo­wa­li się tak­że spo­rą dozą spo­łecz­ne­go nie­przy­sto­so­wa­nia. „Da­vid chciał w na­uko­wy spo­sób za­prząc po­tę­gę tech­ni­ki i in­for­ma­ty­ki sto­so­wa­nej do dzia­łal­no­ści fi­nan­so­wej”, wy­ja­śnia Bob Gel­fond, któ­ry do­łą­czył do DE­SCO po tym, jak fir­ma prze­pro­wa­dzi­ła się do lo­ftu przy Park Ave­nue So­uth. „Spo­glą­dał na Gold­man Sachs i pra­gnął stwo­rzyć fir­mę, któ­ra sta­nie się jed­ną z ikon Wall Stre­et”.

Da­vid Shaw wpro­wa­dził do za­rzą­dza­nia swo­im przed­się­bior­stwem ele­ment bez­względ­ne­go roz­sąd­ku. Re­gu­lar­nie wy­sy­łał do pra­cow­ni­ków okól­ni­ki, w któ­rych przy­po­mi­nał, by pi­sa­li na­zwę fir­my w ści­śle okre­ślo­ny spo­sób: wsta­wia­jąc spa­cję mię­dzy ini­cja­ły D i E. Usta­lił re­gu­łę wy­ma­ga­ją­cą, by przy opi­sy­wa­niu dzia­łal­no­ści fir­my każ­dy sto­so­wał okre­ślo­ne fra­zy w ro­dza­ju „ob­rót ak­cja­mi, ob­li­ga­cja­mi, in­stru­men­ta­mi fi­nan­so­wy­mi typu fu­tu­res, opcja­mi oraz in­ny­mi in­stru­men­ta­mi fi­nan­so­wy­mi” – do­kład­nie w ta­kiej ko­lej­no­ści.

Na­rzu­co­ne przez sze­fa ry­go­ry do­ty­czy­ły tak­że bar­dziej kon­kret­nych kwe­stii: każ­dy z za­trud­nio­nych uczo­nych mógł pro­po­no­wać wła­sne po­my­sły in­stru­men­tów fi­nan­so­wych, lecz mu­sia­ły one przejść szcze­gó­ło­we ba­da­nia na­uko­we i te­sty sta­ty­stycz­ne po­twier­dza­ją­ce za­sad­ność kon­cep­cji.

W 1991 roku szyb­ko ro­sną­ca fir­ma D. E. Shaw prze­nio­sła się na naj­wyż­sze pię­tro dra­pa­cza chmur w cen­trum Man­hat­ta­nu od­le­głe­go o jed­ną prze­czni­cę od Ti­mes Squ­are. W nie­sza­blo­no­wych, ską­po ume­blo­wa­nych biu­rach fir­my, za­pro­jek­to­wa­nych przez ar­chi­tek­ta Ste­ve­na Hol­la, zna­la­zło się miej­sce na pię­tro­wy hol z ko­lo­ro­wy­mi świa­tła­mi, któ­re przez wy­cię­te otwo­ry pa­da­ły na ol­brzy­mie bia­łe ścia­ny. Je­sie­nią Shaw zor­ga­ni­zo­wał bal po­łą­czo­ny ze zbie­ra­niem fun­du­szy na kam­pa­nię pre­zy­denc­ką Bil­la Clin­to­na, na któ­rym po­ja­wi­ła się mię­dzy in­ny­mi Ja­cqu­eli­ne Onas­sis. Wej­ście kosz­to­wa­ło ty­siąc do­la­rów. Pra­cow­ni­ków po­pro­szo­no, by wie­czo­rem dnia po­prze­dza­ją­ce­go im­pre­zę wy­nie­śli się z biur. Jeff Bez­os, je­den z naj­młod­szych wi­ce­pre­ze­sów fir­my, po­szedł z ko­le­ga­mi grać w siat­ków­kę, lecz naj­pierw zro­bił so­bie zdję­cie z przy­szłym pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni wów­czas Bez­os miał metr sie­dem­dzie­siąt trzy wzro­stu, za­czy­nał już ły­sieć i wy­glą­dał jak za­go­rza­ły, pod­nisz­czo­ny wy­sił­kiem pra­co­ho­lik. Spę­dził na Wall Stre­et sie­dem lat i wszyst­kim, któ­rzy go zna­li, za­im­po­no­wał prze­ni­kli­wym in­te­lek­tem i bez­gra­nicz­ną de­ter­mi­na­cją. Po ukoń­cze­niu Prin­ce­ton w 1986 roku pra­co­wał z dwoj­giem pro­fe­so­rów w fir­mie o na­zwie Fi­tel, któ­ra two­rzy­ła pry­wat­ną trans­atlan­tyc­ką sieć kom­pu­te­ro­wą dla ma­kle­rów gieł­do­wych. Gra­cie­la Chi­chil­ni­sky, jed­na z za­ło­ży­cie­lek fir­my i sze­fo­wa Bez­osa, pa­mię­ta zdol­ne­go i peł­ne­go za­pa­łu chło­pa­ka, któ­ry pra­co­wał nie­stru­dze­nie i kie­ro­wał dzia­łal­no­ścią fir­my w Lon­dy­nie i w To­kio. „Nie przej­mo­wał się tym, co my­ślą inni – wspo­mi­na pani Chi­chil­ni­sky. – Wy­star­czy­ło po­sta­wić mu so­lid­ne za­da­nie in­te­lek­tu­al­ne, a on roz­gry­zał je i znaj­do­wał roz­wią­za­nie”.

W 1988 roku Bez­os prze­niósł się do Ban­kers Trust, nie­ste­ty, był już wte­dy sfru­stro­wa­ny; uwa­żał, że fir­my dzia­ła­ją tak jak wiel­kie in­sty­tu­cje i ce­chu­je je nie­chęć do pod­wa­że­nia ist­nie­ją­ce­go sta­tus quo. Za­czy­nał szu­kać oka­zji, by otwo­rzyć wła­sne przed­się­bior­stwo. W la­tach 1989–1990 przez kil­ka mie­się­cy w wol­nych chwi­lach współ­dzia­łał z Hal­sey­em Mi­no­rem, mło­dym pra­cow­ni­kiem Mer­rill Lynch, któ­ry póź­niej za­ło­żył in­ter­ne­to­wy ser­wis in­for­ma­cyj­ny CNET. Pró­bo­wa­li otwo­rzyć fir­mę, któ­rej dzia­łal­ność mia­ła po­le­gać na wy­sy­ła­niu od­bior­com sper­so­na­li­zo­wa­nych ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych za po­śred­nic­twem fak­sów; jed­nak przed­się­wzię­cie upa­dło, kie­dy Mer­rill Lynch wy­co­fał się z obiet­ni­cy fi­nan­so­wa­nia. Mimo po­raż­ki Bez­os za­im­po­no­wał tym, któ­rzy go po­zna­li. Mi­nor przy­po­mi­na so­bie, że Bez­os przyj­rzał się do­kład­nie kil­ku bo­ga­tym biz­nes­me­nom i jego szcze­gól­ny po­dziw wzbu­dził Frank Me­eks, przed­się­bior­ca z Wir­gi­nii, któ­ry do­ro­bił się for­tu­ny na fran­szy­zie pla­có­wek Do­mi­no’s Piz­za. Bez­os ce­nił rów­nież pio­nie­ra in­for­ma­ty­ki Ala­na Kaya i czę­sto po­wta­rzał jego po­wie­dze­nie „Punkt wi­dze­nia wart jest osiem­dzie­siąt punk­tów IQ”; ozna­cza­ło ono, że spoj­rze­nie na ja­kąś kwe­stię w no­wa­tor­ski spo­sób po­tę­gu­je moż­li­wo­ści in­te­lek­tu­al­ne. „Uczył się od każ­de­go – opo­wia­da Mi­nor. – Wy­da­je mi się, że Jeff wy­ko­rzy­stał do mak­si­mum moż­li­wość na­ucze­nia się cze­goś od każ­dej oso­by, z któ­rą się ze­tknął”.

Bez­os szy­ko­wał się do de­fi­ni­tyw­ne­go odej­ścia z Wall Stre­et, kie­dy ja­kiś łow­ca głów na­mó­wił go na spo­tka­nie z sze­fa­mi zaj­mu­ją­cej się fi­nan­sa­mi fir­my o nad­zwy­czaj­nym ro­do­wo­dzie. Bez­os po­wie póź­niej, że w Da­vi­dzie Shaw zna­lazł brat­nią du­szę w in­te­re­sach; „Jest jed­nym z nie­wie­lu zna­nych mi lu­dzi, któ­rzy mają w peł­ni roz­wi­nię­te obie pół­ku­le mó­zgu”1.

W DE­SCO Bez­os wy­róż­nił się wie­lo­ma uni­kal­ny­mi ce­cha­mi, któ­re mie­li póź­niej oka­zję za­ob­ser­wo­wać jego pra­cow­ni­cy w Ama­zo­nie. Był zdy­scy­pli­no­wa­ny oraz do­kład­ny i sta­le za­pi­sy­wał po­my­sły w no­tat­ni­ku, któ­ry ze sobą no­sił, jak­by w oba­wie, że ule­cą my z gło­wy, je­śli ich nie za­re­je­stru­je na pa­pie­rze. Szyb­ko od­rzu­cał sta­re po­ję­cia na ja­kiś te­mat i przyj­mo­wał nowe, lep­sze, kie­dy tyl­ko się po­ja­wia­ły. Już wte­dy try­skał chło­pię­cym en­tu­zja­zmem i w sa­mym środ­ku roz­mo­wy nie­spo­dzie­wa­nie wy­bu­chał śmie­chem, z któ­re­go póź­niej miał za­sły­nąć.

