Jedyne dziecko - Sarah A. Denzil - ebook

296 osób właśnie czyta

Opis

Obowiązkowa lektura dla wielbicieli thrillerów psychologicznych.
W jednej chwili doskonałe życie Kat Cavanaugh rozpada się w drobiazgi. Mignięcie żółtej sukienki jej córki, jasne włosy opadające na jej ukochaną twarz. Szloch dobywający się z głębi złamanego serca matki…
Kat doświadcza najgorszego koszmaru każdego rodzica, gdy ciało jej jedynego dziecka zostaje znalezione bez życia w zarośniętym, opuszczonym kamieniołomie.
Rozpaczliwie usiłując dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało, Kat przestaje ufać nawet najbliższym osobom. Stopniowo odkrywa elementy przerażającej układanki, przez co zaczyna jej grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.
Czy zdąży poznać ostatni, wstrząsający sekret swojej córki?
Nawet jeśli prawda jest nie do pomyślenia…
Ten wciągający, emocjonujący thriller psychologiczny napisany przez autorkę sprzedanej w milionach egzemplarzy książki Milczące dziecko nie pozwoli ci odłożyć tej lektury aż do późnej nocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Gdybyś tu teraz była, przeprosiłabym cię za wszystko.

Wiem, że cię zawiodłam, rozczarowałam, i to boli. To właśnie mój koniec, prawda? Jestem sama z moimi myślami. Wstyd za to, kim jestem i co zrobiłam, powraca, prześladuje mnie. Ciebie zawiodłam bardziej niż innych. Może pewnego dnia będziesz mi w stanie wybaczyć, ale ja nigdy nie będę w stanie wybaczyć samej sobie.

Tak bardzo mnie to rani. Płaczę, patrząc, jak krew przesiąka przez materiał sukienki. Czerwień rozlewa się na żółtym tle niczym farba. Przenika mnie chłód i zaczynam dygotać. Jestem pewna, że twarz mam bladą jak cienki rogalik księżyca nad moją głową.

Może uda mi się jakoś wydostać z tego wyrobiska, jeśli przypomnę sobie jak. Wiatr świszcze w skalistych głębinach kamieniołomu Stonecliffe, znanego również jako Miejsce Samobójców. Czy nie było tu schodów wyciętych w ścianie klifu? Ta niedokończona próba przemienienia starego kamieniołomu w park obecnie stała się miejscem, w którym umierający rozpaczliwie próbują powrócić do życia. Ponowne narodziny.

Dłonią macam chłodną, śliską powierzchnię wokół mnie. Wylądowałam tu z hukiem i połamałam sobie kości. Żałuję, że cię tu nie ma, żebyś mnie poprowadziła, powiedziała mi, gdzie iść. Żałuję, że nie mogę ci powiedzieć o tym, jak bardzo cię podziwiałam i jak sprawiałaś, że chciałam być lepszą osobą. Zawsze.

Co sobie pomyślisz, kiedy znajdziesz mnie martwą?

Pamiętam mężczyznę, który pięć miesięcy temu skoczył z tego urwiska. Prawdopodobnie czuł się tak samo, jak ja teraz; lądując ciężko i łamiąc kark. Znaleziono go dopiero po tygodniu. Czy ze mną też tak będzie?

W moim gardle rodzi się krzyk, raniąc moje struny głosowe niczym ostrze sztyletu. Pomocy! Jest pełen schrypniętej desperacji, wyciska całe powietrze z płuc, ale z moich ust wydobywa się zaledwie szept. Czuję, jakbym zdarła sobie gardło. Walcz. Zacznij się wspinać. Podciągnij się w górę. Chwyć skałę. Moje palce wbijają się w ziemię i ostry ból lewego nadgarstka sprawia, że kręci mi się w głowie. Kiedy spoglądam ku górze, widzę roztańczone gwiazdy i wiem, że zaczynam tracić przytomność. Jeśli na to pozwolę, to koniec. Umrę i nigdy więcej nie będę mogła cię zobaczyć, powiedzieć ci, że cię kocham. I że cię przepraszam. Moje uda i sukienka są przesiąknięte krwią, mokre od pasa w dół.

Głowa mi ciąży, spuchnięta, obolała, wypełniona mgłą, która utrudnia mi koncentrację. Zaciskam zęby tak mocno, że moja szczęka zaczyna pulsować tępym bólem. W powietrzu wisi zapach słodkiej krwi zmieszanej z wilgotną ziemią. Cuchnie tu śmiercią i spodziewam się, że za chwilę życie zacznie przelatywać mi przed oczami, tak jak na filmach. Wspominam twój uśmiech. I inne osoby, które kocham. W tym momencie wiem, że zaczęłam się poddawać. Ale nie mogę. Muszę walczyć.

Jest tutaj: pierwszy schodek. Dotykam go poranionymi opuszkami palców. Księżyc kryje się na chwilę za chmurą, a ja krzyczę z bólu podczas pierwszej próby podciągnięcia się w górę. Czy mam złamany nadgarstek? Nie mogę utrzymać ciężaru mojego ciała. Walcz! Podczas drugiej próby paznokieć odrywa się od jednego z palców. Zalewa mnie fala pulsującego bólu, od którego niemal tracę przytomność. Dłonie mam śliskie, mokre, zostawiam krwawe ślady na kamiennych ścianach dookoła. Kiedy chwytam brzeg pierwszego schodka, moje palce nie są w stanie mnie utrzymać i znów upadam – tym razem zaledwie metr lub półtora w dół. Moja głowa uderza w chłodną powierzchnię dna kamieniołomu.

Gdybyś tu teraz była, przeprosiłabym cię za wszystko.

Ale nie tylko – ostrzegłabym cię również.

Bo ty będziesz następna…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Moja najintensywniejsza emocja to w rzeczywistości kolor. Niebieski. Poodpryskiwany niebieski lakier na jej paznokciach. Sine usta. Błękitnawy odcień szpitalnych lamp i sposób, w jaki białe prześcieradło robi się niebieskie w ich świetle.

Do jej twarzy przylgnął kosmyk jasnych włosów. Odgarniam go i wsuwam za jej ucho, niemal spodziewając się, że wywróci oczami i z krzywym uśmiechem powie „Maaaaaamo”. Ale do tego jej oczy musiałyby być otwarte. A nie są.

Zdumiewa mnie brak łez. Może to zapach szpitala blokuje moje uczucia kwaśnym odorem płynu odkażającego? A może koronerka, stojąca dyskretnie w progu i czekająca cierpliwie, abyśmy dokonali identyfikacji. Chce odhaczyć sprawę z listy, zacząć szykować dokumenty, przejść do kolejnego etapu. Ale my możemy „spędzić z nią czas”. Tyle, ile potrzebujemy. To właśnie robią pogrążeni w żałobie rodzice, prawda? Nie spieszą się. Zmieniają się w żałobne gąbki, nasiąkają rozpaczą, a potem omywają wszystkich innych swoją żałością i bólem. Widzę doskonale, że stojący za mną i cicho szlochający Charles będzie właśnie tego rodzaju żałobnikiem.

Ale ja nie mogę znaleźć w sobie łez. Zamiast tego koncentruję się na palcach Grace, na poodpryskiwanym niebieskim lakierze i zadrapaniach na jej skórze. Na ziemi pod paznokciami. Kiedy Grace spadła z urwiska, nadal żyła, próbowała podnieść się z dna kamieniołomu i wspiąć po kamiennych schodach. Doznała skomplikowanego złamania kości piszczelowej i wykrwawiła się, na próżno drąc palcami ziemię. Na małym palcu jej lewej dłoni nie ma paznokcia i nie mogę oderwać od niego wzroku. Wzbudza we mnie gniew. Czuję tak ogromną wściekłość, że nawet smród środka dezynfekującego, dobrotliwa pani koroner, kosmyk jasnych włosów czy nabrzmiałe martwe usta Grace nie są jej w stanie wyprzeć. Gotuje się we mnie złość, ponieważ moje dziecko, moja siedemnastoletnia piękna córka nie powinna leżeć bez życia na wózku w szpitalu z brakami kadrowymi. Powinna być przytomna, powinna wywracać oczami, poprawiać włosy i ignorować mnie, zajmując się swoim telefonem, z którym nigdy nie potrafiła się rozstać. To właśnie powinna robić moja córka.

– To ona. – Charlesowi załamuje się głos. Z gardła wyrywa mu się zduszone łkanie. Niemal instynktownie kładę dłoń na jego ramieniu, nie odrywając wzroku od palca pozbawionego paznokcia.

– Państwa córka, Grace? – upewnia się koronerka.

– Tak – potwierdzam, gdy Charles zaczyna zginać się wpół.

