Jaskółki z Czarnobyla - Morgan Audic - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Jaskółki z Czarnobyla ebook i audiobook

Morgan Audic

4,5

185 osób interesuje się tą książką

Opis

Wciągające śledztwo, w którym burzliwa rzeczywistość dzisiejszej Ukrainy splata się czarnobylską tragedią

Ponad 30 lat po wybuchu elektrowni w Czarnobylu Morgan Audic powraca do jednej z najbardziej przerażających historii w dziejach świata. Przez Prypeć, teren dawnej zony, przetaczają się wycieczki turystów zafascynowanych nuklearnym wysypiskiem postsowieckiego świata. Podczas jednej z wycieczek zostaje znalezione zmasakrowane ciało mężczyzny. Do prowadzenia śledztwa zostaje włączony sztab ludzi: Aleksander Rybałko, który jako dziecko mieszkał w Prypeci, Josif Melnyk, policjant pracujący od kilku lat w Czarnobylu, a także ornitolożka Nina. Czy uda im

się odkryć, kto stoi za w makabryczną śmiercią Leonida, syna byłego ministra Wiktora Sokołowa? Czy ta śmierć ma związek z jeszcze jedną, która wydarzyła się w dzień katastrofy w Czarnobylu?

„Doskonale pamiętam ten dzień, 26 kwietnia 1986 roku, i informacje o tym, co stało się w Czarnobylu. W książce Morgana Audica nie tylko pobrzmiewa groza z tamtego czasu, ale też w rzetelny sposób opisano skomplikowaną sytuację polityczno-społeczną Europy Wschodniej. Wszystko to w cieniu śledztwa makabrycznej zbrodni i przerażających jaskółek. Polecam”. – Vincent V. Severski

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 534

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 37 min

Lektor: Czyta: Leszek Filipowicz

Popularność




Mojej matce, ojcu, bratu

MIASTO MILCZENIA

1

– To naprawdę fatalne miejsce na umieranie – stwierdziła oficer Galina Nowak.

Na północy, bliżej białoruskiej granicy, nad horyzontem pęczniały czarne chmury, smagając zimnymi ulewami lasy Polesia. Nowak wyjęła z kieszeni paczkę papierosów i postukała nią nerwowo w kolano.

– Myśli pan, że to morderstwo?

Kapitan Josif Melnyk, zaskoczony tym pytaniem, oderwał na chwilę spojrzenie od drogi i skierował je na swoją towarzyszkę. Blond włosy starannie ściągnięte w nienaganny kucyk, młodzieńcza twarz, nowiutki mundur skrojony jakby w amerykańskim stylu… Po raz kolejny pomyślał, że ta młoda kobieta, świeża absolwentka akademii policyjnej, zupełnie nie pasuje do lichej kabiny jego starej służbowej łady.

– Sądzi pan, że tego gościa ktoś zabił? – drążyła Nowak.

Melnyk wzruszył ramionami.

– Nie dorabiaj do tego od razu historii. Mogę się założyć, że chodzi o turystę, który dostał zawału. Albo jakiś stary pijak spadł z balkonu. Załatwimy to w maksymalnie dwie godziny. Nie ma co od razu myśleć o najgorszym.

Nowak, raczej nieprzekonana, ponownie wcisnęła się w zdezelowane siedzenie terenowej łady, po czym oschłym gestem wetknęła między wargi taniego biełomora.

– Tak czy inaczej, to naprawdę paskudne miejsce na zakończenie życia – wymamrotała przez zęby.

W kabinie zapanowała pełna napięcia cisza, siekana jedynie przez pisk wycieraczek. Nowak robiła w gacie ze strachu – żeby to stwierdzić, nie trzeba było nie wiadomo jakiego doświadczenia. Będzie dziś musiała odfajkować swojego pierwszego trupa. Nie jednego z tych, które młodzi rekruci oglądają podczas studiów w kijowskiej kostnicy. Prawdziwego trupa z prawdziwą rodziną. W dodatku znajdowali się w Prypeci, mieście widmie opustoszałym od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku z powodu awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Nic dziwnego, że młoda policjantka była gotowa wypalić całą paczkę gównianych biełomorów.

Za oknami na zmianę przewijały się sosnowo-brzozowe zagajniki i rozległe trawiaste nieużytki, które kiedyś zapewne były żyznymi polami. Na jednym ze skrzyżowań Melnyk musiał zwolnić, bo na drogę wyszło stado koni Przewalskiego. Zwierzęta skubały trawę tuż przy ziemi po obydwu stronach poszarpanego asfaltu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku około trzydziestu koni tego gatunku wyłapano na południu Ukrainy, w rezerwacie Askania Nowa, a potem przywieziono tutaj. Ówczesne władze myślały, że rozwiążą za jednym zamachem dwa problemy: pozwolą się rozmnażać z dala od ludzi zwierzętom zagrożonym wyginięciem, a przy okazji zapanują nad roślinnością wokół Czarnobyla, która miała tendencje do rozrastania się w niekontrolowany sposób. Ekolodzy byli zdania, że przywożenie zagrożonego gatunku w tak niebezpieczne miejsce to zły pomysł, Melnykowi jednak podobał się widok koni swawolących na nieużytkach. Gdy na nie patrzył, miał wrażenie, że trzydzieści lat po katastrofie jądrowej do strefy wysiedlenia powraca życie.

Kiedy terenówka minęła ogromny prawosławny krzyż, dozymetr Nowak zaczął wydawać wściekłe trzaski. Wskaźnik pokazywał dwa mikrosiwerty na godzinę, czyli tyle, ile wynosi roczne promieniowanie w Moskwie albo Kijowie. Trójkątna żółto-czerwona tablica umocowana obok krzyża wskazywała na miejsce wysokiego skażenia – radioaktywny krater nasycony cezem, strontem albo plutonem.

– Wyłącz to nieszczęsne urządzenie – rozkazał Melnyk.

Mężczyzna nienawidził posępnego trzeszczenia dozymetrów. Swój własny wiele lat temu wcisnął głęboko do schowka na rękawiczki. Praca w miejscu skażonym radioaktywnie to jedna rzecz, ale wsłuchiwanie się w urządzenie, które człowiekowi o tym przypomina – to zupełnie co innego. Tak czy inaczej, wszystkie najgorsze punkty, których należało unikać, znał już na pamięć. A wszędzie indziej i tak musiał chodzić po skażonej ziemi i wdychać powietrze, w którym od czasu do czasu unosiły się radioaktywne cząsteczki.

Nowak niechętnie wykonała polecenie i schowała urządzenie do wewnętrznej kieszeni parki. Melnyk się zastanawiał, co takiego musiała nawyprawiać w akademii, że na pierwszy przydział rzucili ją do Czarnobyla. W wieku dwudziestu kilku lat nikt raczej nie marzy o zesłaniu do komisariatu, którego rewir obejmuje trzydzieści kilometrów napromieniowanych pól i ruin. Pewnie wolałaby pracować w Kijowie albo gdzieś na słonecznym wybrzeżu Morza Czarnego. On sam jeszcze siedem lat temu nie wyobrażał sobie, że będzie kiedyś pracował w zonie. Aż pewnego dnia przełożony wezwał go do biura i dał do wyboru dwie opcje: odejście ze służby albo przeniesienie do Czarnobyla.

Siedem lat… Melnyk przejrzał się w wiszącym nierówno wstecznym lusterku. Gęste, krzaczaste włosy, wyblakłe niebieskie oczy, bujna blond broda przyprószona siwizną… Praca w zonie sprawiła, że zaczął wyglądać jak leśnik.

– Ma pan jakieś rady w związku z… no, kwestią promieniowania? – zapytała lękliwie Nowak.

Melnyk zauważył, że nadal nie odpaliła papierosa. Trzymała go tylko w rozchylonych wargach, pogryzając kartonowy ustnik.

– Chodzi mi o to, czy przed radioaktywnością można się jakoś zabezpieczyć? – drążyła.

Przybrał zamyśloną minę, zmarszczył brwi i odparł poważnym tonem:

– Kilka lat temu, kiedy tu przyjechałem, zadałem sobie to samo pytanie. Usłyszałem wtedy: „Jak zależy ci na dzieciakach, to owiń sobie jajca folią aluminiową”.

Nowak wytrzeszczyła na przełożonego duże oczy.

– Folią… aluminiową? I to naprawdę działa?

– Czy działa? Zapytaj chłopaków z oddziału. Wszyscy tak robią.

