Jasne dni, ciemne dni - Katarzyna Ryrych - ebook

Jasne dni, ciemne dni ebook

Katarzyna Ryrych

4,3

Opis

Witek od dwóch lat jest głową rodziny (bardzo jeszcze nastoletnią), może liczyć tylko na siebie i jest już tym zmęczony. Matka – pogrążona w żałobie po Magdzie, która zginęła w wypadku samochodowym. Ojciec, który wtedy prowadził, leży w szpitalu bez kontaktu. A jest przecież jeszcze Bąk, potrzebujący miłości i przytulenia, i babcia z panem Alzheimerem.

Kiedy Witek natyka się na Kotę, okazuje się, że w jego sercu i głowie jest jeszcze miejsce i dla niej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 120

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (29 ocen)
14
11
3
0
1

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Katarzyna Ryrych

Jasne dni, ciemne dni

Strona redakcyjna

Katarzyna Ryrych

Jasne dni, ciemne dni

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Elżbieta Chojna

Redakcja, korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie II

ISBN 978-83-7672-480-5

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

...nic nie jest takie,

I

Bąk śpi. Niewinna, różowiutka buzia. Ktoś mógłby pomyśleć, że grzeczna taka. A przecież to diabeł wcielony. Wyszczekana, pyskata.

Dobra, uderzę się w pierś.

Moja szkoła.

Nie trzeba było kazać, żebym zabierał ją ze sobą na boisko. Albo przed blok. Ale nie było wyjścia. Brak miejsc w przedszkolu i takie tam.

Do zeszłego roku, to znaczy do dnia, kiedy Bąk zakochała się w moim najlepszym kumplu, absolutnie nie chciała być dziewczyną.

Spodnie, żołnierzyki, autka. Matka szalała, że rośnie w domu jakaś trzecia płeć. A tu proszę – pojawia się Damian, Bąk na to maślane oczka, cała zakochana. Wyciągnęła z szafy komunijną sukienkę Magdy i paradowała w niej, dopóki matka nie wróciła z pracy.

Szok.

– Zdejmij to natychmiast, teraz, zaraz, już.

Bąk stoi i nie rozumie, że Magdy już nie ma i nigdy nie będzie, że Magda to niegojąca się rana w sercu matki.

No to Bąk zaczyna płakać. Nie, nie płacze. Bąk wyje. Patrzy na mnie, jakby chciała zapytać, czy wystarczy.

Mrugam do niej. Cisza.

Bąk wlecze za sobą te wszystkie białe koronki i falbanki i wpycha do szafy.

– Ta Magda to co? – pyta mnie, kiedy zabieram ją na podwórko.

Mówię, żeby wytarła nos, bo przyjdzie Damian.

Poskutkowało.

Damian traktuje Bąka całkiem serio. Wyciąga z kieszeni lizaka i Bąk jest w siódmym niebie.

Tak mi się przypomina, kiedy patrzę, jak Bąk śpi.

– Bąk – mówię bardzo głośno. – Wstawaj.

Bąk na to, że weekend. Nawet oczu nie otwiera.

Ciągnę za koc. Bąk trzyma ten koc mocno jak bulterier.

– Bąk, no kurczę... Po zakupy muszę. Chcesz świeżutkie bułeczki na śniadanie?

Bąk siada na łóżku. Ziewa.

– Babcia śpi? – pyta.

– Śpi – odpowiadam.

Po tych wszystkich tabletkach miałaby nie spać?

Bąk siedzi na brzegu łóżka i bosymi stopami usiłuje wyłowić spod łóżka kapcie. Zawsze pilnuje, aby postawić na podłodze najpierw prawą, a potem lewą stopę. Żeby nie było, że wstała lewą nogą.

Muszę ogarnąć rzeczywistość.

Szczęście, że jest sobota.

Zaglądam do pokoju babci. Śpi, co było do przewidzenia.

Dla pewności zamykam drzwi na klucz, nie wiadomo, co może się wydarzyć, i zasuwam do sklepu.

– Co nowego? – zapytuje sprzedawczyni. – Z tatą bez zmian?

– Bez zmian – odpowiadam.

Oczywiście jakiś postęp jest, bo mruga prawym okiem na „tak”, a lewym na „nie”. Ale sprzedawczyni tego nie pojmie. Gdyby wstał i sam przyszedł po zakupy, to byłaby zmiana, co się zowie. Ale takie tam mruganie?

