Jedyna miłość, razy dwa - Taylor Jenkins Reid - ebook
Opis

Nowa powieść autorki Rozstańmy się na rok

Byli zakochani do szaleństwa. Najszczęśliwsze małżeństwo świata.
Właśnie mieli świętować pierwszą rocznicę ślubu, kiedy helikopter Jessego zniknął nad oceanem...
Emma czekała. Przez trzy lata. I nagle znów się zakochała. Znów jest szczęśliwa. Wkrótce wyjdzie za mąż. I wtedy wraca Jesse…
Kto jest jej jedyną miłością?
I co to znaczy kochać naprawdę?
Emma wie, że powinna posłuchać serca. Rzecz w tym, że nie wie, co jej ono mówi...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

©frentusha/Thinkstock

Tytuł oryginału

One True Loves

Copyright by © 2016 Taylor Jenkins Reid

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6004-4

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Akcja tej książki rozgrywa się w Acton w stanie Massachusetts.

Więc, naturalnie, chciałabym ją zadedykować Andy’emu Bauchowi z Boxborough.

A

Właśnie kończymy z rodziną i narzeczonym kolację, kiedy dzwoni mój mąż.

To sześćdziesiąte czwarte urodziny mojego ojca. Jest w swoim ulubionym swetrze, tym ze zgniłozielonego kaszmiru, który wybrałyśmy dla niego dwa lata temu z moją starszą siostrą Marie. Chyba dlatego tak go lubi. Okej, no i dlatego, że to kaszmir. Co do tego nie mam złudzeń.

Matka, w zwiewnej białej bluzce i spodniach khaki, siedzi obok niego i usiłuje powstrzymać uśmiech. Wie, że lada chwila pojawi się maleńki torcik z jedną świeczką i że będziemy śpiewać. Zawsze miała w sobie coś dziecinnego z tym swoim entuzjazmem dla niespodzianek.

Moi rodzice są małżeństwem od trzydziestu pięciu lat. Wychowali dwoje dzieci i wspólnie prowadzą dobrze prosperującą księgarnię. Mają dwie urocze wnuczki. Jedna z córek przejmuje rodzinny interes. Mają z czego być dumni. Te urodziny są szczęśliwe dla ojca.

Marie siedzi po drugiej stronie matki. Właśnie w takich chwilach, kiedy widzę je obok siebie, zwrócone twarzami w jedną stronę, uświadamiam sobie, jakie są podobne. Ciemne włosy w odcieniu czekolady, zielone oczy, drobne sylwetki.

Ja jestem ta, której dostała się wielka pupa.

Na szczęście nauczyłam się ją doceniać. Mnóstwo piosenek opiewa wdzięki obfitego zadka i jeśli moje trzydzieści z górą lat zdołały mnie czegoś nauczyć, to tego, że gotowa jestem być sobą bez poczucia winy.

Nazywam się Emma Blair i mam obfity zadek.

Mam trzydzieści jeden lat, metr sześćdziesiąt trzy wzrostu i krótkie, odrastające blond włosy. Orzechowe oczy podkreśla konstelacja piegów na szczycie prawego policzka. Ojciec często żartuje, że dostrzega tam Mały Wóz.

W zeszłym tygodniu mój narzeczony, Sam, dał mi pierścionek, który wybierał ponad dwa miesiące. Pojedynczy diament w obrączce z różowego złota. Nie jest to mój pierwszy zaręczynowy pierścionek, ale po raz pierwszy w życiu mam na ręce diament. Kiedy patrzę na siebie, widzę tylko ten diament i nic więcej.

– O nie – mówi tato na widok trójki kelnerów, zdążających w naszą stronę z płonącą na kawałku tortu świeczką. – Nie możecie mi tego…

To nie fałszywa skromność. Ojciec się czerwieni, kiedy się śpiewa na jego cześć.

Matka ogląda się, i widzi, co widzi.

– Oj, Colin, proszę cię. To twoje urodziny…

Kelnerzy robią nieoczekiwany zwrot w lewo i ruszają do innego stolika. Najwyraźniej ojciec nie jest jedyną osobą, która się dziś urodziła. Matka widzi, co się stało, i próbuje zatuszować pomyłkę.

– …i właśnie dlatego im nie mówiłam, żeby ci przynosili tort.

– Daj spokój – mówi tato. – Zdradziłaś się.

Kelnerzy kończą z tamtym stołem i szef ujawnia drugi kawałek tortu. Teraz ruszają bez wątpienia do nas.

– Jak chcesz, to schowaj się pod stołem – proponuje Sam. – Powiem im, że cię tu nie ma.

Sam jest przystojny w przyjazny sposób i jest to, jak sądzę, najlepszy sposób na bycie przystojnym. Jego ciepłe brązowe oczy wydają się na wszystko patrzeć z czułością. I jest dowcipny. Naprawdę. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, wkrótce potem zauważyłam, że pogłębiły mi się kurze łapki przy oczach. Nic dziwnego, skoro jestem coraz starsza, nie mogę się jednak pozbyć uczucia, że to dlatego, że śmieję się teraz o wiele więcej niż kiedykolwiek przedtem. Czego więcej można chcieć od człowieka niż miły sposób bycia i dobry humor? Nie wiem, czy tak naprawdę coś poza tym się dla mnie liczy.

Pojawia się tort, wszyscy śpiewamy, a ojciec robi się czerwony jak burak. Po czym kelnerzy odchodzą, a my zostajemy z potężnym kawałkiem czekoladowego tortu z lodami waniliowymi.

Kelnerska ekipa zostawiła pięć łyżeczek, ale ojciec momentalnie łapie wszystkie.

– Nie wiem, po co zostawili tyle łyżeczek. Wystarczy mi jedna.

Matka usiłuje odebrać mu jedną.

– Nie tak szybko, Ashley – mówi ojciec. – Skoro już musiałem przeżyć to upokorzenie, to teraz mam prawo zjeść ten tort sam.

