Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 46 min Lektor: Anna Apostolakis

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 10 godz. 46 min Lektor: Anna Apostolakis

Opis ebooka Jawne tajemnice - Alice Munro

Powieść laureatki Nobla 2013!

Osiem historii, w których poezja miesza się z prozą codzienności w rytmie życia małego kanadyjskiego miasteczka Carstairs. Bohaterki to kobiety zakochane, samotne, niezależne i bezradne – używają plotki, by opowiedzieć światu o swoich tajemnicach: bibliotekarka zakochana w rannym żołnierzu, panna młoda, która opuszcza swój dom, by odnaleźć szczęście na drugim końcu świata, zdradzona żona odzyskująca spokój w zwodzeniu męża, kobieta, która z powodu oszustw już nigdy nie powie prawdy.

Plotka staje się ważniejsza niż prawdziwe wydarzenia – wszystko to rozgrywa się na granicy fikcji i rzeczywistości…

Opinie o ebooku Jawne tajemnice - Alice Munro

Fragment ebooka Jawne tajemnice - Alice Munro

Ali­ce Mun­ro

JAW­NE TA­JEM­NI­CE

przełożyła Anna Przed­pełska-Trze­cia­kow­ska

Tytuł ory­gi­nału: Open se­crets

Co­py­ri­ght © 1994 by Ali­ce Mun­ro

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Anna Przed­pełska-Trze­cia­kow­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Książkę tę de­dy­kuję moim za­wsze wier­nym przy­ja­ciółkom – Da­ph­ne i De­ir­dre, Au­drey, Sal­ly, Ju­lie, Mil­dred, Anne, Gin­ger i Mary.

Za da­le­ko

Li­sty

W ja­dal­ni Ho­te­lu Ku­piec­kie­go Lo­uisa otwo­rzyła list, który właśnie przy­szedł do niej zza mo­rza. Zjadła, jak za­wsze, stek z kar­to­fla­mi i popiła kie­lisz­kiem wina. W sali było kil­ku podróżnych i den­ty­sta, który tu jadał co wieczór, bo był wdow­cem. Naj­pierw jak­by się nią trochę in­te­re­so­wał, ale po­wie­dział, że nig­dy w życiu nie wi­dział, żeby ko­bie­ta piła wino czy coś moc­niej­sze­go.

– To ze względu na zdro­wie – po­wie­działa poważnie Lo­uisa.

Na białych ob­ru­sach, zmie­nia­nych co ty­dzień, leżały do­dat­ko­wo ochron­ne ce­ra­to­we podkładki. W zi­mie ja­dal­nię wypełniał za­pach ce­ra­ty prze­ciąga­nej mokrą szmatą, oparów z węglo­we­go pie­ca i sosu z wołowi­ny oraz su­szo­nych po­mi­dorów z ce­bulą – za­pach wca­le przy­jem­ny dla kogoś, kto wcho­dził prze­mar­z­nięty, głodny. Na każdym sto­le stała mała pod­staw­ka na przy­pra­wy, w niej bu­te­lecz­ka sosu brązo­we­go, sosu po­mi­dorowego i słoiczek chrza­nu.

List był ad­re­so­wa­ny do „Bi­blio­te­kar­ki Miej­skiej Bi­blio­te­ki Pu­blicz­nej w Car­sta­irs, On­ta­rio”. Da­to­wa­ny przed sześcio­ma ty­go­dnia­mi – 4 stycz­nia 1917 roku.

Pew­no się Pani zdzi­wi, że do­sta­je list od kogoś, kogo Pani nie zna i kto nie pamięta, jak się Pani na­zy­wa. Mam na­dzieję, że Pani jest ciągle tą samą Bi­blio­te­karką, cho­ciaż minęło już spo­ro cza­su i mogła się Pani dokądś prze­nieść.

To, przez co tu je­stem, w tym szpi­ta­lu, to nic spe­cjal­nie poważnego. Widzę na­około o wie­le gor­sze rze­czy i od­ry­wam od nich myśli, wy­obrażając so­bie różności, na przykład czy Pani jest jesz­cze w bi­blio­te­ce. Jeśli Pani jest ta, o której myślę, to jest Pani tak jakoś śred­nie­go wzro­stu, może trochę mniej, ja­sna sza­tyn­ka. Przyszła Pani na kil­ka mie­sięcy przed moim powołaniem, po pan­nie Tam­blyn, która była bi­blio­te­karką, odkąd zacząłem pożyczać książki, jak miałem dzie­więć czy dzie­sięć lat. Za jej czasów książki stały, gdzie która chciała, i człowiek za Chi­ny nie ry­zy­ko­wał, żeby ją po­pro­sić o naj­mniejszą po­moc, bo była jak smok. I po­tem Pani przyszła, i za­raz zmia­na, wszyst­ko po­sze­re­go­wa­ne w działy – Po­wieść i Li­te­ra­tu­ra Fak­tu, i Hi­sto­ria, i Podróże, i układała Pani porządnie pi­sma, i wykładała za­raz, jak przyszły, a nie trzy­mała gdzieś, żeby pleśniały na za­ple­czu, aż wszyst­ko się zro­bi nie­ak­tu­al­ne. Byłem za to wdzięczny, ale nie wie­działem, jak to po­wie­dzieć. I tak się sam sie­bie pytałem, co Panią do nas przy­pro­wa­dziło, prze­cież Pani jest oso­ba wy­kształcona.

Na­zy­wam się Jack Agnew, moja kar­ta jest w szu­fla­dzie. Ta ostat­nia pożyczo­na książka była bar­dzo do­bra – H.G. Wells – Man­kind in the Ma­king. Edu­kację skończyłem na dru­giej gim­na­zjal­nej, po­tem po­szedłem do Do­uda, jak wie­lu in­nych. Nie zaciągnąłem się za­raz po osiem­na­stych uro­dzi­nach, więc mnie Pani nie znaj­dzie między Wa­lecz­ny­mi. Ja je­stem taki, co to lubi za­wsze mieć swo­je zda­nie. Mój je­dy­ny krew­ny w Car­sta­irs, i na świe­cie, to Pa­trick Agnew, mój oj­ciec. Pra­cu­je u Do­uda, ale nie w fa­bry­ce, lecz przy domu, w ogro­dzie. To sa­mot­nik, jesz­cze większy niż ja, jak tyl­ko ma chwilę cza­su, to je­dzie na ryby, na wieś. Piszę cza­sa­mi do nie­go, ale nie myślę, żeby to czy­tał.

Po ko­la­cji Lo­uisa poszła na dru­gie piętro do sa­lo­ni­ku dla pań i usiadła przy biur­ku, żeby od­pi­sać.

Bar­dzo mi miło, że Pan do­ce­nia to, co zro­biłam w bi­blio­te­ce, cho­ciaż ja tyl­ko po­se­gre­go­wałam książki, to nie było nic nad­zwy­czaj­ne­go.

Na pew­no chciałby Pan otrzy­mać ja­kieś wia­do­mości z domu, ale ja je­stem do tego niewłaściwą osobą jako nie­tu­tej­sza. Roz­ma­wiam z ludźmi w bi­blio­te­ce i w ho­te­lu. Podróżni w ho­te­lu roz­ma­wiają na ogół o tym, jak idą in­te­re­sy (idą do­brze, jeśli się uda zdo­być to­war), trochę o cho­ro­bach i często o woj­nie. Roi się od pogłosek, które po­wstają z pogłosek oraz różnych wy­obrażeń, je­stem pew­na, że al­bo­by się Pan z nich uśmiał, al­bo­by Pana zde­ner­wo­wały. Nie będę na­wet próbowała ich spi­sać, bo wiem, że Cen­zor po­szat­ko­wałby cały ten list.

Pyta Pan, skąd się tu wzięłam. To nic cie­ka­we­go. Obo­je moi ro­dzi­ce nie żyją. Oj­ciec pra­co­wał dla Eato­na w To­ron­to, w dzia­le me­bli, a po jego śmier­ci mat­ka również pra­co­wała u Eato­na, w dzia­le poście­li. I ja tam też jakiś czas pra­co­wałam, w książkach. Można by pew­no po­wie­dzieć, że Eaton to był taki nasz Doud. Skończyłam Ko­le­gium Ja­rvi­sa. Za­padłam na pewną cho­robę, przez co mu­siałam długo prze­by­wać w szpi­ta­lu, ale te­raz je­stem już zdro­wa. Miałam dużo cza­su na czy­ta­nie, moi ulu­bie­ni pi­sa­rze to Tho­mas Har­dy, którego po­ma­wiają o po­nu­rac­two, ale myślę, że jest bar­dzo bli­ski życiu, i Wil­la Ca­ther. Przy­pad­kiem zna­lazłam się w tym mieście i usłyszałam, że bi­blio­te­kar­ka umarła, pomyślałam, że może to jest pra­ca dla mnie.

Jak to do­brze, że Pani list przy­szedł dzi­siaj, bo mają mnie stąd wy­pi­sać i nie wiem, czy przesłali­by go tam, dokąd idę. Cieszę się, że Pani nie uznała mo­je­go li­stu za przygłupi.

Jeśli Pani wpad­nie na mo­je­go Tatę albo kogo tam, to nie po­trze­bu­je Pani mówić, że do sie­bie pi­su­je­my. To ni­czy­ja spra­wa, a wiem, że kupa lu­dzi śmiałaby się ze mnie, że piszę li­sty do Bi­blio­te­kar­ki, tak jak się wyśmie­wa­li, że chodzę do bi­blio­te­ki. Po co im robić przy­jem­ność?