Ojciec leżał bez mrugania pół roku. Po wypadku, w którym zginęła Magda, tak sobie trwał, jak warzywko. Może to i lepiej dla niego, bo matka nie chciała go widzieć na oczy. Trochę głupio. To nie była jego wina, że jakiś gość jechał po pijanemu i walnął w nasze auto. Gdyby nie próbował ratować Magdy, może byłoby lepiej.

Tylko matka tego za nic nie chce pojąć.

Jak ktoś ma uraz kręgosłupa, nie należy go ruszać. Sam też powinien leżeć i czekać, aż go pozbierają.

Lekarz mówi, że ojciec miał szczęście.

Pewnie ma rację, ale świat się nam posypał. Jakby ktoś rozmontował kalejdoskop. Została tylko rura, a szkiełka gdzieś się pogubiły.

Pamiętam jak przez mgłę – matka siedzi w pokoju i, tak jak ojciec, nie widzi i nie słyszy nikogo, tylko trzyma sukienkę Magdy, jakby to jakaś świętość była. Bąk łazi koło niej jak psiak. Zero reakcji.

To chyba był wtorek, chociaż nie, może czwartek? W sobotę przyjeżdża babcia. Wygląda na taką, co to wszystko ogarnie.

Na szczęście nad nikim się nie użala, szczególnie nad matką.

No bo trzeba żyć, cały czas to mówiłem.

Nawet nie chodzi o Bąka i o mnie.

Chodzi o zasadę.

Już wtedy widzę, że dogadam się z babcią. Stara jak Jagiełło, ale życiowa.

Nawet Damian jest pod wrażeniem.

Z tyłu można jej dać dwadzieścia lat. No ale jak ktoś całe życie tańczy w balecie, to czego innego można się spodziewać?

Nawet Bąk w szoku. Co rano razem z babcią macha nogami.

Tak sobie wspominam i pakuję do koszyka bułeczki, mleko, zbożowe kółeczka i nutellę. Śniadanie Bąka.

Ja bardziej zdrowo i energetycznie.

Babcia wypije kawę i to będzie wszystko.

A matka – sądząc po pieczywie chrupkim, co wygląda i smakuje jak tektura – znowu na diecie.

Dzisiaj zastępuje przyjaciółkę, czyli wróci rano i będzie spać do wczesnego wieczora.

Wracam do domu i zastanawiam się, jak ustawić dzień. Do południa Bąk posiedzi z babcią, ja skoczę do ojca, zaniosę pampersy, a po trzeciej Bąk idzie na jakieś urodziny.

Wpadnie Damian, pogramy na kompie. Będzie dobrze.

Wchodzę do mieszkania, Bąk już ubrana, babcia dalej śpi.

Zrobimy śniadanie i spadam.

– Jest tylko cukier w kostkach – informuje mnie Bąk. – Dwie łyżeczki cukru to ile to będzie kostek?

– Cztery – mówię.

Bąk kiwa głową i przygotowuje dla babci kawę.

Nikt by nie uwierzył, jak dajemy sobie radę.

Bąk sypie na talerz kółeczka, ja zalewam mlekiem. Kiedy kończymy, wchodzi babcia.

– Muszę się pakować – oznajmia. – Przygotuj mi walizkę. Tę białą.

Ma tak od roku. Ciągle wyjeżdża na tournée, a to do Paryża, a to do Buenos Aires. I święcie w to wierzy.

– Babciu – mówię – loty dzisiaj odwołane. Hakerzy włamali się do systemu.

No to babcia rezygnuje z wyjazdu. Zanim zabrał się za nią Pan Alzheimer, zdążyła się dowiedzieć, co to za jedni.

Teraz haker to gorzej od diabła. Serio.

– No to trzeba zaczekać – postanawia rozsądnie babcia i zaczyna planować obiadek.

„Obiadek” – zawsze tak mówi.

Przynajmniej Bąk nauczy się gotować – myślę sobie.

Tydzień temu Damian obiecał, że się z nią ożeni, jak będzie umiała gotować. Powiedziałem mu potem, że jest zwyczajną świnią, a on na to, czy nie chciałbym, żebyśmy byli rodziną. Ale Bąk wzięła sobie to do serca i asystuje babci w kuchni.

Ma to swoje dobre strony.

Bąk pilnuje, aby babcia nie dodała do zupy cukru zamiast soli, chociaż wszystkie puszki są wyraźnie podpisane, żeby babcia mogła przeczytać bez okularów.

I gdyby babcia zacięła się w palec, Bąk wie, gdzie jest apteczka.

W ogóle Bąk jest strasznie mądra. Nie boi się robali, jeździ na deskorolce jak szatan i umie trzymać język za zębami.

