Wydawca: Albatros Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 490 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jedno uderzenie serca - Michael Palmer

Bezprecedensowy akt terroru inicjuje drugą kadencję prezydenta USA Jamesa Allaire'a. W wypełnionej po brzegi sali Izby Reprezentantów w Kapitolu dochodzi do jednoczesnej eksplozji kilkunastu pojemników zawierających wywołujący pandemię wirus WRX3883. Świadom śmiertelnego zagrożenia, Allaire zarządza natychmiastową przymusową kwarantanę kilkuset znajdujących się w budynku osób, włącznie z nim samym oraz niemal wszystkimi członkami sukcesji prezydenckiej, w tym wiceprezydentem, przewodniczącym Senatu, sekretarzem stanu, obrony i skarbu. Każdy próbujący opuścić siedzibę amerykańskiego Kongresu ma zostać zastrzelony na miejscu. Za atakiem stoi tajemnicza grupa Genesis – nieuchwytni terroryści, nie wysuwający na razie żadnych żądań, odpowiedzialni za wcześniejsze zamachy, w których zginęło wielu obywateli Stanów Zjednoczonych. Nikt nie wie, kim są; FBI nie dysponuje żadnymi tropami. Sytuacja jest niezwykle dramatyczna. Zakażenie wirusem kończy się śmiercią w potwornych męczarniach już po kilkunastu dniach. WRX3883 został stworzony przez człowieka, a prace nad nim prowadzono w tajnym rządowym laboratorium w Kansas. Była szefowa laboratorium, doktor Chen, przepadła bez śladu przed kilkoma miesiącami. Tylko jeden człowiek może ocalić życie uwięzionym w Kapitolu – wybitny wirusolog Griffin Rhodes – na rozkaz prezydenta wtrącony do więzienia o zaostrzonym rygorze za rzekomą próbę kradzieży wirusa. W zamian za obietnicę odzyskania wolności Rhodes zgadza się pomóc w stworzeniu szczepionki. Zaczyna się wyścig z czasem: umierają kolejne osoby zarażone wirusem, pogarsza się stan prezydenta. Niezidentyfikowani wrogowie – terroryści z Genesis oraz ich wspólnicy wśród członków rządu – śledzą każdy krok Griffina, robiąc wszystko, by zniweczyć jego wysiłki....

Opinie o ebooku Jedno uderzenie serca - Michael Palmer

Fragment ebooka Jedno uderzenie serca - Michael Palmer

Wydanie elektroniczne

O książce

O książce

Bez­pre­ce­den­so­wy akt ter­ro­ru ini­cju­je drugą ka­dencję pre­zy­den­ta USA Ja­me­sa Al­la­ire’a. W wypełnio­nej po brze­gi sali Izby Re­pre­zen­tantów w Ka­pi­to­lu do­cho­dzi do jed­no­cze­snej eks­plo­zji kil­ku­na­stu po­jem­ników za­wie­rających wywołujący pan­de­mię wi­rus WRX3883. Świa­dom śmier­tel­ne­go za­grożenia, Al­la­ire zarządza na­tych­mia­stową przy­mu­sową kwa­ran­tanę kil­ku­set znaj­dujących się w bu­dyn­ku osób, włącznie z nim sa­mym oraz nie­mal wszyst­ki­mi człon­ka­mi suk­ce­sji pre­zy­denc­kiej, w tym wi­ce­pre­zy­den­tem, prze­wod­niczącym Se­na­tu, se­kre­ta­rzem sta­nu, obro­ny i skar­bu. Każdy próbujący opuścić sie­dzibę ame­ry­kańskie­go Kon­gre­su ma zo­stać za­strze­lo­ny na miej­scu. Za ata­kiem stoi ta­jem­ni­cza gru­pa Ge­ne­sis – nie­uchwyt­ni ter­ro­ryści, nie wy­su­wający na ra­zie żad­nych żądań, od­po­wie­dzial­ni za wcześniej­sze za­ma­chy, w których zginęło wie­lu oby­wa­te­li Stanów Zjed­no­czo­nych. Nikt nie wie, kim są; FBI nie dys­po­nu­je żad­ny­mi tro­pa­mi. Sy­tu­acja jest nie­zwy­kle dra­ma­tycz­na. Zakażenie wi­rusem kończy się śmier­cią w po­twor­nych męczar­niach już po kil­ku­na­stu dniach. WRX3883 zo­stał stwo­rzo­ny przez człowie­ka, a pra­ce nad nim pro­wa­dzo­no w taj­nym rządo­wym la­bo­ra­to­rium w Kan­sas. Była sze­fo­wa la­bo­ra­to­rium, dok­tor Chen, prze­padła bez śladu przed kil­ko­ma mie­siącami. Tyl­ko je­den człowiek może oca­lić życie uwięzio­nym w Ka­pi­to­lu – wy­bit­ny wi­rusolog Grif­fin Rho­des – na roz­kaz pre­zy­den­ta wtrącony do więzie­nia o za­ostrzo­nym ry­go­rze za rze­komą próbę kra­dzieży wi­rusa. W za­mian za obiet­nicę od­zy­ska­nia wol­ności Rho­des zga­dza się pomóc w stwo­rze­niu szcze­pion­ki. Za­czy­na się wyścig z cza­sem: umie­rają ko­lej­ne oso­by zarażone wi­rusem, po­gar­sza się stan pre­zy­den­ta. Nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ni wro­go­wie – ter­ro­ryści z Ge­ne­sis oraz ich wspólni­cy wśród członków rządu – śledzą każdy krok Grif­fina, robiąc wszyst­ko, by zni­we­czyć jego wysiłki…

MI­CHA­EL PAL­MER (1942-2013)

Pi­sarz ame­ry­kański, z za­wo­du in­ter­ni­sta. Prak­ty­ko­wał w szpi­ta­lach w Bo­sto­nie i Mas­sa­chu­setts, zaj­mo­wał się także le­cze­niem uza­leżnień. Pełnił funkcję wi­ce­dy­rek­to­ra Mas­sa­chu­setts Me­di­cal So­cie­ty. Au­tor thril­lerów me­dycz­nych, tłuma­czo­nych na 35 języków. Na­pi­sał 19 po­wieści. Naj­bar­dziej zna­ne to: Kry­tycz­na te­ra­pia, Szcze­pion­ka, Piąta fiol­ka, Pierw­szy pa­cjent, Ostat­ni chi­rurg, Jed­no ude­rze­nie ser­ca, Oath of Of­fi­ce i Po­li­ti­cal Su­ici­de. Pośmiert­nie ukaże się Re­si­stant.

www.mi­cha­el­pal­mer­bo­oks.com

Tytuł ory­gi­nału:A HE­ART­BE­AT AWAY

Co­py­ri­ght © Mi­cha­el Pal­mer 2011 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­rek Fe­dy­szak 2014

Re­dak­cja: Piotr Choj­nac­ki

Ilu­stra­cja na okładce: Sean Gla­dwell/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-024-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tego au­to­ra

PA­CJENT

RE­CEP­TA CO­REYA

SZCZE­PION­KA

PRZEBŁYSKI PAMIĘCI

STO­WA­RZY­SZE­NIE HI­PO­KRA­TE­SA

PIĄTA FIOL­KA

SIO­STRZYCZ­KI

EKS­PE­RY­MENT

DRU­GA DIA­GNO­ZA

PIERW­SZY PA­CJENT

OSTAT­NI CHI­RURG

KRY­TYCZ­NA TE­RA­PIA

CI­CHA KU­RA­CJA

JED­NO UDE­RZE­NIE SER­CA

PRZY­SIĘGA

PO­LI­TYCZ­NE SA­MOBÓJSTWO

OD­POR­NOŚĆ

Jen­ni­fer En­der­lin, mo­jej re­dak­tor­ce w St. Mar­tin’s Press, oraz Meg Ru­ley, mo­jej agent­ce w Jane Ro­tro­sen Agen­cy

Jak bar­dzo szczęście może sprzy­jać pi­sa­rzo­wi?

Po­dzięko­wa­nia

Pod­czas pra­cy nad książką po­moc przy­cho­dzi na wie­le, często nie­ocze­ki­wa­nych, spo­sobów. Poza moją re­dak­torką i agentką na naj­ser­decz­niej­sze po­dzięko­wa­nia zasłużyli:

dr Da­vid Grass, neu­ro­log; dr Geof­frey Sher­wo­od, he­ma­to­log i on­ko­log; dr Con­nie Ma­ria­no, spe­cja­list­ka od opie­ki me­dycz­nej w Białym Domu;

Paul We­iss, spe­cja­li­sta od ener­ge­ty­ki;

Ro­bin Bro­ady, li­cen­cjo­no­wa­ny pra­cow­nik opie­ki społecz­nej; Jes­si­ca Bladd Pal­mer;

Dave Pa­scoe, pi­lot;

Ste­ve West­fall, spe­cja­li­sta od ochro­ny przed skażeniem bio­lo­gicz­nym;

oraz moi na za­wsze:

Da­niel, Luke i Mat­thew, Klu­czo­wa Po­stać.

Dziękuję również wszyst­kim, których nieświa­do­mie po­minąłem. Obie­cuję, że następnym ra­zem na pew­no was uwzględnię.

Ko­lej­ność suk­ce­sji pre­zy­denc­kiej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych

1. Wi­ce­pre­zy­dent 2. Prze­wod­niczący Izby Re­pre­zen­tantów 3. Prze­wod­niczący pro tem­po­re Se­na­tu 4. Se­kre­tarz sta­nu 5. Se­kre­tarz skar­bu 6. Se­kre­tarz obro­ny 7. Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny 8. Se­kre­tarz za­sobów wewnętrznych 9. Se­kre­tarz rol­nic­twa 10. Se­kre­tarz han­dlu 11. Se­kre­tarz pra­cy 12. Se­kre­tarz zdro­wia i opie­ki społecz­nej 13. Se­kre­tarz urba­ni­za­cji 14. Se­kre­tarz trans­por­tu 15. Se­kre­tarz ener­ge­ty­ki 16. Se­kre­tarz edu­ka­cji 17. Se­kre­tarz ds. we­te­ranów 18. Se­kre­tarz bez­pie­czeństwa kra­jo­we­go

Pro­log

W czwart­ko­wy wieczór dwu­dzie­ste­go dru­gie­go maja Ed­die Go­stow­ski z pew­nością nie myślał o tym, że nie­ba­wem umrze.

Przez pierwszą go­dzinę noc­nej służby strażnika obiektów NY­ISO, gi­gan­tycz­ne­go dys­try­bu­to­ra ener­gii, myślał o Jan­ke­sach i za­sta­na­wiał się, czy mają dość ikry, żeby po­now­nie zwy­ciężyć w roz­gryw­kach dy­wi­zji wschod­niej Ame­ri­can Le­ague. Przez drugą go­dzinę roz­ważał, czy w tym roku kupić swo­jej uko­cha­nej Mary na uro­dzi­ny kwia­ty czy słody­cze.

Ed­die pa­tro­lo­wał tę ste­row­nię fir­my New York In­de­pen­dent Sys­tem Ope­ra­tor przez większość z je­de­na­stu lat jej ist­nie­nia i nig­dy, ani razu, nie wy­da­rzyło się nic – ab­so­lut­nie nic – nie­zwykłego. Ro­zu­miał wy­mo­gi swo­jej pra­cy, ro­zu­miał też, czym gro­zi sy­tu­acja, w której NY­ISO ja­kimś cu­dem pozbędzie się całego swo­je­go ładun­ku na­raz – ogrom­nym za­ciem­nie­niem na nie­opi­saną skalę, obej­mującym cały ob­szar od Al­ba­ny po Nowy Jork i Long Is­land. Ed­die oraz inne ogni­wa w łańcu­chu prak­tycz­nie bez­a­wa­ryj­nych me­cha­nizmów gwa­ran­tujących sta­bilną pracę ste­row­ni mie­li do­pil­no­wać, żeby taka ka­ta­stro­fa nig­dy nie nastąpiła.

Ale w jego ste­row­ni nig­dy, ani razu, nie zda­rzyło się nic – ab­so­lut­nie nic – nie­zwykłego.

Jak co noc o tej po­rze Ed­die na­sta­wił bu­dzik i szy­ko­wał się do piętna­sto­mi­nu­to­wej drzem­ki. Naj­pierw jed­nak ostat­nia kon­tro­la. Po­trze­bo­wał chwi­li, by zdać so­bie sprawę, że kil­ka mier­ników mu­siało się ze­psuć. Wyłączyły się ste­ro­wa­ne au­to­ma­tycz­nie sta­cje elek­tro­ener­ge­tycz­ne obsługujące li­nie z Mar­cy do Al­ba­ny i z Al­ba­ny do Le­eds.

Dziw­ne.

Ed­die zaczął roz­ważać wszyst­kie możliwe wyjaśnie­nia tego dziw­ne­go zda­rze­nia, ale nie­wie­le to dało. Gdy­by wska­za­nia mier­ników były pra­widłowe, a to prze­cież wy­klu­czo­ne, ozna­czałoby to, że do okręgu stołecz­ne­go, który ota­czał i obej­mo­wał Al­ba­ny, w ogóle nie do­cie­rał prąd.

Wciąż bar­dziej zdu­mio­ny, niż za­trwożony, Ed­die prze­sunął się w lewo. Sprzęt in­for­mo­wał o tym sa­mym zja­wi­sku w in­nych sta­cjach elek­tro­ener­ge­tycz­nych. Li­nie z Dun­wo­odie na Long Is­land i Ra­vens­bro­ok w Qu­eens też wyłączyły się sa­mo­czyn­nie. Go­ethals i Far­ra­gut, ste­rujące za­si­la­niem dużych ob­szarów No­we­go Jor­ku, również padły. Przy założeniu, że wszyst­kie od­czy­ty są pra­widłowe, cały sys­tem był nie­sta­bil­ny, a naj­większe mia­sto w kra­ju znaj­do­wało się na krawędzi cze­goś po­twor­ne­go.

Ed­die za­dzwo­nił do naj­bliższej nie­zau­to­ma­ty­zo­wa­nej sta­cji w od­da­lo­nym o dwieście pięćdzie­siąt ki­lo­metrów na północ Al­ba­ny. Po siódmym sy­gna­le włączyła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka.

Na­wet jakiś wy­buch w Al­ba­ny nie spo­wo­do­wałby ta­kiej utra­ty za­si­la­nia. Od mo­men­tu po­wsta­nia NY­ISO li­kwi­do­wała luki w swo­im sys­te­mie tak sku­tecz­nie, że poważne pro­ble­my mogły się po­ja­wić je­dy­nie wsku­tek wystąpie­nia nie­mal nie­wy­obrażal­nej ilości awa­rii.

A jed­nak, wbrew wszel­kie­mu praw­do­po­do­bieństwu, te awa­rie właśnie miały miej­sce.

Jego ste­row­nia była je­dyną za­porą przed za­ciem­nie­niem, które ogarnęłoby znaczną część wschod­niej części sta­nu Nowy Jork z Long Is­land i pięcio­ma gmi­na­mi sto­li­cy włącznie.

