Jeden na milion - Martin Reiner - ebook
Opis

Jeden na milion to zbiór czternastu opowiadań jednego z najpopularniejszych czeskich prozaików. Martin Reiner zabiera nas na łąki pełne hipisów, na próby chóru więziennego, do Ameryki – a szerokiemu wachlarzowi tematów towarzyszą różnorodne formy literackie. Lektura dla smakoszy!

 

Martin Reiner – poeta, prozaik, wydawca. Laureat najważniejszych czeskich nagród literackich. Autor powieści Lucynka, Macoszka i ja.

 

„Powierzę panu pewną wielką tajemnicę. Proszę podejść bliżej… (Szepcze.) Słowa to istoty! (Rozgląda się wokół, jakby tę tajną informację mógł ktoś ukraść.) Mają prawdziwą treść. A co tak właściwie robi z nimi ludzkość? Wpycha codziennie do maszynki i mieli na sieczkę!”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


GRETA

I

Ta żółta, odrapana kamienica wciąż stoi. W ślepej uliczce z dwoma rzędami rosłych lip. Kto wejdzie na sześćdziesiąt pięć schodów, znajdzie się przed drzwiami z dużym namalowanym okiem, którego „tęczówkę” stanowi mosiężny wizjer z wrogo zwężoną źrenicą. Niezależnie od tego, kto ma na sumieniu ów cud rękodzieła, babcia wprowadziła się tu, kiedy oko już straszyło.

Lecz za widzącymi drzwiami skrywało się tuzinkowe mieszkanie z maciupką kuchnią, jednym większym pokojem z widokiem na ogród i zaniedbaną łazienką wyłożoną jasnozielonymi kafelkami. Babcia przeżyła tu pięćdziesiąt pięć lat. I podczas gdy malowane oko na drzwiach było obrzydliwością oczywistą na pierwszy rzut oka, odkrycie innej tajemnicy zajęło mi całe dekady: w okresie zawierającym życie dwóch pokoleń nie spędził w tym mieszkaniu nocy żaden mężczyzna.

Owszem, babcia była raczej samotniczką. Koronkowe serwetki na stoliku i dwóch skrzyniach pościelowych, na półkach stare książki z serii Biblioteczka Francuska i Plony oraz kilka kiczowatych pamiątek z miejsc, których w większości nie odwiedziła. Obok doniczki z umęczoną begonią stała fotografia oznaczona na tylnej stronie pieczątką studia Kocurek & Syn: babcia na lekcji tańca. Twardy karton, ładna dziewczyna o surowym spojrzeniu. Wyraźne podobieństwo do hollywoodzkiej gwiazdy Grety Garbo. Nic dziwnego, że już kiedy miała dziewiętnaście lat, upatrzył ją sobie przystojniak z lepszej brneńskiej rodziny – u nas też nigdy nie mówiło się na babcię inaczej niż właśnie Greta. To przezwisko pasowało do niej doskonale.

Mirek Dohnalik był wysokim, żylastym sportsmanem z twarzą jak z amerykańskiego westernu i tworzył z Gretą piękną parę. Na jego rodzicach nie robiło to jednak większego wrażenia – zdecydowanie nie uznali Grety za synową marzeń. Mimo to egoistyczny starszy pan był jedną z nielicznych pozytywnych postaci w życiu Grety i wspominała go częściej niż własnego ojca. Pamiętano – i często cytowano u nas w domu – jego zdanie:

– Podobasz mi się, dziewczę, ale sądzę, że nie będziesz z naszym synem szczęśliwa.

Dosłownie.

Przyszły teść wiedział to, czego babcia nie chciała dostrzec: jego syn był tak naprawdę dandysem trwoniącym rodzinny majątek pełnymi garściami i wyznającym „wolną moralność”. Gretę poślubił wyłącznie dlatego, że był już w wieku, w którym wypadało mieć żonę. I oczekiwał, że ona z wdzięczności stworzy mu wygodne gniazdko do coraz to nowych kocich zalotów.

Moja mama nie miała jeszcze nawet trzech lat, a już było po wszystkim. Sportsman kupił im mieszkanie na Czarnych Polach i to wyczerpało jego wewnętrzną potrzebę troszczenia się o rodzinę. Greta musiała podpisać, że rezygnuje z jakichkolwiek dalszych roszczeń. Nad powierzchnią utrzymywała się wtedy dzięki jednej, ale wyjątkowo silnej motywacji: pokazać temu żałosnemu zdrajcy, jak wielki popełnił błąd!

Sądziła, że wie, jak to osiągnąć. Miała przecież Elę, swoją córkę – i od tej chwili już tylko swoją córkę! Pragnęła uczynić z niej najwspanialszy medal, który za jakiś czas powiesi sobie na szyi, żeby wszyscy widzieli, że ona sobie poradziła. Kiedy więc słodka dziewczynka trochę podrosła, zapisała ją na lekcje fortepianu u madame Ecarlate – Belgijki z wysokim kokiem, miażdżącej w zębach pustą końcówkę papierosa – chyba tylko dlatego mama przeżyła te dziesięć lekcji. Nauczycielka oczywiście widziała, jak beznadziejnie uczennica tonie w biało-czarnych falach, ale Greta nie chciała ustąpić. W końcu przed fortepianem uchronił mamę Hitler.