Rozpaczliwie chwyta dłońmi kołnierz mojej koszuli i wtula twarz w moją szyję. Wkrótce czuję jego gorące łzy, moczące mi skórę, i drganie jego ciała. Wtulam się w niego, gładząc go po włosach, pocieszając. Dlaczego to nie ja jestem osobą, która się załamała? Czy to nie matka powinna rozszlochać się z żałości? Krzyczeć i rwać sobie włosy z głowy? Zawodzić, bijąc się w piersi? Tak naprawdę jestem zbyt wściekła, żeby dopuścić do siebie ból. Jeszcze się we mnie nie obudził, ale wiem, że wkrótce nadejdzie.

Przytulam mojego męża, a lampy nad naszymi głowami migają dwukrotnie. Jego palce wbijają się w moje barki, ale to dobrze – dzięki temu mogę skoncentrować się na prawdziwym, fizycznym bólu, co pomaga mi kontrolować kotłującą się we mnie wściekłość. Pani koroner stara się nam nie przyglądać, ale widzę jej spojrzenie i martwię się, czy przypadkiem nie sprawiam wrażenia sztywnej, pozbawionej emocji lub dziwnej. Nie zawsze reaguję na daną sytuację tak jak inni, ale przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, kim jestem.

– Przepraszam. – Charles prostuje się i przygładza włosy. Zdejmuje okulary i wyciera oczy chusteczką. Chwilę później na jego mysioszarych rzęsach zawisają świeże łzy. Odsuwa się i spogląda na naszą córkę, przez co ja również z powrotem się na niej koncentruję.

Leży nieruchomo, bez życia. Próbuję wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała teraz moja egzystencja; bez szykowania jej śniadań, bez budzenia się z drzemek, słysząc, jak ćwiczy grę na skrzypcach, bez odbierania jej ze szkoły, bez jej gniewnych komentarzy, kiedy mówiłam jej, żeby odłożyła telefon, albo gdy pytałam, czy ma chłopaka. Przez siedemnaście lat ta osoba była centrum mojego wszechświata. Każda godzina mojego życia w jakiś sposób była związana z tą istotą, którą ja stworzyłam, którą wyciągnięto z mojego ciała. A teraz, w ciągu kilku krótkich godzin, owa nić została zerwana, na zawsze.

I oto jest. Nadchodzi ból, a ja witam go z otwartymi ramionami.

Nikt nie poganiał nas z identyfikacją zwłok Grace, a ja nie mam pojęcia, ile czasu tak naprawdę spędziliśmy w tamtym pokoju. Charles trzymał ją przez jakiś czas za rękę. Pod koniec zaczęłam chodzić po pomieszczeniu, rozmyślając o śmierci, o jej gwałtownej, nieoczekiwanej naturze. Nie mogłam wyrzucić z pamięci widoku palca Grace, z oderwanym paznokciem. Z jakiegoś powodu złamana noga córki stała się informacją zepchniętą na ubocze – może ze względu na prześcieradło zakrywające ranę. Grace była infantylnie dziewczęca. Kiedyś popłakała się, bo złamała sobie pieczołowicie wypielęgnowany paznokieć. Sama myśl o oderwaniu jednego z nich od ciała… musiała bardzo cierpieć.

Pogłębia to jedynie niesprawiedliwość tej całej tragedii i sprawia, że zamiast smutku czuję wściekłość. Grace cierpiała do samego końca – bardziej, niż jakakolwiek dobra osoba, taka jak moja córka, powinna. Siedemnastoletnia dziewczyna, utalentowana, piękna i życzliwa, nie powinna zostać zabrana z tego świata w taki sposób. Gdzie jest sprawiedliwość? To nie jest w porządku.

Potem jednak przypominam sobie, że sprawiedliwość nie jest tym, czym chcemy, żeby była. Wszechświat nie jest na każde nasze zawołanie, gotowy naprawić wyrządzone nam zło. Wszechświat się nami nie przejmuje; po prostu jesteśmy zbyt aroganccy, żeby to zauważyć.

– I co teraz? – pytam.

Siedzimy z Charlesem w poczekalni, rozmawiając z policjantami zajmującymi się sprawą Grace. Posterunkowy Mullen wydaje mi się zbyt młody i niedoświadczony, żeby prowadzić tego typu dochodzenie. Chcę się dowiedzieć, dlaczego moja mała córeczka umarła, i muszę mieć pewność, że sprawdzono każdą możliwość – i że zrobiła to osoba, która, gdy będzie trzeba, poruszy w tym celu niebo i ziemię. Posterunkowy Mullen wygląda jak dzieciak, który powinien teraz żłopać piwo z cydrem na popijawie w klubie uniwersyteckim. Ten drugi, sierżant Slater, jest starszy i, miejmy nadzieję, że również mądrzejszy. Ma ostro zarysowaną brodę i pozbawiony emocji wyraz twarzy. Wyobrażam sobie, że nie bawi się w owijanie spraw w bawełnę. Sierżant Slater był naszym pierwszym punktem kontaktu po tym, jak Grace nie wróciła wczoraj ze szkoły. Koordynował poszukiwania, które zakończyły się znalezieniem mojej córki w kamieniołomach. Jestem pewna, że nigdy nie zapomnę jego spokojnego głosu, gdy informował nas przez telefon, iż odnaleziono ciało.

Obecnie, podczas rozmowy z nami, jest równie opanowany.

– Zostanie wykonana autopsja dla ustalenia przyczyny śmierci, ale w tej chwili nie traktujemy śmierci państwa córki jako podejrzanych okoliczności.

Prostuję się na krześle.

– Nie? Naprawdę? Przecież zniknęła na całe godziny. Ktoś mógł ją porwać i… – Moje dłonie, dotychczas ułożone spokojnie na kolanach, zaciskają się teraz na udach; palce wbijają się w ciało.

– Wiem – odpowiada sierżant łagodnie. – Bardzo mi przykro, jednak muszę państwa poinformować o znalezieniu listu w kieszeni ubrania Grace. Sądzimy, że państwa córka popełniła samobójstwo.

– Samobójstwo? – powtarza Charles, a ja wyciągam z wyczekiwaniem rękę w stronę policjanta.

– Chciałabym przeczytać ten list. – Trzymam otwartą dłoń, czekając.

Charles znów zaczyna szlochać i sierżant Slater zerka przelotnie na łzy mojego męża, zanim przenosi uwagę na mnie. Kiwa głową, tylko raz.

– Nie ma problemu. Jesteśmy w posiadaniu kopii.

Obiecuję sobie, że zaraz po autopsji zażądam oddania mi oryginału. Muszę go zobaczyć, dotknąć, przekonać się, że jest prawdziwy.

To posterunkowy Mullen wręcza mi kartkę papieru. Z całej siły powstrzymuję się od wyrwania mu jej z ręki. Jeżeli moja córka rzeczywiście się zabiła, muszę zobaczyć dowód.

Charles nachyla się nad moim ramieniem, gdy wygładzam liścik. Nawet na kserokopii rozpoznaję charakter pisma Grace; sposób, w jaki zmienia ogonek „y” w pętelkę, do końca życia pozostanie wyryty w mojej pamięci. Kropki nad „i” zawsze stawia nieco bardziej po lewej. Jej pismo jest równiutkie, nie wychodzi poza linie. Pomagałam jej w ćwiczeniu pisania, gdy tylko nauczyła się łączyć litery.

– Czy rozpoznaje pani charakter pisma? – pyta sierżant Slater.

– To pismo Grace – potwierdzam.

Wiem, że moja córka napisała ten list, ale mimo to pomiędzy pieczołowicie zakreślonymi pętlami i postawionymi kropkami nie mogę odnaleźć ani śladu mojej córki. Wiadomość jest krótka, pozbawiona emocji, ukazuje tylko cień rozpaczy, która wzbudza we mnie mdłości.

Mamo i tato,

tak bardzo mi przykro. Wszystko zaczyna mnie już przytłaczać. Chyba nie mam siły, żeby tak dalej żyć.

Ucałowania

Grace

Żadnego pożegnania, zapewnień o miłości, żadnego wyjaśnienia, co mogło spowodować tak nagłą potrzebę zakończenia życia. Nie ma tu nic, co przypominałoby moją córkę, jaką znałam. To tylko stek utartych zwrotów. Nie wiem, czego się spodziewałam po liście pożegnalnym, ale na pewno nie tego. Mam wrażenie, że to nierealne.

Jestem w szoku, co oznacza, że moja ocena może być nieco skrzywiona. Straciłam punkt odniesienia. W miejscu, gdzie powinien znajdować się cel mojego życia, zieje teraz czarna dziura i być może nie potrafię zaufać emocjom ogarniającym moje ciało. Mimo to ten list wydaje mi się nieprawdziwy. Po pierwsze, jedna linia tekstu została całkowicie zamazana, nie pozwalając na odczytanie liter pod spodem. Co tam było napisane? I co to oznacza?

