Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Jedno z nas kłamie ebook

Karen M. McManus  

4.17142857142857 (35)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jedno z nas kłamie - Karen M. McManus

Wszyscy mają jakieś sekrety, prawda? Pytanie tylko, do czego są gotowi się posunąć, żeby nie wyszły na jaw.

Czytajcie uważnie, a może uda wam się rozwikłać tę zagadkę. W poniedziałkowe popołudnie pięcioro uczniów liceum Bayview zostaje zatrzymanych za karę po lekcjach.

Bronwyn, kujonka, przygotowuje się do studiów na Uniwersytecie Yale i nigdy nie łamie zasad.
Addy, ślicznotka, to idealna księżniczka licealnego balu.
Nate, diler, znajduje się pod nadzorem kuratorskim.
Cooper, sportowiec, to gwiazda szkolnej drużyny baseballu.
Simon, outsider, twórca słynnej aplikacji rozpowszechniającej plotki o uczniach.

Tyle że Simon nie wyjdzie z tego żywy. A policja uzna, że jego śmierć nie była przypadkowa, bo następnego dnia planował opublikować pikantne informacje na temat czwórki osób, które odbywały z nim karę. Podejrzenie o morderstwo pada na Bronwyn, Addy, Coopera i Nate’a. Czy naprawdę zabili Simona, czy może zostali w to wrobieni przez mordercę, który wciąż znajduje się na wolności?

Ta „wprost uzależniająca” (RT Book Reviews) opowieść o tym, co się dzieje, gdy pięć osób wchodzi do klasy, a tylko cztery wychodzą z tego żywe, przypomina połączenie "Słodkich kłamstewek" z "Klubem winowajców" (EW.com).

Przeczytacie ten pikantny, superzabawny (jeśli morderstwo może być zabawne?) thriller jednym tchem.
Bustle.com

Uzależniający thriller, który można pochłonąć za jednym posiedzeniem, zawierający tyle zaskakujących zwrotów akcji, że do samego końca będziecie się zastanawiać: Kto naprawdę zabił Simona?
Kara Thomas, autorka powieści "The Darkest Corners" oraz "Little Monsters"

W miarę jak pełen napięcia kryminał McManus nabiera tempa… postaci stają się coraz bardziej wielowymiarowe i skomplikowane, co dodaje powieści bogactwa i głębi.
VOYA, Starred Review

Wartko tocząca się powieść będąca połączeniem "Plotkary", "Słodkich kłamstewek" i klasycznych filmów Johna Hughesa sprawi, że czytelnicy będą gorączkowo przerzucać kolejne strony, próbując na własną rękę rozwikłać tę zagadkę.
Kirkus Reviews

Karen M. McManus studiowała anglistykę w Kolegium Świętego Krzyża, gdzie zdobyła tytuł licencjata w dziedzinie nauk humanistycznych, oraz dziennikarstwo na Uniwersytecie Północno-Wschodnim, które ukończyła z tytułem magistra. Mieszka w Cambridge, w stanie Massachusetts. Gdy nie pracuje ani nie pisze, uwielbia podróżować ze swoim synem.

Opinie o ebooku Jedno z nas kłamie - Karen M. McManus

Fragment ebooka Jedno z nas kłamie - Karen M. McManus

 

Tytuł oryginału

ONE OF US IS LYING

Copyright © 2017 by Karen M. McManus

All rights reserved

Projekt okładki

Alison Impey

Opracowanie polskiej wersji okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcia na okładce

© 2017 by Hero Images/Getty Images, Ollyy/Shutterstock,

Henrik Sorenson/Getty Images, Cameron McNee/Gallery Stock

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

ISBN 978–83-8123-673-7

Warszawa 2018

Wydawca

Dla Jacka,

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

SIMON MÓWI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bronwyn.

