Opis

Za książkę Paul Theroux otrzymał w 1989 roku Thomas Cook Travel Book Award.

Paul Theroux, który zdobył sławę, podróżując koleją przez Europę, obie Ameryki i Azję, w połowie lat osiemdziesiątych po raz kolejny wsiada do pociągu. Tym razem przyłącza się do grupy turystów i wyrusza do Chin. W Państwie Środka spędza rok. Przemierza jałowe pustynie Sinkiangu i lasy Mandżurii, odwiedza tłoczne metropolie, Szanghaj i Pekin, oraz samotne góry Tybetu. Jego opowieści to fascynujące migawki z kraju, który znalazł się w szczególnym momencie swojej historii. To niezapomniany portret niezwykłego regionu i wyjątkowych ludzi.

"Książki [Theroux] wzbogaciły literaturę podróżniczą XX wieku. […] Chiny z opuszczoną gardą, niedopiętymi guzikami i tłustymi palcami są jeszcze bardziej magiczne, kiedy rąbek tajemnicy został uchylony." „USA Today”

"Bardzo zabawny, pięknie napisany, wnikliwy obraz kaprysów życia i polityki w Chinach." „Conde Nast Traveler”

"Theroux potrafi wyjątkowo dobrze uchwycić surrealistyczne aspekty Chin." „The Miami Herald”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 799

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SERIA ORIENT EXPRESS

Już w księgarniach:

Paul Theroux, Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję

Paul Theroux, Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem „Wielkiego bazaru kolejowego”

Colin Thubron, Po Syberii

Ted Conover, Szlaki człowieka. Podróże drogami świata

Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki

Colin Thubron, Utracone serce Azji

Hugh Thomson, Tequila Oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Paul Theroux, Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu

Wolfgang Büscher, Hartland. Pieszo przez Amerykę

John Gimlette, Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej

Colin Thubron, Cień Jedwabnego Szlaku

Rory Stewart, Między miejscami. Z psem przez Afganistan

Colin Thubron, Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt

Tony Anderson, Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji

John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze

Hugh Thomson, Biała Skała. W głąb krainy Inków

Colin Thubron, Za murem. Podróż po Chinach

W serii ORIENT EXPRESS ukaże się m.in.:

Paul Theroux, Ostatni pociąg do zona verde. Lądem z Kapsztadu do Angoli

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Riding the Iron Rooster: By Train

Through China

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by David H. Wells / Corbis / FotoChannels

Copyright © 1988, Cape Cod Scriveners Co.

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2015

Copyright © for the Polish translation by Michał Szczubiałka, 2015

Redakcja Magdalena Petryńska

Konsultacja sinologiczna Anna Włodarczyk

Korekta Paulina Orłowska / d2d.pl, Gabriela Niemiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-080-2

Dla Anne

Wieśniak musi długo stać z otwartymi ustami na zboczu wzgórza, zanim mu wpadnie do gęby pieczona kaczka.

przysłowie chińskie

Ruchy, które powodują rewolucje w świecie, rodzą się ze snów i wizji skrytych w sercu wieśniaczym na zboczach wzgórz.

James Joyce, Ulisses, przeł. M. Słomczyński, Kraków 1998, s. 150

Kiedyprzyjechałem do Chin, dolar był wart mniej więcej trzy juany.

Podczas mojego pobytu podrożał do około czterech.

Mapa odzwierciedla stan z okresu podróży autora.

rozdział_pierwszy_

Pociąg do Mongolii

Ogrom Chin zadziwia. Są właściwie jak świat, a nie zaledwie kraj. Swoje dominium Chińczycy nazywali Tianxia, „wszystko, co pod niebem”, a zwali je też Sihai, czyli „cztery morza”. Dzisiaj do Chin jeździ się na zakupy albo dlatego, że ma się wolny tydzień i pieniądze na przelot. Ja postanowiłem jechać dlatego, że miałem wolny rok. W dodatku chińskie porzekadło, że cudzoziemca zawsze można zrobić w konia, działało na mnie jak płachta na byka. Zależało mi na tym, aby dotrzeć do Chin, nie odrywając się od ziemi. A potem chciałem na trochę zostać – w Chinach, przemierzając ich świat wzdłuż i wszerz.

Oczywiście wybrałem kolej. Przebywałem akurat w Londynie, a stąd nie ma lepszego sposobu jazdy do Pekinu. Współczesne relacje z podróży do Chin są jakieś rozstrojone, skażone tym nieszczęsnym połączeniem znużenia z bezsennością, które wynika z długiej podróży lotniczej. „Byliśmy tam tacy zmęczeni”, skarżą się ludzie wracający z Chin, zasapani łowcy widoków i okazji handlowych. Potrzeba odpoczynku może doprowadzać do szału w kraju, gdzie wszyscy tryskają energią. Przecież pierwsze, co się rzuca w oczy u Chińczyków, to ich krzątanina. Ta cywilizacja trwa już pięć tysięcy lat, a oni nadal dokądś gnają. Z ich dziejów wypływa i taki wniosek, że chyba nigdy nie wiedzą, kiedy się zatrzymać.

Widziałem Chiny zimą 1980 roku. Wydawały się smętne i wyczerpane, nic, tylko workowate niebieskie ubranka i dęte hasła na czerwonych transparentach. Gdybym się użalił, że ludzie w tym śniegu i lodzie zasługują na coś lepszego niż tekstylne kapcie, usłyszałbym, jakie mają szczęście, bo nawykli do chodzenia boso. Cały kraj był ciemnobrązowy od sadzy i kurzu. Mało było drzew. Wybrałem się poobserwować ptaki, ale widziałem tylko wrony, wróble i jakieś niechlujne gołębie, które wyglądały jak latające szczury. Inne ptaki po prostu zjedli ludzie.

A Chińczycy? A Chińczycy uważali, że tym, co powinienem obejrzeć w siąpiącym deszczu, jest, dajmy na to, kopcąca w niebo fabryka na końcu błotnistej drogi albo zgięci we dwoje ludzie ciągnący na drewnianych wózkach hutniczą surówkę. I za stosowne uważali choćby takie komentarze: „wszystko to była jedna prostytucja, element przestępczy, hazard, kryształowe żyrandole i dansingi”. Najwyraźniej miałem przyklasnąć temu, że ukrócono owo grzeszne rozpasanie, ale tylko wzdychałem. Widziałem młode kobiety, które wyniszczały się w fabrykach, i takie, których piękne palce były miażdżone w drewnianych krosnach, i takie, które ślepły, ślęcząc nad syzyfowymi haftami drobionymi „zakazanym ściegiem”. O Mao miejscowi mówili szeptem. Zbolali i przepracowani głosili chwałę „wielkiej proletariackiej rewolucji kulturalnej”. I częstowali jedzeniem, które wywoływało rewolucję kiszek.

Amerykanie wracali z Chin i piali z zachwytu. „Akupunktura! Nie ma much! Żadnych napiwków! Oddają ci zużytą żyletkę! Pracowici jak mrówki! Tacy żwawi!” I z reguły wychwalali przewodniczącego Mao, nie mając pojęcia, że wielu Chińczykom na myśl o nim robi się niedobrze.

Ale to już przeszłość, zaręczał mój brat Gene i dodawał: „Głupi jesteś, że nie jedziesz teraz”. Chiny stały się innym krajem i zmieniały się z dnia na dzień. Gene dobrze wiedział, co mówi, bo od 1972 roku – jako prawnik, jeden z nowych tajpanów – odbył sto dziewięć podróży do Chin. Postanowiłem tym razem pojechać wiosną. Podobno wiosna zapanowała tam we wszystkich sferach. Nowi ludzie, nowe widoki, obiecywałem sobie, świeże powietrze i rozkosz anonimowości. Można to zrobić na dwa sposoby, na modłę Philipa Larkina, który rzekł: „Nie miałbym nic przeciwko odwiedzeniu Chin, gdybym mógł wrócić tego samego dnia”, albo przez całkowite zanurzenie.

Planowałem, że wsiądę w Londynie do pociągu, pojadę do Paryża, stamtąd ruszę do Niemiec i Polski, być może zatrzymam się w Moskwie, dalej Koleją Transsyberyjską do Irkucka, w Irkucku przesiadka na Kolej Transmongolską, aby 1 maja spędzić w Ułan Bator. Moja podróż do Chin była w lwiej części jazdą do Mongolii. Sunąłem wolno w poprzek szerokiego czoła Azji, aby potem opaść do jednego z jej oczu – Pekinu.

Wydawało mi się, że taka jazda do Mongolii będzie właściwie relaksem, bardzo przyjemnym, bo zwieńczonym przecież miłym poczuciem, że czegoś się, było nie było, dokonało. Poczytam, porobię notatki, będę jadał regularne posiłki, pogapię się przez okno. Wieczorem, leżąc w przedziale sypialnym i czytając Elmera Gantry’ego, będę słuchał tęsknego pogwizdywania pociągu, które niesie się przez stepy, i zanim naciągnę kołdrę pod brodę, pomyślę sobie: „Niezadługo będę na miejscu”. Pewnego ranka podniosę roletę i zobaczywszy jaka w bezkresie brunatnego piasku, pojmę, że jestem na pustyni Gobi. Nazajutrz lub trochę później pejzaż zrobi się zielony, ujrzę w tej zieleni ludzi w kapeluszach jak abażury, i takie tam rzeczy, i już wkrótce wesoło zstąpię z wagonu na chińską ziemię.

Nie było to takie proste. Nigdy nie jest i zawsze jest niezbędne wyjaśnienie, w tym przypadku – ta książka. Miałem szczęście, że się myliłem. Błędne wyobrażenia to nerw opowieści podróżnika. Jazda, którą umyśliłem sobie jako najprostszy sposób na dotarcie do Chin – ot, osiem pociągów z Londynu do chińskiej granicy – okazała się dziwna i zaskakująca. Bywało, że zakrawała na prawdziwą podróż, pełną osobliwych odkryć i przyjemności. Częściej jednak czułem się tak, jakbym w Londynie stracił grunt pod nogami i runął w dół po długaśnych schodach, może jednych z niemających końca schodów z obrazów surrealistów, i leciał z nich na łeb na szyję, bum, bum, bum, po stopniach na podest, potem przez podest i znowu po stopniach, bum, bum, bum, póki nie przeturlałbym się tak przez pół świata.

Nie byłem sam i może w tym tkwiła przyczyna. W Londynie dołączyłem do wycieczki, dwudziestu kilku osób, starych i młodych. Pomyślałem, że będę niewidzialny, wtopię się w tłumek i pojedziemy, uśmiechając się i rozmawiając, podczas gdy deszcz ze śniegiem będzie chłostał szyby. Nie miałem doświadczenia z wycieczkami. Nie miałem pojęcia o najprostszych sprawach. Nie wiedziałem, że Anglicy jeżdżą na wycieczki, żeby oszczędzić. Nie wiedziałem, że stare małżeństwa, Cathcartowie, trajkoczą, opowiadając choćby takie rzeczy: „W ubiegłym roku odbyliśmy przecudowną podróż drogą lądową do Indii, w Ajranie parzyliśmy herbatę na tyle autobusu”. Nie wiedziałem, że młodzi Anglicy jeżdżą na wycieczki w miejsca takie jak Zbiornik Bracki, żeby się upijać tanią wódką, ani że pielęgniarki z Birmingham balują w Europie Wschodniej.

Amerykanie jeżdżą na wycieczki, żeby zawierać nowe znajomości. Pokazywali mi więc zdjęcia z poprzednich podróży. „Ci w kapeluszach słomkowych to Watermule’owie z San Diego. Urocza para. Nadal przysyłają nam życzenia na Boże Narodzenie. To z podróży na Galapagos. Teraz są już dziadkami. To ich syn Ricky. Jest wielką szychą w półprzewodnikach”.