Do wszyst­kie­go pod­cho­dził ana­li­tycz­nie, nie wy­łą­cza­jąc sy­tu­acji to­wa­rzy­skich. Był wów­czas sam i za­pi­sał się na kurs tań­ca to­wa­rzy­skie­go; uwa­żał, że dzię­ki temu bę­dzie miał oka­zję po­zna­wać wię­cej ko­biet. Sław­ne sta­ły się jego sło­wa o tym, że chce „spo­tę­go­wać prze­pływ sub­stan­cji żeń­skiej”2; jest to od­po­wied­nik sto­so­wa­ne­go przez ban­kie­rów z Wall Stre­et okre­śle­nia „prze­pływ trans­ak­cji”. Jeff Hol­den, któ­ry pra­co­wał z nim naj­pierw w D. E. Shaw & Co., a póź­niej w Ama­zo­nie, mówi o nim tak: „Nie znam dru­giej oso­by, któ­ra tak kon­se­kwent­nie sto­su­je in­tro­spek­cję. Do wszyst­kie­go, co się dzie­je, pod­cho­dzi bar­dzo me­to­dycz­nie”.

W fir­mie in­we­sty­cyj­nej D. E. Shaw nie uzna­wa­no zbęd­nych for­mal­no­ści ce­chu­ją­cych inne pod­mio­ty tego ro­dza­ju na Wall Stre­et; pa­no­wał w niej kli­mat po­dob­ny do tego, któ­ry cha­rak­te­ry­zu­je no­wi­cju­szy z Do­li­ny Krze­mo­wej. Pra­cow­ni­cy ubie­ra­li się w dżin­sy lub bo­jów­ki w ko­lo­rze kha­ki, nie no­si­li gar­ni­tu­rów ani kra­wa­tów; nie pa­no­wa­ła tam struk­tu­ra hie­rar­chicz­na, jed­nak klu­czo­we in­for­ma­cje do­ty­czą­ce trans­ak­cji han­dlo­wych były utrzy­my­wa­ne w ści­słej ta­jem­ni­cy. Bez­oso­wi przy­pa­dła do gu­stu kon­cep­cja nie­koń­czą­ce­go się dnia ro­bo­cze­go; na pa­ra­pe­cie jego ga­bi­ne­tu za­wsze le­żał zwi­nię­ty śpi­wór i ma­te­rac pian­ko­wy, na wy­pa­dek gdy­by mu­siał spę­dzić noc w fir­mie. Ni­cho­las Lo­ve­joy, któ­ry póź­niej miał z nim pra­co­wać w Ama­zo­nie, uwa­ża, że śpi­wór był „uży­tecz­nym re­kwi­zy­tem”. Po wyj­ściu z biu­ra Bez­os i jego ko­le­dzy z DE­SCO czę­sto wspól­nie spę­dza­li czas, do świ­tu gra­jąc w tryk­tra­ka lub bry­dża, zwy­kle na pie­nią­dze.

Fir­ma za­czę­ła się roz­ra­stać, a Da­vid Shaw za­sta­na­wiał się, jak po­sze­rzyć za­so­by uta­len­to­wa­nych pra­cow­ni­ków. Po­sta­no­wił wyjść poza krąg nauk ści­słych i za­czął po­szu­ki­wa­nia wśród tych, któ­rych okre­ślił mia­nem „wszech­stron­nie ob­la­ta­nych”; byli to nie­daw­ni ab­sol­wen­ci uczel­ni ma­ją­cy na dy­plo­mach naj­lep­sze oce­ny i wy­ka­zu­ją­cy szcze­gól­ne zdol­no­ści w okre­ślo­nych dzie­dzi­nach. Fir­ma za­rzu­ci­ła tak­że sie­ci na sty­pen­dy­stów Ful­bri­gh­ta oraz pry­mu­sów naj­lep­szych uczel­ni, roz­sy­ła­jąc do nich set­ki li­stów; ad­re­sa­ci znaj­do­wa­li w nich in­for­ma­cje o fir­mie oraz zda­nie: „Pro­wa­dzi­my re­kru­ta­cję, nie wsty­dząc się tego, że kie­ru­je­my się dą­że­niem do eli­tar­no­ści”.

Tym spo­śród ad­re­sa­tów, któ­rzy wy­róż­nia­li się naj­wyż­szy­mi śred­ni­mi ocen i wy­ni­ka­mi te­stów, fun­do­wa­no prze­lot sa­mo­lo­tem do No­we­go Jor­ku, gdzie przez cały dzień od­by­wa­no z nimi wy­czer­pu­ją­ce roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne. Pra­cow­ni­cy fir­my z lu­bo­ścią za­da­wa­li kan­dy­da­tom wzię­te z su­fi­tu py­ta­nia w ro­dza­ju: „Ile jest fak­sów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych?”. Cho­dzi­ło o to, by spraw­dzić, jak po­dej­dą do roz­wią­za­nia trud­ne­go pro­ble­mu. Po sze­re­gu roz­mów wszy­scy uczest­ni­cy pro­ce­su re­kru­ta­cyj­ne­go zbie­ra­li się i wy­sta­wia­li każ­de­mu kan­dy­da­to­wi jed­ną z czte­rech opi­nii: zde­cy­do­wa­ne nie, ra­czej nie, ra­czej tak, zde­cy­do­wa­nie tak. Je­den głos na nie ozna­czał utrą­ce­nie kan­dy­da­ta.

Bez­os prze­nie­sie póź­niej tę pro­ce­du­rę, a tak­że nie­któ­re inne me­to­dy kie­row­ni­cze Sha­wa, do Se­at­tle. Na­wet obec­nie pra­cow­ni­cy Ama­zo­na po­słu­gu­ją się tymi sa­my­mi ka­te­go­ria­mi, gło­su­jąc za przy­ję­ciem bądź od­rzu­ce­niem kan­dy­da­ta do pra­cy w fir­mie.

Za­kro­jo­ny na dużą ska­lę pro­ces re­kru­ta­cyj­ny za­sto­so­wa­ny w DE­SCO do­sko­na­le od­po­wia­dał men­tal­no­ści Bez­osa; przy­cią­gnął na­wet oso­bę, z któ­rą się póź­niej zwią­zał. Mac­Ken­zie Tut­tle, któ­ra w 1992 roku ukoń­czy­ła fi­lo­lo­gię an­giel­ską w Prin­ce­ton – stu­dio­wa­ła mię­dzy in­ny­mi pod kie­run­kiem pi­sar­ki Toni Mor­ri­son – zna­la­zła za­trud­nie­nie w fun­du­szu hed­gin­go­wym jako asy­stent­ka, a na­stęp­nie za­czę­ła pra­co­wać u boku Bez­osa. Lo­ve­joy pa­mię­ta, jak ten pew­ne­go wie­czo­ru wy­na­jął li­mu­zy­nę i za­pro­sił kil­ko­ro ko­le­gów do noc­ne­go klu­bu. „Po­dej­mo­wał gru­pę, lecz był wy­raź­nie skon­cen­tro­wa­ny na Mac­Ken­zie”.

Tut­tle zaś wy­zna póź­niej, że to ona za­gię­ła pa­rol na Bez­osa, a nie od­wrot­nie. „Mój ga­bi­net są­sia­do­wał z jego ga­bi­ne­tem, więc przez cały dzień słu­cha­łam tego cu­dow­ne­go śmie­chu – opo­wia­da­ła w wy­wia­dzie dla ma­ga­zy­nu »Vo­gue« w 2012 roku.

– Jak mo­głam się w tym ra­do­snym śmie­chu nie za­ko­chać?”.

Kam­pa­nię pod­bo­ju roz­po­czę­ła od za­pro­sze­nia go na lunch. Za­rę­czy­li się trzy mie­sią­ce po tym, jak za­czę­li się spo­ty­kać, a ko­lej­ne trzy mie­sią­ce póź­niej wzię­li ślub3. We­se­le od­by­ło się w 1993 roku w Bre­akers, ku­ror­cie w West Palm Be­ach; była za­ba­wa dla do­ro­słych go­ści oraz noc­ne przy­ję­cie obok ho­te­lo­we­go ba­se­nu. Spo­śród pra­cow­ni­ków fir­my D. E. Shaw obec­ni byli Bob Gel­fond i pro­gra­mi­sta kom­pu­te­ro­wy Tom Ka­rzes.

Fir­ma DE­SCO roz­ra­sta­ła się w bły­ska­wicz­nym tem­pie i co­raz trud­niej było nią za­rzą­dzać. Kil­ku ko­le­gów Bez­osa pa­mię­ta, że D. E. Shaw spro­wa­dził kon­sul­tan­ta od za­rzą­dza­nia, któ­ry prze­pro­wa­dził wśród człon­ków kie­row­nic­twa ba­da­nie oso­bo­wo­ści me­to­dą My­er­sa-Brig­g­sa. Wszy­scy oka­za­li się in­tro­wer­ty­ka­mi, co nie po­win­no dzi­wić. Oso­bą wy­ka­zu­ją­cą naj­mniej cech in­tro­wer­tycz­nych był Jeff Bez­os. Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w fir­mie in­we­sty­cyj­nej D. E. Shaw uwa­ża­no go wręcz za wzór eks­tra­wer­ty­ka.