Poniedziałek, 24 września, 14.55

Sekskaseta. Strach przed niechcianą ciążą. Dwie zdrady. A to tylko nowinki z ostatniego tygodnia. Gdyby ktoś zechciał czerpać informacje na temat liceum Bayview wyłącznie z plotkarskiej aplikacji Simona Kellehera, zastanawiałby się, jakim cudem uczniowie znajdują czas, żeby uczęszczać na lekcje.

– Stare dzieje, Bronwyn – mówi ktoś, zaglądając mi przez ramię. – Poczekaj, aż zobaczysz jutrzejsze posty.

Cholera. Nie lubię być przyłapywana na czytaniu About That, a już szczególnie przez jej autora. Opuszczam rękę z telefonem i zatrzaskuję szafkę.

– Czyje życie masz zamiar teraz zrujnować, Simon?

Ruszam pod prąd, przedzierając się przez tłum uczniów kierujących się do wyjścia, a Simon dołącza do mnie.

– Traktuję to jako służbę publiczną – oświadcza z lekceważącym machnięciem dłoni. – Udzielasz korepetycji Reggiemu Crawleyowi, prawda? Chyba chciałabyś wiedzieć, że zamontował ukrytą kamerę w swojej sypialni?

Nawet nie fatyguję się, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Moja obecność w pobliżu sypialni wiecznie zjaranego Reggiego Crawleya jest równie mało prawdopodobna jak to, że Simon wyhoduje sumienie.

– Zresztą ludzie sami to na siebie sprowadzają. Gdyby przestali kłamać i zdradzać, musiałbym zwinąć interes. – Przyspieszam kroku, a Simon mierzy mnie spojrzeniem swoich zimnych niebieskich oczu. – A ty dokąd tak pędzisz? Pragniesz okryć się chwałą dzięki zajęciom pozalekcyjnym?

Chciałabym. Jak na zawołanie na ekranie mojego telefonu wyświetla się przypomnienie: Kółko matematyczne, 15.00, kawiarnia Epoch. A po chwili dostaję esemesa od jednej z koleżanek z grupy: Evan tu jest.

Pewnie, że jest. Uroczy geniusz matematyczny – co wcale nie jest aż takim oksymoronem, jak można by pomyśleć – najwyraźniej pojawia się na kółku zawsze wtedy, kiedy ja nie mogę.

– Niezupełnie – mruczę. Z reguły, zwłaszcza ostatnio, staram się udzielać Simonowi jak najmniej informacji na swój temat. Razem napieramy na zielone metalowe drzwi prowadzące na klatkę schodową, która stanowi granicę między obskurnością starego gmachu liceum a jego nowym, jasnym i przestronnym skrzydłem. Rosnące koszty życia sprawiają, że coraz więcej zamożnych rodzin opuszcza San Diego i przeprowadza się dwadzieścia pięć kilometrów na wschód do Bayview. Nowi mieszkańcy oczekują, że płacone przez nich podatki zapewnią dzieciom przyjemniejsze warunki do nauki niż tylko sufity pokryte barankiem i okaleczone linoleum.

Gdy docieram na drugie piętro, do laboratorium pana Avery’ego, Simon wciąż depcze mi po piętach. Odwracam się do niego, krzyżując ramiona na piersi, i pytam:

– A ty nie musisz gdzieś teraz być?

– Owszem. W kozie – wyznaje Simon i czeka, aż pójdę dalej. Gdy widzi, że chwytam za klamkę, wybucha śmiechem. – Chyba żartujesz. Ty też? Co takiego przeskrobałaś?

– Zostałam niesłusznie oskarżona – mamroczę i szarpnięciem otwieram drzwi. W sali siedzi już troje uczniów, a ja zatrzymuję się w progu, zaskoczona ich widokiem. Nie takiej grupy się tu spodziewałam. No, może oprócz jednej osoby.

Nate Macauley odchyla się na krześle i posyła mi drwiący uśmieszek.

– Nie pomyliłaś się? To koza, a nie zebranie samorządu uczniowskiego.

