Jasność - Maja Wolny - ebook
Opis

W brytyjskim miasteczku Bethlem dochodzi do wybuchu elektrowni atomowej. Wprowadzony zostaje nowy reżim, a świat znany do tej pory przestaje istnieć. Roma Wilk, jak większość kobiet ocalałych z katastrofy, trafia do miejsca przypominającego połączenie szpitala psychiatrycznego i obozu. Codziennie wkłada ten sam uniform, łyka te same tabletki – diagnozą jest choroba
popromienna. Mimo doskonałej opieki zachowanie Romy wzbudza niepokój lekarzy. Czy kobieta cierpi na syndrom końca świata? A może ktoś inny żongluje prawdą…      

"Lubię wyobraźnie apokaliptyczne; należą do dobrych pisarzy. Dlatego czytam Maję Wolny."
Marek Bieńczyk   

"Czarnobyl miesza się tutaj z »Opowieścią podręcznej«, brexit z feminizmem, a zmiany klimatu z patologiami seksualnymi. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze nie czytali tej powieści!"
Dariusz Rosiak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Maja Wolny, 2019
Copyright for this edition © Wisła Story, 2019
Copyright for paper edition © Wydawnictwo WAM, 2019
Opieka redakcyjna: AGNIESZKA ĆWIELĄG-PIECULEWICZ
Redakcja: ANNA ŚLEDZIKOWSKA
Korekta: KATARZYNA ONDERKA
Projekt okładki: WOJTEK KWIECIEŃ-JANIKOWSKI
Skład: LUCYNA STERCZEWSKA
ISBN 978-83-951062-6-2
MANDO ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków tel. 12 62 93 200www.wydawnictwomando.pl
DZIAŁ HANDLOWY tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Marcowi, mojemu mężowi i compañero

Nadchodzi awaria świata. Ale jeszcze drzemie

rozleniwiona w zaroślach.

Ewa Lipska, Awaria świata

A kto chodzi w ciemności, nie wie, dokąd idzie.

J 12, 35

Prolog

Morze jest czarne, błyszczące i gładkie jak klinga olbrzymiego noża. Przecina skórę na tysiące drobniutkich plasterków. Z każdym krokiem odkrawany jest kolejny centymetr naszych ciał, ciał kręgowców z lądu, nieprzywykłych do ciekłych realiów wody. Za chwilę ostrze zbliży się do jej malutkiego serca, które bije głośno, ale nie na tyle, by ktoś oprócz mnie je usłyszał. Potykam się o kamień i na sekundę tracę kontakt z jej drobną dłonią. Czuję ostre ukłucie w zranionej stopie. Wiem jednak, że i ten ból zniknie w chłodnej gardzieli morza.

Zaraz trzeba będzie zanurzyć głowę, a to najtrudniejszy moment nocnych kąpieli. Wydaje się, że woda jest brudna, ale to nieprawda. Wiele razy widziałam, jak pielęgniarze napełniają nią specjalne probówki i z zadowoleniem oddają kurierowi ze stolicy. Brudne są nasze usta, język i przełyk. Pełno w nas drobinek śmiercionośnego pyłu, który trzeba zmyć.

Całuję ją w czoło, jest teraz moim małym brzdącem, zanurzanym w plastikowej wanience. Zaczynam nucić tę samą co zawsze piosenkę i choć głos mi drży, dochodzę aż do refrenu. Musimy powtórzyć zanurzanie.

Ściskam ją za rękę tak mocno, że mój pierścionek wgniata się w jej delikatną skórę. Lewą dłoń kładę na jej długiej szyi. Naciskam: zaraz przejdzie na drugą stronę czarnej tafli. Tam będzie bezpieczna. Za chwilę płynna sól dotrze przez gardło aż do żołądka, potem morze rozleje się deltą po krtani i płucach, zmywając po drodze to, co łączy nas z lądem.

1

Fairlight, hrabstwo East Sussex, 3 listopada

Nie wiem, czy dzień już się skończył, czy dopiero ma się zacząć. Bardzo długo czekałam na jasność, ale w końcu się poddałam. Teraz żyję w wiecznym półcieniu zasłon i odmierzam czas powtarzającymi się dźwiękami zza drzwi. Dzwoniące na wózku talerze to pora posiłku. Ciężkie kroki wojskowych butów oznaczają wizytę kontrolną profesora H., a stukot wysokich obcasów oznajmia przybycie siostry A. lub jej niemal identycznej zmienniczki, C. Mniej więcej w połowie tego, co kiedyś było dniem, słychać skrzypienie nadjeżdżającej garkuchni. Jedzenie paruje, ale nie ma zapachu. Przyrządza się je ze specjalnych mieszanek składników odżywczych – w każdej łyżce ciepłej, żółtawej masy kryją się pozbawione smaku pierwiastki utrzymujące nas przy życiu. Jeśli chodzi o mnie, to wolałabym przy tym życiu już się nie upierać, nie trzymać się go tak kurczowo jak inni, choćby Sandra z pokoju obok. Oddawałam jej po kryjomu moje porcje, które pożerała z tak wielkim apetytem, jakby to były wrześniowe winogrona, a nie syntetyczna papka.

Winogrona to był pierwszy posiłek, który przynieśli mi dziesięć lat temu, tuż po narodzinach mojego syna, Maciusia. Poród trwał prawie dwanaście godzin, byłam nieźle umęczona, ale ból minął natychmiast, kiedy tylko jego gorące zakrwawione ciałko przylgnęło do mojej piersi. Był sam początek jesieni, sezon na winogrona, którymi wtedy poczęstowała mnie pulchna, wesoła położna.

– Gratuluję, pani Wilk! – powiedziała.

– Mam na imię Roma.

– Jedz, Roma, winogrona są przepyszne! W sam raz na wzmocnienie.

Rzeczywiście, nigdy wcześniej ani nigdy później nic mi już tak nie smakowało.

Kiedy siostra C. odkryła, że oddaję moje papkowate dania sąsiadce, przewieziono mnie do innej sali i przez tydzień byłam karmiona dożylnie. Teraz staram się po prostu robić to, czego ode mnie oczekują. Jem, odpoczywam, chodzę na sesje, poddaję się wszystkim zabiegom kontrolnym. Staram się uśpić ich czujność i zachować przy tym niewielki skrawek wolności. Jest to przestrzeń ukryta głęboko w zwojach mojego naszpikowanego lekami mózgu. Zamykam oczy i próbuję się tam znaleźć: na tej pociemniałej, zbudowanej ze wspomnień i dobrych snów łączce.

Jest jeszcze kilka innych dźwięków, którymi odmierzam upływające godziny, na przykład szurający, ociężały krok doktora M., przerywany jego rzężącym oddechem astmatyka. Albo monotonne buczenie automatycznego odkurzacza. Każdy z tych dźwięków oddziela od siebie idealna cisza, która trwa najdłużej. Łapię się na tym, że w napięciu wyczekuję odgłosów z zewnątrz, choć przecież znam ich kolejność na pamięć i o żadnej niepewności nie może być mowy. Wciąż jednak się łudzę, że usłyszę coś innego, że otworzy się przede mną nowy wymiar czasu i będę mogła stąd odejść.

Jeszcze kilka miesięcy temu próbowałam rozmawiać z innymi pacjentami. Nie tylko z grubą Sandrą, ale również z umęczoną Robin z wiecznie podkrążonymi oczami, która znosi to wszystko znacznie gorzej niż ja. Nie wiem, jaka dokładnie jest jej historia. Próbowałam się tego dowiedzieć z tą samą ciekawością, jaką na początku okazywałam niemal każdej ludzkiej istocie, jakby ten głód innych mógł mi pomóc ocalić siebie. Dziś wiem, że tak nie jest. W opowieściach innych można zagubić się tak samo jak w swoich i już nigdy się z nich nie wydostać. Każda z nas zna smak słonej wody, wszystkie miałyśmy kiedyś córki. Mieszkałyśmy w tym samym mieście, ale nie przypominam sobie, żebyśmy się wcześniej spotkały, choć Bethlem nie było duże – jakieś dwanaście tysięcy mieszkańców, nie licząc kilku osad na obrzeżach. Może to właśnie tam mieszkały moje obecne sąsiadki: żarłoczna Sandra i chwiejąca się na nogach Robin, jak również zupełnie nijaka, poszarzała Wendy o przedwcześnie posiwiałych włosach i tracących barwę oczach. Wiem, że była jedną z pierwszych, która się dowiedziała, jaki ma wybór, i podobnie jak my wszystkie zdecydowała się na ciemność.

Czasami zastanawiam się, czy mogłabym jeszcze wydać na świat dziecko. Moje ciało zapewne by mi na to pozwoliło, choć czuję się, jakbym miała dwa razy więcej lat. Być babcią własnego dziecka ze smutną twarzą i opowiedzieć mu o świecie, który przestał istnieć, to bardzo trudne zadanie. Może to nowe dziecko udałoby mi się przy sobie zatrzymać. Tak myślę, kiedy czuję się lepiej. Na przykład po tym, jak udaje mi się zmylić czujność profesora lub wprawić w konsternację którąś z sióstr. Wtedy budzi się we mnie miniatura dawnej Romy Wilk, która jako wychowane w biedzie nieślubne dziecko Cygana potrafiła sobie radzić w każdej sytuacji. Ojciec był skrzypkiem, złodziejem, nierobem, romskim księciem, pijakiem, szaleńcem, a może i mędrcem. Matka nie chciała nigdy o nim rozmawiać. Zaszła w ciążę, kiedy miała szesnaście lat, i moje pojawienie się na świecie oznaczało dla niej koniec zarówno dzieciństwa, jak i młodości.