Amerykanie jeżdżą na wycieczki również po to, żeby buszować po sklepach. Odniosłem wrażenie, że zakupy były głównym celem ich podróży. O tym też przedtem nie wiedziałem, słowo. Ale w końcu to nie taki zły cel, w każdym razie o wiele lepszy niż upijanie się w Rosji. No i byli też Australijczycy, chociaż z nimi nigdy nic nie wiadomo, bo gdziekolwiek w świecie ich spotykamy, wydają się wracać do domu.

O wycieczkach nie wiedziałem i tego, że są całkowicie pozbawione prywatności. Turyści niemal od razu przechodzą na ty, zaczynają wypytywać się nawzajem i zasypywać informacjami, a jeżeli człowiek zapomni imię któregoś z nich, ten zaraz sam mu je przypomni. Przeważały pary, Cathcartowie, Scoonsowie, Cyril i Bug Winkle’owie, Westbetterowie, Wittrickowie, Gurneyowie. Byli samotni turyści, którzy co do jednego wydawali się trochę smutni, niepewni i nadgorliwi, a więc Wilma Perrick, Morris Least i jego przyjaciel Kopyto, wiekowy Kalifornijczyk, który przedstawił się jako Ślepy Bob, uśmiechnięty cockney nazwiskiem Ashley Relph i mężczyzna zwany Morthole. Była panna Wilkie, kostyczna sensatka z edynburskiego Morningside. No i był pilot, pan Knowles. Występował jako Chris. Ja byłem Paul. W tym towarzystwie woleli używać imion i nigdy nie zapytali mnie o nazwisko.

W Londynie Ashley Relph wyznał, że jest strasznie napalony na Hongkong, puścił oko i dodał szeptem:

– Podobno gdzieś w Hongkongu można sobie zrobić naturalnej wielkości lateksowy model fiuta. W jakiejś chińskiej spelunie. Za piątala.

Morris Least był z Arizony i podróżował ze starym kumplem z wojska, który miał tubalny głos i upierał się, żebyśmy go nazywali Kopyto. Kopyto był na wojnie. Miał metalową płytkę zamiast kawałka czaszki. Morris i Kopyto mieli buty dobrane do marynarek. Nosili takie same niemnące się kapelusze. Ci amerykańscy weterani kończyli siódmy krzyżyk, a chociaż byli drażliwi i wybuchowi, ze sobą we wszystkim się zgadzali. Odniosłem wrażenie, że zawarli duchowe małżeństwo.

– Nigdy dotąd nie byłem w Europie. Niesamowite, co? – huknął Kopyto. – Niby służyłem przez dwadzieścia dwa lata w piechocie, a nie liznąłem Europy. Ale byłem w Chinach. Jeszcze w czterdziestym szóstym. Qingdao.

Miał krzywe zęby i uśmiech okrutnika. Zapytałem, co najbardziej chciał zrobić w Europie.

– Zobaczyć Monę Lizę – odparł. – I spróbować piwa.

– Podobno w Chinach jest czysto jak w szpitalu – odezwał się Rick Westbetter.

– A ja słyszałam, że brudno jak w stajni – sarknęła panna Wilkie.

– Ale Londyn jest czysty! – zawołał Rick, żeby ją udo­bruchać.

– Londyn to śmietnik – stwierdziła panna Wilkie i przypomniała Rickowi, że przyjechała z Edynburga.

– Nam Londyn wydaje się czysty – powiedział Rick, biorąc żonę za rękę.

Jego połowica nazywała się Millie. Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata i nosiła buty biegowe. Byli jedną z tych podstarzałych trzymających się za ręce par, w obliczu których człowiek nie wie, czy są szczęśliwe, czy bezczelne.

– To jasne, że wam wydaje się czysty – skwitowała panna Wilkie. – Amerykanie mają niższe standardy niż my.

– Jak daleko pani jedzie, panno Wilkie? – zapytała z zachodnioaustralijskim zaśpiewem Bella Scoons.

– Do Hongkongu – odparła starsza pani.

Wtedy wszyscy pomyśleli: ponad szesnaście tysięcy kilometrów i sześć tygodni tej rozrywki. Dobry Boże.

W każdym razie ja tak pomyślałem.

Scoonsowie mieszkali w Perth, na drugim krańcu Australii. Bella oceniała odległości, porównując je z podróżą do Kalgoorlie. Z Londynu do Paryża jest tyle, ile do Kalgoorlie i z powrotem. Podróż do Berlina to jak „do Kalgoorlie i z powrotem, i jeszcze raz do Kalgoorlie”. Do Moskwy było siedem jazd do Kalgoorlie. Pewnego razu usłyszałem, jak Bella, mamrocząc pod nosem, obliczała odległość do Irkucka. „I jeszcze raz do Kalgoorlie”, zakończyła.

Kiedy w deszczową sobotę kwietnia ruszaliśmy z dworca Victoria, Bella powiedziała do swojego męża Jacka:

– To bliżej niż do Kalgoorlie.

Miała na myśli odległość do Folkestone.

Śniadanie zjedliśmy w hotelu Grosvenor. Amerykanie usiedli razem, przy drugim stole Australijczycy, Brytyjczycy zajęli dwa stoły, a trzech starszych mężczyzn jadło samotnie w milczeniu. Przy osobnym stoliku siedziała para w rynsztunku turystycznym – plecaki, chlebaki, aparaty fotograficzne. Jedząc, zadawałem sobie pytanie, czy ten pomysł nie był błędem. Jeden ze starszych mężczyzn gapił się na mnie. Tak się we mnie wpatrywał, że poczułem się nieswojo, ale po chwili zauważyłem, że ma bardzo grube szkła i chyba w ogóle mi się nie przygląda, tylko patrzy przez okulary tak, jak patrzymy przez okno w deszczowy dzień.

Kiedy wsiedliśmy do pociągu, usiadłem przy nim.

– Ta podróż to dla mnie wielka sprawa – wyznał. – Okulista powiedział mi, że ślepnę i jeżeli jest coś, co chciałbym zrobić, zanim całkiem oślepnę, powinienem to zrobić w tym roku. No to jadę do Chin i, kurka, zamierzam się napatrzeć. Myślę, kurka, że to ostatni raz, i, kurka, chcę to wykorzystać.

Potem powiedział, że wołają na niego Ślepy Bob i że jest z Barstow w Kalifornii. Rozejrzawszy się po pociągu, uzmysłowiłem sobie, że jestem częścią licznej grupy ludzi, w której nikogo nie znam. Musiałem opierać się na tym, co wyczytałem z twarzy. Chociaż twarze są wymowne. W każdym razie twarze moich towarzyszy podróży wiele mówiły. To, co z nich wyczytałem, poważnie mnie zaniepokoiło.

Przez okna wagonu patrzyliśmy na domy, a one ignorowały nasze spojrzenia. Cokolwiek żenujący aspekt podróży koleją polega na tym, że domy przy torach są często odwrócone do podróżnych plecami, ukazując tylne wejścia, rury, kuchnie i pralnie. Tyły mówią jednak więcej niż fasady i trawniki. Przygnębiającym rysem przedmieść londyńskich nie jest ich obskurny wygląd, lecz to, że wydają się wieczne. Człowiek odczuwa ulgę, kiedy może zajrzeć do środka tych domów i zobaczyć, że jest w nich życie – mężczyzna odnawiający łazienkę, kobieta karmiąca kota, dziewczyna czesząca się na piętrze, chłopiec majstrujący przy radiu, staruszka z nosem wetkniętym w „Express”. Nieładnie jest przejeżdżać obok pociągiem i nie życzyć im dobrze. Nie wiedzą, że są obserwowani. Jeden z paradoksów kolei polega na tym, że pasażerowie widzą ludzi w domach, a ci ludzie nie widzą pasażerów.

Przeprawiliśmy się promem przez kanał. Morris i Kopyto wspominali D-Day, lądowanie w Normandii, i mówili, że Amerykanie trafili najgorzej.

Ołowiane morze obmywało prom, chlupocząc jak pomyje. Północno-wschodni wiatr był zimny. Kiedy wylądowaliśmy przy nabrzeżu, dmuchał mocno. Noga za nogą przeszliśmy przez odprawę celną, gdzie sprawdzono nam paszporty i przeszukano bagaż.

W Boulogne wycieczkowicze dla zabawy zaganiali się nawzajem niczym konduktorzy: „Proszę wsiadać, drzwi zamykać!”. Okazało się, że siedzę obok pewnej Angielki, która była gruba, zupełnie łysa, nosiła mitenki i zamierzała wyemigrować do Nowej Zelandii. Nazywała się Wilma Perrick i miała jakieś trzydzieści dwa lata. Powiedziała, że właśnie straciła pracę. Wydawała się bardzo smutna i niemal zacząłem jej współczuć z powodu łysiny, gdy pochyliła się i zapytała:

– Co pan pisze?

Kiedy nasz paryski pociąg ruszył, mężczyzna zwany Morthole powiedział:

– Pewnie zastanawiacie się, co robiłem na torach na stacji rozrządowej.

Nikt się nie zastanawiał. Nikt go nie widział. I do kogo, u licha, Morthole mówił?

– Zbierałem kamienie – oznajmił. – W każdym kraju zbieram kamienie. Trzeba wam wiedzieć, że w wielu miejscach jest to zakazane – na przykład na biegunie południowym. Ale mam kamienie z bieguna południowego. Mogą mnie za to zapuszkować. Mam kamienie zewsząd. Z Kanady, z Ohio, z Londynu. Każdy jest wielkości piłeczki golfowej. Mam ich setki. Myślę, że jestem jakby geologiem.

W Elmerze Gantrym przeczytałem:

[…] między większymi głazami kominka tkwiły kamyki różowe, brązowe i ciemne, które dobry biskup pozbierał na całym świecie. Ten krzemień, ćwierkał biskup wskazując wyjście z pokoju, pochodzi z brzegów Jordanu; to jest odłamek wielkiego muru chińskiego […][1].

Za sprawą zimnego wschodniego wiatru, który rano wiał nad kanałem, w Pikardii poprószył śnieg. Śnieg w kwietniu! Zbocza wzgórz okrył cienką warstwą niby wielkimi spłachciami podartej pościeli, pomiędzy którymi wyzierała czarna ziemia. Wniósł dozę dramatyzmu w zwyczajny skądinąd pejzaż, podobnie jak zła pogoda odmienia New Jersey, podkreślił domy i płoty, nadał kubistyczny charakter miasteczkom, których bez tego człowiek by nie zauważył. Śnieg namalował jak gdyby czarno-biały i nieco wyostrzony pejzaż tych stron.

Wydało mi się, że takie linie kolejowe jak ta potrzebują odmiany. Te wzgórza i miasteczka ogląda bowiem tylu przejezdnych, myślałem, że się zużyły od samego oglądania. Chiny pociągały mnie między innymi dlatego, że bardzo długo były zamknięte przed cudzoziemcami, więc nawet najbanalniejsza pagoda wygląda świeżo, a w zapadłym Sinkiangu podróżny może się czuć jak Marco Polo, skoro od lat nie postała tam noga cudzoziemca. Natomiast ta część tłumnie nawiedzanej Francji została wręcz wymazana spojrzeniami turystów i pasażerów Kolei, wskutek czego większość pejzaży przy ruchliwych trasach kolejowych ma jednakowo ubożuchny wyraz, jak gdyby to, że znikną od zbyt częstego oglądania, było jedynie kwestią czasu.

Wycieczkowicze wciąż jeszcze dopiero się bliżej poznawali. Mnie również wypytywali. Skąd jestem. Czym się zajmuję. Czy jestem żonaty. Czy mam dzieci. Dlaczego wybrałem się na tę wycieczkę. Jaką to książkę mam na kolanach. Co zamierzam robić w Paryżu. Czy pierwszy raz będę w Chinach.

