Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jedwabne rękawiczki - Renata Kosin

Laura wiedzie spokojne życie na ostatnim piętrze przedwojennej warszawskiej kamienicy, gdzie mieszka wraz mężem i córkami. Czuje się tam szczęśliwa i bezpieczna, do czasu, gdy znajduje na podłodze salonu amarantowy koralik ze strzępkiem srebrnej nici. Intuicja podpowiada jej, że jest on ważny, podobnie jak zdjęcie dziewczynki z lalką ukryte za obwolutą starego albumu, listy wypchane strzępkami znalezionych pod podłogą papierzysk oraz jedwabna rękawiczka z wyhaftowanym tajemniczym symbolem.

Chęć wyjaśnienia tajemnicy zaprowadzi Laurę do maleńkiego francuskiego miasteczka i domu z zamkniętymi okiennicami. Wewnątrz czekają na nią zarówno odpowiedzi, jak i nowe pytania.


Powieść o tajemnicach przeszłości, i cenie jaką trzeba zapłacić za ich poznanie.

Opinie o ebooku Jedwabne rękawiczki - Renata Kosin

Fragment ebooka Jedwabne rękawiczki - Renata Kosin

PROLOG

Chmurne zasępione niebo lizał rdzawy płomień, który trawił nie tylko ludzkie ciała, ale też dusze. Pożerał wszystko zachłannie i nie zostawiał resztek. Zabierał nieśmiertelność, odzierał z godności i nie dawał wyboru ani niczego w zamian. Bezwzględny, okrutny i nieprzekupny spalał w pierwszej kolejności tych, którzy najgłośniej błagali o litość, w ostatniej zaś obdarowanych złudną i podsycaną do końca nadzieją na ocalenie. Dla nikogo nie czynił wyjątku, nikomu nie darowywał win, nawet tych, które nigdy nie istniały. Gardził wszystkim i nie gardził niczym, pochłaniał każdy opierający mu się byt i niebyt. Podsycał swoją moc, bo tylko tak mógł wreszcie stać się wieczny.

– Ogień… wszędzie ogień…– szeptała na okrągło. Jej pomarszczone spierzchnięte usta poruszały się bez przerwy, lecz nie za każdym razem wydobywał się z nich dźwięk. Wyblakłe i zmatowiałe, tak jak twarz, włosy, poduszka. Wątła sylwetka kobiety rozmywała się wgęstniejącym mroku i kurczyła, jakby miała niebawem zniknąć.– Uciekaj, zanim cię dosięgnie. Teraz! Już!– mówiła coraz głośniej, wkładając w to zbyt dużo sił.

Dotknęła pulsującej skroni dziewczyny, która klęczała przy jej łóżku, i, obróciwszy z trudem głowę, zajrzała w jej oczy. Były lustrem. Zobaczyła w nich siebie i przeraziła się. Powinna była dostrzec to wcześniej, może wtedy udałoby się wszystkiemu zapobiec, jej myśli gorączkowo szukały odpowiedzi. Teraz mogła już tylko błagać i mieć nadzieję.

– Uciekaj!– Szarpnęła się i odepchnęła niezdarnie obejmujące ją drobne i rozdygotane ramiona.

– Nie chcę.– Dziewczyna przywarła do niej jeszcze mocniej, tłumiąc szloch.– Nie mogę.

– Nadal nie jest za późno. Zrób to, proszę, zanim przyjdą.

– Już tu są. Czuję to.

– Na razie jest tu tylko ON. Ale był przecież od początku, nigdy nie zrezygnował.

Rozejrzała się niespokojnie, a zaraz potem zacisnęła powieki i usta.

Jej ciałem wstrząsnął krótki dreszcz. Skuliła się, jakby chroniąc przed wyimaginowanym ciosem, i ugięła pod niewidocznym ciężarem, ale tylko na chwilę. Uspokoiła się, gdy dziewczyna pochwyciła delikatnie jej dłonie i wtuliła w nie twarz.

– Pokaż mi go– wyszeptała, ogrzewając je swoim oddechem.– Wytłumacz, dlaczego muszę się bać.

Ręce staruszki powędrowały do jej uszu, zawinęły za nie pasma włosów rozsypanych na policzkach, a potem zsunęły się na szyję, ramiona, i objęły dziewczynę niespodziewanie mocno.

– Itak nie zdołasz go powstrzymać. Odbierze ci duszę i uczyni z nią to, co zrobił z moją. A wtedy będzie już za późno na ratunek. Dlatego powinnaś uciekać, teraz, natychmiast!

– Nie mogę– powtórzyła.– Muszę najpierw zrozumieć, gdzie był początek, a wtedy łatwiej odnajdę koniec.

Delikatnie wyzwoliła się z kruchych objęć i wyprostowała, jakby zamierzała wstać i odejść. Na twarzy starszej kobiety odmalowała się ulga, którą szybko zastąpił żal, gdy zrozumiała, że intencje dziewczyny są inne. Znów zwarła blade usta. W pierwszej chwili po to, by nie uwolnić z nich już ani jednego słowa, później, by zyskać czas na odnalezienie w sobie tych właściwych.

– Na początku była miłość, którą potem zabiłam– powiedziała wreszcie, a jej umęczoną twarz ściągnęła kolejna fala bólu.– Poświęciłam ją dla ułudy, pycha odebrała mi rozum, przez co straciłam, co miałam najcenniejsze. Moja wina, tylko moja, choć zapłacą za to inni. Ci, dla których ocaliłam za mało. Pomyliłam ścieżki i nieroztropnie pociągnęłam za sobą również ciebie… A potem zabrakło mi sił i odwagi, żeby wrócić i wskazać ci te właściwe. Dlatego musisz zrobić to sama. Tylko tak ocalisz siebie i innych.

– Nie boję się i zrobię to, o co mnie prosisz.– Dziewczyna przycisnęła dłonie do piersi w geście obietnicy.

– Będzie cię powstrzymywał, nie zrezygnuje…

– Znam już jego imię, usłyszałam, jak wykrzykujesz je przez sen, ale żeby mu się przeciwstawić, muszę wiedzieć więcej!

– Wtedy będzie ci jeszcze trudniej. I nie odnajdziesz już drogi powrotnej.

– Wcale tego nie chcę. Nie jest mi do niczego potrzebna. Nie wraca się z raz obranych ścieżek.

– Tylko wówczas, gdy pali się za sobą mosty. Dlatego lepiej dobrze przemyśleć każdy, nawet najmniejszy krok. I bez przerwy oglądać się za siebie, ale tak, by nie tracić z oczu celu.

Staruszka urwała, ponieważ zobaczyła w oczach dziewczyny żar podsycany każdym nowym słowem. Jej rozszerzone źrenice znów stały się lustrem, ale tym razem odbijały również jej własne pragnienia. Niebezpieczne i mogące prowadzić do zguby.

– Nigdy nie przestałam widzieć mojego celu– zapewniła, tylko to potwierdzając.– Wiem, czego chcę, od zawsze pragnę tylko jednego. Chciałabym…

– Nie!– Podniosła ręce do jej ust.– Nie rób tego, bo wypowiedziane głośno życzenie może się spełnić, gdy akurat spada jakaś gwiazda, a wśród nich ta jedna… szafirowa, zło w najczystszej postaci.

Dziewczyna znów schowała jej dłonie w swoich i pochyliła się nisko.

– Czy twoje życzenie spełniła szafirowa gwiazda?– spytała łagodnie.

Staruszka skinęła głową. Po bladej, zmęczonej twarzy popłynęły łzy. Żalu, bezsilności i gorzkiego niepokoju. Dziewczyna otarła je własnym policzkiem, wtuliła głowę w miękkie mleczno-białe włosy rozsypane na poduszce.

– Powiedz. Proszę, powiedz mi wszystko, dopóki jest na to czas.– W jej głosie pojawiła się natarczywość.– Muszę wiedzieć!

Nie odeszła, dopóki nie usłyszała prawdy, o którą długo jeszcze błagała.