□   □   □

Miał wro­dzo­ne ce­chy przy­wód­cze. W 1993 roku kie­ro­wał na od­le­głość dzia­ła­ją­cą w Chi­ca­go fi­lią fir­my han­dlu­ją­cą opcja­mi; nad­zo­ro­wał słyn­ną ope­ra­cję wy­mia­ny czę­ści ak­cji, któ­ra po­zwo­li­ła drob­nym in­we­sto­rom sprze­da­wać i ku­po­wać pa­pie­ry bez pła­ce­nia pro­wi­zji no­wo­jor­skiej gieł­dzie4. „Bez­os wy­ka­zał się przy tym pro­jek­cie nie­zwy­kłą siłą prze­ko­ny­wa­nia. Wszy­scy wi­dzie­li, że jest cha­ry­zma­tycz­nym przy­wód­cą”, re­la­cjo­nu­je Brian Marsh, pro­gra­mi­sta, któ­ry bę­dzie póź­niej pra­co­wał w Ama­zo­nie. Od­dział Bez­osa sta­le mu­siał jed­nak sta­wiać czo­ło wy­zwa­niom. Do­mi­nu­ją­cą po­zy­cją w tym seg­men­cie ryn­ku cie­szył się nie­ja­ki Ber­nard Ma­doff (twór­ca ogrom­nej pi­ra­mi­dy fi­nan­so­wej Pon­zie­go, któ­ra zo­sta­ła zde­ma­sko­wa­na w 2008 roku). Jego od­dział po­za­gieł­do­we­go han­dlu ak­cja­mi za­po­cząt­ko­wał ten ro­dzaj dzia­łal­no­ści i za­cho­wał czo­ło­wą po­zy­cję na ryn­ku. Bez­os i człon­ko­wie jego dzia­łu, spo­glą­da­jąc przez okna ga­bi­ne­tów po­nad da­cha­mi mia­sta, wi­dzie­li biu­ra Ma­dof­fa w wie­żow­cu Lip­stick w East Side.

Śro­do­wi­sko fi­nan­si­stów z Wall Stre­et po­strze­ga­ło fir­mę D. E. Shaw jako bar­dzo ta­jem­ni­czy fun­dusz hed­gin­go­wy, jed­nak sami jego pra­cow­ni­cy nie po­dzie­la­li tej opi­nii. Da­vid Shaw uwa­żał, że jego fir­ma nie jest tak na­praw­dę fun­du­szem in­we­sty­cyj­nym, lecz wszech­stron­nym la­bo­ra­to­rium tech­nicz­nym za­trud­nia­ją­cym in­no­wa­to­rów i uta­len­to­wa­nych in­ży­nie­rów, któ­rzy po­tra­fią wy­ko­rzy­stać in­for­ma­ty­kę do roz­wią­zy­wa­nia wie­lu róż­no­ra­kich za­dań5. In­we­sto­wa­nie było je­dy­nie pierw­szą spo­śród dzie­dzin, w któ­rych jego pra­cow­ni­cy mo­gli wy­ko­rzy­stać swo­je po­nad­prze­cięt­ne kom­pe­ten­cje.

W 1994 roku nie­licz­ne gro­no lu­dzi z bli­ska ob­ser­wu­ją­cych ry­nek za­uwa­ży­ło moż­li­wo­ści, któ­re stwa­rza­ła roz­wi­ja­ją­ca się sieć in­ter­ne­to­wa; Shaw stwier­dził, że jego fir­ma dys­po­nu­je je­dy­nym w swo­im ro­dza­ju po­ten­cja­łem umoż­li­wia­ją­cym wy­ko­rzy­sta­nie no­we­go środ­ka ko­mu­ni­ka­cji. Tym, któ­ry z jego na­masz­cze­nia miał po­kie­ro­wać zmie­rza­ją­cy­mi ku temu wy­sił­ka­mi fir­my, był Jeff Bez­os.

Fun­dusz D. E. Shaw był w ide­al­nej sy­tu­acji, aby sko­rzy­stać z do­bro­dziejstw sie­ci kom­pu­te­ro­wej. Więk­szość pra­cow­ni­ków nie uży­wa­ła zwy­kłych fir­mo­wych ter­mi­na­li słu­żą­cych do wy­ko­ny­wa­nia trans­ak­cji han­dlo­wych, lecz sta­cji ro­bo­czych Sun z do­stę­pem do in­ter­ne­tu; ko­rzy­sta­li z ów­cze­snych pro­gra­mów, ta­kich jak Go­pher, Use­net, e-mail oraz Mo­sa­ic, któ­ry był jed­ną z pierw­szych prze­glą­da­rek sie­cio­wych. Do­ku­men­ty pi­sa­li w aka­de­mic­kim pro­gra­mie na­rzę­dzio­wym o na­zwie La­TeX, któ­re­go Bez­os nie chciał uży­wać, twier­dząc, że jest nad­mier­nie skom­pli­ko­wa­ny. Fir­ma D. E. Shaw jako jed­na z pierw­szych na Wall Stre­et za­re­je­stro­wa­ła swój ad­res URL. W in­ter­ne­to­wej ba­zie da­nych moż­na zna­leźć za­pi­sy świad­czą­ce o tym, że do­me­na De­shaw.com zo­sta­ła utwo­rzo­na w 1992 roku. Gold­man Sachs za­re­je­stro­wał swo­ją do­me­nę w 1995 roku, a Mor­gan Stan­ley rok póź­niej.

Shaw, któ­ry uży­wał in­ter­ne­tu i jego po­przed­ni­ka o na­zwie AR­PA­NET jesz­cze jako wy­kła­dow­ca aka­de­mic­ki, z en­tu­zja­zmem od­no­sił się do ko­mer­cyj­nych i spo­łecz­nych kon­se­kwen­cji po­wsta­nia jed­nej glo­bal­nej sie­ci kom­pu­te­ro­wej. Bez­os po raz pierw­szy ze­tknął się z in­ter­ne­tem w cza­sie za­jęć z astro­fi­zy­ki w Prin­ce­ton w 1985 roku, lecz o jego po­ten­cja­le ko­mer­cyj­nym za­czął my­śleć do­pie­ro po roz­po­czę­ciu pra­cy w DE­SCO. Shaw i Bez­os co ty­dzień spo­ty­ka­li się na kil­ka go­dzin, aby wy­mie­niać się po­my­sła­mi do­ty­czą­cy­mi nad­cho­dzą­cej no­wej fali tech­no­lo­gicz­nej, a póź­niej Bez­os ba­dał moż­li­wość ich prak­tycz­ne­go wdro­że­nia6.

Na po­cząt­ku 1994 roku z ich dys­ku­sji, a tak­że roz­mów z in­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi fir­my, wy­ło­ni­ło się kil­ka wstęp­nych pla­nów za­sto­so­wań ko­mer­cyj­nych sie­ci. Jed­nym z nich była kon­cep­cja dar­mo­we­go ser­wi­su pocz­to­we­go dla klien­tów, za­ra­bia­ją­ce­go na re­kla­mie; na ta­kiej za­sa­dzie dzia­ła­ją Gma­il oraz Yahoo Mail. DE­SCO roz­wi­nę­ła ten po­mysł w fir­mę o na­zwie Juno, któ­ra we­szła na ry­nek w roku 1999 i wkrót­ce po­tem po­łą­czy­ła się ze swo­im kon­ku­ren­tem Net­Ze­ro.

Dru­gie roz­wią­za­nie mia­ło po­le­gać na tym, by stwo­rzyć nowy ro­dzaj usłu­gi fi­nan­so­wej, któ­ra po­zwa­la­ła­by użyt­kow­ni­kom in­ter­ne­tu han­dlo­wać w sie­ci ak­cja­mi i ob­li­ga­cja­mi. W 1995 roku Shaw stwo­rzył fi­lię swo­jej fir­my na­zwa­ną Far­Si­ght Fi­nan­cial Se­rvi­ces, któ­ra sta­ła się pre­kur­so­rem ta­kich firm jak E-Tra­de. Sprze­dał ją póź­niej ban­ko­wi in­we­sty­cyj­ne­mu Mer­rill Lynch.

Shaw i Bez­os roz­ma­wia­li tak­że o in­nym po­my­śle, któ­re­mu nada­li wstęp­ną na­zwę „uni­wer­sal­ny sklep”.

□   □   □

Kil­ku pra­cow­ni­ków DE­SCO zaj­mu­ją­cych wów­czas kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska w fir­mie wspo­mi­na, że kon­cep­cja skle­pu była pro­sta: miał to być in­ter­ne­to­wy po­śred­nik mię­dzy klien­ta­mi a pro­du­cen­ta­mi, sprze­da­ją­cy nie­mal wszyst­kie ro­dza­je pro­duk­tów na ca­łym świe­cie. Jed­nym z waż­nych ele­men­tów tej wstęp­nej wi­zji był po­mysł, aby klien­ci wy­sta­wia­li pi­sem­ną oce­nę każ­de­go to­wa­ru; by­ła­by to bar­dziej ega­li­tar­na i wia­ry­god­na wer­sja sta­re­go prze­glą­du ka­ta­lo­go­we­go Mont­go­me­ry Ward. W wy­wia­dzie dla „New York Ti­mes Ma­ga­zi­ne” w 1999 roku Shaw po­twier­dził, że po­mysł skle­pu in­ter­ne­to­we­go za­kieł­ko­wał w jego fir­mie: „Od po­cząt­ku wia­do­mo było, że ktoś bę­dzie za­ra­biał na po­śred­nic­twie. Klu­czo­we py­ta­nie brzmia­ło: kto zo­sta­nie owym po­śred­ni­kiem?”7.

