Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Japoński wachlarz. Powroty ebook

Joanna Bator  

4.36842105263158 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Japoński wachlarz. Powroty - Joanna Bator

Joanna Bator spędziła dwa lata w Japonii, pracując na jednej z tokijskich uczelni. Dla kulturoznawczyni i filozofki pobyt w tym kraju stał się źródłem nieustannych zadziwień i przemyśleń. Codzienne życie, nawet kiedy jego fragmenty wyglądały całkiem znajomo, zaskakiwało szczegółami i zasadami. Prowokowało do notowania. Wrażenia i refleksje nawarstwiały się w narrację dokumentującą osobiste spotkanie z inną kulturą. Zachwyty i pytania kierowały ku odpowiednim książkom, a te pomagały w lepszym rozumieniu tego innego świata i zarazem inspirująco jego odbiór komplikowały. Prowadziło to ku nowym zachwytom, kolejnym spacerom i wyprawom, ku kolejnym książkom. Tak powstała „jej Japonia", wachlarz widoków z Krainy Kwitnącej Wiśni. Dziesięć lat temu trafiłam do kraju, o którym nigdy nie marzyłam i o którym nie wiedziałam wiele. Tamta podróż wydawała się być jednorazową przygodą, piękną, ale nieznaczącą, którą los ofiarował mi na życiowym rozdrożu w jednym z niewiarygodnych zbiegów szczęśliwych okoliczności. Wiem, że z różnych powodów podobna wyprawa już mi się nie przydarzy, dlatego wspominam ją z czułością i nostalgią. Jej zapisem jest Japoński wachlarz, którego nową wersję oddaję Czytelnikom do rąk. Japoński wachlarz. Powroty, przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym, czym był od początku: kolekcją obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli „tak, jak pędzel prowadzi". Joanna Bator (ze wstępu) Joanna Bator uzupełniła książkę o nowe doświadczenia, w tym także o trzęsienie ziemi, jakie przeżyła w Tokio 11 marca tego roku, najpotężniejsze od czasu, gdy zaczęto je dokumentować.

Opinie o ebooku Japoński wachlarz. Powroty - Joanna Bator

Cytaty z ebooka Japoński wachlarz. Powroty - Joanna Bator

W Japonii podobny jak na Zachodzie procent ludzi posiada telefony komórkowe, ale o wiele, wiele więcej używa ich do komunikacji internetowej. Podróż tokijskim metrem pozwala przyjrzeć się młodym Japończykom, nazywanym „plemieniem posługującym się kciukiem” – oyayubi zoku . Ale kciukowcy, bezgłośni użytkownicy komórek, klikają nie tylko w metrze. Nie widzą nic dziwnego w klikaniu podczas jazdy na rowerze. Albo jedną ręką wywijają pałeczkami, wciągając kluski, a drugą klikają.
Fakt, iż w wagonie metra można zobaczyć pięć siedzących naprzeciw pań w takich samych fryzurach, podobnych kostiumach i z torebkami Vuittona na kolanach, nie jest niczym szczególnym, nawet jeśli na kolejnym przystanku dołączy do nich szósta.
I tak jeden kawałek to hito kire , a trzy to mi kire – wymowa obu niemiło kojarzy się z zabijaniem i samobójstwem. Z kolei kanji liczby cztery wymawia się tak samo, jak ten oznaczający śmierć, shi . Dlatego nie podaje się na jednym talerzyku czterech kawałków sushi, tylko dwa lub sześć.

Fragment ebooka Japoński wachlarz. Powroty - Joanna Bator

Jo­an­na Ba­tor

Ja­poń­ski wa­chlarz

Po­wro­ty

Au­tor­ka ko­rzy­sta­ła ze sty­pen­dium Fun­du­szu Pro­mo­cji Twór­czo­ści

Co­py­ri­ght © Jo­an­na Ba­tor, 2011

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two W.A.B., 2011

Wy­da­nie II, po­pra­wio­ne i po­sze­rzo­ne

War­sza­wa 2012

Au­tor nig­dy, w żad­nym zna­cze­niu tego sło­wa, nie fo­to­gra­fo­wał Ja­po­nii. Wręcz prze­ciw­nie, to Ja­po­nia oświe­tli­ła go bły­skiem wie­lu gwiazd; albo jesz­cze in­a­czej mó­wiąc: to Ja­po­nia zmu­si­ła go do pi­sa­nia.

Ro­land Bar­thes

Zna­la­złam się w po­sia­da­niu du­żej ilo­ści pa­pie­ru i za­czę­łam za­peł­niać ko­lej­ne ze­szy­ty opi­sa­mi dziw­nych zda­rzeń, hi­sto­ria­mi z prze­szło­ści i in­ny­mi naj­róż­niej­szy­mi rze­cza­mi, włą­cza­jąc nie­raz te naj­bar­dziej try­wial­ne. Przede wszyst­kim sku­pi­łam się na rze­czach i oso­bach, któ­re uwa­ża­łam za uro­cze i wspa­nia­łe, ale moje za­pi­ski peł­ne są rów­nież wier­szy oraz uwag na te­mat drzew i ro­ślin, pta­ków i owa­dów.

Sei Shōna­gon

Tak na­praw­dę cała ta Ja­po­nia jest czy­stym wy­my­słem. Nie ma ani ta­kie­go kra­ju, ani ta­kich lu­dzi.

Oscar Wil­de

od autorki

Taką książ­kę jakJa­poń­ski wa­chlarz pi­sze się tyl­ko raz. Nie da się po­wtó­rzyć do­świad­cze­nia pierw­sze­go spo­tka­nia z inną kul­tu­rą, pierw­szych za­chwy­tów i zdzi­wie­nia. Ta­kich tek­stów nie da się tak­że po­pra­wić, bo sta­ły­by się fał­szy­we, na­wet je­śli zy­ska­ły­by na hi­sto­rycz­nej czy an­tro­po­lo­gicz­nej głę­bi. Dziś pa­trzę na Ja­po­nię z in­ne­go miej­sca, a książ­ka, któ­rą za­pew­ne wkrót­ce na­pi­szę, bar­dzo bę­dzie się róż­nić od Ja­poń­skie­go wa­chla­rza. Dzie­sięć lat temu tra­fi­łam do kra­ju, o któ­rym nig­dy nie ma­rzy­łam i o któ­rym nie wie­dzia­łam wie­le. Tam­ta po­dróż wy­da­wa­ła się być jed­no­ra­zo­wą przy­go­dą, pięk­ną, ale nie­zna­czą­cą, któ­rą los ofia­ro­wał mi na ży­cio­wym roz­dro­żu w jed­nym z nie­wia­ry­god­nych zbie­gów szczę­śli­wych oko­licz­no­ści. Wiem, że z róż­nych po­wo­dów po­dob­na wy­pra­wa już mi się nie przy­da­rzy, dla­te­go wspo­mi­nam ją z czu­ło­ścią i no­stal­gią. Jej za­pi­sem jest Ja­poń­ski wa­chlarz, któ­re­go nową wer­sję od­da­ję Czy­tel­ni­kom do rąk. Ja­poń­ski wa­chlarz. Po­wro­ty, prze­wod­nik oso­bi­sty i su­biek­tyw­ny, po­zo­sta­je tym, czym był od po­cząt­ku: ko­lek­cją ob­raz­ków z po­dró­ży kre­ślo­nych wzo­rem zu­ihit­su, czy­li „tak, jak pę­dzel pro­wa­dzi”.