Byłem Paul, byłem bezrobotny i byłem wymijający, bo – jako rzecze Baudelaire –„prawdziwi wędrowcy jadą od niechcenia”[2] i nie wiedząc czemu, zawsze wołają: Allons! Zaiste właściwa postawa tutaj, w okolicach Amiens.

Wszystkie te pytania najchętniej zbyłbym słowami, które posłyszałem na przyjęciu w Londynie w rozmowie pewnego mężczyzny ze wścibską kobietą. „Och, proszę nawet nie pytać – powiedział łagodnie ów mężczyzna. – Nie mam do powiedzenia nic, co mogłoby panią zaciekawić. Zamieniłem swoje życie w straszny chaos”.

Nie odpowiadałem jednak w ten sposób, ponieważ było to smutne wspomnienie. Pół roku później ów mężczyzna popełnił samobójstwo. Używanie tych słów jako zręcznej riposty byłoby niestosowne, obrażałoby jego pamięć.

Smutny mężczyzna zwany Ślepym Bobem mozolił się z wiekiem swojej walizy. Wzrok miał tak kiepski, że aby wydobyć dwie rolki papieru toaletowego, musiał niemal wetknąć głowę do środka.

Zaraz ktoś go zapytał, po co mu one – z pewnością nie na Europę.

– Na Chiny – odparł.

Postanowiłem nie wspominać o tym, że według badań profesora Needhama to Chińczycy wynaleźli papier toaletowy. W XIV wieku wytwarzali perfumowany papier toaletowy dla rodziny cesarskiej (kwadratowe listki o boku trzech cali), a zwykli śmiertelnicy używali lichego papieru, każdego, jaki udało im się znaleźć. Z tym że niektórzy wiedzieli, gdzie wytyczyć granicę. Już w VI wieku uczony Yan Zhitui pisał:

W celu higienicznym nie odważyłbym się użyć papieru, na którym zapisano nazwiska mędrców albo cytaty z Pięcioksięgu konfucjańskiego czy komentarze do tych ksiąg.

– Bob wiezie papier sraczowy do Chin! – zaśmiał się Ashley Relph.

– Wydaje mi się, że słyszeliśmy o chińskim papierze do klo – powiedział pan Cathcart.

– Pewnie, że słyszeliście. Mnóstwo ludzi o nim słyszało. Ale pytanie brzmi, czy on tam jest. Założę się, że w pociągach transsyberyjskich go nie ma, a jak często według was się z nim spotkamy w Mongolii, co?

Nikt się już nie śmiał ze Ślepego Boba. Na myśl o podróży przez całą Azję bez papieru toaletowego wszyscy nagle spoważnieli. Po ripoście Ślepego Boba w wagonie niemal dało się słyszeć gonitwę niewesołych myśli.

W Paryżu wsiedliśmy do czekającego autobusu, który zawiózł nas do hotelu. Hotel znajdował się w 14e arrondissement, blisko końca linii metra, w okolicy nieróżniącej się niczym od przedmieść Chicago lub południowego Bostonu. Są tam głównie powojenne bloki mieszkalne, które kiedyś miały jasne tynki, a dzisiaj są szare. Jest ich za dużo i stoją zbyt blisko siebie, więc ludzie pytali: „To jest Paryż? To jest Francja? Gdzie wieża Eiffla?”. Centrum Paryża jest arcydziełem dbałości, natomiast przedmieścia są takie jak to, banalne i okropne. Toporne chodniki i wysokie okna Saint-Jacques wydają się stworzone po to, aby zachęcać do samobójstwa.

Potem powiedziano nam, że („dziwnym trafem”) w jednym z tych bloków mieszkał Samuel Beckett, i to przez długie, długie lata. Właśnie tu napisał nowele i sztuki o zupełnej bezsensowności i ostatecznej nędzy ludzkiej egzystencji. „Trudno się dziwić”, pomyślałem. Powiedziano nam, że na poranną kawę często przychodził do naszego hotelu Saint-Jacques. Hotel nie był całkiem nowy, ale tak wypucowany, że wyglądał jak spod igły. Przypominał owe samotne przybytki na obrzeżach amerykańskich lotnisk, gdzie ludzie się zatrzymują, bo nie mają innego wyboru. Beckett przychodził tu dla przyjemności? Przeszedłem się po ulicach, czatowałem w kawiarni, modląc się, żeby przyszedł, ale na próżno. Chociaż i tak była to nauka. Kiedy ludzie czytają: „Samuel Beckett mieszka na emigracji w Paryżu”, nie zdają sobie sprawy, że oznacza to klitkę na czwartym piętrze pod numerem trzydzieści dwa[3], w wysokim szarym bloku, którego mieszkańcy czekają na Godota, oglądając telewizję. I jest stąd siedemnaście przystanków metrem do centrum Paryża, lewego brzegu, muzeów.

Pojechaliśmy do Jeu de Paume, muzeum poświęconego jeszcze wtedy impresjonistom. Szedłem za grupą, oglądając obrazy i słuchając komentarzy.

– Żaden mi się nie podoba – stwierdził Richard Cathcart w sali pełnej płócien Sisleya.

Przeszliśmy wzdłuż błękitnych, fioletowych i różowych obrazów Moneta z cyklu ukazującego katedrę w Rouen.

– No, coś takiego mogłabym nawet mieć u siebie w domu – orzekła pani Wittrick, a Gurneyowie wyrazili taki sam rodzaj aprobaty, dodając, że chętnie zabraliby te obrazy do domu do Tasmanii, gdyby nie to, że pewnie by ich aresztowano.

– O, ten mi się podoba – rzekł Rick Westbetter na widok La Guerre ou la chevauchée de la discorde Rousseau. – Jest dobry. Bardziej w stylu obrazów amerykańskich.

W sali Van Gogha dziecko wlokące się za rodzicami pytało:

– Aledlaczego był szalony?

Mały tłum zebrał się przed pejzażem weneckim Moneta.

– To Wielki Kanał – mówił Bud Wittrick. – To bazylika Świętego Marka. A tam, dalej nad tym kanałem, jest Most Westchnień. Patrzcie, to jest hotel, w którym mieszkaliśmy. Oczywiście w tamtych czasach nie był hotelem. Tutaj spacerowaliśmy, tutaj jedliśmy spaghetti, a tutaj kupiłem pocztówki.

Padało, sypało i śnieg tłumił odgłosy zarówno przechodniów, jak i samochodów. Wcześnie rano wyruszyliśmy do Berlina.

W ten mokry i ciemny paryski ranek zamiatacze ulic i mleczarze odbywali swe samotne peregrynacje przy świetle ulicznych lamp. Kiedy wytoczyliśmy się mozolnie z Gare de l’Est, niebo nad dachami i kominami już pojaśniało. Myślałem, że przedmieścia zostawiliśmy za sobą na bulwarze Saint-Jacques, ale było ich więcej, jeszcze rozleglejszych i bardziej posępnych. Nie miały nic wspólnego z gay Paree ani nawet z Cleveland. Amerykanie przyglądali się bardzo uważnie. Nie nawykliśmy do czegoś takiego. Przedmieścia budujemy zbyt szybko i tanio jak na to, aby mogły ładnie się starzeć. Od razu zakładamy, że szybko zniszczeją i zostaną zastąpione, nie budujemy ich po to, aby trwały, i wyglądają prowizorycznie, bo są prowizoryczne. Natomiast przedmieścia francuskie – wille, szeregowce, bloki – są solidne i raczej brzydkie, a ich najstraszniejszym rysem jest to, że wyglądają tak, jak gdyby miały trwać wiecznie. Tak samo jest na obrzeżach Londynu. Co sprawia, że tak stare domy wyglądają tak okropnie?

– To było pole bitwy – powiedział Morris, gdy wjechaliśmy do Belgii. Odkąd przepłynęliśmy kanał La Manche, wspominał wojnę. – Paru moich kumpli tutaj zginęło.

Uśmiechając się pogardliwie, patrzył na bezlistne drzewa, młode topole, stojące nad rowami burej i okrytej brudną pianą wody niczym wbite w ziemię rózgi i baty.

Nadal czytałem Sinclaira Lewisa, zapisując czasem coś na wyklejce.

– Robi pan notatki? – zapytała pani Wittrick.

Zaprzeczyłem.

– Pisze pan dziennik?

Znowu zaprzeczyłem.

Nie cierpię być obserwowany. Jedna z rozkoszy podróży polega na anonimowości. Nie zdawałem sobie sprawy, że w grupie stale mają człowieka na oku, a jeżeli trzyma się na uboczu, od razu staje się podejrzany. Postanowiłem notować na dużych czystych pocztówkach, które wyglądają jak fiszki.

Wilma, jędza jedna, zauważyła:

– Od lat nie widziałam, żeby ktokolwiek używał takich pocz­tówek.

Pożałowałem, za późno niestety, tego, co jej powiedziałem, mianowicie że wysyłam je do domu, dzięki czemu miała pretekst do zapytania, gdzie mieszkam.

– Trochę uczę – powiedziałem Wilmie, kiedy mnie spytała, czym się zajmuję.

O ile się rozeznałem, żaden z wycieczkowiczów nie był moim czytelnikiem, więc nie musiałem się obawiać, że po obiedzie ktoś zagadnie o powieść amerykańską albo poczuje się nieswojo pod moim badawczym spojrzeniem. Podobała mi się rola nauczyciela. Podobało mi się to, jak na mnie patrzyli, myśląc pewnie: „Biedny facet, nie wydaje się, żeby miał wiele do powiedzenia, więc może lepiej dać mu spokój”.

Udawanie osoby cichej, skromnej i obojętnej przychodziło mi z najwyższym trudem. Ci ludzie wydawali się analfabetami, co było zaletą, ponieważ mnie nie znali. Zarazem jednak nie sposób było liczyć na ich dyskrecję. Kiedy powiedziałem Wilmie, że ostatnio mieszkam w Londynie, podszedł do mnie Richard Cathcart i odezwał się w te słowa:

– Podobno mieszkasz w Londynie…

W Namur Bud Wittrick podzielił się ze mną myślą, że Belgia jest bez porównania brzydsza niż Ameryka, a kiedy przyznałem, że w istocie jest ohydna, zawołał:

– Święte słowa, Paul!

Nie pamiętałem, żebym podawał mu swoje imię.

W porze lunchu jedyne wolne miejsce w wagonie restauracyjnym zostało obok Wilmy. Odnosiłem wrażenie, że wszyscy jej unikają, a kiedy z nią usiadłem, zaczęli unikać mnie. Powiedziała, że wylali ją z pracy w jakimś londyńskim sklepie z zabawkami. Poskarżyła się, że Nowozelandczycy robią jej trudności w sprawie emigracji, ale zaraz dodała, że i tak tam pojedzie, najpewniej na stałe. Stwierdziła zaczepnie, że lubi wyzwania.

Zapisałem, że przystanęliśmy w Liège. Pomyślałem, że warto to zanotować, bo później będzie można dopisać choćby coś takiego:

Minęliśmy Liège, miasto słynące z koronek i kiełbas, w którym przyszedł na świat Georges Simenon…

– Pan stale pisze – powiedziała Wilma.

– Wcale nie – rzekłem zbyt szybko, myśląc: „Przestań mnie obserwować!”.

Po lunchu zdrzemnąłem się, a obudził mnie krzyk Morrisa:

– Hej, Kopyto, to Akwizgran!

Obydwaj weterani stali w korytarzu, tarasując przejście.

Niemcy jadący tym pociągiem z pewnością byli wściekli na dwóch hałaśliwych Amerykanów i zapewne chętnie by ich wyrzucili. Ale nie chciało mi się wierzyć, aby byli w stanie nadążyć za nosowym monologiem Morrisa, który opowiadał, że podczas wojny brał udział w trzytygodniowej bitwie o Akwizgran. Ten potwór był wyzwolicielem! Fakt, że wrócił, żeby zanudzać na śmierć wszystkich w zasięgu swego tubalnego głosu, uznałem za poetycki akt sprawiedliwości.