Ponieważ list został skopiowany w kolorze, widzę, że długopis użyty do zamazania części słów miał zupełnie inny odcień tuszu, niż ten, którym napisano cały list. Wydaje mi się to dziwne. Dlaczego Grace miałaby zrobić coś takiego? Dlaczego miałaby użyć innego długopisu?

– O Boże – jęczy Charles. – Nie wiedziałem, że chciała umrzeć. Miała siedemnaście lat. To nie może być prawda. Kat? – Spogląda na mnie, jakby chciał, żebym wszystko naprawiła.

– Czy w ciągu kilku ostatnich dni zauważyli państwo jakieś zmiany w zachowaniu Grace? – pyta Mullen.

– Nie. – Potrząsam głową. – Grace nie popełniłaby samobójstwa.

– Wiem, że to trudne… – zaczyna sierżant Slater.

– To w ogóle nie wygląda na list od Grace. – Stukam dłonią w fotokopię wiadomości. – Grace by się nie zabiła. Miała po co żyć.

– Tak się może wydawać, ale niestety, samobójstwa nastolatków nie są czymś rzadkim. Dzieci w tym wieku żyją pod ogromną presją egzaminów i związków interpersonalnych.

– Wiem o tym – burczę. – Ale znam moją córkę. Niech pan spojrzy. Dlaczego miałaby wykreślić całą linię tekstu zupełnie innym długopisem?

– Istnieje wiele możliwych wytłumaczeń. – Sierżant Slater mówi powoli, jak do kogoś, kto niezbyt dobrze rozumie język angielski. – Pierwszy długopis mógł się wypisać. A może napisała słowa, których pożałowała dopiero później, może takie, które by państwa zraniły.

– W takim razie, dlaczego nie napisała tego listu od początku? – pytam. – O której godzinie umarła?

– Będziemy znali dokładny czas dopiero po autopsji. – Slater marszczy czoło. – Zakładamy jednak, że Grace zmarła około północy.

– Więc co robiła przez cały ten czas? – pytam. – Gdzie poszła? Z kim była?

– Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie wiem – mówi Slater. – Biorąc jednak pod uwagę dowody: list, lokalizację… wiemy, że kamieniołomy przyciągają ludzi o skłonnościach samobójczych. – Przerywa i unosi powoli dłonie, jakby starał się uspokoić szaleńca. – Bardzo mi przykro z powodu tej straty. Wiem, że bardzo trudno to zaakceptować, pani Cavanaugh, ale sama zidentyfikowała pani list samobójczy jako napisany przez Grace.

– Nie ma znaczenia, czy Grace go napisała. – Nie zamierzam zrezygnować. – Równie dobrze ktoś mógł ją do tego zmusić. Grace, którą znałam, nie popełniłaby samobójstwa. Była szczęśliwa.

– Kat. – Mój mąż kładzie mi dłoń na kolanie.

– Nie, Charles, posłuchaj. Nie wierzę w to. A ty? Chyba nie wierzysz w te kłamstwa? – Chwytam list i trzymam go w górze drżącymi palcami.

Zaciska rękę.

– Nie chcę, ale to charakter pisma Grace. Stresowała się nauką, a przecież wiesz sama, że czasami cierpiała na zmiany nastrojów.

Potrząsam głową z niedowierzaniem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego mój mąż tak ochoczo w to wszystko uwierzył. Spoglądam na sierżanta Slatera.

– Sprawdziliście nagrania z kamer wideo? Świadków? Z kim była przez cały ten czas?

Policjant chrząka i zaczyna znów, tym samym kojącym tonem.

– Zaraz po zaginięciu Grace rozpytaliśmy ludzi w szkole. Nikt nie widział, jak wychodziła. Obawiam się, że w małej wiosce, jak Ash Dale, nie ma zbyt wielu punktów monitoringu, ale oczywiście sprawdzimy to mimo wszystko.

Jestem w pełni świadoma, że wszyscy przemawiają do mnie jak do dziecka, i nie mogę tego ścierpieć. Nie jestem w stanie dłużej przebywać z nimi w tym samym pomieszczeniu. Odpycham dłoń Charlesa z mojego kolana, wstaję z krzesła i zaczynam nerwowo spacerować od ściany do ściany. Obietnica sierżanta Slatera jest oczywiście bez pokrycia, wypowiedziana wyłącznie z myślą o tym, aby mnie uspokoić, ale zawsze to jakiś początek. Nikt nie będzie mnie teraz słuchał – nie w tak krótkim czasie po identyfikacji zwłok. Uważają, że kierują mną emocje, że cierpię, że jestem pogrążoną w rozpaczy matką, którą trzeba oszczędzać. Kochałam moją córkę bardziej niż kogokolwiek. Była jedyną nicią wiążącą mnie z tym światem – jedyną częścią mnie, która łączyła mnie z resztą ludzi. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie nikt poza nią i zawsze tak było. Slater, Mullen, anielsko cierpliwa pani koroner, a nawet mój mąż są nieważnymi postaciami, orbitującymi wokół mojego życia. Grace była jedyną osobą, na której mi naprawdę zależało, a teraz odeszła.

Jeżeli sierżant Slater nie potrafi albo nie chce się dowiedzieć, co zdarzyło się mojej córce, to ja to zrobię.

ROZDZIAŁ DRUGI

Poród nie przebiegł zbyt dobrze. Grace ułożona była pośladkowo, z pępowiną owiniętą wokół szyi. Położna pociła się nade mną pod fartuchem. Podczas pośpiesznych prób wyciągnięcia małej z kanału rodnego pępowina została pociągnięta zbyt mocno i uległa przerwaniu. Straciłam tyle krwi, że gdy położna oglądała i czyściła Grace, poczułam się zdezorientowana, zamroczona. Po krwawym chaosie porodu zrobiono mi transfuzję krwi, podłączając mnie do maszyny, a Charles ułożył sobie Grace na piersi i gładził jej mięciutką głowę opuszkami palców. Przyglądałam mu się zmęczonym wzrokiem i w tamtej chwili czułam zazdrość o niego, o łatwość, z jaką ukoił nasze dziecko, o oczywistą miłość, jaką obdarzał tego małego człowieczka, którego wyhodowałam we własnym ciele i wydałam potem na świat, niemal przypłacając to życiem. To ja chciałam trzymać Grace w ramionach, oprzeć jej główkę na mojej piersi i obserwować, jak zapada w szczęśliwy sen. Pragnęłam przeżyć tę idealną chwilę, której, jak wierzyłam, doświadczają wszystkie matki.

Przez kilka dni po porodzie w głębi duszy nienawidziłam tego drobnego dzieciaczka za ból, jakiego z jego powodu zaznałam. Na domiar złego, nie było sekundy, żeby mała twarzyczka Grace nie była czerwona i pomarszczona od płaczu. Odmawiała ssania piersi, a przy bardzo rzadkich okazjach, kiedy to jednak robiła, czułam potworne skurcze, które wstrząsały całym moim ciałem. Nigdy nie chciała spać i byłam całkowicie wyczerpana. Ledwie dawałam radę dowlec się do łazienki, aby przeżyć kilka sekund potwornego bólu. Grace uspokajała się tylko wtedy, gdy Charles spacerował z nią po szpitalnym korytarzu. Nie chciała mnie, a paranoidalny głos w mojej głowie przekonywał mnie, że to uraza osobista i że Grace widziała wszystkie moje wady. Wiedziała, kim jestem, i odtrąciła moje uczucia, ponieważ nie byłam jej godna.

Ten początkowy brak akceptacji sprawił jednak, że z jeszcze większą determinacją starałam się zdobyć jej uczucia. Gdy doszłam do siebie po krwotoku i odzyskałam nieco sił, zaczęłam układać ją na mojej piersi i pozwalałam jej spać. Wsuwałam palec w jej malutką piąstkę i pozwalałam jej go ściskać tak mocno, jak chciała. Kiedy płakała, gładziłam ją po głowie, dotykając miękkich włosów pokrywających jej elastyczną czaszkę. Kiedy ziewała, odsłaniając różowe wnętrze ust, przyglądałam się jej z zafascynowaniem. Zaczęły mnie nawet cieszyć śmieszne odgłosy, jakie z siebie wydawała, i przyglądałam się, jak z jej ust wydobywają się bąbelki spienionej śliny. To właśnie w czasie tych stopniowych zmian okoliczności odkryłam, że zakochuję się w mojej córce – nie dlatego, że powinnam, tylko dlatego, że lubiłam przebywać w jej obecności. Była częścią mnie. Dobrą częścią. Chciałam zapewnić jej bezpieczeństwo i najbardziej na świecie chciałam stać się lepszą osobą, dla niej.