Kiedy zginęła Magda, Bąk postanowiła, że będzie chłopcem. Próbowałem z niej wyciągnąć, co w tym takiego fajnego, ale gdzie tam. Może przyszło jej do głowy, że chłopcy są nieśmiertelni?

Pewnie pokojarzyła w tej swojej główce, że skoro spadłem z wysokości pierwszego piętra i nic sobie nie zrobiłem, to coś w tym być musi.

– Bąk, wychodzę – informuję, ale Bąk nawet nie odmacha, dryluje czereśnie, bo zaplanowały z babcią pierożki.

Mogę być spokojny. Gdyby nie to, że Bąk jest taka pozbierana, nie ruszyłbym się z domu na krok pod nieobecność matki.

Idę ulicą, gorąco jak wszyscy diabli. Pachną akacje i lipy, wszystko naraz. Ludzi z miasta jakby wymiotło. Wiadomo, weekend.

Całe towarzystwo siedzi albo na działkach, albo nad rzeką.

Są tacy desperaci, co rozpalają grilla na balkonie. Cała ulica pachnie kiełbaską i cebulką.

Jeden taki nie wpuścił straży miejskiej, chociaż się dobijali. Bo nie wolno.

Na przystanku stoi sobie jakby nigdy nic Kota. Niezły z niej aparat. Dali jej na imię Konstancja, po jakiejś pra. Nieszczęśliwa dziewczyna.

Na samym początku była Kostka, ale potem palnęła, że ma oczy „kocie”. Na mój gust to ma zielone, ale się nie wypowiadałem.

No to przerobili Kostkę na Kotę.

Pewnie to lepsze niż Konstancja.

Pojedziemy jednym autobusem, więc nie mogę udawać, że jej nie widzę.

– Cześć, Kota – mówię.

– Cześć – odpowiada i się uśmiecha.

Jest jakaś inna niż w szkole.

– Dokąd jedziesz? – pyta.

Odpowiadam, że do ojca. Wszyscy wiedzą, co się stało. Współczują, ale na szczęście nikt nic nie mówi.

– Kazali ci?

– Nie – mówię. – Sam jadę.

Kota gapi się na mnie, jakby po raz pierwszy mnie zobaczyła. A oczy ma takie zielone jak... trawa? Liście? Po prostu zielone.

W głowie mi się kręci od tej zieleni. A Kota stoi i się uśmiecha.

– Ty to naprawdę fajny jesteś – mówi nagle i chociaż nadjeżdża autobus, nie wsiada.

Dziwna.

W środku pusto, siadam sobie z tyłu przy oknie i gapię się na wyludnione ulice.

„Fajny jesteś” – dzwoni mi w głowie.

A jak ojciec widzi i słyszy, tylko nie potrafi mówić?

I zapamiętuje, kto był u niego, a kto nie?

Byłoby mu głupio, gdybym się nie pojawiał. Zresztą co mam w domu do roboty. Obiadek?

Ale Kota nie daje mi spokoju.

Z tego wszystkiego prawie przegapiłem swój przystanek.

Do szpitala kilka kroków. Wyjmuję z kieszeni parę zielonych (czemu akurat zielonych???) ochraniaczy na buty i zasuwam na górę.

– O, Witek – pielęgniarki znają mnie dobrze. Czuję się tu jak w domu.

Ojciec leży na swoim łóżku, obok niego siedzi fizykoterapeuta. Próbuje go uruchomić od dawnej dawności.

– Cześć, tata – mówię, a tata... kurczę, chyba mi się nie zdawało. Ojciec mruga trzy razy.

To coś nowego.

– To jest powitanie – wyjaśnia terapeuta. – Robimy postępy – dodaje, kiedy przysuwam sobie do łóżka krzesło.

Postanawiam, że torbę z pampersami dam pielęgniarkom. Żeby ojcu nie było głupio.

Siedzę i patrzę na ojca. Opowiadam, co w domu, że na obiad pierożki, a ojciec mruga jak najęty.

Oczywiście o odlotach babci nic nie wie. Nie pomoże w niczym i tylko się będzie martwić.

Ustaliliśmy w domu, że ani słowa.

Czasami zastanawiam się, czy i mnie dopadnie coś takiego. Nagle zacznie mi się wydawać, że jadę gdzieś albo że jestem zupełnie gdzie indziej, niż jestem.

Tego bym nie chciał.

Chociaż z drugiej strony, jeżeli babcia ma na powrót dwadzieścia pięć lat i dostaje angaż w Buenos Aires – to może jest szczęśliwa?