Długo nie miałyśmy w domu prądu. Wody nigdy nam nie podłączono, czerpałyśmy ją ze studni na podwórku. Dzieci śmiały się, że trzeba mi domyć moją ciemną gębę, ale mimo ich usilnych starań, nacierania octem, wlewania mydlin do oczu i innych pospolitych tortur nie udało im się wybielić moich włosów ani skóry. Mama była blondynką, ale ja wdałam się w niego, w Cygana Borkę, którego krótko po moich narodzinach pochłonęło piekło.

W przeszłości często się zastanawiałam, co dały mi geny ojca. Nie tylko ciemną cerę, dobry słuch i melodyjny głos, którego na pewno nie odziedziczyłam po matce, ale chyba właśnie siłę do przetrwania w najbardziej niesprzyjających warunkach. Nie potrafię też nigdzie zagrzać miejsca, choć moja rodzina od strony matki mieszkała w tej samej wiosce, w Dobrem, od pokoleń. Ja natomiast przeprowadzałam się w moim prawie czterdziestoletnim życiu już kilkanaście razy.

Ostatnia zmiana miała miejsce w lutym zeszłego roku, kiedy znalazłyśmy się z Mają tutaj, w Fairlight. Pierwsze tygodnie naszego pobytu giną we mgle środków odurzających, które mi codziennie podawano. Byłam w szoku, tak samo jak Sandra czy poszarzała Wendy. Wszystkie byłyśmy oszołomione wypadkami, które rozegrały się w Bethlem. Boże, kto by pomyślał, że wydarzy się coś tak strasznego? I to w naszym sennym miasteczku, w którym nigdy nic się nie działo. Tak więc każda była trochę otępiała, niektóre z nas fizycznie ogłuszone, z obandażowanymi głowami i innymi urazami przypominającymi o realności naszych wspomnień.

Kiedy przyjechałyśmy do Fairlight, cały ośrodek został udekorowany kolorowymi lampionami. Na dziedzińcu ustawiono plastikowe stoliki z grzanym winem i gorącą czekoladą dla dziewczynek, ale ja od razu wiedziałam, że w tym miejscu nic dobrego nas nie czeka.

Na początku próbowałam przekonać samą siebie, że ułożymy tu sobie życie. Otoczenie było naprawdę piękne. Zawsze kochałam morze i kocham je nawet teraz, po tym, co mi zabrało.

Po raz pierwszy zobaczyłam morze dopiero jako siedemnastolatka – po naszej ucieczce z rodzinnej wsi. Długo jechaliśmy z Jankiem autostopem na północ bez map, pieniędzy, z małym plecakiem wypchanym jedzeniem i ubraniami. Wiedzieliśmy, że najpierw trzeba dotrzeć do Warszawy i tam dalej szukać drogi na Wybrzeże. Szliśmy zagubieni przez pogrążoną we śnie stolicę, mijaliśmy chwiejące się na wietrze wieżowce, znacznie wyższe niż ten w Puławach, z którego zaledwie kilka miesięcy wcześniej próbowałam skoczyć. Janek robił dobrą minę do złej gry, mruczał pod nosem, że doskonale wie, gdzie powinniśmy się udać. Mówił coś o Bielanach, gdzie jego stryj jeździł na giełdy rupieci, a on mu raz towarzyszył i widział, bardzo dobrze to zapamiętał, drogowskaz na Gdańsk. Obtarły mnie buty i było mi zimno. W duchu przeklinałam głupi pomysł ucieczki z domu bez przygotowania. Jakimś cudem jednak dotarliśmy na trasę wylotową na Wybrzeże, którą pędziły znacznie ładniejsze i nowocześniejsze samochody niż te, które widywaliśmy u nas na wsi. Była końcówka lat dziewięćdziesiątych i świat wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Tamtej nocy mieliśmy szczęście. Z wąsatym kierowcą ciężarówki dotarliśmy do Gdańska, a stamtąd kolejnymi okazjami do Władysławowa, gdzie mieszkała Bożena, krewna ojczyma Janka, emerytowana i otyła pracownica fabryki mączki rybnej, która przygarnęła nas do siebie na jakiś czas. Do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobiła. Janek twierdził, że z czystej niechęci do jego matki. To jednak właśnie jej, Bożenie, zawdzięczam fakt, że w wieku siedemnastu lat jako pierwsza z rodu Wilków ujrzałam morze.

Chyba już wtedy przeczuwałam to, co teraz wiem na pewno. Każdy z nas ma swoje sprawy do załatwienia z morzem. Nawet ci, którzy nigdy nie poczuli na sobie jego słonej głębi, będą musieli się z nim zmierzyć, myśleć o jego wodach, o sztormach i o spokoju panującym pod ciemną powierzchnią.

Nie lubiłam chodzić do szkoły i moja wiedza nie była specjalnie uporządkowana. Czytałam za to dużo książek – pochłonęłam chyba wszystko, co znajdowało się na półce dla młodzieży w naszej wiejskiej bibliotece. Umiałam też dobrze i szybko liczyć w pamięci, co później bardzo mi się przydało. Wiedziałam więc, że po drugiej stronie Bałtyku jest Szwecja, a dalej jakieś inne skandynawskie kraje pławiące się w swoim dobrobycie, bezpiecznie oddalonym od naszej polskiej biedy. Rok później popłynęliśmy z Jankiem właśnie do Szwecji, a potem tułaliśmy się od zbioru borówek i ogórków przez inne sezonowe prace i kraje, które przyjmowały nas do siebie z życzliwą obojętnością.

W końcu trafiliśmy do Anglii, gdzie spodobało mi się na tyle, że postanowiłam nazwać ten kraj moim domem. Niemal z dnia na dzień zaczęliśmy z Jankiem żyć jak zwykła rodzina z niższej klasy średniej, rodzina, jakiej żadne z nas nigdy wcześniej nie miało. Wynajęliśmy przytulne mieszkanie straszliwie daleko od londyńskiego metra, ale i to nam nie przeszkadzało. Byliśmy wreszcie sami, bez zmieniających się sublokatorów, staliśmy się nawet właścicielami pierwszych własnych mebli: zielonej rozkładanej kanapy z IKEI, dębowego stolika kupionego na pchlim targu i jeszcze paru niezbyt gustownych drobiazgów. Zaczęliśmy myśleć o dziecku. Najpierw tylko w żartach, w drobnych aluzjach i komentarzach, ale dość szybko zmieniliśmy ton na poważny. Wczytywaliśmy się w internetowe mądrości na temat posiadania dzieci, wyobrażaliśmy sobie nasze potomstwo jako mieszankę naszych genów: moich ciemnych włosów i jasnej karnacji Janka, jego niebieskich oczu i moich brązowych. W radosnym oczekiwaniu odliczaliśmy miesiące, księżyce, dni niepłodne i płodne, które jednak jakoś się nie pojawiały. Minął rok, potem drugi, a ja nie zachodziłam w ciążę. Odwiedziliśmy kilku lekarzy, którzy chowali swoją bezradność za skomplikowaną terminologią, a ja powoli traciłam nadzieję i godziłam się z myślą o bezdzietności. W tamtym czasie przychodziło mi do głowy, żeby porzucić Jana. Dostałam wreszcie lepszą pracę jako kelnerka i co wieczór poznawałam wielu ciekawych ludzi. Myślałam, że skoro nie jestem i prawdopodobnie nigdy nie będę matką, to przynajmniej powinnam mieć w życiu trochę luzu. Interesowali mnie mężczyźni zupełnie inni niż Janek. Całowałam ich z ciekawością, z jaką próbuje się pierwszej w życiu ostrygi. Nie były to poważne randki, z wyjątkiem jednego faceta, który naprawdę mi się wtedy podobał, wszystkich innych traktowałam jako rozrywkę po pracy. Kiedy wracałam do mieszkania, cieszyłam się jednak, że ktoś w nim jest. Zdawałam sobie sprawę, że z Jankiem łączy mnie klątwa naszego dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonej w Dobrem, a to wiąże silniej niż barowe miłostki. Dotykałam go i czułam, jakbym nigdzie nie wyjeżdżała, bo cały świat już się objawił i obiecał, że właśnie tutaj będzie najlepiej.

Któregoś zimowego dnia dopadły mnie mdłości i niewyobrażalny wstręt do ryb, które wcześniej tak uwielbiałam. Kupiony w supermarkecie test ciążowy potwierdził, że tym razem nam się poszczęściło. Janek zacierał ręce, głaskał mnie po płaskim jeszcze wtedy brzuchu i przepowiadał chłopca. Na świat przyszła Maja, a niecałe dwa lata później Maciuś. Podczas pierwszej i drugiej ciąży nuciłam dwie piosenki, które – tego jestem pewna – dzieci po urodzeniu natychmiast rozpoznały. Śpiewałam je im potem przez całe wczesne dzieciństwo, zawsze uspokajali się, gdy tylko słyszeli o wędrującej harcerce i czerwonej róży, a szczególnie o mrugającej iskierce i chatce z masła.

