Jedna chwila - Anna Dąbrowska - ebook + audiobook

Jedna chwila ebook i audiobook

Anna Dąbrowska

4,1

Opis

Czy można być szczęśliwą w świecie, w którym wszystko, co się posiadało, było grą pozorów? 

Emilia postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie. Los wydaje się dla niej łaskawy. Stawia na jej drodze tajemniczego mężczyznę, który mocno ją intryguje. Bohaterka dopiero przy nim czuje, co to znaczy żyć naprawdę. Zawiera z Mattem pewien układ, który budzi w niej zarówno przerażenie, jak i fascynację…

Czy można kochać kogoś tu i teraz, zapominając o złej przeszłości? Ile tajemnic jest w stanie znieść Emilia? Ta opowieść pokazuje, że czasami warto zaryzykować i zacząć życie od nowa.

 

Autorka – Anna Dąbrowska – to urodzona w Inowrocławiu pełnoetatowa mama i żona, właścicielka najbardziej leniwego kota na świecie. Od zawsze marzyła, żeby pisać. Lubi zaskakiwać zakończeniami swoich powieści. Jej autorskie motto brzmi: zawsze stawiam na emocje, co doceniły czytelniczki jej poprzednich powieści. Kolejne części trylogii o losach Emi i Matta to: „Jedno życie” i „Jedna miłość”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 58 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2018

© Copyright by Anna Dąbrowska, 2018

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Volodymyr Melnyk/123rf.com

Zdjęcie Anny Dąbrowskiej: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Igor Nowaczyk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-66229-63-1 (EPUB); 978-83-66229-64-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

„Jedna chwila” to nowa, poprawiona wersja powieści, którą Anna Dąbrowska

opublikowała w 2015 r. pod pseudonimem Laven Rose.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Można podróżować po całym świecie,

wybierać się w rejsy po oceanach.

Przemierzać lądy – wzdłuż i wszerz.

Miłości można szukać wszędzie,

ale największe uczucie

przychodzi całkiem przypadkowo.

Kiedy wtargnie do twojego świata,

już wiesz, że to właśnie ta chwila.

Jedna chwila daje...

Moim najcudowniejszym Czytelniczkom.

ROZDZIAŁ 1

Stałam przed lustrem w salonie sukien ślubnych mojej przyszłej teściowej i próbowałam miarowo oddychać. W myślach liczyłam do trzech i wypuszczałam z trudem powietrze. Znowu spojrzałam na swoje odbicie i znowu poczułam to samo. Obróciłam się w lewą stronę, w prawą... Odczuwałam tylko wstyd i smutek. Czasami żyje się z kimś w hermetycznym związku i jest się szczęśliwym, dopóki nie zapragnie się złapać świeżego powietrza i dystansu. Wtedy cała otoczka nagle pęka, a na światło dzienne wychodzą skrywane fakty.

Pani Krystyna spoglądała z udawanym zachwytem w taflę lustra i klaskała. Każdy odgłos dłoni uderzanej o dłoń powodował we mnie chęć ucieczki.

– Wyglądasz pięknie! – zapiszczała moja przyszła teściowa. – Ten projekt sukni ślubnej będę sprzedawała za spore pieniądze, Emilio. Mam już plan. Zaraz po waszym ślubie każę zrobić sesję na modelce. Nie obraź się, ale przydałoby ci się zrzucić kilka kilogramów, żebyś lepiej wychodziła na zdjęciach, moja droga.

Dwie panie siedzące na krzesłach obitych welurem kaszlnęły i jak na komendę, zaczęły wachlować się najnowszym magazynem plotkarskim.

– Adrianno i Mario – zwróciła się do swoich przyjaciółek znaczącym głosem Krystyna – czy nie uważacie, że mam rację?

Pani Adrianna, kobieta w różowej garsonce, zmrużyła oczy.

– Twojej synowej... – zaczęła mówić.

– Przyszłej synowej, Adrianno – poprawiła ją Krystyna.

– Został im tylko miesiąc do powiedzenia sobie „tak”, a więc uznajmy Emilię za twoją synową, Krystyno. Przestań aż tak dbać o detale.

Przyszła teściowa zmarszczyła brwi wykonane metodą permanentną. Nie znosiła słów sprzeciwu.