Słowa, które wreszcie wtargnęły do uszu dziewczyny, zakłuły dotkliwiej, niż się spodziewała. Mimo to pozwoliła, by zakradły się głębiej– w jej umysł, serce i duszę, sturlały się do świadomości jak rozżarzone węgle, parząc i raniąc to, co napotkały po drodze. Czuła, że ból nie ustąpi, dopóki wszystko nie zostanie naprawione. Łudziła się, że potem zły płomień, który zaczynał się w niej tlić, w końcu zagaśnie. Tak jednak się nie stało, choć przestała go podsycać, gdy tylko zrozumiała swój błąd. Powstał z niego ogień, nad którym prawie straciła kontrolę i niemal pozwoliła, by strawił ją od środka do samego końca. W ostatniej chwili ujrzała nową drogę, a na jej krańcu jedyne możliwe rozwiązanie.

Wiedziała, kto będzie tam na nią czekał, dlatego już się nie bała.

Nie pomyliła się, choć z daleka dostrzegła na pięknej, smutnej twarzy żal i niemą prośbę, by zawrócić. Było na to jednak za późno. Bo jakże zawrócić z raz obranej drogi, gdy spaliło się za sobą mosty i gdy ten niebezpieczny ogień niosło się w sobie?

Można było jedynie nie pozwolić mu się rozproszyć, ocalić to, co zostało.

Na tym właśnie polegała jej rola: nie dopuścić, by płomień szafirowej gwiazdy pochłonął jeszcze więcej.

1

Samolot łagodnie wylądował na płycie warszawskiego lotniska.

Laura odetchnęła z ulgą i zwolniła napięte mięśnie. Rozmasowała bolący kark, a przy okazji ujarzmiła rozpuszczone na czas podróży włosy, upinając je ciasno wsuwką wyjętą z kieszeni. Przygładziła kołnierzyk bluzki, strzepnęła z kolan niewidoczne okruchy i starannie podwinęła długie rękawy aż do łokci. Wpadające przez okno jaskrawe promienie słońca zapowiadały temperaturę wyższą niż ta w klimatyzowanym wnętrzu samolotu.

Prawie gotowa do wyjścia sięgnęła do podręcznego schowka po niedoczytaną książkę. Odłożyła ją tam kilka godzin wcześniej, właściwie tylko na moment, żeby rozprostować– na ile to było możliwe w tak niewielkiej przestrzeni– zdrętwiałe ramiona, ale już do niej nie wróciła. Wcale nie dlatego, że nie było warto, bo nie potrafiłabyo niej nawet opowiedzieć. Bardzo długo wodziła wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu i automatycznie przewracała kartki, zanim zorientowała się, że jej mózg nie rejestruje treści, zaprzątnięty czymś zupełnie innym. Wewnętrzne napięcie i podenerwowanie, którego nie potrafiła się pozbyć, uniemożliwiały skupienie się na fabule. Najnowsza powieść ulubionej przecież autorki, wsunięta w ostatniej chwili do bagażu, wbrew oczekiwaniom nie urozmaiciła długiego lotu, nie pozwoliła też oderwać się ani na chwilę od realnego świata. Nie tylko obecnego, ale również tego, który Laura zostawiła za sobą, gdy wsiadła na pokład samolotu American Airlines, jak i tego, z którym miała się zetknąć już niebawem.

Dotąd nie bała się latania. W zasadzie nawet je lubiła, jednak nie wtedy, gdy lot trwał dziesięć godzin, nie licząc tych spędzonych na lotnisku. I przede wszystkim nie wtedy, gdy jej głowę wypełniało tyle niespokojnych myśli rozpierzchających się w tak wielu kierunkach, czasem zgodnie z jej wolą, częściej jednak wbrew. Te niechciane zostawały i ciążyły nieprzyjemnie, natomiast pozostałe, które usiłowała zatrzymać, uciekały, gdy tylko pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi. Zmęczenie, senność i przede wszystkim perspektywa dalszej podróży tylko pogłębiały ten stan. Pogarszał się jej nastrój. Zdołała stłumić w sobie to poczucie jedynie na moment, by uśmiechnąć się ze szczerą wdzięcznością do współpasażera, który podał jej ze schowka podręczny bagaż. Podziękowała mu kolejny raz, gdy puścił ją przodem, i z nie do końca uzasadnionym– jak przyznała sama przed sobą– ociąganiem ruszyła do wyjścia. Ulga, którą poczuła, gdy tylko koła samolotu dotknęły ziemi, z minuty na minutę zmieniała się wniepewność co do słuszności decyzji o powrocie do Polski.

Do niedawna wierzyła, że to najlepsze rozwiązanie– teraz zaczęła wątpić. Podekscytowanie opadło, odsłoniły się niedostrzegane wcześniej konsekwencje i ciemne strony spontanicznie podjętej decyzji. Zalety podstępnie przeobraziły się w wady, a wizja trzytygodniowego urlopu (po raz pierwszy z dala od rodziny) nie wydawała się już tak pociągająca. Przeszkodą nie była wyłącznie tęsknota za mężem i dziećmi, choć ta już teraz dawała o sobie znać, ale narastające wątpliwości z powodu obietnicy złożonej tylko po to, by zyskać pretekst do wyjazdu.

Wywiązanie się z niej początkowo wydawało się proste. Laura miała zamiar szybko się uporać z tym zadaniem, by potem od razu zająć się wyłącznie własnymi sprawami. Jednak to, co przypadkiem wyszło na jaw tuż przed jej wylotem z USA, prognozowało dużo mniej optymistyczny scenariusz. Niestety, na zmianę planów było za późno. Teraz mogła jedynie łudzić się, że wszystko pójdzie dobrze i nie pojawią się dodatkowe komplikacje. Przede wszystkim takie, że prawdziwy powód jej ucieczki przyleci tutaj za nią, jeśli nie uda się załatwić wszystkiego jaknależy.

Na tę myśl zapiekły ją policzki. Dotknęła ich mimowolnie. Były chłodne, ale wyraźnie czuła palący rumieniec wstydu wywołany tym, co zalęgło się w jej głowie. Wcześniej nie myślała o tym w ten sposób, jednak w głębi duszy czuła, że taka właśnie jest prawda. Wyjechała, bo miała dość własnej matki. W dodatku pragnienie ucieczki, choć początkowo nieuświadomione, przylgnęło do niej już wtedy, gdy po długiej rozłące witały się na lotnisku w Chicago.

– Źle wyglądasz, córeczko.– Usłyszała, gdy przytuliła swój policzek do matczynego, zaraz po tym, jak poczuła znajomy zapach szamponu z olejkiem arganowym i miękkość włosów łaskoczących jej skroń.– Jesteś dziwnie przygaszona. Wręcz jakaś taka… szara.

„To pewnie ze zmęczenia”.

Zdziwiona zorientowała się, że ta prosta przecież odpowiedź, zamiast trafić do jej ust, a potem uszu matki, pozostała w głowie.

Matka tymczasem zmarszczyła czoło, odsunęła ją od siebie na długość ramion i, wciąż nie wypuszczając z uścisku, oglądała od stóp do głów.

– Moim zdaniem to wszystko przez ten sweterek.– Cmoknęła z dezaprobatą.– Jesteś taka śliczna, a czasem robisz wszystko, by to zepsuć! Tyle razy ci mówiłam, kochanie, że niedobrze ci w żółtym. Chłodny lila albo róż! To są twoje kolory, córeńko. Idealne w zestawieniu z bladą cerą. Zamaskowałyby ten niezdrowyodcień.

„Ale ja nie znoszę chłodnego lila ani różu, zwłaszcza na sobie”.

Znów odpowiedziała jedynie w myślach, tym razem świadomie. Nie chciała, by jej źle dobrany strój stał się zarzewiem konfliktu. Kolejnego z wielu, dodała bezwiednie i od razu zganiła się za brak rozsądku i bezmyślność. Przecież dobrze wiedziała, jak bardzo jej matka nie znosi żółtego koloru.