W Kolonii zauważyłem kilkoro nowych uczestników naszej wycieczki. Francuzów, trzy kobiety i mężczyznę. Trzymali się razem. Przez całą podróż rozmawiali właściwie tylko w swoim gronie. Często się kłócili, ale nikt nie wiedział dlaczego. Prawie miesiąc później, w południowej Mongolii spotkałem jedną z tych kobiet samą na peronie. Właśnie zjedliśmy obrzydliwy posiłek złożony z zimnych ziemniaków i tłuszczu baraniego.

Uśmiechnąłem się i zagaiłem towarzysko:

– Jedzenie mają tu straszne, prawda?

– W podróży nie zważam na to, co jem – odparła Francuzka. – Chociaż oczywiście w Paryżu jestem bardzo wybredna i jem tylko rzeczy najlepsze.

To wszystko, co kiedykolwiek do mnie powiedziała.

Już w Niemczech wiedziałem, że francuscy uczestnicy naszej wycieczki nie należą do ekstrawertyków. Uznałem jednak, że to doskonale. Sam również trzymałem się na uboczu i odpowiadało mi to, że nie będą nękać mnie pytaniami.

Kończył się długi dzień. Minęliśmy Wuppertal, miasto spiętrzone na zboczu wzgórza, pełne brzydkich wysokich bloków. Widzieliśmy hałdy opodal Unny, a dalej, w okolicy Hamm i Gütersloh, odniosłem wrażenie, że Niemcom udało się zminiaturyzować i przenieść Indianę. Deszcz przyczernił Bielefeld i modliłem się, aby zapadła noc i ciemność wyretuszowała ten pejzaż. Dobrobyt oszpecił Niemcy i cały kraj wydawał się przeżarty cywilizacją przemysłową. Pod brunatnym niebem Münsterlandu widzieliśmy fabryki o cokolwiek apokaliptycznych dla angielskiego ucha nazwach Droop und Rein i Endler und Kumpf. Szczególnie posępnym rysem tej części Niemiec jest brak drzew. Niemcy utożsamiali się z lasami, ale kwaśne deszcze strawiły połowę z nich, a drugą sami ścięli. Drzewa zastąpili fabrycznymi kominami.

Wcześniej tego dnia wycieczkowicze zaczęli rozmawiać niczym pacjenci w szpitalu. Podróż już ich zmęczyła i napawała obawami. Drzemali, a po obudzeniu wypytywali jeden drugiego: Jak się spało? Smakowało ci jedzenie? O której kolacja? Zaczęli dzielić się informacjami o wypróżnieniu. Mówili, jak się czują, i o tym, że są zmęczeni albo głodni.

Zastanawiałem się, kiedy pojawią się poważniejsze objawy, kobiety zaczną wpadać w histerię, mężczyźni przestaną się golić, ten i ów będzie paradował w dresach.

Granicę wschodnich Niemiec przekroczyliśmy w Helmstedt. Pociąg jechał pomiędzy ogrodzeniami z drutu kolczastego korytarzem o szerokości mniej więcej rogatki drogowej. Co kilkaset metrów mijaliśmy strażnicę i w jaskrawym świetle silnych lamp widzieliśmy sylwetki wartowników.

Oddaliwszy się od granicy, zanurzyliśmy się w pejzaż pełen jeszcze śniegu i błota, w wiosenny rozgardiasz pośród smukłych drzew powojennych lasów. Miasta, które zdołałem dostrzec, wyglądały o wiele nędzniej niż te w zachodnich Niemczech, natomiast poza miastami przyroda była dziksza, częściej zdarzały się lasy, a gospodarstwa we wsiach przy kiepsko oświetlonych drogach stały bliżej siebie. Niewielu widziało się ludzi, a gdy już ktoś się pokazał, wyglądał jak prawdziwy chłop.

Ciemną nocą zajechaliśmy na Dworzec Zoo. („Uważajcie na torebki i portfele, bo roi się tu od narkomanów”). Niektórym z wycieczkowiczów rozświetlony neonami i światłami samochodów Berlin wydawał się miastem pełnym życia i romantycznym. Uważali go za ostatni przyczółek cywilizacji. Dalej była Polska, Rosja, Mongolia. Berlin oznaczał zabawę i seks, księgarnie i tłuściochów. Sprawiał wrażenie bogatszego od Ameryki.

Ale mnie Berlin wydał się potworny i wcale nie wesoły. Jest tak dziwacznym, tak szczególnym przypadkiem metropolitalnej schizofrenii, że jego obłuda i pycha są aż urzekające. Ale jednocześnie jest fałszywym rajem i doprawdy trudno wyobrazić sobie, że da się w nim mieszkać dłuższy czas bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego. To stare miasto było sobą przez siedemset lat. W czasach hitleryzmu jednak zwariowało, przestało być miastem i stało się symbolem, potem ideą, a po wojnie wymyślono je na nowo, a z idei uczyniono nonsens. Berlin nadal jest kiepskim pomysłem i dalej schodzi na psy. Każdy rozsądny człowiek musi uznać go za monumentalny przykład głupoty, dziwactwa i uporu. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było żałosne, bo, jak zauważył Nathanael West, nie ma nic smutniejszego niż prawdziwa potworność.

Helmut Frielinghaus, düsseldorfczyk, również był w Berlinie gościem.

– Chcesz zobaczyć najciekawsze miejsce w Berlinie? – zapytał.

Odparłem, że owszem.

Zabrał mnie do wielkiego domu towarowego Kaufhaus des Westens, lepiej znanego jako KaDeWu. Tym, co Helmut chciał mi pokazać, były działy spożywcze, a zwłaszcza stoiska i wydzielone regały z drogimi i wykwintnymi delikatesami.

– To coś nowego – powiedział. – Kultura spożywcza. Ludzie dostali fioła na tym punkcie. Widzisz? Dwieście gatunków sera, czterdzieści gatunków kawy, dwadzieścia osiem rodzajów kiełbasy, poza tym żywność wegetariańska, żywność dla maniaków zdrowia, całe stoisko tylko z ikrą.

Mieli tu swego rodzaju spożywcze butiki, sprzedające snobistyczne wiktuały, niestrawne rarytasy, pięknie wyeksponowane i wymyślnie zapakowane. Najróżniejsze ciasta, soki owocowe, dziewięćdziesiąt rodzajów pieczywa, cała ściana puszek z herbatą, makarony o wszelkim możliwym kształcie. Na pierwszy rzut oka wszystko to nie wyglądało jak żywność, lecz zakrawało na jakieś rzadkie dobra eksponowane niczym kosztowne ubrania. Jeżeli wydawało mi się, że nie istnieje nic takiego jak wzornictwo spożywcze, to byłem w błędzie. Doskonale falliczne szparagi, każdy pęd opatrzony etykietką, dwadzieścia dolarów za funt.

Perwersyjne zainteresowanie potwornościami rozbudził we mnie dział mięsny, sznur stoisk zawalonych porcjowanym mięsem, lśniącym, czerwonym mięsem, które bardzo sumiennie oprawiono. Na ladach leżały udźce, łopatki, nóżki, szynki, golonki, polędwice, karkówki, cały kosz ozorów, misa serc, mostek w papierowym kapelusiku, świńskie łby w hiszpańskich kryzach. Większość mięsa była tak ozdobiona, upozowana niemal teatralnie, po to zapewne, żeby ostatnią rzeczą, o której kupujący pomyśli, była rzeźnia czy jatka.

Więcej kręciło się tu ciekawskich niż kupujących i właśnie to było najdziwaczniejsze, ludzie gapiący się na jedzenie („Wolfgang, patrz, jaki łeb ma ta ryba!”), przełykający ślinkę i idący dalej, a ja, patrząc na żarłoków pożerających te artykuły oczyma, zrozumiałem, że jedzenia używa się tu do kuszenia i drażnienia, wobec czego wszystko to – a zwłaszcza mięso – wydało mi się najnowszą odmianą pornografii.

– Dobre, nie? – rzucił na koniec Helmut. – Patrząc na to, człowiek zaczyna rozumieć Berlin.

Wyszedłszy z KaDeWu, zauważyliśmy wydanie specjalne jednej z niemieckich gazet z wiadomością, że samoloty amerykańskie zbombardowały Libię. Był to odwet za zamach bombowy w berlińskiej dyskotece, który przypisano libijskim terrorystom. Nowina rozchodziła się szybko. Młodzi Niemcy już zbierali się w okolicy Europa-Center na demonstrację, a furgony policyjne – w liczbie około trzydziestu – parkowały przy Kurfürstendamm. Policjanci wyładowywali stalowe bariery i układali je w stosy na skraju chodnika.

– Dopiero niedawno odkryliśmy, jak bardzo się różnimy od Amerykanów – powiedział Helmut.

W jego głosie wyczuwało się rozgoryczenie. Postanowiłem, że nie przypomnę mu o wyjątkowo parszywej historii Niemiec.

– Myślę, że zbombardowaliśmy Libię, ponieważ od czasu kryzysu irańskiego marzyliśmy o zbombardowaniu kogokolwiek na Bliskim Wschodzie – powiedziałem. – Iran upokorzył nas jak żaden inny kraj w ostatnim okresie. Jeszcze nie doszliśmy po tym do siebie. Nie wydaje mi się, żeby przeciętny Amerykanin odróżniał Libijczyków od Irańczyków. Jednych i drugich uważa za niebezpiecznych i podłych fanatyków, więc dlaczego mielibyśmy bawić się z nimi w subtelności?

– Amerykanie tak samo patrzą na nas – rzekł Helmut.

– Niezupełnie.

Jeżeli wspomni o wojnie, pomyślałem, powiem mu: „Wy ją rozpętaliście”. Ale nie wspomniał. Stwierdził, że Berlin wydał mu się bardzo obcy i prowincjonalny. Tylu w nim starych i tylu bezrobotnych. Westchnął, że nie może się doczekać, kiedy wróci do Düsseldorfu.

Przez resztę dnia robiłem zapasy. Zaopatrzyłem się w herbatę miętową, sherry, czekoladki i antybiotyki. Jutro będziemy w Warszawie, gdzie zapewne nie dostanie się takich rzeczy.

Demonstracja zaczęła się wczesnym wieczorem, kiedy około ośmiu tysięcy młodych ludzi skandujących hasła antyamerykańskie pomaszerowało w stronę ośrodka kultury amerykańskiej, tak zwanego Amerika-Haus, niedaleko Kurfürstendamm. Krążyła plotka, że zamierzają go podpalić. Budynek był jednak strzeżony przez policjantów uzbrojonych w tarcze i gaz łzawiący, którzy zwartym szeregiem stali za wysokimi stalowymi barierkami. Demonstracja wymknęła się spod kontroli i przerodziła w zamieszki. Rozwścieczeni demonstranci rzucali kamieniami, wybijali szyby w samochodach Amerykanów, polowali na turystów i każdego, kto wyglądał na Amerykanina.

Nie widziałem tych zajść. W gmachu Deutsche Oper przy Bismarckstrasse oglądałem inscenizację Don Giovanniego. Do opery wybrałem się pod wpływem nagłego impulsu, kiedy wróciwszy do hotelu, usłyszałem, że moi towarzysze podróży spierają się o bombardowanie Libii.

– Pieprzone Arabusy same się o to prosiły! – huknął w końcu Kopyto.

Zapytałem się w duchu, czy naprawdę muszę tego słuchać. Mozart wydawał się lepszy.