Tutaj, w ośrodku rehabilitacyjnym w Fairlight, nigdy nie słychać muzyki. Marzyłoby mi się radio albo jakiś odtwarzacz płyt, ale niestety, z różnych względów ogranicza nam się dostęp do urządzeń elektronicznych. Wśród dźwięków, które pomagają mierzyć czas, wyróżnia się za to warkot silnika na dziedzińcu. Jeśli jest głośny i towarzyszy mu trzaskanie drzwiami, to znak, że przyjechała dostawa żywności i poczty. Czasami jednak pod ośrodek podjeżdża cichy pojazd, który właściwie nie zatrzymuje się przed bramą, bo niemal natychmiast wjeżdża do garażu podziemnego, gdzie my, pensjonariusze, nie mamy wstępu. Wiem, że auto jest czarne i ma duży bagażnik. Raz udało mi się je zauważyć, kiedy akurat doktor M. zabrał mnie na sesję do ogrodu. Okna naszych cel nie wychodzą jednak na dziedziniec i właściwie tylko dlatego, że w ośrodku panuje niezwykła cisza, udaje się wyłowić dźwięk tego parkowanego auta. Na razie nie udało mi się ustalić, po co ono tu do nas przyjeżdża. Po wizycie czarnego samochodu nic się szczególnego nie wydarza. Zupełnie inaczej jest z pojazdem dostawczym – po tych wizytach na chwilę poprawia się jedzenie. Przez dzień lub dwa mamy świeże owoce i surówkę z warzyw. Wiem, że nie powinnam uskarżać się na wyżywienie, bo w całym kraju ludzie obecnie nie mają lekko, a my tutaj jesteśmy na utrzymaniu innych. Nie zarabiamy, nie chodzimy po zakupy, nie przyrządzamy sobie posiłków. Nasze jedyne zadanie to czekać.

Jest jeszcze jeden bardzo delikatny dźwięk, który pojawia się tutaj, w Fairlight, raz dziennie. To szelest papieru wsuwanego pod drzwi. Biała koperta, a w niej zapowiedź tego, co nas czeka następnego dnia: lista konsultacji, badań, planowanych spotkań ze specjalistami oraz od czasu do czasu kopia artykułu prasowego informującego o wydarzeniach na zewnątrz. Kiedy siedzę tak jak teraz pod oknem, na niezbyt wygodnym skóropodobnym fotelu z drewnianymi podłokietnikami, mam doskonały widok na całe pomieszczenie. Spoglądam na drugie łóżko, idealnie zasłane i puste, choć ja wciąż widzę na nim Maję. Czasami jestem wręcz pewna, że słyszę jej rozkoszne posapywanie przez sen, kiedy odwraca się na drugi bok. Wtedy podchodzę bliżej, gładzę szorstką lnianą pościel, dotykając jej chłodnego ciałka, i nucę pod nosem naszą ulubioną piosenkę. Łóżko Mai stoi bardzo blisko wąskiej szafy i drzwi. Od wewnątrz są obite wygłuszającą skajową tapicerką. Patrzę na kilkumilimetrową ciemną przestrzeń między ich dolną krawędzią a podłogą i czuję, że już za chwilę pojawi się tam przeznaczona dla mnie koperta. Będą w niej wyniki badań krwi, jakieś mało zrozumiałe lekarskie analizy, zapewne również zapowiedź pierwszej sesji z nowym doktorem. Mam jednak nadzieję, że tym razem dołączą artykuł z „Daily News”. Tekst pisany przez tego idiotę Marka, z którym wciąż jeszcze się nie rozmówiłam. Wiele razy chciałam go przekląć po cygańsku, ale brakuje mi mocy i słów.

2

Autostrada M20 z Londynu w kierunku Folkestone

Nie jest wcale tak, że w dziennikarstwie ma się wiele szans na sukces. Ja, Mark Killiam, mówię wam, że szansę w mediach ma się najwyżej jedną. Moją okazał się koniec Bethlem, sennego miasteczka w środkowej Anglii, niewyróżniającego się niczym poza tym, że w latach osiemdziesiątych wybudowano tutaj elektrownię jądrową. Była to betonowa niezgrabna bryła widoczna z każdego punktu miasta i rzucająca cień na wszystko, co było jasnością.

Autostrada M20 stała się trasą, po której obecnie jeżdżę równie często, co wschodnioeuropejscy kierowcy ciężarówek – to niemal mój drugi dom. Wyjeżdżam z Londynu przy Dartford Crossing, mijam zjazd na Heathrow, potem często tankuję przy węźle w Maidstone, bo tam można kupić w miarę dobrą kawę, i jadę dalej na południe aż do Willesborough, gdzie zjeżdżam z autostrady na A2070 prowadzącą nad morze. Gdy nie ma większego niż zwykle ruchu, pokonuję tę trasę w niewiele ponad dwie godziny, choć zdarzały się już dni, kiedy po trzech godzinach powolnego przesuwania się w londyńskich korkach i obsesyjnej pokusie przerzucenia się na południowe rozgałęzienie trasy, wiodące przez Peckham i Lee, po prostu zawracam, parkuję przy jakimś przydrożnym pubie i wypijam parę kufli piwa na poprawę humoru. Dzisiaj jednak dobrze się jedzie, wyruszyłem odpowiednio późno, by się nie nadziać na frajerów odwożących dzieci do szkoły, i zarazem na tyle wcześnie, że nie blokują mnie kończący wcześniej robotę urzędnicy wracający do swoich tanich podlondyńskich mieszkań.

Mam czterdzieści dwa lata i dopiero teraz czuję, że żyję pełnią życia. Kiedy rozpoczynałem przygodę z dziennikarstwem, na świecie królował jeszcze Windows 95 i nic nie wskazywało ani na to, że w kieszeniach zwykłych ludzi pojawią się smartfony, ani tym bardziej że moja gęba będzie się pojawiać na niemal każdym flatscreenie w Anglii. Gdyby ktoś jeszcze rok temu mi powiedział, że wyląduję jako korespondent „Daily News” w nikomu nieznanym Bethlem, pomyślałbym, że to złośliwy żart. Sam urodziłem się w małym zapyziałym miasteczku, którego nazwy nawet nie warto wymieniać, więc od dziecka niczego nie pragnąłem bardziej, jak tylko uciec do metropolii. Przez lata wegetowałem jako freelancer w Londynie, przechodząc wszystkie stopnie zawodowego upokorzenia.

Kiedy teraz patrzę na siebie, widzę kogoś zupełnie innego niż jeszcze na przykład rok temu. Widzę pewnego siebie gościa, który umiał wykorzystać swoją szansę. Wybuch będzie aż do emerytury moim tematem: do końca życia będę jadł i spał z myślą o śmiercionośnym pyle, który nie wyrządził mi krzywdy, tylko mnie nakarmił i uchronił od zapomnienia.

Właśnie kończę pracę nad cyklem wywiadów z ratownikami medycznymi. Miesiąc temu ukazał się numer specjalny „Daily News” poświęcony sytuacji w Bethlem – jestem autorem prawie wszystkich tekstów. Renomowane wydawnictwo zamówiło u mnie zbiór reportaży, ale to tylko początek. Później będą filmy, sztuki teatralne, teksty do broszur informacyjnych – wszystko z moim błogosławieństwem i numerem konta. Bo to właśnie ja stałem się reporterem Wybuchu, jego kronikarzem, sekretarzem, wirtuozem. Nazwisko Mark Killiam nawet dziecku kojarzy się teraz z zapierającymi oddech breaking news.

Dobrze się stało, że Wybuch zmiótł to paskudztwo, jakim była elektrownia. I myślę tak nie tylko (choć oczywiście przede wszystkim) ze względu na siebie. Wielu ludzi straciło pracę, ale podejrzewam, że prędzej czy później większość i tak wylądowałaby na bezrobociu. Najogólniej rzecz ujmując, ludzie zamieszkujący tę nieciekawą okolicę są mało elastyczni, niezbyt wykształceni i przyzwyczajeni do tego, że wykonują wciąż ten sam zakres czynności. Na świecie jest pewnie wiele takich regionów, zwłaszcza tych uprzemysłowionych, stalowo-betonowych wysp dawnego urodzaju. Tymczasem świat się zmienia, szyfruje, digitalizuje – sami dobrze wiecie, jak bardzo ważne są w dzisiejszych czasach otwarta głowa i chłonny umysł. Teraz, kiedy Bethlem już nie ma, należy się zastanowić, co zrobić z tymi, którzy przeżyli. I to też jest niezły temat dla mnie.

Dzięki temu, że od jakiegoś czasu biorę udział w tajnych konsultacjach z członkami rządu, jestem na bieżąco ze wszystkimi pomysłami, jakie pojawiają się na górze. Nie każdą sprawę mogę rozpowszechniać – premier od początku ustalił zasady naszej współpracy – ale i tak już wiele skorzystałem z tych tajnych spotkań. Koledzy strasznie mi zazdroszczą popularności i dostępu do świeżej informacji. Czasami dostanę jakiś zawistny mail, pochodzący niby od czytelników, ale przecież wiem, że napisała go konkurencja. Ostatnio przeczytałem, że jestem dziennikarską szmatą, że piszę to, co mi każą, że wylizuję premierowi rowek między pośladkami. Odpisałem autorowi maila, żeby nie projektował swoich fantazji, tylko sam wziął się do roboty. Wkleiłem dialog na Facebooka, od razu posypały się wyrazy wsparcia i uznania od zwykłych zjadaczy chleba i telewizyjnych felietonów. „Zabiję cię, skurwysynu” – odpisał mój wielbiciel na privie. „Dziękuję, odezwę się, jak będę chciał skorzystać” – odparłem.