– Skoro na tym polega zabawa… – mruczy Marie. – Jak będę miała urodziny w przyszłym miesiącu, zróbcie wokół tego taki sam cyrk. Naprawdę warto.

Pociąga łyk dietetycznej coli i sprawdza godzinę na komórce. Jej mąż, Mike, został w domu z moimi siostrzenicami, Sophie i Avą. Marie rzadko zostawia je na tak długo.

– Muszę już iść – mówi. – Przepraszam, ale…

Nie potrzebuje się tłumaczyć. Mama i tato wstają, żeby ją uścisnąć na pożegnanie.

Po wyjściu Marie ojciec pozwala nam ostatecznie zjeść trochę tortu, a mama mówi:

– Wiem, że to brzmi głupio, ale tęsknię za tym. Tęsknię za tym, żeby wychodzić skądś wcześniej, bo tak mi się śpieszy do moich dziewczynek.

Wiem, co teraz nastąpi.

Mam trzydzieści jeden lat i niedługo wychodzę za mąż. Wiem dokładnie, co teraz nastąpi.

– Myślicie czasem o tym, że i wy moglibyście wreszcie zostać prawdziwą rodziną?

Siłą woli powstrzymuję się, żeby nie przewrócić oczami.

– Mamo…

Sam już się śmieje. Jemu to dobrze. Mama jest przecież dla niego tylko matką honoris causa.

– Mówię o tym wyłącznie dlatego, że jest coraz więcej badań, z których wynika, że niedobrze jest zwlekać z dzieckiem zbyt długo – dodaje mama.

Zawsze są jakieś badania. Z jednych wynika, że powinnam się pośpieszyć, a z innych, że nie. Postanowiłam, że będę miała dziecko wtedy, kiedy będę, kurczę, gotowa, bez względu na to, co matka czyta w „Huffington Post”.

Mój wyraz twarzy sprawia, że matka się wycofuje.

– Nieważne, nieważne – mówi, machając ręką. – Jakbym słyszała własną matkę… Zapomnijcie o tym. Już nie będę.

Tato śmieje się i obejmuje ją ramieniem.

– No dobrze. Jestem w śpiączce cukrzycowej, a Emma i Sam na pewno mają coś lepszego do roboty, niż siedzieć tu z nami. Poprośmy o rachunek.

W kwadrans później stoimy przed restauracją, zwróceni w stronę samochodów.

Mam na sobie granatową swetrową sukienkę z długimi rękawami i grube rajstopy. W sam raz, żeby się uchronić przed chłodem wieczoru. To jeden z ostatnich dni, kiedy wychodzę z domu bez wełnianego płaszcza.

Jest końcówka października. Jesień zadomowiła się już na dobre i w pełni zawładnęła Nową Anglią. Liście zżółkły i sczerwieniały, a wkrótce zbrązowieją i uschną. Sam chodził już raz do moich rodziców zgrabić podwórko. W grudniu, kiedy temperatura poleci na łeb, na szyję, będą z Mikkiem odgarniać śnieg.

Na razie jednak powietrze wciąż ma w sobie odrobinę ciepła, więc delektuję się nim, póki mogę. Kiedy mieszkałam w Los Angeles, nie zwracałam na nie uwagi. Nie zwraca się uwagi na coś, co istnieje zawsze. To jeden z powodów, dla których wróciłam z powrotem do Massachusetts.

Kiedy ruszam do samochodu, dobiega mnie słaby dźwięk komórki. Przystaję i grzebię w torebce, a zarazem słyszę, jak ojciec namawia Sama, żeby dał mu parę lekcji gry na gitarze. Ojciec ma irytujący zwyczaj: chciałby nauczyć się grać na każdym instrumencie, na którym gra Sam. Zapomina, że Sam jest nauczycielem muzyki, a nie jego nauczycielem muzyki.

Przekopuję torebkę w poszukiwaniu telefonu, wreszcie łapię jedyny przedmiot, który w niej świeci. Nie rozpoznaję numeru. Kierunkowy 808 nic mi nie mówi, ale zaciekawia.

Ostatnio nikt z kierunku 978, 857, 508 czy 617 – to znaczy z Bostonu i okolic – nie ma powodu, żeby do mnie dzwonić.

A 978 zawsze oznaczał dom, niezależnie od tego, gdzie w danej chwili przebywałam. Mogłam spędzić rok w Sydney (612), mogłam miesiącami wędrować z plecakiem z Lizbony (351) do Neapolu (39 081), mogłam spędzać miodowy miesiąc w Bombaju (99 12) i latami żyć sobie beztrosko w Santa Monica w Kalifornii (310). Kiedy jednak potrzebowałam kontaktu „z domem”, zawsze był to numer 978. I tu właśnie od zawsze mieszkałam.

Nagle w głowie wyskakuje mi odpowiedź.

808 to Hawaje.

– Halo? – mówię.

Sam ogląda się na mnie, a zaraz potem rodzice.

– Emma?

Głos, który słyszę w telefonie, rozpoznam zawsze i wszędzie. Głos, który słyszałam codziennie przez tyle lat. O którym myślałam, że nigdy więcej go nie usłyszę. Co do którego nie jestem pewna, czy jestem gotowa uwierzyć, że słyszę go znowu.

Mężczyzna, którego kochałam od siedemnastego roku życia. Mężczyzna, po którym zostałam wdową, gdy jego helikopter runął do Pacyfiku, a on przepadł bez śladu.

Jesse.

– Emma – mówi Jesse – to ja. Żyję. Wracam do domu.

Chyba każdy ma w życiu taki moment, który dzieli je na dwie części. Kiedy oglądamy się za siebie, w pewnym miejscu na linii czasu widzimy ostry szczyt, wypadek, który zmienił nas i nasze życie bardziej niż jakikolwiek inny.

Moment, który stwarza Przed i Po.