Chociaż jednak bardzo się starałam, nie jestem pewna, czy kiedykolwiek tak naprawdę stałam się lepsza.

Kiedy po długim, bolesnym procesie identyfikacji wracamy do naszego pustego domu, Charles rusza prosto do kuchni i wlewa whisky do szklanki. Georgie i Porgie, nasze zawsze entuzjastyczne czarne labradory, łaszą mi się do nóg, liżą mnie po rękach, a potem przenoszą swoją uwagę na Charlesa, prawdopodobnie wyczuwając jego rozpacz. Jak przez mgłę słyszę, jak jeden z nich zaczyna skomleć. Nie mogę na to patrzeć.

Wokół mnie unosi się gęsta chmura trującego gazu, wysysając energię z mojego ciała, izolując mnie od Charlesa, psów i naszego pięknego domu: przestronnej wiktoriańskiej rezydencji. Zamiast zająć się pocieszaniem mojego męża, ruszam ciężko po schodach na górę, zrzucając po drodze kurtkę i buty. Zostawiam je tam, gdzie spadły. Obrazy olejne trzęsą się w ramach, gdy obcas szpilki uderza w ścianę. Stare deski podłogowe jęczą pod moimi stopami. Chwytam dłonią dębową poręcz tak mocno, że bieleją mi knykcie.

Jej pokój znajduje się na końcu długiego, pełnego drzwi korytarza. W Farleigh Hall mamy siedem sypialni. W zasadzie Grace miała całe pierwsze piętro dla siebie, ponieważ sypialnia małżeńska – przerobiona z sali balowej – znajduje się piętro wyżej. Teraz, kiedy przemierzam korytarz w kierunku pokoju mojej córki, uderza mnie myśl o tym, jak pusty stanie się ten dom bez niej. Marzyłam o Farleigh, pragnęłam tu zamieszkać. Po pierwszej wizycie w tej rozległej rezydencji wróciłam do mojego malutkiego mieszkanka i zaczęłam trenować zapisywanie adresu, jakby był mój własny: Kat Cavanaugh, Farleigh Hall, Ash Dale, Derbyshire. Żadnego numeru domu. Żadnego „mieszkania numer 3B”, żadnych robaków w kuchni. Charles dał mi przepustkę do lepszego życia, a ja chciwie wyrwałam mu ją z jego pulchnych palców. Nie spodziewałam się jednak, że podaruje mi skarb dużo lepszy niż pieniądze: Grace.

Teraz jednak, po tęsknocie do luksusu, jaki mógł mi zapewnić Farleigh Hall, przesuwam palcami po ścianach wybitych mahoniową boazerią i nie czuję nic poza chłodem desek. Bez głosu Grace, bez dźwięków muzyki dobiegającej z jej pokoju ten dom jest jedynie skorupą. Zamykam oczy i nadal słyszę, jak melodia, którą grała, ćwicząc na skrzypcach, roznosi się po przestronnych korytarzach. Rozpacz wzbiera we mnie niczym tornado, grożąc rzuceniem mnie na kolana.

Kiedy docieram do pokoju Grace, wstrzymuję oddech i otwieram drzwi. Jestem pewna, że powinnam wyczuć zmianę w atmosferze. Pokój Grace powinien być nie do poznania. Chaos apokalipsy. Wypalona ziemia. Nigdy więcej taki sam. Ale nic się tu nie zmieniło od czasu, gdy wczoraj rano wyszła do szkoły. Sprzątaczki nie zaglądały tu jeszcze od czasu jej zaginięcia, a to oznacza, że pomieszczenie nadal nią pachnie. Jej ubrania leżą na skrzyni u nóg łóżka. Jej pościel jest skotłowana, jak zwykle, a skrzypce spoczywają na stojaku w rogu pokoju. Grace powinna teraz wychynąć z łazienki, z białym ręcznikiem owiniętym wokół głowy i maseczką nałożoną na twarz. Stoję w progu, czekając na nią z uśmiechem na twarzy, z wyczekiwaniem. Czego dziś próbujemy, Grace? Relaksującej maseczki miodowej? Chłodzącej z ogórka? A może pedicure w miasteczku?

Ale Grace nigdy już się nie wychyli zza drzwi tej łazienki.

Nie mogę pozbyć się myśli o kolorze niebieskim.

Układam się, przytulając skotłowaną pościel, i zamykam oczy, wdychając resztki zapachu Grace.

Trzeba to zrobić i muszę to zrobić sama. Jest ktoś, komu należy powiedzieć o Grace. Charles zaoferował, że mnie zawiezie, ale zanim zdołałam zejść na dół, z zapuchniętymi z niewyspania oczami, znów się całkiem rozsypał. Poza tym nigdy nie jeżdżę tam naszym wozem. Zamawiam taksówkę albo korzystam z autobusu. Dzisiaj decyduję się na to pierwsze. Charles zawsze uważa, że to zachowanie jest urocze, ponieważ pochodzę z biedoty, a on z tradycyjnej bogatej rodziny, ale nie chcę, żeby ci ludzie wiedzieli o zmianie w moim życiu. Nie chcę, żeby wiedzieli o mnie cokolwiek. Gdybym mogła, nigdy w życiu nie wróciłabym do tamtego miejsca, ale osoba, z którą zamierzam się spotkać, jest uparta. Bardzo się napracowałam, żeby wydostać się z miejsca naszego pochodzenia, ale ona nie zamierzała zrobić tego samego.

Zanim pojawia się taksówka, wypijam sporą porcję whisky Charlesa. Wprowadza to mój umysł w przyjemne otępienie, co z pewnością pozwoli mi przetrwać podróż. Potem, ponieważ Charles zaczyna znów płakać, odnajduję buty, chwytam torebkę i wychodzę przed dom, żeby tam poczekać na przyjazd samochodu. Nie jestem już w stanie dłużej znosić mojego zapłakanego, żądnego pocieszenia męża. To nie w porządku z jego strony szukać we mnie otuchy, kiedy jestem całkowicie pusta. Jak mogę go pokrzepić?

Kiedy wsiadam do hybrydowego wozu, słyszę ciche gwizdnięcie kierowcy.

– Niezły dom.

– Tak, wiem. – Podaję adres i taksówkarz programuje system nawigacyjny. Whisky ciąży mi kwaśno na żołądku i za każdym razem, gdy zamykam oczy, widzę pozdzierane paznokcie Grace oraz rany na jej ciele.

– Nie ma pani ochoty na przejażdżkę własnym samochodem? – pyta kierowca. – Na pani miejscu wziąłbym tego jaguara na mały spacerek. Zwłaszcza w tak przepiękny dzień jak dziś. Z odsłoniętym dachem. – Potrząsa głową, jakby uważał, że jestem głupia, nie ciesząc się bez przerwy swoim własnym bogactwem.

– Nie – odpowiadam. – Wczoraj umarła moja córka.

Obserwuję w lusterku wstecznym, jak jego twarz blednie, a potem odchylam się na oparcie. Czuję tępe pulsowanie bólu pod czaszką i w żołądku, promieniujące na resztę ciała. Dobrze. Chcę bólu. Zamykam oczy i wspominam Grace leżącą na szpitalnych noszach. Gdybym wypiła więcej whisky, może udałoby mi się zablokować to wspomnienie. Charles miał dobry pomysł, płacząc i pijąc, wyciągając ramiona jak małe dziecko, które chce na rączki. Dlaczego ja nie zaczęłam się tak zachowywać? Dlaczego się nie załamałam, zmuszając wszystkich w moim otoczeniu do pocieszania mnie?

Nie. Matka ma zobowiązania. Dlatego robię to, co należy zrobić, i to we właściwy sposób. Chociaż muszę się przyznać przed samą sobą, iż nie wynika to z altruizmu. Prawda jest taka, że kieruję się ukrytym motywem. Wiem, że moja córka się nie zabiła, a w moim życiu istnieją pewne osoby, co do których muszę się upewnić, iż nie skrzywdziły mojego dziecka. Za chwilę odbędę rozmowę z jedną z nich. Chcę zobaczyć jej minę, kiedy oznajmię jej, że Grace umarła. Może dowiem się, co naprawdę przydarzyło się jej tamtego dnia.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wysiadam z taksówki u wylotu ulicy i wręczam kierowcy pieniądze. Kiedy zamykam drzwi, mówi, że przykro mu z powodu mojej straty. Przyjazd tutaj zazwyczaj wymaga ode mnie zrzucenia mojego bogactwa niczym drugiej skóry. Zakładam niewyszukane ubranie, a włosy ściągam w ciasny kucyk. Ona jako jedyna pośród ludzi stąd zna moją sytuację i się za nią wstydzi. Wstydzi się mnie. Dzisiaj jednak zupełnie zapominam o moim rytuale i pojawiam się na miejscu w rzeczach, które wciągnęłam na siebie dziś rano. Tak się składa, że to te same kosztowne ubrania, które noszę na co dzień: kaszmirowy sweter, loubutiny i torebka z miękkiej skóry od Mulberry. Zazwyczaj unikam tych marek, ponieważ zawsze stawia mnie to w złej pozycji podczas spotkania z nią. Teraz jednak niewiele już mogę z tym zrobić. Wzdrygam się i przez chwilę rozważam, czy nie wezwać z powrotem taksówki.