Wie, co mówi. Regularnie pakuje się w kłopoty od piątej klasy podstawówki. I mniej więcej wtedy po raz ostatni ze sobą rozmawialiśmy. Plotki głoszą, że dostał nadzór kuratorski za… coś. Może za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu, a może za handel narkotykami. Zyskał sławę dilera, ale moja wiedza na ten temat jest czysto teoretyczna.

– Daruj sobie komentarze. – Pan Avery odhacza nasze nazwiska na podkładce do pisania i zamyka drzwi za Simonem. Popołudniowe słońce wlewa się przez wysokie łukowe okna zajmujące tylną ścianę i zdobi podłogę trójkątami światła. Z boiska za parkingiem dochodzą słabe odgłosy treningu futbolowego.

Zajmuję miejsce, podczas gdy Cooper Clay szepcze:

– Uwaga, Addy. – I rzuca w stronę dziewczyny siedzącej nieopodal zmięty kawałek papieru, jakby miotał piłeczką baseballową. Addy Prentiss mruga, uśmiecha się niepewnie i pozwala, żeby kulka spadła na podłogę.

Wskazówka klasowego zegara powoli zbliża się do godziny trzeciej, a ja śledzę jej ruchy z uczuciem bezsilności. To niesprawiedliwe. W ogóle nie powinnam tutaj być. Powinnam siedzieć w kawiarni Epoch, flirtując nieudolnie z Evanem Neimanem nad równaniami różniczkowymi.

Pan Avery to koleś, który nigdy o nic nie pyta, tylko od razu skazuje uczniów na siedzenie za karę po lekcjach, ale może jeszcze zdążę go przekonać, żeby zmienił zdanie. Odchrząkuję i zaczynam unosić rękę. Zauważam, że drwiący uśmieszek Nate’a staje się coraz szerszy.

– Panie Avery, telefon, który pan znalazł, nie należy do mnie. Nie wiem, jak trafił do mojego plecaka. Tojest mój telefon – mówię, wymachując iPhone’em w etui w arbuzowe paski.

Serio, trzeba być kompletnie nieogarniętym, żeby zabrać komórkę na zajęcia z panem Averym. Nie toleruje ich i pierwsze dziesięć minut każdej lekcji poświęca na grzebanie w plecakach, jakby był szefem ochrony na lotnisku, a wszyscy uczniowie znajdowali się na liście osób podejrzanych. Mój telefon jak zawsze leżał schowany w szafce w korytarzu.

– Ty też? – Addy odwraca się do mnie tak gwałtownie, że jej blond włosy unoszą się w powietrze jak na reklamie szamponu. Chyba operacyjnie została oddzielona od swojego chłopaka, żeby mogła się tu stawić sama. – Telefon w moim plecaku też nie jest mój!

– No to jest nas troje – wtrąca Cooper z południowym akcentem. On i Addy wymieniają zaskoczone spojrzenia, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że dopiero teraz to odkryli, skoro są częścią tej samej kliki. Może superpopularni ludzie mają lepsze rzeczy do roboty niż rozmawianie o tym, co się dzieje w ich życiu.

– Ktoś zrobił nam kawał! – Simon pochyla się do przodu, opierając łokcie na blacie stolika. Wygląda, jakby był gotowy rzucić się na świeże plotki. Omiata wzrokiem naszą czwórkę, skupioną na środku pustej klasy, po czym wlepia oczy w Nate’a. – Dlaczego ktoś chciałby wrobić w siedzenie po lekcjach grupkę uczniów mających czys­te konta, jeśli chodzi o tego typu przewinienia. No nie wiem… Wygląda mi to na robotę kolesia, który przesiaduje tutaj non stop.

Patrzę na Nate’a, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zaplanowanie takiej hecy wymagałoby sporo zachodu, a wszystko w tym chłopaku – począwszy od potarganych ciemnych włosów aż po złachaną skórzaną kurtkę – wprost krzyczy (a może raczej ziewa): Nic mnie to nie obchodzi. Nate napotyka mój wzrok, nie mówi ani słowa, tylko jeszcze mocniej odchyla się na krześle. Jeszcze milimetr, a się przewróci.