– Uważam, że Krystyna ma rację. Zgubienie pięciu kilogramów nie zaszkodziłoby Emilii – poparła jędzowata Maria. Jej perfumy, którymi była obficie spryskana, niemile dusiły w nozdrzach, mimo iż stałam trzy metry od nich.

– Emilio, nie pozostaje ci nic innego, jak przejść na dietę. Może powinnaś zapisać się na aerobik? – zasugerowała Krystyna.

Miałam dosyć. Nienawidziłam tej sukienki, którą miałam na sobie. Nie znosiłam tych kobiet, które całymi dniami zajmowały się plotkami.

One są gorsze od pszczółki Mai – powiedziałam kiedyś do Anatola, czyli mojego narzeczonego, o przyjaciółkach jego matki. – Rozsiewają plotki szybciej, niż pszczoła zdołałaby zapylić kwiat. Anatol wtedy tylko się uśmiechnął i temat został zakończony. Niestety. Następnego dnia zadzwoniła jego matka z pretensjami, że obrażam jej koleżanki.

– Nie mam czasu na aerobik – przyznałam teraz otwarcie.

– Dla mojego syna mogłabyś się poświęcić – odparła z jadem Krystyna.

Nie wytrzymałam. Spojrzałam jeszcze raz w lustro na wielką suknię z olbrzymim tiulem, w której wyglądałam niczym beza.

– Poświęcam się dostatecznie, tkwiąc w tej obrzydliwej sukni, w której zamiast jak Kopciuszek czuję się jak kareta z dyni.

Dwie dewoty najpierw uśmiechnęły się, ale szybko przybrały kamienny wyraz twarzy, kiedy matka Anatola odwróciła się w ich stronę.

– Jestem niska i nie powinnam mieć tak obfitej sukni ślubnej napchanej tiulem! – zakrzyknęłam, schodząc z podestu. Schwyciłam w obie ręce boki sukni i pobiegłam boso do przymierzalni, w której leżały na krześle moje codzienne ubrania.

– Jesteś niewdzięczna, Emilio! – usłyszałam za zasłoną. – Sprawisz przykrość mojemu synowi. On nie zasłużył na twoje zmiany planów i wielkie fochy. Inna kobieta całowałaby mnie i jego po nogach. Byłaby wdzięczna.

– Proszę więc znaleźć sobie inną i wcisnąć ją w tę suknię. I umyć nogi, nim wystawi je pani do całowania. Powodzenia – burknęłam, łapiąc się za głowę.

To zły moment na ślub. To nie ten miesiąc. To nie ten rok. To nie ten mężczyzna.

Ściągnęłam z siebie wielką, bezowatą sukienkę i cisnęłam ją w kąt. Po chwili jednak podniosłam, po czym przewiesiłam przez oparcie krzesła. Nałożyłam na siebie ubranie, przygładziłam czarne włosy i wyszłam z przymierzalni, jakby nic się nie wydarzyło. Posłałam pani Krystynie przepraszający uśmiech, chcąc ją ominąć i wyjść na świeże powietrze. Zapomnieć o tym wszystkim, co przed chwilą zrobiłam i powiedziałam. Nie mogłam postąpić inaczej. Łagodniej. Nie było już na to czasu. Nie miałam czasu na kłamstwa i litość, a właśnie one unieszczęśliwiały mnie. Sprawiały, że każdego ranka nie miałam ochoty wstawać z łóżka. Każdy mój uśmiech był tak naprawdę wyuczonym sztucznym grymasem, który przywoływałam na twarz, by wypełnić pustkę. Zadzwoniłam po taksówkę, mając nadzieję, że w pracy się uspokoję i wyciszę.

Pracowałam jako tłumacz i asystentka w jednej osobie w niewielkiej firmie w Warszawie, która zajmowała się wynalazkami polepszającymi komfort życia. Często zmuszona byłam podróżować z szefem do Londynu, gdzie przedstawialiśmy swoje odkrycia, omawialiśmy je i próbowaliśmy znaleźć sponsora, by móc zdobyć rynek i szerszy zbyt. Ostatnim osiągnięciem firmy był automatom, który tak naprawdę został już dawno odkryty przez szwedzkiego rzemieślnika w 1750 roku. Próbowaliśmy przenieść słowo mówione na klawiaturę komputera, nie zaburzając poprawności językowej, jak to robiły rozmaite programy komputerowe.