Cieszę się, że się stąd wy­noszę. Większe mam szczęście niż niektórzy tu­taj, co nig­dy już nie będą cho­dzić ani wi­dzieć na oczy i będą się mu­sie­li kryć przed ludźmi.

Pytała Pani, gdzie miesz­kałem w Car­sta­irs. Nie mam się czym chwa­lić. Wie Pani, gdzie jest Vi­ne­gar Hill, jak stamtąd skręcić we Flo­wers Road? To będzie ostat­ni dom po pra­wej, ma­lo­wa­ny żółtą farbą od cza­su do cza­su. Tata upra­wia ziem­nia­ki, a może upra­wiał. Łado­wałem je na wózek i woziłem po mieście, a za każdy sprze­da­ny wózek do­sta­wałem pięć centów dla sie­bie.

Wspo­mniała Pani ulu­bio­nych pi­sa­rzy. Kie­dyś to naj­bar­dziej lubiłem Zane’a Greya, ale po­tem od­sunęło mnie od po­wieści i po­niosło do hi­sto­rii i podróży. Wiem, cza­sem czy­tam książki, do ja­kich za wy­so­ko mi sięgać, ale coś z nich jed­nak wy­noszę. Je­den, o którym wzmian­ko­wałem, to H.G. Wells, a dru­gi to Ro­bert In­ger­soll, on pi­sze o re­li­gii. Dali mi dużo do myśle­nia. Mam na­dzieję, że Pani nie ura­ziłem, jeśli Pani jest bar­dzo re­li­gij­na.

Jed­ne­go dnia, jak przy­szedłem do bi­blio­te­ki, to była so­bo­ta po południu, a Pani właśnie otwo­rzyła wejście i za­pa­liła światło, na dwo­rze było ciem­no i padało. Złapał Panią deszcz bez płasz­cza i pa­ra­sol­ki i zmokły Pani włosy. Wyjęła Pani szpil­ki i po­zwo­liła się tym włosom roz­sy­pać. Czy to nie za bar­dzo oso­bi­ste py­ta­nie, żeby się do­wie­dzieć, czy Pani wciąż nosi długie, czy je obcięła? Po­deszła Pani do grzej­ni­ka i stała, i otrząsała włosy na ten grzej­nik, a woda skwier­czała jak tłuszcz na pa­tel­ni. Ja sie­działem i czy­tałem w „Lon­don Il­lu­stra­ted News” o woj­nie. Uśmiechnęliśmy się do sie­bie. (Nie chciałem po­wie­dzieć, jak to pisałem, że miała Pani tłuste włosy).

Nie obcięłam włosów, cho­ciaż często o tym myślę. Nie wiem, czy to przez próżność, czy przez le­ni­stwo.

Nie je­stem bar­dzo re­li­gij­na.

Poszłam na Vi­ne­gar Hill i zna­lazłam Pański dom. Kar­to­fle wyglądają jak oka­zy zdro­wia. Pies po­li­cyj­ny podjął ze mną roz­mowę. Czy to Pański?

Robi się co­raz cie­plej. Rze­ka wylała, to się po­dob­no zda­rza co roku na wiosnę. Woda do­stała się do ho­te­lo­wej piw­ni­cy i w jakiś sposób ska­ziła na­sze za­pa­sy pit­ne, do­sta­liśmy dzięki temu za dar­mo piwo zwykłe albo im­bi­ro­we. Ale tyl­ko sta­li miesz­kańcy albo goście ho­te­lo­wi. Wy­obraża Pan so­bie, ile było żartów.

Chciałabym się do­wie­dzieć, czy jest coś, co mogłabym Panu wysłać?

Nie po­trze­buję ni­cze­go spe­cjal­nie. Do­staję tytoń i różne rze­czy od pań z Car­sta­irs, które je dla nas robią. Chciałbym prze­czytać ja­kieś książki tych au­torów, których Pani wy­mie­niła, ale tu­taj się chy­ba nie da.

Jed­ne­go dnia fa­cet umarł tu­taj na atak ser­ca. To była wia­do­mość nad wia­do­mości! Słyszała Pani o fa­ce­cie, który umarł na atak ser­ca? O ni­czym in­nym tu nie ga­da­no, w dzień i w noc, na okrągło. Wszy­scy się śmia­li, może to się wy­da­wać bez ser­ca, ale po pro­stu nie do pojęcia. Na­wet nie było wiel­kie­go ognia, więc nie można przy­pusz­czać, że się prze­stra­szył. (Prawdę mówiąc, aku­rat pisał list, więc może po­wi­nie­nem uważać). Przed nim i po nim lu­dzie umie­ra­li od kuli albo wy­bu­chu, ale on się zro­bił sławny od tej śmier­ci na atak ser­ca. Lu­dzie po­wia­dają, taki kawał dro­gi tu je­chał i ile to wszyst­ko mu­siało kosz­to­wać Armię.

Taka su­sza tego lata, po­le­wacz­ka co­dzien­nie zra­sza uli­ce, żeby spłukać kurz. Za nią, z tyłu, tańcują dzie­ci. Po­ja­wiło się również coś no­we­go w mieście – wózek z dzwo­necz­kiem, je­chał ulicą i roz­wo­ził lody na sprze­daż, dzie­ci go nie odstępowały ani na chwilę. Wózek ciągnął człowiek, który miał wy­pa­dek w fa­bry­ce – pew­no Pan wie, o kim mówię, tyl­ko nie pamiętam na­zwi­ska. Stra­cił rękę aż do łokcia. W moim po­ko­ju ho­te­lo­wym, na trze­cim piętrze, było gorąco jak w pie­cu, więc często się prze­cha­dzałam, nie­kie­dy po północy. To samo robiło wie­lu lu­dzi, niektórzy w piżamach. To było jak we śnie. W rze­ce zo­stało jesz­cze trochę wody, na tyle, żeby się dało wypłynąć łódką, i w sierp­niową nie­dzielę wypłynął jakiś me­to­dy­stycz­ny ka­zno­dzie­ja. Mo­dlił się o deszcz pod­czas pu­blicz­ne­go nabożeństwa. Ale łódź miała drob­ny prze­ciek i woda zaczęła się wle­wać do środ­ka, zmo­czyła mu nogi i wresz­cie łódź za­tonęła, a pa­stor stał tak w wo­dzie, nie­mal do pasa. Czy to był wy­pa­dek, czy złośliwy kawał? Po­wia­da­li, że wszyst­kie jego mo­dli­twy są wysłuchi­wa­ne, tyl­ko na opak.

Często mi­jam na spa­ce­rze dom Do­uda. Pański oj­ciec wspa­nia­le utrzy­mu­je traw­ni­ki i żywopłoty, wyglądają pięknie. Po­do­ba mi się ten dom, taki ory­gi­nal­ny i – wy­da­wałoby się – prze­strzen­ny. Ale pew­no i tam, wewnątrz, nie było chłodno, bo do­szedł mnie późną nocą głos mat­ki i ma­lut­kiej dziew­czyn­ki, tak jak­by się znaj­do­wały na dwo­rze, na traw­ni­ku.

Cho­ciaż po­wie­działem Pani, że ni­cze­go mi nie trze­ba, to jed­nak jest coś, cze­go bym chciał. To zna­czy – Pani fo­to­gra­fii. Mam na­dzieję, że Pani nie uzna tej prośby za zbyt śmiałą. Może Pani jest z kimś zaręczo­na albo ma tu w woj­sku sym­pa­tię i pi­sze do nie­go tak samo jak do mnie. Pani prze­cież nie jest taka zwy­czaj­na i wca­le bym się nie zdzi­wił, żeby się jakiś ofi­cer o Panią sta­rał. Ale te­raz, jak już to na­pi­sałem, to nie mogę cofnąć i tak zo­sta­wię, niech Pani o mnie myśli, co chce.

Lo­uisa miała dwa­dzieścia pięć lat i raz się ko­chała w le­ka­rzu, którego po­znała w sa­na­to­rium. Uczu­cie zo­stało wresz­cie od­wza­jem­nio­ne, przez co dok­tor stra­cił po­sadę. Nie była całkiem pew­na, czy to jemu ka­za­li odejść z sa­na­to­rium, czy od­szedł z własnej woli, zmęczo­ny tym uwikłaniem. Miał żonę i dzie­ci. No i jesz­cze li­czyła się ko­re­spon­den­cja. Kie­dy od­szedł, pi­sy­wa­li do sie­bie. I po jej wyjściu raz czy dwa. Po­tem po­pro­siła, żeby więcej nie pisał, więc nie pisał. Ale brak tych przy­chodzących listów wy­gnał ją z To­ron­to i spra­wił, że wzięła pracę obwoźną. Spo­ty­kał ją wte­dy tyl­ko je­den zawód ty­go­dnio­wo: w piątek czy so­botę, po po­wro­cie. Ten jej ostat­ni list był zde­cy­do­wa­ny i sto­ic­ki – i z ta­kim właśnie po­czu­ciem, jak­by była bo­ha­terką tra­ge­dii miłosnej, jeździła po kra­ju, tasz­czyła swo­je wa­liz­ki z próbka­mi w dół i w górę po scho­dach małych ho­te­lików i roz­pra­wiała o pa­ry­skich mo­dach i że te pro­mo­cyj­ne ka­pe­lu­si­ki są ta­kie uro­cze, i wy­chy­lała w sa­mot­ności kie­li­szek wina. Gdy­by jed­nak miała kogoś, z kim mogłaby roz­ma­wiać, toby po­dobną po­stawę wyśmiała. Po­wie­działaby, że miłość to za­wra­ca­nie głowy, oszu­stwo, i wie­rzyła w to. Ale sama myśl o niej wciąż przy­no­siła uci­sze­nie, dreszcz prze­bie­gający wzdłuż nerwów, ustępstwo ro­zu­mu, całko­wi­te odrętwie­nie.