– A pan nie?

– Ja mam już trójkę dzieci. Folia jest dla młodych.

Melnyk z trudem powstrzymał uśmiech. Starzy funkcjonariusze zawsze robili młodym rekrutom ten sam kawał, a ci niezmiennie szturmowali skromnie zaopatrzone sklepy w Czarnobylu w celu zgromadzenia zapasów folii aluminiowej do ochrony męskich atrybutów przed promieniowaniem. Oczywiście tym razem wyszło trochę mniej śmiesznie z uwagi na fakt, że Nowak była kobietą.

Przejechali kilka kilometrów i nad koronami drzew pojawiły się podniszczone wieżowce Prypeci. Na końcu ulicy Lenina Melnyk zauważył minibus marki Toyota. Jego drzwi były oklejone dużymi reklamami zachwalającymi organizatora wycieczek, który specjalizował się w wyprawach do zony. Kapitan zatrzymał ładę na poboczu i wysiadł, klnąc pod nosem. Mżawka przeszła w drobny deszcz, który wpadał za kołnierz kurtki i mroził kark. Ale przynajmniej krople deszczu trzymały przy ziemi radioaktywny pył, którym skażone były ulice miasta.

Z minibusa bez pośpiechu wyszło kilkunastu turystów. Wszyscy mieli na nadgarstkach żółte bransoletki wskazujące na to, że opłacili obowiązkowe ubezpieczenie, zanim wjechali do skażonej strefy. Bóg jeden raczył wiedzieć, który ubezpieczyciel oferował polisy na taką okoliczność.

Jakiś wysoki facet w kamizelce moro – zapewne oficjalny przewodnik – odłączył się od grupy i zagadnął kapitana po ukraińsku:

– Czekamy tu już całą godzinę!

– Korki – odpowiedział Melnyk bez cienia uśmiechu. – Czy dobrze rozumiem, że to pan dzwonił? Gdzie ten trup?

– Lepiej podjechać tam samochodem. Ciało jest…

Zanim przewodnik zdążył dokończyć zdanie, jeden z turystów podszedł do Melnyka i zapytał łamanym rosyjskim:

– My kiedy jechać? Nie chcieć być tutaj!

Kapitan zmierzył go wzrokiem i odpowiedział mało przyjaźnie:

– Kiedy tak postanowię.

– Tutaj niebezpiecznie, my nie zostawać, my jechać!

Facet mówił kiepskim rosyjskim z amerykańskim akcentem. Dwa doskonałe powody, żeby wysłać go na drzewo.

– Przecież szukaliście czegoś nietypowego, dreszczyku emocji, tak? To powinno się wam podobać! Będziecie mieli co opowiadać swoim onkologom.

– Co to „onkolog”?

– Taki lekarz od nowotworów.

Twarz mężczyzny pozieleniała. Pozostali turyści musieli dostrzec jego minę, bo spojrzeli wyczekująco na przewodnika. Ten wydukał do nich kilka słów po angielsku, po czym zwrócił się do kapitana:

– Czy nie mogliby chociaż poczekać w busie?

– Oczywiście. Jak tylko pokażą mojej koleżance swoje dokumenty.

Już po chwili w rękach turystów zaczęły się pojawiać paszporty: angielskie, amerykańskie i z krajów bałtyckich. Melnyk nachylił się do Nowak i szepnął po ukraińsku:

– Spiszesz ich dane i zbierzesz zeznania. Ja pojadę zobaczyć trupa. Koniecznie zadbaj o to, żeby ta banda sępów trochę się tu jeszcze pokisiła. Przyjechali po porządną dawkę adrenaliny, nie chcemy ich rozczarować.

Następnie gestem zaprosił przewodnika do łady. Kiedy mijali busa, policjant odczytał slogan reklamowy na boku pojazdu: „Wycieczka, której pozazdroszczą wam wszyscy znajomi”.

– Pieprzone głąby – wymamrotał pod nosem.

Zeszłego roku do skażonej strefy przyjechało w sumie trzydzieści tysięcy turystów. Żeby się tam dostać, wystarczyło być pełnoletnim, nie być w ciąży i zawitać do jednego z niezliczonych biur podróży specjalizujących się w Chernobyl Tours, które działały w Kijowie. A tam za kilkaset dolarów załatwiano człowiekowi wszystkie niezbędne zezwolenia podstemplowane przez ukraińską administrację.

Najnowszą modą były wieczory kawalerskie w Czarnobylu. Skoki ze spadochronem i popijawy ze striptizem okazały się zbyt oklepane, dlatego od kilku miesięcy regularnie zjeżdżały się tu całe gromady podpitych kretynów, którzy zdzierając gardła, kręcili się po ulicach opustoszałej Prypeci. Melnyk zaczynał tęsknić za epoką rosyjskich turystów. Ich – od czasu aneksji Krymu przez Rosję i wybuchu wojny domowej, która trawiła region Donbasu na wschodzie Ukrainy – przyjeżdżało jednak coraz mniej.

– No to gdzie ten cholerny trup? – zapytał, wsiadając do łady.

– Nie wygląda pan na zmartwionego ludzką śmiercią – odparł przewodnik z wyrzutem.

– Moim największym zmartwieniem chwilowo jest znalezienie ciała, zanim dorwą się do niego głodne dzikie psy.

Przez twarz mężczyzny przemknął zgaszony uśmiech.

– Niech pan się nie martwi, tam, gdzie się znajduje, raczej nic mu nie grozi.

– Dlaczego? Jest w jakimś budynku?

– Nie w budynku, tylko na budynku. – Przewodnik wskazał wysoki blok na końcu ulicy Kurczatowa zwieńczony godłem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej: sierp i młot obramowane przez kłosy zboża, z czerwoną gwiazdą u góry. Na przedostatnim piętrze budynku, między dwoma oknami, wisiał z rozpostartymi ramionami trup.

Melnyk poczuł, że żołądek mu się buntuje.

– Blat’! – zaklął osłupiały.

Ruszył dalej ulicą, lawirując między młodymi drzewkami, które poprzebijały się przez asfalt. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach, wyliczając wszystkie działania, które będzie trzeba wykonać: zadzwonić na komisariat po posiłki, wezwać prokuratora, uprzedzić kostnicę, że przyjedzie do nich potencjalnie radioaktywne ciało… Przed samym blokiem jeszcze raz spojrzał w górę i znów zatkało go na widok koszmarnego widowiska, które miał przed sobą. Wokół nadgarstków nieboszczyka owinięto metalowe druty, których końce przeciągnięto do środka budynku przez okna jednego z mieszkań. Z daleka zlewały się z poszarzałym odcieniem fasady.

Przez chwilę Melnykowi się wydawało, że jedna z nóg ofiary się poruszyła. To wiatr czy może coś mu się przywidziało? No chyba że…

– Czy wszedł pan tam i sprawdził, czy to na pewno trup?

Przewodnik rozpostarł ręce i wzruszył ramionami.

– Znaczy… chyba dobrze widać, że nie żyje, co?

– Może panu tak się zdaje, ale mnie nie.

Melnyk ponownie spojrzał na ciało. Lekki ruch, który dostrzegł przed chwilą, ustał. To na pewno tylko wiatr, ale sama myśl, że ten gość może nadal żyć, zmroziła kapitanowi krew w żyłach. Pomyślał o zrujnowanych schodach prowadzących na piętro, o radioaktywnym pyle na betonowej podłodze, o budynku na rogu ulicy, który częściowo się zawalił poprzedniej zimy. Zawahał się, ale postanowił, że jednak wejdzie tam i przyjrzy się sprawie z bliska.

– Idę na górę. Pan tu zaczeka.

– Z miejsca się nie ruszę. – Przewodnikowi wyraźnie ulżyło, że nie musi wchodzić do budynku.

Melnyk zdecydowanym krokiem podszedł do wejścia na klatkę starego radzieckiego bloku. Cały parter zajmowała biblioteka publiczna; książki od dawna były porozrzucane na wszystkie strony. Czasem – zawinięte na gałęziach drzew rosnących wzdłuż drogi – można było znaleźć kartki rosyjskiej poezji.

Bez problemu odszukał schody. Budynek był prawie identyczny jak ten w Kijowie, w którym mieszkał z żoną. W czasach ZSRR cały blok wschodni – od Berlina po Władywostok – był pokryty takimi tanimi monstrami z betonu. Wszystkie były do siebie tak podobne, że można by się w nich poruszać z zamkniętymi oczami.