Może to ta chwila, kiedy spotykamy wielką miłość. Albo uświadamiamy sobie, jaka jest nasza życiowa pasja. Albo rodzimy pierwsze dziecko. Może coś wspaniałego. Może coś tragicznego.

Kiedy się to jednak wydarzy, zmienia koloryt naszych wspomnień i sposób patrzenia na własne życie. Nagle zaczyna się wydawać, że wszystko, co dotąd przeżyliśmy, nosi etykietkę „przed” albo „po”.

Dotąd myślałam, że dla mnie taką chwilą była śmierć Jessego.

Wszystko w naszej miłosnej historii zdawało się prowadzić do tego momentu. I wszystko, co nastąpiło potem, było reakcją na ten moment.

Teraz jednak wiem, że Jesse nie umarł.

I jestem pewna, że to jest mój moment.

Wszystko, co zdarzyło się Przed tą chwilą, wydaje się teraz inne. I nie mam pojęcia, co stanie się Po niej.

Przed

Emma i Jesse, czyli jak się zakochać i rozlecieć się na kawałki

Nigdy nie lubiłam zbyt wcześnie wstawać. Ale kiedy chodziłam do liceum, moja niechęć do ostrego porannego światła była tym silniejsza w sobotę dziesięć po ósmej.

Z punktualnością budzika ojciec pukał wtedy do moich drzwi i mówił: „Autobus odjeżdża za pół godziny”, choć „autobus” to było jego volvo, które wcale nie jechało do szkoły. Jechało do naszego rodzinnego sklepu.

Księgarnię Blair Books zaczął prowadzić w latach sześćdziesiątych wuj mojego ojca, dokładnie w tym miejscu, gdzie znajduje się i dziś – po północnej stronie Great Road w Acton w stanie Massachusetts.

I nie wiadomo, dlaczego oznaczało to, że zaledwie osiągnęłam wiek, w którym mogłam legalnie podjąć pracę, w niektóre dni tygodnia po szkole i w każdą sobotę musiałam siedzieć na kasie.

Przydzielono mi soboty, bo moja starsza siostra Marie wolała niedziele. Zarobione pieniądze odkładała i latem zeszłego roku kupiła sobie starego granatowego jeepa cherokee.

Jeden jedyny raz, kiedy wsiadłam do jeepa Marie, miał miejsce wieczorem w dniu zakupu, kiedy cała szczęśliwa zaprosiła mnie na lody do Kimball’s Farm. Kupiłyśmy pół litra czekoladowych dla mamy i taty, po czym pozwoliłyśmy, żeby się roztopiły, gdy siedząc na masce auta, w przyjaznym cieple letniego dnia, beztrosko pożerałyśmy własne.

Narzekałyśmy na księgarnię i na to, że mama zawsze dodaje parmezan do ziemniaków. Marie przyznała mi się, że spaliła garnek. Obiecałam jej, że nie powiem rodzicom. A potem spytała, czy już się całowałam, a ja odwróciłam głowę w obawie, że wyczyta odpowiedź z mojej twarzy.

– Spoko – powiedziała. – Mnóstwo ludzi zaczyna się całować dopiero w liceum.

Miała na sobie zgniłozielone szorty i granatową zapinaną koszulę, a po szyi, aż do rąbka biustonosza, spływały jej dwa delikatne złote wisiorki. Nigdy nie zapinała koszuli do samej góry. Zawsze o guzik niżej, niż można się było spodziewać.

– No – powiedziałam. – Wiem. – Zauważyłam jednak, że nie powiedziała „ja się zaczęłam całować dopiero w liceum”. A tylko o to mi naturalnie chodziło. Nie przejmowałam się, że nie jestem taka jak wszyscy. Przejmowałam się, że nie jestem taka jak ona.

– Teraz, jak zaczniesz liceum, wszystko pójdzie lepiej – powiedziała Marie, wyrzucając resztkę swojego loda, miętowo-czekoladowego. – Uwierz mi.

W tamtej chwili, tamtego wieczoru, uwierzyłabym we wszystko, co mówi.

Ale tamten wieczór stanowił wyjątek w moich stosunkach z siostrą. Rzadką chwilę bliskości pomiędzy dwiema osobami, które ze sobą jedynie współistniały.

Kiedy zaczęłam chodzić do liceum i codziennie przebywałyśmy w tym samym gmachu, ustalił się między nami pewien wzór zachowania: wieczorem w domu i w szkole w ciągu dnia mijałyśmy się na korytarzach niczym wrogowie podczas zawieszenia ognia.

Łatwo więc sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy w pewną sobotę na początku dziewiątej klasy, obudzona dziesięć po ósmej, przekonałam się, że nie muszę jechać do księgarni.

– Pojedziecie z Marie po nowe dżinsy dla ciebie – powiedziała mama.

– Dzisiaj? – spytałam, przecierając oczy. Czyżby to oznaczało, że mogę jeszcze pospać?

– Tak, do galerii. Wybierz sobie, jakie chcesz, ja płacę. Wykładam pięćdziesiąt baksów. Jeśli zdecydujesz się na droższe, dopłacasz ze swojej kasy.

Potrzebowałam nowych dżinsów, bo wszystkie stare były już dziurawe. Na każde Boże Narodzenie miałam sobie kupić nowe, ale moje wymagania były tak szczególne, tak wydziwiałam co do tego, jak mają wyglądać, że matka się poddała. Dwa razy chodziłyśmy już do galerii i za każdym razem wychodziłyśmy z niczym, a matka z trudem ukrywała irytację.

To było dla mnie nowe doświadczenie. Matka zawsze chciała być blisko mnie, zawsze łaknęła mojego towarzystwa. Tak było przez całe dzieciństwo. W końcu jednak stałam się w tej sprawie tak męcząca, że zapragnęła mnie przekazać komuś innemu. I to w sobotę, ni mniej, ni więcej.