Los oka­zał się prze­wrot­ny. Po pierw­szych dwóch la­tach w Ja­po­nii wie­dzia­łam, że je­śli jest kraj, w któ­rym czu­ję się na­praw­dę do­brze, to wła­śnie tam. Nie mam na my­śli szczę­ścia, co­kol­wiek ono zna­czy, ale pe­wien ro­dzaj kom­pa­ty­bil­no­ści mię­dzy „ja” a świa­tem ze­wnętrz­nym, któ­ry ofe­ru­je mi to, cze­go po­trze­bu­ję. Je­stem obca i je­stem da­le­ko: od tego za­czy­na­ją się wszyst­kie moje ja­poń­skie opo­wie­ści. Oka­za­ło się, że Ja­po­nia jest dla mnie przy­go­dą na całe ży­cie, a po kil­ku mie­sią­cach po­by­tu w Pol­sce za­czy­nam tę­sk­nić za pej­za­żem, któ­ry na po­cząt­ku po­zba­wił mnie słów i tchu. Za wi­do­kiem na górę Fu­dżi z okna mo­je­go ja­poń­skie­go miesz­ka­nia. Za sma­kiem zie­lo­nej her­ba­ty, któ­ra nig­dzie in­dziej nie ma ta­kie­go aro­ma­tu. Za spo­so­bem, w jaki po­ru­sza­ją się lu­dzie pły­ną­cy uli­ca­mi Shin­ju­ku ni­czym ła­wi­ce ryb. Za ła­god­ny­mi zi­ma­mi, gdy kwit­ną ka­me­lie i przez dwa mie­sią­ce co­dzien­nie świe­ci słoń­ce. Za me­lan­cho­lią ha­na­mi. Porą desz­czo­wą i szu­mem wody w ogro­dzie, sma­kiem sło­dy­czy z tru­skaw­ka­mi i czer­wo­ną fa­so­lą. Za naj­pięk­niej­szy­mi po­cią­ga­mi świa­ta, któ­re czę­sto fo­to­gra­fu­ję wspól­nie z pa­trzą­cy­mi na mnie z peł­nym zro­zu­mie­niem Ja­poń­czy­ka­mi. Za wie­czo­ra­mi w dziel­ni­cy Jiy­uga­oka, dwa kro­ki ode mnie, gdzie, jak wła­śnie czy­tam u Ha­ru­kie­go Mu­ra­ka­mie­go, miesz­ka Aoma­me. Za by­ciem u sie­bie i by­ciem da­le­ko.

Po­sta­no­wi­łam wró­cić do Ja­po­nii. Cią­gle wra­cam. Z ostat­nich dzie­się­ciu lat po­ło­wę spę­dzi­łam w Ja­po­nii i mam co­raz moc­niej­sze wra­że­nie, że po­by­ty w Pol­sce są cze­ka­niem na ko­lej­ną po­dróż do Domu Słoń­ca.

Ja­poń­ski wa­chlarz. Po­wro­ty to książ­ka, w któ­rej Czy­tel­ni­cy znaj­dą uzu­peł­nio­ne tek­sty zna­ne z Ja­poń­skie­go wa­chla­rza oraz nowe frag­men­ty i zdję­cia, ale sta­ra­łam się nie na­ru­szyć du­cha tej opo­wie­ści. W tym sen­sie za­ufa­łam Czy­tel­ni­kom, któ­rzy przy­ję­li moją książ­kę z taką ser­decz­no­ścią i za­in­te­re­so­wa­niem. Licz­ne po­dró­że z Ja­poń­skim wa­chla­rzem i spo­tka­nia z ludź­mi w róż­nych mia­stach Pol­ski to jed­no z mo­ich naj­cen­niej­szych i naj­bar­dziej po­ucza­ją­cych za­wo­do­wych do­świad­czeń. Je­śli ten emo­cjo­nal­ny za­pis mo­je­go pierw­sze­go spo­tka­nia z Ja­po­nią tylu lu­dziom dał przy­jem­ność czy­ta­nia i obu­dził ich cie­ka­wość, war­to było. Chcia­łam jed­nak dać w ja­kiś spo­sób znać, że au­tor­ka jest już gdzie in­dziej, w in­nym tek­ście i dla­te­go włą­czy­łam do tej książ­ki szcze­gól­nie waż­ny dla mnie esej, Ape­tyt na ka­ni­ba­la. Ten tekst na­pi­sa­ny na za­mó­wie­nie „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” był trud­nym wy­zwa­niem, bo mu­sia­łam naj­pierw od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nia, po co w ogó­le pi­sać o ja­poń­skim ka­ni­ba­lu? Wie­dzia­łam, że pra­ca nad ta­kim ar­ty­ku­łem nie ma sen­su, je­śli nie znaj­dę do­bre­go po­wo­du – w me­diach mamy dość gla­mo­ry­za­cji zbrod­ni i na­pa­wa­nia się okrop­no­ścia­mi. Li­czę na to, że mi się uda­ło. Ta ma­ka­brycz­na hi­sto­ria Ja­poń­czy­ka, któ­ry zjadł Eu­ro­pej­kę, słu­ży mi jako przy­kład wza­jem­ne­go sym­bo­licz­ne­go po­że­ra­nia się przez Wschód i Za­chód, co nie zna­czy oczy­wi­ście, że nie od­czu­wam gro­zy czy obo­jęt­ny jest mi los ofia­ry. „Cała ta Ja­po­nia jest czy­stym wy­my­słem. Nie ma ani ta­kie­go kra­ju, ani ta­kich lu­dzi” – pi­sze cy­to­wa­ny prze­ze mnie na po­cząt­ku książ­ki Oscar Wil­de. Na­wza­jem two­rzy­my nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie na swój te­mat. Orien­ta­li­stycz­na wy­obraź­nia peł­na jest gejsz made in Hol­ly­wo­od i vice ver­sa – okcy­den­ta­li­stycz­ne oko wi­dzi nas w krzy­wym zwier­cia­dle tak, jak ka­ni­bal wi­dział swo­ją ofia­rę. Cza­sem ani jed­ni, ani dru­dzy nie za­uwa­ża­ją tego, co in­tu­icyj­nie wy­czu­wa­ją mło­dzi fa­scy­na­ci ja­poń­skiej kul­tu­ry po­pu­lar­nej – nie ma już ani dy­cho­to­mii, ani prze­pa­ści, i co­raz nam do sie­bie bli­żej w glo­bal­nej wio­sce, jaką stał się świat. Pi­sać tak, aby nie być ka­ni­ba­lem. Oto wy­zwa­nie, przed któ­rym sta­je każ­da oso­ba pi­szą­ca o kul­tu­rze, głod­na in­no­ści.