Po dotarciu na piąte piętro zrobił sobie przerwę. Brakowało mu tchu. Za mało sportu, za dużo papierosów. Kiedy tak stał, zachłannie łapiąc powietrze, zaczęły do niego docierać odgłosy opustoszałego budynku. Wiatr świszczący w potłuczonych oknach, zgrzytanie ram trzaskających w regularnych odstępach… miarowy stukot.

Pazury psa na gołym betonie.

Melnyk sięgnął po pistolet i przycisnął go do uda. W Prypeci już dawno temu psy przestały bać się ludzi. Te, które przeżyły odstrzał po ewakuacji miasta, zebrały się w sfory – spały w opuszczonych budynkach i wychodziły tylko po to, by zapolować. Niektóre z nich – wychudzone, o długich pyskach – dużo bardziej przypominały już wilki.

Znów ruszył w górę schodów. Na siódmym piętrze pojawiła się mocno wyczuwalna woń dzikich zwierząt. Usłyszał zduszone powarkiwanie. Gdzieś w okolicy musiała być kryjówka drapieżnika. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie lepiej byłoby wejść piętro wyżej i wystrzelić z broni przez okno, żeby huk wystraszył zwierzę i zmusił je do ucieczki na parter, stwierdził jednak, że nie ma żadnej pewności, czy tego, kto ukrzyżował człowieka na fasadzie, już tutaj nie ma. Napięty do granic możliwości, wchodził dalej z bronią wycelowaną przed siebie.

Gdy dotarł na przedostatnie piętro, skierował się prosto do mieszkania, w którym zaczepiono wiszące ciało. Przed rozwalonymi drzwiami na chwilę przystanął, uważnie nasłuchując ewentualnych podejrzanych odgłosów: zgrzytu zdeptanego odłamka szkła pod podeszwą, westchnienia, szelestu ubrania – czegokolwiek, co mogłoby zdradzać czyjąś obecność. Odczekał dobrą minutę, po czym wszedł do środka. Przedpokój był pusty, więc ruszył do salonu. Na widok tego, co tam zobaczył, odruchowo prawie nacisnął na spust.

W pomieszczeniu było mnóstwo zwierząt. Piętnaście, dwadzieścia, może trzydzieści osobników. Lisy, wilki, rysie, dziki. Dziwaczna zgraja odwrócona do niego plecami. Dopiero po chwili dotarło do niego, że to tylko wypchane okazy. Przez chwilę stał nieruchomo i czekał, aż jego rozpędzone serce się uspokoi, po czym przemierzył salon i wychylił się przez okno, żeby przyjrzeć się wiszącemu mężczyźnie.

Nagie ciało nosiło znamiona tortur: oparzenia, nacięcia, siniaki. Co gorsza, denat miał zaszyte powieki i usta. Melnyk wyciągnął rękę w kierunku poszarzałej szyi, ale nie wyczuł na niej pulsu. Czyli to jednak wiatr poruszał trupem.

W kącie pomieszczenia leżał stos porzuconych ubrań. Były wśród nich spodnie, w których kieszeni Melnyk znalazł rosyjski paszport wystawiony na Leonida Wiktora Sokołowa. Zdjęcie pasowało do ofiary: facet miał czerwonawe znamię na linii włosów, co pozwalało jednoznacznie go zidentyfikować pomimo szwów na oczach i ustach.

W kieszeni znajdował się również portfel. Melnyk odkrył w nim wielki plik rubli i hrywien – była to suma odpowiadająca jego czterem lub pięciu pensjom. Przez myśl przeszło mu, żeby wziąć kilka banknotów. Bóg jeden wie, jak bardzo ich teraz potrzebował, chociażby dla Mykoły, syna, który walczył w Donbasie bez kamizelki kuloodpornej. Ostatecznie jednak odłożył pieniądze na miejsce. Do tej pory żył najuczciwiej jak się dało – nie zacznie w tym wieku okradać nieboszczyków.

Wyciągnął telefon i wybrał numer komisariatu. Odebrał jeden z jego kolegów.

– Jak tam nasz trup?

– Mamy tu niezły burdel. To morderstwo. Potrzebuję wsparcia. I będzie trzeba ściągnąć sprzęt. Facet wisi na zewnątrz budynku.

– Czy to… ktoś z okolicy?

– Nie, jakiś Rosjanin. Niejaki Leonid Wiktor Sokołow. Sprawdź go i oddzwoń do mnie.

Melnyk ruszył z powrotem na parter. Zwierzęce powarkiwania na siódmym piętrze ucichły. W pyle, który osiadł na podłodze klatki schodowej, pozostały ślady po jego butach zmieszane z odciskami łap.

Czekający na zewnątrz przewodnik nie ruszył się ani na centymetr.

– Czy widział pan już kiedyś tego faceta? – Melnyk podał mu paszport nieboszczyka.

Przewodnik przyjrzał się dokładnie zdjęciu i pokręcił głową.

– Niech pan się dobrze zastanowi: może minął go pan wczoraj albo przedwczoraj podczas wycieczki? Może przyjechał tu z inną grupą?

– Przykro mi, nigdy go nie widziałem – odpowiedział kategorycznym tonem.

Wsiedli z powrotem do łady. Podczas krótkiej drogi na główny plac Melnyk pomyślał, że trzeba kogoś cholernie nienawidzić, żeby zdemolować go do tego stopnia i wystawić jego ciało na widok publiczny. Kiedy byli już obok busa, policjant wysadził przewodnika i wziął na stronę Galinę Nowak.

– Mamy sto piętnaście – powiedział ściszonym głosem.

W ukraińskim kodeksie karnym artykuł sto piętnasty oznaczał morderstwo z premedytacją. Wolał unikać słowa „morderstwo”, żeby nie zasiać wśród turystów jeszcze większej paniki.

Źrenice młodej policjantki się rozszerzyły.

– Przyczyna zgonu?

– Trudno powiedzieć, dopóki go nie zdejmiemy.

– Nie… zdejmiemy?

– Ktoś zawiesił ciało na fasadzie bloku.

Nowak przez chwilę milczała. A potem zaczęła gorączkowo recytować regulaminowy przebieg dalszych działań:

– Nie możemy zostawić miejsca zbrodni bez nadzoru… trzeba… trzeba zabezpieczyć określony obszar wokół ciała…

– Wyluzuj, oficerze – przystopował ją Melnyk. – Jesteśmy na totalnym odludziu. Kto miałby się kręcić w pobliżu najbardziej radioaktywnej sceny zbrodni na świecie?

– Ale taka jest procedura…

– Może w Kijowie. Ale nie tutaj. Co udało ci się wycisnąć z turystów?

Nowak wyciągnęła notes i przeczytała roztrzęsionym głosem:

– Wszyscy wykupili wycieczkę wczoraj w Kijowie, po wizycie w Muzeum Czarnobylskim. Bus zabrał ich dziś o siódmej rano spod McDonalda na placu Niepodległości. Potem jechali nieco ponad dwie godziny, koło dziesiątej przeszli przez punkt kontrolny w Ditjatkach i zaliczyli standardową trasę wycieczkową: najpierw Czarnobyl, pomnik likwidatorów, potem opuszczone wioski, reaktor, aż na koniec dojechali do Prypeci. Byli tutaj od dziesięciu minut, kiedy jeden z nich, jakiś Francuz, nazywa się… Gallois, zauważył trupa. Myśli pan, że to któryś z nich zabił tego gościa?

Melnyk odrzucił ten pomysł bez chwili wahania.

– Nie. Samo zawieszanie ciała musiało zająć kilka godzin.

Zadzwonił jego telefon. To dyżurny, któremu zlecił sprawdzenie Leonida Sokołowa.

– Co masz o moim kliencie? – zapytał kapitan bez zbędnych wstępów.

– O nim samym niewiele, ale znalazłem coś niewiarygodnego o jego rodzinie. – W głosie policjanta podniecenie mieszało się z nerwowością. – Jego matka nazywała się Olga Sokołowa. Została zamordowana w okolicy. Jakaś masakra. Liczne rany kłute, okaleczenia… po prostu horror. Jej ciało razem z ciałem jakieś innej kobiety znaleziono na daczy w Zalesiu.

Zalesie było o rzut beretem od Czarnobyla, a jednak Melnyk nigdy nie słyszał o tej sprawie.

– Nic mi to nie mówi. Kiedy dokładnie miała miejsce ta akcja?