Za­in­try­go­wa­ny prze­ko­na­niem Sha­wa o tym, że in­ter­net w spo­sób nie­uchron­ny sta­nie się waż­nym zja­wi­skiem, Bez­os za­czął ba­dać jego roz­wój. Za­miesz­ka­ły w Tek­sa­sie pi­sarz i pu­bli­cy­sta John Qu­ar­ter­man stwo­rzył nie­co wcze­śniej „Ma­trix News”, mie­sięcz­ny biu­le­tyn, w któ­rym opi­sy­wał za­le­ty in­ter­ne­tu i wią­żą­ce się z nim moż­li­wo­ści ko­mer­cyj­ne. Szcze­gól­nie in­try­gu­ją­ce oka­za­ło się ze­sta­wie­nie liczb za­miesz­czo­ne w wy­da­niu z lu­te­go 1994 roku. Qu­ar­ter­man po raz pierw­szy do­ko­nał ana­li­zy ist­nie­ją­cej od roku glo­bal­nej sie­ci i stwier­dził, że jej pro­sty, przy­ja­zny in­ter­fejs od­po­wia­da sze­ro­kiej rze­szy użyt­kow­ni­ków bar­dziej niż inne tech­no­lo­gie in­ter­ne­to­we. W jed­nej z ta­bel po­ka­zał, że licz­ba baj­tów, czy­li cyfr bi­nar­nych prze­sła­nych za po­śred­nic­twem sie­ci od stycz­nia 1993 do stycz­nia 1994 roku, wzro­sła 2057 razy. Inna ta­be­la świad­czy­ła o tym, że licz­ba pa­kie­tów – jed­no­stek da­nych – prze­sła­nych w sie­ci w tym sa­mym okre­sie sko­czy­ła aż 2560 razy8.

Z da­nych tych Bez­os wy­snuł wnio­sek, że w cią­gu roku ak­tyw­ność w sie­ci kom­pu­te­ro­wej wzro­sła oko­ło 2300 razy, czy­li o 230 ty­się­cy pro­cent. „Ta­kie wzro­sty się nie zda­rza­ją – po­wie póź­niej. – To było coś nie­zwy­kłe­go. Za­czą­łem za­da­wać so­bie py­ta­nie: w jaki spo­sób moż­na ko­mer­cyj­nie wy­ko­rzy­stać ten po­ten­cjał?”9. (W pierw­szych la­tach dzia­łal­no­ści Ama­zo­na Bez­os ma­wiał, że to wła­śnie ten gi­gan­tycz­ny rocz­ny wzrost – o 2300 pro­cent – wy­trą­cił go z sa­mo­za­do­wo­le­nia. Moż­na z tego wy­snuć cie­ka­wy przy­czy­nek hi­sto­rycz­ny: dzie­je fir­my Ama­zon za­czy­na­ją się od błę­du ma­te­ma­tycz­ne­go).

Bez­os do­szedł do wnio­sku, że stwo­rze­nie uni­wer­sal­ne­go skle­pu, przy­najm­niej na po­cząt­ku, by­ło­by nie­wy­ko­nal­ne. Spo­rzą­dził li­stę dwu­dzie­stu pro­duk­tów, wśród któ­rych zna­la­zły się pro­gra­my kom­pu­te­ro­we, ma­te­ria­ły biu­ro­we, odzież oraz na­gra­nia mu­zycz­ne. W koń­cu przy­szło mu na myśl, że naj­lep­szy to­war, jaki moż­na w taki spo­sób sprze­da­wać, sta­no­wią książ­ki. Eg­zem­plarz książ­ki w jed­nej księ­gar­ni jest iden­tycz­ny z tym, któ­ry moż­na ku­pić w in­nej, to­też ku­pu­ją­cy za­wsze wie, co otrzy­mu­je. W tym cza­sie ist­nie­li dwaj czo­ło­wi dys­try­bu­to­rzy ksią­żek, In­gram oraz Ba­ker and Tay­lor, za­tem nowa sieć de­ta­licz­na nie mu­sia­ła zwra­cać się in­dy­wi­du­al­nie do każ­de­go z ty­się­cy wy­daw­ców. A co waż­niej­sze, na świe­cie ist­nia­ły trzy mi­lio­ny wy­dru­ko­wa­nych ksią­żek, o wie­le wię­cej niż su­per­skle­py Bar­nes & No­ble czy Bor­ders mo­gły po­mie­ścić w swo­ich ma­ga­zy­nach.

Nie mógł otwo­rzyć praw­dzi­we­go skle­pu ze wszyst­ki­mi ar­ty­ku­ła­mi, lecz zdo­łał uchwy­cić jego isto­tę – nie­ogra­ni­czo­ny wy­bór – przy­najm­niej w jed­nej ka­te­go­rii pro­duk­tów. „Ma­jąc do dys­po­zy­cji ogrom­ny asor­ty­ment, moż­na było stwo­rzyć sklep sie­cio­wy, któ­ry w in­nej for­mie nie mógł­by ist­nieć – mówi Bez­os. – Praw­dzi­wy su­per­sklep ofe­ru­ją­cy klien­tom ol­brzy­mi wy­bór to­wa­rów i moż­li­wość ich oce­ny”10.

Bez­os, któ­ry zaj­mo­wał biu­ro na czter­dzie­stym pię­trze wie­żow­ca przy Za­chod­niej Czter­dzie­stej Pią­tej Uli­cy pod nu­me­rem 120, z tru­dem ha­mo­wał en­tu­zjazm. Ra­zem z sze­fem dzia­łu re­kru­ta­cji w DE­SCO Char­le­sem Ar­da­iem przyj­rzał się wi­try­nom dwóch z pierw­szych skle­pów in­ter­ne­to­wych: Book Stacks Unli­mi­ted, któ­re­go sie­dzi­ba mie­ści­ła się w Cle­ve­land w Ohio, oraz Word­sWorth w Cam­brid­ge w Mas­sa­chu­setts. Ar­dai wciąż prze­cho­wu­je za­pis te­sto­we­go za­ku­pu, któ­re­go wte­dy do­ko­nał. Na stro­nie in­ter­ne­to­wej księ­gar­ni Fu­tu­re Fan­ta­sy, miesz­czą­cej się w Palo Alto w Ka­li­for­nii, ku­pił książ­kę Isa­ac Asi­mov’s Cy­ber­dre­ams (Cy­ber­sny Isa­aca Asi­mo­va). Jej cena wy­no­si­ła 6 do­la­rów i 4 cen­ty. Kie­dy za­mó­wio­na po­zy­cja po dwóch ty­go­dniach do­tar­ła do od­bior­cy, Ar­dai otwo­rzył tek­tu­ro­we pu­deł­ko i po­ka­zał ją Bez­oso­wi. W cza­sie trans­por­tu zo­sta­ła moc­no po­dar­ta. Nikt jesz­cze wów­czas nie opra­co­wał po­rząd­nej me­to­dy sprze­da­wa­nia ksią­żek za po­śred­nic­twem in­ter­ne­tu. Bez­os do­strzegł w tym ogrom­ną, nie­wy­ko­rzy­sta­ną oka­zję.

Zda­wał so­bie spra­wę, że je­śli zre­ali­zu­je swój po­mysł w ra­mach fir­my D. E. Shaw, fir­ma nig­dy nie bę­dzie na­praw­dę na­le­ża­ła do nie­go. I rze­czy­wi­ście, w po­cząt­kach ist­nie­nia Juno i Far­Si­ght to Shaw peł­nił funk­cję pre­ze­sa obu spół­ek. Chcąc być praw­dzi­wym wła­ści­cie­lem i przed­się­bior­cą, ma­ją­cym znacz­ny udział w swo­im dzie­le i moż­li­wość osią­gnię­cia zy­sków po­rów­ny­wal­nych z for­tu­ną ma­gna­ta ta­kie­go jak pro­du­cent piz­zy Frank Me­eks, mu­siał zre­zy­gno­wać z lu­kra­tyw­ne­go i kom­for­to­we­go sta­no­wi­ska przy Wall Stre­et.

To, co po­tem na­stą­pi­ło, sta­ło się jed­nym z mi­tów za­ło­ży­ciel­skich ery in­ter­ne­tu. Wio­sną Bez­os od­był roz­mo­wę z Da­vi­dem Sha­wem i oznaj­mił mu, że od­cho­dzi z fir­my, by za­ło­żyć księ­gar­nię in­ter­ne­to­wą. Shaw za­pro­po­no­wał spa­cer. Krą­ży­li przez dwie go­dzi­ny po Cen­tral Par­ku, roz­ma­wia­jąc o przed­się­wzię­ciu i ener­gii, któ­ra pcha przed­się­bior­cę do dzia­ła­nia. Shaw po­wie­dział, że ro­zu­mie po­bud­ki Bez­osa i sym­pa­ty­zu­je z nim; sam zro­bił to samo, od­cho­dząc z Mor­gan Stan­ley. Wy­ra­ził spo­strze­że­nie, że fir­ma D. E. Shaw szyb­ko się roz­wi­ja i że Jeff ma w niej wspa­nia­łą po­sa­dę. Uprze­dził go, że może dojść do tego, iż bę­dzie ry­wa­li­zo­wa­ła z nową fir­mą Bez­osa. Uzgod­ni­li, że Bez­os przez kil­ka dni prze­my­śli spra­wę.

Był on wte­dy świe­żo po lek­tu­rze po­wie­ści Okru­chy dnia Ka­zuo Ishi­gu­ra; jest to hi­sto­ria lo­ka­ja, któ­ry z ża­lem wspo­mi­na wy­bo­ry oso­bi­ste i za­wo­do­we, do­ko­na­ne pod­czas służ­by w pa­ła­cu pew­ne­go ary­sto­kra­ty w to­czą­cej woj­nę Wiel­kiej Bry­ta­nii. Bez­os za­czy­nał ro­zu­mieć, co to zna­czy spo­glą­dać wstecz na waż­ne chwi­le w ży­ciu; za­nim zde­cy­do­wał, jaki bę­dzie jego na­stęp­ny krok w ka­rie­rze za­wo­do­wej, sfor­mu­ło­wał na swój uży­tek po­ję­cie mi­ni­ma­li­za­cji żalu.