– A kto będzie siedział na kasie? – spytałam i natychmiast pożałowałam. Przestraszyłam się, że jeszcze zmieni decyzję. Trzeba było po prostu powiedzieć „okej”, a nie szukać dziury w całym.

– Sam – odparła mama. – Ten nowy chłopak, któregośmy przyjęli. Wszystko w porządku, zależy mu, żeby mieć więcej godzin.

Sam był uczniem drugiej klasy. Któregoś dnia, choć nie zatrudnialiśmy żadnego personelu, a większość nastolatków wolała pracować w sklepie z płytami CD na tej samej ulicy, wszedł do księgarni i spytał: „Czy mogę złożyć podanie o pracę?” Rodzice przyjęli go od ręki.

Był bardzo przystojny – wysoki, smukły, o oliwkowej cerze i ciemnych oczach, zawsze w dobrym humorze – ale skoro Marie mówiła, że jest „zachwycający”, ja nie byłam w stanie go polubić. Nie mogłam przecież lubić kogoś, kto podobał się jej.

Trzeba jednak przyznać, że ten sposób myślenia znacznie ograniczał pole moich przyjaciół i zaczynał się stawać uciążliwy.

Marie lubiła wszystkich i wszyscy lubili Marie.

Była cudownym dzieckiem, tą z nas, która z góry przeznaczona była do roli rodzicielskiej faworytki. Moja przyjaciółka Olive zawsze mówiła o niej za plecami „córka księgarzy”, bo Marie nawet wyglądała jak dziewczyna, której rodzice mają księgarnię. Tak jakby to był jakiś określony typ fizyczny, a Marie reprezentowała wszystkie jego cechy i nosiła je niczym honorową odznakę.

Czytała dorosłe książki, pisała wiersze, kochała się w bohaterach książek, a nie w aktorach, i wszystko to sprawiało, że obu nam z Olive chciało się rzygać.

Kiedy Marie była w moim wieku, jako przedmiot fakultatywny wybrała sobie twórcze pisanie i postanowiła, że „zostanie pisarką”. Cudzysłów jest niezbędny, bo jedyne, co napisała, to dziewięciostronicowy kryminał, w którym morderczynią okazała się mała siostrzyczka bohaterki, Emily. Przeczytałam go i nawet ja widziałam, że to kompletna bzdura, niemniej zaprezentowała utwór w szkole i tak się spodobał, że publikowano go „w odcinkach” przez dziewięć tygodni letniego semestru.

Co gorsza, przy tym wszystkim potrafiła zarazem być jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Był to jawny dowód, że ładnemu wszystko przychodzi łatwiej.

Ja tymczasem zamiast obowiązkowych lektur czytałam ukradkiem w bibliotece bryki zawierające ich streszczenia. W domu miałam stos książek, które dostawałam w prezencie od rodziców, i nie pofatygowałam się nawet, żeby je przynajmniej otworzyć.

Lubiłam teledyski, wokalistów z czwartkowych programów Musisz to zobaczyć na NBC i każdą bez wyjątku piosenkarkę, która występowała na Lilith Fair[1]. Kiedy mi się nudziło, przerzucałam stare mamine numery „Travel & Leisure”, wycinałam z nich zdjęcia i przyklejałam nad łóżkiem. Całą ścianę miałam wytapetowaną okładkami magazynów z Keanu Reevesem, wkładkami do płyt z albumów Tori Amos i wyrwanymi z czasopism rozkładówkami, na których były krajobrazy włoskiej Riwiery i francuskiej prowincji.

I nikt – powtarzam: nikt – nie uważał mnie, choćby przez pomyłkę, za dziewczynę popularną.

Rodzice żartowali, że pielęgniarka w szpitalu musiała mnie podmienić Zawsze się z tego śmiałam, ale nieraz przyglądałam się ich zdjęciom z dzieciństwa, a potem sobie w lustrze, szukając podobieństw, aby się upewnić, że jestem ich.

– No to świetnie – powiedziałam, bardziej podekscytowana tym, że nie muszę iść do pracy, niż perspektywą spędzenia czasu z siostrą. – Kiedy wychodzimy?

– Nie wiem – powiedziała mama. – Pogadaj z Marie, ja jadę do księgarni. Zobaczymy się na kolacji. Miłego dnia, kochanie.

Kiedy trzasnęły za nią drzwi, walnęłam się z powrotem do łóżka, zdecydowana wykorzystać każdą dodatkową minutę snu.

Jakoś po jedenastej wtargnęła do mojego pokoju Marie.

– Wstawaj, idziemy.

Byłyśmy w trzech sklepach, gdzie przymierzyłam dwanaście par dżinsów. Jedne były za luźne, inne za obcisłe, jeszcze inne miały za wysoką talię.

Właśnie wciągnęłam na siebie dwunaste i wyszłam z przymierzalni, żeby się pokazać Marie. Była totalnie znudzona.

– W porządku, bierz je – powiedziała. Sama od stóp do głów była ubrana w ciuchy Abercrombie & Fitch. Był przełom wieków i cała Nowa Anglia nosiła wyłącznie Abercrombie & Fitch.

– Ale jakoś dziwnie się układają na tyłku – powiedziałam, stojąc przed nią bez ruchu.

Marie patrzyła na mnie, tak jakby na coś czekała.

– Masz zamiar się w końcu odwrócić, żebym zobaczyła, jak się układają na tyłku?

Odwróciłam się.

– Wygląda, jakbyś nosiła pieluchę – orzekła.

– Przecież mówiłam.

Marie wzniosła oczy do nieba.

– Poczekaj. – Wskazała palcem, że mam wracać do przymierzalni. Wróciłam.

Właśnie ściągnęłam przymierzane dżinsy, gdy przerzuciła mi przez drzwi inne, sprane, o prostych nogawkach.

– Spróbuj te. Joelle je nosi, a ma taki sam wielki tyłek jak ty.

