Jasnopis - Krzysztof Siwczyk - ebook + książka

Jasnopis ebook

Krzysztof Siwczyk

0,0
12,72 zł

lub
Opis

Krzysztof Siwczyk należy do autorów, którzy w przestrzeni kolejnych książek starają się penetrować coraz to nowe poetyckie idiomy. Zmieniająca się poetyka jego wierszy wskazuje mi.in na inspiracje tradycją awangardową i neoawangardową, na kwestie kryzysu języka i próby jego przezwyciężenia. W twórczych poszukiwaniach towarzyszy mu zawsze przychylność czytelników i krytyki. O "Dokąd bądź” , poemacie nagrodzonym w 2015 roku Nagrodą Kościelskich pisano , że „to jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej poezji ostatnich lat” ( Krzysztof Koniuszy) czy „Piękna książka”( Piotr Śliwiński).

O nowym tomie pisze sam autor:
Jasnopis to próba nowego języka, zaledwie przymiarka do gramatyki przeczutej epifanii mowy, której źródłem jest inne, nowe życie - życie pojedyncze, odmienne. Tyleż bliskie, co obce w swoim pokrewieństwie. Jednocześnie Jasnopis otwiera się na każde dopowiedzenie lektury. Tam, gdzie rezygnuje z arbitrażu interpunkcji, woła o czytelne dopełnienie. Tam, gdzie zmilcza fakty, rozpościera się przestrzeń kreacji, za którą stoi w równym stopniu autor jak i czytelnik. Tam wreszcie, gdzie nadużywa przerzutni, przerzuca odpowiedzialność za własne zachwyty i zwątpienia w stronę tego, kto czyta długo w noc przy niewyraźnym świetle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 33

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5

pod redakcją Ryszarda Krynickiego

Tom 89

Jasny opis

tym najlepszym z niego wyjściem

najlepszym jego światem

jesteś zanim powiesz

czego w nim brak

Przechodniość

więc to już wymarsz wyjście

w kierunku przed siebie za chodzikiem

pistacjowa delikwentka powiada dada

cienie pod metalicznym kinkietem odpowiadają

tak nie może dłużej być jasno

musi się zejść w jedną większą ciemność

kocha rozdokazywane dnienie

bez niej niekochane są dni

Rok lata życia

nie wiedzieć co się działo ale nie da się

momentalne rzuty paru modeli jawy

pamiętliwe obsesje pamiętne zmysły

dla przykładu niech będzie stopione koło

porzuconej wrotki uwiązane w asfalcie

lub lepiej zatrzymany w sobie niczyj czas

rób lepiej świat rzeczywistość spal

niech będą źrenice które topią mnie w rok lata

tego kiedy je odemknęłaś początkiem kropli ołowiu

za jaką mam słońce co ciecze ze stalówki

jakby to był znak zastygnięcia tudzież pożogi

Co dalej

zapalczywa wola posiadania przedmiotu

piłki ostu mniejszych nieco rzeczy do zjedzenia

organizuje oto tu przygody podmiotu

wyznacza ich ruchomy horyzont

gdy nic nas nie rozumie nikt

nie mówi że ma to inne znaczenie

zwraca się tylko słowami ulewa

z wyjątkiem języka piłki ostu

nikt już nic rozumie dalej nie nalega

dalej nie ma

Krzesła na stole

kwietna industriada w skansenie aglomeracji

w niej rozkoszni defetyści parka oślepłych gołębi

rezolutna żulia nabywcy wilgotnego tytoniu

mamroczą o ofensywie beznadziei

mlaskające dziąsła w które patrzysz

i uśmiechasz się ćwierkają do ciebie

same niezłe komunały co wystarczą za wszystko

gdy wracamy do siebie a ich krzesła bez nich

są nadal pełne jednak lichych tęsknot

obrus gładzą nieistniejące dłonie

podparte na nieistniejących łokciach głowy

unoszą spojrzenia ponad gzyms porcelanowni

ty jeszcze nie wiesz czyje będzie na górze

gdy zostanie z nich sadza ja też

nie mam zdania i ją na rękach

Zamiar bez słów

coś zamierzasz zrobić z możliwościami

najnowszych osiągnięć kroki dopokąd

kierujesz ruchem naszego repetytorium

śledzimy własne potknięcia uzurpujemy

znawstwo prawideł kiedy chodzi o władzę

innej jedyności jaka się ustanowiła

w jasnym świetle niebieskich oczu które wyrażają

absolutną kapitulację znaczenia co się zowie imię

dane i odchodzenie póki co od nas z dala

Porachowanie

pod piaskiem pod ziarenkami piasku podróżują

niejasne rysunki palcem czyjeś brewerie

fantasmagorie bohomazy którym nadajesz oto kształt

siedząc najspokojniej w świecie z wiaderkiem i przesypujesz

jakby już wszystko było policzone na poczet przemiany

kogoś innego w coś zupełnie niebyłego co dopiero

wydobędzie się z trudem wiele lat później z fal

branych w ramiona trzęsącymi acz zachłannymi rękami

czysta gorycz przelewa się akurat gdy jesteś tę chwilę

szczęścia z dala od źródła ale na widoku czujnego spojrzenia

które chce wierzyć że może kończyć się dłużej lub inaczej

ale póki co nie może się zdecydować więc odwraca wzrok

liczy ziarenka dopóki pod paznokciem ostrze cążek nie wejdzie

do głębi stamtąd wypłynie reszta zdań i zgodne słowo

Mechanizm obronny

(akt mowy na głosy)

Pokój, świt, okno pełne jałowego blasku, z ciemnej głębi pokoju słychać dwa głosy.

Głos 1:

Wyraźnie dnieje

Głos 2:

Niekochane są dni

Głos 1:

Nie można tak mówić, nie w tym świetle

Głos 2:

Nie można, a mówię

Głos 1:

Łatwo tak mówić, kiedy nikt nie słucha

Głos 2:

Ktoś słucha wyraźnie, ktoś jest twoim nie można tak mówić

Głos 1:

Słyszę tylko siebie

Głos 2:

Słyszę nie ciebie, tylko przez ciebie

Głos 1:

Nie wydaje mi się, nic mi się nie wydaje, mówię jak jest

Głos 2:

Jak jest za dnia, widzisz, mówisz, ja też widzę i mówię

Głos 1:

Dni są kochane, nie są same

Głos 2:

Tak jest, nie są same, są niekochane

Głos 1:

Kocham dni

Głos 2:

Ja też, kocham niekochane dni

Głos 1:

Zawsze to samo, zawsze tak samo ślepo, na odwrót mówisz

Głos 2:

Tylko powtarzam to, co ty, inaczej to samo powtarzam

Głos 1:

Niczego nowego nie mówisz

Głos 2:

Przyznaję ci rację, to jest nowe

Głos 1:

Nie chcę racji, chcę cieszyć oko

Głos 2:

To nie mów, tylko patrz, tak można długo

Głos 1:

Sama radość

Głos 2:

Same dni, sama radość, same jasne sprawy

Głos 1:

Zjawiskowo

Głos 2:

Same