– Katie, to ty? – Dobiega mnie znajomy głos z betonowego ogródka przed małym szeregowcem. Utykając, kobieta rusza w moim kierunku. Jej poliestrowe legginsy ocierają się o siebie między udami, wydając szeleszczący odgłos. Opiera się na płocie.

– No proszę, proszę, prawie cię nie poznałam. Och, cudna ta torebka. – Kiedy mówi, jej różowy podbródek chybocze się w górę i w dół.

– Dzień dobry, pani Nash. To podróbka.

– Wybierasz się z wizytą do Susan?

– Tak. – Usiłuję ruszyć dalej.

– Och, to dobrze. Ucałuj ją ode mnie, tak?

Odgarniam z twarzy rozjaśniony na popielaty blond kosmyk włosów i kiwam głową. Wszyscy na tym osiedlu kochają Susan – jak mówi o niej pani Nash (ja mam dla niej inny przydomek) – i wcale się nie dziwię, zważywszy, że Susan dała wszystkim sąsiadom mnóstwo forsy do podziału. Ale szczęściarze, ci rezydenci Old Barrow. Oczywiście były to pieniądze Charlesa, które miała wykorzystać do wyprowadzenia się stąd, ale postanowiła powiedzieć przyjaciołom, że wygrała kilka tysięcy na loterii, a potem podzielić się z nimi całą sumą.

Obcasy moich butów stukają po chodniku. Znajduję się w alejce za szeregowcami, z widokiem na sznurki z wywieszonym praniem i plastikowe meble ogrodowe. Z każdym krokiem przybliżającym mnie do tego domu moje serce zaczyna bić coraz szybciej. Ogarnia mnie okropna myśl: co, jeżeli to właśnie ten moment, kiedy stracę panowanie i się załamię? Co, jeśli śmierć Grace nie uderzyła jeszcze we mnie pełnią sił, ponieważ nie powiedziałam o tym na głos nikomu, poza nieznajomym taksówkarzem?

Po kilku kolejnych krokach staję przed domem z mojego dzieciństwa. Oddycham głęboko, jak zawsze, żeby się uspokoić. Szeregowiec z dwoma pokojami na górze i na parterze powinien wystarczyć dla jednej kobiety i jednej córki, ale Susan, moja matka, jest istnym chomikiem. Nie zaglądam tu zbyt często, a już z całą pewnością nigdy nie zabierałam ze sobą Grace. Kiedy mama chciała ją zobaczyć, oferowałam jej pieniądze na taksówkę, żeby do nas przyjechała, ale ona zawsze wybierała autobus. Jej odwiedziny zresztą zdarzały się rzadko. Mama często zapominała o urodzinach Grace – o moich w ogóle nie pamiętała – wizyty zaś w Boże Narodzenie zależały od tego, czy miała już jakieś plany z sąsiadkami, czy nie. Mnie samą nieszczególnie to obchodziło, ale nienawidziłam, gdy Grace czuła się rozczarowana, bo babci nie chciało się wysłać wnuczce kartki z życzeniami urodzinowymi.

To właśnie zawód wypisany na twarzy Grace w dniu jej ósmych urodzin widzę we wspomnieniach, kiedy pukam do drzwi. Mama odwiedziła nas na Gwiazdkę i, bodaj po raz pierwszy w życiu, dobrze się razem bawiły lalkami Grace. Mama zawsze uwielbiała lalki. W dużym pokoju trzyma całą kolekcję paskudztw o ziemistych twarzach. Siedzą w otoczeniu innych śmieci, śledząc mnie martwymi oczami, kiedy jestem w środku. Oczywiście gdy nadciągnął luty, moja biedna naiwna córka sądziła, że babcia zechce spędzić z nią urodziny. Zaprosiła ją więc na swoje przyjęcie. Zadzwoniłam do mojej matki i błagałam, żeby się do nas przyłączyła. Wykorzystałam cały urok, na jaki było mnie stać, ale takie rzeczy na nią nie działają. Obiecała wcześniej Nadii Patel spod 45-tki, że popilnuje jej kota. I tak to właśnie jest z mamą.

– Dlaczego pukasz? Gdzie masz klucz?

Stęchły zapach mieszkania uderza we mnie, gdy tylko otwiera drzwi. Jestem zaskoczona tym, jak mama staro wygląda. Zawsze powtarzała, że urodę odziedziczyłam po tacie, i zaczynam wierzyć, że to bodaj jedyna rzecz, na której temat nie skłamała.

– Zapomniałam.

– A jakim sposobem ci się to udało? – Odsuwa się od drzwi, żeby mnie wpuścić.

Podążam za nią, starając się nie wpaść na sterty żurnali i desperacko usiłując zignorować przepełniony kosz na śmieci. Nie mam najmniejszej ochoty zamykać za sobą drzwi, które uwiężą mnie w tym domu, ale muszę. Nie chcę przebywać w tym miejscu, gdzie rano jadałam mój tost, pochylając się nad zlewem, gdzie siadywałam na kanapie i oglądałam opery mydlane z moją milczącą matką i gdzie sama kładłam się spać, gdy ona wpadała w pijacki stupor. Nie mam najmniejszej ochoty przypominać sobie tego wszystkiego, a zwłaszcza dzisiaj – ale musiałam tu przyjść, przekazać jej wieści twarzą w twarz.

Mimo że mama dobiega już siedemdziesiątki, nadal jest bardzo żwawa. Zawsze była drobna i chuda, ponieważ nigdy zbytnio nie lubiła jedzenia. Zupełnie nie docenia przyjemności, jaką może przynieść ciasto czekoladowe. Równie dobrze zadowoliłaby ją miska jarmużu. Dodając do tego fakt, że zawsze jest w ruchu, udało się jej zachować dobrą kondycję.

– No więc? – Unosi brwi, czekając na moją odpowiedź. Zdejmuje torbę z ubraniami z fotela i stawia ją na przechylającym się stosie gazet, przyglądając mi się od stóp do głów i oceniając mój strój. – Dlaczego się tak wystroiłaś? Co, chciałaś się popisać? Pokazać wszystkim na osiedlu, że teraz jesteś bogata? O to chodzi? Uważasz, że jesteś lepsza od nas wszystkich, z tymi swoimi pieniędzmi? Ten twój mąż też tu jest? Jeździ po okolicy w tym swoim idiotycznym samochodzie, jakby był jakimś nie wiadomo kim…

– Mamo.

– To obrzydliwe i tyle. – Ignoruje mnie. – Paradowanie po mieście w tych drogich ciuchach, kiedy na ulicach ludzie umierają z głodu…

– Grace nie żyje.

– Co?

– Grace nie żyje. – Oddycham głęboko. – Wczoraj nie wróciła do domu ze szkoły. Zadzwoniłam na policję i zaczęli jej szukać. Znaleźli ją dziś rano na dnie kamieniołomu. Spadła i złamała sobie nogę… i wykrwawiła się na śmierć. – Kolejny głęboki oddech. – Musiałam zidentyfikować jej… zwłoki. – Trzęsą mi się nogi, ale jakoś mi idzie. – Umarła, mamo. Grace nie żyje.

Złoty zegar na kominku tyka miarowo, a we mnie znów wzbiera gniew i poczucie niesprawiedliwości. Mam ochotę strącić go na podłogę i roztrzaskać, wdeptując szkło w poplamiony dywan. Tykanie szydzi ze mnie, przypominając mi, że czas nadal trwa, chociaż moja córka już nie. I w tej wypełnionej tylko tykaniem ciszy moja matka stoi, wpatrzona we mnie bez ruchu. Dwadzieścia sekund później z jej otwartych ust wydobywa się jęk i mama zaczyna się przewracać.

Zaniepokojona, wyciągam ramiona i staram się ją przytrzymać, ale ona machaniem odpędza moje ręce z zadziwiającą siłą, a potem opada na dywan. Zaczyna wyć; głośno, ohydnie, jak syrena, której wycia nie mogę znieść. Nie wiem, jak pocieszyć tę kobietę, która nigdy nie miała współczucia dla mnie, więc niezgrabnie obejmuję jej barki ramieniem i zaczynam mruczeć kojąco.