Byleby tylko znowu nie przyszło jej do głowy wziąć taksówkę i jechać na dworzec. Bo za którymś razem uda się jej wsiąść do pociągu (byle jakiego) i pojechać w Polskę. A wtedy – szukaj wiatru w polu.

Podobnie jak babcia tańczy Bąk.

– Nie tak! Nie tak! – woła babcia, kiedy Bąk robi te swoje wygibasy. – Klasyka, dziecko, klasyka.

Bąkowi do klasyki daleko, jak stąd do Nowego Jorku.

Ale jest w tym coś.

No nic, żegnam się z ojcem. To znaczy ściskam jego rękę, a on mruga. Chyba naprawdę jest jakiś postęp. Żegnam się też z fizykoterapeutą. W sumie fajny gość. Włosy długie, podgolony po bokach, nosi glany. Założę się, że słucha metalu.

– Słucham – odpowiada.

I tak się rozstajemy.

Wracam do domu piechotą. Nie żeby mi było szkoda na autobus, ale czasami lubię pospacerować. Idę sobie przez park, a w głowie wyświetla mi się film. Ja, Magda, Bąk, matka. Prawie jak kino familijne. Zbieramy kasztany – to znaczy dziewczyny zbierają. To wygląda tak, że kiedy Magda podnosi z ziemi jakiś kasztan, Bąk zaczyna ryczeć. Bo nie ona znalazła. Ojciec robi nam zdjęcia, a Dżok goni za gołębiami.

No właśnie. Dżok. Przecież też był w tym samochodzie.

Aż mnie zatkało.

Wyjmuję z kieszeni telefon. Matka, co prawda, nie lubi, kiedy przeszkadza się jej w pracy, ale nagle Dżok robi się ważny.

– Coś z babcią? – pyta.

Standard. Jeżeli dzwonię, to musi być coś z babcią. Nie wiem, jak zacząć.

– Bąk?

Muszę się odezwać. Muszę ją uspokoić.

– Nie – mówię ostrożnie. – Gdzie się podział Dżok?

Chwila ciszy. Chwila bardzo denerwującej, niedobrej ciszy.

– Uciekł – odpowiada powoli matka.

Uciekł? Myślę. Myślę. Myślę. Uciekł.

– Witek?

– W porządku – mówię.

– To po to dzwonisz? Tylko po to?

– Tak.

Nagle zupełnie absurdalnie przychodzi mi do głowy, że powinienem odnaleźć Dżoka. Tak jakby to mogło coś zmienić. Hokus-pokus, jeżeli znajdzie się Dżok, wszystko wróci do normy.

Siadam na ławce i zaczynam się zastanawiać. Wmawiam sobie, że Dżoka pewnie już nie ma. Taki kanapowiec nie przetrwałby tygodnia zdany tylko na siebie.

Dziewczyna, która zatrzymuje się obok ławki, wciska mi w rękę ulotkę. Podnoszę głowę.

Kota.

– Co ty tu robisz? – pytam głupio.

– Reklamuję zajęcia – wyjaśnia. I dodaje, że mnie nie poznała.

– A jakbyś wiedziała, że ja to ja? – pytam, a Kota mruży te swoje zielone oczy i uśmiecha się.

– A niby po co ci breakdance?

Nagle przychodzi mi do głowy Bąk. Jasne, po prostu Bąk.

– Słuchaj, Kota. Od ilu lat ten kurs? Znaczy, ile musisz mieć lat?

– Są grupy – Kota brzmi bardzo profesjonalnie. – Dzieci i młodzież.

Bingo. Dzieci i młodzież.

– Droga ta impreza?

– Stówkę miesięcznie – odpowiada Kota. – Zapisujesz się?

– A ty? – pytam wymijająco.

– Ja już trzy lata tam tańczę.

Nie wiedziałem, bo i skąd. Kota nie z tych, co to się chwalą. Robi swoje.

– Bąk – mówię i nagle zaczynamy gadać, jakbyśmy znali się naprawdę dobrze. – Moja siostra.

Kota słucha i kiwa głową.

– To zaczekaj. Polecę do domu kultury i wezmę deklarację. Zaczekasz?

Kiwam głową. Jakby wczoraj ktoś mi powiedział, że będę w parku na ławce czekać na Kotę, tobym się zdrowo uśmiał.

Życie jest pełne niespodzianek.

Patrzę, jak Kota biegnie przez trawnik. W czarnych legginsach i koszulce wygląda naprawdę jak kot. I wracam myślami do Dżoka.

– Masz – mówi Kota. – Rodzice... – urywa. – Twoja matka musi wypełnić.

– Wiesz, że ojciec łapie kontakt? – pytam.