Ipodróż do Domu Słońca

Tam, tu­taj. Od­da­le­nie, dy­stans, roz­su­nię­cie bo­ków. Tam – to miej­sce, gdzie mnie nie ma. Tu­taj – to miej­sce, w któ­rym je­stem. […] I już je­stem tam: na ze­wnątrz, poza „mną” sa­mym. Ze­wnę­trze to jed­nak eks­po­nu­je mnie jesz­cze na inne ze­wnę­trze: na cia­ło in­ne­go czło­wie­ka, na in­ne­go, o ile ten jest cia­łem.

Jean-Luc Nan­cy, esej z ka­ta­lo­gu wy­sta­wy Gen­dai

inne ciała: „ja” i „oni”

Moja ja­poń­ska przy­go­da za­czę­ła się na frank­furc­kim lot­ni­sku przed wej­ściem nu­mer trzy­dzie­ści trzy, gdzie wraz z resz­tą po­dróż­nych cze­ka­łam na sa­mo­lot do To­kio. Oprócz mnie byli tam nie­mal wy­łącz­nie Ja­poń­czy­cy, co spra­wi­ło, że na­gle zna­la­złam się po­śród lu­dzi, od któ­rych róż­ni­łam się wy­glą­dem w spo­sób wy­raź­ny i nie­moż­li­wy do zi­gno­ro­wa­nia. Ga­ijin, czy­li „obca”, „cu­dzo­ziem­ka”, do­słow­nie „oso­ba z ze­wnątrz”, jed­no z nie­licz­nych ja­poń­skich słów, ja­kie zna­łam, przy­szło mi do gło­wy i roz­bły­sło na moim eu­ro­pej­skim czo­le jak neon. W ra­mach obej­mu­ją­ce­go rów­nież Ja­po­nię dys­kur­su po­li­tycz­nej po­praw­no­ści Ja­poń­czy­cy sta­ra­ją się odejść od tego okre­śle­nia, ale jest ono nadal w po­wszech­nym uży­ciu. Oto więc ja, ga­ijin­ka. Za­ba­wa w wy­szu­ki­wa­nie w tłu­mie azja­tyc­kich twa­rzy, któ­rej od­da­wa­łam się z ob­se­syj­nym upodo­ba­niem od cza­su, gdy za­pa­dła de­cy­zja o moim wy­jeź­dzie do Ja­po­nii, stra­ci­ła sens. Te­raz to „ja” by­łam inna, a „oni” sta­no­wi­li od­nie­sie­nie.

Nie­ste­ty żad­ne sub­tel­ne i wy­ra­fi­no­wa­ne wra­że­nie nie do­da­ło bla­sku po­cząt­ko­wi mo­jej po­dró­ży. Pła­skie sko­śno­okie twa­rze Ja­poń­czy­ków wy­da­wa­ły mi się po pro­stu bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Ta bo­le­śnie ba­nal­na re­flek­sja nie spra­wi­ła mi żad­nej sa­tys­fak­cji po­znaw­czej, ale ja­poń­scy po­dróż­ni byli po pro­stu czar­no­wło­si, żół­ta­wi i sko­śno­ocy. Wia­do­mo, że prze­cięt­ne­mu Eu­ro­pej­czy­ko­wi ła­twiej od­róż­nić trzy ja­poń­skie sa­mo­cho­dy na par­kin­gu niż trzech wczo­raj po­zna­nych Ja­poń­czy­ków; tacy je­ste­śmy ogra­ni­cze­ni i co za szczę­ście, że umie­my z sie­bie żar­to­wać, bo prze­cież, broń Boże, nie ma to nic wspól­ne­go z na­szym po­czu­ciem wyż­szo­ści. Po ja­kimś cza­sie prze­cięt­ny Eu­ro­pej­czyk za­czy­na roz­po­zna­wać w Ja­po­nii od­mien­ne typy an­tro­po­lo­gicz­ne, ale są to nadal róż­ni­ce sub­tel­ne – kil­ka cen­ty­me­trów wzro­stu, kształt ko­ści po­licz­ko­wych, pie­przyk na po­licz­ku, od­róż­nia­ją­cy dla po­trzeb na­szej per­cep­cji ja­kąś czar­no­wło­są i czar­no­oką Ma­ri­ko z Hok­ka­ido od jej rów­nie czar­no­wło­sej i czar­no­okiej ko­le­żan­ki z Kiu­siu. Wi­zu­al­ne do­świad­cze­nie „buj­nej róż­no­rod­no­ści”, w jaką – we­dług Ro­lan­da Bar­the­sa, au­to­ra Im­pe­rium zna­ku – prze­kształ­ca się z cza­sem przy­wo­żo­ny przez nas do Ja­po­nii ste­reo­typ Ja­poń­czy­ka, w moim przy­pad­ku było w oczy­wi­sty spo­sób kwe­stią przy­szło­ści. Wy­tę­ży­łam więc wzrok w pierw­szej pró­bie prze­nik­nię­cia ta­jem­ni­cy, jaką ukry­wa cie­le­sna obec­ność In­ne­go.