Ed­die popędził do te­le­fo­nu, od­czy­tał nu­mer alar­mo­wy FBI z ta­bli­cy na ścia­nie i zaczął go wy­bie­rać.

I wte­dy właśnie po­czuł na kar­ku ostrze noża.

– Odłóż słuchawkę, ko­le­go – po­wie­dział chro­pa­wy męski głos z ak­cen­tem, który trochę przy­po­mi­nał bry­tyj­ski.

Czu­bek noża opadł, jak­by za­mie­rzał prze­ciąć kręgosłup Ed­die­go.

– P-proszę. To boli.

– Jak się na­zy­wasz, ko­le­go?

– Ed­die. Ed­die Go­stow­ski. Proszę.

– Opuszczę nóż, Ed­die, ale jeżeli nie zro­bisz dokład­nie tego, co mówię, je­steś tru­pem. Zro­zu­miałeś?

– Tak.

– Py­tam, czy zro­zu­miałeś?!

– Tak! Tak! Ale pro…

– W porządku, ko­le­go, mamy mało cza­su. Za­raz się odwrócisz i spoj­rzysz mi w oczy. Jeżeli wykręcisz mi jakiś nu­mer, po­derżnę ci gardło. Czy to ja­sne? Do­bra, te­raz się odwróć.

Ed­die zro­bił, jak mu ka­za­no. Przed nim stał wy­so­ki mężczy­zna – metr dzie­więćdzie­siąt wzro­stu, może więcej, o potężnych ra­mio­nach, które wy­da­wały się przesłaniać po­miesz­cze­nie. Był ubra­ny na czar­no: ma­ry­nar­ska czap­ka, dżinsy i golf, a twarz po­kry­wała czar­na szmin­ka. Oczy miał ciem­ne i zim­ne. W dłoni trzy­mał nóż myśliw­ski – sze­ro­ki i za­krzy­wio­ny na końcu – długości co naj­mniej dwu­dzie­stu pięciu cen­ty­metrów.

Za nim, po jego pra­wej ręce, stał w roz­kro­ku ze skrzyżowa­ny­mi rękami dru­gi mężczy­zna w iden­tycz­nym ubra­niu i z iden­tyczną szminką na twa­rzy.

Mimo prze­rażenia Ed­die nie mógł wy­zbyć się myśli o ka­ta­stro­fie, która nastąpi, jeżeli stre­fa częścio­we­go za­ciem­nie­nia będzie się da­lej roz­sze­rzać. Jak­by w od­po­wie­dzi na jego oba­wy dry­blas przy­tknął mu ostrze noża do podbródka i zmu­sił do za­dar­cia głowy.

– Nie spie­raj się ze mną – ostrzegł. – Masz użyć wszyst­kie­go, czym dys­po­nu­jesz, żeby wyłączyć ten obiekt.

– Ale…

Dry­blas prze­ciągnął Ed­die­mu po gar­dle ostrym jak brzy­twa nożem, który po­zo­sta­wił na skórze płyt­kie roz­cięcie biegnące z jed­nej stro­ny żuchwy na drugą.

– Po­wie­działem, żebyś się ze mną nie spie­rał, ko­le­go! A te­raz zrób, co ci każę, a nie spo­tka cię już żadna przy­krość. Za­drzyj ze mną, to umrzesz w męczar­niach, a my i tak znaj­dzie­my wyłącznik.

Wyciągnął z tyl­nej kie­sze­ni chustkę i podał ją Ed­die­mu, by za­ta­mo­wał krew.

Strażnik prze­szedł chwiej­nym kro­kiem do sąsied­nie­go po­miesz­cze­nia, za­wa­hał się, po czym prze­sta­wił wyłącznik. W sta­cji na­tych­miast zro­biło się ciem­no. Chwilę później włączył się ge­ne­ra­tor i na powrót za­pa­liły się światła.

– Mu­si­my zro­bić coś jesz­cze? – za­py­tał dry­blas dru­gie­go mężczyznę.

– Mamy mel­dun­ki od wszyst­kich czte­rech ze­społów. Żad­nych pro­blemów.

Ge­stem dali znak Ed­die­mu, by wrócił do ste­row­ni i siadł na swo­im krześle.

– To wa­sza li­nia alar­mo­wa, ko­le­go? – Mężczy­zna wska­zał czer­wo­ny te­le­fon na ścia­nie.

– Tak – wy­krztu­sił Ed­die, da­lej przy­ci­skając prze­siąkniętą krwią chu­s­teczkę do rany.

– Czy ktoś przy niej dyżuru­je?

– Tak, ale nie je­stem pe­wien, czy kto­kol­wiek tam jest pod­czas za­ciem­nie­nia.

– Jed­nak zgłosze­nie zo­sta­nie za­pew­ne na­gra­ne, praw­da? Praw­da?

– P…praw­da.

– W ta­kim ra­zie wszyst­ko gra. To jest ten nu­mer?

– Tak… Tak, proszę pana.

Do­pie­ro wte­dy Ed­die zdał so­bie sprawę, że mężczy­zna nosi gu­mo­we ręka­wicz­ki.

Nie­pro­szo­ny gość wyciągnął z tyl­nej kie­sze­ni kartkę i rozłożył ją przed sobą. Po­tem wy­brał nu­mer. Ed­die usłyszał na­gra­ny na taśmie ko­mu­ni­kat. Na dźwięk sy­gnału mężczy­zna uniósł kartkę i lek­ko drżącym głosem prze­czy­tał za­pi­sa­ny na niej tekst.

– „Na początku Bóg stwo­rzył nie­bo i zie­mię. Wte­dy Bóg rzekł: »Nie­chaj się sta­nie światłość!«”1. Te­raz Ge­ne­sis zga­siło tę światłość. To do­pie­ro początek.

– Do­bra, ko­le­go, bar­dzo nam po­mogłeś… na­prawdę bar­dzo po­mogłeś.

– Dzięki – od­parł po­tul­nie Ed­die.

Mężczy­zna odwrócił się, by odejść, po czym nagłym ru­chem po­derżnął Ed­die­mu Go­stow­skie­mu gardło.

– Chy­ba po­wi­nie­nem go uprze­dzić, że cza­sa­mi nie można mi wie­rzyć – po­wie­dział.

Roz­dział 1

DZIEŃ 1 20.30 EST2

– Pani prze­wod­nicząca, pre­zy­dent Stanów Zjed­no­czo­nych.

Na te słowa woźnego Izby Re­pre­zen­tantów ze­bra­ni wsta­li, a pre­zy­dent Ja­mes Al­la­ire wkro­czył do sali po­sie­dzeń przyjęty burzą oklasków i wi­wa­ta­mi. Al­la­ire zerknął na dwóch agentów Se­cret Se­rvi­ce stojących na­prze­ciw sie­bie w wejściu pro­sto i nie­ru­cho­mo ni­czym czar­no-złote ko­lum­ny jońskie dzielące ścianę za try­buną. Sean O’Neil, szef od­działu pre­zy­denc­kie­go Se­cret Se­rvi­ce, podążał za Al­la­ire’em jak cień, gdy ser­decz­nie wi­ta­ny pre­zy­dent zmie­rzał długim ko­ry­ta­rzem wyłożonym sza­fi­ro­wym dy­wa­nem.

Pre­zy­denc­kie ser­ce za­re­ago­wało na przypływ ad­re­na­li­ny, gdy okla­ski za­hu­czały ni­czym star­tujący od­rzu­to­wiec. Co kil­ka kroków Al­la­ire przy­sta­wał, by wy­mie­niać uści­ski dłoni lub brać w objęcia mężczyzn w ciem­nych gar­ni­tu­rach i sta­ran­nie do­bra­nych kra­wa­tach oraz nie­na­gan­nie ubra­ne ko­bie­ty pachnące eg­zo­tycz­ny­mi per­fu­ma­mi. Przed sobą wi­dział dzie­więcio­ro sędziów Sądu Naj­wyższe­go i pięciu członków Ko­le­gium Połączo­nych Szefów Sztabów.

Al­la­ire wy­czuł, że O’Neil sta­je za nim o krok bliżej, gdy jakiś kon­gres­men z Mis­so­uri z wiel­kim unie­sie­niem potrząsnął jego dłonią, a po­tem krzyknął:

– Niech pan ich załatwi, pa­nie pre­zy­den­cie! Niech im pan pokaże!

Zga­dza się, pomyślał Al­la­ire. Mam taki za­miar.

Na początku pierw­szej ka­den­cji dok­tor Jim Al­la­ire wie­lo­krot­nie za­sta­na­wiał się w du­chu nad de­cyzją, którą był zmu­szo­ny podjąć. Jed­na usta­wa, ko­rzyst­na, jak się mogło z początku wy­da­wać, często niosła za sobą za­ska­kujące skut­ki i nie­za­mie­rzo­ne kon­se­kwen­cje, które przy­da­wały mu si­wych włosów i pogłębiały ku­rze łapki w kąci­kach sza­robłękit­nych oczu.

Wygłosze­nie pierw­sze­go w dru­giej ka­den­cji orędzia o sta­nie państwa nie było jed­nak jedną z chwil ta­kie­go zwątpie­nia w sie­bie. Al­la­ire uzy­skał re­elekcję z dość dużą prze­wagą nad prze­wod­niczącą Izby Re­pre­zen­tantów Ur­sulą El­lis i te­raz, mimo utrzy­mującej się między nimi skry­wa­nej wro­gości, nad­szedł czas, by od­sunąć po­li­tykę na bok i załatwić pewną sprawę.

Przez ostat­nią go­dzinę Al­la­ire prze­mie­rzał ga­bi­net przywódcy mniej­szości w Izbie Re­pre­zen­tantów, po­pi­jając die­te­tyczną pep­si i po­zwa­lając so­bie powtórnie nałożyć ma­ki­jaż na po­trze­by te­le­wi­zji. Przez cały czas sta­rał się powściągnąć ner­wo­we ro­ze­dr­ga­nie. Uczu­cie, ja­kie miał przed przemówie­niem ta­kiej ran­gi, przy­po­mi­nało mu o cza­sach, gdy był roz­gry­wającym w Spar­ta­nach, fut­bo­lo­wej drużynie uni­wer­sy­te­tu Case We­stern Re­se­rve, gdzie również uzy­skał dy­plom le­kar­ski.

W okre­sie dzielącym ka­rierę uczel­nia­ne­go fut­bo­li­sty od lat spędzo­nych na eta­cie in­ter­ni­sty w kli­ni­ce w Cle­ve­land Al­la­ire do­wie­dział się, jak istot­ne jest wyważenie pew­ności sie­bie z pełnym sza­cun­ku lękiem przed nie­po­wo­dze­niem. Uważany za try­bu­na lu­do­we­go, nie­zmien­nie wy­so­ki po­ziom apro­ba­ty dla swo­jej pre­zy­den­tu­ry za­wdzięczał praw­dzi­wej tro­sce o lu­dzi, tej sa­mej, która uczy­niła zeń sza­no­wa­ne­go le­ka­rza. W sy­tu­acji gdy pro­ble­my świa­ta sta­wały się co­raz bar­dziej złożone, a ter­ro­ryzm zaprzątał umysły wszyst­kich Ame­ry­kanów, naród po­trze­bo­wał przywódcy, w którym mógłby pokładać wiarę – człowie­ka pew­ne­go sie­bie i do­stoj­ne­go, god­ne­go za­ufa­nia. Al­la­ire so­len­nie przy­rzekł so­bie, że dziś wie­czo­rem po­twier­dzi, iż jest właśnie tym człowie­kiem, i wygłosi przemówie­nie, które wszyst­kim za­pad­nie w pamięć.

Pre­zy­dent do­tarł na po­dium, gdzie współpra­cow­nik, który pisał jego naj­ważniej­sze przemówie­nia, wyraźnie bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny niż szef, umieścił dwa opra­wio­ne w skórę eg­zem­pla­rze dzi­siej­sze­go sta­ran­nie strzeżone­go orędzia. Al­la­ire odwrócił się i wręczył pierw­szy eg­zem­plarz wi­ce­pre­zy­den­to­wi Hen­ry’emu Til­de­no­wi jako prze­wod­niczącemu Se­na­tu, a dru­gi Ur­su­li El­lis, która z tru­dem utrzy­my­wała kon­takt wzro­ko­wy i podała mu dłoń bezwładną jak śnięta ryba. Pre­zy­dent po­wstrzy­mał uśmiech, cho­ciaż po­dej­rze­wał, że El­lis wie, o czym myśli – pięćdzie­siąt trzy do czter­dzie­stu czte­rech, o różnicy, jaką po­ko­nał ją w wy­bo­rach.

Al­la­ire ćwi­czył swo­je przemówie­nie dzie­siątki razy i przy­pusz­czal­nie mógłby je wygłosić bez po­mo­cy te­le­promp­terów umiesz­czo­nych po obu stro­nach mówni­cy. Aplauz nie cichł. Z flagą ame­ry­kańską w tle, pre­zy­dent stał zwrócony twarzą do tych lu­dzi i ma­chał z wdzięcznością. Po­tem ułożył dłonie po bo­kach pul­pi­tu na znak, że jest gotów zacząć przemówie­nie. Na chwilę na­po­tkał wzrok Re­bec­ki, swo­jej żony od dwu­dzie­stu sied­miu lat, bar­dzo lu­bia­nej pierw­szej damy, i siedzącej obok ich je­dy­nej córki Sa­man­thy, która – wciąż nie mógł w to uwie­rzyć – stu­dio­wała na ostat­nim roku w Geo­r­ge­town i wy­bie­rała się na pra­wo w Ha­rvar­dzie.

Okla­ski nie milkły. Prze­wod­nicząca El­lis pod­niosła się z fo­te­la i kil­ka razy ude­rzyła młotkiem. W końcu wśród sied­miu­set ze­bra­nych za­padła głęboka ci­sza.

Ze­gar na gzym­sie nad ich głowa­mi wska­zy­wał dokład­nie dwu­dziestą. Al­la­ire po­biegł myślami ku wy­ry­te­mu na fry­zie mot­tu – W BOGU POKŁADA­MY NA­DZIEJĘ. O le­ka­rzach krążył dow­cip, że skrót M.D. przed na­zwi­skiem ozna­czał tak na­prawdę Mr De­ity3. Al­la­ire był człowie­kiem głęboko wierzącym i za­wsze czuł się skrępo­wa­ny myślą o le­ka­rzach jako bo­gach. Wie­dział jed­nak, że w tym mo­men­cie był bliższy roli Boga niż ja­ki­kol­wiek le­karz.