– No już, mamo. Spróbuj usiąść w fotelu. Chodź.

– Ona… nie żyje? – Spogląda mi w oczy i nie pierwszy raz zauważam, jak bardzo przypomina dziecko. – Moja biedna kruszyna.

Nie. Moja kruszyna. Moja. Niczyja inna. W moich żyłach znów zaczyna pulsować gniew. Zrywam się na równe nogi i odsuwam od matki, skulonej na podłodze. Jej wycie i jęki wydają się nieautentyczne; mam po prostu wrażenie, że próbuje wykorzystać fakt śmierci mojej córki na swoją korzyść. I jest to dokładnie coś, o co ją podejrzewałam. Tępy ból w czaszce zmienia się w niemal nieznośne pulsowanie. Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu butelki. Znajduję skarb, którego potrzebuję, przeciskam się między stertami bambetli w kierunku oszklonego barku, otwieram drzwiczki, wyciągam butelkę ginu i pociągam spory łyk.

– Daj mi trochę, dobrze?

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na widok alkoholu moja matka natychmiast się ożywia. Gramoli się na nogi i sięga po butelkę.

Pije, a ja opadam na jedno z krzeseł i pocieram skronie. Moja umęczona matka, kobieta, która poza domem zachowuje się jak anioł, zmieniając się natychmiast po przekroczeniu progu tych czterech ścian. Nie spodziewałam się po niej niczego innego i całe to spotkanie pozostawiło jedynie nieprzyjemny smak w moich ustach. Kiedy byłam nieszczęśliwa, zazwyczaj przychodziłam do Grace po pocieszenie. Dla mnie szczęście zawsze zdawało się czymś ulotnym i kapryśnym, ale uśmiech Grace zdecydowanie pomagał w ciągu tych wszystkich lat. To i jej wariackie dowcipy. Kiedy miała jedenaście lat, Charles kupił jej książkę z żartami, której nigdy nie przestawała czytać. Wspomnienie o tym pomaga mi przetrwać obecną chwilę i moją matkę, z jej sztucznymi napadami histerii. Teraz, kiedy już chwyciła za gin, siada w fotelu i pije go łapczywie – jak dziecko z butelki ze smoczkiem.

– Co się stało? – pyta, znieczulona przez alkohol.

Potrząsam głową; nic w tej sytuacji nie wydaje się rzeczywiste.

– Nie wiem. Policja… cóż, policja znalazła w kieszeni jej sukienki list samobójczy.

Zapada długa cisza. Wpatruję się w swoje paznokcie. Grace usiłowała wydostać się z tej dziury po upadku. Próbowała z wystarczającą siłą, żeby zerwać sobie paznokieć. Czy to zachowanie samobójcy? Czy walczyłaby z takim zacięciem?

Mama przerywa milczenie głosem niskim na tyle, żeby wzbudzić wibracje w szklanych drzwiczkach kredensu.

– Co ty jej powiedziałaś?

– Słucham? – Podrywam głowę i spoglądam jej w oczy.

– Musiałaś jej coś nagadać albo zrobić. Młode dziewczyny, jak ona, nie zabijają się, jeśli mają kochające matki. – Odstawia butelkę z ginem na podłogę, obok elektrycznego grzejnika, unikając kontaktu wzrokowego.

– Uważasz, że to ja doprowadziłam Grace do samobójstwa? – Mój głos jest ledwie słyszalny ponad tykaniem zegara. Szepczę nie z gniewu, lecz raczej z szoku. Wyobrażałam sobie tę konwersację na różne sposoby, ale wersja, w której ona oskarża mnie, w ogóle nie przyszła mi do głowy. Teraz jednak, kiedy stoję przed tą kobietą, która przez całe życie wcale o mnie nie dbała, w jakiś sposób zaczyna to mieć sens.

Matka sięga po butelkę i upija kolejny łyk.

– Ta dziewczyna była idealna. To ty ją zrujnowałaś. – Kolejne pociągnięcie z butelki. – Nigdy nie byłaś normalna. Zawsze było z tobą coś nie tak. Za dużo go w tobie.

„On” to mój ojciec – człowiek, który śmiał porzucić moją toksyczną matkę, kiedy była ze mną w ciąży. Prawdopodobnie była to najlepsza decyzja w jego całym życiu.

– Grace nie popełniła samobójstwa. – Wstaję. – Nie obchodzi mnie, co myśli o tym policja. Ktoś zmusił ją do napisania tego listu, a potem popchnął ją w przepaść.

– A kto niby miałby zrobić coś takiego? – Zaczyna bełkotać po wypiciu ćwiartki ginu z butelki.

– Nie wiem. Ktoś, kto chciał skrzywdzić albo Grace, albo mnie.

Matka śmieje się ponuro.

– Już zaczynasz robić z siebie główną bohaterkę tej sprawy, co? Biedna Katie. Pewnie jesteś zachwycona. Ilu ludziom dziś już o tym powiedziałaś?

– Nikomu – kłamię.

Spogląda na mnie zwężonymi w szparki oczami i kiwa głową znacząco.

– Szkoda mi Grace, naprawdę. W zasadzie to zawsze było mi jej żal. Może jesteś bogata, ale to wszystko. Ja przynajmniej mam tutaj prawdziwą rodzinę.

– To prawda, mamo. Wybrałaś sobie rodzinę. I ta rodzina nigdy nie obejmowała mnie, co nie?

– Ty nigdy nie chciałaś rodziny, Katie.

– To nieprawda.

Znów popija gin i wpatruje się w płomień w kominku.

– Nigdy nie wybaczyłaś mi tego, co zrobiłam, i taka jest prawda – mówię.

Przełyka gin, zanim odpowiada, cicho, bez emocji, nie odrywając wzroku od ognia.

– Cóż, nie każdy ma takie dziecko, jak ty, prawda? Agresywną, skrzywioną psychicznie gówniarę. – Wreszcie spogląda mi w oczy. – Jak ty w ogóle sypiasz w nocy, Katie?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Od dawna już nie byłam Katie. To imię nadal jest okryte złą sławą w okolicach Old Barrow, a już z pewnością w mojej dawnej szkole. Właśnie dlatego nigdy nie wracam na stare śmieci. Spotykanie ludzi z tamtego okresu życia nigdy nie jest przyjemnym doświadczeniem.

Po raz pierwszy zaczęłam źle się zachowywać, kiedy miałam dziesięć lat. Moja szkoła miała kiepską reputację, bo chodziło do niej wielu kłopotliwych uczniów z okolicznych osiedli komunalnych. A z nich wszystkich ja znajdowałam się w ścisłej czołówce. Praktycznie nie było dnia, żebym nie wdała się w jakąś bójkę. Złamałam nos Lucy Bates, podbiłam oko Kevinowi Clarke’owi, kopnęłam naszego nauczyciela wuefu w goleń, a to tylko niektóre z moich przewinień. Moja agresja była początkiem zaburzeń zachowania. Doprowadziła do tego, co wydarzyło się z Annie Robertson – do koszmarów, do jeszcze większej agresji i do wydarzenia tak strasznego, że moja matka nigdy mi go nie wybaczyła.

– Dam ci znać, kiedy zorganizujemy pogrzeb. – Otwieram tylne wyjście, wpuszczając do kuchni nieco świeżego powietrza, tak bardzo tu potrzebnego. Słyszę za plecami szuranie stóp matki. Jest wystarczająco szybka, żeby dopaść mnie przed wyjściem.

– I co? To wszystko? Powiedziałaś mi, co się stało, i teraz sobie wychodzisz? – Przytrzymuje otwarte drzwi ręką.

– Nie zamierzam tu zostawać, żebyś mnie obrażała. Po pierwsze, zasugerowałaś, że jestem odpowiedzialna za śmierć mojej córki. – Wychodzę do zaniedbanego ogrodu, w którym nie ma ani krzty zieleni.

– To gin przeze mnie przemawiał – odpowiada.

Najeżam się, ponieważ wiem doskonale, że kłamie w żywe oczy. Obracam się na pięcie, żeby na nią spojrzeć.

– Czy Grace kiedykolwiek cię odwiedziła?

Krew odpływa mi z twarzy, kiedy widzę, jak na jej ustach pojawia się leniwy uśmiech.

– Tak.

– Sama?

– Tak.

Wie, że nienawidzę tej sytuacji, i ta świadomość sprawia jej ogromną przyjemność. Teraz ma nade mną przewagę. Żałuję, że nie mogę wymierzyć jej policzka, aby zmazać z jej twarzy tą pełną samozadowolenia minę.

– No więc? Kiedy ostatnio?

– Dwa tygodnie temu.