Zro­biła so­bie zdjęcie. Wie­działa, ja­kie­go by chciała. Chciałaby mieć na so­bie prostą, białą bluzkę, taką wiejską ko­szulę z ta­siemką przy odsłoniętej szyi. Nie miała ta­kiej bluz­ki i prawdę mówiąc, wi­działa po­dob­ne tyl­ko na ob­raz­kach. I chciałaby roz­puścić włosy. Albo jeśli już mają być związane, to chciałaby je luźno ze­brać i pod­wiązać perełkami.

Za­miast tego włożyła swoją nie­bieską je­dwabną bluzkę do pasa i ucze­sała włosy jak zwy­kle. Uznała, że wyszła dość bla­do, z za­pad­niętymi ocza­mi. Miała ostrzej­szy wy­raz twa­rzy, bar­dziej zniechęcający, niżby chciała. Tak czy in­a­czej wysłała zdjęcie.

Nie je­stem zaręczo­na i nie mam żad­nej sym­pa­tii. Raz byłam za­ko­cha­na, ale trze­ba to było ze­rwać. Czułam się przygnębio­na, ale wie­działam, że to ko­niecz­ne, a te­raz sądzę, że wyszło na do­bre.

Łamała so­bie, rzecz ja­sna, głowę, chcąc go so­bie przy­po­mnieć. Nie pamiętała, żeby strze­py­wała włosy, jak on to opi­sy­wał, ani żeby się uśmie­chała do ja­kie­goś młode­go człowie­ka, pod­czas gdy kro­ple desz­czu spa­dały na grzej­nik. Równie do­brze mógł so­bie to wszyst­ko wyśnić i może wyśnił.

Zaczęła bar­dziej szczegółowo śle­dzić wy­da­rze­nia wo­jen­ne. Nie próbowała ich dłużej wy­py­chać ze świa­do­mości. Kie­dy szła ulicą, czuła, że ma w głowie pełno tych sa­mych pod­nie­cających i przygnębiających in­for­ma­cji co wszy­scy. Sa­int-Qu­en­tin, Ar­ras, Mont­di­dier, Amiens, po­tem bi­twa nad Sommą, tam chy­ba już wcześniej to­czyły się wal­ki. Otwie­rała na biur­ku mapy wo­jen­ne dru­ko­wa­ne na rozkładówkach ty­go­dników. Pa­trzyła na na­zna­czoną ko­lo­rową linią ofen­sywę nie­miecką nad Marną i pierw­sze ude­rze­nie Ame­ry­kanów na Château Thier­ry. Oglądała se­pio­we od­bit­ki ry­sunków przed­sta­wiających czy to ko­nia przy­sia­dającego na za­dzie w mo­men­cie wy­bu­chu po­ci­sku, czy żołnie­rzy w Afry­ce Wschod­niej pijących z łupi­ny ko­ko­sa, czy jeńców nie­mieckich, z ban­dażami na głowach i rękach, po­nu­rych, prze­gra­nych. Te­raz czuła to co wszy­scy – nie­ustan­ny strach i nie­pokój, a jed­no­cześnie ja­kieś uza­leżniające pod­nie­ce­nie. Człowiek mógł w pew­nym mo­men­cie swo­je­go życia ode­rwać się i po­czuć, jak świat obok się wali.

Cieszę się, że Pani nie ma sym­pa­tii, cho­ciaż wiem, że to sa­mo­lub­stwo z mo­jej stro­ny. Nie myślę, żebyśmy się kie­dy­kol­wiek spo­tka­li w przyszłości. Nie mówię dla­te­go, że miałem sen o tym, co się sta­nie, albo że je­stem po­nu­rak za­wsze wyglądający nieszczęścia. Myślę po pro­stu, że to jest naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne, cho­ciaż wca­le nie za­wra­cam so­bie tym głowy i co­dzien­nie robię wszyst­ko, żeby się nie dać zabić. Nie piszę tego po to, żeby Panią zmar­twić ani żeby zdo­być Pani życz­li­wość, tyl­ko żeby wytłuma­czyć, w jaki sposób ta myśl, że nig­dy nie wrócę do Car­sta­irs, po­zwa­la mi so­bie wy­obrażać, że mogę mówić, co chcę. To chy­ba tak, jak człowiek jest cho­ry i ma gorączkę. Więc po­wiem, że Panią ko­cham. Wy­obrażam so­bie, jak Pani stoi na stołku w bi­blio­te­ce i odkłada książkę na półkę, a ja pod­chodzę i uj­muję Panią w ta­lii, i pod­noszę Panią, i sta­wiam, a Pani ob­ra­ca się w mo­ich ra­mio­nach, tak jak­byśmy się we wszyst­kim zga­dza­li.

W każde wtor­ko­we popołudnie pa­nie i dziewczęta z Czer­wo­ne­go Krzyża zbie­rały się w Sali Po­sie­dzeń Rady, która znaj­do­wała się za bi­blio­teką, po prze­ciw­nej stro­nie hal­lu. Kie­dy w bi­blio­te­ce ni­ko­go aku­rat nie było, Lo­uisa przeszła przez hall i otwo­rzyła drzwi po­ko­ju pełnego ko­biet. Po­sta­no­wiła zro­bić na dru­tach sza­lik. Na­uczyła się zwykłego ście­gu w sa­na­to­rium, ale nie umiała albo już za­po­mniała, jak się zrzu­ca czy nadkłada oczka.

Star­sze pa­nie zajęte były pa­ko­wa­niem pudeł oraz przy­ci­na­niem i składa­niem ban­daży z rozłożonych na stołach płacht gru­be­go płótna. Ale dziewczęta siedzące przy drzwiach za­ja­dały bułecz­ki i piły her­batę. Jed­na trzy­mała na wyciągniętych rękach mo­tek wełny, którą dru­ga na­wi­jała na kłębek.

Lo­uisa po­wie­działa im, cze­go by się chciała na­uczyć.

– Co chcesz wy­dzier­gać? – za­py­tała jed­na; trzy­mała jesz­cze w ustach kawałek bułki.

Lo­uisa od­po­wie­działa, że ciepły sza­lik. Dla żołnie­rza.

– Och, to mu­sisz mieć prze­pi­sową włóczkę – po­wie­działa dru­ga trochę grzecz­niej i ze­sko­czyła ze stołu. Wróciła, niosąc kil­ka kłębków brązo­wej wełny, wyciągnęła z wo­recz­ka za­pa­sową parę drutów i po­wie­działa Lo­uisie, że może je so­bie za­trzy­mać. – Po­mogę ci zacząć – dodała. – Musi mieć również re­gu­la­mi­nową sze­ro­kość.

Inne dziew­czy­ny ze­brały się wokół nich i żar­to­wały z tej, która miała na imię Cor­rie. Po­wia­dały, że wszyst­ko robi nie tak, jak trze­ba.

– Nie ga­daj! Chcesz dru­tem w oko? – od­ci­nała się Cor­rie. – To dla przy­ja­cie­la? – za­py­tała życz­li­wie Lo­uisę. – Dla przy­ja­cie­la za mo­rzem?

– Tak – od­po­wie­działa Lo­uisa. Będą ją, rzecz ja­sna, uważały za starą pannę, będą się z niej śmiały albo jej współczuły, zależnie od tego, co przyj­dzie im do głowy uda­wać – życz­li­wość czy bez­czel­ność.

– Wo­bec tego weź się porządnie do ro­bo­ty – po­wie­działa ta, która skończyła bułkę. – Rób gęste i ścisłe oczka, żeby mu było ciepło.

Jed­na z dziew­czyn w tej gro­mad­ce na­zy­wała się Gra­ce Hor­ne. Była to nieśmiała, ale re­zo­lut­na dzie­więtna­sto­lat­ka, miała sze­roką twarz, cien­kie war­gi, często zaciśnięte, ciem­ne włosy przy­cięte w prostą grzywkę i ponętne, doj­rzałe ciało. Zaręczyła się z Jac­kiem Agnew przed jego wy­jaz­dem za oce­an, po­sta­no­wi­li jed­nak ni­ko­mu o tym nie mówić.

Hisz­pan­ka

Lo­uisa po­znała się bliżej z kil­ko­ma stałymi by­wal­ca­mi ho­te­lu. Jed­nym z nich był Jim Fra­rey, han­dlo­wał ma­szy­na­mi do pi­sa­nia, wy­po­sażeniem biu­ro­wym, książkami i najróżniejszą pa­pe­te­rią. Miał ja­sne włosy, spa­dzi­ste, ale moc­ne ra­mio­na, był po czter­dzie­st­ce. Na pierw­szy rzut oka spra­wiał wrażenie kogoś, kto han­dlu­je czymś cięższym, bar­dziej się liczącym w świe­cie mężczyzn, na przykład narzędzia­mi rol­ni­czy­mi.