– Wielkie dzięki – powiedziałam z przekąsem.

– Po prostu próbuję ci pomóc – powiedziała, po czym zobaczyłam u dołu drzwi jej oddalające się stopy, tak jakby rozmowa była automatycznie zakończona tylko dlatego, że jej już nie interesuje.

Wzięłam przyniesioną przez nią parę, rozpięłam zamek i włożyłam nogawki. Musiałam maksymalnie wciągnąć brzuch, żeby się zapiąć. Zaczęłam się wyginać przed lustrem w tę i w tę stronę, żeby zobaczyć, jak wyglądam z tyłu.

Moje pośladki z dnia na dzień stawały się coraz bardziej kształne, a piersi jakby przestały rosnąć. Przeczytałam już dostatecznie dużo matczynych „Glamour”, żeby wiedzieć, że nazywa się to „sylwetka o kształcie gruszki”. Brzuch miałam płaski, ale biodra się powiększały. Olive za to miała coraz większe piersi i okrągły brzuch i zastanawiałam się, czy nie lepsza byłaby taka sylwetka. W kształcie jabłka.

Jeśli jednak miałabym być wobec siebie szczera, to najbardziej atrakcyjne było dla mnie wszystko to, co matka przekazała Marie. Średniej wielkości zadek, średniej wielkości biust, ciemne włosy, zielone oczy, gęste rzęsy.

Ja natomiast odziedziczyłam koloryt po ojcu – włosy ani ciemne, ani jasne, oczy coś pomiędzy brązem a zielenią – a sylwetkę miałam w pełni własną. Kiedyś spytałam matkę, skąd mi się wzięły te krótkie, solidne nogi, a ona odparła nieuważnie: „a wiesz, nie wiem”, tak jakby nie była to najgorsza rzecz, jaką od niej w życiu usłyszałam.

Jeden tylko szczegół mojego wyglądu lubiłam naprawdę. Piegi, zbiór maleńkich ciemnych punkcików pod prawym okiem. Mama zawsze wiązała je z faktem, że gdy kładła mnie jako niemowlę do łóżeczka, dotykała mnie w tym miejscu palcem.

Uwielbiałam moje piegi i nie cierpiałam mojego tyłka.

I stojąc przed lustrem w przymierzalni, pragnęłam tylko jednego: żeby mój tyłek wyglądał na mniejszy. I chyba w tych dżinsach wyglądał.

Wyszłam z przymierzalni, żeby spytać o zdanie Marie. Niestety, nigdzie jej nie widziałam.

Wróciłam do przymierzalni i zdałam sobie sprawę, że decyzję muszę podjąć sama.

Jeszcze raz obejrzałam się lustrze.

Może i są w porządku?

Spojrzałam na metkę. Trzydzieści pięć baksów.

Nawet po doliczeniu podatku wciąż jeszcze zostawały mi pieniądze na kurczaka teriyaki w części gastronomicznej.

Przebrałam się w stare, poszłam do kasy i podałam rodzicielski banknot. W zamian dostałam torbę z dżinsami, do których nie czułam nienawiści.

Marie wciąż nie było.

Przeszłam się po galerii. Zeszłam do Body Shop – może kupuje pomadkę ochronną do ust albo żel pod prysznic? Wreszcie po upływie pół godziny znalazłam ją w Claire’s, gdzie kupowała kolczyki.

– Szukam cię i szukam – powiedziałam.

– Sorry, oglądałam biżuterię. – Marie odebrała resztę i z wdziękiem wsunęła ją do portmonetki, po czym wzięła plastikową torebeczkę, w której na pewno była jakaś imitacja złota, która pozostawi jej na uszach szarozielonkawe plamy.

Ruszyła pewnym krokiem do wyjścia, a ja za nią.

– Zaczekaj – powiedziałam. – Chciałam coś zjeść.

Marie obejrzała się. Spojrzała na zegarek.

– Sorry, nie da rady. Spóźnimy się.

– Gdzie?

– Na zawody pływackie.

– Jakie zawody pływackie? – zdziwiłam się. – Nie było mowy o żadnych zawodach.

Marie nie odpowiedziała, bo nie musiała. A ja już szłam w ślad za jej plecami do samochodu, gotowa jechać, gdzie mi każe, gotowa robić, co mi każe.

Dopiero kiedy siedziałyśmy w aucie, raczyła mnie poinformować, o co chodzi.

– Graham jest w tym roku kapitanem drużyny pływackiej.

Ach tak.

Graham Hughes. Kapitan każdego zespołu, w którym uczestniczy. Faworyt w zawodach o Najlepszy Uśmiech w szkolnej kronice. W sam raz para dla Świętej Marie z Acton.

– Super – powiedziałam. Wyglądało na to, że moja najbliższa przyszłość będzie oznaczała nie tylko siedzenie i gapienie się na wyścigi pięćdziesiąt metrów stylem dowolnym, ale także czekanie w samochodzie Marie, gdy pojadą z Grahamem jego autem na randkę.

– Możemy chociaż wpaść po drodze do jakiegoś drive-thru? – spytałam, już pokonana.

– Jasne, czemu nie.

Po czym zebrałam całą odwagę, na jaką było mnie stać, i powiedziałam:

– Ty płacisz.

Marie obejrzała się na mnie ze śmiechem.

– Masz czternaście lat. Nie możesz sobie sama kupić przegryzki?

Zdumiewające, że zawsze umiała sprawić, że nawet pewniejsza siebie niż zwykle, i tak czułam się przy niej jak głupia.

Zatrzymałyśmy się w Burger Kingu, gdzie kupiłam sobie whoppera jr. Zjadłam go na przednim siedzeniu, umazałam sobie ręce ketchupem i musztardą i musiałam czekać, aż zaparkujemy, żeby znaleźć jakąś serwetkę.