Babcia, niegdyś zapalona członkini patriotycznego Sokoła, szybko przyjęła niemieckie obywatelstwo, do czego uprawniał ją tytuł urzędniczy, zatem wojnę w zniemczonym Brnie przeczekały bez uszczerbku. Kiedy jednostki niemieckie gładko obchodziły linię Maginota, mama z dużo mniejszymi sukcesami próbowała na korcie na Lużankach trafić piłeczkę. Rakieta tenisowa była zbyt duża i ciężka, by w pełni ją kontrolować. Lecz przecież i tak nie chodziło bynajmniej o wyniki sportowe, tylko o savoir-vivre.

Wojna się skończyła, „gnojek Dohnalik” przy pomocy wpływowego ojca sprawił, że Gretę całkowicie ominęła wichura przesiedleń – i nadszedł czas żywiołowego optymizmu, w którym nikt nie wątpił w to, że wystarczy trochę wyremontować fasady, załatać kilka dziurawych dachów, odciągnąć z ulicy Dominikańskiej zniszczony niemiecki czołg i wszystko wróci na stare tory z lat dwudziestych. Najpiękniejszy okres w życiu Grety. Pierwsze lata po wojnie były tak ekscytujące! W czasach nabitych emocjami Dohnalik zaczął nawet przysyłać pieniądze, a moja mama często wracała ze szkoły długą lipową aleją z dzienniczkiem pełnym piątek.

Lecz stary porządek nie powrócił.

Klement Gottwald, który – jak wiadomo – miał łeb na karku, udał się na Hradczany po zgodę na użycie tu i ówdzie odrobiny zorganizowanej przemocy, a ponieważ chory prezydent Benesz wielkodusznie tej zgody udzielił, fortepian, tenis i walc z dnia na dzień stały się symbolami moralnego upadku.

Młode dziewczęta nie miały już schylać się po kolejną piłeczkę po zwycięskiej akcji… Za to od tej chwili często schylały się nad burakami cukrowymi w czasie sobotnich robót, często jeszcze przed świtem i przy porannych przymrozkach.

Luty ’48 był jedynie jaskółką zapowiadającą zmiany. Najgorsza rzecz stała się dziesięć miesięcy później, kiedy to Mirek Dohnalik wyemigrował.

Świat pociemniał. Tyle czasu, pracy, energii i pieniędzy, które Greta poświęciła na wychowanie mojej mamy – to wszystko z dnia na dzień straciło dużą część swojego uzasadnienia. To, co miało być złotym medalem i dowodem triumfu, nagle zawisło na szyi niczym ciężki, stalowy dzwon, który w kolejnych latach wydawał coraz bardziej fałszywe dźwięki.

Greta wciąż wyglądała dobrze: szczupła kobieta z jędrnym biustem i twardymi rysami twarzy. Wprawdzie była zaledwie pionkiem w rękach historii, lecz wystarczająco oportunistycznym, by bezpiecznie przepływać między skałami. Aż dziw, że została sama. Że tak zagnieździła się w nowej sytuacji, zdradzającej wiejskie pochodzenie. Pozostała jej bowiem tylko chłopska duma. I oczywiście córka: miała szesnaście lat i już nosiła na swych plecach winę ciężką jak grzech pierworodny. Na Czarnych Polach bywało naprawdę duszno. Czy można się więc dziwić mamie, że przy pierwszej okazji wyszła za mąż i zwinęła się z domu? Siedem miesięcy po ślubie narodził się Ludwik. Mój brat przyrodni.

Mąż mamy – Marian – był prostym i trochę upartym facetem, wpadającym w głębokie zakłopotanie, gdy odzywała się do niego ekspedientka w spożywczym. Mama, jak na to, że był ojcem jej dziecka, wiedziała o nim zaskakująco mało. Ale znała jego główny atut: nie był Gretą! Cała reszta pozostawała w cieniu tego kluczowego faktu.

Przy minimalnych wzajemnych wymaganiach był to wtedy, w połowie lat pięćdziesiątych, udany związek. Tyle że po jakimś czasie Marian zaczął pić i wyprowadził się do Havirzowa. Pracował w kopalni Dukla i w lipcu 1961 roku był jednym z nieszczęśników, którzy spłonęli lub udusili się podczas jednej z największych tragedii górniczych w dziejach Czech.

– Zostaw tego łajdaka, niech idzie, gdzie chce – mówiła Greta tuż po tym, jak Marian wyjechał z Brna, a mama z Ludwiczkiem wprowadziła się z powrotem do małego mieszkania na Czarnych Polach. Rola ratowniczki, którą Greta odgrywała z pierwszorepublikową manierą, szybko zaczęła jednak ją nudzić i po pół roku wszystko wróciło do normy…

Czyżby Ela myślała, że to taki raj: mieć na starość w domu małe dziecko i córkę, która nie potrafi o siebie zadbać?