Przez cały czas, kie­dy pa­no­wała epi­de­mia hisz­pan­ki, Jim Fra­rey pro­wa­dził swój obwoźny han­del, cho­ciaż nig­dy nie było wia­do­mo, czy skle­py będą otwar­te, czy nie. Cza­sa­mi i ho­te­le bywały za­mknięte, po­dob­nie jak szkoły i kina, a na­wet – Jim Fra­rey uważał to za skan­dal – kościoły.

– Po­win­ni się wsty­dzić, tchórze – mówił Lo­uisie. – Co komu przyj­dzie z tego, że się będzie cho­wał za węgieł i cze­kał, aż go do­pad­nie? Ty na przykład nie za­mknęłaś bi­blio­te­ki, co?

Lo­uisa po­wie­działa, że za­mknęła do­pie­ro wte­dy, kie­dy sama za­cho­ro­wała. Lek­ki przy­pa­dek, wszyst­ko trwało le­d­wie ty­dzień, ale oczy­wiście mu­siała iść do szpi­ta­la. Nie po­zwo­li­li­by jej zo­stać w ho­te­lu.

– Tchórze – powtórzył. – Jak ma cię dopaść, to do­pad­nie, nie sądzisz?

Roz­ma­wia­li o tłoku w szpi­ta­lach, o zgo­nach le­ka­rzy i pielęgnia­rek, o nie­kończącym się po­nu­rym wi­do­wi­sku pochówków. Jim Fra­rey miesz­kał w To­ron­to przy końcu uli­cy, na której znaj­do­wał się zakład po­grze­bo­wy. Mówił, że wciąż, dzień po dniu, wy­pro­wa­dzają kare ko­nie, czar­ne ka­ra­wa­ny, cały ten pa­kiet dla ta­kich, którym trze­ba ce­le­bry.

– Dzień i noc to samo – mówił. – Dzień i noc. – Pod­niósł kie­li­szek. – Za zdro­wie wo­bec tego – po­wie­dział. – Ty sama do­brze wyglądasz.

Na­prawdę uważał, że Lo­uisa le­piej te­raz wygląda. Może zaczęła się odro­binę różować? Miała ja­sno­oliw­kową cerę i często myślał, że jej po­licz­kom przy­dałoby się trochę ru­mieńca. Ubie­rała się nie­co śmie­lej i bar­dziej sta­rała się wy­cho­dzić do lu­dzi. Bywała, zależnie od tego, jak jej przyszła ocho­ta, albo bar­dziej otwar­ta, albo za­mknięta. Na do­da­tek zaczęła po­pi­jać whi­sky, cho­ciaż za­wsze z wodą. Daw­niej to był naj­wyżej kie­li­szek wina. Za­sta­na­wiał się, czy ta od­mia­na to jakiś wiel­bi­ciel. Ale wiel­bi­ciel mógł mieć do­bry wpływ na jej wygląd, a nie na obu­dze­nie za­in­te­re­so­wa­nia wszyst­kim, co się dzie­je, a to właśnie jego zda­niem miało te­raz miej­sce. Czas płynął, a woj­na zmniej­szała szan­se na zna­le­zie­nie męża. To mogło się oka­zać bodźcem dla ko­bie­ty. Była by­strzej­sza niż większość mężatek i ład­niej­sza. Lep­szy kom­pan. Jaki los spo­ty­kał ta­kie ko­bie­ty? Cza­sem po pro­stu bra­ko­wało im szczęścia. Albo ro­zu­mu w de­cy­dujących mo­men­tach. Trochę za ostra, za bar­dzo pew­na sie­bie, daw­niej to wpra­wiało mężczyzn w zakłopo­ta­nie.

– Tak czy in­a­czej życie nie może stanąć w miej­scu – po­wie­dział. – Do­brze zro­biłaś, że nie za­mknęłaś bi­blio­te­ki.

Wczesną zimą 1919 roku przy­szedł nowy atak gry­py, cho­ciaż wszy­scy myśleli, że już nie ma za­grożenia. Wy­da­wało się, jak­by byli sami w ho­te­lu. Do­cho­dziła do­pie­ro dzie­wiąta, ale ho­te­larz po­szedł spać. Miał żonę w szpi­ta­lu, z grypą. Jim Fra­rey przy­niósł bu­telkę whi­sky z baru za­mkniętego z oba­wy przed in­fekcją – i sie­dzie­li tak przy sto­li­ku pod oknem w ho­te­lo­wej ja­dal­ni. Na zewnątrz gęstniała zi­mo­wa mgła i na­pie­rała na okno. Światło ulicz­nych lamp czy nie­licz­nych sa­mo­chodów toczących się ostrożnie po moście le­d­wo do­cho­dziło tu, do ja­dal­ni.

– Och, to nie była kwe­stia za­sad – po­wie­działa Lo­uisa – to, że trzy­małam bi­blio­tekę otwartą. Powód był bar­dziej oso­bi­sty, niż ci się zda­je.

Po­tem roześmiała się i obie­cała, że mu opo­wie oso­bliwą hi­sto­rię.

– Ta whi­sky mu­siała mi roz­luźnić język.

– Nie je­stem plot­ka­rzem – za­pew­nił ją Jim Fra­rey.

Rzu­ciła na nie­go twar­de, kpiące spoj­rze­nie i po­wie­działa, że jeśli ktoś za­pew­nia, że nie jest plot­ka­rzem, to pra­wie za­wsze nim jest. To tak jak obie­cy­wać, że się ni­ko­mu nie po­wie.

– Możesz to opo­wia­dać, gdzie i kie­dy ze­chcesz, by­le­byś nie wy­mie­niał praw­dzi­wych na­zwisk i nie rozgłaszał tego w na­szej oko­li­cy – po­wie­działa. – W tym mogę ci chy­ba za­ufać. Cho­ciaż w tej chwi­li wy­da­je mi się, że i na to można machnąć ręką. Pew­no jak al­ko­hol prze­sta­nie działać, to będę myślała in­a­czej. To na­ucz­ka, ta hi­sto­ria. To na­ucz­ka, jaką idiotkę może z sie­bie zro­bić ko­bie­ta. Więc wi­dzisz, nie ma w tym nic no­we­go, o ta­kich rze­czach słyszy się co­dzien­nie.

Opo­wie­działa o żołnie­rzu, który zaczął do niej pisać li­sty zza mo­rza. Ten żołnierz za­pa­miętał ją z czasów, kie­dy przy­cho­dził do bi­blio­te­ki. Ale ona go nie pamiętała. W każdym ra­zie od­po­wie­działa mu życz­li­wie na pierw­szy list i zaczęli ze sobą ko­re­spon­do­wać. On jej na­pi­sał, gdzie miesz­kał w mieście, a ona prze­cho­dziła obok tego domu, więc mogła mu po­wie­dzieć, jak wszyst­ko wygląda. Pisał jej, ja­kie książki czy­tał, a ona od­po­wie­działa w po­dob­ny sposób o swo­ich lek­tu­rach. Krótko mówiąc, oby­dwo­je ujaw­ni­li trochę wia­do­mości o so­bie i u oboj­ga zbu­dziły się uczu­cia. Naj­pierw u nie­go, przy­najm­niej tak brzmiała de­kla­ra­cja. Ona nie należała do tych, co się rzu­cają z głową w dół, jak sza­le­ni. Z początku uważała, że oka­zu­je mu po pro­stu do­broć. Na­wet i później nie chciała go urażać i wpra­wiać w zakłopo­ta­nie. Po­pro­sił ją o fo­to­gra­fię. Zro­biła zdjęcie, nie wyszło tak, jak chciała, ale je wysłała. Za­py­tał, czy ma sym­pa­tię, i od­po­wie­działa zgod­nie z prawdą, że nie ma. Nie przysłał jej swo­je­go zdjęcia, a ona nie pro­siła o nie, cho­ciaż, rzecz ja­sna, była cie­ka­wa, jak też on wygląda. Pew­no nie byłoby mu łatwo fo­to­gra­fo­wać się w środ­ku woj­ny. A po­nad­to nie chciała wyjść na ko­bietę, która prze­stałaby mu być życz­li­wa, gdy­by jego wygląd nie spełniał jej ocze­ki­wań.

Na­pi­sał, że nie spo­dzie­wa się wrócić do domu. Na­pi­sał, że boi się nie tyle śmier­ci, ile ta­kie­go końca, jaki cze­kał niektórych ran­nych ogląda­nych w szpi­ta­lu. Nie wcho­dził w szczegóły, ale przy­pusz­czała, że miał na myśli te przy­pad­ki, o ja­kich do­pie­ro te­raz się do­wia­dują – ki­ku­ty, śle­po­ta, po­twor­ne de­for­ma­cje wsku­tek opa­rzeń. Nie roz­pa­czał nad swo­im lo­sem, nie, nie su­ge­ro­wała nic po­dob­ne­go. Po pro­stu spo­dzie­wał się, że umrze, wy­brał śmierć jako naj­lepszą spośród możliwości i myślał o niej, pisał do niej tak, jak mężczyźni piszą do uko­cha­nych w ta­kiej sy­tu­acji.