– I to dopiero jest niewiarygodne! W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku, dokładnie dwudziestego szóstego kwietnia.

Kapitan poczuł, jak w żołądku rośnie mu gula.

– Na pewno dobrze sprawdziłeś?

– Na pewno.

Rozłączył się, porażony tą informacją. Datę dwudziestego szóstego kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku znał każdy na Ukrainie, młody czy stary. To właśnie wtedy doszło do eksplozji elektrowni w Czarnobylu.

JĘZYK SŁOWIKÓW

2

Metaliczne skrzypienie, świszczące oddechy.

Obudził się w niepokojącym półmroku, który przy każdym mrugnięciu powiekami przecinały zielone i niebieskie przebłyski. Powietrze było ciężkie, przepełnione cierpkim smrodem niemytych ciał wymieszanym z wonią środków do dezynfekcji i mocnego alkoholu.

Gdzie ja jestem?

Jego oczy przywykły do słabego oświetlenia, a wtedy dostrzegł w pomieszczeniu rząd łóżek ustawionych wzdłuż przeciwległej ściany. Zajmowały je jakieś bezkształtne postaci, pojękujące i poruszające wolno członkami niczym na wpół zdeptane żuki, które chwilę jeszcze przebierają odnóżami, po czym zdychają.

Rusz się!

Tępe pulsowanie w głębi czaszki podpowiadało mu, żeby uciekał. Spróbował się podnieść, ale za nic nie mógł oderwać rąk ani nóg od materaca. Z przerażeniem się zorientował, że jego nadgarstki i kostki są przywiązane do ramy łóżka skórzanymi rzemieniami. Pociągnął ze wszystkich sił, żeby się zerwać, ale od wysiłku tylko zakręciło mu się w głowie, o mało nie zemdlał. Zdezorientowany, zlany zimnym lepkim potem, próbował sobie przypomnieć, jak tu właściwe trafił.

Ciastowate usta, czaszka pękająca z bólu, gorzki smak alkoholu w gardle: jedno było jasne – musiał dużo wypić. Przy każdym gwałtownym zrywie serca miał wrażenie, że pod czaszką biją mu dzwony soboru Wasyla Błogosławionego. Rwanie w żebrach, metaliczny posmak sączący się z pokiereszowanych warg, szczypanie na kostkach palców: a zatem nie tylko alkohol, ale też bójka. Zaczęły wracać do niego migawki z minionej nocy. Wczoraj Zenit Petersburg grał ze Spartakiem Moskwa. W barze dla kibiców wyzywał petersburżan od kozojebców czy czegoś w tym stylu. A może było na odwrót? Mogło się zdarzyć i tak, że zwyzywał świętą i nietykalną drużynę Spartaka, niech mu Bóg wybaczy. Tak czy inaczej, na efekty nie trzeba było długo czekać. Kiedy wyszedł z baru, rzuciło się na niego trzech ostrzyżonych na zero ultrasów z czarno-złoto-białymi naszywkami – flagą carskiej Rosji – na flyersach w kolorze khaki. Wyglądali na przyzwyczajonych do zbiorowego butowania Czeczenów, Dagestańczyków i generalnie wszystkich, którzy mieli ciemniejszą skórę od nich.

Ze swoimi mieszanymi rysami był dla nich idealną ofiarą. Ultrasi nazwali go „brudasem”. Myśleli, że trafili na łatwy cel. Poważny błąd. To oni byli zwierzyną. Ciosy łokciem w łuk brwiowy, kopnięcia piętą w żebra, kopniaki kolanem, uderzenia z główki – nie oszczędził swoim przeciwnikom niczego. W napadzie alkoholowej dumy pomyślał sobie, że napastnicy na pewno są teraz w o wiele gorszym stanie niż on.

Na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Jakieś drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, po czym świetlówki pod sufitem zalały pomieszczenie jaskrawym światłem, któremu towarzyszył piskliwy zgiełk. Oślepiony, zamknął oczy, tymczasem jakiś głos mówiący po rosyjsku z wyczuwalnym syberyjskim akcentem zaatakował jego uszy z mocą petardy wrzuconej do jaskini:

– Który z was to Aleksander Rybałko?

Światło… światło jarzeniówek zaraz spali mu mózg. Przekręcił głowę w bok. Przez wąską szparę między powiekami przyglądał się młodemu mężczyźnie w białym fartuchu, który właśnie wszedł do środka

– Aleksander Rybałko? – powtórzył nieznajomy.

Kolejna detonacja w jego czaszce trawionej kacem. Wydał z siebie pomruk, a wtedy lekarz do niego podszedł.

– To pan jest Aleksander Rybałko? Rozumie mnie pan? Mówi pan po rosyjsku?

– Trochę… ciszej – odpowiedział z trudem. Każde słowo kosztowało go sporo wysiłku. Jego język był ciężki, niezdarny. Dźwięk własnego głosu wprawiał w wibracje kości czaszki. Nawet myślenie sprawiało mu ból.

– Gdzie… ja… jestem?

– W szpitalu. Pan z Ameryki? Z Europy?

– Jestem Rosjaninem, mudak.

Przez twarz młodego lekarza przemknęło żywe zdziwienie. Rybałko się zastanawiał, czy ów szok wywołało odkrycie, że mając taki kolor skóry, można mówić płynnie po rosyjsku, czy raczej to, że ktoś obraża go w jego ojczystym języku.

– Czemu… tu jestem?

Lekarz momentalnie odzyskał profesjonalny wyraz twarzy, na który składała się mieszanka arogancji i zmęczonej rezygnacji.

– Policja zgarnęła pana w nocy niedaleko dworca – wyjaśnił pogardliwym tonem. – Leżał pan na ulicy całkiem pijany.

Rybałko uniósł lekko głowę, żeby rozejrzeć się wokół. Pozostałe łóżka zajmowali sami żałośni, zatwardziali alkoholicy – biedne zarośnięte, poczerwieniałe typy z fioletowymi nosami i brudem za paznokciami. Zwierzęta, nie ludzie. Miał nadzieję – nie robiąc sobie przy tym jednak zbyt wielu złudzeń – że sam wygląda nieco mniej nędznie.

Zauważył też, że jako jedyny ma członki spętane pasami.

– Dlaczego… jestem przywiązany?

– To z powodu pańskiego zachowania przy rozbieraniu. Próbował pan ugryźć jednego z pielęgniarzy.

Nowe wspomnienie: trzech gości ciągnie go przez korytarz, próbują zapanować nad jego metrem osiemdziesiąt i prawie dziewięćdziesięcioma kilogramami żywej wagi, a on niezdarnie się wyrywa, żeby im uciec. Ból w ręce, twarz na zimnej posadzce: ktoś założył mu dźwignię na ramię, żeby się uspokoił. Wrzeszczy: „Kurwa, nie mam czasu do stracenia! Nie mam czasu!”. Rozbierają go, zostaje w samych slipkach. Drze się jeszcze przez dłuższą chwilę. Potem zasypia.

Lekarz chwycił za jeden ze skórzanych pasów i zaczął go odpinać.

– Zanim pana stąd wypuścimy, przeprowadzę krótkie badanie, żeby się upewnić, że wszystko z panem w porządku, dobrze, panie Rybałko?

Nie podobało mu się, że doktor mówi do niego jak do dziecka opóźnionego w rozwoju, ale powoli kiwnął głową na znak, że się zgadza.

– Niech pan usiądzie na brzegu łóżka.

Niespiesznie wykonał polecenie. Bolały go mięśnie, jego ruchy były niezdarne. Lekarz zadawał mu całą masę pytań, na które odpowiadał głównie monosylabami. Czy często zdarza się panu tyle wypić? Nie. Czy pije pan regularnie? Nie. Czy pamięta pan coś z zeszłej nocy? Nie. A z nocy wcześniej? Nie. Czy boli pana głowa? Tak. Jak oceniłby pan ten ból w skali od jednego do dziesięciu? Jedenaście. Ból brzucha? Tak. Jakie zdarzenie spowodowało u pana nadużycie alkoholu?

Rybałko wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, zanim odpowiedział:

– Musiałem kogoś zabić.

Lekarz momentalnie zamienił się w słup soli.

– Zabić kogoś? Jak to? Kogo?

Rybałko nie spieszył się z odpowiedzią.

– Jednego konowała – odparł w końcu z szyderczym uśmiechem. – Zadawał za dużo pytań.

Młody medyk zaczerwienił się poirytowany. Bezpardonowo owinął opaskę ciśnieniomierza wokół ręki mężczyzny.