„Kie­dy czło­wiek znaj­dzie się w ogniu wal­ki, mogą go roz­pro­szyć dro­bia­zgi – stwier­dził po kil­ku la­tach. – Uświa­do­mi­łem so­bie, że w wie­ku osiem­dzie­się­ciu lat nie będę się za­sta­na­wiał, dla­cze­go w 1994 roku, w naj­gor­szym mo­men­cie, rzu­ci­łem świet­ną po­sa­dę na Wall Stre­et, re­zy­gnu­jąc z pre­mii. Kie­dy czło­wiek ma osiem­dzie­siąt lat, nie mar­twi się ta­ki­mi spra­wa­mi. Jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że mogę wte­dy szcze­rze ża­ło­wać, że nie przy­łą­czy­łem się do roz­wo­ju zja­wi­ska na­zwa­ne­go in­ter­ne­tem, któ­re uwa­ża­łem za re­wo­lu­cyj­ne. Gdy spoj­rza­łem na rzecz z tej stro­ny, de­cy­zja oka­za­ła się nie­sły­cha­nie pro­sta”11.

Ro­dzi­ce Jef­fa, Mike i Jac­kie, zbli­ża­li się do koń­ca trzy­let­nie­go po­by­tu w Bo­go­cie w Ko­lum­bii, gdzie Mike pra­co­wał jako in­ży­nier przy wy­do­by­ciu ropy naf­to­wej w kon­cer­nie Exxon. Wła­śnie wte­dy ode­bra­li te­le­fon. „Co ta­kie­go? Bę­dziesz sprze­da­wał książ­ki za po­śred­nic­twem in­ter­ne­tu?”, zdzi­wi­li się. Tak re­la­cjo­nu­je to Mike Bez­os. Obo­je ko­rzy­sta­li z jed­ne­go z pierw­szych ser­wi­sów sie­cio­wych Pro­di­gy, aby pro­wa­dzić ko­re­spon­den­cję z ro­dzi­ną i zor­ga­ni­zo­wać przy­ję­cie za­rę­czy­no­we Jef­fa i Mac­Ken­zie; nie byli więc nie­obzna­jo­mie­ni z nową tech­no­lo­gią i nie to ich za­nie­po­ko­iło. Ich syn za­mie­rzał zre­zy­gno­wać z do­brze płat­nej po­sa­dy przy Wall Stre­et i za­cząć re­ali­zo­wać wła­sny po­mysł na biz­nes, oni zaś uzna­li to za kom­plet­ne sza­leń­stwo. Jac­kie Bez­os za­su­ge­ro­wa­ła sy­no­wi, aby pro­wa­dził swo­ją nową fir­mę wie­czo­ra­mi lub w week­en­dy. „Nie, sy­tu­acja zmie­nia się dy­na­micz­nie – od­parł Jeff. – Mu­szę dzia­łać szyb­ko”.

□   □   □

Za­czął pla­no­wać po­dróż. Urzą­dził przy­ję­cie w swo­im miesz­ka­niu przy Up­per West Side, w cza­sie któ­re­go oglą­da­no fi­na­ło­wy od­ci­nek se­ria­lu Star Trek: Na­stęp­ne po­ko­le­nie. Po­tem po­le­ciał do San­ta Cruz w Ka­li­for­nii, by spo­tkać się z dwo­ma do­świad­czo­ny­mi pro­gra­mi­sta­mi, któ­rych przed­sta­wił mu Pe­ter La­ven­thol, pierw­szy pra­cow­nik Da­vi­da Sha­wa. Je­dli na­le­śni­ki z ja­go­da­mi w lo­ka­lu o na­zwie Old Sash Mill Café; Bez­os zdo­łał wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie jed­ne­go z roz­mów­ców, we­te­ra­na w dzie­dzi­nie otwie­ra­nia firm in­ter­ne­to­wych, She­la Ka­pha­na. „Prze­ni­kał go ten sam dresz­czyk, któ­ry ja od­czu­wa­łem, ob­ser­wu­jąc roz­wój sie­ci”, mówi Ka­phan. Za­czę­li ra­zem szu­kać biu­ra w San­ta Cruz, lecz wkrót­ce po­tem Bez­os do­wie­dział się o orze­cze­niu Sądu Naj­wyż­sze­go z 1992 roku pod­trzy­mu­ją­cym za­sa­dę, zgod­nie z któ­rą kup­cy nie mu­szą po­bie­rać po­dat­ku od sprze­da­ży, czy­li VAT-u, w sta­nach, w któ­rych nie pro­wa­dzą fi­zycz­nej dzia­łal­no­ści. W związ­ku z tym przed­się­bior­stwa pro­wa­dzą­ce biz­nes ko­re­spon­den­cyj­ny zwy­kle uni­ka­ły za­kła­da­nia firm w gę­sto za­lud­nio­nych sta­nach, ta­kich jak Ka­li­for­nia i Nowy Jork; po­dob­nie uczy­nił Jeff Bez­os.

Wró­ciw­szy do No­we­go Jor­ku, po­in­for­mo­wał ko­le­gów, że od­cho­dzi z D. E. Shaw. Pew­ne­go wie­czo­ru Bez­os i Jeff Hol­den, ab­sol­went Uni­wer­sy­te­tu Sta­nu Il­li­no­is w Urba­na-Cham­pa­ign, któ­ry współ­pra­co­wał z nim przy re­ali­za­cji pro­jek­tu zwią­za­ne­go z in­ter­ne­to­wym han­dlem pa­pie­ra­mi war­to­ścio­wy­mi, po­szli się cze­goś na­pić. Byli bli­ski­mi ko­le­ga­mi. Hol­den po­cho­dził z Ro­che­ster Hills w sta­nie Mi­chi­gan; jako na­sto­la­tek, uży­wa­jąc pseu­do­ni­mu bo­jo­we­go Nova, opa­no­wał ha­ker­ską sztu­kę ła­ma­nia za­bez­pie­czeń pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych. Z za­pa­łem jeź­dził na wrot­kach i bar­dzo szyb­ko mó­wił; Bez­os żar­to­wał, że dzię­ki Hol­de­no­wi na­uczył się szyb­ciej słu­chać.

Te­raz spo­tka­li się i usie­dli na­prze­ciw­ko sie­bie w Vir­gil’s, re­stau­ra­cji z gril­lem przy Czter­dzie­stej Czwar­tej Uli­cy. Bez­os wstęp­nie po­sta­no­wił, że na­zwie swo­ją fir­mę Ca­da­bra Inc., lecz nie trak­to­wał tego zo­bo­wią­zu­ją­co. Hol­den za­pi­sał obie stro­ny kart­ki al­ter­na­tyw­ny­mi pro­po­zy­cja­mi. Bez­oso­wi naj­bar­dziej przy­pa­dła do gu­stu na­zwa Ma­ke­It­So.com (pro­szę wy­ko­nać); były to sło­wa ko­men­dy, któ­rej czę­sto uży­wał ka­pi­tan Pi­card z se­ria­lu Star Trek.

Pili piwo i Hol­den wy­znał Bez­oso­wi, że chce odejść ra­zem z nim. Jed­nak Bez­os miał za­gwozd­kę: jego umo­wa z D. E. Shaw za­wie­ra­ła wa­ru­nek, że po odej­ściu z fir­my przez co naj­mniej dwa lata nie bę­dzie mógł wer­bo­wać pra­cow­ni­ków DE­SCO, on zaś nie chciał po­róż­nić się z Da­vi­dem Sha­wem. „Do­pie­ro skoń­czy­łeś szko­łę, masz kre­dyt do spła­ce­nia, a to ry­zy­kow­ne przed­się­wzię­cie – od­parł Jeff. – Zo­stań, usta­bi­li­zuj się fi­nan­so­wo, a ja po­zo­sta­nę z tobą w kon­tak­cie”.

Jesz­cze w tym sa­mym mie­sią­cu Jeff i Mac­Ken­zie spa­ko­wa­li sprzę­ty do­mo­we i po­le­ci­li pra­cow­ni­kom fir­my trans­por­to­wej prze­wieźć do­by­tek; za­po­wie­dzie­li, że za­dzwo­nią do nich na­za­jutrz w dro­dze i do­kład­nie okre­ślą cel po­dró­ży. Po­le­cie­li do Fort Worth w Tek­sa­sie i po­ży­czy­li od ojca Jef­fa che­vro­le­ta bla­ze­ra rocz­nik 1988. Stam­tąd wy­ru­szy­li na pół­noc­ny za­chód; Bez­os sie­dział na fo­te­lu pa­sa­że­ra i wpi­sy­wał do ta­be­li Exce­la pro­jek­cje do­cho­dów, któ­re póź­niej oka­za­ły się ra­żą­co nie­traf­ne. Chcie­li się za­trzy­mać w Mo­te­lu 6 w Sham­rock w Tek­sa­sie, lecz po­nie­waż wszyst­kie po­ko­je były za­ję­te, wy­bra­li przy­droż­ny mo­tel o na­zwie Ram­bler12. Na wi­dok po­ko­ju Mac­Ken­zie oznaj­mi­ła, że bę­dzie spa­ła w bu­tach. Dzień póź­niej sta­nę­li obok Wiel­kie­go Ka­nio­nu i oglą­da­li za­chód słoń­ca. On miał trzy­dzie­ści je­den lat, ona dwa­dzie­ścia czte­ry, i wspól­nie pi­sa­li kla­sycz­ną hi­sto­rię przed­się­bior­ców, któ­ra mia­ła za­wład­nąć wy­obraź­nią mi­lio­nów użyt­kow­ni­ków glo­bal­nej sie­ci kom­pu­te­ro­wej i peł­nych na­dziei za­ło­ży­cie­li firm in­ter­ne­to­wych.