Czy dziwi się, że ten jej – Marian, tak? – znalazł sobie inną babę? No, kto wie, jak spisywała się w łóżku… pewnie nieszczególnie, skoro uciekł.

– Czy nie dość już było moich wyrzeczeń? – pytała Greta koleżanek w kawiarni U Tomana. I nad kawą po wiedeńsku nie omieszkała nawet przyznać, że „ta dziewczyna to jej największa życiowa porażka”.

O tym, że stosunki mojej mamy z babcią nie należą do najcieplejszych, wiedziałem. Ale mama nigdy się nie skarżyła, a te kilka historyjek z „kroniki rodzinnej” wzbudzało we mnie przekonanie, że wszystko mniej więcej rozumiem. A jednak nie miałem najmniejszego pojęcia o okropnościach, które się za tym wszystkim skrywały.

II

Kiedy Greta zmarła w 1991 roku, miała 79 lat. Ale jej małe imperium zaczęło upadać dużo wcześniej. Wszystko wskazuje na to, że już w czasie, kiedy się urodziłem. Mój ojciec trzymał ją na dystans. Zresztą Greta miała wtedy już ponad pięćdziesiąt lat… a zmian w tak krótkim okresie było zbyt dużo. Czas nowych nadziei płynący w drugiej połowie lat sześćdziesiątych pod jej progiem wartko niczym rzeka, nie potrafił ożywić jej zainteresowania światem. Ale tym staranniej dbała o siebie!

Szczerze mówiąc: jej starość zmieniła się w pokaz rozrzutności, w wystawę taniej próżności. Regularnie chodziła na manikiur, dbała o to, żeby zawsze mieć świeżą trwałą i jakiś ciekawy kolor włosów. A przede wszystkim nieustannie eksperymentowała z naturalnymi maseczkami do twarzy – aż do końca pozostało to jej sens de la vie.

Nic dziwnego, że w pogaduszkach przy torciku i żółtkowym wianuszku nie miała sobie równych.

Jej rówieśniczki zazwyczaj wyglądały jak gałgany wytargane na tarze tak skutecznie, że straciły kolor i kształt. Tym większą odczuwały wdzięczność wobec losu za to, że dzieci ich nie skreśliły i czasem je odwiedzały. Ale nawet w tej kwestii Greta nie zostawała w tyle:

– Jaką sobie wychowałam, taką mam – nie wahała się przypominać, gdy nadchodził odpowiedni moment. Albo nawet kiedy nie nadchodził. Potem uśmiechała się szeroko i zlizywała szminkę z zębów. O czym mówiła?

O wizytach mojej matki, które – od kiedy pamiętam – rządziły się niezmiennym porządkiem. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat. Najpierw mama szła do samu i kupowała to, co Greta podyktowała jej przez telefon. Własną inicjatywę mogła przejawić tak, że kupowała matce za swoje pieniądze kanapkę biskupią, która nigdy jej się nie przejadła, oraz bitą śmietanę, żeby mogły zrobić kawę po wiedeńsku i „trochę sobie pofolgować”, zanim nadejdzie gwóźdź programu, czyli wyrzuty i obelgi. Idealną godziną spotkań była trzecia po południu, ale trzeba przyznać, że Grecie nigdy nie zależało na tym, żeby mama przychodziła punktualnie.

– Minuta w tą czy w tą – mawiała teatralnie – przecież życie to nie musztra, prawda?!

Ale mama i tak rzadko się spóźniała.

Zatem tego dnia również najpierw spojrzała w oko namalowane na drzwiach (oczy za oko), a potem zadzwoniła dokładnie o trzeciej. Kiedy nikt nie otworzył, pomyślała, że Greta zasnęła albo nawet zapomniała o ich spotkaniu, co jednak zdarzyłoby się po raz pierwszy.

Trochę niepewnie wyciągnęła swój klucz, otworzyła drzwi i weszła do środka: Greta siedziała w fotelu dokładnie naprzeciw. Na twarzy miała plasterki suchych ogórków, między którymi pobłyskiwały oczy. Siedziała bez ruchu i patrzyła przed siebie... Mama zamknęła drzwi i poszła do budki na rogu ulicy zadzwonić po pogotowie.

Kiedy po raz drugi tego dnia wchodziła po schodach na górę, przyszło jej do głowy, że może to był tylko żart. I że może Greta tymczasem rozpakowała zakupy, które zostały w przedpokoju... Przez chwilę stała przed drzwiami i słuchała, czy w kuchni nie zaczyna gwizdać czajnik z wodą na kawę. Dopiero potem znów weszła do środka. W pokoju nie zaszły żadne zmiany poza jednym zielonym krążkiem, który odleił się i spadł Grecie na łono.