Cooper prostuje się, a na jego twarzy Kapitana Ameryki pojawia się marsowa mina.

– Zaraz, zaraz. Myślałem, że to zwykła pomyłka, ale skoro to samo przydarzyło się nam wszystkim, to oznacza, że ktoś zrobił nam głupi dowcip. A ja przez to tracę trening baseballu– mówi niczym chirurg, któremu uniemożliwiono przeprowadzenie ratującej życie operacji na sercu.

Pan Avery przewraca oczami.

– Swoje teorie spiskowe zachowajcie dla innego nauczyciela. Ja tego nie kupuję. Znacie zasady. Wiecie, że nie wolno wnosić telefonów na zajęcia, a jednak to zrobiliście. – Mówiąc to, obdarza Simona szczególnie kwaśnym spojrzeniem. Cała kadra wie o istnieniu aplikacji About That, nic jednak nie może zrobić. W swoich postach Simon posługuje się wyłącznie inicjałami i nigdy nie wymienia nazwy szkoły. – A teraz posłuchajcie. Będziecie tu siedzieć do czwartej. Chcę, żeby każde z was napisało esej na pięćset słów o tym, jak technologia niszczy amerykańskie licea. Każdy, kto tego nie zrobi, posiedzi tu po lekcjach również jutro.

– Jak mamy go napisać? – pyta Addy. – Przecież tu nie ma żadnych komputerów.

W większości klas stoją chromebooki, ale pan Avery, który wygląda, jakby przeszedł na emeryturę z dziesięć lat temu, nie życzy ich sobie w swojej sali. Podchodzi do stolika Addy i stuka palcem w róg leżącego na blacie żółtego notesu. Wszyscy dostaliśmy po jednym.

– Poznajcie magię pisma odręcznego. To utracona sztuka.

Na ładnej, w kształcie serca twarzy Addy maluje się konsternacja.

– A skąd będziemy wiedzieć, że już napisaliśmy pięćset słów?

– Policzycie – cedzi przez zęby pan Avery, po czym spogląda na aparat, który wciąż trzymam w dłoni. – I proszę to oddać, panno Rojas.

– Czy fakt, że konfiskuje mi pan telefon już po raz drugiw dniu dzisiejszym, nie daje panu do myślenia? Kto nosi przy sobie dwa telefony? – pytam. Nate uśmiecha się pod nosem niemal niedostrzegalnie. – Serio, panie Avery, ktoś zrobił nam kawał.

Śnieżne wąsy pana Avery’ego drgają z irytacji, gdy wyciąga rękę, gestem przywołując mnie do porządku.

– Telefon,panno Rojas. Chyba że chce nas pani znowu odwiedzić. – Oddaję go z westchnieniem, podczas gdy nauczyciel patrzy z dezaprobatą na resztę zgromadzonych. – Telefony, które zabrałem wam wcześniej, leżą w szufladzie mojego biurka. Dostaniecie je z powrotem po odsiedzeniu kary. – Addy i Cooper wymieniają rozbawione spojrzenia, zapewne dlatego, że ich własne komórki leżą bezpiecznie w plecakach.

Pan Avery wrzuca mój telefon do szuflady i siada za biurkiem. Otwiera książkę, gotowy nie zauważać nas przez następną godzinę. Wyciągam długopis, stukam nim o żółtą kartkę i rozmyślam nad zadaniem. Czy pan Avery naprawdę wierzy, że technologia niszczy szkoły? To dość pochopne uogólnienie. A może to podstęp? Może on chce, żebyśmy się mu sprzeciwili, zamiast się z nim zgodzić?

Zerkam na Nate’a, który pochyla się nad notesem i drukowanymi literami wypisuje raz za razem zdanie: kom­putery są do dupy.

Bardzo możliwe, że za dużo myślę.