Ja­poń­skie cia­ła sie­dzą­ce w po­cze­kal­ni nu­mer trzy­dzie­ści trzy były drob­ne i ład­nie wpa­so­wa­ne w prze­strzeń. Na ich szczu­płych ko­la­nach spo­czy­wa­ły szczu­płe dło­nie o po­dłuż­nych wą­skich pa­znok­ciach. Bar­dzo za­dba­nych i czy­stych. Jed­no obok dru­gie­go sie­dzia­ły w więk­szo­ści star­sze cia­ła: de­li­kat­ne ko­bie­ty o nie­na­gan­nym ma­ki­ja­żu i świe­żych fry­zu­rach spra­wia­ją­cych wra­że­nie, jak­by przed go­dzi­ną roz­ja­śnił je na iden­tycz­ny od­cień brą­zu ten sam fry­zjer, star­si pa­no­wie wy­szy­ko­wa­ni na po­dróż z nie­co prze­sad­ną pe­dan­te­rią. Wszyst­kie cia­ła, nie­za­leż­nie od płci, były jak­by ubra­ne „za bar­dzo”. Prze­bra­ne w uni­for­my „praw­dzi­wych ja­poń­skich tu­ry­stów”, ja­kich zwar­te gru­py moż­na zo­ba­czyć w naja­trak­cyj­niej­szych miej­scach sta­re­go kon­ty­nen­tu – na pla­cu św. Mar­ka, w Luw­rze, pod krzy­wą wie­żą w Pi­zie. Drob­ne cia­ła opa­ko­wa­ne zo­sta­ły sta­ran­nie, ele­ganc­ko i schlud­nie, bar­dzo do­kład­nie, a ich stro­je uzu­peł­nia­ła zbyt duża ilość de­ta­li: pa­su­ją­cych do sie­bie chu­s­te­czek, pa­sków, sza­li i to­re­bek, z roz­my­słem skom­ple­to­wa­nych cza­pe­czek i ka­pe­lu­szy, lor­ne­tek i apa­ra­tów fo­to­gra­ficz­nych w wy­myśl­nych fu­te­ra­łach. Cia­ła te mia­ły w so­bie coś ro­ślin­no-mor­skie­go ra­czej niż ssa­cze­go. Nie szpe­ci­ły ich żad­ne fał­dy i na­wi­sy tłusz­czu. Nie wy­le­wa­ły się na boki ze swo­ich ele­ganc­kich form i sie­dzia­ły tak, jak­by sta­ra­ły się nie zaj­mo­wać wię­cej miej­sca, niż jest to ab­so­lut­nie nie­zbęd­ne. Fran­cu­ski fi­lo­zof Jean-Luc Nan­cy pi­sze, że w od­róż­nie­niu od za­chod­nich ciał bło­no­wa­tych, za­mknię­tych w so­bie, mo­na­dycz­nych (a więc po­ten­cjal­nie agre­syw­nych), cia­ła ja­poń­skie są czuł­ko­wa­te; przy­zwy­cza­jo­ne do ści­sku, wy­pusz­cza­ją na boki czuł­ki, ba­da­jąc prze­strzeń, ale nie wcho­dząc po­chop­nie w kon­takt z in­ny­mi cia­ła­mi. Za po­mo­cą nie­wi­dzial­nych ra­da­rów na­mie­rza­ją zbli­ża­ją­ce się inne cia­ło i od­gi­na­ją się w bok jak ukwia­ły. Śred­nią wie­ku wśród tych czuł­ko­wa­tych ciał ob­ni­ża­ły trzy mło­de dziew­czy­ny (albo trzy klo­ny dla mo­je­go nie­wpraw­ne­go i nie­po­praw­ne­go po­li­tycz­nie oka), któ­re ukry­ły się w ką­cie, jesz­cze ide­al­nie gład­kie, ślicz­ne jak z re­kla­my azja­tyc­kie­go biu­ra po­dró­ży. Jed­na po­wie­dzia­ła coś do ko­le­ża­nek, na co te za­chi­cho­ta­ły, za­sła­nia­jąc usta dło­nią w po­tro­jo­nym ge­ście. Coś w ich wy­glą­dzie, świe­żym, pro­mien­nym, ero­tycz­nym, od­bie­ga­ło od nor­my, któ­rą znam, i do­pie­ro spoj­rzaw­szy na ich sto­py, zro­zu­mia­łam, w czym rzecz. Dziew­czę­ta trzy­ma­ły je zwró­co­ne czub­ka­mi do środ­ka, tak jak cza­sem ro­bią małe dziew­czyn­ki; trzy pary ma­łych ja­poń­skich stó­pek obu­tych w naj­mod­niej­sze w tym se­zo­nie kla­pecz­ki z no­sa­mi w szpic sta­ły pod iden­tycz­nym ką­tem utwo­rzo­nym przez po­łą­czo­ne pal­ce i roz­su­nię­te pię­ty. Kla­pecz­ki niby bar­dzo po­dob­ne do tych, któ­rym i ja się nie opar­łam, ale bar­dziej ozdob­ne, prze­sad­ne w mod­nym kro­ju, prze­ry­so­wa­ne. Bar­dziej znak buta niż but. Bu­cik bon­sai. Nie­win­ne lo­lit­ki, nie­świa­do­me (nie chcąc być świa­do­me?) swo­jej do­ro­słej już ko­bie­co­ści, za­chi­cho­ta­ły po­now­nie, trzy wą­skie dło­nie unio­sły się jesz­cze raz, by przy­kryć tro­je ust sta­ran­nie po­kry­tych błysz­czy­kiem. Sie­dzą­cy naj­bli­żej mnie męż­czy­zna za­sze­le­ścił ga­ze­tą i spoj­rzał dys­kret­nie na ze­ga­rek. Po­tem prze­niósł wzrok w tym sa­mym kie­run­ku, w któ­rym ja pa­trzy­łam, na pro­mie­nie­ją­ce uro­dą dziew­czę­ta. Jego to­wa­rzysz­ka ani drgnę­ła, może drze­ma­ła i tyl­ko opal wiel­ko­ści prze­piór­cze­go jaj­ka za­drgał na jej pal­cu pło­mien­nym bla­skiem. Ja­poń­skie cia­ła z czuł­ka­mi: „Ostroż­ne”? „Nie­śmia­łe”? „Prze­bie­głe”? Przy­cup­nę­łam obok jed­ne­go z nich, a ono od­su­nę­ło się le­ciut­ko. Sie­dzie­li­śmy jak w za­mknię­tej kap­su­le. Go­to­wi do po­dró­ży na inną pla­ne­tę. Po chwi­li naj­pierw nie­miec­ki, a po­tem ja­poń­ski głos po­wia­do­mił nas, że sa­mo­lot jest go­to­wy do od­lo­tu. In­for­ma­cja wy­po­wie­dzia­na po ja­poń­sku była o wie­le dłuż­sza, wy­gło­szo­na ko­bie­cym gło­sem o okta­wę wyż­szym od nor­mal­ne­go. Brzmiał tak, jak­by jego wła­ści­ciel­ka za­pra­sza­ła nas do uczest­nic­twa w czymś wy­jąt­ko­wo przy­jem­nym i nie­zwy­kłym, z góry prze­pra­sza­jąc jed­nak, je­śli nam się nie spodo­ba, i bio­rąc całą winę na sie­bie. Cie­niut­kim gło­sem wy­do­by­wa­ją­cym się z głę­bi ści­śnię­tej krta­ni in­for­mo­wa­ła nas być może, że je­śli bę­dzie­my mieć ja­kieś za­strze­że­nia co do ob­słu­gi po­kła­do­wej, go­to­wa jest oso­bi­ście za­dość­uczy­nić na­szym krzyw­dom, na­tych­miast po­peł­nia­jąc ry­tu­al­ne sa­mo­bój­stwo. W po­rów­na­niu z tą kwin­te­sen­cją grzecz­no­ści po­wtó­rzo­na wła­śnie nie­miec­ka in­for­ma­cja przy­po­mi­na­ła po­na­gle­nie wię­zien­nej straż­nicz­ki i to ona do­pie­ro skło­ni­ła mnie do ru­chu. Po­cho­dzę z tej czę­ści Eu­ro­py, gdzie nie­miec­kie ko­men­dy są moc­no wro­śnię­te w pod­świa­do­mość i nie­któ­rym nadal śnią się w kosz­ma­rach. Gdy wsta­li­śmy, by usta­wić się w wy­jąt­ko­wo po­rząd­nej ko­lej­ce do sa­mo­lo­tu, po­czu­łam ko­lej­ny przy­pływ nie­spre­cy­zo­wa­ne­go cie­le­sne­go dys­kom­for­tu. Na­gle coś za­czę­ło być ze mną nie tak. Dziw­nie. Z pew­no­ścią in­a­czej niż zwy­kle. Po chwi­li do­pie­ro zda­łam so­bie spra­wę, że – o cu­dzie – na­le­żę do naj­wyż­szych ko­biet w po­cze­kal­ni i gó­ru­ję wzro­stem nad wie­lo­ma męż­czy­zna­mi. Nie do wia­ry – nad więk­szo­ścią męż­czyzn! Nig­dy jesz­cze nie pa­trzy­łam na świat z tej per­spek­ty­wy, a trzy­dzie­ści parę prze­ży­tych lat po­zwo­li­ło mi przy­zwy­cza­ić się do po­żyt­ków i wad zwią­za­nych z fak­tem, że je­stem ra­czej nie­du­ża. Drob­na, fi­li­gra­no­wa, sub­tel­na i de­li­kat­na – jak­że nie cier­pia­łam tych okre­śleń i świa­do­mo­ści, że oso­ba tej po­stu­ry jest po­ten­cjal­ną ofia­rą. Od dzie­ciń­stwa ma­rzy­łam, że pew­ne­go dnia sta­nę się wy­so­ka, po­staw­na i sil­na jak bok­su­ją­ca Hi­la­ry Swank w Mil­lion Do­lar Baby (Za wszel­ką cenę).