Po za­war­ciu po­ko­ju do­stała od nie­go wia­do­mość do­pie­ro po pew­nym cza­sie. Co­dzien­nie ocze­ki­wała li­stu, ale żaden list nie przy­cho­dził. Nic nie przy­cho­dziło. Bała się, że może był tym naj­bar­dziej nieszczęśli­wym z nieszczęśli­wych, jed­nym z tych, co zginęli w ostat­nim ty­go­dniu albo ostatnie­go dnia, albo w ostat­niej go­dzi­nie. Przeglądała co ty­dzień miej­scową ga­zetę, jesz­cze po No­wym Roku po­da­wa­no listę ofiar wo­jen­nych, ale jego tam nie zna­lazła. A po­tem ga­zeta zaczęła również dru­ko­wać listę wra­cających do domu, często z fo­to­gra­fią i krótką wzmianką o święto­wa­niu po­wro­tu. Kie­dy zaczęli wra­cać licz­niej i częściej, mniej było miej­sca na te do­dat­ki. I wresz­cie zo­ba­czyła jego na­zwi­sko na liście. Nie zginął, nie zo­stał ran­ny – wra­cał do domu w Car­sta­irs, może już na­wet tu był.

To właśnie wte­dy po­sta­no­wiła nie za­my­kać bi­blio­te­ki, cho­ciaż sza­lała gry­pa. Dzień w dzień spo­dzie­wała się, że przyj­dzie. Dzień w dzień cze­kała. Nie­dzie­le były męką. Kie­dy wcho­dziła do gma­chu ra­tu­sza, myślała, że on tam już jest, że stoi opar­ty o ścianę i cze­ka na nią. Cza­sa­mi to prze­czu­cie było tak sil­ne, że wi­działa cień, który brała za syl­wetkę mężczy­zny. Zro­zu­miała, jak można wie­rzyć, że się wi­dzi du­cha. Za każdym ra­zem, kie­dy otwie­rały się drzwi, spo­dzie­wała się, że pod­nie­sie wzrok na jego twarz. Cza­sa­mi za­wie­rała ze sobą umowę, że nie spoj­rzy na nie­go, za­nim nie do­li­czy do dzie­sięciu. Z po­wo­du gry­py przy­cho­dziło nie­wie­le osób. Zmu­siła się do ro­bie­nia zmian w usta­wie­niu książek, in­a­czej by zwa­rio­wała. Gasiła światła do­pie­ro pięć czy dzie­sięć mi­nut po go­dzi­nie za­my­kania. A po­tem wy­obrażała so­bie, że on stoi po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy na schod­kach pocz­ty, zbyt nieśmiały, aby się ru­szyć. Mar­twiła się oczy­wiście, że może jest cho­ry, za­wsze w roz­mo­wach sta­rała się do­wie­dzieć o ostat­nie przy­pad­ki gry­py. Nikt nie wymówił jego na­zwi­ska.

Mniej więcej w tym cza­sie prze­stała czy­tać. Okładki książek przy­po­mi­nały jej trum­ny, czy to ozdob­ne, czy ubo­gie, a to, co w środ­ku, równie do­brze mogło być pro­chem.

Trze­ba jej wy­ba­czyć, nie­praw­daż, trze­ba jej wy­ba­czyć, że po tych wszyst­kich li­stach je­dyną rzeczą nie­możliwą do pojęcia było to, żeby on się w ogóle do niej nie zbliżył, żeby w ogóle nie nawiązał z nią kon­tak­tu. Żeby nie prze­kro­czył jej pro­gu po ta­kich wy­zna­niach. Pod jej oknem prze­cho­dziły po­grze­by, na żaden nie zwra­cała uwa­gi, póki nie były jego po­grze­bem. Na­wet kie­dy leżała cho­ra w szpi­ta­lu, myślała tyl­ko o jed­nym – że musi wra­cać, musi wyjść z tego łóżka, za­mknięte drzwi nie mogą mu za­my­kać dro­gi. Zwlekła się i wróciła do pra­cy. W upal­ne popołudnie wy­wie­szała właśnie w czy­tel­ni świeżą prasę, kie­dy jego na­zwi­sko wy­sko­czyło na nią jak coś z jej gorączko­wych snów.

Prze­czy­tała krótką in­for­mację o jego ślu­bie z panną Gra­ce Hor­ne. Nie znała tej dziew­czy­ny. Nie było jej w re­je­strze czy­tel­ników bi­blio­te­ki.

Pan­na młoda miała suk­nię z cie­li­stej je­dwab­nej kre­py ob­szytą brązową i kre­mową wy­pustką oraz beżowy ka­pe­lusz słomko­wy z brązo­wy­mi ak­sa­mit­ny­mi ser­pen­tyn­ka­mi.

Zdjęcia nie było. Brązowa i kre­mo­wa wy­pust­ka. Taki był ko­niec, taki mu­siał być ko­niec jej ro­man­su.

Ale tak jakoś przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi, w so­botę wie­czo­rem, kie­dy wszy­scy czy­tel­ni­cy wy­szli, a ona za­my­kała drzwi i gasiła światła, zo­ba­czyła kartkę pa­pie­ru. Na niej kil­ka słów. „Byłem zaręczo­ny przed wy­jaz­dem”. Żad­nych na­zwisk, ani jej, ani jego. I jesz­cze jej fo­to­gra­fia wsu­nięta ro­giem pod bibułę.

Przy­szedł do bi­blio­te­ki tego wie­czo­ru. Ruch był spo­ry, mu­siała często wy­cho­dzić zza biur­ka, by wy­szu­kać książkę, o którą ktoś pro­sił, albo uporządko­wać ga­ze­ty, albo odłożyć książki na półki. Znaj­do­wał się w tym sa­mym co ona po­ko­ju, pa­trzył na nią i wy­ko­rzy­stał sy­tu­ację. Ale się jej nie po­ka­zał.

„Byłem zaręczo­ny przed wy­jaz­dem”.

– Czy myślisz, że on mi zro­bił kawał? – pytała Lo­uisa. – Czy myślisz, że mężczy­zna może być aż tak nik­czem­ny?

– Z mo­je­go doświad­cze­nia wy­ni­ka, że na ta­kie żarty po­zwa­lają so­bie ra­czej ko­bie­ty. Nie, nie. Wy­rzuć to z głowy. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że był szcze­ry. Tyl­ko go trochę za da­le­ko po­niosło. To tak wygląda z po­zo­ru. Zaręczył się przed wy­jaz­dem, nie spo­dzie­wał się wrócić w jed­nym kawałku, ale wrócił. A jak wrócił, to cze­kała na nie­go na­rze­czo­na – i co in­ne­go mógł zro­bić?

– No, rze­czy­wiście, co? – po­wie­działa Lo­uisa.

– Chapsnął więcej, niż mógł przełknąć.

– No tak, tak – mówiła. – A z mo­jej stro­ny to była tyl­ko próżność, za którą należała się na­ucz­ka. – Wzrok miała szkli­sty, na twa­rzy szel­mow­ski wy­raz. – Nie myślisz, że spoj­rzał na mnie raz a do­brze, do­szedł do wnio­sku, że ory­gi­nał jest jesz­cze gor­szy niż to nie­uda­ne zdjęcie – i się wy­co­fał?

– Nie myślę – po­wie­dział Jim Fra­rey. – I nie ceń się tak ni­sko.

– Nie chciałabym, żebyś mnie uważał za idiotkę – ciągnęła. – Nie je­stem aż tak głupia i nie­doświad­czo­na, jak by można sądzić po tej hi­sto­rii.

– Na­prawdę, nie myślę, żebyś była głupia.

– Ale może myślisz, że je­stem nie­doświad­czo­na?

„No właśnie – pomyślał – to samo co za­wsze. Jak ci ko­bie­ta opo­wie jedną hi­sto­rię o so­bie, to nie po­tra­fi skończyć, za­raz musi zacząć drugą. Al­ko­hol wpra­wia je w zupełne po­mie­sza­nie, ko­niec z roz­trop­nością”.

Już raz zwie­rzyła mu się, że była pa­cjentką sa­na­to­rium. Po­tem opo­wie­działa, że ko­chała się w tam­tej­szym le­ka­rzu. Sa­na­to­rium leżało na pięknych te­re­nach Ha­mil­ton Mo­un­ta­in, spo­ty­ka­li się na obrośniętych żywopłota­mi ścieżkach. Wa­pien­ne płyty two­rzyły stop­nie, a w osłoniętych zakątkach rosły rośliny, ja­kie rzad­ko wi­du­je się w On­ta­rio: aza­lie, ro­do­den­dro­ny, ma­gno­lie. Ten dok­tor znał się trochę na bo­ta­ni­ce i mówił jej, że to jest roślin­ność ka­ro­lińska. Całkiem inna niż na­sza, buj­niej­sza, i były jesz­cze ta­kie nie­wiel­kie la­ski, cu­dow­ne drze­wa, ścieżki wy­dep­ta­ne pod drze­wami. Drze­wa­mi tu­li­pa­no­wy­mi.

– Tu­li­pa­ny! – zdzi­wił się Jim Fra­rey. – Tu­li­pa­ny na drze­wach!

– Nie, nie, cho­dzi o kształt ich liści!

Zaśmiała się do nie­go wy­zy­wająco, po­tem przy­gryzła war­gi. Uznał, że może ciągnąć tę roz­mowę i po­wie­dział: – Tu­li­pa­ny na drze­wach! – Na co ona od­parła, że nie, że cho­dzi o kształt liści, nie, wca­le tak nie po­wie­działam, prze­stań! Prze­szli więc do eta­pu ostrożnych prób, który on do­brze znał i mógł tyl­ko li­czyć, że ona też zna, i który był pełen drob­nych, miłych nie­spo­dzia­nek, nie­co sar­do­nicz­nych znaków, rosnącej fali zu­chwałych na­dziei i brze­mien­nej w skut­ki życz­li­wości.