„Dlaczego wybrałam akurat TEN cholerny sweter spośród tylu innych?”

Po jej głowie nieustannie tłukło się to samo bezsensowne pytanie. Przecież nawet niespecjalnie go lubię, zastanawiała się gorączkowo, usiłując jednocześnie poskromić rosnące podenerwowanie. Nie zrobiła tego rozmyślnie. Nie planowała zepsuć spotkania, na które tak bardzo czekała i po którym tyle sobie obiecywała.

Nie widywała rodziców często, nawet wtedy, gdy mieszkali w Polsce, a ostatnio rozstała się z nimi w nie najlepszej atmosferze. Posprzeczały się z matką, dziś już pewnie żadna z nich nie pamiętała, o co. W Laurze pozostało jednak nieprzyjemne poczucie zawodu. I jeszcze gorsza świadomość, że powinna do tego dawno przywyknąć, ponieważ działo się tak niemal za każdym razem, gdy się spotykały. Wydarzało się coś, za co nie sposób było winić żadnejz nich, i jednocześnie paradoksalnie można było przypisać niemal równą winę obu, gdyby tylko ktoś odgadł, czym naprawdę była.

Laura obiecała sobie, że tym razem rozważniej dobierze słowa i gesty, że będzie inaczej. Niestety, ku jej rozpaczy, to nic nie dało, ponieważ nie pomyślała o czymś tak banalnym, jak strój.

Wszystko poszło nie tak. W dodatku nie tylko z powodu nieszczęsnego żółtego sweterka, bo ten stał się jedynie preludium tego, co nastąpiło później. Znów wszystko potoczyło się tak jak zwykle i zakończyło jak zawsze. Nie potrafiły się z matką porozumieć niemal w żadnej kwestii. Być może dlatego, że z reguły to matka mówiła, a Laura za każdym razem udzielała jej szczerych odpowiedzi… wyłącznie w duchu. Na zewnątrz jedynie przytakiwała, wtrącała coś neutralnego lub po prostu zmieniała temat rozmowy. Tłumiła wszelkie niebezpieczne emocje z nieustającą obawą, że kiedyś zabraknie w niej dla nich miejsca, a wtedy wyrzuci z siebie wszystkie zalegające w duszy słowa. Również te, które powinna zatrzymać dla siebie.

Dlatego ucieczka wydawała się jedynym sposobem na to, by temu zapobiec. Uniknąć kłótni z matką i rozstać się z nią w lepszej niż ostatnio atmosferze. Laura bardzo chciała wierzyć, że tym razem im się udało, choć podskórnie czuła, że to nieprawda. Gdy całowała matkę na pożegnanie, znów doświadczała woni olejku arganowego i miękkości jej włosów, tak bardzo kontrastującej ze sztywnością ramion, które, choć ją obejmowały, nie tuliły tak, jak oczekiwałaby tego spragniona matczynej bliskości córka.

Pogrążona w chmurnych rozważaniach pozwalała tłumowi pasażerów nieść się w stronę wyjścia. Zdrętwiałe od długiego siedzenia stopy nie reagowały bólem, gdy ktoś je niechcący deptał, podobnie jak plecy trącane od czasu do czasu czyimiś łokciami. Nie przeszkadzała jej nadmierna bliskość spoconych ciał. Zwłaszcza że sama z pewnością pachniała podobnie. Była zbyt znużona i otumaniona, by zwracać na to uwagę. Z półprzymkniętymi powiekami sunęła do przodu jak automat, skupiając się już tylko na tym, by nie zasnąć, i powtarzając jedynie co pewien czas mechaniczne „przepraszam”, gdy sama komuś nieostrożnie nastąpiła na stopę. Gdy wreszcie przywołał ją do rzeczywistości podmuch ciężkiego, nagrzanego powietrza, wyjęła z kieszeni telefon. Napisała pośpiesznie wiadomość: „Wylądowałam. Zadzwonię po wszystkim”, dodała kilka stosownych emotikonek, nacisnęła „wyślij” i, nie czekając na odpowiedź, wyłączyła aparat.

Wkolejce do kontroli paszportowej odruchowo pomacała wybrzuszoną zewnętrzną kieszeń torby i westchnęła ponuro. W natłoku myśli niemalże zapomniała o tym, co od początku ciążyło jej nie tyle w bagażu, co na psychice. Tuż przed odlotem z Chicago matka nieoczekiwanie wcisnęła jej plik grubych kopert. Raczej celowo w ostatniej chwili, jakby przeczuwała, że mogłyby wiele zmienić. Nie myliła się. Gdyby Laura poznała ich zawartość wcześniej, na pewno poważnie przemyślałaby swoją decyzję o wyjeździe. I najprawdopodobniej wymigała się od powziętych zobowiązań, gdyby wiedziała, na czym w rzeczywistości miały polegać. Nie chodziło jedynie o zwyczajne dopełnienie formalności związanych ze sprzedażą domu rodziców– skontaktowanie się z nabywcą i wyjaśnienie niewielkich nieprawidłowości, a potem uregulowanie ich poprzez sporządzenie aneksu do podpisanej już umowy. Te zwyczajne na pierwszy rzut oka sprawy skomplikowały te właśnie koperty… a raczej ich zawartość.

Przeczucia podpowiadały Laurze coraz natarczywiej, że robi błąd, mimo to nie wycofała się z obietnicy danej rodzicom. Głównie dla własnego spokoju. By nie wywołać kolejnego cichego konfliktu, przede wszystkim z matką, gdyż ojciec z pewnością ograniczyłby się tylko do lakonicznego poinformowania córki, jak bardzo jest mu z jej powodu przykro. A to zabolałoby ją nawet mocniej niż zwykła kłótnia, o czym miała okazję przekonać się niejednokrotnie.

Zmatką zresztą też prawie nigdy nie awanturowała się otwarcie. Z reguły nie czyniły sobie złośliwości ani wyrzutów wprost. Coś jednak powodowało, że zawsze, gdy się spotykały, wytwarzał się między nimi specyficzny dystans, a atmosfera gęstniała od negatywnych emocji. W dodatku na ogół do końca pozostawała nierozładowana– chociażby przez pospolitą pyskówkę albo zwyczajne wyjaśnienie niedomówień– co powodowało efekt śniegowej kuli. Bo słowa, które w końcu padały (najczęściej z ust Laury), niczego nie zmieniały: ani nie pogarszały, ani nie polepszały sytuacji. I nie wiadomo było, dlaczego tak się działo. Przecież bardzo się starała, dostrzegała też wysiłki matki… Czasem myślała, że wiele zmieniłby powrót do momentu, w którym wszystko się zaczęło. Niestety, to było niemożliwe. Nie tylko dlatego, że sobie nie wyobrażała takiego scenariusza. Przede wszystkim bardzo tego nie chciała. Drętwiała na samą myśl o tym, z czym musiałaby się wówczas zmierzyć. Z tego właśnie powodu matka nie powinna wysyłać jej tam, gdzie z pewnością odżyją najbardziej bolesne dla nich obu wspomnienia.

Postanowiła mimo wszystko być silna. Spotka się z nowym właścicielem domu, który kupił go w prezencie ślubnym dla swojej córki, i szybko załatwi formalności. Zapyta też o powód, dla którego przez ostatnie miesiące wysyłał na adres rodziców w Naperville listy pękające w szwach od pożółkłych wycinków z gazet, spłowiałych stron wydartych z nieznanych książek, strzępków ledwie czytelnych notatek, biletów kolejowych sprzed kilkudziesięciu lat i mnóstwa innej, bliżej nieokreślonejpapierowej starzyzny znalezionej pewnie podczas remontu budynku.