Pogrzebem w całości zajęła się mama. Ludwik, mój przyrodni brat, nie przyszedł. O ile wiem, przez ostatnich piętnaście lat widział Gretę tylko raz, i nawet wtedy wyglądał, jakby wbijano mu igły pod paznokcie.

Dohnalik umarł piętnaście lat temu w San Diego, zatem z rodziny zostaliśmy tylko ja i mama. Za naszymi plecami siedział, prawie jak w pustym wiejskim kinie, tuzin starych kobiet – koleżanek nieboszczki. Każdy pogrzeb, na którym same nie leżały w trumnie, był dla nich miłym wydarzeniem towarzyskim. Chciały towarzyszyć Grecie w jej ostatniej drodze, ale interesowało je również, jak na żywo wygląda jej „jedyna prawdziwa porażka”, którą – przypominam – wcale nie był ten pogrzeb.

Nikt nie płakał.

Po ceremonii poszliśmy do restauracji Union i tam, nad głębokim talerzem zupy z soczewicy mama powiedziała mi, jak to było wtedy z Marianem, jej pierwszym mężem i ojcem mojego brata.

Greta spotkała się z nim, kiedy Ludwiczek miał półtora roku, i wtedy ci dwoje widzieli się po raz pierwszy. Najpierw kazała sobie przysiąc, że nigdy jej nie wyda, a potem powiedziała mu mniej więcej to: dziecko, to znaczy Ludwiczek, nie jest jego. Z tego powodu ona nie utrzymuje z nimi kontaktu. Jej córka wie, że ona wie. Oczywiście kocha Elę, to jej jedyne dziecko, ale nie może patrzeć, jak ktoś jest szczęśliwy – a pan, panie Marianie, jest teraz szczęśliwy, prawda? – a jednocześnie…

Kiedy zabrali niedojedzoną zupę, jeszcze przez kilka minut patrzyłem przez okno, niezdolny do jakichkolwiek słów:

– Od kiedy o tym wiesz?

– Kiedy Marian zginął w Dukli, do Brna przyjechał jego kolega z Hawirzowa, właściwie kolega z pracy, i przywiózł jego rzeczy. I to od niego to wiem, Marian wszystko mu opowiedział. Stałam tam jak zamurowana i w tamtej chwili wszedł do kuchni Ludwiczek, który miał już prawie osiem lat, a ten kawał chłopa rozpłakał się jak dziecko.

– Dlaczego?

– Bo Ludwik był pomniejszoną kopią Mariana. Dlatego.

– Gdzie dziś jest ten człowiek? – spytałem, jakby to mogło w całej sprawie cokolwiek zmienić.

– To twój tata.

W tej chwili przyniesiono do naszego stołu dwa smażone sery, ale ja musiałem wstać i wyjść. Zanim udało mi się włożyć kurtkę – nie mogłem trafić ręką do rękawa – usłyszałem za plecami:

– Pan nie będzie jeść?

A potem głos mamy:

– Chciałam cię poprosić… Zajmij się tym grobem.

III Dopisek Eli

Usiadłam wtedy na starym stołku ze zniszczoną tapicerką, oparłam się plecami o drzwi i dopóki nie przyjechała karetka, prześwietlałam mamę wzrokiem. Na dworze było pochmurnie, w pokoju dość ciemno, a kiedy przyglądałam się tej obojętnej, pokrytej ogórkami twarzy, wydawało mi się, że przez okno za plecami matki ktoś zagląda. Ale był to tylko ten olbrzymi świerk rosnący za domem.

Przez całe moje dzieciństwo siadywały tam synogarlice i gruchały, zawsze w parach, z tymi delikatnymi półobrożami na szyjach…

Potem przypomniałam sobie też lipy sprzed domu. Dawno je wycięli, ale wtedy rosły wzdłuż całej ulicy. Wspominałam Milę Ustohalową, Zuzkę Borzecką, Werkę Schmidtmayerową, koleżanki z sąsiednich kamienic. Bawiłyśmy się skakankami, czasem piłką – to nie wychodziło mi za dobrze. Stary Cetl zawsze po powrocie z popołudniowego spaceru opierał się o laskę na chodniku po drugiej stronie ulicy i patrzył na nas.

Przypomniałam sobie pierwsze lata protektoratu, które kojarzyły mi się przede wszystkim z cyrkiem Zentral!

Zawsze na początku wiosny naszą ulicą przejeżdżał długi sznur wozów ciągniętych przez konie i zatrzymywał się dopiero na jej ślepym końcu. W przeciągu dwóch dni wyrastał tam wielki, kolorowy namiot z mnóstwem sztandarów i wielkim napisem pod niskim wejściem.

Z — E — N — T — R — A — L.

Klatki ze zwierzętami stały niczym mury wokół namiotu.