– Nie powinien pan żartować z takich spraw. W zeszłym miesiącu facet w takim samym stanie jak pan dosłownie zasnął na torach. Motorniczy nie zdążył wyhamować. Śmierć na miejscu. Równie dobrze to mógł być pan. Mamy tu grupę wsparcia dla alkoholików. Spotykają się dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki. Polecam panu.

– Nie jestem pijakiem – wymamrotał Rybałko.

Lekarz zignorował jego stwierdzenie i wyrecytował zwyczajowe formułki o szkodliwych skutkach spożywania alkoholu, całkiem jakby głosił Biblię niewiernemu. Na szczęście dalsze badanie przebiegało w stosunkowej ciszy. Na koniec oświadczył mu, że zostanie wypisany.

Kiedy tylko medyk wyszedł z pomieszczenia, Rybałko zamknął oczy i pogrążył się w nieświadomości. Spał niespokojnym snem jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut, aż ktoś obudził go lekkim szturchnięciem. To pielęgniarka przyniosła mu jego zeszmacone ciuchy, których nie zmieniał od trzech dni. Spróbował wstać, żeby je włożyć, ale zakręciło mu się w głowie i musiał z powrotem usiąść.

– Da pan radę? A może woli pan, żebym poszła po wózek? – spytała pielęgniarka głosem pełnym troski.

Nie jestem jakąś jebaną kaleką, pomyślał urażony.

– Dam radę – odpowiedział oszczędnie z uwagi na to, że każde wypowiadane słowo kosztowało go nieziemski wysiłek, a zdenerwowanie tylko pogłębiało ból głowy.

Pod okiem rozbawionych pijaków powoli i niezdarnie wciągnął spodnie, potem skarpetki, wilgotne buty, T-shirt, sweter, który czuć było zwietrzałym piwem, a na koniec poprzecieraną na rękawach parkę. Pielęgniarka podała mu jakieś pigułki, które popił szklanką wody, tak zimnej, że aż zęby bolały, a następnie wyszedł z pomieszczenia i podążył za nią niepewnym krokiem przez korytarze wyłożone kafelkami i pachnące jodem. Na każdym skrzyżowaniu kobieta czekała chwilę, aż ją dogoni. Miał wrażenie, jakby kroczyła po brzegu basenu, a on szedł w skafandrze po jego dnie.

Co za porażka.

– Na pewno nie chce pan wózka? – nalegała.

Rybałko tylko zaklął pod nosem.

Po kilkunastu metrach weszli wreszcie do szpitalnego holu. Pielęgniarka odstawiła go pod okienko, gdzie zmęczona dyżurna wydała mu czarną plastikową siatkę z rzeczami. Próbował rozwiązać węzeł, który ją zamykał, ale jego odrętwiałe od alkoholu palce nie dawały rady. Ostatecznie rozerwał siatkę poirytowanym gestem, a wtedy jej zawartość wysypała się na ladę: portfel, kluczyki do samochodu, garść biletów do metra, a w samym środku…

Pistolet MP-443.

Osłupiała dyżurna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w broń. Śniada karnacja, spluwa na ladzie – Rybałko dobrze wiedział, co sobie teraz myśli, jakie parszywe konotacje rodzą się w jej głowie.

– To moja broń służbowa – wyjaśnił, widząc, że kobieta jest bliska krzyku.

Na jej twarzy odmalowało się takie samo niedowierzanie jak wcześniej na twarzy młodego lekarza. Z rzeczy wysypanych na ladę Rybałko wygrzebał legitymację policyjną i podsunął dyżurnej pod nos.

– Widzi pani? Policja moskiewska.

Przyglądała się legitymacji z napięciem charakterystycznym dla kasjerek w supermarketach, kiedy sprawdzają banknot o nominale pięciu tysięcy. Rybałko w tym czasie wsunął pistolet za pasek i nakrył go T-shirtem. Dyżurna ostatecznie stwierdziła chyba, że legitymacja jest prawdziwa, bo podała mu plik dokumentów zawierający rachunek, różne papiery administracyjne oraz – podstępnie wsuniętą między dwie kartki – ulotkę zachwalającą zalety grupy wsparcia dla alkoholików. Rybałko wepchnął wszystko do kieszeni parki i bez utyskiwania uregulował rachunek za pobyt.

Przed wyjściem poszedł jeszcze do toalety, żeby przemyć twarz zimną wodą. Ledwo był w stanie rozpoznać się w lustrze nad umywalką. Jego policzki porastał trzydniowy zarost, skóra w kolorze kawy z mlekiem nabrała ziemistego odcienia, a niebieskie oczy nabiegły krwią. Przypomniały mu się słowa lekarza: „W zeszłym miesiącu facet w takim samym stanie jak pan dosłownie zasnął na torach. Motorniczy nie zdążył wyhamować. Śmierć na miejscu. Równie dobrze to mógł być pan”.

To mógł być on… Zasnąć na torach i dać się przejechać przez pierwszy poranny pociąg podmiejski, nawet nie zdając sobie z tego sprawy… Może tak byłoby lepiej dla wszystkich, pomyślał, stawiając kołnierz kurtki. A później przetarł twarz i wyszedł ze szpitala.

Powietrze na dworze było rześkie, a słońce słabowite. Przed wejściem stała zaparkowana na drugiego taksówka w kolorze aspiryny. Już miał się do niej władować – wymachując policyjną legitymacją – i kazać się wieźć do domu, kiedy dostrzegł policjanta opartego plecami o służbowy wóz po drugiej stronie ulicy. Czarne krótko przycięte włosy, zakrzywiony nos, sylwetka przekarmionego kulturysty, która rozpychała jakby za małą skórzaną kurtkę. On też miał podkrążone oczy i policzki posiniałe od kiełkującej brody.

Był to Wasyl Czechow, jego partner.

3

Łada priora stała zaparkowana na miejscu dla ambulansów. W środku panowała przyjemna letnia temperatura i czuć było aromat zimnego tytoniu. Rybałko zapiął pas, a wtedy Czechow ruszył, odbijając na pierwszym skrzyżowaniu w kierunku zakrzepłych arterii centrum Moskwy. Pomimo porannej godziny stolica wprost rzygała samochodami – na chodniki, parkingi, dwupasmówki, czteropasmówki i sześciopasmówki – przez co ruch był spowolniony i rwany.

– Od dwóch dni cię szukam. Gdzie byłeś? – Poważny głos partnera rozbrzmiał w czaszce Rybałki niczym werbel.

– Trochę ciszej – jęknął Rybałko.

– Gdzie byłeś? – drążył Czechow.

– Trochę wszędzie, trochę nigdzie… Jaki dziś dzień?

– Jaki dzień? Kurwa, no przecież środa!

Już środa, pomyślał Rybałko, masując skronie.

– Nikt nie mógł się z tobą skontaktować od piątku! Co robiłeś przez cały ten czas?

– Zapoj – odpowiedział Rybałko.

Język rosyjski miał w zanadrzu proste słowo, które określało proces upijania się kilka dni z rzędu, aż do całkowitego urwania filmu – czemu więc go nie używać?

– Zapoj? Poważnie? – Czechow nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. – To my cię szukamy, a ty sobie po prostu chlejesz? Kurwa, nie wierzę… Zapoj! – powtórzył, trąbiąc na jakiś samochód, który nie ustąpił mu pierwszeństwa. – Nie wpadło ci do głowy, żeby mnie uprzedzić? Albo zadzwonić do firmy w poniedziałek i powiedzieć, że jesteś chory? Albo rzucić Bóg wie jaką głupotę, którą by łyknęli? Dlaczego do nikogo się nie odezwałeś?

– Nie miałem ochoty z nikim gadać.

– Nie miałeś ochoty… ożeż do kurwy nędzy, teraz to naprawdę sobie jaja ze mnie robisz!

– Już dobrze, Wasia… – powiedział Rybałko, używając zdrobnienia, żeby udobruchać partnera. – Przecież nikt nie umarł.

– Co ty powiesz, Sasza? Na pewno nie?