Na spektakl poszedłem sam i z zadowoleniem zauważyłem, że jeden z sąsiednich foteli jest wolny, dzięki czemu mogłem rozsiąść się wygodnie i rozkoszować tą świetną inscenizacją. Po przerwie ów wolny dotąd fotel zajęła jednak młoda kobieta, która w ciemności, podczas fanfaronady Don Giovanniego lub recytatywu Donny Anny, bacznie mi się przyglądała.

– Czy ja pana znam? – zapytała, gdy przedstawienie się skończyło.

Zaprzeczyłem.

– Mam wrażenie, że jednak tak. Nie wiem skąd.

Domyślałem się, ale nic nie odrzekłem. Wtedy byłem już dumny, że żaden z wycieczkowiczów nawet nie podejrzewał, kim naprawdę jestem: pisarzem, a także autorem paru tomów zapis­ków z podróży koleją. Wydawało mi się, że to by ich krępowało albo, co gorsza, zachęcało do nagabywania mnie („O rety, ale mam dla pana historię”). Niektórym z nich powiedziałem, że pracuję w branży wydawniczej, innym że jestem nauczycielem. Prawie wcale nie wdawałem się w rozmowy. Słuchałem. Uśmiechałem się. Robiłem notatki. Kiedy Kopyto zaczynał być nieznośny, przymykałem oczy i cichcem czmychałem. Byłem człowiekiem, który wstawał od stołu przed końcem posiłku, zanim zaczną się rozmowy osobiste. Byłem człowiekiem, który stale się usuwał – człowiekiem bez nazwiska. Byłem człowiekiem z książką, któremu nie należy przeszkadzać. Byłem cichym, smętnym, nudnym facetem w starym makintoszu, który stojąc na peronie, pogwizduje niemelodyjnie pod nosem. Przytakiwałem wszystkiemu, co mówiono. Właściwie mnie nie znano – w gruncie rzeczy dopiero w pociągu przypominano sobie, że ja również uczestniczę w tej wycieczcie, a i wtedy nie rzucałem się w oczy, sprawiając wrażenie faceta lekko stukniętego, który zawsze coś gryzmoli.

– Widziałam pana w telewizji – powiedziała. – Prawda?

– Możliwe – odrzekłem, i przedstawiłem się.

– Niesamowite! – wykrzyknęła. – Siostra nigdy mi nie uwierzy, ona czyta wszystkie pana książki!

Nazywała się Rachel Tickler, a ja uczułem ulgę, kiedy zacząłem opowiadać, że jestem w podróży, jadę właśnie do Mongolii, a potem do Chin – tak, tak, zamierzam to opisać – i że dopiero co przyjechałem z Londynu. Ale to było coś o Stanach? Och, tak, rzeczywiście część roku spędziłem na Cape Cod – tak, to cudowne miejsce. Zupełnie co innego niż ta podróż, która wymaga robienia notatek. Wyznałem jej wszystko. Zafundowałem herbatę i zasiedzieliśmy się, więc mogłem być wylewny. Niczym nie ryzykowałem. W odróżnieniu od uczestników wycieczki Rachel Tickler była kimś zupełnie obcym.

Opowiedzenie tego wszystkiego sprawiło mi dużą ulgę, ponieważ w gronie wycieczkowiczów tak się kryłem, że czułem się jak ktoś niewidzialny. Rola smętnego, nudnego faceta w makintoszu, milczka, który unika rozmów jak diabeł święconej wody, wcale nie była zabawna. Od trzymania języka za zębami kłuło mnie w piersiach. Jakże chętnie wygłosiłbym im wykład o Bliskim Wschodzie, a gdyby tylko okazali cień zainteresowania tematem podróży, zniewoliłbym ich niczym sędziwy marynarz i zadziwił pieśnią.

Rachel przebywała w Berlinie z powodów zawodowych. Zajmowała się aspektem prawnym szkodliwości azbestu, co było wtedy dynamicznie rozwijającą się dziedziną powództwa cywilnego. Była prawnikiem z Nowego Jorku, w Berlinie uczestniczyła w konferencji firm ubezpieczeniowych. Czytała referaty i oceniała informacje.

Dzięki temu, że wyrzuciłem z siebie to wszystko, kładąc się, poczułem, że odzyskuję siłę woli. W pewnym sensie spotkanie z Rachel miało w sobie coś z cudzołóstwa lub może raczej przelotnej przygody. Zadzierzgnęła się między nami nić czułości, bo mnie była potrzebna szczerość, a ona lubiła słuchać. Nazajutrz o piątej rano dołączyłem do grupy i czułem się tak, jakbym wrócił na łono licznego grona dalekich krewnych.

Pojechaliśmy pociągiem do Berlina Wschodniego, skąd przesiadłszy się do pociągu warszawskiego, potoczyliśmy się ślamazarnie ku polskiej granicy, gdzie wsiedli milicjanci, celnicy, żołnierze, kto ich tam wie, nie bardzo umiałem rozróżnić. Sprawdzili paszporty, kazali pokazać pieniądze, wypisali kwity. Zachowywali się bardzo tajemniczo. Wszyscy nosili stare, straszne buciory.

Z okna pociągu Polska wydawała się krajem umierającym. Wyjałowione pola, sypiące się bloki mieszkalne, dziurawe drogi i wielkie, brudne fabryki. Ten kraj zdawał się gonić resztkami sił – widomie się trząsł – ale zamieszkiwali go najwrażliwsi i naj­uprzejmiejsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałem, na wskroś delikatni i cywilizowani, co pewnie było powodem, że stale ich najeżdżano i okupowano.

W tym samym przedziale co ja jechała grupka: kobieta z córką i wnukiem. Byli z Katowic, a obecność córki przypomniała mi, że młode Polki są zabójczo atrakcyjne, obdarzone gładką cerą, wielkimi, przejrzystymi oczyma i wspaniałymi włosami.

– Niech pan nie jedzie do Mongolii – powiedziała Ewa. – Proszę przyjechać do Katowic, a pokażę panu naprawdę ciekawe rzeczy.

Jej matka przewróciła oczyma i powiedziała:

– To wariatka, niech pan nie zwraca na nią uwagi.

Chłopiec, imieniem Wojtek, był dzieckiem niezwykle poważnym i nie odzywał się ani słowem. Pewien Polak poczęstował go jabłkiem, które chłopiec przyjął, ale nie zaczął jeść. I ta scenka zwróciła moją uwagę. Polacy wydawali się bardzo uprzejmi i grzeczni wobec siebie nawzajem, bardziej niż Niemcy, nie wspominając o Rosjanach.

– Mamy rodzinę w Chicago, w New Jersey, a i w Los Angeles – powiedziała Ewa. – Gdyby nie oni, chyba pomarlibyśmy z głodu. Przysyłają nam pieniądze. Chciałabym tam pojechać – do Stanów. Albo może do Paryża. Nauczyłabym się francuskiego.

Miała dwadzieścia osiem lat, od dwóch była rozwiedziona, pracowała w dziale walutowym banku. Powiedziałem, że chcę wybrać trochę pieniędzy, które mam w Warszawie, w Banku Handlowym. Udzieliła mi dokładnych wskazówek, podała adres banku i numery telefonów, dodając, że nie będzie z tym problemów.

Kiedy rodzina wyjęła drugie śniadanie, zostałem poczęstowany kanapkami i owocami, wobec czego wyciągnąłem butelkę amontillado z mojego zapasu i wspólnie ją wysączyliśmy.

– Mongolia jest tak daleko – powiedziała Ewa. – On jedzie pociągiem aż do Mongolii! – dodała, najwyraźniej mówiąc do Wojtka.

– Kiedyś nas najechali, wie pan, Mongołowie.

W bitwie pod Legnicą (w 1241 roku) Mongołowie rozbili połączone siły niemieckie i polskie. Właśnie zatrzymaliśmy się w Zbąszyniu. Legnica leży jakieś sto trzydzieści kilometrów na południe od Zbąszynia.

– Wszyscy nas najeżdżali – ciągnęła Ewa. – Właśnie dlatego Polska jest takim bajzlem.

Za oknem na peronie dwóch ubranych na biało grubych robotników smarowało żelazną ławkę brązową farbą, która kapała i ściekała, a kiedy malowali nogi, rozlali ją na peron. Paru mężczyzn przyglądało im się gniewnie, ale żaden nic nie powiedział. Na głowie wyświechtane fedory, w ręku plastikowe aktówki. Wydawało mi się, że większość Polaków ma nadwagę. Ciągle rozmawiali o jedzeniu i o brakach w zaopatrzeniu, co wcale mnie nie dziwiło. Grubasy często mówią o jedzeniu. Chodzili w znoszonych ubraniach, mieli kwaśny chlebowy oddech, mieszkali w domach o dziobatych tynkach.

Ewa z matką i synem wysiadła w Poznaniu, skąd mieli połączenie do Katowic, ale zostawiła mi adres.

– Proszę nam przysłać pocztówkę z Mongolii…

Nasz pociąg zatrzymano w Koninie. Pasowało mi to. Mog­łem pisać w spokoju, nie walcząc z kolebaniem. Zanotowałem:

W brunatnym kwietniu, w Polsce, wręcz nie chce się wierzyć, że wiosna w ogóle przyjdzie. Gołe drzewa, zbutwiałe trawy jak szmaty, zimny wiatr, kamienista ziemia, mieszkania oblepione mokrym praniem, zaorane pola, gdzie nic nie wschodzi, chłop orzący wychudzonym koniem, robociarze szuflujący błoto, mętne strumienie i kanały, torba foliowa nasadzona na kij dla odstraszania ptaków. Jaka monotonia… Ale to w kwietniu, kiedy wszystko w Polsce wygląda tak posępnie, że nawet kaczki wydają się topić, a kury dostawać obłędu. Za miesiąc lub może wcześniej przyjdzie wiosna i wszystko odmieni, okryje kobiercem kwiatów. Mimo to okropny wydaje się los Polaka.

Kiedy znowu ruszyliśmy, pomyślałem, że jedyne ciekawe budowle w Polsce to kościoły. W każdym razie tylko one miały jakieś krzywizny, cała reszta to były nakryte płaskim dachem prostopadłościenne klocki.

W okolicach Sochaczewa pejzaż nabrał nieco żywszych barw, pojawiły się lasy, porządniejsze domy, zagajniki brzozowe, ale aura posępnej walki o przetrwanie nie znikła. Wszędzie pracowali ludzie, tyle że z mozołem i byle jak, kopiąc łopatami, tłukąc kamienie, rąbiąc drewno. Wszystkie te prace wyglądały na bardzo ciężkie i Polska zdawała się skansenem przeszłości.

Katolicyzm jest oczywistością, objawianą nie tylko przez kościoły, różańce, które ludzie noszą na szyjach, i kreślenie znaku krzyża na piersiach przed odjazdem pociągu, lecz także przez rzeźby. Na peronie przed dworcem kolejowym w Szymanowie na trzymetrowym piedestale stoi figura Matki Bożej Niepokalanej. Niczego takiego nie widziałem we Włoszech ani w Hiszpanii, ani nawet w Irlandii, chociaż Przenajświętszą Dziewicę obwołano tam królową kraju. W Polsce figury Matki Bożej na piedestale są niemal wszędzie, stoją pośród pól i gdy tylko przez okno wagonu widziałem oracza, gdzieś w dali stała Matka Boża.

Figury te wyrażają pobożność Polaków, być może służą jako strachy na wróble, ale pomyślałem, że ich wszechobecność może mieć jeszcze inną przyczynę. Otóż są to klasyczne wizerunki Matki Bożej Fatimskiej, co jest o tyle istotne, że gdy Matka Boża objawiła się w lipcu 1917 roku dzieciom w Fatimie, zapowiedziała między innymi – o czym katolicy dowiadują się w młodym wieku, a komisarze niekoniecznie wiedzą – że jeżeli będą się żarliwie modlić, to Rosja odrzuci ateistyczny komunizm i nawróci się na katolicyzm. „Módlmy się o nawrócenie Rosji”, wzywali w latach pięćdziesiątych księża w całej Ameryce.