Niedźwiedź śmierdział bardziej niż kozy – to było zaskakujące, psy szczekały jeden przez drugiego, a jedynym zwierzęciem, które nie zwracało na nas najmniejszej uwagi, był tygrys. Cudowny! Główna atrakcja cyrku. Kiedy przychodziłyśmy po szkole, spał w rogu małego kojca. Z tyłu, za klatkami, pasły się dwa wielbłądy z resztkami zimowej sierści i kilka koni. Wśród nich kucyk, o którym potajemnie marzyłam. Ale wiedziałam, że w domu nie da się trzymać kucyka.

Musiały minąć dwa lata, zanim Greta wzięła mnie na przedstawienie. Największe wrażenie zrobili na mnie klauni. Przede wszystkim te ich dziwnie zastygłe, pomalowane na biało twarze. A także to, jak krzyczeli coś niewyraźnie, kopali jeden drugiego i padali na ziemię. To byli niemieccy klauni. Ludzie śmiali się jak szaleni. Ale ja dosyć się ich bałam. Byłam jeszcze małą dziewczynką –

A potem przyszli sanitariusze i wynieśli ją.

Co mi wtedy powiedziała?

Rok 1989, ten rok, w którym była aksamitna rewolucja…

Czwarty dzień leżała w szpitalu św. Anny po lekkiej martwicy. Być może to jest ten moment – myślałam – kiedy będzie mnie naprawdę potrzebować. Możliwe jest również – Boże, wybacz – że do tego szpitala poszłam także po to, by zobaczyć ją trochę złamaną i skruszoną. Nie wiem. Ale na korytarzu nie stała złamana starsza pani po martwicy, tylko harpia czekająca, kiedy się pojawię, żeby – jakby moja obecność dodała jej sił – mogła się roześmiać… i powiedzieć mi coś tym swoim władczym tonem.

Tylko co to było?

Zapewne po prostu kolejne wyrzuty za wszystko, co jej się w życiu nie udało. Za dzieciństwo bez odrobiny ciepła i uczuć. Za naiwność, z którą wyszła za mojego ojca, a on później rzucił ją na ziemię i odszedł. Za komunistów i stracone sny o życiu wypełnionym po brzegi francuskimi bon motami. Za to, że nie stałam się tym, czym nigdy stać się nie mogłam: jej złotym medalem. Z pewnością nie powiedziała niczego, co słyszałabym po raz pierwszy. Ale uderzyło mnie to: nie zmieniła się nawet tutaj, nie odpuściła trochę ze swoich krzywd – wręcz przeciwnie – jakby jeszcze w ostatniej chwili chciała wyryć mi je swoim skrzekliwym głosem na skórze. Był to sąd ostateczny, który mnie skazał.

I wtedy się na nią rzuciłam. Rękami wprost do szyi… Nie wiem, co działo się później, ale kiedy ją odprowadzali, a ja nie mogłam złapać tchu, nie stał tam żaden klaun z twarzą pomalowaną na biało. W głębi korytarza zniknęła w drzwiach pokoju roztrzęsiona stara kobieta w koszuli nocnej naderwanej pod szyją i z na wpół obnażoną zwiędniętą piersią.

Chyba dlatego teraz przypomniało mi się to wszystko. Z powodu tych luźnych marmurowych i kamiennych linii wszędzie wokół. Synogarlice ze sczepionymi szyjami, które albo nie mogą nasycić się swoją miłością… albo ostatkiem sił duszą się wzajemnie.

Ale i tak jest tu uroczo! Nie sądzisz?

Jak ludzie starają się dodać osobistego wyrazu – każdy swoim grobom. To wręcz wzruszające. Ale dla kogo to robią? Przecież tam na dole leży już tylko taka dziwna, gliniana armia.

Przykro mi, że nie poświęcałam trochę więcej uwagi ptakom. Mają tu drzewo, na które się zlatują. Nie ma dnia, żebym nie widziała tam jakiegoś nowego. Próbuję rozpoznać je za pomocą tych czterech czy pięciu gatunków, które znam, ale nie ma szans. Jak wygląda taki… gil? Albo wilga? Kowalik? Greta wszystkie ptaki, których nie znała, nazywała piórosław. Piórosław północny… całkiem zabawne, prawda?

Muszę uważać, żeby niczym tu nie poruszyć. Kiedy odchodzę, zawsze wygładzam nogą piasek przed grobem. Gdyby mój syneczek odkrył, że tu przychodzę, na pewno by się na mnie złościł. A przecież potrafi się tak ładnie śmiać. Śmieje się bardzo głośno, a oczy ma przy tym ściągnięte w szparki. Dokładnie tak jak Greta!

Gdyby teraz się tu pojawił, zakradł się cicho i od tyłu ścisnął mi szyję, byłoby po wszystkim.

Lekcja dobrego wychowania zostałaby zakończona.