***

Byłam strasznie zmęczona, przygnębiona i głodna jak wilk. Zdawałam sobie również sprawę z tego, że Anatol będzie oczekiwał ode mnie szczegółowych wyjaśnień po tym, co zrobiłam w salonie jego matki. Już na samą myśl przechodził mnie dreszcz. Starałam się jak najciszej otworzyć drzwi i szybciutko wślizgnąć się pod prysznic, gdzie ciepła woda rozluźniłaby zmęczone ciało. Niestety, nie udało się...

– Witaj, kochanie. Jak ci minął dzień? – zapytał Anatol, po czym delikatnie pocałował mnie w czoło.

Odprawiłam go z kwitkiem złośliwym spojrzeniem. Wyczuwałam, że pani Krystyna zdała już pełny raport o złym wychowaniu przyszłej synowej.

– Jeżeli chodzi ci o twoją matkę i jej fantastyczne koncepcje modowe wprost z Mediolanu, to daj mi lepiej spokój. Nie chcę się dzisiaj kłócić – odparłam spokojnie, opierając głowę na sofie. – Miałam bardzo ciężki dzień w pracy, a w dodatku szef postanowił urządzić nam wycieczkę do Londynu. Lecę za dwa dni na cały tydzień. Nie zatrzymam się w domu po babci, tylko będę mieszkać w hotelu, w którym codziennie będą robić mi masaże i manicure – wyznałam szczerze rozmarzonym głosem.

– Chyba się nie zgodziłaś? – Jego głos brzmiał bardzo poważnie. – Zdajesz sobie sprawę, ile czeka nas jeszcze spraw do załatwienia?

Nie chciałam ponownie słuchać, że postępuję bardzo nieodpowiedzialnie. Nie wyobrażałam sobie z powodu ślubu zrezygnować z możliwości znalezienia sponsora dla firmy i przyczynić się do jej pierwszego poważnego sukcesu. Ponadto uważałam, że zostało nam dostatecznie dużo czasu, aby zdołać wszystkie przygotowania do wesela dopiąć na ostatni guzik – albo najlepiej odwołać. Takie myśli coraz częściej pojawiały się w mojej głowie.

– Oczywiście, że się zgodziłam! – wykrzyknęłam nieco oburzona. – To tylko tydzień. Wiesz, że kocham to, co robię i lubię czuć się niezależna. Osiągnęłam w firmie tę pozycję sama, dzięki ciężkiej i rzetelnej pracy. Nie chcę jej stracić!

– Dlaczego?! – zapytał podniesionym głosem Anatol. Jego tęczówki przybrały szarą barwę i stały się niemalże matowe. Widziałam, jak przygryzał nerwowo dolną wargę. Zawsze tak robił, kiedy był zły.

– Co: dlaczego?

– Dlaczego nie zostawisz tej pracy? Przecież wiesz, że firma upada! Nie ma dla niej przyszłości! Zajmujecie się bzdurami, pierdolonymi gadżetami, które rozsypują się tuż po pierwszym użyciu, takie są tandetne! Czy ty nie widzisz tego, Emilio?

Przegiął.

Przymknęłam powieki, czując napływające do oczu łzy. Policzyłam do pięciu. Otworzyłam oczy. Zacisnęłam wargi i bez słowa udałam się do naszej sypialni, by wyciągnąć walizkę z szafy.

– Co robisz? – zapytał łagodniejszym tonem.

Nie odpowiedziałam, tylko zaczęłam pakować ubrania.

– Ogłuchłaś, Emilio? – Głos Anatola nie brzmiał już przyjemnie. Słychać w nim było wyraźną ostrą nutę.

Szybkim krokiem udałam się do toalety. Impulsywnie pochwyciłam kosmetyczkę i szczoteczkę do zębów, po czym wróciłam do sypialni i włożyłam przybory do walizki.

– Co robisz, do jasnej cholery?! Odpowiedz!

– To, co widzisz! – wysyczałam, zamknęłam walizkę i zaczęłam ciągnąć ją w kierunku drzwi. Przed wyjściem zabrałam jeszcze torebkę, którą zostawiłam w przedpokoju.

– Jeśli stąd wyjdziesz, to koniec z nami! Rozumiesz?!

Omiotłam zniesmaczonym spojrzeniem twarz zdenerwowanego Anatola.