W oczach większości katolików i bodaj wszystkich Polaków Matka Boża Fatimska ma również wymiar przewodniczki politycznej.

Skończyłem Elmera Gantry’ego i przyznałem mu pięć gwiazdek. Następnie zacząłem czytać Ojca Goriot. W tej powieści Balzac przywołuje polskie przysłowie: „A zaprzążże pięć wołów”[4], którego używa się w sytuacji, gdy trzeba czym prędzej wycofać się z nieprzyjemnego położenia. Wtedy w Polsce zdanie to wydało mi się wielce osobliwe. Nie zauważyłem ani jednego wołu, a wozy ledwo się kupy trzymały. Cały dzień wlekliśmy się przez zachodnią Polskę, prawie pięćset kilometrów, od granicy wschodnioniemieckiej do Warszawy, a nie dostrzegłem śladu zmechanizowanego rolnictwa ani nawet traktora. Widziałem za to malowniczą bezsilność chłopów łagodnie poganiających konie, podczas gdy biedne zwierzęta ledwo ciągnęły stare pługi.

–Nie wygląda tak źle – orzekła Ellen Wittrick, spoglądając pierwszy raz na Warszawę.

Późnopopołudniowe słońce pozłociło fasady wąskich kamienic w Alejach Jerozolimskich i cały kwartał wyglądał jak jeden wielki Harrods.

– Zabierz mnie stąd – szepnęła Millie Westbetter do Ricka, który odparł:

– Nie martw się, kochanie. Jutro będziemy z powrotem w pociągu.

Szybko się im wszystkim wymknąłem i dałem nura w Warszawę. Dwaj mężczyźni jeden po drugim zapytali mnie, czy chcę wymienić pieniądze, po kursie pięć razy wyższym niż urzędowy. Było to przed hotelem. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i kiedy oglądałem wielkie toporne szachy wyrzeźbione w czerwonym drewnie, z tym samym pytaniem podszedł do mnie następny mężczyzna. Potem dogonił mnie jeszcze jeden i przez całą Marszałkowską co chwila proponował wymianę pieniędzy i podawał kurs, po jakim był gotów to zrobić.

– Nie boi się pan policji? – zapytałem.

– Policja też wymienia pieniądze – odparł.

Towary w sklepach były niskiej jakości, wszystko, zarówno ubrania, radia, jak i naczynia. Nawet żywność wyglądała nieapetycznie, ta świeża była przywiędła i przybrudzona, a puszki powgniatane i z wyblakłymi etykietami. W każdym sklepie co chwilę ciągnięto mnie za rękaw i słyszałem zadawane szeptem sakramentalne pytanie: Change money? Bieda nieraz łamie ludzi i zamienia w bezradne ofiary, ale równie często sprawia, że stają się bezwstydni, nieustraszeni, łupieżczy i niebezpieczni. To jawne nieposzanowanie prawa wydało mi się raczej smutne, ale gdy powiedziałem o tym pewnemu mężczyźnie, odparł:

– Nie ma się czym martwić, to podwójna moralność. Wszyscy to robią.

Ten stan upadku w Warszawie objawiał się też w wyrazie twarzy ludzi, zbolałym, zdemoralizowanym, samotnym i cokolwiek zdesperowanym, wyrazie zgnębienia u jednych, cynizmu u innych. To zaskakujące, że ludzie tak prześladowani potrafią zachować tyle godności i są tak uprzejmi i życzliwi. Ta ogłada jest wielkim dobrem, ponieważ dzięki niej Polacy nie poddają się zupełnie temu, co w nich złe – głodowi, który każe im ględzić o jedzeniu, biedzie, która zaraża ich pazernością, degradacji, która nastawia ich materialistycznie, polityce gospodarczej, która zamienia ich w maniaków religijnych.

Bar w moim hotelu, Forum, był zatłoczony i zadymiony, więc powłóczyłem się i zaszedłem do klubu nocnego Habana, gdzie tańczono przy muzyce swingowej. Kiedy przyglądałem się tańczącym, ktoś szepnął mi do ucha:

– Change money? Siedem złotych za dolara.

– I co zrobię z tymi złotówkami? – zapytałem i natychmiast się odwróciłem.

Ujrzałem uśmiechniętą pulchną dziewczynę w czarnej sukience. Oranżowy makijaż zrobił się trochę lepki od potu, a na rzęsach dostrzegłem jak gdyby drobinki sadzy.

– Może pan kupić wódkę albo jakieś kurioza. Polska słynie z bursztynu. Może go pan kupić. Albo znaczki. Zatrzymał się pan w hotelu?

– Tak.

– Mogę odwiedzić pana w pokoju. Będziemy się kochać. Pięćdziesiąt dolarów.

– A bursztyn, jest coś wart?

– O, bursztyn jest uroczy – powiedziała. – Pochodzi z dna morza.

– Mój kłopot polega na tym, że mam złotówki, ale mało dolarów.

– Wolę dolary – rzekła. – Potrzebujemy dolarów. W Polsce nie da się nic zrobić bez dolarów.

– Skąd pani bierze dolary?

– Od pana – odparła.

– Nie dzisiaj.

Wyszedłem, pooglądałem ciemne wystawy sklepowe, podumałem zaskoczony, jak szerokie i puste są tu ulice, i wróciłem do Forum.

Nazajutrz czekało mnie nie lada wyzwanie, bo najpierw chciałem podjąć trochę złotówek w Banku Handlowym z honorarium, którego nie byłem w stanie wydębić od Polski, a potem wydać je przed odjazdem pociągu. Bank otwierano o wpół do dziesiątej, pociąg odjeżdżał dwie godziny później. Oceniałem, że na wydanie sumy, którą dostanę, będę miał półtorej godziny. W Nowym Jorku nie byłoby to trudne. Ale byłem w Warszawie.

Znałem tylko numer rachunku. Bank mieścił się w nowoczesnym budynku, wieżowcu ze stali i szkła, którego szczyt tonął we mgle. Dzień był deszczowy i miałem wrażenie, że wdałem się w przedsięwzięcie idiotyczne. Tyle że gdybym machnął ręką na tę forsę i nawet nie spróbował wyciągnąć choćby trochę, byłoby to jeszcze bardziej idiotyczne. Przyrzekłem sobie, że tych pieniędzy nie przekażę Lechowi Wałęsie, przywódcy Solidarności, ponieważ Wałęsa wyznał kiedyś, że w życiu nie przeczytał ani jednej książki. Z pewnością więc nie zasługiwał na to, abym dzielił się z nim honorarium autorskim.

Wszedłem do banku. Cały parter był jednym wielkim biurem, w którym dziesiątki pracowników bębniło w komputery, kalkulatory, maszyny do pisania albo przenosiło z miejsca na miejsce stosy wyświechtanych pieniędzy. Sam ogrom tej sali operacyjnej kazał mi pomyśleć, że nie mam szans.

Przy okienku z parapetem z marmuru wyjaśniłem urzędniczce, że mam u nich rachunek zagraniczny, z którego chciałbym podjąć pewną sumę.

– Proszę napisać numer rachunku.

Napisałem numer na karteczce.

– Proszę paszport.

Podałem go.

Bez wahania i bez podnoszenia się z krzesła urzędniczka sięgnęła pod marmurowy parapet, skąd wyjęła małą drewnianą szkatułkę, podobną do starego pudełka po cygarach. Spojrzała na numer mojego rachunku, po czym ze szkatułki wyciągnęła drugą karteczkę.

– Ile chce pan podjąć?

– A ile mam?

– Dwieście sześćdziesiąt tysięcy złotych.

– Wezmę sto tysięcy.

Było to jakieś sześćset dolarów po kursie oficjalnym.

Urzędniczka złożyła parafkę na karteczce i przekazała ją koledze, który zaraz mnie przywołał i odliczył pieniądze. Cała operacja nie trwała nawet pięciu minut.

Kieszenie miałem teraz wypchane polską forsą.

– Mógłby pan kupić pół samochodu – powiedział Grzegorz, taksówkarz, kiedy zwierzyłem się mu ze swojego kłopotu. – Mógł­by pan kupić tonę szynki.

Grzegorz mówił doskonałym angielskim z akcentem południowego Jersey, gdzie przez dwa lata pracował w firmie transportowej w Ocean City. Mimo wszystko wrócił do Warszawy.

– Warszawa to bida z nędzą, fakt, ale to moje miasto – tłumaczył. – Tu się urodził mój ojciec, dziad, więc… więc…

Wzruszył ramionami.

– Podoba się panu ta piosenka?

Żwawa, rytmiczna śpiewka płynęła z trzeszczącego radia. Powiedziałem, że owszem, podoba mi się i że jest melodyjna.

– Zaśpiewam ją panu.

Pomyślałem, że może lepiej nie.

Cry, little woman, cry!

Go ahead and cry!

Cry, little woman, cry!

– Dobre, co?

– Świetne – powiedziałem. – Za tę forsę może mógłbym kupić jakieś antyki?

– Antykwariaty otwierają o wpół do dwunastej – powiedział. – Spóźni się pan na pociąg.

– A może bursztyn?

– Doskonale. Pojedziemy na Starówkę.

Sklepy jubilerskie otwierano jednak dopiero o wpół do jedenastej. Kiedy czekaliśmy na ich otwarcie, snując się po brukowanych uliczkach, a ja oglądałem średniowieczne kamieniczki i barbakan, Grzegorz zwierzył się, że nie należy do Solidarności.

– Nie potrzebuję partii. Moją partią jest żona. Dzieci, rodzina. To moja partia.

Nagabnął mnie jakiś mężczyzna, pytając, czy nie chciałbym kupić bardzo rzadkiego znaczka z czasów okupacji niemieckiej. Pokazał mi główkę Hitlera ze stemplem Krakowa, a następnie polski znaczek przedstawiający świętych lub aniołów, zadrukowany swastykami.

– Ile ma pan znaczków?

Spod kurtki wyciągnął album, liczący jakieś dwadzieścia kart. Przerzucił go, ukazując więcej Hitlerów, aniołów, nadruków i ciekawych stempli. Około czterystu znaczków.

– Dam panu za to dziesięć tysięcy złotych.

Bez słowa wręczył mi album i wziął pieniądze.

Mijaliśmy sklep mięsny.

– Może kupię trochę kiełbasy – powiedziałem.

– Musiałby pan mieć coś takiego – odparł Grzegorz i pokazał kartkę żywnościową.

Miał prawo kupić miesięcznie dwa i pół kilograma mięsa. Pokazał mi kartkę na maj, pozbawioną kilku kuponów. Był 16 kwietnia, ale Grzegorz już wykorzystał kartkę na ten miesiąc.

– W Polsce zostaje niedużo mięsa. Musimy je sprzedawać za dolary. W Ocean City widziałem więcej naszej szynki niż tutaj.

– Dlaczego nie przejdzie pan na wegetarianizm?

– O, nie – odparł i obnażył ostre zęby mięsożercy. – No i, wie pan, Polacy nie cierpią wszystkiego z wyjątkiem wieprzowiny i wołowiny. Nie jedzą baraniny, nie jedzą drobiu.

Powiedziałem, że w Polsce z pewnością są jacyś wegetarianie.

Grzegorz znał tylko jedną taką osobę, staruszkę, której lekarz zakazał jedzenia mięsa. Pomyślałem, że to znamienne dla konserwatyzmu Polaków – za nic nie zmienią zwyczajów żywieniowych i wolą cały ranek sterczeć w kolejce przed sklepem mięsnym (w Warszawie widziałem mnóstwo takich kolejek), niż polubić quiche lub ratatouille. Wydało mi się, że ludzie, którzy tak kurczowo trzymają się tradycyjnej diety, muszą być nie tylko uparci i gotowi sami sobie szkodzić, lecz także bardzo przesądni.