– Sami w całym ho­te­lu – po­wie­dział Jim Fra­rey. – To się jesz­cze nig­dy nie zda­rzyło, praw­da? Może już się więcej nie zda­rzy.

Po­zwo­liła, by wziął ją za ręce, podźwignął z krzesła. Kie­dy wy­cho­dzi­li z ja­dal­ni, zga­sił światło. Szli po scho­dach, po których tak często wspi­na­li się osob­no. Prze­szli pod ob­ra­zem psa na gro­bie swe­go pana, Szkoc­kiej Mary nucącej piosnkę w polu i sta­re­go króla o wyłupia­stych oczach, spoglądającego z wy­ra­zem sytości i pobłażania.

– Ciem­na noc­ka, noc­ka ciem­na, a mnie zno­wu bie­rze chętka – ni to śpie­wał, ni mru­czał Jim Fra­rey, kie­dy wcho­dzi­li po scho­dach. Trzy­mał pewną sie­bie dłoń na ple­cach Lo­uisy. – Wszyst­ko w porządku, wszyst­ko w porządku! – po­wta­rzał, kie­rując nią na półpiętrach. A kie­dy wstępo­wa­li na od­ci­nek wąskich schodów pro­wadzący na trze­cie piętro, po­wie­dział: – Nig­dy jesz­cze nie wspiąłem się tak bli­sko raju.

Ale późną nocą Jim Fra­rey wydał końcowe sap­nięcie i zmu­sił się do wy­mam­ro­ta­nia sen­nej re­pry­men­dy: 

– Lo­uiso, Lo­uiso, dla­cze­go mi nie po­wie­działaś, że to tak?

– Po­wie­działam ci wszyst­ko – od­parła Lo­uisa ci­chym, odpływającym głosem.

– Wydało mi się in­a­czej – po­wie­dział. – Nie chciałem ci tego zro­bić.

– Nic nie zro­biłeś – od­parła. Kie­dy prze­stał ją przy­gnia­tać i przy­trzy­my­wać, czuła się tak, jak­by wi­ro­wała nie­po­wstrzy­ma­nie, jak­by ma­te­rac zmie­nił się w dzie­cinną za­bawkę, bączka, i wi­ro­wał ra­zem z nią. Próbowała mu wytłuma­czyć, że te pla­my krwi na ma­te­racu to ślady jej pe­rio­du, ale rzu­cała słowa w tak non­sza­lanc­kiej ob­fi­tości, że trud­no je było złożyć.

Wy­pad­ki

Idąc z fa­bry­ki do domu trochę przed południem, Ar­thur wołał: 

– Nie pod­chodźcie do mnie, nim się umyję! Był wy­pa­dek w pra­cy! 

Nikt mu nie od­po­wie­dział. Pani Fe­are, go­spo­dy­ni, roz­ma­wiała w kuch­ni przez te­le­fon tak głośno, że nie mogła go słyszeć, a córka była oczy­wiście w szko­le. Umył się i we­pchnął do ko­sza wszyst­ko, co miał na so­bie, po­tem wy­szo­ro­wał łazienkę, ni­czym mor­der­ca. Ru­szył czy­sty, na­wet włosy miał gładko przy­li­za­ne, do domu tego człowie­ka. Mu­siał pytać, gdzie to jest. Wy­da­wało mu się, że gdzieś koło Vi­ne­gar Hill, ale po­wie­dzia­no mu, że nie, to ad­res jego ojca – młody człowiek z żoną miesz­ka po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta, nie­da­le­ko tego miej­sca, gdzie przed wojną stała wytwórnia soku jabłko­we­go.

Zna­lazł dwa ce­gla­ne dom­ki, je­den obok dru­gie­go, i wy­brał ten z le­wej, tak jak mu po­wie­dzia­no. Zresztą bez tru­du tra­fiłby na ten właściwy. Wia­do­mości go wy­prze­dziły. Drzwi były sze­ro­ko otwar­te, a dzie­ci, jesz­cze za małe na szkołę, plątały się po ogro­dzie. W dzie­cinnym sa­mo­cho­dzi­ku sie­działa dziew­czyn­ka, nie próbowała je­chać, ta­ra­so­wała mu tyl­ko ścieżkę. Ob­szedł ją bo­kiem. Star­sza dziew­czyn­ka zwróciła się do nie­go ofi­cjal­nym to­nem – ostrze­gała.

– Jej tatuś nie żyje. Jej!

Z fron­to­we­go po­ko­ju wyszła ko­bie­ta z naręczem zasłon, które podała ko­bie­cie stojącej w sie­ni. Ta, która je przejęła, była siwa, miała pro­szal­ny wy­raz twa­rzy. Bra­ko­wało jej górnych zębów. Pew­no dla wy­go­dy zo­sta­wiła pro­tezę w domu. Ko­bie­ta po­dająca zasłony była tęga, ale młoda, miała napiętą skórę.

– Niech pan jej po­wie, żeby nie właziła na dra­binę – zwróciła się do Ar­thu­ra siwa ko­bie­ta. – Skręci kark, jak będzie ściągała te zasłony. Myśli, że trze­ba wszyst­ko uprać. Czy pan jest z zakładu po­grze­bo­we­go? Och, nie, prze­pra­szam! Pan jest pan Doud. Gra­ce, chodźże tu­taj! Gra­ce! To pan Doud!

– Niech pani jej nie kłopo­cze – po­wie­dział Ar­thur.

– Jej się zda­je, że do ju­tra trze­ba po­zdej­mo­wać i po­prać wszyst­kie zasłony, bo on ma iść do fron­to­we­go po­ko­ju. To moja córka. Nie mogę jej przemówić do ro­zu­mu.

– Wkrótce się uspo­koi – po­wie­dział posępny, ale swo­bod­nie się za­cho­wujący mężczy­zna w ko­lo­rat­ce, który wy­szedł właśnie z głębi domu. Pa­stor. Ale żad­ne­go z tych kościołów, ja­kie Ar­thur znał. Bap­tyści? Zie­lo­noświątkow­cy? Brac­two z Ply­mo­uth? Po­pi­jał her­batę.

Przyszła jakaś inna ko­bie­ta i szyb­ko wzięła od tam­tej zasłony.

– Ma­szy­na pełna, idzie cały czas – po­wie­działa. – W taki dzień jak dzi­siaj wszyst­ko wy­schnie raz-dwa. Tyl­ko trzy­maj­cie dzie­ci z da­le­ka.

Pa­stor mu­siał zejść na bok i unieść wy­so­ko filiżankę, by mogła przejść ze swo­im sto­sem zasłon. 

– Czy żadna z pań nie za­pro­po­nu­je filiżanki her­ba­ty panu Do­udo­wi? – za­py­tał.

– Nie, nie, proszę się nie kłopo­tać – po­wie­dział Ar­thur. – Kosz­ty po­grze­bu – zwrócił się do si­wej ko­bie­ty. – Gdy­by pani była łaska­wa jej po­wie­dzieć…

– Li­lian zro­biła w majt­ki! – oznaj­miła trium­fal­nie dziew­czyn­ka przy drzwiach. – Proszę pani! Li­lian się zsiu­siała!

– Tak, tak – po­wie­dział pa­stor. – Będą bar­dzo wdzięczni.

– Działka i po­mnik, wszyst­ko – mówił Ar­thur. – Proszę ją o tym za­pew­nić. I co będą chcie­li na po­mniku.

Siwa ko­bie­ta wyszła na podwórko. Wróciła z ryczącym dziec­kiem w ra­mio­nach. 

– Bie­dac­two! Za­bro­ni­li jej wcho­dzić do domu, no to gdzie miała iść? Co miała zro­bić, jak nie w majt­ki?

Z fron­to­we­go po­ko­ju wyszła młoda ko­bie­ta, ciągnąc dy­wa­nik.

– Chcę to rzu­cić na sznur i wy­trze­pać.

– Gra­ce, przy­szedł pan Doud z kon­do­len­cja­mi – po­wie­dział pa­stor.

– I chciałbym się do­wie­dzieć, czy mógłbym w czym­kol­wiek pomóc?

Siwa ko­bie­ta zaczęła wcho­dzić po scho­dach, trzy­mając na rękach zmo­czo­ne dziec­ko, za nią ru­szyło kil­ko­ro in­nych.

Gra­ce je do­strzegła.

– O, nie, nie. Wra­caj­cie na dwór.

– Ale tam jest moja mama.

– Tak, two­ja mama ma dosyć ro­bo­ty, nie trze­ba, żebyś jej prze­szka­dzała. Po­ma­ga mi się wy­ro­bić. Nie wiesz, że tata Li­lian nie żyje?

– Czy mógłbym pani w czym­kol­wiek pomóc? – Ar­thur dawał do zro­zu­mie­nia, że za­mie­rza wyjść.

Gra­ce pa­trzyła na nie­go z otwar­ty­mi usta­mi. War­kot pral­ki wypełniał cały dom.

– Tak – po­wie­działa. – Proszę za­cze­kać.

– Jest załama­na – tłuma­czył pa­stor. – Nie chce być nie­grzecz­na.