Marie zostawiła mnie, gdy zaledwie poczułyśmy w powietrzu woń chloru. Usiadłam więc na trybunach i robiłam, co mogłam, żeby się jakoś rozerwać.

Kryty basen pełen był niemal nagich, wysportowanych chłopaków w moim wieku. Nie wiadomo było, gdzie najpierw patrzeć.

Graham wszedł na słupek startowy i gdy rozległ się gwizdek, śmignął do wody ze swobodą szybującego w powietrzu ptaka. Zaledwie się wynurzył, było jasne, że wygra.

W odległym kącie dostrzegłam Marie: podskakiwała, cała przejęta, z całej siły życząc mu zwycięstwa. Gdy stanął na podium, wstałam i poszłam szukać automatu z przekąskami.

Kiedy wróciłam – biedniejsza o pięćdziesiąt centów, bogatsza o torebkę doritos – zobaczyłam w pierwszych rzędach Olive z matką.

Zeszłego lata, tuż przed rozpoczęciem szkoły, Olive powiedziała mi któregoś dnia, że być może jest lesbijką. Byłyśmy wtedy u niej w piwnicy.

Mówiła, że nie jest pewna. Po prostu ma wrażenie, że nie do końca czuje się hetero. Chłopcy jej się, owszem, podobają. Ale zaczyna się jej wydawać, że być może mogłyby się jej podobać i dziewczyny.

Byłam pewna, że nie wiedział o tym nikt oprócz mnie. I równie pewna byłam, że jej rodzice zaczynają coś podejrzewać. Ale to nie była moja sprawa. Moją sprawą było być jej przyjaciółką i to wszystko.

Więc robiłam to, co zwykle robią przyjaciółki. Siedziałam i godzinami słuchałam z nią teledysków, czekając na Torn Natalie Imbruglii, żeby Olive mogła ją zobaczyć. Nie był to akt całkiem bezinteresowny, jako że była to moja ulubiona piosenka i marzyłam, żeby mieć taką fryzurę jak Natalie.

Podobnie jak nie całkiem bezinteresowna była moja gotowość do oglądania co parę tygodni Titanica, bo Olive usiłowała ustalić, czy scena seksu pomiędzy Jackiem i Rose podoba się jej dlatego, że czuje pociąg do Leonarda DiCaprio, czy do Kate Winslet.

– Cześć! – powiedziała tego dnia nad basenem, gdy znalazłam się w jej polu widzenia.

– Cześć – odparłam. Olive miała na sobie białą koszulkę na ramiączkach, a na to rozpiętą niebieską koszulę na guziczki. Z jej nazwiska – Olive Berman – trudno się było domyślić, że jest pół Żydówką, pół Koreanką, ale szczyciła się i tym, że rodzina jej matki pochodzi z Korei Południowej, i tym, że miała taką fantastyczną bat micwę[2].

– Co ty tu robisz? – spytała.

– Marie mnie tu zaciągnęła, a potem zostawiła.

– No tak. – Olive pokiwała głową. – Całkiem w stylu Córki Księgarzy. Przyszła popatrzeć na Grahama? – Skrzywiła się, wymawiając jego imię, a ja doceniłam, że i dla niej Graham jest żałosny.

– Taak – powiedziałam. – Ale… chwileczkę, a skąd ty się tu wzięłaś?

Jej brat też pływał, ale w zeszłym roku skończył szkołę. Olive próbowała się dostać do drużyny pływackiej dziewczyn, ale się jej nie udało.

– Mój kuzyn Eli startuje w reprezentacji Sudbury.

Mama Olive odwróciła na chwilę wzrok od basenu i spojrzała na mnie.

– Cześć, Emma. Chodź, siadaj z nami. – I wróciła do śledzenia zawodów.

Eli przypłynął jako trzeci. Pani Berman, zawiedziona, odruchowo zacisnęła pięści i pokręciła głową. Po chwili spojrzała na nas.

– Pójdę uścisnąć Elego na pocieszenie. Potem możemy wracać, Olive.

Miałam ochotę spytać, czy mogę się z nimi zabrać. Olive mieszkała raptem pięć minut ode mnie. Nasz dom znajdował się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy ich a wjazdem na autostradę. Ale ciężko mi przychodziło pytać o coś ludzi wprost. Wolałam to załatwiać okrężną drogą.

– Chyba muszę poszukać Marie – powiedziałam. – Spytam ją, czy i my wracamy.

– Możemy cię zabrać – podchwyciła Olive. – Prawda, mamo?

– Oczywiście. – Pani Berman wstała i zaczęła się przeciskać przez zatłoczone trybuny. – Idziecie ze mną pożegnać się z Elim, czy spotkamy się przy samochodzie?

– Przy samochodzie – odparła Olive. – Ale powiedz Elemu „cześć” ode mnie.

Włożyła rękę do mojej torebki z chipsami i poczęstowała się.

– Dobra – powiedziała, kiedy jej matka była poza zasięgiem słuchu. – Widziałaś tę dziewczynę po drugiej stronie basenu, jak rozmawiała z tym chłopakiem w czerwonych kąpielówkach Speedo?

– Co?

– No tę, z końskim ogonem. Jak rozmawiała z kimś z drużyny Elego. Słowo daję, to chyba najseksowniejsza dziewczyna na świecie! Co tam na świecie… Jaka kiedykolwiek istniała od początku świata.

Spojrzałam w stronę basenu, szukając dziewczyny z końskim ogonem, ale nie znalazłam.

– Gdzie ona jest?

– O, teraz stoi koło trampoliny. O tam. – Wskazała palcem. – Koło Jessego Lernera.

– Koło kogo? – spytałam, idąc wzrokiem za palcem Olive. Rzeczywiście, koło trampoliny stała ładna dziewczyna uczesana w koński ogon. Ale miałam to w nosie.

Bo obok niej widziałam też wysokiego, szczupłego, muskularnego chłopaka.