Po otwarciu sklepów jubilerskich kupiłem trochę bursztynu, a w drodze powrotnej do hotelu jeszcze sześć butelek polskiego wina musującego, nieco żółtego kawioru, marynowanych grzybów i sardynek. Zapłaciłem Grzegorzowi i dziękując za pomoc, dałem mu napiwek. Zostało mi dwadzieścia tysięcy złotych, których nie miałem na co wydać.

Wtedy przypomnieli mi się Ewa i Wojtek, którzy wysiedli w Poznaniu. „Proszę przysłać nam pocztówkę z Mongolii”, powiedziała wtedy Ewa i dała mi adres. Włożyłem do koperty resztę złotówek, dołączyłem karteczkę, na której napisałem: This is for Woityek, i im wysłałem.

To był dżdżysty dzień w Warszawie. Cały czas padało i deszcz dopełniał obrazu niedoli miasta. I deszcz, bębniąc w dach wagonu, pożegnał nas, gdyśmy wyjechali z Warszawy w stronę Moskwy.

Miałem skrzynkę polskich wiktuałów i postanowiłem wydać przyjęcie, zanim dotrzemy do Brześcia. Zaprosiłem Ashleya, Morthole’a, Chrisa i paru innych najmniej wścibskich uczestników wycieczki.

Jeszcze przed granicą wypiliśmy większość zapasu wina. Ashley się ululał, zbliżył twarz do mojej i powiedział:

– Założyłem się z Morthole’em, że pracujesz dla Departamentu Stanu.

– No to przegrałeś – rzekłem.

Na granicy pociąg został przetrząśnięty przez celników. Kiedy w moim przedziale krzątała się celniczka, wystrzelił korek jednego z win musujących, ale ona nawet nie mrugnęła. Szukała broni, książek, pieniędzy, biżuterii.

– Nie mam broni – powiedziałem i pokazałem jej, co wiozę.

Tymczasem zmieniano podwozia wszystkich wagonów, wysuwając węższe i wsuwając na ich miejsce inne, o szerszym rozstawie kół.

– Zabierają dwóch naszych! – wrzasnął Morris Least, który przybiegł poskarżyć się pilotowi. – Ruscy właśnie ich wyprowadzili – oznajmił zdyszany i przerażony.

A przecież czegoś takiego oczekiwał.

– Ja się nie mogę wychylać – oznajmił Kopyto.

Rosjanie zabrali na przesłuchanie Buda Wittricka. Podobno ostentacyjnie czytał „The Economist”. Czy to zbrodnia? A Rick Westbetter czyścił szybę w swoim przedziale gumową wycieraczką, którą przywiózł z Marylandu. Musiał być szpiegiem, bo inaczej po cóż by czyścił okno?

Tuż przed odjazdem oddano nam Wittricka i Westbettera, którzy podczas kolacji opowiadali z przejęciem o swojej niewoli i przesłuchaniach.

Wypiłem resztę polskiego wina, poczytałem Ojca Goriot i poszedłem spać. Przez Mińsk i Smoleńsk przejechaliśmy w nocy. Obudziwszy się, ujrzałem zaśnieżone pola i zamarznięte rowy wzdłuż torów. Ludzkie siedliska składały się z drewnianych chat i niskich domów, a po wyboistych drogach biegły koleiny zmrożonego błota.

– Widok zupełnie jak w Ohio w czasach mojego dzieciństwa – orzekł Rick Westbetter. – Wróciliśmy do lat trzydziestych.

–Rezygnuję ze zwiedzania – powiedziałem pilotowi wycieczki po przyjeździe do Moskwy.

Zamierzałem pochodzić po mieście, ponieważ za parę dni zapakujemy się do ekspresu transsyberyjskiego i na długo pożegnamy się ze spacerami. Tak czy inaczej niewiele było do zwiedzania w Moskwie. Muzea kremlowskie były nieczynne, cerkwie zamknięte z powodu prac renowacyjnych, wobec czego moi towarzysze podróży mogli liczyć na niewiele więcej niż długi objazd autobusem po mieście. Udałem się do hotelu Inturist, gdzie kupiłem bilety na Dziadka do orzechów w teatrze Bolszoj i na balet nowoczesny w teatrze Stanisławskiego. Kiedy wyraziłem niejakie zdziwienie, że tak łatwo dostałem bilety, kasjerka rzekła:

– Bo ma pan dolary.

Poszedłem do soboru Wasyla Błogosławionego i do hotelu Metropol, w którym mieszkałem w 1968 roku i który teraz był już czymś w rodzaju pomnika, a następnie przeszedłem się po GUM-ie, głównym domu towarowym, oglądając towary.

Gapiłem się na jakieś wyglądające bardzo nędznie budziki, kiedy zdałem sobie sprawę, że zarówno z lewej, jak i z prawej strony już niemal tulą się do mnie kobiety.

– Jest ładny zegar? Pan lubi zegar?

– Budziki nas budzą ze snu i dlatego ich nienawidzę – rzekłem.

– Śmieszne – powiedziała kobieta z prawej.

Była ciemnowłosa, miała niewiele ponad dwadzieścia lat.

– Chce pan wymienić ruble?

Ze zdumieniem spostrzegłem, że jedna z tych młodych kobiet miała dziecko w wózku, a druga torbę pełną bodaj brudów do prania. Były ładne i najwyraźniej zajęte wypełnianiem obowiązków domowych, spacerem z dzieckiem, praniem. Zaprosiłem je na balet, bo na obydwa przedstawienia kupiłem po dwa bilety. Podziękowały, wymawiając się tym, że muszą ugotować mężom obiad, posprzątać, ale może chciałbym wymienić trochę pieniędzy. Kurs oficjalny wynosił siedemdziesiąt dwie kopiejki za dolara, a one proponowały dziesięć razy więcej.

– I co zrobię z tymi rublami?

– Tyle rzeczy.

Brunetka miała na imię Olga, druga, Natasza, była blondynką i jak powiedziała, tancerką baletową. Olga mówiła po włosku, Natasza tylko po rosyjsku i odznaczała się ową smukłością i bladością tancerek, miała jasnoniebieskie oczy o słowiańskim wykroju i pełne rosyjskie usta.

Powiedziałem, że spaceruję, bo potrzebuję ruchu.

– Pójdziemy z panem!

Oto dlaczego dziesięć minut później szedłem prospektem Karola Marksa w towarzystwie dwóch ładnych Rosjanek, niosąc pranie Nataszy, podczas gdy Olga pchała przed sobą wózek. Olga szczebiotała do mnie po włosku, Natasza się śmiała.

– Widzę, że świetnie sobie radzisz, Paul!

To była grupa moich towarzyszy podróży, którzy wracali właśnie do autobusu. Byłem zachwycony, że mnie widzieli. Co też mogli sobie pomyśleć?

Przystanęliśmy w kawiarni na gorącą czekoladę i obie panie powiedziały, że chcą się ze mną jeszcze spotkać.

– Porozmawiamy!

Teraz raz po raz spoglądały na zegarki, pewnie dlatego, że sypała się bajeczka, którą opowiedziały mężom, ale umówiliśmy się, że do mnie zadzwonią.

Wieczorem wybrałem się do cyrku i kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że nie znoszę tej formy rozrywki, zwłaszcza cyrków z krajów komunistycznych. Iluż to ludzi zachwyca się cyrkiem. „Jakimi cudownymi akrobatami są Rumuni! Jak wspaniale żonglują Bułgarzy! Nie widziałeś rosyjskich linoskoczków, o, to nic nie widziałeś! Chińczyk potrafi spacerować z całym serwisem porcelanowym balansującym na czubku pałeczki, którą trzyma w zębach!” Dlaczego tak jest? Czemu służą wszyscy ci latający ludzie, ludzie turlający się jak fretki, wyczyniający jakieś niesłychane sztuki z krzesłami?

W tym moskiewskim cyrku mieli niedźwiedzie, które chodziły na dwóch łapach i tańczyły, wielkim kudłatym stworzeniom ślina ciekła z pyska, ale kręciły piruety. Mieli psy, które stawały na jednej łapie. Mieli lśniące foki, które płetwami żonglowały piłką. Wszystkie te zwierzęta na swój przestraszony sposób wyglądały jak ludzie – paradowały sztywno i nienaturalnie na zadnich łapach i posyłały błagalne spojrzenia treserom, jak gdyby spodziewały się kopniaka albo elektrowstrząsów, jeżeli sknocą figurę taneczną.

Wszystko to bardzo mnie rozdrażniło, wydawało się do cna wyzute z radości i jakieś obłędne. Czy przesadzałem, uważając to za najbardziej wulgarną formę rozrywki prostaków? Takie rzeczy wyczyniali biedacy na targach i jarmarkach, żeby gawiedź rzuciła im parę miedziaków. Była to rozrywka na świeżym powietrzu i przywodziła mi na myśl niewolników i Cyganów, ludzi skaczących jak psy i psy defilujące jak ludzie. No i cyrkówki, które największe zainteresowanie budziły przez niezwykle skąpe stroje, jakże szokujące w purytańskim społeczeństwie komisarzy politycznych.

Trudno sobie wyobrazić, że wykształcone i uczciwe społeczeństwo rodzi artystów cyrkowych albo że wrażliwy człowiek uczy niedźwiedzia tańczyć. Cyrk rzeczywiście kwitnie w niektórych dostatnich krajach, ale artyści – tak zwani artyści – pochodzą skądinąd. Bracia Ringling byli bardzo biednymi chłopakami ze wsi w Wisconsin i nauczywszy się żonglerki i akrobatyki, uwolnili się od nędzy. Rudolf Ringling potrafił utrzymać pług na podbródku. Dzisiaj wszakże Ringling Brothers and Barnum and Bailey Circus większość gwiazd sprowadza z Europy Wschodniej i Chin.

Najprostsze wyjaśnienie głosi, że większość ludzi uwielbia widowiska, muzykę, akrobacje, zgiełk, seks, patriotyzm i tanią grozę. Ludzie lubią oglądać szympansy jeżdżące na rowerach albo jeden z najbardziej popularnych numerów Braci Ringling, czyli dwudziestu pięciu Murzynów na monocyklach grających w koszykówkę. Ma to też drugą stronę. W rozdziale „Przemiana” Masy i władzy Elias Canetti pisał:

Pragnienie uczynienia z ludzi zwierząt to najsilniejszy bodziec do rozprzestrzeniania się niewolnictwa. Trudno przecenić zarówno energię tego pragnienia, jak i dążenia odwrotnego: zamiany zwierząt w ludzi. temu ostatniemu zawdzięczają swe powstanie […] popularne rozrywki, takie jak pokazy tresowanych zwierząt[5].

Odnosiło się to również do cyrku moskiewskiego. Nic nie wyraża lepiej charakteru myśli sowieckiej niż lada jaki rosyjski treser lwów, a procedura, która doprowadziła do tego, że wielki niedźwiedź brunatny zaczyna nieporadnie tańczyć gigę albo homarowego kadryla, mówi bardzo wiele o sowieckim systemie politycznym.

No i zżymałem się, jaki ze mnie głupiec, że siedzę sam w moskiewskim cyrku. Wprost nie mogłem uwierzyć, że nie robię czegoś przyjemniejszego, choćby nie żegluję opodal East Sand­wich. I wtedy przypomniałem sobie, że przecież jadę do Mongolii i Chin.