Co zaś do moich, jakże bliskich kontaktów z rządem, to pierwsze zaproszenie przyszło trzy miesiące temu i nic nie wskazuje na to, by premier był ze mnie niezadowolony. Tak jak już wspomniałem, nie mogę zdradzać szczegółów naszych posiedzeń. Powiem tylko, że uwielbiam tę ich słoną wołowinę z rukolą, krojoną na bardzo cieniutkie plasterki, którą popija się bordeaux chateau margaux, ulubionym winem szefa rządu.

Na początku oczywiście byłem podejrzliwy, ale całkiem szczerze, ani po pierwszych, ani po kolejnych konsultacjach nie dopatrzyłem się w ich działaniu niczego, co by mnie ograniczało. Wręcz przeciwnie. Zauważyłem, że oni, politycy, chcą się po prostu ode mnie wielu rzeczy dowiedzieć. Powiem nieskromnie, że jeśli chodzi o nastroje społeczne, mam słuch niemal absolutny. Cieszę się, że ktoś wreszcie to zauważył.

Codziennie tuż po przebudzeniu przez krótką chwilę upewniam się, czy to wszystko nie jest zbyt dobrym snem, który zaraz rozpłynie się w świetle poranka. A potem czuję upojne łaskotanie w dole brzucha i ciepłą falę pewności, że mam to, o czym zawsze marzyłem: stałem się popularnym dziennikarzem, którego zna cała Anglia – od slumsów w Slough po pałac Buckingham. Byłem w Bethlem dokładnie w tej minucie, kiedy Wybuch rozerwał to miejsce na strzępy. Rozmiar katastrofy działał cały czas na moją korzyść – niemal natychmiast zablokowane zostały wszystkie drogi dojazdowe, uniemożliwiając moim konkurentom dotarcie na miejsce. Cudownym zrządzeniem losu dostałem na wyłączność i zupełnie za darmo prawa do transmisji Wybuchu na żywo.

Zastanawiacie się pewnie, jak doszło do tego, że znalazłem się w Bethlem właśnie wtedy. Do niedawna moją dziennikarską specjalizacją były śmieci, odpady, a w porywach tematy związane ze zmianami klimatycznymi. Udzielałem się też w mediach społecznościowych na temat elektrowni atomowych. I pewnie dlatego dostałem anonimowy cynk, że w Bethlem jest jakiś radioaktywny wyciek. Wykonałem kilka telefonów, ale niczego się nie dowiedziałem. Na początku nie chciało mi się jechać taki kawał aż do tego beznadziejnego miasteczka, którego nawet nie ma na większości map. Przypomniała mi się jednak Romy, znajoma sprzed lat. Spotkaliśmy się dwanaście lat temu w barze na Soho. Od razu wpadła mi w oko: piękna wariatka z Polski o śniadej cerze, brązowych oczach i dużych, krągłych piersiach. Poszliśmy do łóżka tego samego dnia, a potem jeszcze kilka razy w ciągu następnych tygodni. Potem ona gdzieś zniknęła i straciliśmy się z oczu na wiele lat. Dzięki Facebookowi dowiedziałem się, że założyła rodzinę i razem z mężem opuścili Londyn, bo dostali pracę i mieszkanie w Bethlem. Utkwiło mi to w pamięci, bo w tamtym czasie pisałem artykuł o elektrowniach atomowych Wielkiej Brytanii.

Odezwałem się do pięknej Romy tamtego dnia, w lutym, wiele lat po naszym rozstaniu. Zapytałem, czy zechciałaby się ze mną zobaczyć, bo mam sprawę w elektrowni Bethlem. Zgodziła się od razu i nawet zaproponowała, że jej mąż, działacz związkowy, może mi pomóc zorganizować spotkanie z ludźmi z zarządu.

Wieczorem 13 lutego przyjechałem do Bethlem i wynająłem tani pokój nad nieciekawą knajpą, co było właściwie jedyną możliwością w tym okropnym miasteczku, w którym z jakichś względów nie wybudowano żadnego hotelu. Zjadłem późną kolację z Romy i jej mężem Janem. Ze smutkiem stwierdziłem, że się postarzała jak my wszyscy. W jej ciemnych oczach czaiło się wciąż to niepojęte szaleństwo, ale przykrywał je mglisty smutek. Zwróciłem uwagę na kilka rodzinnych fotografii w oblepionych muszelkami tandetnych ramkach. Uśmiechali się z nich Romy z mężem Janem i dwójką dzieci – starszą dziewczynką i mniejszym chłopcem. W mieszkaniu nie było słychać dzieciaków, ale pomyślałem, że jest późno i pewnie już śpią. W końcu jednak małomówna dziewczynka ze zdjęcia o imieniu Maja pojawiła się w salonie, żeby pocałować rodziców na dobranoc. Romy tłumaczyła ją, że mrukliwość i zły humor dziecka wynikają ze strachu, bo następnego dnia mają pójść do dentysty wyrwać jej ząb. Zauważyłem, że mała jest bardzo podobna do matki. Chłopca nie mogłem spotkać, bo – o czym dowiedziałem się dopiero znacznie później – zginął w nieszczęśliwym wypadku. Gdybym miał tego świadomość, zachowywałbym się trochę inaczej na tamtej kolacji, byłbym bardziej spięty. Wiedząc, że sprowadzili się do Bethlem po tej rodzinnej tragedii, nie oceniałbym aż tak surowo ani Jana, ani ich domu, który wydał mi się wylęgarnią nudy. Był to niewielki szeregowiec wzniesiony w latach osiemdziesiątych jednocześnie z powstającą wtedy elektrownią i zapewne od początku przeznaczony na mieszkania pracownicze. W połączonym z kuchnią salonie wciąż stały meble z tego okresu – dębowe krzesła z kwiecistym obiciem, solidny stół, komoda do kompletu, a pod ścianą nieco nowsza kanapa z IKEI. Na beżowej wykładzinie czaiły się stare, trudne do usunięcia plamy z czerwonego wina, zapewne ślady po poprzednich lokatorach.

Gospodarze opowiadali o swojej pracy w elektrowni, o wspólnych powrotach do domu, wywiadówkach w szkole, zakupach w supermarkecie i sobotnich sporadycznych wizytach w kinie, a ja czułem ulgę, że nie związałem się z Romy i że to nie ja tkwię teraz w rodzinnym zaduchu na prowincji. Żeby jakoś poprawić sztywną atmosferę, przez cały wieczór sypałem dowcipami, niektóre były naprawdę niezłe. Za każdym razem, kiedy Jan wybuchał śmiechem, Romy posyłała mi wdzięczne spojrzenie.

Następnego dnia byłem umówiony z ważnym członkiem zarządu elektrowni. Jan rzeczywiście pomógł w zorganizowaniu tego spotkania, ale siwy, tyczkowaty inżynier Morris okazał się straszliwym nudziarzem. Oczywiście zanegował możliwość wycieku i zapewnił mnie o całkowitym bezpieczeństwie, podpierając się plikiem wydruków, które w jego mniemaniu wskazywały na bezbłędne funkcjonowanie reaktora. Pokręciłem się jeszcze trochę po okolicy – nie cierpię wracać z reportażu z pustymi rękami – ale ze złością musiałem przed sobą przyznać, że jedyną korzyścią z wyprawy do Bethlem będzie pożegnalna kawa z Romy. Kiedy poprzedniego dnia po kolacji wracałem do wynajętego lokum nad knajpą, zawibrował mój telefon. Odebrałem miłą wiadomość z walentynkowym serduszkiem. Romy pisała, że będzie mogła wcześniej wyjść z pracy. Chciała ze mną pogadać na osobności, co mogło oznaczać, że po cynamonowej latte wpadniemy na chwilę do mojego obskurnego pokoiku i – tak jak kiedyś w Londynie – spędzimy miło czas. Następnego dnia rano zamierzałem wracać do domu i właściwie tylko perspektywa szybkiego numerku z dawną znajomą sprawiała, że się nie upiłem. Kiedy o umówionej godzinie schodziliśmy razem z Romy po schodkach do całkiem przytulnego pubu, a ona obiecująco wzięła mnie pod rękę, miałem wrażenie, że ziemia drży. Poczułem nagłe podniecenie i lęk. Chwilę później nastąpił Wybuch.

Do tej pory przy M20 widać ślady tego, co się stało w lutym. W parę miesięcy nie dało się posprzątać tego całego bałaganu. Z wiaduktu nad A20, tam gdzie jeszcze w zeszłym roku stał Holiday Inn, rozciąga się niezły widok na okolice dawnego Bethlem. Jest to szare gruzowisko, betonowa pustynia bez oazy, wypełniona ludzikami w białych, szczelnych kombinezonach. Koparki i spychacze uwijają się całymi dniami, żeby zdążyć na rocznicę Wybuchu. W miejscu dawnego Bethlem ma powstać park krajobrazowy i niewielkie muzeum.

Zaglądam tu średnio raz w tygodniu – lubię rozmawiać z robotnikami i patrzeć, jak cierpliwie wywożą niekończące się tony gruzu. Czasami mam wrażenie, że kawałki betonu, z którego zbudowano to miasto, nie znikną już nigdy i w ten sposób Bethlem będzie istniało nadal, mszcząc się na nas wszystkich.

3

Bethlem, dzień Wybuchu

Kiedy usłyszałam huk i jeszcze inny dźwięk: przejmujący, dobywający się z wnętrza miasta jęk, wiedziałam, że zaraz wszystko się zmieni. Może to dziwne, ale wcale się nie przestraszyłam. Ja, Maja Wilk, chciałam, żeby Zeus lub inny dawny bóg wymierzył temu miastu karę. Ucieszyłam się na myśl, że będą kłopoty i zamieszanie, co wprawi w bezradną konsternację panią Barnes, dyrektorkę szkoły, oraz innych ludzi, których twarze były zawsze suche i zacięte jak twarze wojowników z ryciny wiszącej przed pokojem nauczycielskim. Z zadowoleniem patrzyłam, jak rozdzierający niebo błysk przegania mgłę nudy, a w powietrzu unoszą się złowrogie czarne punkciki.