Najobfitsza i zarazem najdziwniejsza była zawartość ostatniej przesyłki. Pomiędzy bezwartościowymi szpargałami tkwiła cienka jedwabna rękawiczka. Tylko jedna– bez pary. Z wyhaftowanym symbolem przypominającym literę A, ledwie widocznym spod odstręczającej warstwy brudu i plamek pleśni. Znalezisko było według nadawcy listów wyjątkowe. Nie wyjaśniał dlaczego, za to sugerował, że ma w zanadrzu kolejne sensacje, a to budziło w Laurze jeszcze większy niepokój, a nawet irytację. Ilość zgromadzonych papierzysk sugerowała, że mężczyzna pasjonował się historią. Dlatego można było się domyślać, że swoje „cenne” odkrycia weryfikował według jednego tylko, w dodatku subiektywnego kryterium: „stare”. Przemawiały za tym emfatyczne opisy znalezionych eksponatów. W rzeczywistości kompletnie bezużytecznych– nikomu niepotrzebnych.

Jeśli miały jakąkolwiek wartość, to tylko sentymentalną. O ile oczywiście ktoś przejawiał takie skłonności. Rodzice Laury, podobnie jak ona sama, niestety nie należeli do tej kategorii ludzi. Dom, dotąd w posiadaniu kilku pokoleń rodziny Kossackich, nie wyzwalał w jej żyjących potomkach żadnych głębszych emocji. Z tego powodu niespecjalnie interesowały ich dalsze losy nieruchomości, która w dodatku formalnie już do nich nie należała. Jeśli jednak nowy właściciel rzeczywiście był pasjonatem historii– a wskazywał na to nie tyle jego zawód (Laura wiedziała, że jest emerytowanym nauczycielem), co dotychczasowe zachowanie– przekonanie go, że inni nie podzielają jego pasji, mogło się okazać niełatwym zadaniem. Pozostawała nadzieja, że mimo wszystko uda się wyprostować realne, niewyimaginowane problemy i zakończyć sprawy związane ze sprzedażą domu. Najlepiej możliwie szybko.

Właśnie dlatego liczyła, że jeszcze tego samego dnia przed wieczorem dotrze na miejsce i spotka się z nowym właścicielem domu, panem Henrykiem Lichotą. Oczywiście pod warunkiem, że Warszawa okaże się niezakorkowana, a ruch na ósemce w stronę Podlasia nieduży. W środku tygodnia można było mieć na to nadzieję. Przy odrobinie szczęścia już za parę godzin będzie miała spotkanie wreszcie za sobą. Potem od razu uda się do Bujan i resztę urlopu spędzi w przytulnym pokoiku na poddaszu domu ciotki Helenki.

Podbudowana tą perspektywą uśmiechnęła się szeroko do pracownika lotniska, podając mu swój paszport.

Nieco później, jeszcze bardziej podniesiona na duchu, podziękowała w myślach swojemu przewidującemu mężowi, za którego radą zabrała ze sobą tylko podręczną torbę. Co prawda trudno jej było się rozstać z kilkoma parami nowych butów, zestawem ubrań i amerykańskimi kosmetykami, które zostały w bagażu męża i córek przylatujących do Polski dopiero za kilka tygodni, ale dzięki temu teraz nie musiała wiele dźwigać. Okazało się to zbawienne, bo mimo poprawy stanu ducha fizycznie wciąż czuła się odrętwiała.

Wdodatku znów ogarnęła ją senność. Wsiadła do taksówki z nadzieją, że kierowca nie okaże się zbyt rozmowny. Jet lag coraz mocniej dawał się jej we znaki. Przechwyciła we wstecznym lusterku spojrzenie mężczyzny, uśmiechnęła się przepraszająco. Zanim przymknęła oczy, wydało się jej, że skinął głową ze zrozumieniem. Pewnie był przyzwyczajony, że pasażerowie odbierani z lotniska czasem zasypiali w jego taksówce, bo ściszył nawet radio. Tak jak się spodziewała, łagodna muzyka (ucieszyło ją, że kierowca słucha Vivaldiego) i płynna jazda podziałały kojąco. Błyskawicznie zapadła w półsenny błogostan i poczuła się wręcz zawiedziona brakiem korków na ulicy Żwirki i Wigury oraz tym, że– wbrew jej przewidywaniom– na Rudawską dotarli zaledwie w niecałe dwadzieścia minut.

– Reszty nie trzeba– oświadczyła mechanicznie, podając banknot, by natychmiast pożałować tego gestu. Nie kilku złotych napiwku, ale przedłużenia drzemki na wygodnej kanapie auta w tej krótkiej chwili, podczas której kierowca szukałby drobnych.

Niechętnie wysiadła z wozu i w lekkim otumanieniu powlokła się na ostatnie piętro swojej kamienicy. Głośne burczenie w brzuchu przypomniało jej o pustej, w dodatku wyłączonej na czas nieobecności lodówce. Nie miała pojęcia, czy w kuchennych szafkach znajdzie cokolwiek zdatnego do jedzenia, jakąś kaszę, ryż lub makaron, który mogłaby sobie ugotować i zjeść z oliwą i przyprawami, albo w ostateczności z powidłami ze słoika. Na wiele więcej nie mogła liczyć. Przewidując wielotygodniową nieobecność, pozbyła się wszystkiego, co mogłoby się zepsuć. Na myśl o posiłku, nawet tak niewyrafinowanym, poczuła kolejny bolesny skurcz żołądka. Zawahała się, rozważając, czy nie zawrócić i nie zrobić zakupów w pobliskim sklepiku, ale szybko odrzuciła ten pomysł. Zmęczenie zwyciężyło głód. Postanowiła, żew najgorszym razie zadowoli się herbatą z cukrem albo poszuka zachomikowanych łakoci w pokojach swoich córek. A potem weźmie orzeźwiający prysznic, odpocznie chwilę, przepakuje bagaż i wsiądzie już do własnego samochodu, by ruszyć w dalszą podróż. Może dzięki nasilającemu się ssaniu w żołądku zbierze się do drogi szybciej, żeby na pierwszej stacji benzynowej kupić sobie hot-doga? I jakiś napój energetyczny, zanotowała wmyślach, grzebiąc niemrawo kluczem w zamku i ziewając przeciągle.

Wśrodku spodziewała się nieprzyjemnego zaduchu, tymczasem mieszkanie było świeżo przewietrzone.

– Pani Lusia!– Uśmiechnęła się do siebie.

Domyśliła się, że to zasługa sąsiadki z dołu, która miała zapasowe klucze do mieszkania. Zaprzyjaźniona z rodziną starsza pani zobowiązała się podlewać kwiatki i od czasu do czasu sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Laura uprzedziła ją o swoim wcześniejszym powrocie, stąd pewnie ten miły gest. W dodatku nie jedyny, jak okazało się już po chwili.

Na stole w kuchni Laura znalazła talerzyk z kawałkiem jabłecznika, a na płycie indukcyjnej mały rondel z nadal gorącą zawartością– po uchyleniu pokrywki ze środka buchnęła aromatyczna para. Kolejny gwałtowny skurcz żołądka i przyjemnie pobudzone zmysły nieoczekiwanie przywróciły Laurze wigor. Z lekkim poczuciem winy i świadomością, że należałoby najpierw zejść na dół i podziękować za poczęstunek, wyciągnęła z szuflady widelec i ochoczo wbiła go w jeden z podlanych obficie pomidorowym sosem gołąbków. Nie mogła się powstrzymać. Pani Lusia była prawdziwą mistrzynią w ich przyrządzaniu, a kiepska ostatnio dieta Laury spowodowała, że kusiły jeszcze bardziej. Ani ona, ani matka nie miały wybitnych zdolności kulinarnych, ale tylko jedna z nich brała to pod uwagę, gdy zabierała się do przyrządzania bardziej skomplikowanych potraw. Irena Kossacka-Szubaj w przeciwieństwie do swojej córki kompletnie nie zdawała sobie sprawy, że nie jest mistrzynią w tej dziedzinie. Dlatego efekt jej coraz śmielszych eksperymentów kuchennych, zwłaszcza tych inspirowanych smakami Ameryki, przyprawiał często rodzinę nie tylko oból głowy, ale i rozstrój żołądka. Po takich doświadczeniach wszystko smakowałoby lepiej, nawet gdyby nie było tak wyśmienite, jak gołąbki pani Lusi.