Do­pie­ro po po­nad roku Bez­os ode­zwał się do swo­je­go przy­ja­cie­la Jef­fa Hol­de­na. Miesz­kał już w Se­at­tle i pew­ne­go dnia wy­słał mu e-mail z lin­kiem do stro­ny in­ter­ne­to­wej. No­si­ła na­zwę Ama­zon.com. Wy­glą­da­ła pry­mi­tyw­nie, za­peł­niał ją w więk­szo­ści tekst. Hol­den ku­pił za po­śred­nic­twem stro­ny kil­ka ksią­żek i za­pro­po­no­wał, że po­dzie­li się wra­że­nia­mi użyt­kow­ni­ka. Mi­nął jesz­cze rok i wresz­cie, kil­ka mie­się­cy po upły­wie umo­wy o nie­pod­bie­ra­niu pra­cow­ni­ków za­war­tej przez Bez­osa z Da­vi­dem Sha­wem, te­le­fon Hol­de­na się ode­zwał.

„Już czas – oznaj­mił Bez­os. – Wy­glą­da na to, że wy­pa­li­ło”.

ROZDZIAŁ 2Księga Bezosa

Wia­do­mość ro­ze­sła­na przez fir­mę Use­net 21 sierp­nia 1994 roku:

Mło­da fir­ma z po­kaź­nym ka­pi­ta­łem po­szu­ku­je wy­jąt­ko­wo uzdol­nio­nych pro­gra­mi­stów z umie­jęt­no­ścią ob­słu­gi C/C++/Unix, któ­rzy chcą się za­an­ga­żo­wać w roz­wi­ja­nie no­wa­tor­skiej dzia­łal­no­ści han­dlo­wej w in­ter­ne­cie. Kan­dy­da­ci mu­szą mieć do­świad­cze­nie w pro­jek­to­wa­niu i opra­co­wy­wa­niu du­żych, zło­żo­nych i sta­bil­nych sys­te­mów. Po­win­ni być go­to­wi na to, że będą mu­sie­li do­ko­nać tego trzy razy szyb­ciej, niż więk­szość fa­chow­ców uwa­ża za moż­li­we. Wy­ma­ga­ne dy­plo­my ab­sol­wen­ta, ma­gi­stra lub dok­to­ra nauk tech­nicz­nych z in­for­ma­ty­ki lub po­krew­nej spe­cjal­no­ści. Nie­zbęd­ne umie­jęt­no­ści ko­mu­ni­ka­cyj­ne na naj­wyż­szym po­zio­mie. Zna­jo­mość dzia­ła­nia ser­we­rów sie­cio­wych oraz pro­to­ko­łu HTML przy­dat­na, lecz nie­ko­niecz­na.

Pra­ca z uta­len­to­wa­ny­mi, am­bit­ny­mi i cie­ka­wy­mi ko­le­ga­mi i ko­le­żan­ka­mi. Kan­dy­da­ci mu­szą być przy­go­to­wa­ni na prze­pro­wadz­kę w oko­li­ce Se­at­tle (fir­ma po­mo­że po­kryć kosz­ty prze­pro­wadz­ki).

Wy­na­gro­dze­nie obej­mie zna­czą­ce udzia­ły w fir­mie.

CV i li­sty mo­ty­wa­cyj­ne pro­szę wy­sy­łać do Jef­fa Bez­osa. Ad­res pocz­to­wy: Ca­da­bra Inc., 10704 N.E., 28th St., Bel­le­vue, WA 98004.

Fir­ma za­pew­nia wszyst­kim rów­ne moż­li­wo­ści.

„Ła­twiej jest wy­my­ślić przy­szłość, niż ją prze­po­wie­dzieć”.

Alan Kay

Od po­cząt­ku było dla nich ja­sne, że po­trzeb­na jest lep­sza na­zwa. Już po za­re­je­stro­wa­niu na­zwy Ca­da­bra Inc… w sta­nie Wa­szyng­ton w lip­cu 1994 roku pierw­szy praw­nik Bez­osa Todd Tar­bert za­uwa­żył, że jej ko­no­ta­cje ma­gicz­ne są zbyt nie­ja­sne, a wy­po­wia­da­na przez te­le­fon przez wie­lu lu­dzi od­bie­ra­na jest jak sło­wo ca­da­ver (zwło­ki). Jesz­cze tego sa­me­go lata Jeff i Mac­Ken­zie wy­na­ję­li do­mek w Bel­le­vue, na wschod­nim przed­mie­ściu Se­at­tle, i za­czę­li in­ten­syw­nie my­śleć nad nową na­zwą. Z za­pi­sów w in­ter­ne­cie wy­ni­ka, że w owym cza­sie za­re­je­stro­wa­li do­me­ny Awa­ke.com, Brow­se.com oraz Bo­ok­mall.com. Bez­os za­sta­na­wiał się tak­że nad Aard.com; ten wy­raz ho­len­der­skie­go po­cho­dze­nia za­jął­by miej­sce na szczy­cie więk­szo­ści ze­sta­wień in­ter­ne­to­wych, któ­re były wte­dy ukła­da­ne w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym.

Bez­oso­wi i jego żo­nie spodo­ba­ła się inna na­zwa: Re­len­tless.com (nie­ustę­pli­wy, nie­ubła­ga­ny). Przy­ja­cie­le uwa­ża­li jed­nak, że brzmi nie­co zło­wiesz­czo. Mu­sia­ło jed­nak być w niej coś, co uję­ło Jef­fa i spra­wi­ło, że we wrze­śniu 1994 roku za­re­je­stro­wał do­me­nę URL i z niej nie zre­zy­gno­wał. Je­śli wpi­szesz w wy­szu­ki­war­ce na­zwę Re­len­tless.com, zo­sta­niesz skie­ro­wa­ny do Ama­zo­na.

Jeff Bez­os wy­brał na sie­dzi­bę swo­jej fir­my Se­at­tle ze wzglę­du na to, że mia­sto cie­szy­ło się opi­nią cen­trum no­wych tech­no­lo­gii, a tak­że dla­te­go, iż stan Wa­szyng­ton ma sto­sun­ko­wo nie­wiel­ką licz­bę miesz­kań­ców w po­rów­na­niu z Ka­li­for­nią, No­wym Jor­kiem i Tek­sa­sem; dzię­ki temu Ama­zon mógł po­bie­rać sta­no­wy po­da­tek VAT od nie­wiel­kie­go pro­cen­tu klien­tów. Mia­sto wciąż uwa­ża­ne było za le­żą­ce na ubo­czu i bar­dziej sły­nę­ło z od­mia­ny roc­ka zwa­nej grun­ge niż jako ośro­dek prze­my­sło­wy; jed­nak w po­bli­skim Red­mond za­czy­na­ła już wy­pły­wać na sze­ro­kie wody fir­ma Mi­cro­soft, a Uni­wer­sy­tet Sta­nu Wa­szyng­ton wy­pusz­czał na ry­nek dy­plo­mo­wa­nych in­for­ma­ty­ków. Poza tym Se­at­tle le­ża­ło w po­bli­żu sie­dzi­by jed­ne­go z dwóch naj­więk­szych dys­try­bu­to­rów ksią­żek: ma­ga­zyn fir­my In­gram znaj­do­wał się o sześć go­dzin jaz­dy od mia­sta, w Ro­se­bur­gu w sta­nie Ore­gon. Miesz­ka­ją­cy w Se­at­tle biz­nes­men Nick Ha­nau­er, któ­re­go Bez­os po­znał dzię­ki swo­je­mu zna­jo­me­mu, na­ma­wiał go, by dał mia­stu szan­sę. Ha­nau­er ode­gra póź­niej klu­czo­wą rolę, przed­sta­wia­jąc Bez­osa po­ten­cjal­nym in­we­sto­rom.

Je­sie­nią Shel Ka­phan wsiadł do sa­mo­cho­du z przy­cze­pą i prze­wiózł swój do­by­tek z San­ta Cruz; tym sa­mym do­łą­czył do Jef­fa i jego żony i stał się jed­nym z pra­cow­ni­ków za­ło­ży­cie­li Ama­zo­na oraz jego dy­rek­to­rem tech­nicz­nym. Ka­phan do­ra­stał w re­gio­nie za­to­ki San Fran­ci­sco, a jako na­sto­la­tek pa­sjo­no­wał się AR­PA­NET-em, opra­co­wa­nym przez ame­ry­kań­ski De­par­ta­ment Obro­ny po­przed­ni­kiem in­ter­ne­tu. W szko­le śred­niej po­znał Ste­war­ta Bran­da, pi­sa­rza i ak­ty­wi­stę kul­tu­ry al­ter­na­tyw­nej, a la­tem po ukoń­cze­niu szko­ły roz­po­czął pra­cę przy pro­jek­cie Who­le Earth Ca­ta­log, pro­wa­dzo­nym przez Bran­da se­mi­na­rium na te­mat na­rzę­dzi i ksią­żek o no­wej, oświe­co­nej erze in­for­ma­cyj­nej. No­sił dłu­gie wło­sy i gę­stą bro­dę na hi­pi­sow­ską mo­dłę i pra­co­wał w Men­lo Park w czymś, co na­zy­wa­ło się Who­le Earth Truck Sto­re, a było mo­bil­ną bi­blio­te­ką oraz pręż­nym cen­trum edu­ka­cyj­nym. Ob­słu­gi­wał kasę, wy­peł­niał for­mu­la­rze sub­skryp­cyj­ne, pa­ko­wał książ­ki i ka­ta­lo­gi, któ­re mia­ły być wy­sła­ne do klien­tów.