Po­dob­no Ja­poń­czy­cy są co­raz wy­żsi. Sta­ty­sty­ki po­da­ją, że nie­stro­nią­ce od mię­sa i na­bia­łu mło­de po­ko­le­nie prze­ro­sło ro­dzi­ców i dziad­ków, ale śred­nia jest nadal nie­zbyt im­po­nu­ją­ca. Eu­ro­pej­czy­cy i Ame­ry­ka­nie, któ­rzy tak jak ja w oj­czyź­nie z tru­dem ucho­dzi­li za naj­wy­żej śred­nich, w Ja­po­nii pierw­szy raz w ży­ciu cie­szą się wy­so­kim wzro­stem. Szczu­pli zaś, z przy­zwy­cza­je­nia ku­pu­jąc ubra­nia roz­mia­ru „S”, ze zdu­mie­niem spo­strze­ga­ją, że spodnie uda­je się wcią­gnąć tyl­ko do ko­lan, a na­gle spo­tęż­nia­ła klat­ka pier­sio­wa roz­sa­dza swe­te­rek o przy­krót­kich i zbyt wą­skich rę­ka­wach. Prze­kra­cza­jąc gra­ni­cę Ja­po­nii, nie­po­strze­że­nie zmie­ni­li się bo­wiem w gru­ba­sów w roz­mia­rze „XL”. Ja sama z oso­by nie­wy­róż­nia­ją­cej się ni­czym szcze­gól­nym wy­ro­słam nie­spo­dzia­nie na ko­goś, komu ja­poń­skie dziec­ko o buzi jak z kre­sków­ki przy­glą­da się zo­grom­nia­ły­mi ze zdu­mie­nia ocza­mi.

W pew­nym sen­sie prze­sta­łam być daw­ną sobą. Cu­dzo­ziem­ka, ga­ijin­ka – to klu­czo­we sło­wo od­tąd ma otwie­rać, a nie­kie­dy i wy­czer­py­wać cha­rak­te­ry­sty­kę mo­jej oso­by. W ten spo­sób Ja­po­nia po­zba­wi­ła mnie pew­no­ści. Sta­łam się na­gle ko­bie­tą in­ne­go roz­mia­ru, dużą blon­dyn­ką w tłu­mie drob­nych, ciem­no­wło­sych osób. Ta na­gła trans­lo­ka­cja „ja” uświa­do­mi­ła mi, że po­dróż do Ja­po­nii bę­dzie się róż­ni­ła od wszyst­kich in­nych.

pod słońce

Ktoś kie­dyś po­wie­dział, że mię­dzy Pol­ską a Ja­po­nią jest tyl­ko wiel­ki las. Za­czy­na się on wkrót­ce po­tem, jak sa­mo­lot prze­le­ci nad Ura­lem od­dzie­la­ją­cym ma­lut­ką Eu­ro­pę od po­tęż­nej Azji i skrę­ci na pół­noc. Za­mknię­ci w her­me­tycz­nej kap­su­le, le­cie­li­śmy, wy­gry­wa­jąc za­wo­dy z cza­sem, i dzień zsza­rzał w mgnie­niu oka. W ten spo­sób wie­czór w Eu­ro­pie za­mie­nił się na­gle w głę­bo­ką noc, któ­ra pę­dząc na łeb na szy­ję, ści­ga­ła się ze swo­im cie­niem nad Sy­be­rią.