ANIOŁ

Pani Maszek czytała nam przed snem opowieści biblijne. Cóż się tam działo! Pojawiali się aniołowie, żeby spełnić życzenia lub przynajmniej podpowiedzieć, jak pokonać los. Ale nie było z nimi wcale łatwo, bo nigdy nie przyszło im do głowy, żeby na spotkanie się umówić. Ponadto taki anioł niemal zawsze pojawiał się w jakimś opuszczonym miejscu, gdzie w rozmowie z wybrańcem nie mógł mu nikt przeszkodzić. Tylko jak to zorganizować w budynku, w którym od rana do nocy żyje się w towarzystwie czterdzieściorga innych dzieci?

Przyprowadzano nas w poniedziałek rano i dopiero w piątek po południu mogliśmy wrócić do domu. Nazywało się to przedszkole tygodniowe. Pięć dni bez mamy, pięć dni nadziei, że coś się stanie i że z nakazu jakiejś wyższej mocy pójdziemy do domu trochę wcześniej.

Radeczek był w jeszcze gorszej sytuacji niż pozostali, ponieważ w ogóle nie miał mamy. Zajmowali się nim babcia i dziadek, więc przechwalał się przynajmniej tym, że dziadek ma drewnianą nogę, którą na noc odkłada do wiklinowego kosza. Twierdził też, że krety to owadożercy, co było dla mnie oczywistą bzdurą, chociaż nigdy żadnego kreta nie widziałem.

– Ja to wiem – wściekał się.

– Kłamiesz! – krzyczałem, dopóki się nie rozpłakał. Potem chwyciłem go za obie ręce, bo go kochałem, a poza tym przysięgliśmy sobie braterstwo oraz to, że razem będziemy czyhać na anioła.

***

Co rano zaraz po śniadaniu wchodziliśmy do domku z wielkich kostek, który wybudowaliśmy sobie w kącie sali zabaw. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, dziecięcymi ramionkami obejmowaliśmy kolana, wdychaliśmy zapach drewna i lakieru i z pełną powagą sprzeczaliśmy się, które z miejsc w naszym przedszkolu nadaje się na czatowanie na anioła. Radeczek nie miał wątpliwości: toaleta! Ale to nie spodobało się pani dyrektor, ponieważ Ania posiusiała się w pończochy, kiedy Radeczek trzymał klamkę, żeby nie weszła do środka. Trzeba było obmyślić inny plan i inne miejsce. Ostatecznie wybór padł na sypialnię i popołudniową drzemkę: godzina, podczas której zmęczone dzieci spokojnie oddychają, powinna dać niebiańskim pocztylionom wystarczająco dużo niezbędnego spokoju. Lecz wiązało się z tym niełatwe zadanie. Nie mogliśmy usnąć jak susły, więc zawsze, kiedy pani Maszek zaczynała czytać, przeciskaliśmy ręce przez barierki łóżeczek i pół metra nad ziemią splataliśmy dłonie. Oddychaliśmy w milczeniu i toczyliśmy bój, o którym nikt inny nie miał pojęcia.

– Śpisz? – szepnąłem, kiedy zdawało mi się, że dłoń Radeczka podejrzanie więdnie.

– Śpię – odpowiedział Radeczek, tyle że potem naprawdę zasnął, a ja zostałem w morzu łóżeczek samotny niczym rozbitek. Przez falujące firanki wpatrywałem się w dal i czekałem, aż na wyimaginowanym horyzoncie pojawi się sylwetka koronkowego białego ptaka, który jak gdyby nigdy nic wleci przez otwarte okno, stanie przy moim łóżeczku, pogłaszcze mnie po czole i… ale anioł wciąż nie nadchodził.

Czas sączył się leniwie w jedną stronę, powietrze pod sufitem niebieściało, a moje powieki powoli zmieniały się w pancerz mogący w każdej chwili się zatrzasnąć i oddzielić mnie na dobre od świata zewnętrznego. Kiedy budziłem się razem z pozostałymi dziećmi, bywałem bardzo nieprzyjemny, a w duchu wpadałem w rozpacz. Nigdy się nam nie uda! Ale pojawiła się nowa szansa, kiedy pani Maszek powiedziała nam, że wybranych szczęśliwców aniołowie odwiedzają we śnie: brodzą do nich przez senne moczary z opuszczonymi, zroszonymi skrzydłami, by przekazać swe kruche przesłanie…

Tak czy inaczej – oczekiwanie na anioła było jak praca hycla. Dni w tygodniowym przedszkolu były do siebie podobne tak doskonale, jakby ktoś malował w książeczkach naszych żyć codziennie te same obrazki. Każdy poranek stanowił dokładną kopię poprzedniego, obiady nie smakowały nam niezależnie od tego, czy świeciło słońce, czy diabły podlewały nasz dom konewką. Wieczory duszne i smutne…

Ponadto boleśnie brakowało nam zdolności dorosłych do upychania czasu w starannie oznaczone szkatułki. Nasz czas kręcił się jak koło młyńskie: aż do dnia noszącego w świecie dorosłych nazwę 21 sierpnia 1968 roku.

***

Przedszkolanki od rana prawie nie zwracały na nas uwagi, przy śniadaniu rozmawiały szeptem i mówiły słowa, których nie rozumiał nawet Radeczek.