Wsku­tek po­wta­rzających się ataków ta­jem­ni­czej, naj­praw­do­po­dob­niej kra­jo­wej gru­py określającej się mia­nem Ge­ne­sis pierwszą sprawą do po­ru­sze­nia tego wie­czo­ru mu­siał być ter­ro­ryzm. Lu­dzie byli na krawędzi. Czte­ry ata­ki zor­ga­ni­zo­wa­ne przez tę grupę, śmiałe, bez­li­to­sne, aro­ganc­kie, miały bar­dzo dra­ma­tycz­ny prze­bieg. I wciąż tyl­ko znisz­cze­nie i śmierć – na­past­ni­cy nie wy­sunęli jesz­cze żad­nych żądań. Za­mie­rzał zacząć moc­no: od uprze­dze­nia ter­ro­rystów o so­li­dar­ności Ame­ry­kanów i za­pew­nie­nia, że schwy­ta­nie i sku­tecz­ne oskarżenie przestępców sta­no­wią naj­ważniej­szy cel jego dru­giej ka­den­cji.

Hank Tom­lin­son, szef liczącego półtora tysiąca funk­cjo­na­riu­szy od­działu ka­pi­to­lińskiej po­li­cji, za­pew­nił go, że przed wie­czorną in­au­gu­racją do­dat­ko­wo za­ostrzo­no środ­ki bez­pie­czeństwa: za­sto­so­wa­no naj­no­wo­cześniej­sze ma­gne­to­me­try, ciąg ka­mer i ręczne prze­szu­ki­wa­nie to­re­bek, nie mówiąc o tych no­wo­cze­snych prześwie­tlar­kach rent­ge­now­skich. Te­raz od pre­zy­den­ta i au­torów jego przemówień zależało, czy prze­ko­na Ame­ry­kanów, że są równie bez­piecz­ni jak ci tu­taj, z nim, w Ka­pi­to­lu.

Orędzie Al­la­ire’a po­ja­wiło się na prak­tycz­nie nie­wi­docz­nych dla zgro­ma­dzo­nych te­le­promp­te­rach.

– Pani prze­wod­nicząca, pa­nie wi­ce­pre­zy­den­cie, współoby­wa­te­le. Po­nie­waż zbie­ra się nowy Kon­gres, pamiętam o za­szczy­cie, którym wy, naród ame­ry­kański, ob­da­rzy­liście wszyst­kich wy­bra­nych przez sie­bie urzędników, i przyj­muję go z po­korą. Za­nim więc roz­pocznę dzi­siej­sze orędzie o sta­nie państwa, w imie­niu wszyst­kich, którzy cieszą się wa­szym za­ufa­niem, chcę wy­ra­zić mą nie­zmierną wdzięczność za ko­lejną ka­dencję tego, co mój oj­ciec na­zwałby porządną, stałą pracą.

Al­la­ire zro­bił pauzę, wy­cze­kując z do­sko­nałym wy­czu­ciem, aż ucich­nie śmiech. Było to stra­te­gicz­ne otwar­cie, do którego prze­ko­ny­wał au­torów swo­ich przemówień. Wszy­scy oni uważali, że należy roz­począć na bar­dziej po­nurą nutę. Jak zwy­kle miał rację. Orędzie o sta­nie państwa dawało wspa­niałą okazję, by oprócz za­ko­mu­ni­ko­wa­nia wy­bor­com, że jest zde­ter­mi­no­wa­ny i wy­star­czająco odważny, by uczy­nić to, co słuszne i niezbędne, za­pre­zen­to­wać swo­je człowie­czeństwo.

– Lecz w pa­rze z tą od­po­wie­dzial­nością idą wiel­kie wy­zwa­nia, którym mu­si­my wspólnym wysiłkiem spro­stać. Na­sza go­spo­dar­ka obec­nie się wzmac­nia, jed­nak spo­ro jest jesz­cze do zro­bie­nia. Bez­ro­bo­cie spadło do naj­niższe­go po­zio­mu od po­nad dzie­sięcio­le­cia. Po­wo­li wy­gry­wa­my wojnę z ubóstwem. Na­sze opty­mi­stycz­ne prze­ko­na­nie, że jako naród po­tra­fi­my po­ko­nać wszel­kie trud­ności i osiągnąć nie­spo­ty­ka­ny dotąd na całym świe­cie pokój i do­bro­byt, nig­dy nie było moc­niej­sze, a na­sze państwo jest sil­ne.

Al­la­ire uśmiechnął się pro­mien­nie, gdy kon­gres­me­ni po obu stro­nach przejścia i na ga­le­rii po­wsta­li równo­cześnie, głośno wi­wa­tując. Słyszał gwiz­dy na tle oklasków i zro­bił pauzę, by wziąć po­wol­ny i głęboki od­dech. W następnych kil­ku nie­zwy­kle istot­nych mi­nu­tach swo­je­go przemówie­nia miał się sku­pić na między­na­ro­do­wym i kra­jo­wym ter­ro­ry­zmie. Ze­bra­ni się uspo­ko­ili. Al­la­ire po­pa­trzył po ich twa­rzach. Po­tra­fił po­znać, czy są go­to­wi na dal­szy ciąg.

Gdy w sali za­legła głęboka ci­sza, pre­zy­dent usłyszał na­gle nie­po­kojący dźwięk – trzask, a za­raz po­tem coś, co przy­po­mi­nało brzęk pękającego szkła. Ów odgłos do­biegł z pra­wej części sali. Al­la­ire i wie­lu in­nych odwrócili się i ob­ser­wo­wa­li, jak Ar­le­ne Co­gan, se­na­tor z Ka­li­for­nii, otwie­ra to­rebkę, którą scho­wała wcześniej pod swój fo­tel. W tej sa­mej chwi­li wy­do­była się z niej rzad­ka biała mgiełka, przesłaniając jej moc­no uma­lo­waną twarz ni­czym para z kąpie­li. Po nie­spełna kil­ku se­kun­dach Co­gan i oso­by siedzące naj­bliżej niej zaczęły kasz­leć – i to bar­dzo gwałtow­nie.

Al­la­ire na­tych­miast dał umówio­ny znak ko­or­dy­nującemu uro­czy­stość dy­rek­to­ro­wi tech­nicz­ne­mu, na­ka­zując mu za­sto­so­wa­nie pro­ce­dur prze­wi­dzia­nych na wy­pa­dek de­mon­stra­cji i wyłącze­nie ka­mer prze­ka­zujących ob­raz z Ka­pi­to­lu.

Po­mru­ki z wi­dow­ni na­si­lały się, gdy po dru­giej stro­nie sali ob­rad roz­legł się ko­lej­ny trzask, a po nim jesz­cze je­den, i ko­lej­ny, każdemu z nich to­wa­rzy­szył zaś odgłos pęka­nia cien­kie­go szkła, biała mgiełka i ko­lej­ne wy­bu­chy kasz­lu. Po­mru­ki ustąpiły miej­sca okrzy­kom. Otwar­to następną teczkę i to­rebkę, wy­pusz­czając iden­tycz­ne rzad­kie smu­gi dymu.

– Nie otwie­raj! – wrzasnął ktoś.

– Nie mogę od­dy­chać!

– Na litość boską, to ty! To two­ja to­reb­ka!

– Wynoście się stąd! Wynośmy się!

Trza­ski i brzęk pękającego szkła roz­le­gały się nadal.

Dwa następne… trzy… czte­ry… pięć.

Al­la­ire spo­strzegł, że mgiełka uno­si się na­wet z paru to­reb, których nikt jesz­cze nie otwo­rzył. Szyb­ko na­li­czył piętnaście pióro­pu­szy dymu roz­pro­szo­nych po całej sali, może więcej.

– Nie otwie­raj­cie swo­ich te­czek ani to­re­bek! – krzyknął do mi­kro­fo­nu. Ude­rzył otwartą dłonią w mównicę. – Proszę, by wszy­scy za­cho­wa­li spokój!

Agen­ci Se­cret Se­rvi­ce po­spiesz­nie we­szli na po­dium i szyb­ko oto­czy­li pre­zy­den­ta. Próbo­wa­li wy­pro­wa­dzić go w bez­piecz­ne miej­sce, ale opie­rał się im i nadal głośno wzy­wał do za­cho­wa­nia porządku. W tym mo­men­cie do­strzegł coś na dwóch te­le­promp­te­rach umiesz­czo­nych przed mównicą.

Zmro­ziło mu krew w żyłach.

Orędzie, które wid­niało na nich kil­ka se­kund wcześniej, czy­tel­nie wy­pi­sa­ne he­lve­ticą roz­miar czter­naście, zniknęło z ekranów. Za­miast nie­go po­ja­wiły się trzy li­nij­ki tek­stu. Al­la­ire nie­mal wstrzy­mał od­dech, czy­tając ten ko­mu­ni­kat.

Bóg uczy­nił dwa duże ciała jaśniejące:większe, aby rządziło dniem, i mniej­sze, aby rządziło nocą, oraz gwiaz­dy.I TAK UPŁYNĄŁ (…) DZIEŃ CZWAR­TY.A Ge­ne­sis uwol­niło WRX3883

Roz­dział 2

DZIEŃ 1 21.10 EST

WRX3883

Jim Al­la­ire od razu zro­zu­miał, co się stało. Ge­ne­sis zadało śmier­tel­ny cios rządowi Stanów Zjed­no­czo­nych i sa­me­mu ser­cu kra­ju. W nie­bez­pie­czeństwie zna­leźli się wszy­scy ze­bra­ni w gma­chu Ka­pi­to­lu z nim sa­mym, wi­ce­pre­zy­den­tem i nie­mal wszy­scy z li­nii suk­ce­sji pre­zy­denc­kiej włącznie. Jeżeli miała po­zo­stać ja­ka­kol­wiek na­dzie­ja na za­po­bieżenie jesz­cze bar­dziej bez­pre­ce­den­so­wej ka­ta­stro­fie, mu­siał opa­no­wać sy­tu­ację. Po­czuł ucisk w pier­si i za­sta­na­wiał się, czy to tyl­ko strach, czy coś zde­cy­do­wa­nie bar­dziej prze­rażającego – coś w jego krwio­bie­gu, już działające, ata­kujące jego or­ga­nizm.

WRX3883

Świa­do­mość ska­li na­ra­stającego kry­zy­su na chwilę go spa­ra­liżowała. Z mówni­cy do­strzegł, że pa­ni­ka zaczęła już ogar­niać wie­le z sied­miu­set osób, które zgro­ma­dziły się, by wysłuchać orędzia. In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy brał górę nad do­brym wy­cho­wa­niem. Zarówno mężczyźni, jak i ko­bie­ty, zna­ni mu nie­raz od dzie­sięcio­le­ci, prze­py­cha­li się do wyjść, niektórzy bez par­do­nu. Pierw­szym za­da­niem, uznał Al­la­ire, będzie ob­sta­wie­nie wszyst­kich drzwi.

W środ­ko­wym rzędzie bal­ko­nu stały nie­ru­cho­mo, ramię w ramię, Re­bec­ca i Sa­man­tha. Na­wet z tej od­ległości po­tra­fił do­strzec bla­dość ich twa­rzy i strach w oczach. Za­nim jed­nak przystąpił do działania, kil­ku agentów wzięło go za ra­mio­na i zaczęło od­su­wać od mi­kro­fo­nu. Inni też wkro­czy­li do ak­cji i zaczęli to­ro­wać im drogę w kie­run­ku tyl­ne­go wyjścia awa­ryj­ne­go.

– Nie! – wy­krzyknął Al­la­ire. – Pil­nuj­cie drzwi! Drzwi!

Zo­ba­czył ku swe­mu prze­rażeniu, że lu­dzie zbliżali się już do wyjść, wie­dział też, że wszyst­kich trze­ba będzie spro­wa­dzić z po­wro­tem, w ra­zie ko­niecz­ności siłą. Przyszło kil­ku następnych agentów.

Po pro­stu próbują za­pew­nić mi bez­pie­czeństwo – pomyślał. – Nie zdają so­bie jed­nak spra­wy, że tu­taj nie ma bez­piecz­ne­go miej­sca.

Nie było cza­su na wyjaśnie­nia.

Al­la­ire skręcił gwałtow­nie tułów w pra­wo, wy­ry­wając się agen­to­wi usta­wio­ne­mu tuż za nim i równo­cześnie chwy­tając dru­gie­go agen­ta za kla­py ma­ry­nar­ki. Przy­ciągnął go do swo­jej twa­rzy, żeby mieć pew­ność, iż jego po­le­ce­nia zo­staną usłysza­ne w na­ra­stającym zgiełku.

– Za­dzwoń i każ na­tych­miast ob­sta­wić wszyst­kie wyjścia z sali! Za­mknij­cie je na klucz!

– Ależ pa­nie pre­zy­den­cie, mu­si­my się ewa­ku­ować.

– Posłuchaj mnie! Nikt nie ma pra­wa opuścić tego bu­dyn­ku. Ab­so­lut­nie nikt! Na­tych­miast ściągnij­cie z po­wro­tem wszyst­kich, którzy wy­chodzą z sali. To kwe­stia życia i śmier­ci. Ro­zu­miesz?

– Ale…

– Pytałem, czy ro­zu­miesz?!

– Tak, pa­nie pre­zy­den­cie.

– Ma­cie przy wszyst­kich wyjściach usta­wić strażników. Wyłączcie win­dy na ga­le­rię i tam­te drzwi też za­blo­kuj­cie. W ra­zie po­trze­by użyj­cie bro­ni. Nikt stąd nie wy­cho­dzi. Żad­nych wyjątków.

– Ale pa­nie…

– Do cho­le­ry, zrób to albo sia­daj!

Pre­zy­den­to­wi po­czer­wie­niała twarz. Czuł pul­so­wa­nie krwi w tętni­cach szyj­nych. Ota­czający go agen­ci cofnęli się jak po na­ra­dzie na bo­isku fut­bo­lo­wym. Główny agent Sean O’Neil, stojący za­le­d­wie o krok od nie­go, wy­wrza­ski­wał roz­ka­zy do ra­dio­te­le­fo­nu.

– Sean – po­wie­dział Al­la­ire, gdy ge­stem kazał mu się przy­bliżyć – mamy do czy­nie­nia z nie­zwy­kle groźną sy­tu­acją. Z wi­ru­sem. Za­bierz trzech swo­ich lu­dzi do ga­le­rii dla pra­sy i skon­fi­skuj­cie te­le­fo­ny komórko­we, pa­ge­ry i wszyst­ko, co na­da­je się do re­je­stra­cji lub trans­mi­sji. Jeżeli będzie­cie mu­sie­li, użyj­cie siły. Po­wiedz­cie dzien­ni­ka­rzom, że wkrótce wyjaśnię, o co cho­dzi.

O’Neil za­wa­hał się, na jego twa­rzy po­ja­wił się cień wątpli­wości.

– Pa­nie pre­zy…

– Bez sprze­ciwów, Sean! Ru­szaj się!

Krzy­ki ucie­kających na­ra­stały, gdy po­li­cjan­ci i agen­ci Se­cret Se­rvi­ce zajęli sta­no­wi­ska i z tru­dem zaczęli zapędzać ich z po­wro­tem do sali ob­rad. Al­la­ire osza­co­wał, że do holu zdołało wyjść nie więcej niż trzy­dzieści osób. Jego żona i córka po­zo­stały na swo­ich miej­scach, należąc do nie­licz­ne­go gro­na tych, którzy się nie ru­szy­li. Wte­dy zo­ba­czył, jak Re­bec­ca kil­ka razy za­kasłała. W tym sa­mym rzędzie kasz­lał również kon­gres­men z New Hamp­shi­re.