Przestępuję z nogi na nogę. Chociaż przyszłam tu zwarta i gotowa – koniec końców, kiedy w moim życiu dzieje się coś niedobrego, zazwyczaj ma to jakiś związek z moją matką – tego się jednak nie spodziewałam. Ostatnio widziałam Grace i matkę razem podczas koszmarnego obiadu bożonarodzeniowego, trzy lata temu. Charles miał nadzieję na polepszenie stosunków między mną i mamą, więc zaprosił ją w ramach niespodzianki. Były to pierwsze święta od śmierci jego matki i obudziła się w nim romantyczna idea, że członkowie rodziny powinni się szanować, bez względu na wszystko.

– Co ty zrobiłaś? – Nie mogę się powstrzymać. – O czym rozmawiałyście?

– Rozmawiałyśmy o tobie – mówi cicho, sycąc się władzą, jaką dała jej ta nowa informacja. – Między innymi.

– Czy Grace czymś się zdenerwowała lub zmartwiła?

– To były prywatne rozmowy, Katie.

Z frustracji zaciskam dłonie w pięści.

– Cóż, Grace nie żyję, więc nie sądzę, żeby utrzymanie jej sekretów miało jakiekolwiek znaczenie. – Ściska mnie w piersi, jakby ktoś ściągnął ją gumką. Grace nie żyje. Moja córka nie żyje. Ona nie żyje. Powtarzam to sobie, chociaż brzmi to nierealnie. Dziwaczne połączenie słów, zupełnie niemające sensu. Stoję w ogrodzie przy domu mojego dzieciństwa, patrzę na osobę, która się wtedy nade mną znęcała, i czuję się zbyt odizolowana od mojej córki. Muszę wrócić do domu, do jej pokoju. Dlaczego w ogóle wychodziłam? Po co tu przyjechałam?

– Rozmawiałyśmy o szkole, o tym, co porabia i tym podobne. – Wzrusza ramionami. – Może nie znałaś swojej córki tak dobrze, jak sądziłaś… – Odsuwa się od drzwi, w głąb mieszkania. Na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu, który powoli przekształca się w ironiczny uśmieszek, ponieważ wie, że wygrała tą potyczkę. Wstrząsnęła mną do głębi. W mojej głowie dźwięczy pytanie: Czy w ogóle kiedykolwiek zależało ci na Grace? Nie potrafię jednak znaleźć w sobie sił, żeby je wypowiedzieć.

Drzwi się zamykają. Z framugi, tuż przed moim nosem odpada płatek starej, wysuszonej farby. Przed odejściem odrywam kolejny kruszący się pasek, dając sobie chwilę na to, by przestać dygotać.

Czy to ty sprawiłaś, że jestem tym, kim jestem, mamo? I czy ja z kolei w jakiś sposób wpłynęłam na twoją osobowość, Grace?

W drodze do domu żałuję, że nie mam przy sobie maminej butelki ginu, żeby rozgrzać zziębnięte wnętrzności. Na szczęście taksówkarz jest milczkiem i przemierzamy łagodne wzgórza Derbyshire bez jednego słowa. Nie mam siły na rozmowy o bzdurach. Jeśli sądziłam, że poranna wizyta w szpitalu pozostawiła we mnie pustkę, to spotkanie z matką odebrało mi całą pozostałą ochotę do życia. Przyłapuję się na przeglądaniu telefonu, ponieważ jeśli nie ruszam palcami, trzęsą się jak u alkoholika.

Co ty zrobiłaś, Grace? Dlaczego nieprzymuszana spotkałaś się z tą kobietą? Czy moja córka nie zdawała sobie sprawy, że moja matka jest pajęczycą czającą się na swoją ofiarę?

Ale mama równie dobrze mogła kłamać w kwestii wizyt. Być może to kolejna z jej okrutnych gierek, żeby bardziej mnie zranić. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy mnie nie uderzyła, ale nie pamiętam też, żeby się uśmiechała, chyba że płakałam. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że całe zło we mnie zawdzięczam mojej rodzicielce. Każda próba manipulacji, każdy wybuch złości – wszystkiego tego nauczyłam się od niej.

Dobre cechy we mnie zostały ukształtowane wyłącznie przez Grace i nawet moja matka nie może mi tego odebrać. Nie pozwolę jej na to.

Im bardziej zbliżamy się do Farleigh Hall, tym więcej budzi się we mnie wspomnień o Grace. Majątek rodzinny Charlesa znajduje się kilka kilometrów stąd, w wiosce zwanej Ash Dale, pomiędzy Bakewell i Buxton. Taksówka przemierza mieścinę, podążając wzdłuż rzeki Wye, z widokami na Peak District. To właśnie w Ash Dale Grace chodziła do szkoły podstawowej, gdzie nauczyła się czytać i pisać, dodawać liczby i zaprzyjaźniać się z innymi dziećmi. Brała udział w zawodach na orientację w terenie, w lesie rozciągającym się za muzeum górniczym. Jeśli wyjeżdżając z Ash Dale, skręci się w prawo, zamiast podążać główną drogą w lewo, dojedzie się do Ash Mills – elementu krajobrazu przemysłowego, który pomogli ukształtować przodkowie Charlesa. Kiedyś zrobiłam dla Grace wiktoriański kostium, który miała założyć na szkolną wycieczkę w tamte okolice. Dowiedziała się wtedy wszystkiego o Geoffreyu Cavanaughu, człowieku, który wybudował Farleigh Hall: wybitnym wiktoriańskim przemysłowcu, który był właścicielem kilku farbiarni w okolicy, a także, o ironio, Stonecliffe Quarry. Na samą myśl kręci mi się w głowie i czuję mdłości w pełnym ginu żołądku, ale kierowca niczego nie zauważa, bo szybko zamykam na chwilę oczy, żeby się uspokoić.

Taksówka wspina się na wzgórze za Ash Dale, oddalając się od rzeki Wye, podążając krętymi, coraz węższymi drogami. Wreszcie docieramy do wyżyny z nieskończonym polem zieleni, a w środku niej znajduje się Farleigh Hall. Taksówka skręca w drogę dojazdową, z chrzęstem żwiru pod kołami przekracza dwuskrzydłową żelazną bramę odlaną w 1885 roku. Ile to razy przewoziłam Grace przez te wrota, w drodze do lub ze szkoły? Ile razy prosiłam, żeby ściszyła radio, kiedy podskakiwała w rytm piosenek One Direction, machając włosami na boki? Ile razy wywracałam oczami, gdy formowała palcami kształt serca, aby wyrazić swoją miłość do Zayna?

Jako dziecko zawsze była pełna życia. Chociaż widziałam wtedy mniej serc i nie słyszałam tak często One Direction, Grace pozostała radosną duszą aż do siedemnastki. Nigdy nie nosiła martensów, nie malowała oczu czarną konturówką i nie burczała pod nosem, jak dziewczęta, z którymi chodziła do szkoły.

Mijamy stajnie (puste od czasu, gdy świętej pamięci Emily, matka Charlesa, przestała jeździć konno), starego, poobijanego land rovera (ponieważ dobrym urodzeniem nie trzeba się przechwalać), drewutnię, gustowny posąg cherubina na podjeździe i wreszcie docieramy do domu.

Kiedy Grace miała cztery lata, nazywała go „krzyżowym domem”. Bogaty, romantycznie usposobiony Geoffrey wybudował rezydencję w stylu Tudorów, z czarnymi belkami krzyżującymi się na wybielonych ścianach. Bluszcz wspinający się po łuku nad głównym wejściem przywodzi wspomnienie małej Grace, usiłującej chwycić zwisające liście za każdym razem, Charles wnosił ją na rękach do domu.

Kiedy wchodzę do środka, Georgie i Porgie skomlą przy drzwiach, machając ogonami i spoglądając na mnie wielkimi zagubionymi oczami. Nauczyłam się już rozpoznawać te miny jako oznakę głodu. Ruszam do starej spiżarni, teraz przerobionej na składzik, żeby je nakarmić.

– Nie musisz. – Charles zbliża się, zataczając, i opiera się o framugę drzwi. – Już dałem im jeść.

Przyglądam się psom uważniej, głaszcząc jednego po nosie.

– Szukają Grace.

Charles kiwa głową, w górę i w dół, jego broda uderza o pierś.

– Sądzisz, że wiedzą?

Charles wzrusza ramionami.

– Może. Myślę, że kiedy mama umarła, też to poczuły. Nadal zabieram je co tydzień na jej grób i siedzą przy nim przez kilka minut. – Nachyla się i drapie jednego z nich – Porgiego, sądząc po nieco bardziej bursztynowym zabarwieniu oczu – za uchem.