Obok mnie sie­dział star­szy męż­czy­zna, drob­ny i ma­leń­ki. Jego czuł­ko­wa­te cia­ło od­gię­ło się de­li­kat­nie w stro­nę okna, by ogra­ni­czyć do mi­ni­mum ewen­tu­al­ny kon­takt fi­zycz­ny z moim łok­ciem lub ra­mie­niem. Od chwi­li wej­ścia do sa­mo­lo­tu nie za­mie­ni­li­śmy ani sło­wa. Raz tyl­ko Ja­poń­czyk uśmiech­nął się do mnie nie­mal nie­uchwyt­nym pół­u­śmie­chem, gdy – po­dob­nie jak on – się­gnę­łam po pa­łecz­ki, a nie wi­de­lec, by zjeść mię­dzy­kon­ty­nen­tal­ny po­si­łek zło­żo­ny z eu­ro­pej­skich i azja­tyc­kich dań. Sły­sząc, jak roz­ła­mu­ję ich po­łą­czo­ne koń­ce, sta­ru­szek od­wró­cił się w moją stro­nę, po­pa­trzył na sto­ją­cy przede mną ma­ka­ron i sos so­jo­wy jak na­uczy­ciel do ze­szy­tu uczen­ni­cy, z uwa­gą nie­po­zba­wio­ną po­czu­cia wyż­szo­ści. Po­ki­wał gło­wą, przyj­rzał się jesz­cze raz i uniósł w dwóch pal­cach ma­leń­ką pla­sti­ko­wą to­reb­kę z su­szo­ny­mi wo­do­ro­sta­mi nori, któ­rych nie za­uwa­ży­łam, a któ­re po­win­nam do­dać do swo­jej po­tra­wy, aby wszyst­ko od­by­ło się we­dług za­sad. Była to pierw­sza in­struk­cja zwią­za­na z je­dze­niem, ja­kich po­tem moi ja­poń­scy zna­jo­mi udzie­lą mi mnó­stwo. Prze­cięt­ny Po­lak przez całe ży­cie nie wy­po­wie bo­wiem tylu zdań na te­mat bi­go­su, ile Ja­poń­czyk może wy­pro­du­ko­wać na te­mat ulu­bio­nej po­tra­wy pod­czas co­dzien­nej ko­la­cji. Moja edu­ka­cja ku­li­nar­na za­czę­ła się od po­da­nej w sa­mo­lo­cie zaru-soba, czy­li zim­ne­go ma­ka­ro­nu z gry­cza­nej mąki po­sy­pa­ne­go po­kro­jo­ny­mi w cien­kie pa­secz­ki, spra­so­wa­ny­mi wo­do­ro­sta­mi nori. To lek­kie da­nie jest szcze­gól­nie po­pu­lar­ne la­tem. Ma­ka­ron je się, mo­cząc każ­dy kęs w so­sie so­jo­wym zmie­sza­nym z kil­ko­ma piór­ka­mi szczy­pior­ku i odro­bi­ną wa­sa­bi, zie­lo­nej ostrej przy­pra­wy, któ­ra jest ja­poń­ską od­mia­ną chrza­nu. Soba ma for­mę cien­kie­go spa­ghet­ti i je­dze­nie jej pa­łecz­ka­mi wy­ma­ga nie­co prak­ty­ki, ko­niecz­nej, by tra­fić zwi­sa­ją­cym ma­ka­ro­nem do mi­secz­ki z so­sem, a po­tem to wszyst­ko wpa­ko­wać do ust. Ja­poń­czyk po­cze­kał, aż po­łknę pierw­szy kęs, po­ki­wał gło­wą jesz­cze raz i po­tem już w mil­cze­niu zje­dli­śmy swo­ją zaru-soba. „W mil­cze­niu” nie zna­czy jed­nak „w ci­szy”. Ja­poń­czy­cy sior­bią, wcią­ga­jąc klu­ski tak, jak ro­bią to u nas dzie­ci, do­pó­ki nie do­sto­su­ją się do kul­tu­ro­we­go wy­mo­gu eli­mi­no­wa­nia cie­le­snych od­gło­sów i bez­gło­śne­go je­dze­nia, jak każe za­chod­ni zwy­czaj. Dla Ja­poń­czy­ka jed­nak jeść bez­gło­śnie to tak, jak­by po­zba­wić się po­ło­wy przy­jem­no­ści. Męż­czyź­ni sior­bią gło­śniej i swo­bod­niej niż ko­bie­ty i gdy­by mę­skość po ja­poń­sku mia­ła coś wspól­ne­go z gło­śno­ścią sior­ba­nia, mój ma­lut­ki są­siad był­by praw­dzi­wym ma­cho. Ko­lej­ne por­cje ma­ka­ro­nu zni­ka­ły w jego ustach w ryt­mie mia­ro­wych hi­gie­nicz­nych we­ssań wy­róż­nia­ją­cych się na­wet na tle wiel­kie­go „siorb-kon­cer­tu”, ja­kim stał się nasz sa­mo­lot. Po ko­la­cji po­pi­tej zie­lo­ną her­ba­tą Ja­poń­czyk za­snął jak dziec­ko, tak spo­koj­nie, jak­by lot­ni­czy fo­tel był naj­wy­god­niej­szym po­sła­niem. Jed­na z hi­po­tez na te­mat ła­two­ści, z jaką Ja­poń­czy­cy po­tra­fią za­snąć w każ­dych oko­licz­no­ściach, łą­czy tę umie­jęt­ność z fak­tem, iż dzie­ci są tam kar­mio­ne pier­sią dłu­żej niż na Za­cho­dzie. Do­ro­śli Ja­poń­czy­cy mają po­noć, w prze­ci­wień­stwie do nas, pa­mięć tej bli­sko­ści z mat­ką i dzię­ki niej mogą nie­świa­do­mie po­wró­cić do po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, ja­kie ma ose­sek, za­sy­pia­ją­cy – zwłasz­cza po po­sił­ku – w każ­dych wa­run­kach. Mój są­siad rze­czy­wi­ście wy­glą­dał na spo­koj­ne­go i mia­ro­wo po­chra­py­wał, uśmie­cha­jąc się przez sen. Być może śnił pięk­ny sen o ssa­niu mat­czy­nej pier­si, któ­re­go mo­głam mu tyl­ko za­zdro­ścić.