Cooper

Poniedziałek, 24 września, 15.05

Ręka zaczyna mnie boleć już po kilku minutach. To pewnie żałosne, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio pisałem coś odręcznie. Poza tym używam prawej ręki, co wciąż nie wydaje mi się naturalne, chociaż posługuję się nią od wielu lat. Gdy byłem w drugiej klasie, ojciec zaczął nalegać, żebym nauczył się nią pisać, kiedy po raz pierwszy zobaczył, jak rzucam.„Twoja lewa ręka jest na wagę złota. Nie marnuj jej na bzdury, które nie mają znaczenia”.Czyli, jego zdaniem, na cokolwiek innego niż grę w baseball.

To wtedy zaczął na mnie mówić Cooperstown, nawiązując do muzeum historii baseballu. Nie ma to jak wywrzeć odrobinę presji na ośmiolatka.

Simon sięga do plecaka i grzebie w nim, otwierając każdą przegródkę po kolei. W końcu bierze go na kolana i zagląda do środka.

– Gdzie, do cholery, jest moja butelka z wodą?

– Żadnych rozmów, panie Kelleher – upomina go pan Avery, nie podnosząc wzroku.

– Wiem, ale… nie mogę znaleźć butelki z wodą. A chce mi się pić.

Pan Avery wskazuje na zlew na tyłach sali, wbudowany w blat, na którym tłoczą się zlewki i szalki Petriego.

– Proszę się napić. Po cichu.

Simon wstaje, bierze kubeczek ze stosu na blacie i napełnia go kranówką. Wraca na swoje miejsce i stawia kubeczek na stoliku, ale metodyczna pisanina Nate’a najwyraźniej go rozprasza.

– Koleś – syczy, kopiąc tenisówką w nogę ławki Nate’a. – Tak szczerze. To ty podrzuciłeś te telefony do naszych plecaków, żeby zrobić nam kawał?

Tym razem pan Avery podnosi wzrok i ściąga brwi.

– Powiedziałem: po cichu,panie Kelleher.

Nate odchyla się na krześle i krzyżuje ramiona na piersi.

– Po co miałbym to robić?

Simon wzrusza ramionami.

– Po co robisz cokolwiek? Żeby mieć towarzystwo, gdy znowu coś spieprzysz i tu wylądujesz?

– Jeśli któryś z was odezwie się jeszcze choć jednym słowem, obaj wylądujecie tutaj jutro – ostrzega pan Avery.

Simon mimo wszystko otwiera usta, ale zanim zdąży się odezwać, dociera do nas pisk opon i huk zderzających się samochodów. Addy wydaje stłumiony okrzyk, a ja przytrzymuję się ławki, jakbym sam brał udział w wypadku i ktoś właśnie wpakował mi się w tył auta. Nate, który wygląda, jakby był zadowolony z tego przerywnika, pierwszy dociera do okna.

– A kto to się rozbija po szkolnym parkingu? – pyta z zaciekawieniem.

Bronwyn spogląda na pana Avery’ego, jakby pytała o pozwolenie, a gdy ten wstaje od biurka, ona również podchodzi do okna. Addy rusza za nią i w końcu ja też się podnoszę. Ja też mogę zobaczyć, co się dzieje. Opieram się na parapecie, żeby wyjrzeć na zewnątrz, Simon staje obok mnie i śmieje się pogardliwie, obserwując scenkę rozgrywającą się na parkingu.

Dwa samochody, stary czerwony i bliżej niesprecyzowany szary, zderzyły się pod kątem prostym. Gapimy się na to w milczeniu, aż wreszcie pan Avery wzdycha z rozdrażnieniem:

– Lepiej sprawdzę, czy nikomu nic się nie stało. – Obejmuje nas wzrokiem, po czym skupia się na Bronwyn, uznając ją za najbardziej odpowiedzialną ze zgromadzonych. – Panno Rojas, proszę pilnować grupy, dopóki nie wrócę.