Gra­ce wróciła z naręczem książek.

– Te, o tu­taj – po­wie­działa. – Przy­niósł je z bi­blio­te­ki. Nie chcę płacić za nie kary. Cho­dził tam co so­bo­ta wieczór, więc pew­no są na ju­tro do zwro­tu. Nie chcę mieć z tym kłopotów.

– Zajmę się nimi – po­wie­dział Ar­thur. – Bar­dzo chętnie.

– Ja tyl­ko nie chcę mieć z tym kłopotów.

– Pan Doud po­wie­dział, że zaj­mie się po­grze­bem. – W głosie pa­sto­ra brzmiało lek­kie na­po­mnie­nie. – Wszyst­kim, łącznie z na­grob­kiem. I na­pi­sem, jaki ułożysz.

– Och, nie trze­ba nic nad­zwy­czaj­ne­go – po­wie­działa Gra­ce.

W ostat­ni piątek przed południem wy­da­rzył się w tar­ta­ku należącym do fa­bry­ki for­te­pianów Do­uda wyjątko­wo tra­gicz­ny, strasz­li­wy wy­pa­dek. Kie­dy pan Jack Agnew sięgnął pod główny wał, rękaw jego ma­ry­nar­ki za­cze­pił się o śróbę w sąsied­nim kołnie­rzu, tak że dłoń z ra­mie­niem zo­stały wciągnięte pod wał. Wsku­tek tego głowa nieszczęśnika zna­lazła się pod piłą tar­czową o śred­ni­cy jed­nej sto­py. W jed­nej chwi­li głowa młode­go człowie­ka zo­stała odcięta od kor­pu­su cięciem poniżej le­we­go ucha w po­przek szyi. Przy­pusz­cza się, że śmierć nastąpiła na­tych­miast. Nie wymówił słowa ani nie krzyknął, tak że to nie dźwięk, ale fon­tan­na i po­tok krwi po­wia­do­mił w strasz­li­wy sposób ko­legów o nieszczęściu.

To spra­woz­da­nie zo­stało opu­bli­ko­wa­ne po­now­nie ty­dzień później dla tych, którzy albo je prze­oczy­li, albo chcie­li mieć do­dat­ko­wy eg­zem­plarz dla przy­ja­ciół czy krew­nych spo­za mia­sta (zwłasz­cza tych, którzy kie­dyś miesz­ka­li w Car­sta­irs, ale się prze­nieśli). Błąd or­to­gra­ficz­ny w tekście zo­stał po­pra­wio­ny. Prze­pro­szo­no za tę pomyłkę. Była również re­la­cja z ogrom­ne­go po­grze­bu, na który ściągnęli lu­dzie na­wet z sąsied­nich miast, tak od­ległych jak Wal­ley. Zjeżdżali sa­mo­cho­da­mi i pociągiem, niektórzy brycz­ka­mi. Nie zna­li Jac­ka Agnew za życia, ale, jak na­pi­sa­no w ga­ze­cie, chcie­li złożyć hołd jego tra­gicz­nej i nie­zwykłej śmier­ci. Wszyst­kie skle­py w Car­sta­irs zo­stały za­mknięte na dwie go­dzi­ny. Ho­te­lu nie za­mknięto, bo przy­jezd­ni mu­sie­li gdzieś coś zjeść i wypić.

Osie­ro­co­na ro­dzi­na to żona Gra­ce i czte­ro­let­nia córka Li­lian. Zmarły wal­czył dziel­nie pod­czas Wiel­kiej Woj­ny, był tyl­ko raz ran­ny, nie­zbyt ciężko. W związku z tym wie­le osób mówiło o iro­nii losu.

Po­mi­nięcie w re­la­cji żyjącego ojca nie było ce­lo­we. Wy­daw­ca ga­ze­ty nie po­cho­dził z Car­sta­irs, a lu­dzie za­po­mnie­li go po­in­for­mo­wać.

Sam oj­ciec nie miał pre­ten­sji o to prze­ocze­nie. W dniu po­grze­bu – a dzień był bar­dzo piękny – wy­ma­sze­ro­wał z mia­sta, tak jak wy­cho­dził za­wsze, kie­dy po­sta­na­wiał spędzić dzień poza ogro­dem Do­uda. Włożył fil­co­wy ka­pe­lusz i długi płaszcz, który mógłby mu posłużyć za koc, gdy­by chciał się zdrzemnąć. Ka­lo­sze porządnie przy­mo­co­wał do butów krążkami gumy do za­my­ka­nia słoików. Wy­bie­rał się na łowie­nie po­dna­wek. Se­zon jesz­cze się nie roz­począł, ale on za­wsze za­czy­nał ciut wcześniej. Wędko­wał wiosną i wcze­snym la­tem, go­to­wał i zja­dał, co złowił. Na brze­gu rze­ki trzy­mał scho­wa­ny ko­ciołek i pa­tel­nię. Ko­ciołek służył do go­to­wania ku­ku­ry­dzy, jaką zbie­rał z pola później, w następnej po­rze roku, zry­wał też owo­ce z dzi­kich jabłoni i wi­no­rośli. Był zupełnie nor­mal­ny, tyl­ko nie zno­sił rozmów. Nie mógł ich całkiem uniknąć w ty­go­dniach po śmier­ci syna, ale miał sposób, by je uci­nać.

– Po­wi­nien był pa­trzeć, co robi.

Kie­dy wędro­wał tego dnia poza mia­stem, na­po­tkał drugą osobę, która nie brała udziału w po­grze­bie. Ko­bietę. Nie próbowała zacząć roz­mo­wy i w grun­cie rze­czy wy­da­wała się równie za­wzięta w swo­jej sa­mot­ności jak on, prze­ci­nając po­wie­trze wokół sie­bie długi­mi, gorączko­wy­mi kro­ka­mi.

Fa­bry­ka for­te­pianów, która pier­wot­nie pro­du­ko­wała fis­har­mo­nie, ciągnęła się po za­chod­niej stro­nie mia­sta ni­czym mur śre­dnio­wiecz­ne­go gro­du. Składała się z dwóch długich bu­dynków – jak­by zewnętrzne­go i wewnętrzne­go szańca – połączo­nych za­da­szo­nym mo­stem, gdzie mieściło się główne biu­ro. Od stro­ny mia­sta i ulic, przy których znaj­do­wały się domy ro­bot­ników, stały pie­ce, tar­tak, skład drze­wa i ma­ga­zy­ny. Fa­brycz­ny gwiz­dek o go­dzi­nie szóstej oznaj­miał, że pora wsta­wać. Roz­le­gał się po­now­nie o go­dzinę później na roz­poczęcie pra­cy, o dwu­na­stej na obiad, o pierw­szej na powrót do pra­cy, a po­tem o wpół do szóstej in­for­mo­wał lu­dzi, żeby odłożyli narzędzia i szli do domu.

Obok ze­ga­ra, pod szkłem, wi­siał re­gu­la­min. Dwa pierw­sze punk­ty brzmiały:

Jed­na mi­nu­ta spóźnie­nia to piętnaście mi­nut za­rob­ku. Bądź punk­tu­al­ny.

Nie myśl, że nic ci nie gro­zi. Pil­nuj sie­bie i sąsia­da.

W fa­bry­ce zda­rzały się wy­pad­ki i na­wet je­den człowiek zginął, przy­gnie­cio­ny ogrom­nym ładun­kiem drew­na. Miało to miej­sce jesz­cze przed cza­sa­mi Ar­thu­ra. In­nym ra­zem, pod­czas woj­ny, je­den z ro­bot­ników stra­cił rękę albo część ręki. Tam­te­go dnia Ar­thur był w To­ron­to. Więc nig­dy w życiu nie wi­dział wy­pad­ku – w każdym ra­zie poważnego. Ale ostat­nio gdzieś w tyle jego głowy bu­dziła się myśl, że coś może się stać.

Może stra­cił pew­ność, że trzy­ma nieszczęście na długość kija, jak mu się wy­da­wało przed śmier­cią żony. Umarła w 1919 roku wsku­tek ostat­nie­go ata­ku hisz­pan­ki, kie­dy już wszy­scy prze­sta­li się bać. Na­wet ona sama prze­stała się bać. To się stało przed pięciu laty i dla Ar­thu­ra wciąż sta­no­wiło kres bez­tro­skiej części jego życia. Ale lu­dziom za­wsze wy­da­wał się od­po­wie­dzial­ny i poważny – nikt nie za­uważył w nim szczególnej zmia­ny.

W jego snach o wy­pad­ku za­le­gała ci­sza, kończyły się wszel­kie działania. Ma­szy­ny w zakładzie prze­sta­wały wy­da­wać zna­jo­me dźwięki, milkły wszyst­kie ludz­kie głosy i Ar­thur, spoj­rzaw­szy przez okno biu­ra, ro­zu­miał, że przyszło nieszczęście. Nie po­tra­fił so­bie później ni­cze­go przy­po­mnieć, ni­cze­go szczególne­go, co by mu to po­wie­działo. Była tyl­ko prze­strzeń, pył na fa­brycz­nym podwórzu, które mówiły: „Stało się”.

Przez ty­dzień albo coś koło tego książki leżały na podłodze w sa­mo­cho­dzie. Bea, jego córka, za­py­tała: 

– Co tu robią te książki? 

Wte­dy so­bie przy­po­mniał.