Laura przełknęła pierwszy kęs z pewnym trudem nie tylko dlatego, że farsz okazał się bardzo gorący, ale z powodu ściśniętego nagłym wzruszeniem gardła. Przypomniała sobie ciotkę Helenkę, której potrawy były równie doskonałe. A to sprawiło, że perspektywa podróży na Podlasie stawała się coraz milsza.

Wyjadła z apetytem wprost z rondelka wszystkie gołąbki i łapczywie pochłonęła szarlotkę. Dopiero gdy strząsała z siebie okruchy, przypomniała sobie, że deser miał być dodatkiem do espresso. Zerknęła z żalem na pusty talerzyk i machnęła ręką. Po namyśle darowała sobie na razie kawę. Postanowiła natomiast podziękować swojej dobrodziejce.

Schyliła się z wysiłkiem i rozsunęła zamek torby porzuconej w korytarzu. Wydobyła z niej mały flakonik perfum, kupiony specjalnie dla sąsiadki. Teraz pożałowała, że nie wybrała większego, gest pani Lusi był wart całego galonu najwspanialszych wonności. Był wręcz bezcenny. Laura owinęła prezent w elegancki papier, przewiązała wstążką i prawie zapomniawszy o dręczących ją efektach zmiany strefy czasowej– wypartych zresztą przez ból żołądka spowodowany pospiesznie zjedzonym posiłkiem, zeszła piętro niżej.

Ku ogromnemu rozczarowaniu nie zastała sąsiadki. Właściwie powinna się tego spodziewać. Pani Lusia mimo podeszłego wieku nie zwykła bezczynnie i samotnie spędzać czasu w czterech ścianach niewielkiego mieszkania. Należała do osiedlowego Klubu Seniora, uczestniczyła w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego Wieku i codziennie, bez względu na pogodę, z kijami do nordic walkingu w towarzystwie sobie podobnych aktywnych emerytek przemierzała pobliski Zieleniec Wielkopolski albo Pole Mokotowskie. Jeśli dziś wybrała drugą opcję, nieprędko można było się jej spodziewać, ponieważ taka wycieczka często kończyła się lunchem w jednym z tamtejszych kultowych pubów– Bolku lub Lolku, zależnie od tego, w której części parkowego kompleksu energiczne seniorki kończyły swój marsz.

Laura z żalem wróciła na górę i od razu napisała liścik z podziękowaniem, żeby wsunąć go w drzwi mieszkania sąsiadki, o ile ta nie wróci na czas. Złożyła karteczkę na pół i z rozrzewnieniem uśmiechnęła się pod nosem. Pani Lusia nie uznawała telefonów komórkowych, tolerowała jedynie stacjonarny. Twierdziła niezmiennie, że woli papierowe esemesy zostawiane w drzwiach oraz rozmowy z ludźmi na żywo, zamiast za pośrednictwem– jak zwykła mawiać– „tych piekielnych urządzeń, o których właściwie nie wiadomo, co tak naprawdę wyprawiają z ludzkim mózgiem albo innymi narządami, w pobliżu których się je nosi”.

Laura zaśmiała się na tę myśl. Szybki prysznic jeszcze bardziej poprawił jej nastrój, ale, zamiast orzeźwić, spowodował nawrót senności. Rozsądek podpowiadał krótką drzemkę, dlatego w szlafroku i z ręcznikiem na głowie położyła się na sofie w salonie i zarzuciła stopy na oparcie. Nie miała czasu na sen, ale łudziła się, że ta krótka chwila relaksu przywróci ją do życia na tyle, by mogła bezpiecznie wsiąść za kółko. Przez zbyt obfity posiłek nadal czuła się ociężała. Swoje zrobił też brak kawy. Już sama myśl o mocnym aromatycznym espresso poprawiała jej samopoczucie. Uznała, że lepiej będzie, jeśli nie uśnie, a jedynie przez moment odpocznie. A potem jednak uruchomi domowy ekspres, zamiast korzystać z oferty stacji benzynowej.

Lekko rozluźniona założyła ręce za głowę i leniwie powiodła wzrokiem po jasnym wnętrzu salonu, urządzonym w modnym w ostatnich latach stylu skandynawskim, ale ze swojską nutą w postaci ludowych wzorów na poduchach i dywanikach. Wysokie okna wpuszczały do środka mnóstwo światła i słońca, które igrało optymistycznie wśród szklanych paciorków żyrandola. Laura uwielbiała swoje mieszkanie w przedwojennej warszawskiej kamienicy, co dziwiło ją niezmiennie, gdy tylko o tym pomyślała. Powinna przecież go nie cierpieć, tak jak nie znosiła większości starych domów, łącznie z tym, w którym się urodziła i dorastała. Przytłaczały ją i najczęściej powodowały irracjonalne przygnębienie. Podobnie było z przedmiotami, które nosiły jakiekolwiek znaki czasu. Dlatego nie zgodziła się na zakup pasujących do kamienicznego wnętrza starych mebli czy innych pamiątek przeszłości. Nie tylko cudzej, ale i własnej– nie pozwoliła ustawić na półkach nawet tych zabranych z rodzinnego domu. Zostawiła tylko kilka ulubionych książek. Całą resztę, bibeloty, mniej i bardziej użyteczne naczynia, haftowane obrusy i serwetki zabezpieczyła porządnie w tekturowych pudłach i wyniosła dopiwnicy.

Nie akceptowała staroci właściwie wżadnej formie i dlatego początkowo nie chciała nawet obejrzeć wystawionego na sprzedaż mieszkania przy ulicy Rudawskiej– nieopodal dziewiętnastowiecznych Warszawskich Filtrów, na Starej Ochocie. Nie potrafiła tego wyjaśnić zdziwionemu mężowi, który, wychowany w ursynowskim bloku z wielkiej płyty marzył o zamieszkaniu w kamienicy wybudowanej przed wojną. W końcu dała się namówić, aby obejrzeć upatrzone przez niego mieszkanie, tylko to jedno. Wyłącznie po to, żeby sprawić mu przyjemność, gdy już niemal wpłacili zaliczkę za inne.

Nie wierzyła, by cokolwiek mogło odwieść ją od zakupu pachnącego nowością apartamentu na wspaniałym, nowoczesnym osiedlu. Nie przypuszczała, że niemal bez wahania zgodzi się wymienić je na skrzypiące drewniane podłogi, wysokie sufity, wielkie kaflowe piece przerobione na elektryczne, rozstrojony stuletni fortepian wpisany w wystrój mieszkania już na stałe za sprawą zbyt wąskich obecnie drzwi wyjściowych, łazienkowe kafelki pokryte gęstą siecią drobniutkich spękań powstałych w czasach wojennej pożogi i ogromną żeliwną wannę na stylowych lwich łapach. Ku własnemu zdumieniu zakochała się w każdym fragmencie tego miejsca od pierwszego wejrzenia. Było stare, ale zamiast przygnębiać, każdego dnia wprawiało ją w dobry nastrój. Stało się dla niej domem. Prawdziwym. Tym pierwszym, chociaż nie rodzinnym.

Niewiele było trzeba, by odzwyczaić się od widoku dobrze znanych kątów, i jeszcze mniej, by do nich zatęsknić. Dlatego pożałowała, że nie zdąży należycie nasycić siędomowymi pieleszami. Zwłaszcza teraz, gdy panowała w nich tak rzadko tu spotykana cisza. Kochała wesoły rozgardiasz, jaki robiły wokół siebie jej córki, ale tak samo mocno uwielbiała spokojne momenty, czasem obok drzemiącego na kanapie męża. Wyłączała wówczas wszystko, co mogłoby ten spokój zakłócić, i wsłuchiwała się w pozostałe znajome codzienne dźwięki– tykanie zegara, szmer lodówki, skrzypienie obelkowań i ciężkie postękiwanie zmęczonego budynku albo stłumione odgłosy ulicy przebijające się przez wiekowe, grube mury. Oddawała się przyjemnym myślom, napawała widokiem kojącego wnętrza urządzanego samodzielnie i z wielkim pietyzmem. Analizowała dotychczasowe aranżacje i projektowała w głowie nowe, by było jeszcze piękniej i przytulniej.