Al­la­ire wy­pa­try­wał pióro­pu­szy dymu w naj­bliższym oto­cze­niu swo­jej ro­dzi­ny, ale roz­wiał się on nie­mal całko­wi­cie.

Je­stem za to od­po­wie­dzial­ny – pomyślał, prze­ci­skając się z po­wro­tem na mównicę. – Nie po­wi­nie­nem był do tego dopuścić.

– Nie możecie blo­ko­wać wyjść! – za­grzmiał zna­jo­my głos ja­kie­goś se­na­to­ra.

– Nie mają pra­wa tego robić! – zawołała jakaś ko­bie­ta. – Nie mogą nas tu­taj więzić!

– Co się, u diabła, dzie­je?

– Nie wrócę tam. Nie wrócę!

Pot spływał mu po czo­le, szczy­piąc w oczy i po­zo­sta­wiając słony po­smak na war­gach.

– Pa­nie pre­zy­den­cie…

Al­la­ire odwrócił się w stronę głosu do­bie­gającego ze środ­ko­we­go przejścia, którym przed kil­ko­ma za­le­d­wie mi­nu­ta­mi wcho­dził z taką pompą. Ar­chi­tekt Ka­pi­to­lu Jor­dan La­mar, zażywny Afro­ame­ry­ka­nin, prze­py­chał się ku nie­mu przez gęsty tłum.

– Pa­nie pre­zy­den­cie… – zawołał zno­wu.

Al­la­ire dał mu znak, żeby się po­spie­szył. Na mówni­cy dołączył do nich Hank Tom­lin­son, szef półtora tysiąca funk­cjo­na­riu­szy ka­pi­to­lińskiej po­li­cji.

– Co się, u diabła, dzie­je, pa­nie pre­zy­den­cie? – za­py­tał La­mar. – Mu­si­my pana stąd wy­pro­wa­dzić.

– Nig­dzie nie pójdę. Nikt się stąd nie ru­szy. A te­raz niech pan posłucha. Wszy­scy muszą na­tych­miast wrócić na swo­je miej­sca. Do­pil­nuj­cie, by wszyst­kie drzwi pro­wadzące na zewnątrz były szczel­nie za­mknięte. Nikt nie wcho­dzi do środ­ka i nikt nie wy­cho­dzi. Nikt zna­czy: nikt.

W zgiełku pa­nującym w sali i na ga­le­rii trud­no było co­kol­wiek usłyszeć. Te­raz gdy ro­zeszła się wieść, że za­my­ka­ne są wyjścia, roz­legły się również głośne krzy­ki.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, nie ro­zu­miem – od­parł Tom­lin­son. – Co się stało?

Al­la­ire usiłował za­cho­wać spokój – co zwy­kle przy­cho­dziło mu z łatwością. Po­nad głową sze­fa po­li­cji do­strzegł, że Re­bec­ca i Sa­man­tha wraz z pa­ro­ma in­ny­mi oso­ba­mi z po­wro­tem od­ru­cho­wo usiadły.

– Po­wiem ci, Hank. Po­wiem wszyst­kim – od­parł Al­la­ire. – Naj­pierw jed­nak trze­ba za­pro­wa­dzić porządek w sali, i to za­raz.

– Ale jak…?

Al­la­ire dość się już nasłuchał. Chwy­cił moc­no Tom­lin­so­na za klapę ma­ry­nar­ki i przy­ciągnął go do sie­bie, roz­pra­szając uwagę po­li­cjan­ta na wy­star­czająco długą chwilę, by wyciągnąć mu broń z za­wie­szo­nej na ra­mie­niu ka­bu­ry. Z półau­to­ma­tycz­ne­go SIG P226 na­uczył się strze­lać w ra­mach ope­ra­cji „Pamiątka”, re­ali­zo­wa­ne­go od wie­lu lat pro­gra­mu Se­cret Se­rvi­ce. Ope­ra­cja ta miała na celu za­po­zna­nie pre­zy­den­ta Stanów Zjed­no­czo­nych ze szko­le­niem bo­jo­wym żołnie­rzy sił spe­cjal­nych na wy­pa­dek sy­tu­acji nad­zwy­czaj­nej. Za­nim Tom­lin­son zdążył za­re­ago­wać, Al­la­ire uniósł broń wy­so­ko nad głowę.

Czte­ry po­ci­ski, wy­strze­lo­ne szyb­ko, je­den po dru­gim, wy­le­ciały z grom­kim, wzmoc­nio­nym przez głośniki hu­kiem z czar­nej sta­lo­wej lufy. Wy­strzały odbiły się ogłuszającym echem w za­mkniętej sali. Tynk odłupa­ny z su­fi­tu przez kule opadł na kil­ka za­sko­czo­nych osób. Szyb­ko za­padła ci­sza. Al­la­ire nie mar­no­wał cza­su. Chwy­cił za mi­kro­fon i podkręcał dźwięk, dopóki nie nastąpiło sprzężenie.

– Mówi pre­zy­dent Stanów Zjed­no­czo­nych. Proszę wrócić na swo­je miej­sca… dokład­nie tam, gdzie sie­dzie­liście. Roz­ka­zuję woj­sko­wym, agen­tom Se­cret Se­rvi­ce i funk­cjo­na­riu­szom ka­pi­to­lińskiej po­li­cji do­pil­no­wać, by nie po­dej­mo­wa­no żad­nych prób opusz­cze­nia tego bu­dyn­ku. Wszyst­kie wyjścia zo­stały za­bez­pie­czo­ne. W tej chwi­li chcę, żeby każdy z was na­tych­miast usiadł na wcześniej zaj­mo­wa­nym miej­scu. Mu­si­cie sie­dzieć dokład­nie tam, gdzie byliście przed tym zajściem. To bez­pośred­ni roz­kaz wa­sze­go pre­zy­denta. Gdy wróci­cie na miej­sca i się uspo­ko­icie, wyjaśnię, co się dzie­je.

Początko­wo wy­da­wało się, że tyl­ko kil­ka­dzie­siąt osób re­agu­je na jego słowa. Wte­dy Al­la­ire wy­strze­lił dwa następne po­ci­ski i po nie­spełna trzy­dzie­stu se­kun­dach nie­mal wszyst­kie fo­te­le zajęto. Nie­licz­ni, którzy nie chcie­li za­sto­so­wać się do pre­zy­denc­kie­go żąda­nia, zo­sta­li bru­tal­nie po­sa­dze­ni przez naj­bliższe­go żołnie­rza lub po­li­cjan­ta.

Al­la­ire omiótł wzro­kiem rzędy dy­gni­ta­rzy. Wie­lu z nich należało do gro­na naj­lep­szych i naj­by­strzej­szych przed­sta­wi­cie­li jego kra­ju, z wie­lo­ma łączyła go przy­jaźń. Te­raz wszy­scy zna­leźli się w poważnym nie­bez­pie­czeństwie. Re­bec­ca i Sam sie­działy obok sie­bie na fo­te­lach, które wcześniej za­re­zer­wo­wał dla nich jego per­so­nel. Na chwilę na­po­tkał roz­pacz­li­we spoj­rze­nie swo­jej żony. Wte­dy wymówił bezgłośnie słowa „ko­cham cię” i przy­tknął pa­lec naj­pierw do oka, a później do ser­ca, po czym wska­zał na córkę. Był to znak miłości, który wymyślili, gdy Sa­man­tha była jesz­cze dziec­kiem. Obie od­wza­jem­niły ten gest. Al­la­ire nie przy­po­mi­nał so­bie, by kie­dy­kol­wiek przed­tem czuł do nich większą miłość.

Gdy wyławiał w tłumie ko­lej­ne twa­rze, nie mógł się wy­zbyć jed­nej myśli. Jesz­cze nig­dy nie wi­dział tyle stra­chu.

Tych sie­dem­set osób nie miało jed­nak pojęcia, jak bar­dzo po­win­ny się bać.

Roz­dział 3

DZIEŃ 1 21.30 EST

Al­la­ire stał wspar­ty moc­no rękami na mówni­cy, próbując ułożyć swoją wy­po­wiedź. Spoglądał nie­ru­cho­mym wzro­kiem przed sie­bie. Zaschło mu w gar­dle. Za­wsze bar­dzo lubił pracę le­ka­rza, ale po piętna­stu la­tach prak­ty­ki po­czuł, że chciałby zro­bić więcej, i zajął się po­li­tyką. Wie­le razy w la­tach po­prze­dzających re­zy­gnację z me­dy­cy­ny sie­dział ze swo­imi pa­cjen­ta­mi i prze­ka­zy­wał im okropną wieść, że o ile nie zda­rzy się cud, cho­ro­ba ich za­bi­je. Miał wrażenie, że dzięki au­ten­tycz­nej wrażliwości i szcze­re­mu współczu­ciu umiał to robić we właściwy sposób.

Nie tego wie­czo­ru.

Uwa­ga wi­dow­ni nadal sku­piała się na nim. Nie­spo­koj­na ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko spo­ra­dycz­ny­mi ata­ka­mi kasz­lu, była pełna napięcia. Al­la­ire wie­dział, że na­deszła pora. Ci lu­dzie pragnęli – po­trze­bo­wa­li – wyjaśnień, ale on był głęboko prze­ko­na­ny, że gdy­by wy­ja­wił całą prawdę o tym wi­ru­sie, wy­buchłaby nie­opa­no­wa­na pa­ni­ka.

– Co się dzie­je? – krzyknął na­gle jakiś mężczy­zna z ga­le­rii, uprze­dzając Al­la­ire’a.

– Czy to ma coś wspólne­go z Ge­ne­sis? – zawołał dru­gi.

– Tak – usłyszał, jak mówi z wy­mu­szo­nym spo­ko­jem. – Nie­ste­ty tak.

Pierw­szym ak­tem ter­ro­ru, który przy­pi­sało so­bie Ge­ne­sis, było Wiel­kie No­wo­jor­skie Za­ciem­nie­nie przed ośmio­ma czy dzie­więcio­ma mie­siącami. W te­le­fo­nie do FBI ter­ro­ryści opa­trzy­li tam­ten dzień mia­nem Dnia Pierw­sze­go. Bóg rzekł: „Niech sta­nie się światłość!”, a Ge­ne­sis po­wie­działo: „Niech sta­nie się ciem­ność”. Coś w tym sty­lu. Pod­czas aktów sa­bo­tażu w kil­ku sta­cjach elek­tro­ener­ge­tycz­nych ofiarą bru­tal­nych mordów padło trzech mężczyzn. Oce­nia­no też, że ko­lej­ne sto osób zmarło wsku­tek trzy­dnio­wej prze­rwy w do­sta­wie prądu. Ge­ne­sis nie po­sta­wiło żad­nych żądań.

Dzień Dru­gi, stwo­rze­nie nie­ba, od­zna­czył się do­ko­naną po go­dzi­nach otwar­cia eks­plozją, która znisz­czyła skrzydło Mu­zeum Tech­ni­ki Lot­ni­czej i Astro­nau­tycz­nej w San Die­go. Trzy oso­by za­bi­te – ofiar byłyby set­ki, gdy­by wy­buch nastąpił sześć go­dzin wcześniej. I zno­wu żad­nych żądań.

Dzień Trze­ci, za­le­d­wie dwa mie­siące temu, sym­bo­li­zo­wał stwo­rze­nie su­che­go lądu oraz wy­da­nie na świat roślin i rodzących owo­ce drzew. W tym dniu oka­zały szkla­ny Na­tio­nal Hor­ti­cul­tu­ral Bu­il­ding zo­stał zrówna­ny z po­wierzch­nią zie­mi przez potężny wy­buch, uśmier­cając ko­lej­nych dwa­naście i raniąc pięćdzie­siąt osób.

A te­raz w mat­ni zna­lazło się po­nad sie­dem­set, z sa­mym Al­la­ire’em, jego żoną i córką włącznie.

Był to Dzień Czwar­ty.

Na­gle pre­zy­dent kaszlnął.

Po­czuł ucisk w klat­ce pier­sio­wej, gdy ogarnęła go pa­ni­ka. Za­ry­zy­ko­wał zer­k­nięcie na swo­je dłonie, modląc się w du­chu, by nie było na nich czer­wo­nych plam lub kręgów. Czy to się już dzie­je? Nie, jego dłonie były bez ska­zy i wyglądały nor­mal­nie. Wydał z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi, nagłośnio­ne przez mi­kro­fon. Tyl­ko swędze­nie w gar­dle. Na ra­zie tyl­ko swędze­nie.

Jakaś ko­bie­ta, siedząca na ga­le­rii na wprost pre­zy­den­ta, wstała, chwy­tając za rękę chłopca mającego nie więcej niż trzy­naście lat, przy­pusz­czal­nie swo­je­go syna.

– Czy je­steśmy w nie­bez­pie­czeństwie?

Pre­zy­dent zro­bił głęboki wdech i po­wol­ny wy­dech.

– Nie mamy wy­star­czająco dużo in­for­ma­cji, żeby w tym mo­men­cie od­po­wie­dzieć na pani py­ta­nie. Nie­wy­klu­czo­ne – ciągnął, sta­ran­nie do­bie­rając słowa – że zo­sta­liśmy narażeni na kon­takt z czyn­ni­kiem cho­ro­botwórczym… ja­kimś wi­ru­sem. Dla bez­pie­czeństwa, dopóki nie uzy­skam więcej da­nych, proszę, by wszy­scy za­cho­wa­li spokój, a co naj­ważniej­sze, by pozo­sta­li na swo­ich miej­scach. Omówię sy­tu­ację dokład­niej, gdy prze­dys­ku­tuję to, co wie­my, z mo­imi do­rad­ca­mi. Jako główno­do­wodzący roz­ka­załem ochro­nie, by do tego cza­su sto­so­wała wszel­kie środ­ki niezbędne do za­trzy­ma­nia państwa w tej sali i tych fo­te­lach. A te­raz proszę uzbroić się w cier­pli­wość. Muszę prze­ana­li­zo­wać do­tych­cza­so­wy rozwój wy­da­rzeń z mo­imi do­rad­ca­mi.

Na te słowa kil­ka­naście osób ze­rwało się z miejsc i zaczęło równo­cześnie wy­krzy­ki­wać py­ta­nia. Uwagę pre­zy­den­ta zwrócił se­na­tor z Geo­r­gii Saul Ken­ni­sto­ne. Se­na­tor otwie­rał już usta, by coś do nie­go krzyknąć, lecz nagły atak kasz­lu wstrząsający jego ciałem stłumił słowa.

A więc zaczęło się, pomyślał Al­la­ire.

Jego nie­pokój na pew­no był wi­docz­ny.

– Dla­cze­go on kasz­le?! – wy­krzyknął ktoś z sali. – Czy to ten wi­rus?