Przejęłam się tylko moimi rodzicami: im na pewno nie spodoba się to trzęsienie ziemi. Ojciec nie lubi zmian, nawet najdrobniejsze szczegóły, takie jak miejsce na kapcie, godziny posiłków czy dzwonek w telefonie, muszą mu się układać po staremu. Mama ma bardzo wrażliwy słuch i nie cierpi hałasu. Gdy za głośno się śmieję, zatyka sobie uszy i masuje skronie. Zmęczonym głosem prosi, żebym zachowywała się ciszej.

Dochodziła czwarta. Zwykle o tej porze jestem na basenie, mam treningi cztery razy w tygodniu, ale dzisiaj niestety nici z pływania, bo idziemy do dentysty. Mama miała wyjść z pracy trochę wcześniej, byłyśmy umówione na piątą. Zapewne właśnie wstaje od biurka, zerka na zegarek po całym dniu pakowania dokumentów do kopert, kopert do worków, worków na specjalne wózeczki i idzie na chwilę do taty, stojącego przy pulpicie z setką landrynkowych przycisków. Żegnają się, ona cmoka go w policzek, prosi, żeby coś dla nas ugotował, bo po wizycie zajrzymy jeszcze do księgarni, tak mi obiecała.

Rodzice rano wychodzą razem, po południu razem wracają do domu, jednak w ciągu dnia prawie w ogóle się nie widują – Zakład jest ogromny, cały z betonu, jak zamek gigantycznego potwora z wklęsłą w talii wieżą albo raczej kominem, przez który wydostaje się skłębiona jak wata cukrowa para wodna.

Ludziom z zewnątrz nie wolno tam wchodzić. Trzeba mieć w sobie specjalny implant, tylko wtedy metalowa bramka przy wejściu automatycznie się otwiera.

Wyobrażam sobie – bo rodzice nie chcą o tym rozmawiać – że zakładanie tych implantów musiało być jak szkolne szczepienie na grypę: zebrali wszystkich w jednej sali, pielęgniarka przetarła skórę wacikiem, wprowadziła do środka to coś, co rejestruje każdy ruch... A potem szybka dezynfekcja, uśmiech i następne ramię. Kilka razy, myjąc mamie plecy, próbowałam dostrzec jakiś ślad po tajemniczym ukąszeniu, ale jak dotąd niczego się nie dopatrzyłam.

Kiedyś naprawdę mi zależało, żeby odwiedzić ich w pracy. Uważałam, że skoro oni znają moją szkołę, to i ja powinnam wiedzieć, jak wygląda miejsce, w którym spędzają większość dnia. Nie było to chyba zbyt wygórowane żądanie i wiem, że gdyby to zależało tylko od nich, na pewno by się zgodzili. Rodzice mojej przyjaciółki Ardiany, którzy jako nieliczni nie pracują w Zakładzie – prowadzą niewielką restaurację i często pozwalają jej się bawić na zapleczu. Też bym tak chciała, ale to niemożliwe. Dawniej wyobrażałam sobie, że moi rodzice mają tam w Zakładzie klasę i ławki, i refektarz, a także nauczycieli, woźną oraz sekretarkę. Co rano wkładali przecież swoje mundurki – nie takie ładne jak mój szkolny strój: granatowy z białym kołnierzem i czerwoną wstążką, ale również ciemne, z grubego materiału i ze srebrnymi guzikami podobnymi do moich. Wiem, że tata przebiera się w pracy jeszcze raz, wkłada śmieszny biały uniform, w którym wygląda jak kosmonauta, a na ręce naciąga gumowe rękawiczki.

Całkiem niedawno pokazali mi po raz pierwszy zdjęcia z pracy, było to z okazji wizyty jakiegoś ministra. Wtedy wreszcie zobaczyłam, jak wygląda ta ich „szkoła”: ogromna hala wypełniona pulpitami z tysiącem przycisków, trochę jak wnętrze statku kosmicznego, nowoczesne komputery i mnóstwo białych „kosmonautów”. Podpis pod fotografiami głosił: „Profesjonalna kadra Zakładu czuwa nad bezpieczeństwem energetycznym całego kraju”. Zachowałam sobie ten wycinek na pamiątkę.

Potem usłyszałam następny huk, jeszcze potężniejszy od pierwszego. Podbiegłam do okna, otworzyłam je i niemal natychmiast poczułam kłujący zapach kurzu i spalenizny. Dym szybował nad miastem, rozkładał się jak wielki czarny parasol, obejmował już właściwie całą okolicę. Nagle zdałam sobie sprawę, że hałas dobywa się nie od strony szkoły, jak wcześniej myślałam, ale stamtąd, gdzie znajduje się Zakład. Na chwilę zabrakło mi tchu. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam. Zachwiałam się, próbowałam chwycić za zasłonę, ale ona oberwała się pod moim ciężarem. Zaszumiało mi w uszach, przez chwilę wydawało mi się, że słyszę płacz Maciusia, choć to przecież niemożliwe. Zaczęłam kaszleć i upadłam na podłogę. Straciłam przytomność. Kiedy otworzyłam oczy, całe mieszkanie było pokryte czarną mąką.

Tymczasem ja, Roma Wilk, biegłam w chmurze czegoś lepkiego i duszącego. Kaszlałam, serce waliło mi jak szalone. „Przyszli po nas”, myślałam. Zawsze wiedziałam, że kiedyś się zjawią. Zabrali Maciusia, a teraz przyszli po nas. Miałam sucho w ustach, myślałam, że zemdleję, ale tak się nie stało. Cały czas biegłam, potykając się o kawałki betonu, cegły i ciała innych uciekinierów. Chciałam tylko dotrzeć do domu i uratować Maję. Czułam, że oczy mi łzawią, ale pył natychmiast je osuszał. Byłam wściekła na siebie, że umówiłam się z Markiem, a przecież gdybym została w pracy, prawdopodobnie straciłabym życie. Myślałam o tysiącu spraw, które nagle przestały być ważne – o jutrzejszej wywiadówce, o zakupach, o tym, że dziś miałyśmy z Mają pójść do dentysty, by usunąć jej ostatni mleczny trzonowiec, który wciąż tkwił na swoim miejscu, blokując drogę nowemu.

Przecierałam twarz, żrące drobinki raniły mi skórę, piekły podrażnione oczy. Nogi niosły mnie jednak w dobrym kierunku. Moje mocne, opalone nogi, na które zawsze mogę liczyć. Pomyślałam o Janku. Chyba przeczuwałam, że zajmie się ratowaniem innych. Jak zawsze wybierze to, co narzuci mu ktoś wyższy rangą.

Czułam, jak bardzo napina mi się skóra. Byłam oblepiona brudem zasychającym na spoconym ciele i wydawało mi się, że zaraz pęknę jak nabrzmiały balon. Nogi niosły mnie jednak posłusznie tam, gdzie biło moje drugie malutkie serce. Maja czekała sama w domu i była przerażona. Musiałam się tam jak najszybciej znaleźć i nawet gdybym miała po drodze umrzeć, wiedziałam, że doprowadzę swoje martwe ciało na miejsce i siłą woli będę przy niej.

Byłam też przy Maciusiu. On wciąż mnie potrzebował. Tam, gdzie się znalazł, mało jest roześmianych czterolatków. Na którymś z wybojów złamałam obcas pantofla. Niepotrzebnie zakładałam dziś do pracy te buty, które teraz okazują się tylko przeszkodą. Ściągnęłam je i wyrzuciłam w pokrytą zasłoną kurzu nicość.

Za skrzyżowaniem musiałam chyba za szybko skręcić w prawo, bo zamiast na Rosemary Lane, znalazłam się na Geranium Lane. Zapach geranium, musztardy i czosnku, trzy zapachy trzech gazów bojowych, którymi Niemcy zaatakowali pod Ypres. Żrące powietrze, gorsze od morowego, nigdy więcej wojny... Tak właśnie miało być, miał być spokój i dobrobyt. To nam obiecywali telewizyjni speakerzy, ulizani politycy, tłuści od dobrego żarcia przemysłowcy. Coś we mnie protestowało, nie chciało wierzyć w ich bajki, ale mimo wszystko wolałam tę ich opowieść od tego, co słyszę w swojej głowie. Nie chciałam, żeby Maciuś i Maja poznali mój głos. Dlatego śpiewałam im tylko dobre piosenki, o harcerce, czerwonej róży i chatce z masła.

Wreszcie dotarłam na skwerek w całości pokryty złowrogimi oparami, przebiegłam ostatni kawałek drogi, raniąc sobie stopy o szkło z wybitych okien. Kiedy wbiegałam na schody, zauważyłam, że zostawiam za sobą krwawy ślad. Ucieszyłam się, bo to oznaczało, że jeszcze żyję. Otwarłam z hukiem drzwi i od razu ją zobaczyłam. Leżała na wznak tuż pod oknem. Pewnie chciała zobaczyć, co się dzieje, może nawet wspięła się na parapet, choć zawsze prosiłam, by tego nie robiła. Uklękłam przy niej, położyłam jej głowę na swoich kolanach. Wiedziałam, że oddycha, i pomyślałam, że w tym omdleniu jest bezpieczniejsza. Nie chciałam od razu sprowadzać jej do świata, który się walił, na ziemię pełną nienawistnego pyłu i żądnych zniszczenia ludzi. Maja sama otworzyła oczy. Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się z takim spokojem, jakby wszystko było na swoim miejscu. A kiedy zapytała, co się stało, odpowiedziałam, że już nic nie będzie tak jak kiedyś, i zaraz ugryzłam się w język, bo w tamtej chwili powinnam ją była uspokoić jakimś banałem.