Kiedy wróciłem do hotelu Ukraina, czekała na mnie wiadomość. „Olga zadzwoni jutro o dwunastej”. Nazajutrz, skoro tylko wybiło południe, Olga w istocie zadzwoniła, ale po to tylko, aby zapowiedzieć, że zadzwoni o drugiej. O drugiej powiedziała, że spotkamy się o wpół do czwartej. Za sprawą tych telefonów odniosłem wrażenie, że nasze spotkanie jest konieczne i nieuchronne. Dopiero kiedy czekałem przed hotelem, dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, po co miałbym się z nimi spotykać.

Przede mną przeszła Natasza, ale się nie przywitała. Miała na sobie stare ubranie, a w ręku koszyk na zakupy. Puściła do mnie oko. Poszedłem za nią do taksówki, w której siedziała Olga, paląc papierosa. Kiedy wsiadłem, Olga wydała jakieś polecenie kierowcy i ruszyliśmy. Potem ustawicznie kłóciła się z kierowcą, że nie jedzie najkrótszą drogą.

Po dwudziestu minutach takiej jazdy, kiedy zabrnęliśmy już głęboko w osiedla wysokich bloków na moskiewskich przedmieściach, w końcu zapytałem:

– Dokąd jedziemy?

– Niedaleko.

Wszędzie było mnóstwo ludzi grabiących liście i zamiatających ulice. Nigdy nie widziałem tylu zamiataczy. Zapytałem, o co tu chodzi.

Olga wyjaśniła, że to taki szczególny dzień w roku, kiedy ludzie pracują za darmo przy sprzątaniu miasta. Ten dzień nazywa się subotnik, a ludzie pracują na cześć Lenina. Za dwa dni przypadała rocznica jego urodzin.

– Czy i pani nie powinna teraz biegać z szuflą, Olgo?

– Jestem zbyt zajęta – odparła, ale jej śmiech mówił: „Niedoczekanie wasze!”.

– Czy jedziemy do czyjegoś domu?

Olga udzieliła kierowcy dodatkowych wskazówek. Kierowca skręcił najpierw w boczną uliczkę w prawo, następnie ruszył na skróty drogą gruntową i zaczął kląć. Ta kiepska droga łączyła dwa osiedla. Taksówkarz przejechał jeszcze kawałek wyboistą drogą pomiędzy wysokimi posępnymi blokami, po czym zatrzymał się nagle i gniewnie coś zatrajkotał.

– Stąd możemy już pójść – powiedziała Olga. – Może mu pan zapłacić.

Taksówkarz wyrwał mi ruble z ręki i odjechał, a my poszliśmy w stronę piętnastopiętrowego bloku, mijając bawiące się dzieci i ich rodziców, którzy z obywatelskim oddaniem zamiatali chodniki.

Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Byłem po prostu mężczyzną w deszczowcu, szedłem za dwiema kobietami błotnistym chodnikiem wzdłuż pomazanych ścian, pod popękanymi oknami aż do rozwalonych drzwi wiodących do klatki schodowej, gdzie stały trzy dziecinne wózki, a w posadzce tu i tam brakowało płytek. Równie dobrze mogło to być osiedle w południowym Londynie lub w Bronksie. Winda była zdewastowana, ale działała. Wyłożono ją lakierowanym drewnem, w którym tłumy wandali wyryły swoje inicjały. Pojechaliśmy na ostatnie piętro.

– Przepraszam – powiedziała Olga. – Nie udało mi się dodzwonić do przyjaciółki, więc będę musiała najpierw z nią porozmawiać.

Wtedy już wyobrażałem sobie, że dotarliśmy do miejsca, gdzie zaczną mi grozić, a może i obrabują. Za tymi drzwiami jest pewnie trzech wielkich ruskich. Złapią mnie, opróżnią kieszenie, a potem z zawiązanymi oczyma wywiozą gdzieś i wyrzucą. Porwania nie są w ich stylu. Zadałem sobie pytanie, czy się boję, i odpowiedziałem: tak jakby.

Nabrałem otuchy, kiedy drzwi otworzyła zaskoczona zdzirowata kobieta, rozczochrana, w szlafroku. Było późne popołudnie, a ona najwyraźniej dopiero co się obudziła. Poszeptała z Olgą, po czym zaprosiła nas do środka.

Na imię miała Tatiana. Była zła, że jej przeszkodziliśmy. Leżąc w łóżku, oglądała telewizję. Zapytałem, czy mogę skorzystać z toalety, i szybko zlustrowałem mieszkanie. Wielkie, złożone z czterech dużych pokoi, każdy z osobnym wejściem ze sporego przedpokoju, w którym ustawiono regały z książkami. Wszędzie zaciągnięte zasłony. Pachniało roślinami i lakierem do włosów, ale unosił się również ów znamienny zapaszek, który przenika mieszkania śpiochów – odorek betów, rozgrzanego ciała i przepoconych stóp.

– Napije się pan herbaty?

Powiedziałem, że chętnie, i usiedliśmy w małej kuchni. Podczas gdy gotowała się woda i parzyła herbata, Tatiana uczesała się i umalowała.

Na stole leżało parę czasopism, dwa stare numery „Vogue’a” i „Tatler” oraz „Harper’s Bazaar” z ubiegłego miesiąca. Widząc je tutaj, poczułem, że już zawsze będzie mnie mdlić na myśl o tych pismach.

– Przynosi mi je znajomy Włoch – powiedziała Tatiana.

– Tatiana zna wielu cudzoziemców – dodała Olga. – Dlatego chciałam, abyśmy się tutaj spotkali. Bo pan jest naszym znajomym cudzoziemcem. Chce pan wymienić ruble?

Powiedziałem, że nie, bo niczego nie zamierzam kupować.

– Możemy znaleźć coś dla pana – stwierdziła Olga – a pan da nam dolary.

– Co chcecie znaleźć?

– Panu podoba się Natasza. Nataszy pan się podoba. Czemu się pan z nią nie kocha?

Wstałem i podszedłem do okna. Trzy kobiety patrzyły na mnie, a kiedy spojrzałem na Nataszę, uśmiechnęła się wstydliwie i zatrzepotała rzęsami. Obok stał jej koszyk na zakupy z pudełkiem proszku, świeżym szpinakiem w tutce z gazety, paczką plastikowych spinaczy do bielizny i paczką jednorazowych pieluch.

– Tutaj? – zapytałem. – Teraz?

Uśmiechnęły się do mnie. Za oknem ludzie zamiatali chodniki, grabili liście i zgarniali szuflami śmieci na kupę, demonstrując należytą niesamolubną obywatelską dumę z okazji rocznicy urodzin Lenina.

– Ile mnie będzie kosztować miłość z Nataszą?

– Będzie kosztować sto siedemdziesiąt dolarów.

– Osobliwie precyzyjna to cena – rzekłem. – Jak ją pani skalkulowała?

– Tyle kosztuje magnetofon kasetowy w Bieriozce.

– Zastanowię się.

– Musi pan zdecydować teraz – surowo stwierdziła Olga. – Ma pan kartę kredytową?

– Przyjmujecie karty?

– Nie, ale w Bieriozce przyjmują.

– To okropna kupa forsy, Olgo.

– Fuj! – zawołała szyderczo Tatiana. – Mój chłopak daje mi radia, magnetofony, kasety, ciuchy. Tysiące dolarów. A pan się handryczy o parę setek.

– Słuchajcie, wcale się nie chwalę, słowo, ale kiedy podoba mi się kobieta, zwykle nie muszę jej płacić, żebyśmy poszli do łóżka. W Ameryce robimy to dla zabawy.

– Jeżeli nie ma pan dolarów, możemy kupić radia w Bierioz­ce. Zamykają o szóstej – powiedziała Olga, a na widok mojej miny zapytała: – Co jest?

– Nie lubię być poganiany.

– Gadanie! Dawno już mógłby pan skończyć!

Miałem tego dość, musiałem jakoś przerwać bezsensowne namowy. W kuchni panował zaduch, herbata była gorzka, wszyscy ci ludzie grabiący liście piętnaście pięter niżej przygnębiali mnie.

– Może najpierw pojedziemy do Bieriozki – zaproponowałem.

Tatiana ubrała się i złapaliśmy taksówkę. Do sklepu dotarliśmy po dwudziestu minutach. Było dobrze po piątej, ale mnie chodziło już tylko o ratowanie twarzy, no i pieniędzy. Tam, w mieszkaniu poczułem do siebie obrzydzenie.

Jeszcze przed wejściem kobiety zaczęły nerwowe dyskusje. Olga stwierdziła, że to wszystko przeze mnie, bo nie kochałem się z Nataszą, kiedy był na to czas. Tatiana musiała odebrać córkę ze szkoły, Natasza powinna wracać do domu, bo jutro wyjeżdżała z mężem i dzieckiem nad Morze Czarne. Może dlatego chciała mieć magnetofon kasetowy. Olga też powinna wracać do domu, żeby przygotować kolację.

– Wriemia, wriemia – powiedziała Natasza. – Nie ma czasu, nie ma czasu.

Nigdy przedtem nie widziałem tak drogiego sprzętu elektronicznego. Radia, magnetofony jak gdyby na wagę złota, walkman Sony za trzysta dolarów.

– Natasza chce taki – powiedziała Olga, wskazując magnetofony kasetowe po dwieście dolarów.

– To niedorzeczna cena.

– To dobry kasetowiec, japoński.

Spojrzałem na Nataszę, myśląc, że ci ludzie rzeczywiście nie mają pojęcia o wolnym rynku.

– Wriemia – natarczywie powiedziała Natasza.

– To jest ładne – zacząłem przymierzać futrzane czapki. – Nie chciałaby pani takiej?

– Musi pan coś teraz kupić – stwierdziła Olga. – Zaraz idziemy.

Wyobraziłem to sobie. Magnetofon kasetowy w firmowej torbie Bieriozki, szalona jazda do Tatiany, nieporadne zapasy z Nataszą dyszącą: Wriemia, wriemia, a gdy już będzie po wszystkim, poczucie, że zostało się wyrolowanym, żeby nie powiedzieć – wydymanym.

– Tatiano, córka czeka na panią w szkole – oświadczyłem. – Olgo, pani mąż liczy na kolację o zwykłej porze. Pani, Nataszo, jest bardzo miła, ale jeżeli nie wróci pani zaraz do domu i nie zacznie się pakować, to nigdy nie pojedzie pani z mężem nad Morze Czarne.

– Co pan wyprawia?

– Jestem umówiony – rzekłem i wyszedłem, bo już zamykano Bieriozkę.

Poszedłem do teatru Bolszoj, gdzie w szatni, w bufecie i w barze zauważyłem, że Rosjanki posyłają mi znaczące spojrzenia. Nie pożądliwe ani miłosne, lecz po prostu zaciekawione, ponieważ spostrzegły mężczyznę, który prawdopodobnie ma twardą walutę. Nie tak patrzą zazwyczaj na mężczyzn kobiety. Były to niedwuznacznie przeciągłe spojrzenia, połączone z półuśmiechem, który mówił: „Może byśmy pasowali do siebie”.

Moskwa zrobiła silne wrażenie na moich towarzyszach podróży. Przycichli i stali się czujni. Wydawali się naprawdę przestraszeni, czego w ogóle nie oczekiwałem. Czy sprawiły to srogie miny żołnierzy i milicjantów? A może ustawiczne kontrole, konieczność pokazania karty gościa, zanim wpuszczą człowieka do holu? A może te wielkie posępne budowle i szerokie ulice? Ashley przyznał, że w Moskwie czuł się malutki.

Kopyto puścił do mnie oko i powiedział, że przez trzy dni spędzone w Moskwie nie wyściubił nosa z hotelu. Bał się, jak mówił, że go zgarną i słuch po nim zaginie.

– Dlaczego mieliby to zrobić?

– Byłem w piechocie morskiej – z namaszczeniem odparł Kopyto. – W Rosji za coś takiego dostajesz kulkę w łeb. Wynoś­my się stąd. Taka jest moja rada.

Gdyśmy