Jak­by w od­po­wie­dzi na to py­ta­nie kil­ka osób przyłączyło się do se­na­to­ra chóral­nym kasz­lem.

– Ba­da­my to – prze­bił się przez ten chór Al­la­ire. – W tej chwi­li nie mogę nic więcej po­wie­dzieć. A te­raz proszę, by oprócz sze­fa ka­pi­to­lińskiej po­li­cji Tom­lin­so­na, agen­ta O’Ne­ila i wi­ce­pre­zy­den­ta Til­de­na na po­dium na­tych­miast sta­wiły się następujące oso­by…

Pre­zy­dent we­zwał sze­fową per­so­ne­lu Białego Domu Me­gan McAn­drews, se­kre­ta­rza obro­ny Gary’ego Sa­li­ta­sa, se­kre­ta­rza zdro­wia Kate Bro­us­sard, se­kre­ta­rza bez­pie­czeństwa kra­jo­we­go Pau­la Rap­pa­por­ta, prze­wod­niczącego Ko­le­gium Szefów Połączo­nych Sztabów ad­mi­rała Ar­chi­bal­da Ja­ke­sa oraz ar­chi­tek­ta Ka­pi­to­lu Jor­da­na La­ma­ra. Ostat­nią we­zwaną była dok­tor Be­tha­ny Town­send, oso­bi­sty le­karz i długo­let­nia przy­ja­ciółka ro­dzi­ny Al­la­ire’a.

Na sali zno­wu pod­niósł się ner­wo­wy zgiełk, prze­ry­wa­ny spo­ra­dycz­nym długo­tr­wałym kasz­lem. Oso­by zaj­mujące miej­sca na par­te­rze, za­re­zer­wo­wa­ne dla ofi­cje­li z Se­na­tu, Izby Re­pre­zen­tantów, Sądu Naj­wyższe­go, ga­bi­ne­tu pre­zy­den­ta i kor­pu­su dy­plo­ma­tycz­ne­go, pod­porządko­wały się zarządze­niom głowy państwa i po­zo­stały w fo­te­lach. Lu­dzie, których we­zwał, wsta­li i ru­szy­li w stronę mówni­cy.

Oso­by na górnej ga­le­rii – nieszczęśnicy, którzy zdo­by­li upra­gnioną prze­pustkę na ce­re­mo­nię wygłosze­nia orędzia o sta­nie państwa, oraz człon­ko­wie ekip pra­so­wych i te­le­wi­zyj­nych – były jed­nak mniej uległe. Nie doszło do ma­so­we­go exo­du­su, jak za­ob­ser­wo­wał Al­la­ire, ale i tak dużo osób ru­szyło w stronę wyjść. Pre­zy­dent z iry­tacją i ogrom­nym smut­kiem przyglądał się, jak są za­wra­ca­ni siłą przez strażników usta­wio­nych przy wszyst­kich drzwiach. Je­den szczególnie agre­syw­ny człowiek, który rzu­cił się z pa­zu­ra­mi na umun­du­ro­wa­ne­go ochro­nia­rza, zo­stał błyska­wicz­nie zmu­szo­ny do posłuszeństwa kolbą pi­sto­le­tu.

Al­la­ire ścisnął Se­ana O’Ne­ila za ramię.

– Sean, opróżnij miej­sce wokół nas.

O’Neil po­le­cił trzem agen­tom, by ode­pchnęli lu­dzi od ich gru­py. Po­tem szyb­ko stanął z po­wro­tem u boku pre­zy­den­ta.

– Mu­si­my do­pil­no­wać, by nikt nie opuścił sali ob­rad – po­wie­dział z na­ci­skiem Al­la­ire.

– Pil­nu­je­my, pa­nie pre­zy­den­cie.

– Cho­dzi mi o do­pil­no­wa­nie w stu pro­cen­tach.

– Pa­nie pre­zy­den­cie?

– Psia­krew, Sean… – Pre­zy­dent szyb­ko się opa­no­wał i po­chy­lił, żeby do­po­wie­dzieć szep­tem. – Ten wi­rus jest ogrom­nie zaraźliwy. Jeżeli się stąd wy­do­sta­nie, nie wia­do­mo, co może się wy­da­rzyć. Każ swo­im lu­dziom i po­zo­stałym ochro­nia­rzom uniesz­ko­dli­wić każdego, kto spróbuje wy­do­stać się na zewnątrz. Użyj­cie wszel­kie­go niezbędne­go przy­mu­su i siły.

– Tak jest.

O’Neil, wy­so­ki, szczupły i wy­zby­ty wszel­kich emo­cji z wyjątkiem czuj­ności wi­docz­nej w ciem­nych oczach, prze­ka­zał dy­rek­tywę pre­zy­den­ta przez bez­piecz­ny ra­dio­te­le­fon. Al­la­ire wrócił na mównicę. Po­chy­lił się tak ni­sko, że musnął usta­mi me­ta­lową siatkę mi­kro­fo­nu.

– Pa­nie i pa­no­wie. Proszę o spokój. Proszę, ucisz­cie się na­tych­miast!

Do­pie­ro po kil­ku do­dat­ko­wych we­zwa­niach w sali za­padła ner­wo­wa ci­sza. Oczy wszyst­kich zwróciły się te­raz na pre­zy­den­ta. Al­la­ire spoj­rzał ukrad­kiem w stronę żony i córki. Oba­wa wy­ry­ta na ich twa­rzach zmu­siła go po paru se­kun­dach do odwróce­nia wzro­ku.

– Muszę bar­dzo wyraźnie stwier­dzić – po­wie­dział – że dopóki nie do­wie­my się więcej o tym, z czym mo­gliśmy mieć kon­takt, nie mogę po­zwo­lić, by kto­kol­wiek wy­szedł z sali. Obie­cuję po­dzie­lić się po­sia­da­ny­mi in­for­ma­cja­mi, gdy staną się dostępne. Na ra­zie żądam od was współpra­cy.

– A jeżeli nie będzie­my współpra­co­wać?

Jakiś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny mężczy­zna wy­krzyknął tę słabo ma­sko­waną groźbę gdzieś z górnych rzędów ga­le­rii.

– To, z czym mie­liśmy kon­takt, mogło być bar­dzo zaraźliwe – za­grzmiał wzmoc­nio­ny głos Al­la­ire’a. – Dopóki nie będzie­my mie­li więcej in­for­ma­cji, nie mogę narażać zdro­wia ogółu. Dla ochro­ny bez­pie­czeństwa pu­blicz­ne­go za­twier­dziłem użycie ra­dy­kal­nych środków prze­ciw­ko każdemu, kto spróbuje wyjść z tego bu­dyn­ku. To osta­tecz­ny roz­kaz wa­sze­go pre­zy­den­ta. A te­raz mu­si­cie mi wy­ba­czyć. Wkrótce wrócę z do­dat­ko­wy­mi in­for­ma­cja­mi i pro­po­zycją ko­lej­nych kroków uzgod­nio­nych z moim szta­bem.

Po raz ko­lej­ny w sali roz­legł się cha­otycz­ny gwar. Jako pierw­sza po­deszła do Al­la­ire’a sze­fo­wa per­so­ne­lu Białego Domu, re­agująca emo­cjo­nal­nie in­te­lek­tu­alist­ka Me­gan McAn­drews.

– Pa­nie pre­zy­den­cie – wy­szep­tała. – Nie uwzględnił pan prze­wod­niczącej Izby Re­pre­zen­tantów.

McAn­drews nie­mal nie­do­strze­gal­nym ru­chem głowy wska­zała siedzącą na try­bu­nie Ur­sulę El­lis.

– Jeżeli kogoś nie we­zwałem – od­parł z roz­drażnie­niem Al­la­ire – to albo go nie po­trze­buję, albo mu nie ufam.

Roz­dział 4

DZIEŃ 1 21.45 EST

Ur­su­la El­lis zakładała, że Al­la­ire włączył ją do gro­na ofi­cje­li, których we­zwał na na­radę. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie uświa­do­miła so­bie, że jest in­a­czej. Wcześniej za­sta­na­wiała się, czy źle usłyszała w pa­nującym zgiełku – albo tak się stało, albo strzały pre­zy­den­ta chwi­lo­wo nad­werężyły jej słuch.

Wi­ce­pre­zy­dent Hen­ry Til­den sie­dział obok niej na try­bu­nie. Był wy­so­kim tycz­ko­wa­tym nie­zdarą, który jej zda­niem nie fi­gu­ro­wał na ni­czy­jej liście naj­większych in­te­lek­tu­alistów w kra­jo­wej po­li­ty­ce.

– Czy pre­zy­dent mnie uwzględnił? – za­py­tała, prze­chy­liw­szy się ku nie­mu.

– Chy­ba nie, Ur­su­lo – od­parł Til­den, pod­nosząc się z miej­sca i sta­ran­nie uni­kając kon­tak­tu wzro­ko­we­go. – Ale nie słuchałem zbyt uważnie. Wy­bacz mi, proszę. Muszę iść.

Tak, oczy­wiście, idź – pomyślała El­lis. – Idź i jak za­wsze bądź posłusznym fa­ga­sem.

Prze­wod­nicząca Izby po­zo­stała na swo­im miej­scu, de­mon­strując – jak uznała – królew­skie opa­no­wa­nie. Kie­dy uzy­skała par­tyjną no­mi­nację do wal­ki z Al­la­ire’em, pro­gno­zo­wa­no, że prze­gra z nim różnicą czter­na­stu punktów pro­cen­to­wych. Wie­lu po­li­tycz­nych ko­men­ta­torów na­zy­wało ją kan­dy­da­tem jed­no­ra­zo­we­go użytku, upar­cie trzy­mając się tego wy­obrażenia na­wet wte­dy, gdy pod­czas wy­borów wyraźnie zmniej­szyła dy­stans dzielący ją od prze­ciw­ni­ka. Jesz­cze mie­siąc i do­padłaby dra­nia – taka re­flek­sja na­cho­dziła ją wie­lo­krot­nie.

Jesz­cze je­den mie­siąc.

Sku­piła się na za­cho­wa­niu po­zorów spo­ko­ju. Lu­dzie pa­trzy­li. Al­la­ire wygłupił się, strze­lając z pi­sto­le­tu. Ona mu­siała po­ka­zać, że jest po­nad to. Wie­lu ze­bra­nych zda­wało so­bie pew­nie sprawę z afron­tu, który właśnie ja spo­tkał ze stro­ny tego człowie­ka. Sza­re emi­nen­cje i nie­do­wiar­ki mu­siały zo­ba­czyć ko­bietę nie­czułą na ogar­niający ich cha­os – praw­dziwą przywódczy­nię, nie­ustra­szoną w ob­li­czu zbliżającej się nie­uchron­nie ka­ta­stro­fy.

El­lis pa­trzyła na Al­la­ire’a z uko­sa. Na jego wi­dok żołądek pod­jeżdżał jej do gardła. Może te­raz Ame­ry­ka­nie przejrzą na oczy. Może zo­baczą, że na przekór we­zwa­niom ich tak zwa­ne­go przywódcy do współpra­cy między władzą usta­wo­dawczą i wy­ko­nawczą oraz do jed­ności, gdy przyszło co do cze­go, prze­wod­niczącej Izby Re­pre­zen­tantów przy­padła rola ob­ser­wa­to­ra.

Cóż, świet­nie – pomyślała. Gdy on wy­my­kał się chyłkiem na spo­tka­nie z po­ta­ki­wa­cza­mi, ona była tam, gdzie obec­ność na­prawdę się li­czyła – z na­ro­dem. Prędzej czy później ten afront może oka­zać się zgub­ny dla Al­la­ire’a. Ci, którzy cze­ka­li, aż upo­ra się z wy­da­rze­nia­mi, pew­nie wi­dzie­li, jak po­bladł; jak ma­ki­jaż spłynął ze strużką potu po jego ze­sztyw­niałej od bo­tok­su twa­rzy; jak trzęsły mu się ręce. Ten człowiek ema­no­wał słabością i nie­pew­nością.

W mo­men­cie ogłosze­nia wy­ni­ku wy­borów, w chwi­li uzna­nia swo­jej porażki, Ur­su­la El­lis zaczęła myśleć o ko­lej­nych wy­borach. W ga­bi­ne­cie miała li­sty po­ten­cjal­nych ry­wa­li w swo­jej par­tii i w ugru­po­wa­niu Al­la­ire’a. Żaden z nich nie robił spe­cjal­ne­go wrażenia. Pry­wat­nie jej do­rad­cy za­da­wa­li py­ta­nie, czy nie pora wy­co­fać się z po­li­ty­ki i zre­zy­gno­wać z miej­sca w Kon­gre­sie, żeby ze­brać siły i poskładać zespół pro­wadzący jej kam­pa­nię. El­lis jed­nak była na tyle da­le­ko­wzrocz­na, by prze­wi­dzieć brak roz­strzy­gnięcia w wal­ce o kon­trolę nad Izbą Re­pre­zen­tantów, i po­sta­no­wiła ubie­gać się jed­no­cześnie o po­now­ny wybór do Kon­gre­su. I proszę, w swo­im okręgu wy­grała przytłaczającą większością głosów i wróciła na funkcję prze­wod­niczącej.

Przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji, by za­cho­wać man­dat, kie­ro­wała się upo­rczy­wym głosem wewnętrznym, który mówił jej, że nie czas się wy­co­fy­wać. Ten łagod­ny głos, bezbłędnie pro­wadzący ją w przeszłości, dał ja­sno do zro­zu­mie­nia, że Bóg ma wo­bec niej pla­ny – pla­ny prze­wo­dze­nia temu kra­jo­wi. Po pro­stu mu­siała po­zo­stać w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

Al­la­ire zlu­stro­wał wzro­kiem swo­ich wy­brańców. Wyglądał tak, jak­by miał za­raz ze­mdleć.

I o to cho­dzi – pomyślała El­lis. Bez względu na to, co się działo, pre­zy­dent nie po­tra­fił so­bie z tym po­ra­dzić. Prędzej czy później się po­tknie – popełni gru­by błąd w oce­nie sy­tu­acji. A wte­dy ona będzie go­to­wa, by wystąpić naprzód. W isto­cie rze­czy miała pew­ność, że jej ry­wal całko­wi­cie błędnie in­ter­pre­tu­je tę sy­tu­ację.

Za­nim jed­nak zdoła sprze­ci­wić się działaniom, które za­mie­rzał podjąć, będzie po­trze­bo­wała in­for­ma­cji.

Al­la­ire był wy­traw­nym spi­skow­cem. Co knuł tym ra­zem? Czy była to jakaś de­mon­stra­cja – test, ni­czym wywołane przez obronę cy­wilną prze­rwy w nada­wa­niu sy­gnału ra­dio­we­go?

Czy na­prawdę wie­rzył, że jakiś wi­rus ata­ku­je sied­miu­set naj­bar­dziej wpływo­wych Ame­ry­kanów?