Stu­dio­wał z prze­rwa­mi przez dzie­sięć lat i w koń­cu uzy­skał dy­plom z ma­te­ma­ty­ki na Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim w San­ta Cruz; pra­co­wał w sze­re­gu firm nad za­to­ką, mię­dzy in­ny­mi w chy­bio­nym wspól­nym przed­się­wzię­ciu Ap­ple’a i IBM-u o na­zwie Ka­le­ida Labs, zaj­mu­ją­cym się two­rze­niem opro­gra­mo­wa­nia do ob­słu­gi mul­ti­me­diów kom­pu­te­ro­wych. Roz­cza­ro­wa­nia za­wo­do­we, któ­re sta­ły się jego udzia­łem, uwi­dacz­nia­ły się na jego ob­li­czu – zna­jo­mi na­zy­wa­li to zja­wi­sko wi­siel­czą miną. Po przy­by­ciu do Se­at­tle Ka­phan oka­zy­wał ty­po­we dla sie­bie wąt­pli­wo­ści co do po­wo­dze­nia no­we­go przed­się­wzię­cia. Od razu za­czął się mar­twić o na­zwę fir­my. „Pra­co­wa­łem kie­dyś w ma­łej fi­rem­ce kon­sul­ta­cyj­nej, któ­ra na­zy­wa­ła się Sym­me­try Gro­up, a lu­dziom za­wsze się wy­da­wa­ło, że na­zy­wa­my się Ce­me­te­ry Gro­up (gru­pa cmen­tar­na) – opo­wia­da Ka­phan. – Kie­dy usły­sza­łem, że nowa fir­ma bę­dzie no­si­ła na­zwę Ca­da­ver Inc., od razu po­my­śla­łem: Boże, tyl­ko nie to”. Jed­nak Ka­phan (któ­ry nie­daw­no skoń­czył czter­dziest­kę, zgo­lił bro­dę i lek­ko ły­sie­je) do­strzegł w Ama­zo­nie po­ten­cjał; stwier­dził, że za po­mo­cą sie­ci in­ter­ne­to­wej ma szan­sę speł­nić wi­zję, któ­rą usi­ło­wał wcze­śniej re­ali­zo­wać ze Ste­war­tem Bran­dem, twór­cą Who­le Earth Ca­ta­log, a któ­ra po­le­ga­ła na tym, by in­for­ma­cję i na­rzę­dzia kom­pu­te­ro­we uczy­nić do­stęp­ny­mi na ca­łym świe­cie.

Po­cząt­ko­wo Ka­phan są­dził, że na­pi­sze pew­ną licz­bę ko­dów źró­dło­wych, wró­ci do San­ta Cruz i bę­dzie pra­co­wał na od­le­głość, więc po­ło­wę rze­czy zo­sta­wił w domu w San­ta Cruz. Za­miesz­kał na kil­ka dni z Jef­fem i Mac­Ken­zie, a jed­no­cze­śnie szu­kał miesz­ka­nia do wy­na­ję­cia. Biu­ro urzą­dzi­li w ga­ra­żu bez ocie­ple­nia, za to z pę­ka­tym czar­nym pie­cy­kiem na środ­ku. Pierw­sze dwa biur­ka zro­bił Bez­os z ja­snych drzwi ku­pio­nych za sześć­dzie­siąt do­la­rów w skle­pie Home De­pot; wy­da­rze­nie to ob­ro­sło póź­niej w Ama­zo­nie nie­mal bi­blij­ny­mi zna­cze­nia­mi, ni­czym bu­do­wa arki przez No­ego. Pod ko­niec wrze­śnia po­je­chał do Por­t­lan­du w Ore­go­nie, by wziąć udział w czte­ro­dnio­wym kur­sie sprze­da­ży ksią­żek spon­so­ro­wa­nym przez Ame­ry­kań­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Księ­ga­rzy, zrze­sza­ją­ce nie­za­leż­nych sprze­daw­ców ksią­żek. Pro­gram szko­le­nia obej­mo­wał mię­dzy in­ny­mi za­gad­nie­nia ta­kie jak „Wy­bór po­cząt­ko­we­go asor­ty­men­tu” oraz „Za­rzą­dza­nie asor­ty­men­tem”1. Tym­cza­sem Ka­phan za­czął szu­kać kom­pu­te­rów i baz da­nych i uczyć się pi­sać kody stron in­ter­ne­to­wych; w tym cza­sie wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się w in­ter­ne­cie, skro­jo­ne było pod kon­kret­ne za­mó­wie­nie.

Bu­dżet przed­się­wzię­cia był ską­py. Bez­os wy­ło­żył 10 ty­się­cy do­la­rów w go­tów­ce, a w cią­gu na­stęp­nych szes­na­stu mie­się­cy do­rzu­cił 84 ty­sią­ce z nie­opro­cen­to­wa­nych kre­dy­tów; tak wy­ni­ka z pu­blicz­nie do­stęp­nych do­ku­men­tów. Umo­wa Ka­pha­na zo­bo­wią­zy­wa­ła go do wstęp­ne­go za­ku­pu udzia­łów za 5 ty­się­cy do­la­rów. Zre­zy­gno­wał z opcji za­ku­pu ak­cji za do­dat­ko­we 20 ty­się­cy przy­słu­gu­ją­cej mu z ty­tu­łu tego, że po­bie­rał w fir­mie po­ło­wę wy­na­gro­dze­nia, i po­dob­nie jak Bez­os miał za­ro­bić w cią­gu roku tyl­ko 64 ty­sią­ce do­la­rów. „Wszyst­ko wte­dy wy­da­wa­ło się bar­dzo wąt­pli­we – mówi Ka­phan, któ­ry uwa­ża się za współ­za­ło­ży­cie­la Ama­zo­na. – Był tyl­ko fa­cet z ha­ła­śli­wym śmie­chem, któ­ry ro­bił z drzwi biur­ka w ga­ra­żu prze­ro­bio­nym na biu­ro, ta­kie same, ja­kie zo­ba­czył w moim do­mo­wym biu­rze w San­ta Cruz. Dużo ry­zy­ko­wa­łem, prze­pro­wa­dza­jąc się i go­dząc na ni­ską pen­sję, i mimo że mia­łem tro­chę oszczęd­no­ści, wo­la­łem się bar­dziej nie an­ga­żo­wać”.

Na po­cząt­ku 1995 roku ro­dzi­ce Jef­fa Bez­osa, Jac­kie i Mike, za­in­we­sto­wa­li w Ama­zon 100 ty­się­cy do­la­rów. Kon­cern Exxon po­kry­wał więk­szość kosz­tów ży­cia oboj­ga, kie­dy Mike pra­co­wał w Nor­we­gii, Ko­lum­bii i We­ne­zu­eli, mie­li więc spo­re oszczęd­no­ści i chcie­li wy­dać znacz­ną ich część na naj­star­sze­go syna. „Prze­czy­ta­li­śmy biz­ne­splan, ale był dla nas za mą­dry – mówi Mike Bez­os. – Może za­brzmi to jak ckli­wy ba­nał, ale po­sta­wi­li­śmy na Jef­fa”. On zaś za­po­wie­dział ro­dzi­com, że ist­nie­je 70 pro­cent szans, że stra­cą za­in­we­sto­wa­ny ka­pi­tał. „Chcę, że­by­ście zda­wa­li so­bie spra­wę z ry­zy­ka, bo je­śli mój biz­nes nie wy­pa­li, nadal chcę przy­jeż­dżać do domu na Świę­to Dzięk­czy­nie­nia”, oznaj­mił im Jeff.

Ama­zon nie tyl­ko pod tym wzglę­dem funk­cjo­no­wał jako fir­ma ro­dzin­na. Mac­Ken­zie, po­cząt­ku­ją­ca pi­sar­ka, zo­sta­ła pierw­szą ofi­cjal­ną księ­go­wą, zaj­mo­wa­ła się fi­nan­sa­mi, wy­pi­sy­wa­niem ra­chun­ków i na­bo­rem pra­cow­ni­ków. Na kawę i spo­tka­nia cho­dzi­li zwy­kle do po­bli­skie­go lo­ka­lu fir­my Bar­nes & No­ble; Bez­os z iro­nią wspo­mi­nał o tym póź­niej w prze­mó­wie­niach i wy­wia­dach.

W ich po­czy­na­niach przy­najm­niej na po­cząt­ku nie było go­rącz­ko­wo­ści. Ka­phan wspo­mi­na, że pew­ne­go dnia w paź­dzier­ni­ku zja­wił się wcze­śnie rano w domu Bez­osów i usły­szał, że po­ja­dą na wy­ciecz­kę. „Po­go­da była zmien­na, dni ro­bi­ły się co­raz krót­sze – wspo­mi­na. – Miesz­ka­li­śmy od nie­daw­na w tej oko­li­cy i nie­wie­le zdą­ży­li­śmy zo­ba­czyć”. Jeff, Mac­Ken­zie i Ka­phan prze­je­cha­li sto dzie­sięć ki­lo­me­trów do góry Ra­inier; przez cały dzień wę­dro­wa­li po czę­ścio­wo za­śnie­żo­nych zbo­czach ma­je­sta­tycz­ne­go wul­ka­nu, któ­ry w sło­necz­ne dni gó­ru­je nad pa­no­ra­mą Se­at­tle.

Póź­ną je­sie­nią tego roku za­trud­ni­li Pau­la Da­vi­sa, uro­dzo­ne­go w Wiel­kiej Bry­ta­nii pro­gra­mi­stę, któ­ry wy­kła­dał na wy­dzia­le in­for­ma­ty­ki i in­ży­nie­rii Uni­wer­sy­te­tu Sta­nu Wa­szyng­ton. Ko­le­dzy Da­vi­sa dzi­wi­li się, że przy­jął po­sa­dę w księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej, któ­ra jesz­cze nie roz­po­czę­ła dzia­łal­no­ści, i na wy­pa­dek, gdy­by przed­się­wzię­cie nie wy­pa­li­ło, urzą­dzi­li dla nie­go małą zbiór­kę pie­nięż­ną. Pro­gra­mi­sta do­łą­czył do ga­ra­żo­wej fir­my Bez­osa i Ka­pha­na; pra­co­wa­li na ser­we­rach SPARC pro­duk­cji Sun Mi­cro­sys­tems, przy­po­mi­na­ją­cych pu­dła na piz­zę i czer­pią­cych tyle prą­du, że czę­sto wy­wa­la­ło w domu bez­piecz­ni­ki. W koń­cu mu­sia­no pod­łą­czyć kom­pu­te­ry do osob­nych ob­wo­dów, lecz i tak unie­moż­li­wia­ło to włą­cze­nie w domu su­szar­ki do wło­sów bądź od­ku­rza­cza2.