Czechow zanurkował ręką do wewnętrznej kieszeni kurtki, ocierając się o kolbę służbowego pistoletu, i wyciągnął kołonotatnik, który następnie rzucił Rybałce na kolana. Na początku były numery telefonów i adresy, które znał: jego mieszkanie, mieszkanie jego byłej żony, kilka barów, jego siłownia, miejsca zamieszkania najbliższych przyjaciół. Wszystkie przekreślono nerwową kreską. Było tam kilka naskrobanych notatek: pijaństwo na drodze publicznej, stawianie oporu, naruszenie nietykalności cielesnej, obrażanie funkcjonariusza, zakłócanie ciszy nocnej, grożenie śmiercią, niszczenie mienia publicznego…

– Biorąc pod uwagę to wszystko, co nawyprawiałeś, będąc w ciągu, nie zdziwiłbym się, gdyby znaleźli twoje ciało dryfujące w Moskwie z nazwiskiem wyrytym nożem na czole. Gdybym nie przejął cię na czas, skończyłbyś w jednym z tych awtozaków. – Czechow wskazał palcem na posępne furgonetki policyjne, które zmierzały puste na plac Majakowskiego po aresztowanych uczestników manifestacji przeciwko korupcji.

– Pankowski był już pod ścianą. Prawie wystawił za tobą nakaz aresztowania.

Rybałko wzruszył ramionami z obojętnością. Ich komisarz, Anatolij Pankowski, nie wzbudzał w nim ani grama szacunku. Był to kawał biurokraty, który nigdy nie popisał się ani odwagą, ani charyzmą. Typ gotowy poświęcić swoich ludzi, gdyby zagrożona została jego własna kariera.

– Jak zaczniemy wsadzać wszystkich moskiewskich gliniarzy, którzy trochę popiją, to będzie trzeba otworzyć sieć nowych więzień – odparł, ziewając przeciągle.

Czechow o mało się nie udławił ze złości.

– Jasne, żartuj sobie dalej! Na koniec już nawet twój kumpel Kaszyn zaczął świrować z powodu twojego zniknięcia.

– Kita?

– Tak, Kita! Zwalił mi się na chatę w niedzielę wieczorem. Wyobrażasz sobie, jaki byłem szczęśliwy, kiedy ten pieprzony paser zadzwonił do moich drzwi? Za wszelką cenę chciał się z tobą spotkać.

– Czemu?

– Pojęcia nie mam, zapytaj go sam. Ale to musiało być coś ważnego, bo wręczył mi grubaśną kopertę, żebym cię namierzył.

Rybałko zmusił się do uśmiechu.

– A ja myślałem, że przyjechałeś, bo martwisz się o moje zdrowie.

– Dzwoniłem do ciebie kilkanaście razy, zanim Kaszyn do mnie przyszedł – zaprotestował Czechow.

– Jak ty któregoś dnia znikniesz, nie będę czekał z poszukiwaniami, aż ktoś mi zapłaci.

Poirytowany Czechow mlasnął językiem o podniebienie.

– Nie zaczynaj, Sasza. To nie ja narobiłem syfu, tylko ty. Co cię naszło, żeby tak się nagrzmocić? To przez Marinę?

Słysząc imię byłej żony, Rybałko zacisnął szczęki, budząc przy tym ból drzemiący w czaszce.

– Rozmawiałeś z nią?

– Nikt nie był w stanie powiedzieć mi, gdzie jesteś, więc do niej podjechałem. Powiedziała, że niedługo ponownie wychodzi za mąż. To dlatego?

– Nie mam ochoty o tym gadać.

Na szczęście w tym momencie zadzwonił telefon Czechowa. Koniec pierwszej rundy. Przesłuchanie odłożone na później.

Rybałko spoglądał przez szybę samochodu na mijane ulice Moskwy, aż jego powieki opadły i pogrążył się w drzemce. Kiedy się obudził, byli już pod wielką mieszczańską kamienicą sprzed pierwszej wojny światowej, gdzie pomieszkiwał.

– No dalej, ruszaj się! – nakazał Czechow, lekko go trącając.

Rybałko znów ziewnął, po czym wysiadł z samochodu.

Weszli razem na klatkę schodową i wdrapali się do jego mieszkania. Kiedy przetrzepywał kieszenie w poszukiwaniu kluczy, Czechow przyglądał się zaskoczony pięciu dzwonkom przymocowanym przy drzwiach wejściowych.

– Co ty, w komunałce mieszkasz?

Rybałko przytaknął. Od czasu rozwodu wynajmował pokój w mieszkaniu kwaterunkowym – wciąż funkcjonującym dziedzictwie po bolesnych początkach ZSRR, kiedy komuniści starali się zaradzić brakom lokalowym poprzez konfiskowanie mieszkań bogaczom i dzielenie ich na tyle lokali, ile było pokoi. W tej komunałce zamieszkiwało pięciu lokatorów, dlatego też we wspólnych pomieszczeniach wszystkiego było po pięć sztuk. Pięć mydeł w łazience (a raczej cztery, biorąc pod uwagę, że Rybałko zapomniał sobie kupić swoje), pięć stołów w kuchni, pięć ścierek przy pięciu zlewach, pięć dzwonków – i oczywiście pięć liczników elektrycznych mierzących zużycie prądu pięciu moskwian, którym w życiu powinęła się noga.

– Ty weź prysznic – rzucił Czechow – a ja zadzwonię do Pankowskiego. A jak będziesz się namydlał, wykorzystaj chwilę i spróbuj pomyśleć, czego mógł chcieć od ciebie Kaszyn – dodał, kiedy Rybałko wychodził na korytarz do łazienki.

Jako że wszyscy lokatorzy krzywili się na myśl o wydawaniu jakichkolwiek pieniędzy na części wspólne, bez wyjątku były one w żałosnym stanie. Z kranu kapała pordzewiała woda, dno wanny zżerały jakieś czarne plamy, a żółto-zielone kafle na ścianach poodpadały w niektórych miejscach, odsłaniając goły beton. Żeby reszta się nie odkleiła, na ściance przy samej wannie, która była najbardziej wystawiona na wilgoć, przyklejono taśmą plastikową płachtę.

Rybałko dłuższą chwilę stał nieruchomo pod strumieniem letniej wody, po czym ospale się namydlił, korzystając z mydła jednego ze współlokatorów – czegoś babskiego, o zapachu wanilii i brzoskwini. Dno wanny było śliskie, a ruchy mężczyzny raczej niepewne. Nie był w stanie utrzymać równowagi w tym wrogim otoczeniu, więc przytknął głowę do kafelków, żeby nie wywrócić się podczas mycia kolejno jednej i drugiej stopy.

Po wyjściu spod prysznica jego umysł nieco się rozjaśnił, ale Rybałko nadal nie rozumiał, czego mógł od niego chcieć Kaszyn. Czyżby chodziło o coś, co zrobił przez weekend? Rzucił okiem na swoje ubrania. Spodnie – ciemnogranatowe dżinsy – zesztywniały od płynów, które wchłonęły: alkoholu, potu, a przede wszystkim krwi. Kiedy skupiał się na brunatnych plamach, wróciło do niego – niczym bąbelek pękający na powierzchni kieliszka z szampanem – pewne wspomnienie.

Żołnierze wracający z frontu z kolegami upchniętymi w czarnych workach. Wrzucani na tył furgonetki aresztanci, którzy pluli sobie krwią na koszule. Kolesie przywiązani do krzesła i uderzani kolbą. Nawiedził go obraz czołgu pilnującego skrzyżowania w mieście o kolorze prochu. To było daleko stąd, w pewnej krainie, w której ludzie klękali, żeby się pomodlić. Nie było to jednak w innym kraju, tylko w jego własnej ojczyźnie – w górach Kaukazu, w Czeczenii, lata temu. W kraju szarego betonu, zielonych drelichów i czerwonej krwi.

Złapał się za głowę. Nie da rady uporządkować wspomnień z ostatnich kilku dni, mając pod kopułą cały ten burdel, który również oczekuje na inwentaryzację. Musi skupić się na czymś innym. Wyjął z kieszeni rzeczy, które oddano mu w szpitalu. Spróbuj sobie przypomnieć, co robiłeś przez te kilka dni, myślał, przeglądając je.

Podejrzany: Aleksander Rybałko, urodzony w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku w ZSRR, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, kraju zmarłym w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Obywatel Federacji Rosyjskiej. Osiemnaście lat stażu w policji. Od prawie dwóch lat rozwiedziony z żoną Mariną. Nie pali od narodzin córki…

Pierwszy błąd.

Rybałko z mieszanką zaskoczenia i zawodu wpatrywał się w paczkę papierosów, którą ściskał w dłoni. Momentalnie wezbrało w nim przemożne pragnienie. Zapalił jednego i uchylił okno w łazience, żeby wypuścić dym. Pomyślał, że nieźle się trzymał przez lata, a teraz znów osuwa się w nałóg.