Ostatnia myśl sprawiła, że Laura drgnęła.

Początkowo nie rozumiała powodu nagłego niepokoju. Nerwowo szukała przyczyny. Powiodła wokół wzrokiem i zatrzymała go na półce z książkami. Coś było nie tak. Zapominając o zmęczeniu, podniosła się z sofy i podeszła bliżej. Przesunęła dłonią po grzbietach woluminów. Stały jak zwykle w równiutkich rzędach, jednak odniosła wrażenie, że inaczej. Nie były na właściwych miejscach. Rozejrzała się z uwagą po salonie. O ile książki mogła przeglądać pani Lusia, o tyle z pewnością nie dotykałaby innych przedmiotów. Dopiero teraz Laura zdała sobie sprawę, że nie wszystkie znajdowały się tam, gdzie je zostawiła. Nawet niektóre meble nieznacznie zmieniły swoje pozycje.

Zamierzała obejrzeć również pokoje dziewczynek, ale po namyśle zrezygnowała. Rezolutne bliźniaczki same utrzymywały w nich porządek, a właściwie nieporządek, i tam z pewnością nie dałoby się rozpoznać niczyjej ingerencji, nawet gdyby ktoś przewrócił wszystko do góry nogami. Skręciła w drugi koniec korytarza i powoli uchyliła drzwi sypialni. Nie miała żadnych wątpliwości. Ktoś przesunął szafki nocne, ponieważ stały w innej odległości od łóżka niż zwykle. Również kurz na toaletce zdradzał, że podnoszono stojące tam kosmetyki i puzderka. Laura drżącymi dłońmi otworzyła srebrną szkatułkę, w której trzymała najcenniejszą biżuterię, ale widząc, że niczego nie brakuje, odetchnęła. Niepokój jednak jej nie opuszczał. Zajrzała nerwowo do szaf. Stamtąd też nic nie zginęło. Nie miała pewności, czy ktoś dotykał tam czegokolwiek, ponieważ, pakując się, zostawiła niewielki bałagan. Być może w pośpiechu nie zapięła należycie pokrowców, w których przechowywała ulubione sukienki i płaszcze, jednak równie dobrze zamki mógł rozsunąć ktoś inny.

Sprawdziła raz jeszcze wszystkie pomieszczenia, także schowek na odkurzacz i deskę do prasowania, podniosła siedziska sof, zajrzała do wazonów, zlustrowała nawet nigdy nieodsłaniane wnętrze starego fortepianu, by wreszcie opaść na stojący nieopodal fotel z młynkiem myśli w głowie, nomen omen wciąż owiniętej turbanem z ręcznika.

Nie miała wątpliwości, że ktoś dokładnie przeszukał mieszkanie. Z pewnością starał się nie zostawić śladów i pewnie udałoby mu się to, gdyby nie pedantyzm Laury. Dzięki temu, co niektórzy uważali za wadę, bezbłędnie odgadywała, gdy ktoś dotykał jej rzeczy. Nie lubiła bałaganu i przede wszystkim nieuzasadnionych zmian w starannie zaplanowanej przestrzeni, jaką był jej dom. Najbliżsi wiedzieli o tym i akceptowali to dziwactwo, rozumiejąc, jak bardzo to dla niej ważne. Nawet jej córki, mimo dużo mniejszego zamiłowania do ładu i ciągłego manifestowania tego we własnych pokojach, w pozostałych pomieszczeniach rygorystycznie stosowały się do reguł i utrzymywały porządek. Dlatego niespodziewane odkrycie nie mieściło się jej w głowie.

Kto mógł coś takiego zrobić? Zastanawiała się nerwowo. Pani Lusia pozostawała poza podejrzeniem. Niejednokrotnie udowodniła, że jest godna zaufania. Często dostawała klucze, czasem też opiekowała się dziewczynkami i nigdy nic podobnego się nie zdarzyło. Wypytywanie jej byłoby wręcz niestosowne. Przecież gdyby sąsiadka zauważyła coś niepokojącego, sama dałaby znać. Poza tym większość dnia spędzała poza domem, więc każdy, kto umiał posłużyć się wytrychem, mógł wejść do mieszkania. Zwłaszcza że na ostatnim piętrze kamienicy przy Rudawskiej znajdowało się tylko jedno, można więc było się do niego dostać bez narażania się na czujne spojrzenia sąsiadów.

Laura na tę myśl poczuła dreszcze. Może przed wyjazdem na Podlasie powinna zmienić zamki? Tak byłoby rozsądniej, ale ostatecznie porzuciła ten pomysł. Pani Lusia mogłaby to niewłaściwie odebrać. Powiadomienie policji też nie wchodziło w grę. Ze względu na znikome i raczej niezauważalne dla innych ślady obecności intruza, uznano by ją pewnie za paranoiczkę. Albo, co gorsza, obciążono podejrzeniami sąsiadkę.

Zapominając, że wciąż ma na sobie szlafrok, raz jeszcze zeszła na dół. Chwilę pukała do drzwi, w końcu wetknęła w nie karteczkę z podziękowaniem za obiad i biegiem wróciła na górę. Ubrała się w pośpiechu, a potem spakowała w kilka minut, starając się nie myśleć o potencjalnych włamywaczach. Bała się, że jeśli zastanowi się nad tym dłużej, nie odważy się wyjechać. Przecież nic nie zginęło, powtarzała sobie w duchu, mocując się na klęczkach z zamkiem walizki.

Wstała i nerwowo szarpnęła uchwyt, który zamiast wysunąć się na odpowiednią długość, oderwał się całkiem, przez co Laura klapnęła z impetem na podłogę. Prychnęła poirytowana, rozmasowując potłuczoną kość ogonową. Gdy usiłowała się podnieść, dostrzegła na podłodze różowawą poświatę. Przez chwilę przypatrywała się jej zaskoczona i niepewna, czy nie są to jedynie mroczki spowodowane upadkiem. Zjawisko było jednak jak najbardziej realne, w dodatku wyjątkowo urokliwe. Na czworakach przysunęła się bliżej, żeby przyjrzeć mu się dokładniej. Kolorowa smuga wyłaniała się spod fotela i kończyła w miejscu, w którym fortepian rzucał na podłogę cień. Laura zajrzała pod mebel, a potem wsunęła pod niego rękę. Świetlna smuga zniknęła.

Ze zdziwieniem patrzyła na niewielki amarantowy paciorek ze szkła. Lekko spłaszczony, z przewleczonym przez środek strzępkiem srebrnej nici. Wsparty o jedną z nóżek fotela w jakiś zadziwiający sposób filtrował zabłąkany słoneczny promień, nadając mu niecodzienną barwę. Przytrzymała błyskotkę dwoma palcami i obejrzała z zainteresowaniem. Z pewnością widziała koralik po raz pierwszy, więc jeśli nie zgubiła go pani Lusia…

Laura wstrzymała oddech i zacisnęła dłoń na znalezisku.

– Zrobił to ktoś, kto plądrował mieszkanie!

Znalazła dowód na obecność intruza! Niestety, tylko dla siebie samej, bo raczej niewystarczający, by ktokolwiek uwierzył w teorię o włamaniu, jak skonstatowała już po chwili z rezygnacją.

Wsunęła koralik do kieszeni, a uchwyt przymocowała na powrót do walizki. Rozejrzała się po raz ostatni i zpękiem kluczy w ręku ruszyła do wyjścia.

2

Mniej więcej w połowie drogi zrozumiała, że przeceniła swoje siły. Początkowo ignorowała sygnały wysyłane przez organizm. Przecierała piekące oczy, napinała bolące mięśnie i wyciągała zdrętwiałą szyję, łudząc się, że to jej pomoże.