„Z po­cząt­ku fir­ma nie ki­pia­ła ener­gią, choć we­dle ste­reo­ty­pu tak wła­śnie się dzie­je w nowo po­wsta­łych biz­ne­sach tego ro­dza­ju – opo­wia­da Da­vis, któ­ry co­dzien­nie przy­jeż­dżał do pra­cy w Bel­le­vue ro­we­rem, w dłu­gich ge­trach na­cią­gnię­tych na spodnie. – By­li­śmy le­d­wie za­czy­nem po­cząt­ku­ją­cej fir­my. Shel, ja i Jeff sia­dy­wa­li­śmy przy sto­le z ta­bli­cą i usta­la­li­śmy po­dział pra­cy przy pi­sa­niu opro­gra­mo­wa­nia”.

Jed­nym z ce­lów, któ­re so­bie po­sta­wi­li, było stwo­rze­nie skle­pu lep­sze­go od ist­nie­ją­cych księ­gar­ni in­ter­ne­to­wych ta­kich jak Bo­oks.com – była to stro­na sie­cio­wa miesz­czą­cej się w Cle­ve­land księ­gar­ni Book Stacks Unli­mi­ted. „Może to za­brzmi jak ro­je­nia sza­leń­ca, ale na­szym pierw­szym wy­zwa­niem było zro­bie­nie cze­goś lep­sze­go niż to, co stwo­rzy­li tam­ci – mówi Da­vis. – Bo choć wy­da­je się to nie­do­rzecz­ne, ist­nia­ła już kon­ku­ren­cja. To nie było tak, że Jeff wy­kom­bi­no­wał coś cał­ko­wi­cie no­we­go”.

Nadal w uży­ciu po­zo­sta­wa­ła na­zwa Ca­da­bra; mia­ła tym­cza­so­wo zaj­mo­wać miej­sce w sie­ci. Jed­nak pod ko­niec paź­dzier­ni­ka 1994 roku Bez­os pod­czas prze­glą­da­nia w słow­ni­ku ha­seł za­czy­na­ją­cych się na „A” do­znał olśnie­nia, tra­fiw­szy na sło­wo „Ama­zon”. Ama­zon­ka – naj­więk­sza rze­ka świa­ta; Ama­zon – naj­więk­sza na świe­cie księ­gar­nia3. Pew­ne­go ran­ka wszedł do ga­ra­żu i ogło­sił ko­le­gom nową na­zwę fir­my. Spra­wiał wra­że­nie ko­goś, kogo nie in­te­re­su­je opi­nia ko­le­gów w tej ma­te­rii, i 1 li­sto­pa­da 1994 roku za­re­je­stro­wał nowy URL. „Ama­zon­ka to naj­więk­sza rze­ka na świe­cie, kil­ka­krot­nie więk­sza od dru­giej w ko­lej­no­ści. Ona do­słow­nie ka­su­je wszyst­kie inne rze­ki”, oznaj­mił.

□   □   □

Ga­raż w Bel­le­vue stał się sym­bo­lem ro­man­tycz­ne­go okre­su pra­dzie­jów Ama­zo­na – po­dob­nie skrom­ne po­cząt­ki mia­ły le­gen­dar­ne fir­my, jak Ap­ple czy Hew­lett-Pac­kard – jed­nak Ama­zo­no­wi słu­żył jako sie­dzi­ba za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy. Ka­phan i Da­vis byli bli­scy ukoń­cze­nia pry­mi­tyw­nej wer­sji beta stro­ny sie­cio­wej, Bez­os zaś jął my­śleć o za­trud­nie­niu no­wych pra­cow­ni­ków; ozna­cza­ło to ko­niecz­ność zna­le­zie­nia sie­dzi­by wy­glą­da­ją­cej bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie. Wio­sną prze­pro­wa­dzi­li się do ma­łe­go biu­ra nad skle­pem Co­lor Tile w dziel­ni­cy prze­my­sło­wej zwa­nej SoDo w po­bli­żu śród­mie­ścia Se­at­tle. Pierw­szy ofi­cjal­ny ma­ga­zyn Ama­zo­na zaj­mo­wał część piw­ni­cy bu­dyn­ku – było to po­miesz­cze­nie bez okien o po­wierzch­ni oko­ło 20 me­trów kwa­dra­to­wych, w któ­rym kie­dyś od­by­wa­ły się pró­by ja­kie­goś ze­spo­łu mu­zycz­ne­go (z czar­nych jak atra­ment drzwi wciąż krzy­czał zro­bio­ny spray­em na­pis: „Dźwię­ko­wa dżun­gla”). Wkrót­ce po­tem Jeff i Mac­Ken­zie wy­pro­wa­dzi­li się z domu w Bel­le­vue, po­nie­waż bra­ko­wa­ło im ener­gii mia­sta, któ­rą pa­mię­ta­li z cza­sów no­wo­jor­skich. Zna­leź­li so­bie miesz­ka­nie o po­wierzch­ni 80 me­trów kwa­dra­to­wych przy Vine Stre­et w mod­nej dziel­ni­cy Se­at­tle o na­zwie Bel­l­town.

Wio­sną 1995 toku Bez­os i Ka­phan wy­sła­li lin­ki do wer­sji beta stro­ny sie­cio­wej kil­ku­dzie­się­ciu zna­jo­mym, krew­nym i daw­nym ko­le­gom. Stro­nę za­peł­niał tekst, była przy­sto­so­wa­na do pro­stych prze­glą­da­rek i ów­cze­snych śla­ma­zar­nych łą­czy in­ter­ne­to­wych. „Mi­lion ty­tu­łów, za­wsze ni­skie ceny”, tak brzmiał pierw­szy anons za­pi­sa­ny nie­bie­ską czcion­ką z pod­kre­śle­niem. Obok wid­nia­ło logo wy­ko­na­ne ama­tor­ski­mi me­to­da­mi: ol­brzy­mie A umiesz­czo­ne na tle nie­bie­skie­go mar­mu­ru, z wi­ze­run­kiem rze­ki prze­wi­ja­ją­cej się przez kre­ski two­rzą­ce li­te­rę. Na kul­tu­ral­nych użyt­kow­ni­kach, któ­rzy czę­sto ca­ły­mi dnia­mi prze­glą­da­li pół­ki księ­gar­ni i bi­blio­tek, zro­bi­ła wra­że­nie nie­przy­ja­znej. „Przy­szło mi na myśl, że to bar­dzo mało praw­do­po­dob­ne, by ktoś chciał ko­rzy­stać z tej stro­ny”, wspo­mi­na Su­san Ben­son, któ­rej mąż Eric wcze­śniej pra­co­wał z Ka­pha­nem. Obo­je mie­li zo­stać jed­ny­mi z pierw­szych pra­cow­ni­ków Ama­zo­na.

Ka­phan po­pro­sił by­łe­go ko­le­gę z pra­cy Joh­na Wa­inw­ri­gh­ta o wy­pró­bo­wa­nie ser­wi­su i to wła­śnie on uwa­ża­ny jest za oso­bę, któ­ra do­ko­na­ła pierw­sze­go za­ku­pu. Ku­pił książ­kę po­pu­lar­no­nau­ko­wą Flu­id Con­cepts and Cre­ati­ve Ana­lo­gies (Płyn­ne kon­cep­cje i kre­atyw­ne ana­lo­gie) pió­ra Do­ugla­sa Ho­fstad­te­ra. Z re­je­stru Ama­zo­na wy­ni­ka, że in­au­gu­ra­cyj­ne za­mó­wie­nie do­ko­na­ne zo­sta­ło 3 kwiet­nia 1995 roku. Je­den z bu­dyn­ków kom­plek­su fir­my w Se­at­tle nosi na­zwę Wa­inw­ri­ght.

Stro­na in­ter­ne­to­wa nie pre­zen­to­wa­ła się im­po­nu­ją­co, lecz Ka­phan i Da­vis mnó­stwo zro­bi­li w cią­gu za­le­d­wie kil­ku mie­się­cy. Opra­co­wa­no wir­tu­al­ny ko­szyk na za­ku­py, bez­piecz­ny spo­sób wpro­wa­dza­nia nu­me­rów kart kre­dy­to­wych do prze­glą­dar­ki sie­cio­wej oraz naj­prost­szy pro­gram po­zwa­la­ją­cy prze­szu­ki­wać ka­ta­log po­zy­cji z za­pi­sa­ne­go na pły­tach CD-ROM ka­ta­lo­gu Bo­oks in Print, pu­bli­ko­wa­ne­go przez fir­mę R.R. Bow­ker, któ­ra książ­kom wy­da­wa­nym w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­pi­sy­wa­ła stan­dar­do­we nu­me­ry ISBN. Ka­phan i Da­vis stwo­rzy­li tak­że sys­tem, któ­ry po­zwa­lał użyt­kow­ni­kom pierw­szych ser­wi­sów in­ter­ne­to­wych, ta­kich jak Pro­di­gy i AOL, uzy­ski­wać in­for­ma­cje o książ­kach i skła­dać za­mó­wie­nia wy­łącz­nie za po­mo­cą pocz­ty elek­tro­nicz­nej. Sys­tem ten nig­dy jed­nak nie zo­stał w peł­ni roz­wi­nię­ty.