– Opukanci? – powtarzałem bezradnie to, co przyleciało z dorosłych ust.

– Pewnie będą ofelować jakieś towaly – stwierdził w zamyśleniu mój mądrzejszy druh.

– Bleżnief – szepnąłem bez znaku zapytania.

– Bleż-nief – pomógł mi Radeczek, ale jego twarz była jak goła ściana bez okien.

Nie oświeciło nas. Lecz zaczynało być jaśniejsze niż słońce, że dzieje się coś wyjątkowego, ponieważ przed południem nie poszliśmy na podwórko, choć pogoda była cudowna. Pani dyrektor usiadła w kącie sali zabaw i przez cały czas wyglądała przez okno. Firanki poruszały się, do środka wpadało ciepłe świeże powietrze, a mnie w tamtej chwili przyszło do głowy, że może pani dyrektor również czeka na anioła.

W pewnej chwili wytarła sobie dłonią oczy, ale zaraz potem na zewnątrz rozległ się głośny huk, a wzrok dzieci wzleciał w górę jak wróble ku koronom drzew. Pani dyrektor szybko wstała, zamknęła trzy szerokie okna, a przeszklone drzwi przynajmniej przymknęła.

Po obiedzie kucharki w siateczkowych czapkach nie zmuszały mnie do dojedzenia zimnych ziemniaków i to był ostateczny dowód na to, że nadszedł dzień D. Wszystko było jasne: jeśli nie dziś, to nigdy!

***

Z głową jakby wielkiego pluszowego niedźwiedzia i jaśniuteńkim króciutkim puchem miast włosów skręcił z głównej ulicy, a pomimo iż karabin maszynowy nadawał mu dostojniejszego, doroślejszego wyglądu, z każdymi kolejnymi mijanymi drzwiami stawało się coraz bardziej oczywiste, że zabłądził.

Zatrzymał się dopiero przed przedszkolem. Długi wjazd i duża tablica z napisem, którego nie potrafił przeczytać, zmusiły go do naciśnięcia klamki zielonej bramy i wejścia do środka. W czasie popołudniowego odpoczynku, kiedy wszystkie dzieci oddychały cicho w tylnej sali, przedszkole mogło sprawiać wrażenie poszukiwanego obiektu.

Lecz drzwi wejściowe były zamknięte. Rozejrzał się szybko w lewo, w prawo, i ruszył po wąskiej ścieżce wokół budynku. Skręcił za pierwszy róg i znalazł się na podwórzu z zaparkowanymi trzykołowymi rowerkami. Trochę stracił pewność siebie, ale potem spostrzegł przeszklone drzwi, które były otwarte. Po raz ostatni się zawahał: czy ma przygotować sobie karabin do strzału, czy raczej schować go za szerokimi plecami? Ten spokój wszędzie wokół…

– Chuj svjaščennyj!

W tej chwili dłoń Radeczka opadła bezwładnie w szparę pomiędzy łóżeczkami…

Prawą ręką napiął rzemień broni i delikatnie pochylił ramię do przodu, by w razie potrzeby karabin szybciej wślizgnął się do lewej dłoni. Dopiero potem – z dziwną mieszanką zdecydowania i niepewności – wszedł do budynku.

***

Kiedy rozległ się ten rozdzierający serce krzyk, zdziwione dzieci zaczęły się budzić. Tylko jedno od razu wyskoczyło z łóżeczka. Nie był to Radeczek. Szybko otworzyło drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i mrużąc oczy, stało w szparze między drzwiami i futryną i przyglądało się sali wypełnionej światłem.

Pani dyrektor, która wydała ten krótki krzyk, już tam nie było, ale coś ruszało się i motało w firance. Niezbyt przypominało to człowieka. Raczej wielką, przerażoną muchę, próbującą zrzucić z siebie lepką pajęczą sieć. Półgłośne pomruki, które dochodziły z tego czegoś, przypominały ludzką mowę tylko mgliście. Ale chłopiec się nie bał… Myślał wyłącznie o tym, żeby do sali zabaw nie wtargnął nikt, zanim ten skołowany anioł go nie pobłogosławi. Potem rozległ się ostry dźwięk dartego materiału, a ciało po krótkim zachwianiu padło na ziemię. Kiedy – wreszcie uwolnione – wstało, przed dziecięcym wzrokiem pojawiła się piękna, biała twarz z mocnymi zębami i jaśniutką aureolą, która niczym biały płomień okalała całą głowę. Oczarowane dziecko ruszyło ku zjawie, zostawiając drzwi za plecami.

W kolejnej sekundzie znów było w pomieszczeniu samo. Wiatr przyniósł z zewnątrz odgłosy ucieczki, a potem zapanował wielki spokój, przerywany jedynie głosami obudzonych dzieci. Tak jakby to wszystko było zaledwie marą wyciągniętą z głębi popołudniowego snu.