Miał głęboko osadzone oczy, wyrazistą twarz, pełne usta. Krótkie ciemne włosy były zmierzwione po ściągnięciu czepka. Jego kąpielówki świadczyły, że chodzi do naszej szkoły.

– Widzisz ją? – spytała Olive.

– Widzę. Owszem, ładna – powiedziałam. – Ale ten chłopak, z którym rozmawia… Mówiłaś, że jak się nazywa?

– Kto? Jesse Lerner?

– No. Kto to jest?

– Jak to, nie wiesz, kto to jest Jesse Lerner?

Odwróciłam głowę i spojrzałam na Olive.

– Nie wiem. Po prostu. Kto to jest?

– Mieszka na tej samej ulicy co Hughesowie, niedaleko.

Znowu spojrzałam na Jessego. Podnosił z ziemi gogle.

– Jest w naszej klasie?

– No.

Olive mówiła dalej, ale już zaczęłam się wyłączać. Patrzyłam, jak Jesse wraca ze swoją drużyną do szatni. Idący obok niego Graham położył mu na chwilę rękę na ramieniu, po czym stanął przed nim w formującej się powoli kolejce. Nie mogłam oderwać od Jessego oczu. Od swobody, z jaką się poruszał, od tego, jak pewnie stawiał przed sobą stopy. Był najmłodszy ze wszystkich w szkolnej reprezentacji, a pomimo to, stojąc przed nimi tylko w skąpych gatkach, najwyraźniej czuł się u siebie.

– Emma – usłyszałam głos Olive – co się tak gapisz?

I właśnie w tej chwili Jesse leciutko odwrócił głowę i na przelotny, zapierający dech moment jego wzrok trafił na mnie. Odruchowo spojrzałam w inną stronę.

– Co mówiłaś? – spytałam, próbując udawać, że interesuje mnie temat rozmowy.

– Mówiłam, że się na niego gapisz.

– Wcale nie.

W tej chwili pojawiła się koło nas pani Berman.

– Miałyście na mnie czekać przy samochodzie – zauważyła.

– Oj, sorry! – Olive zerwała się na równe nogi. – Idziemy.

– Przepraszamy, pani Berman – powiedziałam, ruszając za nimi w stronę wyjścia.

Tuż przed drzwiami zatrzymałam się na chwilkę, żeby ostatni raz rzucić okiem na Jessego. Zobaczyłam błysk jego uśmiechu. Był szeroki, radosny, szczery, rozświetlony bielą zębów. Cała jego twarz zajaśniała.

Jak dobrze byłoby, gdyby to do mnie był skierowany ten uśmiech, gdybym to ja była jego przyczyną… I nagle moje świeże oczarowanie Jessem Lernerem urosło w wielki balon, tak potężny, że gdybyśmy się go uchwycili, uniósłby w powietrze nas oboje.

Przez najbliższy tydzień widywałam Jessego na korytarzu niemal codziennie. Teraz, kiedy wiedziałam, jak się nazywa, był wszędzie.

– To się nazywa syndrom Baader-Meinhof – powiedziała Olive, kiedy wspomniałam jej o tym podczas lunchu. – Brat mi właśnie mówił. Nie zauważasz jakiejś rzeczy, a jak się dowiesz, jak to się nazywa, nagle zaczynasz to widzieć wszędzie. – Olive pomyślała chwilę. – Ojejku… Wygląda na to, że mam syndrom Baader-Meinhof na punkcie syndromu Baader-Meinhof.

– A ty też ciągle widzisz Jessego? – spytałam, kompletnie nie łapiąc, o co jej chodzi. Tego dnia przeszłam tuż obok niego, jak wychodził z lekcji hiszpańskiego. Rozmawiał z Carolyn Bean koło jej szafki. Carolyn Bean była kapitanem żeńskiej drużyny futbolowej. Miała blond włosy, zwinięte w koczek z tyłu głowy, i zawsze nosiła elastyczną sportową przepaskę. I nigdy jej nie widziałam bez błyszczyka na ustach. Jeśli Jessemu podobają się dziewczyny w tym typie, to byłam bez szans.

– Nie częściej niż zwykle – powiedziała Olive. – Ale zawsze go widywałam gdzieś w pobliżu. Chodzimy razem na zajęcia z algebry.

– Kolegujesz się z nim? – spytałam.

– Niespecjalnie. Ale to sympatyczny chłopak. Powinnaś po prostu powiedzieć mu „cześć”.

– Chyba zwariowałaś – powiedziałam. – Nie mogę tak po prostu powiedzieć mu „cześć”.

– Oczywiście że możesz.

Pokręciłam głową i odwróciłam wzrok.

– Śmieszna jesteś.

– To ty jesteś śmieszna. To chłopak z naszej klasy. A nie Keanu Reeves.

Gdybym mogła tak po prostu zagadać do Jessego Lernera, to nie zależałoby mi na Keanu Reevesie, pomyślałam.

– Nie mogę mu się pierwsza przedstawić, chyba ci odbiło – powiedziałam i ruszyłam z tacą do pojemnika na odpady. Olive za mną.

– Ale to naprawdę miły chłopak.

– Przestań! – zawołałam. – Przez to czuję się jeszcze gorzej.

– Wolisz, żebym powiedziała, że jest okropny?

– Nie wiem! Nie wiem, co wolę.

– Wiesz co, chyba zaczynasz być irytująca czy coś – powiedziała ze zdziwieniem Olive.

– No i dobrze! – ucięłam. – Ojejku… no dobra, chodź, kupię ci paczkę ciastek.

Paczka ciastek za siedemdziesiąt pięć centów wystarczała wtedy za przeprosiny. Ruszyłyśmy więc do kontuaru, a ja wsadziłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam garść monet.

– Mam tylko równe pięćdziesiąt – powiedziałam po przeliczeniu, stając obok Olive na końcu kolejki. Podniosłam na nią wzrok i zobaczyłam, że oczy jej się zaokrąglają.