Oszukiwała pogarszające się z minuty na minutę samopoczucie i podśpiewywała krotochwilnie, gdy omijała długi korek albo wyprowadzała w pole kolejnego drogowego cwaniaka. Zżymała się na wyprzedzających każdy jadący przed nimi pojazd. Denerwowali ją zmienianiem bez powodu pasa ruchu i wjeżdżaniem na stacje benzynowe lub parkingi tylko po to, by ominąć skrzyżowanie ze światłami. Bo Laura sama przestrzegała zasad fair play w każdej sytuacji z wyjątkiem tych, w których uczestniczyli uliczni piraci. Wtedy odzywał się w niej zawodowy belfer, mimo że na co dzień odżegnywała się od takich skłonności, nie znosząc ich u innych przedstawicieli własnego zawodu. Robiła wszystko, by nie tylko dać nauczkę spryciarzom, ale wszczepić im przy okazji kilka zasad dobrego wychowania, zawstydzić ich, a jeśli nic by z tego nie wyszło, przynajmniej zdenerwować. To ostatnie już z zemsty i trochę dla własnej satysfakcji. Chowając do kieszeniprzyzwoitość, kierowała się złośliwą przyjemnością, niezrażona reakcją pouczanych, wyrażaną najczęściej niewerbalnie przy pomocy popularnego międzynarodowego gestu. Bo w taki właśnie, pewnie jedyny znany sobie sposób kierowcy okazywali przez szyby aut poziom swojej frustracji.

Nie przejmowała się tym. Za to do szału doprowadzały ją uwagi nawiązujące do jej płci. Wobec tych czuła się bezradna. Nie słyszała ich, ale łatwo było odczytać z ruchu warg słowo: „babo”, ozdobione odpowiednimi epitetami i szeregiem innych, równie rozpoznawalnych i jeszcze mniej cenzuralnych słów. Z nieodgadnionego dla niej powodu kobiety uważane były przez niektórych za upośledzonych użytkowników dróg. Nie pojmowała takiej postawy. Przecież o tym, kto jakim jest kierowcą, decydowały umiejętności, doświadczenie i odpowiednio rozwinięta wyobraźnia, a nie płeć. Żałowała, że inni tego nie rozumieją.

– Co za gamoń…– warknęła pod nosem i z furią nacisnęła klakson, gdy kolejny raz ktoś zajechał jej drogę, chcąc pewnie skrócić sobie, choćby tylko o kilka aut, wielokilometrowy korek w Markach.

Zamyślona nie zauważyła, że tkwi w nim od dłuższego czasu, jednak intuicyjnie zareagowała poirytowaniem. Niestety przy okazji niesłusznie zrugała włączających się do ruchu, którzy jej opieszałość odczytali jako zaproszenie. Speszyła się i uśmiechnęła przepraszająco do wstecznego lusterka. Wzięła głęboki oddech, potrząsnęła głową i podkręciła radio, ponieważ znów zaczęły opadać jej powieki. Miała nadzieję, że to minie, kiedy na trasie zrobi się luźniej i gdy jazda nabierze normalnego tempa. Na wszelki wypadek otworzyła puszkę napoju energetycznego kupionego na stacji benzynowej i wypiła duszkiem.

Podziałał znacznie lepiej niż kawa. Już po chwili czuła się jak nowo narodzona. Ochoczo docisnęła pedał gazu, gdy tylko droga się odblokowała, by w okolicach Wyszkowa ponownie zwolnić. Tym razem nie z powodu natężenia ruchu. Zawarte w napoju tauryna i kofeina przestały działać szybciej, niż się spodziewała, a oczy znów zaczęły zachodzić mgłą.

Zjechała na parking. W pierwszym odruchu chciała pójść po kolejną porcję wspomagacza, jednak zrezygnowała. Wmawiała sobie, że z rozsądku, ale tak naprawdę nie miała siły wysiąść z samochodu. Odchyliła siedzenie i z ulgą przymknęła powieki, planując kilkunastominutową drzemkę, z postanowieniem, że jeśli to nie pomoże, zastosuje inne środki. Dalsza jazda w jej stanie nie była bezpieczna, ale tak bardzo pragnęła znaleźć się już na miejscu, że zamierzała zrobić wszystko, by tak się stało. Nie tylko dlatego, że odczuwała nostalgię za Bujanami, cudownym podlaskim miasteczkiem, gdzie przez pewien czas mieszkała, wyprowadziwszy się od rodziców. Stęskniła się przede wszystkim za ciotką. Tym bardziej kusiła ją perspektywa świętego spokoju, który z pewnością odzyska, gdy tylko załatwi sprawy rodziców. Upatrywała w tym szansę na poprawienie atmosfery między nią a matką– być może ostatnią. Nie mogła się doczekać, kiedy do niej zadzwoni i opowie, jak świetnie sobie poradziła. A potem uwolni się wreszcie od domu w Jedwabnem i wszystkiego, co z nim związane. Ostatnia myśl sprawiła jej największą przyjemność, ale zaraz potem odpłynęła z innymi, uwalniając Laurę od ich ciężaru.

Zastąpił je upragniony sen.

Gdy się ocknęła, czuła się tak rześko, że nie potrzebowała nawet kawy. Niestety, dobre samopoczucie minęło, kiedy spojrzała na zegarek. Nie mogła uwierzyć, że przespała ponad trzy godziny. Przez to mogła nie zdążyć na umówione spotkanie z Henrykiem Lichotą. Ciotka też pewnie już się niepokoiła. Potwierdzało to kilka nieodebranych połączeń.

Musiała zasnąć naprawdę twardo, skoro nie słyszała dzwonka telefonu. Zatem nic dziwnego, że była tak wypoczęta.

– Aniech to jasny szlag!– mruknęła rozeźlona, a potem szybko wybrała numer ciotki Helenki, by ją uspokoić. Zaraz potem połączyła się z Lichotą.

Po krótkiej rozmowie ruszyła w dalszą drogę już w nieco lepszym nastroju. Mężczyźnie najwidoczniej równie mocno zależało na spotkaniu, bo zapewnił, że będzie czekał tyle, ile będzie trzeba. Wiązało się to, co prawda, ze zmianą planów, bo zamiast w kierunku Bujan jechała prosto do Jedwabnego, ale miała nadzieję, że ciotka wybaczy jej spóźnienie. Zwłaszcza że Laura planowała zostać u niej dłużej– w swoim dawnym pokoju na poddaszu.

Zajmowała go, gdy jeszcze pracowała w bujaneckiej szkole. Dla wygody i żeby mieć bliżej do pracy, tak to sobie wówczas tłumaczyła, choć w rzeczywistości był to jedynie pretekst do wyprowadzki z rodzinnego domu. Nie stać jej było na własne mieszkanie, a tylko w ten sposób mogła zyskać trochę samodzielności. Wyrwać się spod rodzicielskich skrzydeł i nieco odetchnąć. Dziś też potrzebowała podobnego oddechu i odpoczynku. Nadarzała się też świetna okazja, by pobyć trochę z ciotką, na co na ogół brakowało Laurze czasu. Wciąż miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Zbyt rzadko odwiedzała ulubioną, choć dość daleką krewną.

Helena nie miała zresztą rodziny bliższej niż Laura i jej rodzice. Owdowiała młodo i bezdzietnie, nigdy powtórnie nie wyszła za mąż. Żyła sama. Ale mimo to zapewniała, że nie czuje się samotna, otoczona przyjaciółmi i często odwiedzana przez dawnych uczniów, którzy nie zapominali o ulubionej bibliotekarce. Nie oczekiwała od nikogo pomocy, mimo zaawansowanego wieku wciąż dobrze sobie radziła z codziennymi obowiązkami, a jednak Laura czuła się winna, że ją zaniedbuje. Wielokrotnie bez skutku namawiała ciotkę na przeprowadzkę do Warszawy. Helena od czasu do czasu ją odwiedzała, zaprzyjaźniła się nawet z panią Lusią z dołu, ale nie wyobrażała sobie zamieszkania w stolicy na stałe. „Nie przesadza się starych drzew”– powtarzała wytarty, choć okrutnie prawdziwy frazes za każdym razem, gdy Laura wracała do tematu.