***

Pół godziny później, gdy rekwizyty małego świata znów znalazły się na swoich miejscach, przedszkole wypełnił inny głos – głos, który kochałem nade wszystko. Szybko wyprostowałem się na łóżeczku z rękami ułożonymi wzdłuż ciała jak u małego żołnierza, a na mej twarzy pojawiła się uroczysta mina. Nigdy wcześniej – i również nigdy później – nie poszedłem do domu w środę. Tylko ten jeden raz, w dniu, w którym do Brna dotarli aniołowie zagłady…

SZCZĘŚCIE W GRZE

PRAWDZIWE STORY DOCENTA MARASA Część 1

Siedzę za stołem, palę fajki i jestem podobny do pewnego znanego aktora – myślcie sobie o tym, co chcecie. Męska szczęka z ledwo widocznymi wypustkami na wysokości uszu, broda jak tarcza krzyżacka i oczywiście gęste, na końcach lekko zadarte brwi. Moje oczy wyglądają na zmęczone i niepewne, ale nie psują ogólnego wrażenia.

– Słuchaj, dasz wiarę, że wyglądasz zupełnie jak…

– …Tom Cruise. Wiem – macham ręką, dając do zrozumienia, że tego typu gadki już mnie nudzą.

Bo nudzą. Od ilu kobiet już to słyszałem! I żadna mi nie dała.

Bo zawsze w końcu wstaję od tego stołu, a wtedy natychmiast widać, że od pasa w dół bynajmniej Toma Cruisa nie przypominam. Raczej topniejącego bałwana.

Mój tyłek, biodra i tłuste uda to katastrofa naturalna, której nie zakryje nawet poczucie humoru.

Bycie grubym nie jest z pewnością żadnym fartem, ale w niektórych przypadkach nie dyskwalifikuje mężczyzny w oczach kobiet, jeśli wiecie, co mam na myśli. Znam sporo babek, których faceci przy kości wręcz pociągają. Ale żadnej z nich nie pociągam ja, bo mam tyle seksapilu co Tinky Winky. Tak, to ten niebieski Teletubiś. Ten sympatyczny – dokładnie tak jak ja.

– Wiesz co, Marek, nie gniewaj się – zaczynają ostrożnie. A ja już wiem, co jest na rzeczy. Po prostu przespanie się ze mną jest jak ujeżdżanie maskotki z bajki dla niemowlaków.

Ostatnio w tym duchu rozmawiała ze mną Tamara, z którą rozstałem się w zeszłym tygodniu. Nie chcę mówić o Tamarze, to dla mnie zamknięty rozdział. Ładna brunetka z figurą trochę pulchniejszej Katie Holmes, ale poza tym głupia gęś. Nosiła białe glany, jedyna w całym Brnie. Resztę jej ciała spowijał kir, jakby był to zamek, z którego smok właśnie porwał księżniczkę. Jakże chciałbym zedrzeć to żałobne sukno, ale oczywiście nigdy by mi na to nie pozwoliła. Pozwalała natomiast nadskakiwać sobie przez całe trzy miesiące tylko po to, by upewnić się, że to nie jest złudzenie. Że gość taki jak ja naprawdę wierzy, że mógłby zaciągnąć ją do łóżka. W dodatku według Tamary udaję twardziela, ale tak naprawdę marzę o pięknym, szczerym związku, czyli o wzajemnym zrozumieniu, miłości i tak dalej… A do tego nie potrzebuję, jak to ujęła, Angeliny Jolie.

No cóż, potwierdziłem to. I od razu dodałem, że Angelinę Jolie mam gdzieś i że w zupełności wystarczyłaby mi Tamara Kopenec, cha cha cha. Ale zbytnio mi to nie pomogło.

Na marginesie: czy to nazwisko nic wam nie mówi?

W takim razie inaczej. Wiecie, kiedy zrozumiałem, że tę dziewczynę naprawdę chcę? Kiedy okazało się, że nie tylko słynie z mrocznego piękna, ale także zna chilijski klub piłkarski Colo-Colo. Wiedziała nawet, że mają w herbie profil Indianina! Bo Tamara jest córeczką byłego pierwszoligowego piłkarza. I to nie byle jakiego – przecież w sześćdziesiątym ósmym Janek Kopenec zdobył z brneńską Zbrojowką jedyny tytuł mistrzowski w nowożytnej historii klubu! Zatem z jej ojczulkiem rozumiałbym się doskonale. A te niekończące się dyskusje o sytuacji we współczesnej czeskiej piłce nożnej z pewnością nie były złą inwestycją. Jeśli zdobędzie się serce rodziców swej wybranki, szansa na pójście z nią do łóżka odrobinę wzrasta. Ale i tak prędzej zaciągnąłbym tam starego Kopenca niż Tamarę. Kiedy zachęcony sukcesami w jej rodzinie zacząłem trochę naciskać, od razu podniosła chorągiewkę z napisem:

– Słuchaj, Maras, zostańmy kumplami…