– To bardzo dobrze – odpowiedziała moja niezwykła córka i od razu zrozumiałam, że nie jest już dzieckiem.

4

„Daily News”, 15 lutego – Mark Killiam z Bethlem

Minutą ciszy uczczono ofiary katastrofy w elektrowni jądrowej w Bethlem, w hrabstwie East Sussex

Życie w miasteczku zamarło wczoraj o godzinie 15.20, kiedy miał miejsce wybuch.

„To był największy hałas, jaki w życiu słyszałam – mówi Ann Zinatto, bezpośredni świadek wydarzenia. – Myślałam, że straciłam słuch”.

Inni mieszkańcy są wciąż w szoku. Trwają poszukiwania zaginionych, którzy mogą być unieruchomieni pod gruzami zawalonych budynków.

Wczoraj – jak podaje wicedyrektor elektrowni Edward White – o 13.30 nastąpił kontrolowany wyciek pary radioaktywnej, który pozwolił zmniejszyć ciśnienie w reaktorach. Bez tej operacji skutki wybuchu mogłyby być odczuwalne nawet w promieniu stu kilometrów. O 15.19 doszło do eksplozji wodoru w budynku reaktora, co spowodowało zawalenie się ścian i dachu budowli. Dyrekcja najpierw zapewniła, że zbiornik reaktora i osłona bezpieczeństwa nie zostały naruszone, ale konstrukcja znajduje się pod stałą obserwacją.

Wciąż badane są przyczyny awarii. Wykonywane kilka godzin przed eksplozją pomiary nie wykazywały żadnych odchyleń od normy. Całkowitemu zniszczeniu uległ basen olimpijski, znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni.

Na razie udało się zidentyfikować ciała siedmiuset dwudziestu zmarłych, w tym prawie dwieście ofiar to dzieci i młodzież. Ponad trzysta osób przebywa w szpitalu i walczy o życie. Stan dwustu trzydziestu dwóch osób lekarze ocenili jako bardzo ciężki.

Straż pożarna szacuje, że częściowemu zniszczeniu uległo 80 procent wysokiej zabudowy miasteczka i około 60 procent domków jednorodzinnych. W promieniu trzydziestu kilometrów od katastrofy utworzono specjalną strefę ewakuacji. Ruch samochodowy – z wyjątkiem pojazdów wojskowych i sanitarnych – został wstrzymany. Mieszkańcy Bethlem są stopniowo przewożeni w bezpieczne rejony nadmorskie. Osoby oczekujące na ewakuację umieszczono w schronach.

Na razie nikt nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, jakie będą długofalowe skutki tej katastrofy. Minister energii i wicepremier John Rampley, który wczoraj wieczorem przybył do Bethlem, zapewnia, że rząd dołoży wszelkich starań, aby wszyscy poszkodowani otrzymali stosowne rekompensaty. Zapytany o dalsze losy elektrowni w Bethlem, Rampley potwierdził, że zostanie ona zlikwidowana.

5

Fairlight, hrabstwo East Sussex, 5 listopada

Noce nie są gorsze od dni, bo choć wypełnia je jeszcze większa samotność, przypominają mi czasy mojego poprzedniego życia. Słyszę, jak ktoś wypowiada moje imię: Roma, Roma, ale wiem, że tutaj nikt się tak do mnie nie zwraca. I nikt już nie nazywa mnie mamą. Nocą świat, który bardzo się zmienił, wciąż wygląda tak samo. Nocą widzę Maję na pustym łóżku i mogę jej dotykać. Dopiero świt przypomina, że nic nie jest już takie jak przedtem. Nic oprócz nocy i morza.

Kiedy byłyśmy tu w ośrodku razem, czułam się jak na dziwnych wczasach, na koloniach dla matek z córkami, które służą poprawie rodzinnych stosunków. Wreszcie był czas, żeby pogadać o dzieciakach z klasy, poplotkować o nauczycielach, o korytarzowych miłostkach i planach na wakacje.

W dniu Wybuchu upadłam dość nieszczęśliwie i doznałam urazu głowy. Maja rozumiała, że moja pamięć wraca do mnie w swoim rytmie. Niektóre sprawy ulotniły się do innych partii mózgu, skąd nie mogłam ich na razie wydobyć, inne natomiast pamiętałam z niezwykłą świeżością. Przypominały mi się całe rozmowy sprzed lat, zapisane na moim częściowo uszkodzonym twardym dysku, a dźwięki i zapachy zjawiały się z taką intensywnością, jakby te wspomnienia dotyczyły bieżących wydarzeń. Zaskakiwałam Maję tymi szczegółami, które umykały nawet jej bystrej główce obdarzonej niezwykłą pamięcią. Już jako trzylatka recytowała na pamięć wszystkie wierszyki, które jej się przeczytało.

– Ęęętlicek, pęęętlicek, cerwony stolicek – sepleniła rozkosznie i z odpowiednią intonacją, łapiąc chciwie oddech, sunęła w kolejne linijki tekstu, którego miejscami nie rozumiała, ale śmiała się do siebie i do nas, swojej widowni.

Angielskiego nauczyła się błyskawicznie, choć w domu mówiliśmy do niej po polsku. Puchliśmy z dumy, kiedy nauczyciele powtarzali, że jest niezwykle uzdolniona.

Wtedy, w pierwszych tygodniach po Wybuchu, mogłam się jej wyjątkowością nacieszyć. Miałam ją tylko dla siebie, a czas płynął wolno. W dawnej codzienności umykały mi jej opowieści. Rano byłam zbyt zdenerwowana perspektywą spóźnienia się do pracy, a po południu zmęczona tym, co wydarzyło się w ciągu dnia.

Kiedy już dobrze zadomowiłyśmy się w naszym pokoiku w Fairlight, przeżyłyśmy wiele naprawdę dobrych dni. Oczywiście niepokoiło mnie to otoczenie, poza tym wciąż myślałam o Janku i byłam na niego zła, że nas opuścił. Nie znajdowałam pocieszenia, tak jak wiele kobiet z Bethlem, wdów po bohaterach, we frazesach o poświęceniu dla innych. Myślę zresztą, że i one udawały stoicki spokój, a wieczorem chlipały w poduszkę. Ja nie uroniłam ani jednej łzy. Nie płaczę już od sześciu lat, odkąd nie ma z nami Maciusia. Wtedy, nad morzem, słona woda łez połączyła się z falami, odpłynęła na zawsze. Straciłam kolejną ludzką umiejętność, skamieniałam w bólu, zamieniłam się w imitującego kobietę robota.

Kiedy uderzyłam się w głowę w dniu Wybuchu, moja metamorfoza w nieczłowieka posunęła się o kolejny krok: przez jakiś czas nie miałam wspomnień. Lekarze zapewnili mnie, że pamięć będzie wracać, bo uraz nie jest aż tak poważny, by spowodować trwałe uszkodzenia mózgu. Mówili, że za moją amnezją stoi przede wszystkim szok – świadomość, która sama wypiera się siebie, wyrzuca za burtę zbędny balast, bo nie chce zatonąć.

A może właśnie tego chcę najbardziej? Zniknąć pod powierzchnią wody, sprawić, by morze pochłonęło mnie całą, by rozpoczęte w wodzie biologiczne życie do tej samej wody wróciło? Nie jest prawdą, że powstaliśmy z prochu, powstaliśmy z wody i za nią przez całe życie tęsknimy.

Za oknem świta. Dzień budzi się tu wcześniej niż w wiecznie zasnutym chmurami Bethlem, gdzie słońce nie miało szans. Na wybrzeżu niebo wciąż się zmienia, wiatr rozpędza wełniane obłoki, rozdziera je na strzępy, potem się rozmyśla, przegania je z powrotem w zbite stadko. W tym czasie dzień przedziera się przez moje ciemne zasłony. Drobinki światła grzęzną w gęstym splocie żakardu, mocnej, grubej tkaniny, która doskonale blokuje promienie słoneczne. Ma skomplikowany, ozdobny splot z przędzy delikatnie różniącej się odcieniem. Jest to materiał praktyczny i niewymagający prasowania, pod warunkiem że suszy się go w stanie rozwieszonym.

Odkąd tutaj jestem, zasłony nie były prane. Moją celę czyści mały okrągły robot, najczęściej w porze konsultacji. Zawsze chciałam sobie coś takiego kupić, ale urządzenie sporo kosztowało, a my wciąż mieliśmy pilniejsze potrzeby.

Wstaję z łóżka i podchodzę do harmonijkowych drzwi, za którymi ukryta jest malutka łazienka. Nie mam siły na prysznic. Ochlapuję twarz wodą, myję zęby i przeczesuję włosy. Dostrzegam kilka nowych siwych na skroni. Kiedyś wyrywałam sobie pojedyncze srebrne nitki. Matka mówiła mi w dzieciństwie, że z takimi czarnymi włosami na pewno szybko osiwieję i miała rację. Wciągam na siebie granatowy kombinezon, który wisi w szafie obok dwóch innych. Po przyjeździe do ośrodka odebrano nam ubrania i przekazano te mundurki. Akurat to nie był najgorszy pomysł, kombinezony są wygodne i praktyczne. Po raz pierwszy w życiu nie muszę się zastanawiać nad tym, co mam na siebie włożyć. Maja natomiast nie cierpiała tych ubrań i co rano okropnie marudziła. Mówiła, że woli być naga niż zapakowana w ten uniform.