Jeżeli w tym, co po­wie­dział, tkwiło ziar­no praw­dy, to lu­dzie po­trze­bo­wa­li badań i opie­ki le­kar­skiej – je­dze­nia i wody, a nie gróźb i izo­la­cji. Ale naj­praw­do­po­dob­niej cała ta spra­wa to jakiś szwin­del. Al­la­ire’owi bra­ko­wało umiejętności przywódczych. Ona na­to­miast pod tym względem była lep­sza niż kie­dy­kol­wiek. Jeżeli rze­czy­wiście po­ja­wił się jakiś wi­rus, dys­po­no­wała wy­star­czającą in­te­li­gencją i cha­ryzmą, żeby zjed­no­czyć naród.

To Bóg chciał, by w tym mo­men­cie zna­lazła się w tym miej­scu.

El­lis za­uważyła, że nikt z za­ufa­nych do­radców pre­zy­den­ta zgro­ma­dzo­nych te­raz przy mówni­cy nie zdra­dza żad­nych ob­jawów, które mogły być wywołane przez to, co ter­ro­ryści wypuścili w po­wie­trze. Nikt, to zna­czy nikt oprócz sze­fa Ko­le­gium Połączo­nych Szefów Sztabów ad­mi­rała Ar­chie­go Ja­ke­sa, który bez­sku­tecz­nie usiłował stłumić nie­mal ciągły ka­szel. Gdzie sie­dział, gdy wy­pusz­czo­no szko­dli­we opa­ry? Od­po­wiedź na to py­ta­nie byłaby in­te­re­sująca – być może na­wet bar­dzo in­te­re­sująca.

Po­czuła dreszcz, który żar­to­bli­wie opi­sy­wała swo­je­mu szta­bo­wi jako „pajęczy zmysł”. Ten nie­wiel­ki skok napięcia w neu­ro­nach po­ma­gał jej odróżnić war­tościo­we in­for­ma­cje od bezwar­tościo­wych.

Le­land Glad­sto­ne, jej pra­wa ręka, był gor­li­wym wy­ko­nawcą każdego za­da­nia. Mu­siał od­szu­kać in­nych kaszlących w sali i zo­rien­to­wać się, gdzie sie­dzie­li pod­czas mi­niek­splo­zji. Dzie­cin­na igrasz­ka dla człowie­ka, który omal zo­stał sze­fem jej szta­bu w Białym Domu i który nadal mógł ubie­gać się o to sta­no­wi­sko, gdy­by wszyst­ko poszło po jej myśli.

El­lis zwróciła uwagę na pil­niejszą sprawę. W sali po­sie­dzeń Izby Re­pre­zen­tantów – jej sali, o czym mogłaby przy­po­mnieć Al­la­ire’owi – właśnie działo się coś nie­sa­mo­wi­te­go. Bez względu na to, że byli wy­bor­czy­mi prze­ciw­ni­ka­mi, prze­wod­nicząca Izby Re­pre­zen­tantów po­win­na uczest­ni­czyć w każdej od­pra­wie za za­mkniętymi drzwia­mi.

Wstała i wygładziła zmarszcz­ki na do­pa­so­wa­nej czar­nej spódni­cy. Była szczupłą, atrak­cyjną bru­netką, kie­dyś zo­stała królową zjaz­du ab­sol­wentów uni­wer­sy­te­tu sta­no­we­go Mis­si­si­pi. Sta­rając się nie zwra­cać na sie­bie zbyt­niej uwa­gi, po­deszła do pre­zy­den­ta, który stał odwrócony do niej ple­ca­mi.

– Pa­nie pre­zy­den­cie?

Al­la­ire nadal roz­ma­wiał z Ga­rym Sa­li­ta­sem.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, czy może mi pan wyjaśnić, co się dzie­je?

Al­la­ire albo zi­gno­ro­wał to py­ta­nie, albo po pro­stu nie usłyszał go w tym tu­mul­cie. El­lis po­czuła nagłą złość, którą szyb­ko stłumiła. Nie przy­wykła do tego, by kto­kol­wiek, z pre­zy­den­tem włącznie, ją igno­ro­wał. Al­la­ire mówił da­lej, jak­by nie zda­wał so­bie spra­wy z jej obec­ności, tłumacząc te­raz coś ści­szo­nym głosem sze­fo­wi Se­cret Se­rvi­ce Se­ano­wi O’Ne­ilo­wi. El­lis usiłowała dosłyszeć ja­kieś słowa, ale nie udało się jej.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, czy chciałby pan, żebym dołączyła do ze­społu na od­pra­wie? – za­py­tała głośniej niż po­przed­nio.

Tym ra­zem Al­la­ire odwrócił się do niej.

– Ur­su­la. Cieszę się, że cię widzę. Do­brze się czu­jesz?

– Tak, czuję się świet­nie. Dziękuję. Chciałabym jed­nak uczest­ni­czyć w tej od­pra­wie, pa­nie pre­zy­den­cie… O ile mnie pan po­trze­bu­je.

– Nie. Po­trzeb­ne mi są two­je zdol­ności przywódcze tu­taj, w sali. Będę cię in­for­mo­wał w miarę roz­wo­ju sy­tu­acji.

Co zna­czy, że gówno mi po­wiesz – pomyślała El­lis.

Al­la­ire odwrócił się i podjął na nowo roz­mowę z O’Ne­ilem.

El­lis stała za pre­zy­den­tem, płonąc z nie­na­wiści.

– Do­brze się czu­jesz?

Obok niej po­ja­wił się Glad­sto­ne. Chu­dy i ciem­nowłosy, z ja­sno­nie­bie­ski­mi ocza­mi, które cza­sa­mi przy­pra­wiały El­lis o dresz­cze, uosa­biał to, cze­go każdy przywódca kon­gre­so­wej frak­cji szu­kał u bli­skie­go współpra­cow­ni­ka – wdzięk, urodę i ela­styczną mo­ral­ność.

El­lis odciągnęła go od pre­zy­den­ta i po­zo­stałych no­ta­bli.

– Je­stem wku­rzo­na – od­parła w końcu. – Jak miałabym się czuć?

Glad­sto­ne po­kle­pał się po kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Założyłem, że chcesz znać miej­sca wy­buchów. Na ra­zie zlo­ka­li­zo­wałem sie­dem z piętna­stu lub szes­na­stu pękniętych szkla­nych po­jem­ników. Po­zo­stałe na­mierzę nie­ba­wem. Po­tem, zakładając, że chcesz, bym to zro­bił, za­cznę spraw­dzać sąsied­nie fo­te­le.

– Je­steś prze­wi­dujący jak zwy­kle.

– Na ra­zie nie do­strze­gam żad­nej pra­widłowości.

– Za­wsze jest jakaś pra­widłowość, dro­gi Le­lan­dzie. Cza­sa­mi nie­zbyt oczy­wi­sta, ale we wszyst­kim za­wsze występuje jakaś pra­widłowość. Skończ wypełniać ten dia­gram, ale miej ra­dio­te­le­fon pod ręką. Dopóki ten pro­blem się nie roz­wiąże i nie zatańczy­my wal­ca na Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue, będzie­my bar­dzo zajęci.

Naj­bliższy współpra­cow­nik prze­wod­niczącej ru­szył w kie­run­ku ga­le­rii, pod­czas gdy ona sama po­zo­stała nie­da­le­ko miej­sca, z którego Jim Al­la­ire miał za­raz udać się na spo­tka­nie z grupą swo­ich pu­pilów. Wy­raz skrępo­wa­nia na twa­rzy tego człowie­ka był bal­sa­mem na jej duszę. Zaczęła so­bie wy­obrażać spa­ring z nim na rin­gu, jak tańczy w bok­ser­skich ręka­wi­cach, szu­kając spo­sob­ności do ata­ku. Te­raz jed­nak, żeby wyrządzić mu jakąś praw­dziwą szkodę, po­trze­bo­wała in­for­ma­cji. I gdy pre­zy­dent odwrócił się do wyjścia, zdała so­bie sprawę, gdzie może je zna­leźć.

Szyb­ko prze­mieściw­szy się na pra­we skrzydło gru­py, wzięła pod rękę Se­ana O’Ne­ila i pociągnęła go ku so­bie.

– Nie mam cza­su na roz­mo­wy, pani prze­wod­nicząca – po­wie­dział. – Pre­zy­dent mnie po­trze­bu­je.

– Gdy ja będę cię po­trze­bo­wała, Sean, a właśnie je­steś mi po­trzeb­ny, znaj­dziesz dla mnie czas.

O’Neil za­wa­hał się, a po­tem po­zwo­lił jej od­pro­wa­dzić się na miej­sce, gdzie nikt ich nie mógł usłyszeć.

– Cze­go pani chce? – za­py­tał stłumio­nym szep­tem.

– To pro­ste. Chcę wie­dzieć, co pre­zy­dent mówi na od­pra­wie, na którą się wy­bie­rasz.

– To taj­ne. Nie­obec­ni nie mogą wie­dzieć.

El­lis uśmiechnęła się i jej cien­kie war­gi roz­ciągnęły się w le­d­wie wi­docz­ne kre­ski.

– Obo­je wie­my, że to zła stra­te­gia. Je­stem prze­wod­niczącą Izby Re­pre­zen­tantów. Naród ame­ry­kański będzie ocze­ki­wał ode mnie wie­dzy o tym, co się dzie­je. Al­la­ire pro­wa­dzi po­li­tyczną grę w chwi­li na­ro­do­we­go kry­zy­su.

– W ta­kim ra­zie po­win­na pani za­in­te­re­so­wać tym pre­zy­den­ta.

Sean odwrócił się, żeby odejść, ale El­lis złapała go za rękę.

– Przy­puśćmy, że za­in­te­re­suję go również tym, co ty i ta ślicz­na młoda stażyst­ka ro­bi­liście w Sy­pial­ni Lin­col­na, gdy para pre­zy­denc­ka wy­je­chała na wa­ka­cje. Je­stem pew­na, że Al­la­ire’owie bar­dzo chętnie obej­rze­li­by na­gra­nia ochro­ny… zwłasz­cza tę ich część, w której z taką wprawą i czułością wciągnąłeś jakiś biały pro­szek spo­między pier­si tej słod­kiej isto­ty.

O’Neil po­bladł.

– Jak…? Jak pani…?

– Oczy i uszy, mój ko­cha­ny. Ko­rzy­stam z nich… oraz po­mo­cy paru przy­ja­ciół ulo­ko­wa­nych we właści­wych miej­scach. Tak na­prawdę przez lata pra­cy dla na­ro­du ame­ry­kańskie­go zgro­ma­dziłam na twój te­mat także inne przy­dat­ne cie­ka­wost­ki. Na przykład pa­skud­na ba­ta­lia o opiekę nad małym Dun­ca­nem z twoją byłą. Jak myślisz, na ile tego ro­dza­ju re­we­la­cje zwiększą two­je szan­se, dro­gi Se­anie, nie mówiąc o po­mo­cy w ka­rie­rze?

O’Neil odwrócił wzrok.

– Prze­każę pani to, co będę mógł – wy­mam­ro­tał.

– Prze­każesz mi to, cze­go ja chcę. Czy to ja­sne?

O’Neil odwrócił się bez słowa i ru­szył w pośpie­chu, żeby do­go­nić pre­zy­den­ta. El­lis przyglądała mu się, dopóki cała gru­pa nie zniknęła za drzwia­mi strzeżone­go wyjścia.

Trze­cia.

To słowo roz­brzmie­wało w jej myślach. Była trze­cia w ko­lej­ności do objęcia rządów nad naj­potężniej­szym państwem na zie­mi. A wyglądało na to, że dwójka przed nią na­gle wkro­czyła na bar­dzo nie­pew­ny grunt.

Roz­dział 5

DZIEŃ 1 22.00 EST

Al­la­ire po­pro­wa­dził swój zespół obok agentów Se­cret Se­rvi­ce strzegących ma­ho­nio­wych dwu­skrzydłowych drzwi umiesz­czo­nych dokład­nie na pra­wo od try­bu­ny. Ko­ry­tarz, dostępny tyl­ko człon­kom Kon­gre­su i per­so­ne­lo­wi ich biur, miał wzmoc­nio­ne ścia­ny, które tłumiły gwar do­cie­rający z sali po­sie­dzeń.

Na końcu ko­ry­ta­rza pre­zy­dent użył kar­ty ma­gne­tycz­nej do otwar­cia następnych drew­nia­nych drzwi. Czuj­ni­ki wy­kryły ruch w pogrążonym w całko­wi­tym mro­ku po­ko­ju i włączyły kil­ka ba­te­rii ja­rze­niówek.

Al­la­ire pod­szedł do kla­wia­tu­ry na ścia­nie z pra­wej stro­ny. Wstu­kując kod, cze­kał, aż za­działa hy­drau­li­ka. Po kil­ku se­kun­dach ścia­na na­prze­ciw nie­go osunęła się bezgłośnie w dół i zniknęła, uka­zując Schron. Ze­staw sprzętu te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go – te­le­fonów sa­te­li­tar­nych, za­wie­szo­nych na ścia­nach mo­ni­torów, od­bior­ników ra­dio­wych, dru­ka­rek, ra­dio­lo­ka­cyj­nych sys­temów ob­ra­zo­wa­nia i lap­topów – roz­nie­cił w nim na chwilę prze­ko­na­nie, że jego rząd po­sia­da zdol­ność zwy­ciężenia każdego prze­ciw­ni­ka. Po­tem przy­po­mniał so­bie, że to nie jest zwy­czaj­ny prze­ciw­nik – że to wi­rus WRX3883 w rękach zde­pra­wo­wa­nych zabójców, i w tym mo­men­cie w tym po­miesz­cze­niu ani żad­nym in­nym nie ma nic, co mogłoby po­ko­nać tę kom­bi­nację.

Wokół dużego stołu kon­fe­ren­cyj­ne­go pośrod­ku za­sie­dli dwaj człon­ko­wie ga­bi­ne­tu – se­kre­ta­rze Sa­li­tas i Bro­us­sard, le­karz Al­la­ire’a Be­tha­ny Town­send, wi­ce­pre­zy­dent, umun­du­ro­wa­ny ad­mi­rał Ar­chie Ja­kes (prze­wod­niczący Ko­le­gium Połączo­nych Szefów Sztabów), szef ka­pi­to­lińskiej po­li­cji Hank Tom­lin­son, ar­chi­tekt Ka­pi­to­lu Jor­dan La­mar i sze­fo­wa per­so­ne­lu Białego Domu Me­gan McAn­drews. O’Neil, śnia­dy i z kwa­dra­tową szczęką, stanął pod tylną ścianą.

– Gdzie jest Paul Rap­pa­port? – za­py­tał Al­la­ire.

– Paul jest w swo­im domu w Min­ne­so­cie, pa­nie pre­zy­den­cie – od­parła McAn­drews. – Opie­ku­je się córką.

Min­ne­so­ta. Al­la­ire jęknął. Sam zgo­dził się na tę podróż.

– Tak, oczy­wiście – rzekł. – Prze­pra­szam.