– Nie wiedziałam, że co tydzień odwiedzasz grób Emily. – Czy dobra żona zdawałaby sobie sprawę, że jej mąż chodzi co tydzień na grób swojej matki? Czy dobra żona powinna to wiedzieć?

– Wkrótce przybędzie mi kolejny grób do odwiedzania. Tobie też. Chyba że zdecydujemy się na kremację. Jak myślisz? – Mimo nieco bełkotliwej mowy, wygląda na to, że Charles jakoś zebrał się w sobie. Kuca i spogląda na mnie, unosząc przekrwione oczy. Porgie liże go po rękach.

– Ja nie… nie zastanawiałam się. – Myśl o Grace leżącej w zimnej ziemi budzi we mnie odrazę. Czuję się brudna. Jeśli jednak wybierzemy kremację, nasza córka spali się na pył. – Potrzebuję świeżego powietrza. – Składzik jest zbyt ciasny, zatęchły i śmierdzi kaloszami i mokrymi parasolkami. Grace nie wysuszyła swojej po ostatniej ulewie, chociaż ją o to prosiłam.

– Musimy coś postanowić, Katie. Musimy zorganizować pogrzeb. – Wychodzi za mną do kuchni. Za plecami słyszę stukanie psich łap. – Och. – Zatrzymuje się i wzdycha. – Zapomniałem zapytać, jak ci poszło.

– Tak jak podejrzewałeś. Gdzie jest ta whisky, którą pijesz? – Drzwiczki szafek otwierają się i trzaskają zamykane. Głowa nadal pulsuje bólem; oczywiście alkohol wcale mi nie pomoże. Ze środkowej półki wpatruje się we mnie kubek Grace, z dużą złotą literą G.

– Zamierza tu przyjechać i zostać z nami? Pomóc w sprawie pogrzebu?

– Nie. – Zamykam drzwiczki kredensu, odwracam się do męża i opieram o blat.

– Przykro mi, Kat – mówi, ale ja potrząsam głową.

– Z jakiego powodu?

Jego oczy znów wilgotnieją. Przyciąga mnie do siebie i przytula, a ja wreszcie czuję, że nie robi tego dla siebie.

Nie należymy z Charlesem do wylewnych par. Mój mąż wie, że nie cierpię częstego dotykania mnie. Na pewno nie chodzimy po ulicach, trzymając się za ręce, jak para nastolatków. Mimo to w tej chwili wtulam się w niego i mocno obejmuję. Jest miękki, ciepły, pachnie cytryną i olejkiem sandałowym.

– Trzymasz się jakoś? – pyta. – Bo ja zupełnie się rozsypałem.

– Ja… cóż… – Zanim zdołam odpowiedzieć, rozlega się telefon. Zazwyczaj odebrałaby go jedna z naszych pokojówek, ale nie ma ich w domu od wczoraj, gdy Grace nie wróciła ze szkoły.

Charles przemierza pokój, żeby odebrać telefon, zostawiając mnie z dziwacznym uczuciem chłodu. Na szczęście udało mi się znaleźć butelkę szkockiej, stojącą na barku śniadaniowym. Chwytam szklankę z grubym dnem, nalewam sporą porcję i obiecuję sobie, że to moja ostatnia. Oboje wypiliśmy zbyt dużo, jestem tego świadoma. Ale co innego może oderwać mnie od ponurej rzeczywistości? Za każdym razem, gdy zamykam oczy, widzę jej twarz. Widzę niebieskie paznokcie i siną skórę.

– Tak. Oczywiście. W porządku.

Czyżby to pierwszy telefon z kondolencjami? Jeszcze nie było żadnych ogłoszeń. Wkrótce rozpocznie się zalew żałoby, ponieważ Ash Dale jest zbyt małą wioską, żeby nie opłakiwać grupowo śmierci pięknych i zdolnych ludzi. Będą wspominać Grace, ronić nad nią łzy, przysyłać jedzenie, ale żadne z nich nie pomoże nam w odkryciu prawdy. W tej kwestii będę zdana tylko na siebie. Zapamiętajcie moje słowa. Na szczęście mam w sobie wystarczająco gotującego się gniewu, żeby upewnić się, iż ktokolwiek skrzywdził moją córkę, zapłaci za to. Bo nie ma mowy, żeby Grace popełniła samobójstwo. To niemożliwe.

– Jesteście… jesteście pewni? Nie, to niemożliwe. – Głos Charlesa zaczyna drżeć.

Odstawiam szklankę i podchodzę do mojego męża, aż wreszcie stajemy twarzą w twarz i wyraźnie widzę jego pobladłą twarz. Nad jego górną wargą kropli się pot.

– Co się dzieje? – pytam bezgłośnie.

Czyżby to policja dzwoniła z informacją o jakimś odkryciu? O dowodzie na to, że ktoś może popchnął Grace? O siniakach na jej skórze albo… czymś gorszym? Czy ktoś ją pobił? Czy cierpiała?

Charles odkłada słuchawkę i spuszcza wzrok. Nie chce mi spojrzeć w oczy.

– O co chodzi? – Czuję, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegają mi ciarki ze strachu.

– W chwili śmierci Grace była w drugim miesiącu ciąży – mówi wreszcie Charles.

Nie reaguję, po prostu gapię się na niego w milczeniu. Wszystko we mnie zastyga. Grace była w drugim miesiącu ciąży… To zdanie brzmi zupełnie obco. Nie mam żadnej emocjonalnej reakcji na to, co oznajmił mój mąż. To tylko zbitek słów, które nie powinny znaleźć się razem.

– Co takiego? Ale to niemożliwe. Przecież była tylko dzieckiem! – Na ścianach w jej pokoju nadal wiszą plakaty Ariany Grande. Na półce siedzi pluszowy miś. Kolor jej lakierów do paznokci waha się od różowego do jaskrawożółtego. Jak to możliwe, żeby ta sama dziewczyna, moje dziecko, była w ciąży?

– Są tego pewni, Kat. Grace… była… miałaby dziecko.

Zdradzieckie znaczenie jego słów uderza mnie mocno, jak pięść wymierzona w brzuch. Dwa szybkie mocne ciosy. Dopiero po chwili odzyskuję dech. I kiedy wciągam powietrze w płuca po raz drugi, budzę się z szoku. Grace miałaby dziecko…

Otwieram oczy i pozwalam mojemu gniewowi nabrać kształtu, dodać mi sił, których tak rozpaczliwie potrzebuję. Ktokolwiek skrzywdził Grace, nie ma pojęcia, z kim zadarł ani jak daleko jestem w stanie się posunąć, żeby dowiedzieć się, co przytrafiło się mojemu dziecku.

Moja matka nie przesadzała, mówiąc o mojej przeszłości. Istnieją rzeczy, których nikt w tym ostrożnie wyrzeźbionym, doskonałym życiu o mnie nie wie. Zostawiłam za sobą moje dawne zachowanie z jednego powodu: Grace. Ale Grace już nie ma.

ROZDZIAŁ PIĄTY

W milczeniu podchodzimy z Charlesem do najbliżej stojących krzeseł przy stole kuchennym i opadamy na nie. Siedzimy ramię w ramię, ale żadne z nas nie patrzy na to drugie. Oboje jesteśmy wyczerpanymi, przybladłymi wersjami samych siebie, niczym dwie kruszące się rzeźby. Charles nie ma pojęcia o decyzji, jaką podjęłam. Sądzi, że powoli zaczynam przyjmować wszystko do wiadomości, podczas gdy ja tak naprawdę zastanawiam się, od czego zacząć, aby dowiedzieć się, kto zrobił dziecko mojej małej dziewczynce. I co się wydarzyło. Czy w ogóle wiedziała, że jest w ciąży?

– Czy Grace miała chłopaka? – pyta Charles. – Ja… Dlaczego nic o tym nie wiedziałem?

– Miała – odpowiadam. – Ale… ja też nie wiedziałam nic o dziecku. Nigdy mi nie powiedziała.

Owszem, zdawałam sobie sprawę z obecności chłopaka w jej życiu, ale nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że Grace uprawiała seks. Chłopiec, którego kiedyś przyprowadziła do domu, był niski, miał włosy mysiego koloru i bardzo rzadki wąsik, który wyraźnie próbował zapuścić. Nie wyglądał mi na kogoś, o kogo musiałabym się martwić. Pomyślałam, że stać ją na lepszego faceta, ale to wszystko. Dziewczęta w tym wieku rozwijają się inaczej niż chłopcy. Są piękne w ten źrebakowaty, chichotliwy sposób, podczas gdy chłopcy stają się dziwolągami, zawieszonymi między losowo wybranymi definicjami tożsamości, z rzadkim zarostem, oblewający się śmierdzącymi wodami po goleniu.

Ale co, jeśli wpadłam w tę samą pułapkę, jak wiele innych matek?