Bea od­czy­tała au­torów i tytuły. Sir John Fran­klin i Ro­mans podróży na północ­ny zachód G.B. Smi­tha. Cze­go świa­tu bra­ku­je? G.B. Che­ster­to­na. Zdo­by­cie Qu­ebe­cu Ar­chi­bal­da Hen­dry’ego. Teo­ria i prak­ty­ka bol­sze­wi­zmu lor­da Ber­tran­da Rus­sel­la.

– Bol-sze-wis-mu – wymówiła Bea i Ar­thur po­wie­dział jej, jak należy po­praw­nie ar­ty­kułować to słowo. Za­py­tała, co to jest, a on od­parł:

– To coś ta­kie­go, co mają w Ro­sji, sam nie bar­dzo wiem, na czym rzecz po­le­ga. Ale z tego, co słyszę od lu­dzi, to wstyd.

Bea miała wte­dy trzy­naście lat. Słyszała o ba­le­cie ro­syj­skim i o der­wi­szach. Przez kil­ka następnych lat sądziła, że bol­sze­wizm to jakiś dia­bel­ski i chy­ba nie­przy­zwo­ity ta­niec. Tak przy­najm­niej mówiła, kie­dy już była do­rosła.

Nie wspo­mi­nała przy tym, że te książki wiązały się z człowie­kiem, który miał wy­pa­dek. Hi­sto­ria byłaby mniej za­baw­na. A może na­prawdę za­po­mniała.

Bi­blio­te­kar­ka była po­iry­to­wa­na. W książkach tkwiły kar­to­no­we me­trycz­ki, co ozna­czało, że te eg­zem­pla­rze nie zo­stały wypożyczo­ne za po­kwi­to­wa­niem, tyl­ko wyjęte z regałów i wy­nie­sio­ne.

– Ta tu­taj… Lor­da Rus­sel­la… zo­stała wzięta bar­dzo daw­no.

Ar­thur nie przy­wykł do ta­kich na­po­mnień, ale od­po­wie­dział łagod­nie: 

– Zwra­cam je w czy­imś imie­niu. Człowie­ka, który zginął. W fa­bry­ce, w wy­pad­ku.

Bi­blio­te­kar­ka trzy­mała w ręku Fran­kli­na. Pa­trzyła na ob­ra­zek łodzi uwięzłej w lo­dzie.

– Po­pro­siła mnie o to jego żona – wyjaśnił Ar­thur.

Pod­no­siła ko­lej­no każdą książkę i wy­trze­py­wała, jak­by spo­dzie­wała się, że coś z niej wy­le­ci. Wsu­wała pal­ce pomiędzy kart­ki. Coś po­ru­szało się nie­zdar­nie w dol­nej części jej twa­rzy, jak­by ści­skała po­licz­ki od środ­ka.

– Pew­no za­bie­rał je do domu, kie­dy mu przyszła ocho­ta – po­wie­dział Ar­thur.

– Prze­pra­szam? – ode­zwała się po chwi­li. – Co pan mówił? Prze­pra­szam.

To ten wy­pa­dek, uznał. Myśl, że człowiek, który tak zginął, był ostat­nią osobą, jaka otwie­rała te książki, prze­wra­cała stro­ni­ce. Myśl, że mógł w nich zo­sta­wić kawałek swo­je­go życia, kawałek pa­pie­ru albo fi­dy­bus jako zakładkę, albo choćby kil­ka źdźbeł ty­to­niu. To ją roz­kleiło.

– Nic się nie stało – po­wie­dział. – Za­szedłem tyl­ko, żeby je oddać.

Odwrócił się od biur­ka, ale nie wy­szedł od razu z bi­blio­te­ki. Od lat tu nie zaglądał. Między dwo­ma fron­to­wy­mi okna­mi, tam, gdzie za­wsze, wi­siał por­tret jego ojca.

A.V. Doud, założyciel Wytwórni Fis­har­mo­nii i pa­tron ni­niej­szej bi­blio­te­ki. Wie­rzył w Postęp, Kul­turę i Edu­kację. Wier­ny przy­ja­ciel Mia­sta Car­sta­irs i Ro­bot­ników.

Biur­ko bi­blio­te­kar­ki stało w skle­pio­nym przejściu między po­ko­jem głównym i tym w głębi. Książki usta­wio­no sze­re­ga­mi na regałach w tyl­nym po­miesz­cze­niu. W przejściach między nimi zwi­sały długie sznur­ki wyłączników lamp z zie­lo­ny­mi abażura­mi. Ar­thur przy­po­mniał so­bie, jak to kie­dyś, parę lat temu, na ze­bra­niu rady roz­ważano wnio­sek, żeby czter­dzie­sto­wa­to­we żarówki zastąpić sześćdzie­siątka­mi. To bi­blio­te­kar­ka po­sta­wiła wte­dy ten wnio­sek; zo­stał przyjęty.

W po­miesz­cze­niu od fron­tu znaj­do­wały się dzien­ni­ki i ty­go­dni­ki na drew­nia­nych wie­sza­kach oraz kil­ka ciężkich okrągłych stołów, a także krzesła, żeby można było usiąść i po­czy­tać, za szkłem zaś stały sze­re­gi gru­bych ciem­nych ksiąg. Słowni­ki, pew­no, i atla­sy, i en­cy­klo­pe­die. Dwa piękne wy­so­kie okna wy­cho­dziły na główną ulicę, między nimi wi­siał por­tret ojca Ar­thu­ra. Inne ob­ra­zy po­wie­szo­no zbyt bli­sko su­fi­tu, były zbyt mrocz­ne i gęste od po­sta­ci, by patrzący z dołu mógł się w nich łatwo ro­ze­znać. (Później, kie­dy Ar­thur spędził już wie­le go­dzin w bi­blio­te­ce, do­wie­dział się z rozmów z bi­blio­te­karką, że je­den przed­sta­wia bitwę pod Flod­den Field, kie­dy to król Szko­cji pro­wa­dzi szarżę w dół zbo­cza w obłoku dymu, dru­gi – po­grzeb dzie­cięcego króla Rzy­mu, a trze­ci – kłótnię pomiędzy Obe­ro­nem i Ty­ta­nią ze Snu nocy let­niej).

Usiadł za jed­nym ze stołów, tak żeby być twarzą do okna. Wziął leżący na sto­le sta­ry eg­zem­plarz „Na­tio­nal Geo­gra­phic”. Siadł ple­ca­mi do bi­blio­te­kar­ki. Uważał, że tak będzie tak­tow­niej, bo spra­wiała wrażenie bar­dzo zmęczo­nej. Wcho­dzi­li inni lu­dzie, słyszał, jak ona się do nich zwra­ca. Te­raz jej głos brzmiał już nor­mal­nie. Myślał, że trze­ba wyjść, ale nie wy­cho­dził.

Po­do­bało mu się to wy­so­kie na­gie okno wypełnio­ne światłem let­nie­go wie­czo­ru, po­do­bała mu się god­ność i ład tego po­ko­ju. Był mile za­dzi­wio­ny myślą o do­rosłych lu­dziach, którzy tu przy­chodzą i od­chodzą, i sys­te­ma­tycz­nie czy­tają. Ty­dzień w ty­dzień, książka po książce, przez całe życie. Sam czy­tał książki od cza­su do cza­su, jeśli ktoś mu jakąś pod­sunął, za­zwy­czaj mu się po­do­bała, czy­tał także ty­go­dni­ki, by wie­dzieć, co się dzie­je w świe­cie, ale nig­dy nie pomyślał, żeby przeczy­tać jakąś książkę, póki nie na­winęła mu się ko­lej­na, nie­mal przy­pad­kiem.

Nie­wie­le zda­rzało się mo­mentów, kie­dy znaj­do­wał się w bi­blio­te­ce sam na sam z bi­blio­te­karką.

Pod­czas jed­nej z ta­kich chwil po­deszła bliżej, by wy­mie­nić ja­kieś ga­ze­ty na wie­sza­kach. Kie­dy je już po­wie­siła, zwróciła się do nie­go głosem, w którym brzmiało tłumio­ne napięcie.

– Ta re­la­cja z wy­pad­ku, ta, która uka­zała się w ga­ze­cie… przy­pusz­czam, że była mniej więcej dokładna?

Ar­thur od­po­wie­dział, że była chy­ba zbyt dokładna.

– Cze­mu? Dla­cze­go pan tak mówi?

Za­uważył, że czy­tel­ni­cy mają nie­po­ha­mo­wa­ny pociąg do ma­ka­brycz­nych szczegółów. Czy ga­ze­ta po­win­na temu ule­gać?

– Och, myślę, że to na­tu­ral­ne – po­wie­działa bi­blio­te­kar­ka. – To na­tu­ral­ne, że się chce wie­dzieć naj­gor­sze. Lu­dzie chcą to so­bie wy­obra­zić. Ja też chcę. Nie znam się zupełnie na ma­szy­nach. Trud­no mi so­bie wy­obra­zić, co się stało. Na­wet z po­mocą pra­so­wej re­la­cji. Czy ma­szy­na zro­biła coś nie­prze­wi­dzia­ne­go?

– Nie – od­po­wie­dział Ar­thur. – Ma­szy­na nie chwy­ciła go i nie wciągnęła jak zwierzę. Wy­ko­nał niewłaściwy ruch, w każdym ra­zie nie­ostrożny ruch. I to go zgu­biło.

Mil­czała, ale nie od­cho­dziła.

– Człowiek musi