– Co jest?

Wskazała oczami przed siebie.

Przed nami stał Jesse Lerner. Miał na sobie ciemne dżinsy i koszulkę z zespołem Smashing Pumpkins, a do tego czarne trampki Converse One Star.

I trzymał za rękę Carolyn Bean.

Olive spojrzała na mnie, próbując ocenić moją reakcję. Ja jednak patrzyłam przed siebie, udając, że mnie to w ogóle nie rusza.

Po czym zobaczyłam, jak Carolyn Bean puszcza rękę Jessego, sięga do kieszeni, wyjmuje ochronną pomadkę i nakłada na wargi.

Nie dość, że trzyma go za rękę, to jeszcze do tego miała czelność ją puścić!

Nienawidziłam jej w tej chwili. Nienawidziłam tych jej głupich sportowych ciuchów i przepaski, tego jej cholernego spokoju, z jakim nakładała na usta aromatyzowaną pomadkę dr Peppera.

Jakby tak mnie wziął kiedyś za rękę, to nigdy, nigdy bym jej nie puściła!

– Idziemy stąd – powiedziałam do Olive.

– Dobra. Możemy sobie coś kupić w automacie.

Przygnębiona i chora z miłości, ruszyłam w stronę automatu ze słodyczami koło pomieszczenia dla orkiestry.

Kupiłam dwa snickersy i podałam jeden Olive, a mój zaczęłam zajadle chrupać, jakbym tylko tak mogła wypełnić pustkę mojego serca.

– Przeszło mi – powiedziałam. – Głupie zadurzenie i tyle. Ale mi przeszło. Naprawdę.

– W porządku. – Olive zaśmiała się lekko.

– Nie, naprawdę. Skończyłam z nim. Słowo.

– Jasne – powiedziała Olive, wydymając usta.

I wtedy usłyszałam za sobą jakiś głos.

– Emma?

Odwróciłam się. Z pomieszczenia dla orkiestry wychodził Sam.

– O, cześć – powiedziałam.

– Nie wiedziałem, że masz teraz przerwę na lunch.

– No, mam. – Skinęłam głową.

Włosy miał trochę potargane. Ubrany był w zieloną koszulkę z napisem „Bom Dia!”

– Zdaje się, że pierwszy raz mamy tę samą zmianę – zauważył. – Znaczy jutro w księgarni.

– A – powiedziałam. – No tak.

We wtorek Marie pożyczyła sobie bez pytania moją płytę z Fioną Apple. Nazwałam ją kompletną kretynką, co usłyszeli rodzice. Za karę miałam pracować w piątek w księgarni. W mojej rodzinie karą za wykroczenie nie był krzyk ani cofnięcie jakiegoś przywileju, tylko dodatkowa praca. Dodatkowe zmiany w księgarni to był sposób moich rodziców, żeby za jednym zamachem udzielić nam nauczki i zyskać darmową siłę roboczą. Przydzielenie mi piątkowego wieczoru oznaczało ponadto, że nie będę mogła wyjść z Olive, a oni będą mogli sobie urządzić wieczorną randkę w kinie.

– Jutro? – rozczarowała się Olive. – Myślałam, że posiedzimy u mnie po szkole…

– Sorry. Zapomniałam, że idę do pracy.

Zadzwonił dzwonek. Dla mnie oznaczało to, że czas iść do gabinetu geograficznego.

– Ojejku, muszę wrócić – spostrzegła się Olive. – Zostawiłam podręcznik w szafce.

Nie zaczekała na mnie, nawet nie zaproponowała, żebym z nią poszła. Nic nie mogło jej przeszkodzić w punktualnym stawieniu się gdziekolwiek.

– Ja też muszę iść – powiedziałam do Sama, który najwyraźniej nigdzie się nie śpieszył. – Mamy sprawdzian z geografii.

– Jasne, nie będę cię zatrzymywać. Chciałem cię tylko zapytać, czy chcesz, żeby cię podwieźć. Jutro. Do sklepu po szkole.

Spojrzałam na niego zmieszana. To znaczy, nie byłam zmieszana tym, że miałabym wsiąść do jakiegoś auta, które zawiezie mnie po lekcjach do pracy. Zaskoczyło mnie, że w ogóle mi to proponuje, że przyszło mu do głowy zaproponować.

– Właśnie dostałem prawo jazdy i odziedziczyłem po bracie jego toyotę camry – powiedział. Wyglądało na to, że w liceum wszyscy dziedziczą po kimś camry albo corollę. – Więc pomyślałem sobie… – Spojrzał mi w oczy, po czym odwrócił wzrok. – Po prostu nie musiałabyś jechać autobusem, to wszystko.

Co za troskliwość. A przecież ledwie mnie znał.

– Dobra – powiedziałam. – Superpomysł.

– Spotkamy się po szkole na parkingu? – spytał.

– Świetnie. Dzięki. Fajnie, że pomyślałeś.

– Nie ma sprawy – powiedział. – To do jutra.

Kiedy ruszyłam w stronę podwójnych drzwi na końcu korytarza, prowadzących do klasy, przyszło mi do głowy, że może pora zacząć się przyjaźnić, z kim chcę, a nie tak strasznie się starać odrzucać wszystko, co lubi Marie.

Może pora po prostu… być sobą.

Nazajutrz, pomna życzenia rodziców, aby w żadnym wypadku nie nosić w pracy dżinsów, ubrałam się do szkoły w czerwony, ręcznie dziergany sweter i drelichy bez zaszewek. Dziesięć minut po dzwonku zobaczyłam na parkingu Sama: czekał na mnie, oparty o maskę samochodu.

– Cześć – powiedziałam, podchodząc.

– Cześć.

Obszedł samochód i przeszedł na moją stronę, żeby otworzyć mi drzwiczki. Nikt mi dotąd nie otwierał samochodu oprócz ojca, a i tak przeważnie był to żart.