Podchodzę do szafki nocnej, połykam dwie duże proteinowe tabletki, które zażywamy tutaj jako śniadanie. Popijam wodą z kranu. Ma chłodny, metaliczny posmak. Wkładam do ust małą brązową pigułkę z kofeiną, to takie tutejsze espresso. Smakuje rzeczywiście kawą i lekko pobudza. Jedzenie jak najbardziej skondensowanych posiłków ma wiele zalet. Przede wszystkim redukuje ilość odpadów, a to w obecnych czasach stało się bardzo ważne. W mojej celi nie ma kosza na śmieci, nie mamy prawa niczego wyrzucać. I to również wydaje mi się całkiem sensowne. Kiedy pomyślę, na jakie marnotrawstwo pozwalaliśmy sobie z Jankiem, robi mi się niedobrze. Czasami wyrzucałam całe gotowe dania do zsypu – parotygodniowe, jeszcze zapakowane lasagne, które przeleżały zapomniane w lodówce, przykryte zwiędłymi liśćmi sałaty, zastawione pojemniczkami z przeterminowanym jogurtem. Nienawidziłam myć lodówki i przyznawać się przed samą sobą do niegospodarności i bałaganu.

– Wiesz w ogóle, ilu ludzi na świecie głoduje? – sapał wkurzony Janek, patrząc, jak nasze zapleśniałe zapasy lądują w koszu.

Nie wiedziałam, ale domyślałam się, że bardzo dużo. Teraz zapewne liczba głodujących jest jeszcze większa i to nie tylko w dalekiej Afryce, ale nawet tutaj, w Anglii. Wypijam ostatni łyk wody, który zmywa delikatny kawowy posmak. Jestem gotowa.

Słyszę znajomy szum na korytarzu, to wózek elektryczny, który zatrzyma się pod moją celą. W przestrzeni między krawędzią drzwi a podłogą pojawi się czerwona laserowa pręga. Następnie drzwi bezszelestnie się otworzą, usiądę na wózku i pozwolę, by jego zdalnie sterowane kółka powiozły mnie do windy.

***

Siedzę w sterylnym gabinecie, w którym tylko morelowe zasłony, chyba lniane z niewielką domieszką poliestru, przypominają o tym, że kiedyś toczyło się tutaj zwykłe życie. Białe biurko musieli wstawić tu całkiem niedawno, podobnie jak te metalowe, niewygodne krzesła. Doktor, który ma ze mną rozmawiać, wydaje się za młody do wykonywania swojego zawodu. Przyjechał z Polski i nazywa się P., co potwierdza mała metalowa tabliczka przypięta do kieszeni fartucha. Ma ciemne włosy, gładkie, pozbawione zarostu policzki i duże czarne okulary, dodające jego twarzy tej odrobiny powagi, bez której wyglądałby śmiesznie. Nawet mimo tych ciężkich oprawek przypomina przebranego w biały fartuch uczniaka odgrywającego rolę lekarza w szkolnym przedstawieniu. Jego ruchliwe oczy podążają za jakimś nieuchwytnym sygnałem z zewnątrz. Być może czeka na kogoś, kto wybawi go od nieprzyjemnego obowiązku przeprowadzenia ze mną rozmowy. Wiem, że przysłali go specjalnie dla mnie, żebym nie musiała się męczyć w angielszczyźnie. Doceniam te wysiłki, ale skoro już tak się postarali, to mogli sprowadzić kogoś starszego. Chyba dostrzega w mojej twarzy wyraz dezaprobaty, bo nagle prostuje się, sięga do szuflady i wyciąga z niej płaskie urządzenie do nagrywania. Kładzie je przede mną na biurku gestem kogoś, kto chce zademonstrować swoją władzę. Następnie z kieszeni fartucha wyciąga długopis i niewielki notes.

– Nazywam się doktor P. i jak pani już zapewne słyszała, będę pani konsultantem przez najbliższe tygodnie.

Kiwam głową i patrzę na niego uważnie.

– No to proszę się przedstawić – mówi. – Imię?

– Roma.

– Nazwisko?

– Wilk, Roma Wilk.

– Urodzona w Polsce?

– Tak.

– Wiek?

– Trzydzieści – kłamię i sprawia mi to małą przyjemność.

– Jest pani pewna? Nie ma pani przypadkiem więcej?

– Być może, ale przestałam tu obchodzić urodziny – odpowiadam i myślę, że dla niego, dla tego młodego doktora, jestem już starą kobietą.

Patrzę na niego z ubolewaniem, które niemal natychmiast zamieniam na wrogość. Tak lepiej. Czuję przypływ mocy, który pojawia się, gdy pozwalam działać złości. Kiedy rzucam w ogień skórę owcy, pod spodem ukazuje się czarna, lśniąca sierść wilczycy.

– No dobrze. Od kiedy mieszka pani w Wielkiej Brytanii? – pyta bardziej pojednawczym tonem. Nie zamierzam mu jednak pomagać.

– To wszystko macie w aktach. Przepytywaliście mnie już wiele razy.

Doktorek drapie się za uchem i coś notuje w kajecie.

– Jest pani pewna, że tutaj, w ośrodku w Fairlight, ktoś już z panią rozmawiał? Kiedy to było?

Zamykam oczy, słyszę szum morza, czuję, jak poruszające się morelowe zasłony dotykają mojego policzka. A potem krótki błysk przecina wspomnienia i ląduję w tej samej co zawsze celi: ciemnej, pozbawionej okien.

– Podobno często krzyczy pani przez sen. O czym pani śni? O Wybuchu? O katastrofie w Bethlem? O wielkim bum? A może o kąpieli w morzu z córką?

Milczę i staram się ignorować jego zaczepki.

– Pamięta pani – doktor nie daje za wygraną – co się wtedy wydarzyło? Śni się pani zmarła córka?

– Maja żyje i ma się dobrze! – Nie wytrzymuję i wybucham. Wypowiadając imię Mai, wskrzeszam ją, choć przecież dla doktora jestem tylko morderczynią. Wiem o tym i dlatego nie powinnam mu była zdradzać sekretu o jej cudownym ocaleniu, w które na razie wierzę tylko ja.

– Pogrzeb Mai odbył się dwa miesiące temu. Własnoręcznie utopiła pani córkę w morzu, a potem próbowała popełnić samobójstwo.

Zaczyna mi brakować powietrza. Oczy pogrążają się w znajomej i przez to jeszcze bardziej przerażającej ciemności, do której tak bardzo nie chcę wracać. Słowa młodego doktora wirują mi w głowie, chcę się ich pozbyć, ale ogarnia mnie bezwład. Spadam w sam środek czerni.

Doktor P. pochyla się nade mną, jego za duże okulary zsuwają mu się na koniuszek nosa. Czuję niewielkie ukłucie, zapewne znowu wpompowuje mi się płynny przezroczysty spokój dostarczony tutaj przez usłużnych farmaceutów.

– Pani Wilk, zemdlała pani. – Słyszę słowa, których nie lubię. Na razie dudnią mi jeszcze w uszach, są daleko, ale już dobrze je rozumiem. Obraz jest wciąż rozmazany. Mrugam kilka razy i zmuszam oczy do złapania ostrości. Oddycham głęboko. Nie mam siły wyjaśniać, że często tracę przytomność w gabinetach lekarskich. Być może jest to związane z traumą z dzieciństwa, ale doktorowi z Polski nie zamierzam o tym mówić. Kiedy miałam siedem lat, usuwali mi w szpitalu w Lublinie migdałki. Tak strasznie bałam się tej operacji, że w nocy uciekłam z wieloosobowej sali, na której leżałam, prosto do tonącego w śniegu przyszpitalnego parku. Wolałam raczej zamarznąć niż dać się zoperować. Skutek był taki, że dostałam zapalenia płuc, przeleżałam kolejne trzy tygodnie w szpitalu, a migdałki i tak mi usunięto.

– Naprawdę zemdlałam? – pytam zrezygnowana głosem, który wydaje mi się obcy. Leżę na podłodze, pod głową mam wciśniętą poduszkę, a rękaw kombinezonu wysoko podciągnięty. Zaczyna działać zastrzyk, ten cudowny środek na splątywanie wspomnień. W głowie wirują mi obrazy, jazda na karuzeli jest przyjemna, przede mną na gniadym koniku siedzi młody doktor, bawimy się w wyludnionym lunaparku, czuję, jak ciążą mi powieki. Kręci mi się w głowie, chciałabym już wysiąść, postawić stopy na stałym lądzie. Wyciągam ręce przed siebie, chwytam powietrze, dosięgam klapy białego fartucha. Krzyczę najgłośniej jak potrafię.