– Wszystko jest możliwe – odpowiada Kota.

Skoro jest takie możliwe, to może odnajdę Dżoka.

– Długo tu będziesz? – pytam.

Kota patrzy na ulotki.

– Muszę to rozdać – wyjaśnia.

– A nie możesz po prostu wywalić?

Z miny Koty już widzę, że to był głupi pomysł.

– No coś ty. To ważne.

– Masz coś z tego?

Kota patrzy na mnie i zastanawia się.

– Mam – mówi po chwili. – Będę prowadzić własną grupę. Właśnie dzieciaki.

Biorę od niej garść ulotek i idę w stronę skwerku, na którym siedzą matki z dziećmi. A Kota tylko patrzy.

Kwadrans i po ulotkach.

– To wszystko? – pytam.

– Wszystko.

Patrzę na Kotę i zastanawiam się, co dalej.

– Wracam do domu. Wiesz, obiad.

– Gotujesz? – podkpiwa Kota.

– Jasne.

– Spécialité de la maison?

Musi zaszpanować. Akurat wiem, co ma na myśli.

– Jajecznica – odpowiadam zgodnie z prawdą. Bo moja jajecznica nie ma sobie równych. Najpierw pomidorek leciutko przysmażony, potem jajeczka. Świeża bułeczka, masełko. Palce lizać.

– To się kiedyś wproszę.

Koniec świata! Kota wprasza się do mnie na jajecznicę. Żartuje sobie?

– Czekam niecierpliwie.

Idę sobie obok Koty, słońce świeci, gołębie plączą się pod nogami, dzieciaki wrzeszczą. Jakby ktoś nas teraz zobaczył, zrobiłby z nas parę.

Kątem oka patrzę na Kotę. W sumie całkiem do rzeczy. Może trochę za dużo kolczyków w uszach. Raz, dwa, trzy w lewym, dwa w prawym. Ale do szkoły grzeczniutko. Zdejmuje w szatni, a po lekcjach zakłada.

– Matka ci tak pozwala? – zapytuję.

– Nie mam – odpowiada Kota.

Muszę mieć głupią minę, bo wyjaśnia:

– Nie mam matki.

Ale się wkopałem. Ładny początek (czego?...).

– Sorry.

– Nie bój się, żyje – dodaje Kota.

A już się wystraszyłem. Sytuacja jest dobra, ale nie beznadziejna.

– Odeszła – rozwija temat. – Spotkała faceta. Zakochała się.

Zaczyna się jak serial.

– Wolałaś zostać ze starym? – taki beztroski, lekceważący ton na złagodzenie dramatyzmu sytuacji.

– Nie miałam wyboru. Pewnie, że wolałabym z nią.

O starym Koty krążą dziwne opowieści. W ogóle frajer dziwnie wygląda. Jak przedsiębiorca pogrzebowy. Albo komornik. Wróg postępu. Kota chowa przed nim komórkę. Bo telefony komórkowe zniewalają ludzi.

Dużo by gadać.

– To się do niej wynieś.

Wujek Dobra Rada, ha, ha.

– Nie mogę. Nienawidzę jej...

Tak, serial. Odcinek drugi.

– ...bo mnie zostawiła – kończy Kota.

– Tak zupełnie? Zero kontaktu?

– Pisze do mnie. Mam całą szufladę tych listów.

– I co?

– Nie czytałam. Leżą sobie.

Gdybym nie chwycił jej za ramię, przewróciłaby się o mikropsa. Właśnie, pies.

– Słuchaj, Kota...

– Słucham.

– Wiesz może, jak znaleźć psa?

Kota przystaje. Myśli.

– Konkretnie, proszę. Chcesz psa?

Kręcę głową.

– Nie. Miałem psa. To znaczy ojciec miał.

– Zgubił się.

Co za nieprawdopodobna inteligencja.

– Tak. Kiedy ojciec miał ten wypadek. Wiesz który.

Kota kiwa głową.

– Miał na pokładzie psa.

– Na pokładzie? Mówiłeś, że autem jechał.

– On tak mówił. Na pokładzie.

– Jasne. I co dalej?

– Pies zniknął.

– To trzeba było szukać. Natychmiast.

Tak, natychmiast. Akurat wtedy zależało mi na tym cholernym psie. Najbardziej na psie. Gdyby nie babcia, sam nie poradziłbym sobie ze wszystkim.

– Ano.

Odpowiedź klarowna i jasna.

– I teraz chcesz wziąć się za poszukiwania, tak?

Milczę. To ma oznaczać „tak”. Dziewczyny rozumieją takie subtelności.