Po wypaleniu papierosa wrócił do swojego prywatnego śledztwa. Pęk kluczy z matrioszką zwisającą na łańcuszku coś mu mówił. Były to kluczyki do jego samochodu. Na podstawie matrioszki drobnym, starannym pismem dziecka napisane było „Tasia”. Dostał ten breloczek od córki, Anastazji, dawno temu. Kolory wyblakły, farba w kilku miejscach się starła, chociaż starał się od czasu do czasu przejechać po zabawce lakierem, żeby przetrwała jak najdłużej.

Najwięcej czasu zajęło mu przeglądanie portfela. Kipiało w nim od banknotów pobranych kilka dni wcześniej z konta w banku – były to pieniądze odłożone na czarną godzinę. Między dwoma wizytówkami znalazł wciśnięte paragony za kolejki wódki. Jeden pochodził z knajpy dla kibiców, tej, w której wdał się w bójkę ze skinheadami. Dobrze siebie znał i wiedział, że nie poszedł do tego baru przez przypadek – miał nadzieję trafić tam na gości na tyle durnych albo na tyle pijanych, żeby wdali się w bójkę. Chciał w ten sposób wyładować całą złość i frustrację, które gromadziły się w nim od wielu dni. Skini nadawali się do tego doskonale. Dostali baty, ale pamiętał, że żyli, kiedy go od nich odciągnięto. Oparci o ścianę, spluwali krwią przez poluzowane zęby, ale żyli.

Kolejny dowód: pusta fiolka, którą od razu rozpoznał ku swemu ogromnemu zażenowaniu. Stumililitrowa buteleczka bojarysznika, leczniczej nalewki na głogu. Cała Rosja wiedziała, że ta głogówka to ostatnie koło ratunkowe każdego pijaka – nawet kiedy sklepy i bary były zamknięte, można ją było dostać w automatach stojących na ulicy. Bojarysznik łączył trzy trudne do zlekceważenia zalety: zawierał około siedemdziesięciu pięciu procent alkoholu, łatwo było go kupić, bo nie podlegał ograniczeniom dotyczącym napojów alkoholowych, i kosztował raptem garść rubli. A jakby tego było mało, smakował mniej ohydnie niż woda kolońska i był bezpieczniejszy od płynu do chłodnic. A jednak rok temu w jakiejś dziurze na Syberii zmarło kilkadziesiąt osób, bo lokalny producent sprzedający olejek do kąpieli o tej samej nazwie zamienił w składzie etanol na metanol – truciznę śmiertelną dla organizmu.

Żyjemy w naprawdę niewiarygodnym świecie, pomyślał, wyrzucając buteleczkę do śmietnika stojącego przy umywalce.

Ostatnia rzecz w jego portfelu: kawałek papieru przypominający potwierdzenie z karty płatniczej, tak cienki, że prawie przezroczysty. Bilet na elektryczkę – pociąg podmiejski. Kupił go w Lubiercach, gdzie mieszkał z żoną przed rozwodem. Marina nadal wynajmowała tam trzypokojowe mieszkanie, w którym kiedyś żyli wszyscy troje, tyle tylko że teraz zajmowała je razem ze swoim nowym facetem. To wtedy, kiedy do niej pojechał, wszystko się posypało. Postanowił jej powiedzieć. A żeby zdobyć się na odwagę, zaczął pić. Dużo pić. Ostatecznie dowlókł się, zataczając, do swojego dawnego bloku i wszedł na górę, ale zanim zapukał do drzwi, sflaczał. Z mieszkania dobiegały śmiechy Tasi i Mariny. Słyszał też głos tego drugiego. To wtedy zdał sobie sprawę, że powiedzenie im prawdy jest ponad jego siły. Dlatego ruszył w noc. Kilka dni później obudził się w szpitalnej wytrzeźwiałce.

Wyszedł z łazienki z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Z kuchni dochodził przyjemny zapach kawy, ale okupował ją teraz Czechow – z telefonem przyklejonym do ucha rozmawiał nerwowo z Pankowskim. Rybałko ruszył więc do swojego pokoju. Jego oszczędne wyposażenie ograniczało się do łóżka, szafy, fotela i niskiego stolika, na którym walały się puszki po piwie Żygulowskim i album ze zdjęciami. Album był otwarty na stronie z odbitkami zrobionymi dawno temu analogowym aparatem. Wspomnienia szczęśliwych lat spędzonych z Tasią i Mariną.

Z szafy, w której schował kilka ubrań wyjętych z kartonów po przeprowadzce, wyciągnął wełniany sweter, wytarty na łokciach od noszenia. Pod spód włożył jeden ze swoich starych podrabianych T-shirtów – padło na ten z wizerunkiem Kurta Cobaina i nazwą zespołu Nirvana, napisaną z błędem przez „w”. Większość jego ciuchów nadal zimowała w pudle gdzieś na peryferiach Moskwy. Nie miał tu miejsca, żeby wszystko upchnąć. Poza tym dokończenie przeprowadzki oznaczałoby przyznanie, że między nim i Mariną wszystko definitywnie skończone.

Nagle znów dał o sobie znać ból głowy. Rybałko wyjął z szafy plastikowe pudełko z czerwonym krzyżykiem, wypełnione po brzegi rozmaitymi lekarstwami – zapewne pokłosie radzieckiego odruchu z czasów, kiedy człowiek nigdy nie miał pewności, co dostanie w sklepie.

– Pankowski chce, żebyś jak najprędzej stawił się w robocie – usłyszał chropowaty głos.

Odwrócił się. Na progu stał Czechow.

– I co?

– Powiedziałem, że jesteś chory, żebyśmy mogli spokojnie pojechać do Kaszyna. Kita chce cię jak najszybciej widzieć.

Rybałko wygrzebał z pudełka dwie pigułki i połknął je pod zaniepokojonym okiem swojego partnera.

– Sasza, co się stało, że aż tak się nawaliłeś? – zapytał Czechow. – Znam cię wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że aniołem nie jesteś, ale chlanie na umór przez cztery czy pięć dni i olewanie pracy to jednak coś nowego.

– Daj spokój, Wasia – zbył go Rybałko. – Zawieź mnie do Kaszyna.

4

Nikita Kaszyn prowadził swój interes na południowych przedmieściach Moskwy – była to rzeźnia połączona z masarnią, która produkowała najlepsze kiełbasy w okolicy. Legenda mówiła, że Kaszyn wykorzystywał ją do pozbywania się ludzi, którzy mu się sprzeciwili, ale była to zapewne tylko plotka rozpowszechniana przez złe języki. Taką przynajmniej nadzieję miał Rybałko, który często wracał stąd z kilogramem czy dwoma świeżo mielonego mięsa.

Pracownik za ladą masarni przepuścił ich na zaplecze, przez które przechodziło się do rzeźni. Kaszyn pracował tam razem ze swoimi ludźmi. Szczupły i przygarbiony – niczym stalowe ostrze gotowe do ciosu – kroił ćwiartkę krowy dokładnymi beznamiętnymi ruchami, niemal jak chirurg. Chociaż Kaszyn zasadniczą część forsy zarabiał na nielegalnej działalności, mimo wszystko lubił spędzać czas w rzeźni, pracując nad tuszami. Trudno w to uwierzyć, ale ponoć go to odprężało.

Kaszyn jakby wyczuł zmianę w powietrzu, bo odwrócił się gwałtownie, kiedy byli jeszcze sześć czy siedem metrów od niego.

– Sasza! – wykrzyknął, po czym wbił nóż w ćwiartkę mięsa, nad którą pracował, i zdjął rękawiczki. – Szukam cię od kilku dni. Na szczęście twój przyjaciel to prawdziwy pies gończy. – W kąciku rozciągniętych w uśmiechu ust Kaszyna błysnął metalowy ząb, kiedy poklepywał przyjacielsko Czechowa po ramieniu. Następnie szepnął mu na ucho: – Zgłoś się do kasy. Mają dla ciebie pieniądze. I wybierz sobie ładny kawałek pieczeni na niedzielę. Prezent od firmy.

Czechow popatrzył na swojego partnera niepewnym wzrokiem, jakby czuł się winny.

– Poczekać na ciebie?

– Nie ma takiej potrzeby – odparł Rybałko. – Nie widzieliśmy się z Kitą jakiś czas. To może potrwać. Wezmę taksówkę.