Na czas te­go­rocz­ne­go orędzia o sta­nie państwa Paul Rap­pa­port zo­stał tak zwa­nym wy­zna­czo­nym suk­ce­so­rem.

Każdemu orędziu o sta­nie państwa, in­au­gu­ra­cji pre­zy­den­tu­ry oraz in­nym do­niosłym wy­da­rze­niom to­wa­rzy­szyło wy­zna­cze­nie suk­ce­so­ra – na­zy­wa­ne­go przez niektórych suk­ce­so­rem sądne­go dnia. Był on jed­nym z piętna­stu członków ga­bi­ne­tu – będących z urzędu następca­mi pre­zy­den­ta – który przy ta­kiej oka­zji ce­lo­wo prze­by­wał z dala od Wa­szyng­to­nu. Wy­bie­ra­li go na tę funkcję woj­sko­wi za pośred­nic­twem pre­zy­denc­kie­go cen­trum kry­zy­so­we­go, czy­li PEOC4 –jed­nost­ki która kon­tro­lo­wała również Schron.

Zważyw­szy na to, że pod­czas ważnych im­prez wszy­scy człon­ko­wie ga­bi­ne­tu chcie­li być w po­bliżu pre­zy­den­ta, wy­bra­ny suk­ce­sor, za­zwy­czaj dal­sze ogni­wo w łańcu­chu suk­ce­sji, wca­le nie pragnął tego za­szczy­tu. Wy­zna­cze­nie Pau­la Rap­pa­por­ta było jed­nak no­mi­nacją lo­giczną – taką, której eks­gu­ber­na­tor rze­czy­wiście so­bie życzył.

Sta­no­wi­sko se­kre­ta­rza bez­pie­czeństwa wewnętrzne­go zo­stało utwo­rzo­ne nie­daw­no, ale jego wybór wy­ni­kał nie tyl­ko z tego po­wo­du. Za­le­d­wie ty­dzień wcześniej włama­no się do miesz­ka­nia córki Rap­pa­por­ta i splądro­wa­no je, gdy ona brała prysz­nic. Skra­dzio­no to­rebkę, port­fel, lap­to­pa, iPo­da, te­le­fon komórko­wy, sre­bro stołowe i biżute­rię. Co gor­sza, jak do­wie­dział się pre­zy­dent, jej bie­li­zna zo­stała wyciągnięta z szu­fla­dy ko­mo­dy, pocięta i rozłożona na łóżku. Córka Rap­pa­por­ta, Re­nee, już wcześniej mie­wała głębo­kie sta­ny lękowe i de­presję, a wsku­tek tej gra­bieży do­znała załama­nia. Zo­stała właśnie po kil­ku­dnio­wym po­by­cie wy­pi­sa­na ze szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go i prze­by­wała w domu ro­dziców.

Al­la­ire wy­obra­ził so­bie, że Rap­pa­port, człowiek eks­tra­wa­ganc­ki i żar­li­wy pa­trio­ta, sie­dzi te­raz z żoną oraz córką je­dy­naczką, chro­nio­ny przez nie­wiel­ki od­dział agentów Se­cret Se­rvi­ce, i ogląda to, co miało być orędziem pre­zy­den­ta, wciąż nieświa­do­my, jak nie­wie­le dzie­liło go od za­pi­sa­nia się na kar­tach hi­sto­rii.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, z całym sza­cun­kiem pro­po­nuję, byśmy kon­ty­nu­owa­li od­prawę – rzekł Gary Sa­li­tas, naj­bliższy przy­ja­ciel Al­la­ire’a w Wa­szyng­to­nie.

Pre­zy­dent się ożywił. Pogrążony w myślach i przytłoczo­ny brze­mie­niem zda­rzeń mil­czał zbyt długo.

– Tak, oczy­wiście, Gary. Dziękuję. Sean, możesz mi prze­ka­zać najświeższe in­for­ma­cje na te­mat kon­fi­sko­wa­nia te­le­fonów?

O’Neil od­sunął się od ścia­ny.

– Agen­ci zbie­rają je zgod­nie z pańskim po­le­ce­niem, pa­nie pre­zy­den­cie. Jak jed­nak można so­bie wy­obra­zić, to niełatwe za­da­nie. Wie­lu z obec­nych w sali ob­rad nie na­wykło do słucha­nia roz­kazów. Wątpię, by dzien­ni­ka­rze na­prawdę od­da­wa­li wszyst­kie te­le­fo­ny, ja­kie mają przy so­bie. Być może będzie­my mu­sie­li się uciec do re­wi­zji oso­bi­stej.

Al­la­ire wes­tchnął. Według naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne­go, a przy tym za­trważającego sce­na­riu­sza wieści już się roz­cho­dziły za pośred­nic­twem SMS-ów, rozmów te­le­fo­nicz­nych, trans­mi­sji z wozów sta­cji te­le­wi­zyj­nych poza Ka­pi­to­lem oraz prze­kazów in­ter­ne­to­wych. Pod­czas uro­czy­stości wygłosze­nia orędzia o sta­nie państwa dzie­je się coś dra­ma­tycz­ne­go, lecz nikt nie wie dokład­nie co. Do­mysły szyb­ko dotrą do wszyst­kich krajów świa­ta, wszędzie – od dużych miast począwszy, a na od­lud­nej wio­sce z naj­mniej­szym choćby urządze­niem od­bior­czym skończyw­szy.

„Kry­zys w Ka­pi­to­lu”.

Możliwe, że pro­du­cen­ci pro­gramów CNN zamówili już od­po­wied­nie gra­fi­ki.

Przy dużym szczęściu Al­la­ire mógł li­czyć na spo­wol­nie­nie pro­ce­su prze­ka­zy­wa­nia in­for­ma­cji – praw­dzi­wych i fałszy­wych – do cza­su, aż zdoła usta­lić, jak po­win­ny być pre­zen­to­wa­ne oraz roz­po­wszech­nia­ne i jak za­po­biec re­ak­cji na wszel­kie do­strzeżone słabości rządu.

Spoj­rzał na Sa­li­ta­sa z niemą prośbą o su­ge­stie.

– Mu­si­my myśleć sze­rzej, pa­nie pre­zy­den­cie – rzekł Sa­li­tas, si­wiejący ab­sol­went MIT. – Po­win­niśmy odciąć wszelką łączność… komórkową, li­nie na­ziem­ne, in­ter­net, prze­kaz te­le­wi­zyj­ny w pro­mie­niu ja­kichś ośmiu ki­lo­metrów od Ka­pi­to­lu.

– Po­tra­fi­my to zro­bić?

– Możemy spróbować.

– I mimo to będę mógł wygłosić te­le­wi­zyj­ne przemówie­nie do na­ro­du?

– Przy odro­bi­nie szczęścia.

– Zróbcie to.

Sa­li­tas prze­szedł do cen­trum łączności na prze­ciw­ległym końcu po­ko­ju i zaczął te­le­fo­no­wać.

– W porządku, pora zacząć – rzekł Al­la­ire. – Mam za­miar wydać wam wszyst­kim in­struk­cje. Nie­ba­wem po­dzielę się tą in­for­macją z po­zo­stałymi ofia­ra­mi.

– Ofia­ra­mi? – zdzi­wiła się se­kre­tarz zdro­wia Kate Bro­us­sard.

– Tak, Kate. Ofia­ra­mi. Te­raz nimi właśnie je­steśmy. Wszy­scy bez wyjątku. – Przy­to­czył ko­mu­ni­kat z te­le­promp­te­ra. – Jeśli założymy, że szkla­ne po­jem­ni­ki eks­plo­dujące w to­reb­kach i tecz­kach za­wie­rały WRX3883 w ae­ro­zo­lu, mu­si­my uznać, że każda oso­ba znaj­dująca się dzi­siaj w gma­chu Ka­pi­to­lu zo­stała narażona na kon­takt z nim lub nie­ba­wem będzie narażona w mniej­szym lub większym stop­niu.

– Co to jest WRX3883, u li­cha? – za­py­tała Bro­us­sard.

– To śro­dek bio­lo­gicz­ny, którego od pew­ne­go cza­su szu­ka­my.

Stojący na dru­gim końcu po­ko­ju Sa­li­tas zmrużył oczy. Posłał Al­la­ire’owi spoj­rze­nie, które ten uznał za prze­strogę.

– Czyj śro­dek bio­lo­gicz­ny? Mówimy o Al-Ka­idzie? – zdołał za­py­tać ad­mi­rał Ja­kes między ko­lej­ny­mi na­pa­da­mi kasz­lu.

– Nie. Ge­ne­sis przy­pi­sało so­bie tę zasługę. To wi­rus, o którym jed­nak wie­my. Naj­wy­raźniej ukra­dli go.

– Cze­mu nie uświa­do­mio­no nam tego wcześniej? Jak on działa?

– Przy­kro mi, Ar­chie. Po­sta­no­wiłem za­cho­wać wszyst­kie in­for­ma­cje o wi­ru­sie dla sie­bie, dopóki nie do­wie­my się cze­goś więcej o tym, z czym mamy do czy­nie­nia. Za­ra­zek należał do nas. Po­wstał w Co­lum­bia Uni­ver­si­ty w No­wym Jor­ku. Przejęliśmy go i pra­co­wa­liśmy nad nim w la­bo­ra­to­rium czwar­te­go stop­nia bio­bez­pie­czeństwa w Kan­sas. Ja­kieś dzie­więć mie­sięcy temu za­blo­ko­wałem fun­du­sze na ten pro­jekt. Naj­wy­raźniej Ge­ne­sis zna­lazło sposób na wy­kra­dze­nie wi­ru­sa.

– Cóż, te­raz gdy zo­stał wy­pusz­czo­ny, jak re­al­ne jest za­grożenie dla zdro­wia ogółu? – za­py­tała Bro­us­sard.

Al­la­ire i Sa­li­tas zno­wu wy­mie­ni­li le­d­wie do­strze­gal­ne spoj­rze­nia.

– To od­mia­na gry­py – od­parł Al­la­ire. – Która ata­ku­je funk­cje od­de­cho­we bar­dzo po­dob­nie jak wi­rus gry­py, tyl­ko o wie­le gwałtow­niej.

Bro­us­sard, po­sia­dacz­ka dok­to­ra­tu z im­mu­no­lo­gii, zmarsz­czyła brwi.

– Więc to nie­zwy­kle sil­na gry­pa? – zdzi­wiła się. – To nie­możliwe.

– W tym szczególnym przy­pad­ku nie cho­dzi o wi­rus gry­py typu A – od­parł Al­la­ire, zakładając, że Bro­us­sard wie­działa, iż gry­pa typu A jest je­dyną z trzech od­mian wi­rusa, który kie­dy­kol­wiek po­wo­do­wał pan­de­mię.

– Cze­go możemy się spo­dzie­wać? – ode­zwał się po raz pierw­szy wi­ce­pre­zy­dent Til­den. – Ob­ja­wy? Zasięg? Sku­tek? Czy przy­po­mi­na SARS?

Til­den, daw­ny se­na­tor z Ala­ba­my, był bli­ski po­ko­na­nia Al­la­ire’a w pra­wy­bo­rach przed pierwszą elekcją i zo­stał kan­dy­da­tem na wi­ce­pre­zy­den­ta w ra­mach po­li­tycz­nych ustępstw wo­bec kon­ser­wa­tystów z Południa. Sza­no­wa­no go za cięty dow­cip i opa­no­wa­nie pod ostrzałem, lecz po­dob­nie jak większość jego po­przed­ników, pod­czas pierw­szej ka­den­cji swo­je­go urzędo­wa­nia nie­mal zniknął z pola wi­dze­nia.

– Nie wiem, Hen­ry. Mam za­miar skon­tak­to­wać się ze spe­cja­li­sta­mi z ośrodków zwal­cza­nia chorób.

Hank Tom­lin­son, moc­no zbu­do­wa­ny szef ka­pi­to­lińskiej po­li­cji, wstał i za­py­tał:

– Ja­kim cu­dem ktoś zdołał prze­my­cić wi­rus do Ka­pi­to­lu i zde­to­no­wać piętnaście ładunków? Otwar­te było tyl­ko jed­no wejście i użyliśmy na­szych naj­lep­szych prześwie­tla­rek. W do­dat­ku spraw­dza­liśmy wszyst­kie to­reb­ki i tecz­ki.

– Cóż, Hank – od­parł pre­zy­dent – ocze­kuję, że jako szef tu­tej­sze­go od­działu ochro­ny do­wiesz się tego.

– Tak jest – wy­mam­ro­tał Tom­lin­son.

Usiadł i nie od­ry­wał wzro­ku od swo­ich dłoni.

– Mu­si­my sta­wić temu czoło jak każdej sy­tu­acji kry­zy­so­wej – rzekł Al­la­ire. – A to zna­czy, że sku­pi­my się na naj­ważniej­szych rze­czach. Za­pew­niam was, że spro­sta­my temu wy­zwa­niu. I zro­bi­my to ra­zem.

– Czym mamy się zająć, Jim? – za­py­tał Til­den.

– Cze­kając na dane o tym wi­ru­sie, mu­si­my skon­cen­tro­wać na­sze wysiłki na dwóch fron­tach: lu­dziach i ko­mu­ni­ka­cji. Opi­nia, że cały ame­ry­kański rząd jest w bez­pośred­nim nie­bez­pie­czeństwie, zdez­or­ga­ni­zu­je świa­tową go­spo­darkę. Mu­si­my mak­sy­mal­nie ogra­ni­czyć to ry­zy­ko.

– Co pan su­ge­ru­je?

– Przy­go­tuj przesłanie, Hen­ry. W ra­zie po­trze­by możesz sko­rzy­stać z po­mo­cy au­torów mo­ich przemówień. Niech świat wie, że nic się nam nie sta­nie, ale do cza­su uzy­ska­nia całko­wi­tej pew­ności, że nie ma bez­pośred­nie­go nie­bez­pie­czeństwa roz­prze­strze­nie­nia się wi­ru­sa, będzie­my dmu­chać na zim­ne. Możesz na­pi­sać, że doszło do kon­tak­tu z bar­dzo zaraźli­wym czyn­ni­kiem cho­ro­botwórczym, ale nasi mi­kro­bio­lo­dzy pra­cują in­ten­syw­nie nad jego iden­ty­fi­kacją i neu­tra­li­zacją. Niech naród wie, że nic nam się nie sta­nie, ale po­trze­bu­je­my cza­su na grun­towną ocenę sy­tu­acji.

– Ro­zu­miem – od­parł Til­den, który wy­da­wał się wręcz pod­nie­sio­ny na du­chu nałożeniem tego obo­wiązku.

Al­la­ire przyglądał się, ja­kje­go zastępca za­wzięcie coś no­tu­je.

– Po­pra­cuj nad tym z Me­gan. Gdy będzie­cie go­to­wi, pokażcie mi tekst. Do prze­ka­za­nia tej wia­do­mości wy­ko­rzy­sta­my Con­nie Law­son z NBC. Ona ma umiejętność chłod­ne­go przed­sta­wia­nia faktów.