– Wiesz, gdzie się zgubił?

– Wiem.

Spomiędzy drzew widzę nasz blok. Zaczynam się denerwować. Zawsze tak mam, kiedy wracam do domu. Ale Bąk jest pozbierana, zadzwoniłaby w razie czego.

Żegnamy się z Kotą, ona idzie w swoją stronę, ja w swoją.

Biegnę na piętro, otwieram drzwi.

No, jest super. Na stolnicy pierożki, babcia ogląda swój ukochany film, a Bąk siedzi obok niej na poręczy fotela.

Czarny łabędź – to ten film. Znam go prawie na pamięć. Historia o tancerce. Babcia ogląda go i za każdym razem płacze. Wtedy Bąk podaje jej chusteczki.

Myślę, że babcia zamienia się w tę kobietę. Dlatego tak przeżywa. I jak zacznie oglądać, to nie wolno jej przerywać, bo będzie musiała znowu zaczynać od początku.

Kiedyś o tym nie wiedziałem. No i oglądała film zamiast dwu godzin, to cztery i pół.

Na palcach wchodzę do pokoju i ciągnę Bąka za rękaw.

Bąk kładzie palec na ustach.

Też załapała, o co chodzi.

No to idę do kuchni i zaczynam grzać wodę na pierogi. Wyjmuję z lodówki śmietanę. Fachowo posłodzona. Widać Bąk bardzo chce wyjść za mąż za Damiana.

Nagle zaczynam się śmiać. Zatykam sobie ręką usta, żeby nie wyrwać babci z jej krainy szczęścia, ale gdzie tam, nie dam rady, wpadam do pokoju, głowa w poduszkę. Ha, ha, ha. Bo wyobrażam sobie Bąka jako żonę Damiana. I siedzimy przy stole: ja, matka, babcia i Damian, a Bąk podaje talerze.

Dobra, przeszło.

Wychodzę z pokoju, akurat film się kończy. Żeby tylko babci nie przyszła do głowy powtórka...

– Jak te pierogi? – pytam.

– Taka piękna historia – wzdycha babcia i zaczyna demonstrować, jak tańczyła Coppélię.

Faktycznie, porusza się jak mechaniczna lalka.

– Obiad, obiadek – podśpiewuje Bąk.

Odcedzam pierogi. Nie pozwalam Bąkowi na zabawy wrzątkiem. Zostawiam porcję dla matki, odgrzeję jej na śniadanie.

– A Damian? – pyta Bąk.

– To dla Damiana – mówię i odkładam drugą porcję.

– Nie te – krzywi się Bąk. – Tamte.

No, prawda. TE różnią się od TAMTYCH. TE są zwyczajne, TAMTE poklejone jak koszyczki.

– Nie koszyczki, a serduszka – wyjaśnia Bąk.

No dobra, niech będą serduszka, chociaż po mojemu to koszyczki.

Bąk w zasadzie powinna iść na dwór, koleżanki czekają, widzę całą grupę na trzepaku, ale postanowiła, widać, zaczekać na Damiana.

– Zrobiłam pierożki – wdzięczy się do Damiana, pokazując uroczą szparę po lewej jedynce. – Z czereśniami.

– Jak z czereśniami, to uwielbiam.

Damian rzuca się na pierogi, jakby tydzień go głodzili. Spali wszystko na siłowni. A Bąk gapi się na niego jak sroka w gnat.

– Pycha – mówi Damian.

– To co, umiem gotować?

– Pewnie.

– A pamiętasz, co obiecałeś?

– Pamiętam. Tylko wiesz, musisz mieć osiemnaście lat.

To ty już będziesz starym koniem – myślę sobie. – Dwadzieścia pieć lat, rany boskie!

Bąk będzie mieć osiemnaście, a Magda...

– To teraz leć się bawić – mówię.

– A zagrasz mi ten... natingam mader?

– Nothing else matters – prostuje Damian.

– Zagrasz?

Damian bierze gitarę i zaczyna grać. Bąk zamyka oczy i strasznie przeżywa ten kawałek.

Za każdym razem wpada w taki trans.

– Pamiętaj, masz słyszeć gwizdek – mówię, kiedy Bąk wreszcie decyduje się wyjść.

Gwizdki to mój osobisty wynalazek. Znalazłem je w szufladzie. Każdy ma swój. Kiedy Bąk wychodzi na dwór, ma być w zasięgu gwizdka. Inaczej bym się nie połapał, gdzie jest. A tak jest jasne – ja gwiżdżę, a ona przylatuje i pyta, o co biega.