6

Londyn, East Finchley, mieszkanie Marka Killiama, 10 listopada

Kiedy ktoś znajomy mnie pyta, gdzie mieszkam, łapię się na tym, że wciąż podaję stary adres. Jeszcze nie przywykłem do rozkosznej świadomości, że jestem właścicielem komfortowego domu w East Finchley, zaledwie cztery minuty spacerem od Northern Line. Nie wiem, czy i wam udało się skorzystać z faktu, że po Wybuchu ceny nieruchomości poszły w dół. Z Londynu zaczęli masowo wyjeżdżać bogaci Rosjanie, ich domy trafiły z powrotem w ręce brytyjskiej upperclass i tym sposobem klasa średnia wyższa, do której mam przyjemność od niedawna należeć, mogła przejąć wystawione na sprzedaż domy w dzielnicy takiej jak East Finchley. Jeśli macie jakieś rezerwy finansowe, to teraz jest zdecydowanie dobry moment, żeby kupić sobie coś w Londynie.

Przed chwilą odebrałem telefon od Angeli Preckler z Radia Colors. Kiedyś ta dość znana dziennikarka i w dodatku atrakcyjna kobieta nawet by na mnie nie spojrzała. A teraz proszę, kadzi mi do słuchawki, przymila się i obiecuje, że będzie nam się cudownie gawędzić. Przyjedzie tu za kilka minut, żeby przeprowadzić wywiad o wydarzeniach w Bethlem. Do tego też muszę się jeszcze przyzwyczaić: teraz jestem zarówno autorem dziennikarskich relacji, jak i przedmiotem zainteresowania mediów. Jeszcze daleko do pierwszej rocznicy Wybuchu, ale wiele stacji radiowych już szykuje specjalne cykle audycji, w telewizjach pojawiają się materiały archiwalne – w większości są to zresztą migawki nagrane przeze mnie.

Słyszę dzwonek domofonu, to Angela. Rzucam okiem na wiszące w przedpokoju lustro. Szybkim ruchem przeczesuję włosy i zauważam nieznaczne przerzedzenie na czubku głowy. Przyklepuję, żeby nie było widać.

Angela chce przeprowadzić jak najbardziej osobistą rozmowę o moich wspomnieniach z dnia Wybuchu i kto wie, czy po wywiadzie i kawce w livingu nie zajrzymy na chwilę do sypialni. Na tę możliwość zdążyłem się już przygotować. Przezornie zmieniłem pościel, starłem kurze i pochowałem bieliznę do szafy. Otwieram drzwi wejściowe, widzę jej szelmowski uśmieszek i już wiem, że uprzątnięcie sypialni to był dobry pomysł.

– Witaj, Mark.

– Miło cię widzieć, Angela. Świetnie wyglądasz – mówię, odbierając od niej drogi wełniany płaszcz, który wypełnia mój wąski i odrobinę za ciemny przedpokój ciężkim zapachem perfum.

– Dzięki, ty też. Reporterska harówka najwyraźniej ci służy. Zmęczony?

– Nie byłem na urlopie od ponad roku – mówię i od razu czuję, że to głupia odpowiedź.

– Domyślam się. Wszędzie cię pełno. Ja też już dawno nigdzie nie byłam, więc może połączymy siły i gdzieś razem wyskoczymy?

– Byłoby cudownie. – Uśmiecham się niezbyt mądrze i puszczam ją przodem do salonu. – Napijesz się kawy?

– Chętnie. Bez mleka, bez cukru. Cenię sobie czystą formę i czysty smak. A ty?

Przez chwilę dyskutujemy o rodzajach ekspresów i niegdysiejszych tak nieekologicznych kapsułkach nespresso. Angela chce wyraźnie skrócić dystans. W końcu wyciąga płaski dyktafon, umieszcza na stoliku mikrofon otulony biało-czarną gąbką z napisem Colors.

– Gotowy? Możemy zaczynać? Chciałabym zapytać o tamten moment w Bethlem, kiedy poczułeś, że coś się dzieje.

Posłusznie kiwam głową i zaczynam opowieść, którą znam tak dobrze, że za każdym razem muszę w niej zmienić choćby kilka szczegółów, żeby była nadal żywa.

– Co się działo potem?

– Dobrze pamiętam moment, kiedy ocknąłem się w zniszczonym Bethlem. Nad miastem kłębił się dym. Romy, przyjaciółka, z którą byłem umówiony w pubie, siedziała skulona i zatykała sobie uszy. Koło nas leżał trup brzuchatego mężczyzny. Oberwany dach nieszczęśliwie uderzył go w głowę, siwe włosy zaróżowiły się od krwi. Dla pewności sprawdziłem mu puls. Romy też dostała w głowę, ale wtedy jeszcze się nie zorientowałem, że coś jest nie tak. Bełkotała niezrozumiale, była w szoku.

– To musiało być przerażające.

Potwierdzam i milknę. Rzeczywiście akurat to wspomnienie jest na tyle mocne, że potrzebuję chwili ciszy, żeby film przewinął się do końca. Pamiętam, że pogłaskałem Romy po głowie, delikatnie objąłem i poczułem intensywny zapach jej potu. A potem ona zerwała się na równe nogi i zaczęła biec przed siebie jak szalona. Niemal natychmiast straciłem ją z oczu, dookoła unosiły się tumany kurzu. Wrzeszczałem za nią: „Romy, Romy”, a gorzki pył wpełzał mi do gardła i boleśnie dławił.

– Szybko do mnie dotarło, jak wielkie mieliśmy szczęście. Ja i moja znajoma cudem uniknęliśmy śmierci.

– Marku, stałeś się bezpośrednim świadkiem najważniejszego wydarzenia w naszym kraju od zakończenia drugiej wojny światowej. – Angela mruga kilka razy długimi, chyba sztucznymi rzęsami i przysuwa się bliżej. Jej długie rozpuszczone włosy dotykają mojego przedramienia. – Powiedz, co się działo później.

– Rzuciłem się do pracy. Nadałem trzy korespondencje do radia, wysłałem krótki tekst ze zdjęciami, zrobiłem małą transmisję na żywo moim iPhone’em, ten materiał wyemitowały wszystkie brytyjskie stacje telewizyjne. Nawet królowa to oglądała. Tamtego popołudnia zginęło ponad dwustu mieszkańców Bethlem, a prawie tysiąc dogorywało powoli w prowizorycznym szpitalu na przedmieściach.

– Z niektórymi rannymi udało ci się porozmawiać.

– Tak, to były bardzo emocjonujące wywiady. Za rozmowę z umierającym Robertem White’em zostałem nominowany do Złotego Mikrofonu. Może spotkamy się na gali wręczania nagród, Angelo?

Otrzymuję jej pełen wdzięczności uśmiech. Jest szczęśliwa, że ją w ten sposób doceniłem. O ile pamiętam, jej nazwiska nie ma w tym roku na liście nominowanych, ale to bez znaczenia. Ponieważ widzę, że na Angelę działają zawodowe przechwałki, opowiadam jej o nowym cyklu felietonów, który zaczynam od przyszłego tygodnia w „Daily News”.

– Zawsze na przedostatniej stronie, tuż przed sportem. Rubryka będzie się nazywać „Oko cyklonu”.

– Świetna nazwa. Bardzo adekwatna. W końcu znalazłeś się w oku cyklonu, prawda?

Uśmiecham się i podwijam rękaw koszuli. Pokazuję Angeli bliznę na przedramieniu.

– To pamiątka z tamtych dni. Zahaczyłem o wystający z ruin metalowy pręt. Nic strasznego, ale zawsze będzie mi przypominać o Bethlem.

– Nie myślałeś wtedy przede wszystkim o ucieczce? Każdy na twoim miejscu miałby chyba taki właśnie odruch – zapytała Angela, zmysłowo oblizując wargi. Poczułem rosnące podniecenie.

– Nie, w ogóle o tym nie myślałem. Dziennikarz wziął we mnie górę nad rozbitkiem, to pewnie sprawka adrenaliny. Chciałem zrobić jak najwięcej materiałów w tym zniszczonym mieście. Nie myślałem o niebezpieczeństwie, łaziłem po ruinach we własnym podartym ubraniu. Dopiero po kilkunastu godzinach przebrałem się w kombinezon, który miał mnie chronić przed promieniowaniem. Fotografowałem, filmowałem, nagrywałem odgłosy umierającego Bethlem.

– W ciągu kilkunastu godzin stałeś się sławny w całym kraju. Ludzie mieli cię za bohatera.

– Prawdziwymi bohaterami byli i są przede wszystkim ratownicy, którzy wydobywali spod gruzów ciała rannych – odpowiedziałem skromnie i mrugnąłem porozumiewawczo do pięknej Angeli. – Ja wydobywałem z martwicy Bethlem to, co interesowało media. Szukałem nawet po zmroku, po nocach, w ciemnych, na wpół zawalonych zaułkach miasta. Widziałem uciekające szczury, ślady krwi na betonie prowadzące do miejsca agonii.

– Na twoich oczach okradano zawalone supermarkety, roztrzaskiwano bankomaty – zagadnęła i dała mi znak ręką, bym udzielił jej tym razem nieco pełniejszej odpowiedzi.

– Wtedy w Bethlem panowała atmosfera końca świata. Świata, którego nikt nie chce, do którego nikt się nie przyznaje. Myślę, że moje reportaże poruszyły sumieniem Anglii. Gdyby nie te materiały, być może rząd próbowałby ukryć rozmiar katastrofy.

– Powiedz prawdę, Mark. Czy bardzo się wtedy bałeś?

– Nie chcę cię rozczarować, Angela, ale nie, nie bałem się. Strach zagłuszała wrodzona ciekawość. Im bardziej coś mnie interesuje, tym mniej się boję. Dlatego największe przerażenie wywołuje we mnie nuda. – Znowu mrugnąłem do Angeli i położyłem rękę na jej udzie. Uniosła ją delikatnie i wyłączyła dyktafon.