Ad­mi­rał Ja­kes pod­niósł rękę.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, zmo­bi­li­zuję… – Prze­rwał, za­krztu­siw­szy się sil­nym i wca­le nie su­chym kasz­lem.

– …zmo­bi­li­zuj armię – zakończył za nie­go Al­la­ire.

Ja­kes, sześćdzie­sięcio­pa­ro­la­tek, miał po­pie­latą cerę i nie­mal szkli­ste spoj­rze­nie. Bro­us­sard i McAn­drew, siedzące po obu jego stro­nach, podświa­do­mie od­sunęły krzesła o kil­ka cen­ty­metrów i zer­kały na ad­mi­rała z lękiem połączo­nym z od­razą. Al­la­ire skinął na Sa­li­ta­sa, który zakończył roz­mowę te­le­fo­niczną i przy­niósł Ja­kesowi ku­bek z wodą.

– Chcę po­dzie­lić wszyst­kich ze­bra­nych w sali na trzy gru­py. Żeby ułatwić roz­dział środków, każda gru­pa zo­sta­nie ulo­ko­wa­na w in­nym po­miesz­cze­niu. Ad­mi­ra­le, chciałbym, żeby zo­stał pan przywódcą gru­py C. Zaj­mie pan salę ob­rad Se­na­tu i tam zor­ga­ni­zu­je cen­trum do­wo­dze­nia. Niech pan wy­zna­czy in­nych szefów sztabów do po­mo­cy każdej gru­pie oraz na­szym po­li­cjan­tom.

– Kto będzie w mo­jej gru­pie? – za­py­tał Ja­kes.

– Gary i ja będzie­my oso­biście nad­zo­ro­wać przy­działy do po­szczególnych grup. Po­trze­bu­je­my trochę cza­su na sporządze­nie li­sty.

Uczest­ni­cy od­pra­wy wy­mie­ni­li nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia. Al­la­ire wy­czuł, że zda­niem współpra­cow­ników pre­zy­den­to­wi w kry­zy­so­wej sy­tu­acji nie przy­stoi to za­da­nie. Nie mo­gli jed­nak zda­wać so­bie spra­wy, że za­da­nie, które przy­dzie­lił so­bie i Sa­li­ta­so­wi, jest w tym mo­men­cie naj­ważniej­sze ze wszyst­kich.

– Co mamy w tym cza­sie robić? – zdołał za­py­tać ad­mi­rał i zno­wu kaszlnął. Na jego czoło wystąpił połyskli­wy pot.

– Zróbcie listę za­pasów, których wa­szym zda­niem będzie­my po­trze­bo­wa­li – od­parł Al­la­ire i ciągnął: – Kate, chciałbym, żebyś prze­wo­dziła gru­pie B, a Hen­ry weźmie grupę A. Gru­pa A może zo­stać w sali po­sie­dzeń Izby Re­pre­zen­tantów, a lu­dzi przy­dzie­lo­nych do gru­py B prze­nie­sie­my do Sali Rzeźb. Ustal­cie między sobą, cze­go będzie­my po­trze­bo­wać na jed­no­lub dwu­dnio­wy po­byt. Po­zy­skaj­cie po­moc od pozo­stałych członków ga­bi­ne­tu i ko­go­kol­wiek ze­chce­cie. Me­gan będzie spełniać funkcję mo­je­go łączni­ka. Wa­sze­mu uzna­niu pozo­stawiam usta­le­nie za­sad ko­rzy­sta­nia z to­a­let, ale ważne jest, byśmy nie wy­mie­sza­li grup pod­czas prze­no­sze­nia lu­dzi.

– Dla­cze­go? – za­py­tała Bro­us­sard.

– Żeby mieć kon­trolę nad za­pa­sa­mi, Kate. Będzie­my nimi go­spo­da­ro­wać sto­sow­nie do li­czeb­ności grup i lu­dzie nie po­win­ni sądzić, że mogą swo­bod­nie prze­cho­dzić z jed­nej do dru­giej.

Wyglądało na to, że se­kre­tarz zdro­wia jest równie scep­tycz­na wo­bec pla­nu Al­la­ire’a, jak była wo­bec jego wyjaśnień w kwe­stii na­tu­ry za­grożenia.

– Ro­zu­miem, Jim – po­wie­działa przez zaciśnięte usta.

Agen­ci Se­cret Se­rvi­ce pod dowództwem Se­ana O’Ne­ila mie­li zająć się utrzy­my­wa­niem bez­pie­czeństwa.

– In­for­muj­cie mnie o postępach. Me­gan, za­po­wiedz, proszę, że za dwa­dzieścia mi­nut wygłoszę przemówie­nie w sali po­sie­dzeń Izby Re­pre­zen­tantów. Wte­dy po­dam ak­tu­al­ne in­for­ma­cje o na­szej sy­tu­acji i opo­wiem, jak za­trosz­czy­my się o wszyst­kich w cza­sie wyjaśnia­nia pro­ble­mu.

Sze­fo­wa per­so­ne­lu Białego Domu skinęła głową.

– Jor­dan i Hank, zo­stańcie tu na kil­ka mi­nut. Pani też, pani dok­tor. Resz­ta z was ma swo­je za­da­nia. Za­cho­waj­cie spokój, po­dziel­cie się obo­wiązka­mi z in­ny­mi i nie straćcie kon­tro­li nad sy­tu­acją. Je­steście tu przywódca­mi. Ocze­kuję od was, że sta­nie­cie na cze­le. Po­wo­dze­nia.

Po naciśnięciu gu­zi­ka układ hy­drau­licz­ny ste­rujący osłoną Schro­nu od­sunął drzwi w ścia­nie.

Gary Sa­li­tas też zo­stał, choć go o to nie po­pro­szo­no. Pokój opu­sto­szał i ste­ro­wa­ne hy­drau­licz­nie drzwi się za­mknęły. Ci, którzy pozo­stali w środ­ku, zno­wu usie­dli.

Pre­zy­dent wes­tchnął, głęboko i po­wo­li.

– Cóż, moi przy­ja­cie­le – zaczął – muszę zacząć od stwier­dze­nia, że to, co przed chwilą po­wie­działem w tym po­ko­ju, tyl­ko częścio­wo jest prawdą.

Roz­dział 6

DZIEŃ 1 22.05 EST

An­ge­la Flet­cher prze­je­chała do­pie­ro połowę z co­dzien­nej por­cji szes­na­stu ki­lo­metrów na ro­we­rze tre­nin­go­wym, gdy ekran jej no­we­go te­le­wi­zo­ra mar­ki Sony, na którym w try­bie HD po­ka­zy­wa­no orędzie o sta­nie państwa, zro­bił się ciem­ny. Pi­lo­tem zaczęła przełączać kanały w de­ko­de­rze kablówki, ale na wszyst­kich sta­cjach in­for­ma­cyj­nych był taki sam czar­ny ekran. Wyglądało na to, że inne kanały, nie­tran­smi­tujące pre­zy­denc­kie­go orędzia, działały ide­al­nie. Jed­nakże wszyst­kie główne sie­ci te­le­wi­zyj­ne z CNN, MSNBC i Fox News włącznie nada­wały to samo, czy­li nic.

Ze swo­je­go sio­dełka, oto­czo­na ze­sta­wem roślin do­mo­wych, z których każdą po­tra­fiła na­zwać, An­gie wyłączyła te­le­wi­zor, włączyła go zno­wu i to samo zro­biła z de­ko­de­rem. Tym ra­zem sta­cje za­pre­zen­to­wały swo­je wer­sje ko­mu­ni­ka­tu o kłopo­tach tech­nicz­nych, in­for­mując widzów, że pra­cują nad roz­wiąza­niem tego pro­ble­mu.

An­gie ze­sko­czyła z ro­we­ru, przeszła przez prze­stron­ny sa­lon do kuch­ni i wyjęła z lodówki bu­telkę aro­ma­ty­zo­wa­nej wody o zwiększo­nej za­war­tości wi­ta­min. W wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat, mimo me­to­dycz­ne­go prze­strze­ga­nia die­ty we­ge­ta­riańskiej, oraz grun­tow­nej zna­jo­mości ziół i za­sad zdro­we­go żywie­nia, miała wol­niejszą prze­mianę ma­te­rii. Zmia­ny ob­wo­du w bio­drach przy­po­mi­nały o tym co­dzien­nie, cho­ciaż praw­do­po­dob­nie tyl­ko ona była ich świa­do­ma.

Ro­wer i ze­staw han­tli sta­no­wiły jej sposób wal­ki z tym pro­ce­sem. Naj­lep­sze – dla kogoś, kto nie mógł wy­sie­dzieć na większości filmów, sztuk i kon­certów – było to, że ten sprzęt po­zwa­lał wy­ko­ny­wać wie­le czyn­ności równo­cześnie. Pisać e-ma­ile i jeździć na ro­we­rze. Oglądać CNN i pod­no­sić ciężary. Czy­tać i pedałować. Jeżeli nie spała, a prze­zna­czała na sen co naj­wyżej pięć go­dzin na dobę, za­wsze wy­da­wała się robić dwie rze­czy na­raz. Ta ce­cha była źródłem ciągłej kon­ster­na­cji, a na­wet roz­drażnie­nia jej przy­ja­cie­la Bil­la Col­lin­sa. Słowo „była” właści­wie opi­sy­wało sy­tu­ację, gdyż Col­lins te­raz sta­no­wił już po­stać z jej przeszłości.

Wra­cając do sa­lo­nu, An­gie po­rwała swój black­ber­ry, żeby spraw­dzić pocztę. W skrzyn­ce nie było nic na te­mat utra­ty sy­gnału. Wyłącznie co­dzien­na masa e-ma­ili od roz­ma­itych na­ukowców. Wszy­scy chcie­li tego sa­me­go – ar­ty­kułu w jej ga­ze­cie, „The Wa­shing­ton Post”, a co ważniej­sze dla An­gie Flet­cher, sza­no­wa­nej re­por­ter­ki działu na­uko­we­go tej ga­ze­ty, dzien­ni­kar­skiej re­la­cji z naj­now­sze­go przełomu lub od­kry­cia, które ich zda­niem należało przed­sta­wić świa­tu.

An­gie zno­wu spróbowała włączyć te­le­wi­zor. Nic. Głoso­wała na Al­la­ire’a, tak jak większość jej zna­jo­mych, i po­dob­nie jak oni nie mogła się do­cze­kać dzi­siej­sze­go przemówie­nia. Bar­dzo się jej po­do­bało, że w jego za­wo­do­wej przeszłości me­dy­cy­na i na­uka ode­grały równie znaczącą rolę jak po­li­ty­ka. Po­nie­waż zaś dzięki jego ora­tor­skim zdol­nościom na­wet spis rze­czy do pra­nia mógł wydać się ważnym do­ku­men­tem, An­gie czuła się moc­no za­wie­dzio­na tym, że nie wysłucha choćby części pierw­sze­go orędzia o sta­nie państwa na początku dru­giej ka­den­cji.

Uznaw­szy, że mogą działać prze­ka­zy in­ter­ne­to­we, z te­le­fo­nu próbowała wejść na CNN.com oraz na stronę swo­jej ga­ze­ty. Na obu uka­zały się prak­tycz­nie iden­tycz­ne wytłuszczo­ne nagłówki: „Prze­rwa w trans­mi­sji orędzia o sta­nie państwa”. Bar­dzo już te­raz cie­ka­wa przy­czy­ny, An­gie zaczęła spraw­dzać, ale nie zna­lazła żad­nych linków do bar­dziej szczegółowych wyjaśnień.

Minęło nie­mal sześć mie­sięcy, odkąd prze­pro­wa­dziła się z Geo­r­ge­town do od­no­wio­nej ka­mie­ni­cy z bru­nat­ne­go pia­skow­ca w Du­pont Circ­le, bar­dzo atrak­cyj­nym re­jo­nie Wa­szyng­to­nu. Jej sąsiad z 2B, bez­pośred­nio pod jej dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niem, pra­co­wał w Białym Domu i An­gie za­sta­na­wiała się, czy nie za­py­tać go, czy słyszał o ja­kichś nie­zwykłych wy­da­rze­niach w Ka­pi­to­lu. Za­miast tego po­sta­no­wiła się wy­trzeć i złapać taksówkę.

Wpadła do kuch­ni, wciąż z te­le­fo­nem w dłoni, po czym za­trzy­mała się na­gle, by za­brać zra­szacz z bla­tu; chciała zro­sić do­mo­wy ogródek ziół, które wy­da­wały się pra­wie go­to­we do zbio­ru, przy­najm­niej mięta. Królowa ADHD, tak często na­zy­wał ją Col­lins. Co z tego – pomyślała, pędząc do łazien­ki, by włożyć spodnie i ob­szer­ny ma­ry­nar­ski swe­ter.

Wróciła w pośpie­chu do sa­lo­nu i po­deszła do Ho­ra­ce­go, na którym wie­szała płaszcz, ka­pe­lusz i ręka­wicz­ki. Lu­dzie od prze­pro­wa­dzek nie wspo­mnie­li o tym ani słowem, za­uważyła jed­nak, jak wy­pa­ko­wując ludz­ki szkie­let, wy­mie­niają nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia.

Gdy przez kil­ka mie­sięcy spo­ty­kała się z Col­lin­sem, lob­bystą re­pre­zen­tującym branżę ubez­pie­cze­niową, sta­le się dzi­wił, że trzy­ma szkie­let w sa­lo­nie, a jej za­gra­co­na sy­pial­nia przy­po­mi­na pokój w aka­de­mi­ku. Za­pew­niła go jed­nak, że Ho­ra­cy ma związek z jej za­in­te­re­so­wa­nia­mi bio­lo­gią, a nie jest go­tyc­kim fe­ty­szem, którego musi się bać, w sy­pial­ni zaś za­wsze pa­nu­je ide­al­ny porządek – z wyjątkiem sy­tu­acji, gdy aku­rat zja­wiał się w jej miesz­ka­niu.

Brak zro­zu­mie­nia dla obec­ności Ho­ra­ce­go z jego stro­ny od początku po­wi­nien dać jej do myśle­nia, ale Col­lins był do­brze wy­cho­wa­ny, dow­cip­ny i pie­kiel­nie przy­stoj­ny – ewi­dent­nie jed­na z dzie­sięciu naj­lep­szych par­tii w Wa­szyng­to­nie, jak oce­niły go przy­ja­ciółki An­gie. Niewątpli­wie dla­te­go cze­kała tak długo, cho­ciaż w końcu to on uznał, że po­win­ni zacząć „wi­dy­wać się z in­ny­mi oso­ba­mi”. Po­nie­waż An­gie była zmęczo­na rand­ka­mi, po­nie­waż bar­dzo zależało jej na związa­niu się z ja­kimś part­ne­rem na całe życie i po­nie­waż znała sta­ty­sty­ki do­tyczące wie­ku roz­rod­cze­go i płodności, to roz­sta­nie ozna­czało zrzu­ce­nie ogrom­ne­go ciężaru z jej barków.