– Ponoć coś z Kotą kręcisz – mówi Damian.

– Ja?

– Ty.

– Przywidziało ci się.

Głupio mi trochę tak się Koty wypierać. Ale na zdrowy rozum – jeden spacer przez park to niby ma być kręcenie?

Drzwi do pokoju zostawiam uchylone, żeby mieć babcię na oku. Obejrzała film i może znowu chcieć wybrać się za granicę. Trzeba być czujnym.

– Ojciec postępy robi – mówię.

– Czytałem o jednym takim, co wstał po pięciu latach.

No to jeszcze trzy lata przede mną. Trzy razy trzysta sześćdziesiąt pięć. Mało optymistyczne.

– Fajnie – odpowiadam bez przekonania.

Do tego czasu Bąk będzie mieć lat jedenaście, matka wreszcie zrozumie, że Magdy już nie ma i nigdy nie będzie, a babcia ze trzy razy zdąży nam zwiać.

– Że też ogarniasz to wszystko – mówi Damian.

Wzruszam ramionami.

Ogarniam. A mam wybór? Robię, co do mnie należy. Mam po kątach płakać, czy jak? To mój problem. Moje życie, moja sprawa.

Ktoś musiał.

– Ty, ona sama te pierożki robiła? – pyta Damian, wychodząc.

– Prawie – odpowiadam.

Śmiejemy się. Babcia też zaczyna się śmiać. Nie wie, o co chodzi, ale do towarzystwa.

W ogóle pogodna jest. Inna niż te, co to przesiadują na ławce przed domem. Siedzą i gapią się, jakby były chore. A potem ploty, ploty, ploty. Jedna zapytała mnie kiedyś, czy tatuś jeszcze żyje. Jeszcze jak. Żyje, proszę pani. Czasami. A potem za plecami słyszę, jak szeptu-szeptu, taka idealna rodzina była i masz babo placek. To po to, żeby się czuć lepiej.

Sam doszedłem do tego wniosku. Że się nam należało, bo rodzice nigdy nie robili awantur. Bo ojciec i matka mieli pracę. Bo uczciwie zarobili na to, co mamy. Bo Magda...

Jeżeli na świecie są jakieś ideały, to taka była Magda. Przed komunią wpadła na pomysł, żeby nie dawać jej prezentów, tylko pieniądze na głodujące dzieci. W Etiopii. Nie mam pojęcia, skąd jej ta Etiopia przyszła do głowy. Pewnie katechetka coś namieszała.

Mama porozmawiała z Magdą i ustaliły, że może lepiej obdarować jakiś rodzinny dom dziecka, gdzieś w jakiejś pipidówce.

I to był początek końca. Rodzinny dom dziecka gotówki przyjąć nie mógł, zatem zrobiliśmy potężne zakupy i Magda z ojcem pojechali zawieźć dary bogate.

A kiedy wracali, pijany kierowca wyjechał im na czoło.

To wszystko.

Szkoda, że nie przeszedł pomysł z Etiopią.

Świat się wywrócił z dnia na dzień.

Na pogrzeb Magdy przyjechał rodzinny dom dziecka. Każdy z kwiatkiem. W sumie tylko to pamiętam.

Dosyć babrania się w przeszłości. Jest, jak jest.

Wychylam się z okna i gwiżdżę.

Bąk wraca brudna jak nieboskie stworzenie. Co za pomysł, żeby obrzucać się pecynami błota! Teraz zajmie łazienkę na pół godziny.

Płuczę w kuchni nad zlewem zabłocone tenisówki, szorty i koszulkę. Wrzucę wszystko do pralki, jak tylko Bąk opuści łazienkę. Tymczasem zrobię babci kolację. A potem, kiedy łyknie swoje tabletki, usiądę do komputera.

Bąk wychodzi z łazienki jak nowa. Ciągnie za sobą smugę perfum i zostawia na podłodze mokre ślady.

– Do łóżka – mówię.

– A kolacja? – przypomina Bąk.

No prawda. Kolacja. Robię kanapki, kroję pomidora. Bąk pochłania wszystko w tempie błyskawicznym. Nie grozi jej nadwaga. Małe to, chude. Ruchliwe jak...

No właśnie. Ruchliwe.

– Bąk – zaczynam. – Lubisz tańczyć.

– Uhm – odpowiada z pełnymi ustami.

– Nie mów z pełnymi ustami – przypominam.

– Ale – połyka wszystko – pytałeś mnie.

No prawda. Po raz kolejny pokonuje mnie logiką.

– Breakdance – mówię. – W domu kultury. Chcesz?