Czechow kiwnął głową, po czym się oddalił. Wtedy Kaszyn zdjął fartuch i powiesił go na haku ze stali nierdzewnej.

– Na górze będziemy mogli spokojnie porozmawiać – powiedział, wskazując metalowe schody prowadzące do jego biura na piętrze.

Pomieszczenie ulokowano tak, żeby dało się z niego nadzorować pracę w rzeźni. Wnętrze było obszerne i pozbawione elementów dekoracyjnych. Żadnych zdjęć, pamiątek czy obrazów. Nic osobistego. Białe ściany pozastawiano identycznymi metalowymi szafami. W kącie pomrukiwała stara lodówka.

Kiedy Kaszyn zamknął za nimi drzwi biura, Rybałko zauważył wokół klamki brunatne smugi, jak gdyby ktoś dotykał jej zakrwawionymi rękoma. Na dywanie również było kilka plam w tym kolorze. Przez jego umysł przeszło wspomnienie Nikity, który kogoś uderza. To był jakiś Czeczen, który nie chciał powiedzieć, gdzie trzyma pieniądze. Sięgnął po papierosa i zaciągnął się głęboko, żeby odegnać ten obraz. Przez okno widział, jak na dole nóż do odkostniania przebija właśnie świńską tuszę.

– Chcesz piwo? – zapytał Kaszyn.

Rybałko się skrzywił. Na myśl o wypiciu choćby szklanki alkoholu żołądek podchodził mu do gardła, podobnie zresztą działał na niego zapach krwi i flaków, który dolatywał przez uchylony lufcik.

– Jakoś nie chce mi się pić. Czemu zapłaciłeś Czechowowi, żeby mnie znalazł?

– Twój przyjaciel może nie jest przesadnie uzdolniony, ale za to skuteczny. Gdzie cię namierzył?

– Do sedna, Kita. Nie mam czasu.

Kaszyn westchnął.

– Zawsze w biegu, co? No dobrze, przejdźmy do konkretów. Potrzebuję zaufanego gliniarza, który zna język słowików. Od razu przyszedłeś mi na myśl.

Językiem słowików nazywają swoją mowę Ukraińcy ze względu na jej śpiewność. Wbrew powszechnemu przekonaniu ukraiński i rosyjski są dwoma odmiennymi językami, trochę jak hiszpański i francuski.

– Znasz Wiktora Sokołowa? – zapytał Kaszyn po ukraińsku.

– Nazwisko obiło mi się o uszy, ale nie jestem w stanie powiedzieć, w jakich okolicznościach.

– Sokołow był ministrem energetyki za czasów Borysa Gąbki.

Borys Jelcyn był pierwszym prezydentem Federacji Rosyjskiej, zaraz po rozwiązaniu ZSRR. Był również jedynym światowym władcą, który potrafił rządzić krajem, mając we krwi trzy promile alkoholu.

– Czekaj, czy ten twój Sokołow to czasem nie facet, który założył PetroRus? – zapytał Rybałko.

Kaszyn kiwnął głową.

– Ten sam.

Podczas dzikiej prywatyzacji rosyjskiego mienia państwowego w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku Sokołow umiejętnie wykorzystał swoją pozycję w Ministerstwie Energetyki, żeby przywłaszczyć sobie część ogromnych złóż czarnego złota Syberii. Właśnie wtedy założył PetroRus, jedno z najpotężniejszych przedsiębiorstw naftowych w kraju.

– Jego rodzina jest ostatnio w żałobie po śmierci syna – kontynuował Kaszyn. – Paskudna sprawa. Zginął na Ukrainie.

– Mnóstwo ludzi tam ginie, szczególnie dzisiaj.

– Tylko że w tym wypadku chodzi o zabójstwo. W mieście, które dobrze znasz.

– W Kijowie?

– Nie, w Prypeci.

Rybałko pomyślał, że to jakiś niesmaczny żart.

– W Prypeci? Niemożliwe. Prypeć jest niezamieszkana od trzydziestu lat. Odizolowana przez policję i wojsko.

– Niezupełnie. Od kilku lat jeżdżą tam wycieczki.

– Jakie znów wycieczki? Po co?

– Podziwiać resztki komunistycznego świata. Ponoć to jak wizyta w skansenie.

– Co za idiotyzm!

– Sam bym tego lepiej nie ujął. A wracając do naszej historii: Wiktor Sokołow podejrzewa, że ukraińskie władze będą chciały ukręcić łeb dochodzeniu. A ponieważ wie, że mam kontakty w moskiewskiej policji oraz wśród Ukraińców, zlecił mi, żebym znalazł dla niego kogoś kompetentnego do przeprowadzenia prywatnego śledztwa w sprawie śmierci jego syna.

– Czekaj… poważnie próbujesz mi zaproponować wyjazd do Prypeci? Kita, naprawdę myślisz, że zgodzę się wrócić do tego zasranego miasta?

– Wiem, wiem. Cały czas pamiętam, o czym opowiadałeś mi w Czeczenii. Śmierć twoich rodziców, wysiedlenie… to wszystko dało ci popalić. Ale Wiktor Sokołow jest gotów wyasygnować konkretną sumę za…

– Nie jestem zainteresowany. Skąd ty w ogóle znasz tego Sokołowa?

– Mamy wspólnych znajomych, którzy nas ze sobą skontaktowali. Wszyscy wiedzą, że mam posłuch wśród moskiewskich Ukraińców.

Kaszyn, pomimo swojej nielegalnej działalności, uchodził wśród ukraińskiej diaspory za filantropa. Szczodrze dotował między innymi liczne organizacje charytatywne, centra kultury ukraińskiej i bibliotekę ukraińską w Moskwie. Był również osobą, do której się zwracano, żeby rozwiązać mniejsze czy większe problemy, które wymagały dyskrecji i całkowitego braku skrupułów.

– Wiem, że przysięgałeś nigdy nie wracać na Ukrainę. Ale to, co ci proponuję, Sasza, to interes życia. Facet jest gotowy zapłacić fortunę. Uwierz mi, wiem, co mówię. W grę wchodzi dużo, dużo forsy. Wystarczająco dużo, żeby sfinansować operację twojej córki.

Rybałko nagle zesztywniał.

– To kosztuje miliony rubli.

– No przecież mówię, facet jest gotów na wszystko, żeby znaleźć zabójcę swojego syna.

Kaszyn wyciągnął z szuflady wizytówkę Wiktora Sokołowa, położył ją na stole i czubkami palców, lekko odbarwionymi krwią, przesunął w stronę policjanta.

– Zadzwoń do niego. Chociażby po to, żeby zapytać, ile dokładnie jest gotowy zaproponować ci za tę robotę. Nic cię to nie kosztuje.

Rybałko przez dłuższą chwilę wpatrywał się w połyskujący kartonik. Właściwie miał to gdzieś. Ale może powinien się zgodzić z uwagi na Tasię?

– A ty co z tego masz? – zapytał.

– Sokołow będzie inwestował na Krymie. Jeżeli odnajdziesz zabójcę jego syna, weźmie mnie na wspólnika. Koniec z moskiewską szarzyzną. Witajcie, piaszczyste plaże. Będę dbał o bezpieczeństwo jego interesów na półwyspie.

– Masz na myśli pilnowanie, żeby goście tacy jak ty nie ściągali z niego haraczy?

Żylastą twarz mafiosa rozświetlił uśmiech godny hieny. W rogu jego ust znów błysnął wściekle metalowy ząb.

– Bystrzak z ciebie, Sasza. To jak? Pogadasz z nim?

Rybałko wstał i schował wizytówkę do kieszeni.

– Zobaczę. Dam ci znać.

5

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
MIASTO MILCZENIA
Rozdział 1
JĘZYK SŁOWIKÓW
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
JASKÓŁKI Z CZARNOBYLA
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
UMRZEĆ ZA DOBRĄ SPRAWĘ
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
ROSYJSKI DZIĘCIOŁ
Rozdział 13
Rozdział 14
WIADOMOŚCI Z KOŃCA ŚWIATA
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
ŻYCIE KOGOŚ INNEGO
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
MARTWA NATURA
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
WYPADNIĘCIE Z GNIAZDA
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
TERYTORIUM WILKÓW
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37

TYTUŁ ORYGINAŁU:

De bonnes raisons de mourir

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: © Special View/Shutterstock.com

Copyright © Éditions Albin Michel, 2019

Copyright © 2020 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Paweł Łapiński, 2020

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-16-7

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek