Jarzmo przeszłości - Nadia Hamid - ebook
Opis

Kontynuacja historii z "Gorzkiej pomarańczy"

Nadia zakochuje się w Libijczyku, wychodzi za mąż i wyjeżdża do Afryki. Radykalnie odmienne obyczaje, prawo szariatu, dyskryminacja kobiet zmieniają życie małżonków w koszmar. Nadii wraz z dziećmi udaje się uciec od męża i wrócić do Polski. Tak kończy się „Gorzka pomarańcza”, która podbiła serca czytelników. Odzyskanie wolności okazało się jednak tylko pozornym happy endem. Druga część tej historii to zderzenie bohaterki z brutalną rzeczywistością. Konsekwencje swoich decyzji, włączając w to rozwód, do którego doszło po kilku latach pobytu w Polsce, ponosi do dziś.

Książka ta jest oparta na autentycznych wydarzeniach. Świadczy o tym, jak jeden zły wybór dokonany w młodości może zaważyć na całym późniejszym życiu – również najbliższych osób. Niech będzie przestrogą dla wszystkich kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania, mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 166

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Radość powrotu

Wokół mnie było mnóstwo ludzi, którzy oczekiwali na swoich bliskich wysiadających z samolotu. Zaczęłam rozglądać się nerwowo dookoła, szukając w tłumie moich rodziców. Nagle ich zobaczyłam. Stali tuż za mną i trzymali w objęciach Karimka, bacznie przyglądając się małemu Malikowi, którego po raz pierwszy ujrzeli na oczy. Chłopiec próbował powiedzieć coś do nich po arabsku – w jedynym języku, jaki znał. Serce stanęło mi na moment, rodzicom pewnie też. Popłynęły łzy, ale tym razem z radości. Oprócz ogarniającego mnie szczęścia, poczułam ogromną ulgę. Pomyślałam, że wszystko co złe, mam już za sobą…

Podróż z Warszawy w rodzinne strony minęła w radosnej atmosferze. Tato prowadził auto, a ja i mama rozmawiałyśmy bez przerwy. Opowiadania zdawały się nie mieć końca. Oczywiście mówiłam tylko o tym, co było dobrego, bo złe i okrutne wspomnienia już wówczas starałam się wyprzeć, wymazać z pamięci. Podczas drogi z okna samochodu podziwiałam wspaniałe przydrożne lasy i piękną soczystą zieleń. Jakże tęskniłam za tym widokiem przez te wszystkie lata spędzone na obczyźnie, gdzie zewsząd rozciągał się pustynny krajobraz. W Gdańsku przywitała nas piękna słoneczna pogoda – typowe polskie lato z bezchmurnym niebem i lekkim orzeźwiającym wiaterkiem. Wdychałam to powietrze do płuc jak uzdrawiający napar. Odpędzałam od siebie wspomnienie libijskiego gorącego wiatru wiejącego z pustyni, tzw. ghibli. Czuło się wówczas podmuch jak z nagrzanego piekarnika i ten nieznośny zgrzyt piasku w ustach, który wciskał się między zęby.

– O czym myślisz, córeczko? Jesteśmy już w domu. Twoja długa podróż dobiegła końca – głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.

– O niczym, mamo. Jestem po prostu zmęczona i bardzo, bardzo szczęśliwa.

Chłopcy pędem zaczęli wbiegać po schodach na trzecie piętro, by jak najszybciej dopaść do drzwi mieszkania. Ja z rodzicami i bagażami zostałam z tyłu za nimi. Usłyszałam niecierpliwy dzwonek i zaraz po nim zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach stanęła moja najukochańsza babcia. Jakże marzyłam o tej chwili w czasach mojej udręki. Bardzo często przywoływałam w pamięci jej drobną postać jako najpiękniejsze wspomnienie mojego dzieciństwa. Tak bardzo się bałam, że już nigdy jej nie zobaczę. Ta myśl sprawiała mi wiele bólu. Teraz ją widzę i uściskom nie ma końca.

– A nie mówiłam, że ta niespodzianka, którą miała dla nas Nadia, to będzie dziecko? – powiedziała babcia, kiedy przestałam ją ściskać.

W czasie mojej drugiej ciąży, a także po narodzinach Malika postanowiłam, że nic nie powiem rodzicom, aby nie musieli się o mnie martwić. Wiedziałam, że mama będzie to bardzo przeżywać, a bałam się o jej zdrowie.

Przez pierwszych kilka dni odwiedzali nas sąsiedzi, a także brat ze swoją rodziną. Wszyscy zadawali te same pytania. Koniecznie chcieli wiedzieć, jak żyło mi się w Libii i dlaczego zdecydowałam się na powrót do Polski. Czy to już na stałe, czy tylko tymczasowo... Zawsze powtarzałam jeden i ten sam powód – doktorat Muchtara.

Bardzo dużo spacerowałam po swoim rodzinnym mieście, rozkoszowałam się odzyskaną swobodą. Mogłam decydować o własnych krokach, o planowaniu dnia, zakupach, które sama robiłam, i o zabawie ze swoimi dziećmi na świeżym powietrzu. Choć były to całkiem przyziemne rzeczy, sprawiały mi wiele radości. Jednak te beztroskie chwile, które sobie fundowałam, nie przesłoniły kłębiących się w głowie myśli. Co dalej zrobić ze swoim życiem, z nieudanym małżeństwem? Jaką decyzję podjąć, aby nie skrzywdzić dzieci? One przecież niczemu nie zawiniły. Zdawałam sobie sprawę, że tu nie ma złotego środka. Cokolwiek postanowię, one będą cierpieć.

Minął już tydzień od dnia naszego przyjazdu, a telefon milczał. Którejś nocy obudził mnie cichy dzwonek. Zerwałam się wystraszona i szybko podniosłam słuchawkę, aby dźwięk nie zakłócił snu domownikom.

– Dlaczego nie dzwonisz? Czekałem. Martwię się o was. Jak dolecieliście?! – usłyszałam znajomy głos.

– Nie było łączności – skłamałam, aby dać sobie jeszcze chwilę do namysłu, co odpowiedzieć, jaką ostateczną decyzję podjąć. Wtem, jakby na zamówienie, połączenie zostało przerwane.

Trudne decyzje

Tej nocy już nie zasnęłam, niepokojące myśli nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Długo prosiłam Boga, aby pomógł mi podjąć właściwą decyzję. Nad ranem, kiedy słońce zaczęło wschodzić na niebie, ja już wiedziałam, że będę walczyć o naszą rodzinę – dla nas, a przede wszystkim dla dzieci. Byłam gotowa na wszystko, byle tylko zapewnić im poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Gwarantuje to tylko prawdziwa, pełna rodzina.

Być może tu, w Polsce, w innych warunkach bytowych wszystko będzie inaczej. Uczepiłam się tej nadziei, bo przecież ona umiera ostatnia.

Następnej nocy telefon znów zadzwonił. Zaczęliśmy rozmawiać.

– Wczoraj nie mogłem ponownie uzyskać połączenia, ale dziś się udało. Jak chłopcy? Są zdrowi?

– Tak, wszystko u nich w porządku. Cieszą się ze spotkania z dziadkami – odpowiedziałam.

– Rozmawiałaś już z doktorem Rudnickim? Czy sprawa mojej pracy doktorskiej jest aktualna?

– Jeszcze nie zdążyłam, ale zrobię to w najbliższym czasie – obiecałam.

– Zrób to jak najszybciej, bo inaczej będziecie musieli wrócić z powrotem do Libii.

– Nie, nie będzie takiej potrzeby! – powiedziałam stanowczo.

Po tych słowach zapadła chwila ciszy. Muchtar z pewnością wyczuł w moim głosie coś niepokojącego. Coś do niego dotarło, bo powiedział łagodnie jak nigdy dotąd:

– Nadio, przyślę ci pieniądze na remont tego mieszkania babci, gdzie będziemy mogli zamieszkać.

– Tak, zrób to jak najszybciej, bo wakacje dobiegają końca, a Karimek musi rozpocząć naukę w szkole.

– Dobrze. Zadzwonię za kilka dni. Dbaj o siebie, Nadio, i niech Allach nad wami czuwa.

Po tych słowach usłyszałam sygnał zakończonej rozmowy.

Zgodnie z planem mieliśmy zacząć „nowe życie” w Polsce w mieszkaniu babci, która – ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia – nie mogła już funkcjonować bez pomocy bliskich. Miała słabe serce i duszności spowodowane zaawansowaną astmą. Dom był przedwojenny, bez wygód. Należało przebudować łazienkę, postarać się o ciepłą wodę, prysznic, odświeżyć ściany. Muchtar, tak jak obiecał, przysłał mi przez kolegę – turystę niewielką sumę pieniędzy. Jak się okazało, nie wystarczyło ich nawet na pokrycie kosztów remontu, a cóż dopiero mówić o planowanym jeszcze zakupie mebli dla nas i dla dzieci. Doskonale wiedziałam, że mój małżonek posiada pieniądze ze sprzedaży naszego libijskiego mieszkania, jednak wolałam przemilczeć ten fakt. Pomoc rodziców znów okazała się bezcenna.

W końcu nadszedł czas zapisania Karimka do drugiej klasy szkoły podstawowej. Mieściła się ona w pobliżu naszego domu. Była to integracyjna placówka oświatowa z wielkim nowoczesnym boiskiem. Marzyłam, aby moje dzieci mogły uczęszczać do takiej pięknej i przyjaznej szkoły. Karim codziennie chodził wokół tego budynku i widać było, że nie mógł doczekać się pierwszego dzwonka, a także poznania swoich nowych kolegów i nauczycieli.

– Nadio – zagadnęła mama – czy wiesz, że w tej szkole pracuje twoja najbliższa kuzynka, Justyna?

– To cudownie – odparłam uszczęśliwiona, bo nie ma to jak rodzina.

Szczerze się ucieszyłam nie przeczuwając, iż rzeczywistość jest zgoła inna.

Moi synowie byli tak bardzo zaaferowani nowymi wrażeniami, krajobrazem, że przez większość dnia przebywali na świeżym powietrzu w pobliskim lasku. Dotąd znali tylko pustynną florę, a takiego skupiska zieleni nigdy wcześniej nie widzieli. Trudno było ich przekonać, aby wrócili do domu na obiad lub kolację. Rzadko mówili o ojcu, jakby czuli, że on – swoim pojawieniem się – przerwie tę sielankę. Postanowiłam z nimi o tym porozmawiać. Nadarzyła się ku temu okazja, bo Muchtar telefonował poprzedniego wieczoru.

– Karim i Malik, macie gorące pozdrowienia od taty. Dzwonił wczoraj, kiedy już spaliście i prosił, abym wam przekazała, że tęskni i nie może się doczekać przyjazdu do was.

Ich oczy zrobiły się duże i okrągłe. Widać było, że nie wiedzą, jak powinni zareagować. Z jednej strony to przecież ich rodzic, z którym – pomimo wszystko – byli bardzo związani, z drugiej – ciężar zbyt wielu złych wspomnień z ich rodzinnego domu.

– Czy, kiedy tata przyjedzie, będziemy musieli wrócić do naszego starego domu? – niepewnym głosem zapytał Karim.

– Nie, synku, nigdzie nie wyjedziemy. Tu jest teraz nasz dom, przecież niedługo rozpoczynają się lekcje – rozwiałam dziecku wątpliwości i jednocześnie dostrzegłam ulgę na twarzach moich pociech.

Po chwili chłopcy wrócili do swojej zabawy, a ja znów zostałam sama ze swoimi myślami i coraz większym niepokojem o naszą wspólną przyszłość. Uporczywie starałam się posklejać to, co dawno zostało rozbite i pokaleczone. Wiedziałam, że nie poddam się bez walki, ale zdawałam sobie także sprawę z tego, iż za klęskę przyjdzie mi słono zapłacić.

W końcu nadszedł wyczekiwany przez mojego synka dzień – rozpoczęcie roku szkolnego. Pierwszy raz w życiu Karim ujrzał piękne i czyste sale lekcyjne. Te, które znał do tej pory, były nieprzyjazne, zaniedbane, obskurne, sprzątane jedynie przez kilkuletnich uczniów. Chłopiec z ciekawością przyglądał się swoim nowym kolegom i koleżankom. Wszystko budziło jego zachwyt. Wychowawczyni także wydawała się sympatyczna. Podeszła do nas, aby się przywitać i zadać kilka zdawkowych pytań odnośnie swojego nowego ucznia. Zwróciłam uwagę na twarze rodziców dzieci, z którymi Karim miał uczęszczać do jednej klasy. Na niektórych gościł przyjazny uśmiech, lecz większość zdradzała dziwną ciekawość połączoną z niepokojem, a nawet oburzeniem.

Po krótkim apelu z okazji inauguracji nowego roku szkolnego i spisaniu planu zajęć, uczniowie zaczęli opuszczać budynek szkolny i rozchodzić się do swoich domów. Wracaliśmy w pogodnych nastrojach i tylko przywoływany obraz nieprzyjaźnie wpatrujących się w nas ludzi zakłócał mój spokój.

Następnego dnia, po odprowadzeniu Karima do szkoły, pojechałam na spotkanie z doktorem Rudnickim, który obiecał Muchtarowi otwarcie przewodu doktorskiego i zatrudnienie w instytucie naukowym.

– Witaj, Nadio! Jakże miło cię poznać. Tak wiele dobrego o tobie słyszałem od twojego męża i oczywiście od rodziców.

– Dzień dobry, ja także miałam przyjemność usłyszeć od Muchtara sporo na temat pana ogromnej wiedzy oraz wyjątkowej zdolności jej przekazywania.

– Dziękuję, Nadio, jesteś bardzo miła. Teraz rozumiem, dlaczego mój najzdolniejszy student wybrał ciebie na żonę. A tak w ogóle to podziwiam cię za odwagę. Muchtar, z jego wrodzoną inteligencją i rozsądkiem, na pewno pomagał ci odnaleźć się w jego kulturze. Z pewnością nie zapomniał, że jesteś Polką w obcym dla ciebie świecie. Zawsze uważałem go za człowieka honoru o wielkich ambicjach.

Byłam przygotowana na takie pytania, ale nie odpowiedziałam. Skinęłam tylko głową na potwierdzenie.

– A więc – ciągnął dalej – przekaż, proszę, Muchtarowi, że wszystko tu na niego czeka. Będziemy współpracować, co – przy jego zdolnościach – z pewnością okaże się owocne. Jestem pewien, że wniesie znaczący wkład w naukę. W ciągu dwóch, trzech lat skończy studia i, już z tytułem doktora, będzie mógł wraz z rodziną wrócić do swojej ojczyzny.

Tych ostatnich słów nie chciałam usłyszeć. Pożegnałam się i wyszłam z gabinetu.

Minęły cztery miesiące od naszego powrotu do kraju. Żyłam razem z dziećmi skromnie, ale spokojnie. W ciągu dnia miałam wiele pracy przy ciągnącym się, żmudnym remoncie oraz opiece nad synami. Poza tym chciałam jak najczęściej przebywać wśród ludzi. Zapisałam się także na kurs prawa jazdy. W przyszłości ta umiejętność mogła mi się przydać. Egzamin zdałam za pierwszym podejściem. Najgorsze były jednak noce, kiedy powracały koszmary z niedawnej przeszłości. Budziłam się wtedy z głośnym biciem serca i nie mogłam ponownie zasnąć. Moje myśli krążyły wokół zbliżającego się przyjazdu Muchtara. Nieustannie zadawałam sobie pytanie: czy mamy jeszcze szansę na wspólne życie?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Druga szansa

Dostępne w wersji pełnej

Ostracyzm

Dostępne w wersji pełnej

Prawdziwa historia – Anna

Dostępne w wersji pełnej

Gość

Dostępne w wersji pełnej

Wakacje i doświadczenie rasizmu

Dostępne w wersji pełnej

Wypadek

Dostępne w wersji pełnej

Sąd rodzinny i wyprowadzka Muchtara

Dostępne w wersji pełnej

Ucieczka małego chłopca

Dostępne w wersji pełnej

Koniec złudzeń

Dostępne w wersji pełnej

Rozwód – niezakończona historia

Dostępne w wersji pełnej

Od Autorki

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja i korektaAnna Gniewkowska-Gracz

Projekt okładkiMichał Mierzejewski

© Copyright byWydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., 2017

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-8127-012-0

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com