Bąk kiwa głową energicznie. Mam wrażenie, że jej ta makówka odpadnie. Pogadam z matką, jak wróci z dyżuru. To ja załatwiam takie sprawy. Dla matki liczy się tylko Magda.

Chwilami upiorne to. Najgorsze, że urodziny Magdy wypadają w Zaduszki. Kiedyś lubiłem wyprawy na cmentarz. Świece, zapach. Goniliśmy całą paczką pomiędzy grobami. Zbieraliśmy parafinę i robiliśmy z niej rękawiczki.

Od dwóch lat Zaduszki to urodziny Magdy. Najpierw cała bieganina, mycie nagrobka, zamawianie kwiatków. Obstawianie płyty zniczami. A po wizycie na cmentarzu obowiązkowy spacer do kawiarni. Niby po to, że trzeba zjeść coś słodkiego, ale ja wiem swoje. To urodzinowe ciasteczka Magdy, urodzinowe lody Magdy, urodzinowa herbatka Magdy.

Nie, nie jestem bez serca, ale ile można.

Jest jeszcze Bąk. Gdyby nie ja, nie miałaby nikogo.

Nagle przypomina mi się Kota. Szuflada pełna nieprzeczytanych listów od matki.

– Bąk, zęby – przypominam i Bąk posłusznie wędruje do łazienki.

A ja chwytam za komórkę i szukam numeru Koty.

Odpowiada mi nieprzyjemny męski głos.

– Wiesz, która jest godzina?

Odruchowo patrzę na zegarek.

– Dziewiąta.

– To pora, o której nie należy dzwonić.

No tak, idiota ze mnie. Dzwonić na stacjonarny. Bo komórkę Kota ma wyłączoną. Żeby jej przypadkiem nie zniewoliła.

– Przepraszam – robi się ze mnie grzeczny i dobrze wychowany chłopak. – To ja zadzwonię jutro. Jeszcze raz przepraszam.

– O ósmej wychodzimy do kościoła – informuje ojciec Koty. – Dobranoc.

Kota, Kota, otwórz ty lepiej te listy.

– Ja sobie jeszcze poczytam – mówi przymilnie Bąk.

– Zgoda. Potem zgaszę ci lampę.

Sprawdzam, co u babci. Na nocnym stoliku szklaneczka, w niej sztuczny uśmiech. Bez zębów babcia wygląda dziwnie. Jej usta zamieniają się w wąską kreskę.

Przykrywam jej stopy pledem i sprawdzam, czy okno jest zamknięte. Na wszelki wypadek.

Sprawdzam drzwi. Oba zamki. Klucze zabieram do pokoju, a po drodze przekręcam główny zawór gazu. Chowam zapałki.

Teraz mogę usiąść u siebie i odpalić kompa.

Zabieram się do pracy systematycznie. Najpierw muszę znaleźć schroniska dla zwierząt. Ale zanim zacznę, to trzeba zlokalizować tę pipidówkę. Żeby nie szukać po całej Polsce.

No faktycznie, jest. W Google Maps wyraźnie widać drogę i zakręt, z którego wyjechał pijany świrus. Dobra. Szukamy dalej.

Dwa schroniska, jedno miejskie, drugie to prywatne przytulisko. Galeria zdjęć. Nigdy nie przypuszczałem, że psy mogą mieć takie smutne pyski. I na dodatek mają jakiegoś speca, który pisze historie o tym, jak trafiły do schroniska. Etatowy wyciskacz łez.

Postanawiam, że nie będę niczego czytać, tylko lecę po fotach.

Godzina mi na to zeszła. Dżoka brak.

Prywatne schronisko ma tylko opisy. I z opisu żaden nie pasuje.

Jakoś tak głupio. Dwa lata mi zajęło, żebym sobie przypomniał o Dżoku.

A sądząc z paru historii, które przeczytałem, wygląda na to, że on nie zapomniał. „Pies jest członkiem rodziny”, mawiał ojciec. I pod choinką zawsze było coś dla Dżoka. A to kość do gryzienia, a to jakaś piłka. Muszę, muszę go znaleźć.

Jeżeli jeszcze żyje – podpowiada mi coś. I z tą myślą kładę się do łóżka. Nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok.

Aha. Nie zgasiłem światła u Bąka.

Bąk już śpi. Książka na kołdrze. Gaszę lampę.

Powrót do łóżka i znowu to samo. Chyba rozumiem tych, co nie mogą spać. Jest druga w nocy. W bloku naprzeciwko też ktoś nie śpi.

Zaczynam liczyć barany.

Pomogło.