Po dzie­się­ciu go­dzi­nach lotu, pod­czas któ­rych bez­sen­na dla mnie noc trwa­ła krót­ko i mi­nę­ła na­gle jak ucię­ta no­żem, roz­bły­sła po­zio­ma kre­ska słoń­ca, znów dzie­ląc ho­ry­zont na dwo­je. Za­czy­nał się nowy dzień, star­szy brat tego, któ­ry jesz­cze nie na­ro­dził się w Eu­ro­pie. Zda­łam so­bie spra­wę, że to już na­praw­dę bli­sko; Kra­ina Wscho­dzą­ce­go Słoń­ca. Miej­sce, gdzie Słoń­ce miesz­ka. Ni­hon (albo Nip­pon), ory­gi­nal­na na­zwa kra­ju zna­ne­go nam jako Ja­po­nia, skła­da się z dwóch ele­men­tów two­rzą­cych kan­ji, czy­li chiń­ski znak:ni­chi to „słoń­ce”, a hon to „pod­sta­wa”, „źró­dło” lub „po­czą­tek”. Dla Chiń­czy­ków Ja­po­nia była „do­mem Słoń­ca”, miej­scem, gdzie Słoń­ce „miesz­ka”, bo co­dzien­nie mo­gli ob­ser­wo­wać, jak wsta­je ono na ho­ry­zon­cie Pa­cy­fi­ku, za któ­rym le­żał wą­ski pa­sek wul­ka­nicz­nych wysp. Ama­te­ra­su, bo­gi­ni ogni­stej pla­ne­ty, zaj­mu­je uprzy­wi­le­jo­wa­ną po­zy­cję w pan­te­onie re­li­gii sin­to­istycz­nej i we­dług ja­poń­skiej mi­to­lo­gii jest pro­to­plast­ką ce­sar­skie­go rodu. Fakt, iż głów­ne bó­stwo jest ro­dza­ju żeń­skie­go, rzecz ra­czej wy­jąt­ko­wa wśród so­lar­nych przed­sta­wień, in­ter­pre­tu­je się jako ślad ja­poń­skiej kul­tu­ry ma­triar­chal­nej, któ­rej daw­ny splen­dor prze­padł w mro­kach hi­sto­rii zdo­mi­no­wa­nej przez wo­jow­ni­czych sa­mu­ra­jów. Ama­te­ra­su to z całą pew­no­ścią ona, cho­ciaż jej mi­to­lo­gicz­ne na­ro­dzi­ny wy­ma­ga­ły obec­no­ści pier­wiast­ka mę­skie­go. Na sa­mym po­cząt­ku świa­ta z nie­by­tu wy­ło­ni­ła się para ro­dzeń­stwa, Iza­na­mi (ona) oraz Iza­na­gi (on), i za­nim za­cho­wa­nie pta­ków (któ­re naj­wi­docz­niej z ja­kichś ko­smo­lo­gicz­nych po­wo­dów już ist­nia­ły) pod­po­wie­dzia­ło im, co mają ro­bić, snu­li się bez żad­ne­go za­ję­cia po bez­lud­nym kra­jo­bra­zie. Od mo­men­tu jed­nak, gdy po­zna­li ra­dość sek­su, za­czę­li pło­dzić bo­skie po­tom­stwo w du­żej ilo­ści. Przy jed­nych z na­ro­dzin zda­rzy­ła się jed­nak tra­ge­dia: bóg ognia, przy­cho­dząc na świat, okrut­nie po­pa­rzył Iza­na­mi, i ta w bólu ode­szła do kra­iny umar­łych. Iza­na­gi nie mo­gąc znieść roz­pa­czy po utra­cie żony/sio­stry, udał się w ślad za nią, i mimo iż bła­ga­ła, by na nią nie pa­trzył, nie wy­trzy­mał, pod­niósł wzrok. Iza­na­mi z kra­iny umar­łych nie była już jed­nak tą, któ­rej pra­gnął brat/ko­cha­nek, i zo­ba­czyw­szy jej ska­la­ne śmier­cią cia­ło, za­po­mniał o swo­jej mi­ło­ści. Iza­na­gi od tej chwi­li my­ślał już tyl­ko o tym, by się oczy­ścić z bru­du śmier­ci, i po­gnał z po­wro­tem do świa­ta ży­wych. Za­nu­rzył się w wo­dzie aż po czu­bek gło­wy, da­jąc po­czą­tek nie tyl­ko tra­dy­cji ry­tu­al­nych oczysz­czeń cha­rak­te­ry­stycz­nych dla ja­poń­skiej re­li­gii sin­to, lecz tak­że ze wszech miar god­ne­mu na­śla­do­wa­nia świec­kie­mu zwy­cza­jo­wi co­dzien­nych ką­pie­li. Gdy Iza­na­gi do­ko­ny­wał ablu­cji, z jego cia­ła na­ro­dzi­li się na­stęp­ni bo­go­wie: z nosa – bóg wia­tru, pa­nu­ją­cy nad mo­rza­mi, a wcze­śniej z le­we­go oka – wła­śnie Ama­te­ra­su, bo­gi­ni słoń­ca, wła­da­ją­ca nie­bem. Tak po­wstał pan­te­on sin­to, re­li­gii, któ­ra zna po­ję­cie nie­czy­sto­ści i wsty­du, ale nie zna po­ję­cia grze­chu.

Jesz­cze chwi­la lotu i czer­wo­na kre­ska świa­tła eks­plo­do­wa­ła w kulę ośle­pia­ją­ce­go bla­sku, któ­ry wy­peł­nił nie­bo po oszu­ka­nej nocy; Ama­te­ra­su wy­ło­ni­ła się z ciem­no­ści, by­li­śmy już w Ja­po­nii. Ste­war­de­sy za­czę­ły po­ran­ną krzą­ta­ni­nę, mój są­siad obu­dził się rześ­ki i wy­spa­ny, zło­żył koc tak pre­cy­zyj­nie, jak­by miał za­miar wy­ciąć z nie­go ori­ga­mi, a pi­lot po­in­for­mo­wał nas, że wkrót­ce wy­lą­du­je­my na lot­ni­sku w To­kio, gdzie „pa­nu­ją bar­dzo do­bre wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne”. Była je­sień, je­dy­na pora roku, gdy na za­chod­nim wy­brze­żu Hon­siu moż­na przez parę cu­dow­nych ty­go­dni cie­szyć się su­chą sło­necz­ną po­go­dą i błę­kit­nym nie­bem, któ­re przez więk­szość cza­su jest bia­ła­we, wzdę­te od wil­go­ci, w każ­dej chwi­li gro­żą­ce pęk­nię­ciem. Ten świe­tli­sty, ja­sny paź­dzier­nik to po ja­poń­sku ka­mi­na­zu­ki, czy­li „mie­siąc, gdy bo­go­wie są nie­obec­ni”. Wy­bie­ra­ją się wów­czas na wiel­kie spo­tka­nie do świą­ty­ni Izu­mo, a ludz­kość zo­sta­je po­zo­sta­wio­na sa­mej so­bie. Pew­nie do­ty­czy to rów­nież cu­dzo­ziem­ców od­wie­dza­ją­cych Ja­po­nię, bo nasz za­chod­ni bóg nig­dy się tam na do­bre nie osie­dlił. Zo­ba­czy­łam, że wiel­ki las się skoń­czył, a skrę­ca­ją­cy na po­łu­dnie sa­mo­lot po­chy­lił się, spra­wia­jąc, że ta­fla oce­anu unio­sła się jak po­ły­skli­wa za­sło­na, za któ­rą po chwi­li w per­ło­wej mgieł­ce po­ran­ka wy­ro­sła góra Fu­dżi, świę­te miej­sce Domu Słoń­ca, cel co­rocz­nych piel­grzy­mek se­tek ty­się­cy Ja­poń­czy­ków, któ­rzy w dłu­giej ko­lej­ce wdra­pu­ją się na szczyt, by tam ocze­ki­wać co­dzien­ne­go cudu świa­tła i po­kło­nić się Ama­te­ra­su wscho­dzą­cej znad mo­rza chmur. Są­siad zer­k­nął przez moje ra­mię w kie­run­ku okna i jego po­marsz­czo­na twarz roz­ja­śni­ła się w uśmie­chu na wi­dok Fu­dżi, góry gór.

– We­lco­me to Ja­pan very much – prze­mó­wił do mnie wte­dy po raz pierw­szy i ostat­ni.

japoński goździk

Na­ri­ta wy­glą­da­ło jak wszyst­kie inne lot­ni­ska cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta. Z tym może wy­jąt­kiem, że pra­cow­ni­cy fi­zycz­ni ubra­ni byli w schlud­ne uni­for­my, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­ce gar­ni­tu­ry niż kom­bi­ne­zo­ny ro­bo­cze, oraz w śnież­no­bia­łe rę­ka­wicz­ki, a mło­de urzęd­nicz­ki kła­nia­ły się nam, wska­zu­jąc dro­gę te­atral­nie pięk­ny­mi ru­cha­mi rąk i nie prze­sta­jąc mó­wić wy­so­kim, prze­pra­sza­ją­cym to­nem, choć nikt nie zwra­cał na nie uwa­gi. Dziar­scy i wy­spa­ni Ja­poń­czy­cy usta­wi­li się w swo­jej ko­lej­ce, a ja wraz z grup­ką kil­ku­na­stu śmier­tel­nie zmę­czo­nych, wy­mię­tych cu­dzo­ziem­ców po­wlo­kłam się do okien­ka dla Aliens, „Ob­cych”, ósmych pa­sa­że­rów „No­stro­mo”, któ­rzy nie­le­gal­nie za­ła­pa­li się na ten lot.