– Okej – zgadza się Bronwyn, nerwowo zerkając w stronę Nate’a. Zostajemy przy oknie, obserwując scenę na zewnątrz, ale zanim pan Avery czy jakikolwiek inny nauczyciel zdąży wyjść na zewnątrz, oba samochody odpalają silniki i opuszczają parking.

– Cóż, to było rozczarowujące. – Simon krzywi się. Wraca do swojej ławki i sięga po kubeczek, lecz zamiast usiąść, przechodzi na przód sali i zaczyna studiować plakat z układem okresowym pierwiastków. Wygląda na korytarz, jakby miał zamiar wyjść, a potem odwraca się i unosi kubeczek do góry jak w toaście. – Ktoś jeszcze chce się napić wody?

– Ja poproszę – mówi Addy, wślizgując się na swoje krzesło.

– To sama jej sobie nalej, księżniczko. – Simon posyła jej drwiący uśmieszek. Addy przewraca oczami i nie rusza się z miejsca, tymczasem Simon opiera się o biurko pana Avery’ego. – Ty naprawdę jesteś księżniczką, nie? Bal z okazji zjazdu absolwentów już za nami. Co ty teraz poczniesz, skoro do balu kończącego szkołę średnią zostało tyle czasu?

Addy zerka na mnie. Nie odpowiada i nie dziwię się jej. Jego tok rozumowania niemal nigdy nie wróży nic dob­rego naszej paczce. Simon zachowuje się tak, jakby nie obchodziło go to, czy jest osobą popularną, czy nie, ale był całkiem zadowolony z siebie, gdy na wiosennym balu został wybrany do dworskiej świty. Wciąż nie wiem, jak mu się to udało. Może przehandlował dyskrecję za głosy.

Ale za to w zeszłym tygodniu na balu z okazji zjazdu absolwentów nie udało mu się powtórzyć tego wyczynu. Ja natomiast zostałem wybrany na króla, więc może trafiłem jako następny na jego listę ofiar do nękania.

– Do czego zmierzasz, Simon? – pytam, zajmując miejsce obok Addy. Nie jesteśmy ze sobą zbyt blisko, ale ta dziewczyna wzbudza we mnie opiekuńcze odruchy. Od pierwszej klasy chodzi z moim najlepszym przyjacielem i jest naprawdę sympatyczna. Poza tym nie jest tego typu osobą, która wiedziałaby, jak się postawić kolesiowi pokroju Simona. A on najwyraźniej nie zamierza odpuścić.

– Ona jest księżniczką, a ty sportowcem – ciągnie Simon. Wskazuje podbródkiem na Bronwyn, potem na Nate’a. – Ty jesteś kujonką. A ty kryminalistą. Wszyscy jesteście chodzącymi stereotypami rodem z filmów o nastolatkach.

– A co z tobą? – pyta Bronwyn. Podchodzi do swojej ławki, żeby przycupnąć na blacie. Krzyżuje nogi i przekłada ciemny kucyk na jedno ramię. W tym roku szkolnym dostrzegam w niej dużo więcej wdzięku. Może dzięki nowym okularom? Albo dłuższym włosom? Nagle udało jej się osiągnąć wygląd seksownej kujonki.

– Ja jestem wszechwiedzącym narratorem – oznajmia Simon.

Bronwyn unosi brew.

– Nie ma takiej postaci w filmach o nastolatkach.

– Ach, Bronwyn… – Simon mruga i wypija wodę jednym haustem. – W prawdziwym życiu taka istnieje.

Brzmi to jak groźba i zastanawiam się, czy znalazł coś na Bronwyn, żeby opublikować to w tej swojej głupiej aplikacji. Nienawidzę jej. Niemal wszyscy moi przyjaciele zaistnieli na niej z jakiegoś powodu i Simon, jak chce, potrafi naprawdę namieszać. Mój kumpel Luis i jego dziewczyna rozstali się przez to, co napisał. Chociaż trzeba przyznać, że nie skłamał, bo Luis faktycznie kręcił z kuzynką owej dziewczyny. Ale mimo wszystko. Takich historii nie należy publikować. Plotki krążące po korytarzach już i tak dają ludziom porządnie w kość.

A jeśli mam być zupełnie szczery, jestem przerażony tym, co Simon mógłby napisać o mnie, gdyby się postarał.

Simon zerka do kubeczka, krzywiąc się teatralnie.

– To smakowało obrzydliwie. – Upuszcza go na ziemię, a ja przewracam oczami, widząc ten gest. Nawet gdy sam osuwa się na podłogę, wciąż myślę, że się wygłupia, mimo że zaczyna rzęzić.

Bronwyn zrywa się pierwsza i klęka przy nim.

– Simon – woła, potrząsając jego ramieniem. – Wszystko w porządku? Co się stało? Możesz mówić? – W jej głosie zaczyna pobrzmiewać panika i to wystarcza, żebym też się ruszył. Szybszy jest Nate, przepycha się, wymijając mnie, i kuca obok Bronwyn.

– Pen – woła, patrząc na czerwoną jak cegła twarz Simona. – Masz pen? – Simon gwałtownie kiwa głową, drapiąc rękami gardło. Chwytam długopis z ławki i próbuję go wcisnąć Nate’owi do ręki, bo myślę, że zamierza przeprowadzić tracheotomię albo coś. Ale Nate gapi się na mnie, jakbym miał dwie głowy. – EpiPen – wyjaśnia, przeszukując plecak Simona. – On ma reakcję alergiczną.

Addy stoi i obejmuje się ramionami, nie mówiąc ani słowa. Bronwyn zwraca się do mnie z poczerwieniałą twarzą.

– Poszukam nauczyciela i zadzwonię po pogotowie. Zostań z nim, dobrze? – Wyciąga swój telefon z szuflady pana Avery’ego i wybiega na korytarz.

Klękam obok Simona. Oczy wyłażą mu z orbit, usta ma sine, a z jego gardła wydobywa się koszmarne rzężenie. Nate wysypuje zawartość jego plecaka na podłogę i rozpaczliwie grzebie w stercie książek, papierów i ubrań.

– Simon, gdzie go trzymasz? – woła, otwierając małą kieszonkę z przodu i wyciągając dwa zwykłe długopisy i klucze.

Simon już nie jest w stanie mówić. Kładę spoconą dłoń na jego ramieniu, jakby to mogło mu pomóc.

– Wszystko w porządku, wyjdziesz z tego. Wezwaliśmy pomoc. – Słyszę, jak głos mi spowalnia, gęstnieje jak melasa. Mój południowy akcent zawsze się nasila, gdy jestem zdenerwowany. Zwracam się do Nate’a i pytam: – Jesteś pewien, że on się nie dławi? – Zastanawiam się, czy nie potrzebuje manewru Heimlicha zamiast cholernego pena z epinefryną.

Nate ignoruje mnie, odrzucając pusty plecak Simona na bok.

– Kurwa! – krzyczy, uderzając pięścią w podłogę. – Trzymasz go przy sobie, Simon? Simon! – Oczy Simona wywracają się białkami do góry, podczas gdy Nate grzebie mu w kieszeniach. Nie znajduje tam niczego poza wymiętą chusteczką.

Syreny wyją w oddali, gdy pan Avery i dwoje nauczycieli wbiega do środka. Bronwyn wpada tuż za nimi, rozmawiając przez telefon.

– Nie możemy znaleźć jego epipena – mówi Nate krótko, wskazując na stertę rzeczy Simona.

Przerażony pan Avery gapi się na Simona z opadniętą szczęką, po czym zwraca się do mnie:

– Cooper, znajdziesz epipeny w gabinecie pielęgniarki. Powinny być oznaczone i leżeć na wierzchu. Pospiesz się!

Wybiegam na korytarz. Słyszę kroki za plecami, ale cichną, gdy przyspieszam. Docieram do klatki schodowej i szarpnięciem otwieram drzwi. Pokonuję schodki po trzy naraz, aż jestem na parterze. Wymijam kilka osób i dobiegam do gabinetu pielęgniarki. Drzwi są uchylone, nikogo nie ma w środku.

To zagracone małe pomieszczenie z kozetką pod oknem i wielką szarą szafą po mojej lewej. Rozglądam się i mój wzrok zatrzymuje się na dwóch zamontowanych na ścianie białych skrzynkach z czerwonymi napisami. Na jednym widnieje słowo „defibrylator”, a na drugim „epinefryna”. Majstruję przy zamku tej drugiej i otwieram ją na oścież.

W środku nic nie ma.

Otwieram drugą skrzynkę, w której leży plastikowe urządzenie z rysunkiem serca. Jestem pewien, że to nie to, więc zaczynam przetrząsać szarą szafę, wyciągając pudełka z bandażami i aspiryną. Nie widzę niczego, co wyglądałoby jak epipen.

– Cooper, znalazłeś je? – Pani Grayson, jedna z nauczycielek, która przybiegła do laboratorium razem z panem Averym i Bronwyn, wtacza się do pomieszczenia. Dyszy ciężko i trzyma się za bok.

Wskazuję na pustą skrzynkę na ścianie.

– Powinny być tam, prawda? Ale ich nie ma.

– Sprawdź w szafie – mówi pani Grayson, jakby nie zauważyła walających się po podłodze pudełek z plastrami, które świadczą o tym, że właśnie to robię. Dołącza do nas jeszcze jeden nauczyciel i razem przetrząsamy cały gabinet. Dźwięk syreny zbliża się coraz bardziej. Gdy otwieramy ostatnią szafkę, pani Grayson ociera pot z czoła grzbietem dłoni i mówi: – Cooper, daj znać panu Avery’e­mu, że jeszcze niczego nie znaleźliśmy. Pan Contos i ja będziemy szukać dalej.

Docieram do laboratorium pana Avery’ego w tym samym czasie co pracownicy paramedyczni.

Jest ich trzech, w granatowych uniformach. Dwóch popycha długie białe nosze, jeden biegnie przed nimi, żeby rozpędzić tłum, który zgromadził się przy drzwiach. Czekam, aż wejdą do środka, i wślizguję się za nimi. Pan Avery stoi zgarbiony przy tablicy, żółta koszula wyłazi mu ze spodni.

– Nie mogliśmy znaleźć epipenów – mówię.

Przeczesuje drżącą dłonią rzadkie białe włosy. Jeden z pracowników paramedycznych robi Simonowi zastrzyk, a pozostali dwaj kładą go na nosze.

– Boże, dopomóż temu chłopcu – szepcze. Bardziej do siebie niż do mnie, jak sądzę.

Addy stoi z boku, a łzy płyną jej po policzkach. Podchodzę do niej i obejmuję ją ramieniem, podczas gdy pracownicy paramedyczni wynoszą Simona na korytarz.

– Może pan pojechać z nami? – pyta jeden z nich pana Avery’ego. Ten kiwa głową i idzie za nimi. W klasie zostaje tylko kilku zdenerwowanych nauczycieli i nasza czwórka, która zaczęła odsiadkę z Simonem zaledwie piętnaście minut temu, chociaż mam wrażenie, jakby od tego momentu upłynęło wiele godzin.

– Czy już wszystko z nim dobrze? – pyta Addy zdławionym głosem. Bronwyn ściska telefon między dłońmi, jakby się modliła. Nate stoi z rękami na biodrach, gapiąc się na drzwi, a coraz więcej nauczycieli i uczniów pakuje się do środka.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że nie – mówi ponuro.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

CZĘŚĆ PIERWSZA. SIMON MÓWI

CZĘŚĆ DRUGA. ZABAWA W CHOWANEGO

CZĘŚĆ TRZECIA. PRAWDA CZY WYZWANIE

EPILOG

PODZIĘKOWANIA