– W takim razie odwołujemy ślub. Po resztę ubrań przyjdę za tydzień – odparłam chłodno.

– Kurwa! – wykrzyknął, łapiąc się obiema rękami za głowę. Jego policzki stały się czerwone.

– Nie powinniśmy zabrnąć tak daleko w tym wszystkim – dodałam cicho, prawie szeptem.

– Wyjdź! – wykrzyknął Anatol i wskazał mi drzwi.

Wyszłam. Bez słów. Bez łez.

Niosłam dużą walizkę i torebkę, a w sercu... na dnie leżała ulga.

Moje emocje osiągnęły dzisiaj zenit. Miałam serdecznie dosyć Anatola, który chciał mnie widzieć wyłącznie w roli gospodyni domowej, i wspomnień o tej paskudnej bezowatej sukience. Chciałam czegoś innego od życia. Nie bogatego męża, który wciąż by mnie kontrolował i mówił mi, co powinnam robić. Nie byłam także gotowa na dziecko, o którym marzył. Nie pragnęłam ślubnego przepychu, na który upierali się mój narzeczony razem z matką.

Teraz czułam się wolna.

Szłam ulicami Warszawy, ciągnąc dużą walizkę na kółkach, ale uśmiechałam się. Nie spostrzegłam nawet, kiedy zaczął padać deszcz. Nieistotne było, że moknę, że marznę, a kosmyki włosów przyklejają się do wilgotnej twarzy. To się nie liczyło. Po prostu oddychałam wolnością i przysięgłam sobie w myślach, że z Anatolem koniec.

– Koniec – wyszeptałam i wtedy poczułam po raz pierwszy od dwóch lat zapach rześkiego deszczu.

***

– Aguś, czy przygarniesz na dwie noce biedną, zagubioną owieczkę, której dzisiaj cały świat gra na nerwach? – zapytałam spokojnie przyjaciółkę.

– Dobrze, ale śpisz na sofie w salonie. Ach, a jeśli ta owieczka jest mocno ubłocona, to niech szybko weźmie prysznic i postara się nie grać ludziom na nerwach, ponieważ ludzie chcą iść spokojnie spać, gdyż czeka ich horror zwany piątkiem rano.

– Ubłocona? Może trochę, ale przemoczona i zmarznięta na pewno... brr!

Posłuchałam rady przyjaciółki i pospiesznie pobiegłam do łazienki. Kiedy pozbyłam się przemoczonych ubrań, stanęłam pod prysznicem i łapczywie zaczęłam rozkoszować się każdą kropelką ciepłej wody. Po raz pierwszy w tym dniu poczułam się odprężona. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy moja bosa stopa dotknie zimnej podłogi, czar beztroski szybko przeminie.

Cholera! Co ja najlepszego zrobiłam? – pomyślałam, analizując minione wydarzenia.

Nie w taki sposób powinno kończyć się związki, zwłaszcza jeśli za miesiąc miało się zawrzeć związek małżeński. Mimo to czułam się szczęśliwa. W końcu wyraziłam swoje zdanie, ujawniłam prawdziwe uczucia i rozpierała mnie duma. Zawodowo byłam pewniejszą siebie osobą, ale w domu przemieniałam się w łagodną i spokojną owieczkę. To mnie zgubiło. Moja opinia przestała się liczyć nawet dla Anatola. Tak naprawdę nie chciałam tego ślubu, ale on tak nalegał, że w końcu się zgodziłam, aby dłużej nie sprawiać mu przykrości. Te całe przygotowania przyprawiały mnie o zawrót głowy. Postąpiłam słusznie.

Z taką myślą owinęłam się ręcznikiem i udałam się do salonu.

– Hej, czysta owieczko! Myślałam, że się utopiłaś. – To powiedziawszy, Agnieszka podała mi filiżankę gorącej czekolady. – Pamiętaj, że nic tak nie przepędza smutków jak czekolada. To ona powinna zostać nazwana napojem bogów. – Usiadła obok mnie i ze stoickim spokojem zapytała: – Co się stało?

Patrzyła na mnie badawczym wzrokiem, a ja nie chciałam ukrywać prawdy.

– To koniec.

– Taaak – przedrzeźniała mnie, nie wierząc w rozstanie z Anatolem.

– Tak! – krzyknęłam i upiłam łyk gorącej czekolady. Była pyszna.