Właściwie motywy decyzji ciotki były zrozumiałe. Laura sama pewnie postąpiłaby podobnie. Nikt nie opuszcza dobrowolnie miejsc, które kocha, bo one i tak podążają za człowiekiem, zagnieździwszy się na stałe w jego sercu, głowie i duszy. Wywołująnieutuloną tęsknotę i żal, gdy stają się już tylko odbiciem przeszłości.

Podobnie dzieje się również wtedy, kiedy człowiek opuszcza miejsca, w którym nie czuł się szczęśliwy. Takich też nie da się ostatecznie zostawić za sobą. Pomkną za człowiekiem, gdziekolwiek się ruszy, niestety zagarniając przy okazji wszystkie złe wspomnienia. Te, które wolałby zostawić za sobą. Bo bardzo trudno jest odciąć się od przeszłości. Jakiejkolwiek. W życiu każdego człowieka od zawsze istniały sprawy, od których nie potrafił uciec ani o nich zapomnieć, mimo starań. A w życiu Laury było takich spraw nawet więcej niż tych, które pragnęłaby przy sobie zachować.

Odetchnęła z ulgą, gdy minęła ogromny plac targowy na rogatkach Jedwabnego. Ulica Łomżyńska wiodła wprost do głównego rynku. Jego centralną część stanowił park, co było typowe dla większości miasteczek w tych stronach. Laura zwolniła, objeżdżając go, bez wyraźnej potrzeby, tylko po to, by przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej.

Zatrzymała się obok jednej ze starych kamienic, przy zaokrąglonych schodach apteki, ulokowanej w tym samym miejscu od przynajmniej kilkudziesięciu lat. Obróciła się i zajrzałaz ciekawością w jedną z szerokich parkowych alejek naprzeciwko– dawniej kończącą się okazałym klombem obsadzonym różami i z ławkami wokół. Dziś kwiatowy kobierzec zamieniono w plac wybrukowany dwukolorową kostką. Na jego skraju, w cieniu drzew stał pomnik poświęcony ofiarom wywózek na Syberię, dokonanych w czasie sowieckiej okupacji. Drewniane ławki zastąpiono nowymi, innymi niż te zapamiętane przez Laurę z czasów, gdy przychodziła tu jako nastolatka, malowane na zielono lub niebiesko, z wydrapanymi serduszkami przebitymi strzałą i inicjałami zakochanych.

Patrząc na park, Laura przypomniała sobie, że przed laty, z nieznanego jej powodu wycięto z niego część pięknych starych drzew. Na szczęście ocalały równie wspaniałe srebrne świerki, podcięto im jedynie dolne gałęzie. Imponujące i dostojne wciąż stanowiły największą ozdobę zieleńca. Zadarła głowę i zerknęła ponad ich wierzchołki, w stronę bielejących wież kościoła. Wyglądały na odnowione. Podobnie jak wnętrze świątyni. Kiedy była tu ostatnim razem, wstąpiła na chwilę do środka. Początkowo sądziła, że trafiła na moment przed jakąś ważną uroczystością, ponieważ kościół prezentował się bardzo odświętnie. Wszystko lśniło świeżością i czystością, a w środkowej nawie na błyszczącej szkliście podłodze leżał długi, czerwony dywan. Potem jednak sobie przypomniała, że przecież tak było zawsze. Kościół właściwie codziennie wyglądał odświętnie. W wazonach pyszniły się świeże kwiaty zerwane z przydomowych ogródków, a boczne ołtarze zdobiły ręcznie dziergane koronkowe obrusy ofiarowane przez pobożne parafianki.

Wiedziała też, że drzwi kościoła są zwykle otwarte, dlatego zastanawiała się, czy i tym razem nie wstąpić. Ostatnio nieczęsto bywała w takich miejscach. Wyjątek stanowiły zabytkowe świątynie odwiedzane podczas zagranicznych wakacji, z całkiem innego powodu i w zupełnie odmienny sposób– powierzchowny, niemetafizyczny, przyziemny i pozbawiony jakiejkolwiek duchowości czy chociażby krótkiej chwili refleksji rozpraszanej szmerem rozmów turystów przechadzających się w tę i z powrotem. Dlatego właśnie zrezygnowała z pomysłu odwiedzenia jedwabieńskiej świątyni. Nie miała czasu na pogrążanie się w rzeczywistej, nieudawanej zadumie, była przecież umówiona, a zbyt krótka chwila spędzona naprzeciwko ołtarza z pewnością niczym nie różniłaby się od tych wakacyjnych.

Ztego powodu postanowiła odłożyć to na bliżej nieokreślone „później”.

Zanim odjechała, raz jeszcze okrążyła park. Z pewnym sentymentem zerknęła w stronę dawnej, dziś już nieczynnej piekarni. Prawie poczuła zapach, który niósł się po całym rynku w czasach, gdy przybiegała tu każdego poranka po słodkie drożdżówki z marmoladą albo ogromne maślane rogale. Uśmiechnęła się do tych wspomnień, bo odświeżyły w niej inne, równie przyjemne doznania. Zawahała się, czy z tego powodu nie pojechać prosto i chociażby tylko zerknąć z daleka na bibliotekę i dom kultury w odrestaurowanym dziś dworku Rembielińskich. Jego widok zawsze poprawiał jej nastrój. Budynek należał do tych nielicznych pamiątek minionego czasu, które nie budziły w niej niechęci, a wręcz wyzwalały pozytywne emocje. Popatrzyła na zegarek z żalem, bo już wiedziała, że nie starczy na to czasu. Zwłaszcza że pewnie nie odmówiłaby sobie przynajmniej parominutowego spaceru po przepięknej okolicy. Dosłownie w ostatniej chwili skręciła i wjechała w ulicę WojskaPolskiego.

Po kilku minutach była u celu. Zaparkowała przed swoim rodzinnym domem, obecnie należącym do obcego człowieka. Spróbowała odnaleźć w sobie i określić uczucia, jakich powinna w takim momencie doświadczyć, jednak bezskutecznie. Pewnie zbyt mocno broniła się przed ogarniającymi ją już w drodze nieprzyjemnymi emocjami, ponieważ nagle wyparowały lub też zostały zepchnięte w najdalszy kąt świadomości, zabierając przy okazji ze sobą również te przyjemne.

Bo przecież nie wyniosła stąd wyłącznie złych wspomnień. Właściwie dobrych miała tyle samo, jednak zbyt słabo zaznaczonych w pamięci, by nie pozwolić stłamsić się tym, których wolałaby pozbyć się na zawsze. Być może wtedy wyzbyłaby się też strachu, że to, co kiedyś tu się wydarzyło, powróci, a ona po raz kolejny będzie musiała stoczyć tę samą walkę. Z towarzyszącą jej świadomością, że tym razem może nie starczyć jej sił, by wygrać. A teraz stawka była wyższa. Walczyłaby już nie tylko o siebie i nie tylko dla siebie. I tym samym więcej miałaby do stracenia.

Westchnęła ciężko, przytłoczona niechcianymi reminiscencjami, ale zaraz potem wyprostowała się energicznie. Zerknęła we wsteczne lusterko i ukradkiem poprawiła włosy. W jej stronę zmierzał starszy mężczyzna. Rozpoznała w nim obecnego gospodarza, z którym rozmawiała kilka miesięcy wcześniej.

– Dzień dobry!– krzyknął z daleka pierwszy, gdy tylko uchyliła drzwi auta.– Miło mi znów panią widzieć.

Henryk Lichota otworzył szeroko furtkę i zaprosił ją kordialnym, a jednocześnie szarmanckim gestem. Zachowanie, poza i uroczysty wyraz twarzy powinny były kontrastować z jego roboczym strojem, jednak stało się wprost przeciwnie. Zdumiewająca dystynkcja dżentelmena starej daty