– Nie wierzę! Moja przyjaciółka nagle zmądrzała...

Posłałam Agnieszce szeroki uśmiech.

– Nie wietrz zębów, tylko opowiadaj wszystko od początku – nalegała, podciągając kolana pod brodę.

– Miałaś rację, okej? Nigdy nie pasowaliśmy do siebie z Anatolem. A dzisiaj wywróciłam swoje życie do góry nogami. Najpierw skrytykowałam projekt sukienki ślubnej przyszłej teściowej, zerwałam ją z siebie i cisnęłam w kąt przymierzalni, później wyszłam z salonu, jak gdyby nic się nie stało. W pracy dowiedziałam się, że znowu lecimy do Londynu. – Nastąpiła chwila ciszy, aż wyszeptałam nieśmiało: – Pokłóciłam się z Anatolem, a właściwie to stanowczo sprzeciwiłam się jego planom wobec mnie. Chciał, żebym zrezygnowała z pracy.

– Jezu! – zawołała Agnieszka, składając dłonie jak do modlitwy. – Dziękuję Ci, Panie, jeśli naprawdę istniejesz! Nawet pójdę na mszę i wrzucę na tacę stówę!

– Nie grzesz, Aguś.

– Nie wiem, o co ci chodzi. Zwyczajnie okazuję swoją wdzięczność i zaczynam wierzyć w tę nadniebną instytucję zwaną Królestwem Niebieskim.

Przewróciłam oczami.

Agnieszka nie należała do osób religijnych. Odwróciła się od wiary, Boga, Kościoła. Piętno na jej psychice odcisnął chłopak, który zostawił ją dla służby Bogu. Nie mogła tego zrozumieć. Niewiele wiedziałam o tej historii, nigdy nie dopytywałam o szczegóły, jednak ta nieszczęśliwa miłość złamała Agnieszce serce. Pokruszyła je na drobne kawałki.

– I ty, Emilio, chciałaś wychodzić za mąż za łajzę, która miała na imię Anatol?

– Aga, nie przeginaj. On nie był winny temu, że nosił idiotyczne imię. To wina jego matki.

– Krystyny – wypowiedziała dobitnie imię kobiety, po czym wybuchnęła gromkim śmiechem.

– Jesteś nienormalna! – stwierdziłam, trzymając się za brzuch, i wtórowałam w napadzie wesołości.

– A ty jesteś sztywniarą!

– Wiem o tym. Jestem, jaka jestem.

Agnieszka popatrzyła na mnie i przytuliła do siebie.

– Jesteś mądra. Znasz trzy języki, być może cztery!

– Polski – zaczęłam wyliczać – angielski, trochę hiszpańskiego i... Nie ma już czwartego.

– A francuski? – zapytała, a w jej oczach zamigotały zbereźne chochliki.

– Mam cię dosyć! – wykrzyknęłam i poczułam, jak gorące od rumieńców stały się nagle moje policzki. – Jestem zmęczona. Przepraszam cię najmocniej – mówiąc to, nakryłam zmarznięte ciało wełnianym kocem – lecz idę spać i nie mam ochoty na twoje zbereźne żarty.

– Sztywniara...

To prawda. Agnieszka miała rację, byłam mało rozrywkowa. Należałam do kobiet spokojnych i pragmatycznych. Czasami lubiłam bujać w obłokach.

Kilka lat wcześniej spotkał mnie dramat. Moi rodzice zginęli w pożarze, gdy ja przebywałam na wakacjach u babci w Londynie, szkoląc swój angielski. Strasznie przeżyłam ich śmierć. Mój świat się zawalił. Wciąż pamiętałam minę babci, która przekazała mi tę straszliwą wiadomość. Nigdy nie zapomnę jej szklistych oczu oraz drżącej dolnej wargi, kiedy próbowała wydusić z siebie chociażby jedno słowo. Wróciłam następnego dnia do Polski, choć tak naprawdę nie miałam już do czego wracać. Straciłam rodziców, a z domu zbudowanego z bali pozostały jedynie betonowy fundament, trochę szkieletu i zgliszcza. Z ziemi unosił się zapach popiołu i spalenizny. Kiedy ujrzałam dom, czy raczej to, co z niego zostało po pożarze, zwymiotowałam z rozpaczy.

[...]