Cze­ka­jąc na od­pra­wę, jesz­cze raz przyj­rza­łam się wy­dru­ko­wa­ne­mu e-ma­ilo­wi od Ja­pon­ki imie­niem Chi­zu­ko, któ­ra po­ma­ga­ła mi na od­le­głość za­ła­twić wszyst­kie for­mal­no­ści. In­for­mo­wa­ła mnie w nim, że po­go­da w To­kio jest pięk­na (bo wzmian­ka o po­go­dzie to obo­wiąz­ko­wa część wszyst­kich ja­poń­skich li­stów), że bę­dzie peł­nić rolę mo­jej se­kre­tar­ki (co było praw­dą) i że per­spek­ty­wa ta „na­peł­nia jej ser­ce praw­dzi­wą ra­do­ścią” (cze­go jesz­cze nie mo­głam być pew­na). Poza tym pre­cy­zyj­na, zło­żo­na z licz­nych punk­tów i pod­punk­tów in­struk­cja do­ty­czą­ca po­cząt­ku mo­je­go po­by­tu w Ja­po­nii peł­na była imion i nazw sta­cji brzmią­cych na przy­kład Shi­na­ga­wa i Ishi­ka­wa-dai, któ­re mnie na­peł­nia­ły praw­dzi­wym nie­po­ko­jem ra­czej niż ra­do­ścią. „Shi­na­ga­wa – Sina-gała”, „Ishi­ka­wa-dai – Idź-i-kawa-dai”, utrwa­la­łam so­bie, oswa­ja­jąc obce brzmie­nie na wy­pa­dek, gdy­bym mu­sia­ła tych miejsc szu­kać sama. „W przy­pad­ku, któ­ry nie może być praw­dą, gdy­bym nie była tam, gdzie mi prze­zna­czo­ne zo­sta­ło, aby cię miło za­pro­wa­dzić na miej­sce osta­tecz­ne, po­stę­puj zgod­nie z in­struk­cją, jak cię pro­szę i prze­pra­szam z re­spek­tem”, pi­sa­ła Chi­zu­ko za­baw­ną, ale wy­star­cza­ją­co ko­mu­ni­ka­tyw­ną an­gielsz­czy­zną, „Ja znać dro­gę, a ty sama zgu­bio­na lub za­kło­po­ta­na z ba­ga­żem na za­wsze, a prze­to ja cię we­zmę sa­mo­cho­dem z przy­jem­no­ścią”. Je­den znak kan­ji, wy­glą­da­ją­cy jak ha­czyk, za­pla­tał jej się w rzym­skie li­te­ry po­mię­dzy „s” a „t” w sło­wie „in­struk­cja”, a ja mimo wszyst­ko mia­łam na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła sama szu­kać „miej­sca osta­tecz­ne­go” i że ten znak nie jest na przy­kład ja­kąś waż­ną wska­zów­ką, któ­rą po­win­nam wziąć wów­czas pod uwa­gę.

– Pro­fe­sor – po­wie­dział urzęd­nik imi­gra­cyj­ny o szla­chet­nej twa­rzy ak­to­ra To­shi­ro Mi­fu­ne, oglą­da­jąc mój pasz­port chy­ba z lek­kim nie­do­wie­rza­niem, a ja od­po­wie­dzia­łam: hai, czy­li „tak”, bo nie­wie­le wię­cej po­tra­fi­łam.

– Da­ijōbu – od­parł w koń­cu, co brzmia­ło jak „daj dzio­ba”, a zna­czy­ło „w po­rząd­ku”.

Wpu­ści­li mnie, już nie było od­wro­tu.

Zo­ba­czyw­szy mnie, mło­da ko­bie­ta w stro­ju od­po­wied­niej­szym dla pięć­dzie­się­cio­lat­ki ener­gicz­nie po­ma­cha­ła ta­blicz­ką z wy­pi­sa­nym moim imie­niem i na­zwi­skiem. Od­ma­cha­łam więc, a ona zro­bi­ła kil­ka drob­nych krocz­ków w moją stro­nę z gło­wą wy­su­nię­tą do przo­du i ra­mio­na­mi przy­ci­śnię­ty­mi do tu­ło­wia jak zło­żo­ne skrzy­dła. Na twa­rzy mia­ła wy­raz ra­do­sne­go ocze­ki­wa­nia, jak­by spo­tka­nie ze mną było czymś nie­zwy­kle atrak­cyj­nym. Przy­szli mi na myśl on­na­ga­ta, ak­to­rzy te­atru ka­bu­ki gra­ją­cy żeń­skie role w spek­ta­klu, któ­ry wi­dzia­łam na krót­ko przed wy­jaz­dem do Ja­po­nii. Ten wcie­la­ją­cy się w po­stać dziel­nej mał­żon­ki wo­dza w po­dob­ny spo­sób prze­miesz­czał się po sce­nie, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie przy tym całe ka­ska­dy ko­bie­cych ochów i achów, na któ­rych urok część za­chod­niej pu­blicz­no­ści po­zo­sta­je na za­wsze nie­czu­ła. „Czy ktoś mógł­by za­bić ją jesz­cze raz?”, spy­tał mój ame­ry­kań­ski zna­jo­my, gdy bo­ha­ter­ka wspo­mnia­ne­go przed­sta­wie­nia na­wet po okrut­nej śmier­ci dłu­go nie prze­sta­wa­ła ubo­le­wać wy­so­kim przej­mu­ją­cym gło­sem. Chi­zu­ko tym­cza­sem zro­bi­ła kil­ka ko­lej­nych drob­nych krocz­ków w moim kie­run­ku i za­sty­gła jak on­na­ga­ta gra­ją­cy rolę wier­nej żony, któ­ra wła­śnie zo­ba­czy­ła, że po dwu­dzie­stu la­tach jej mał­żo­nek wró­cił do domu. W Ja­po­nii, gdzie ko­stiu­my i opa­ko­wa­nia waż­niej­sze są na ogół niż za­war­tość, ka­te­go­rie ko­bie­co­ści i mę­sko­ści de­fi­niu­je się o wie­le do­kład­niej niż w rów­no­ścio­wych kra­jach Za­cho­du. Płeć kul­tu­ro­wa (gen­der) moc­no za­ko­rze­nio­na jest już w struk­tu­rze ja­poń­skie­go ję­zy­ka, któ­ry po­dob­nie jak nie­któ­re inne ję­zy­ki azja­tyc­kie, ma swo­ją wy­raź­ną żeń­ską i mę­ską for­mę. Zróż­ni­co­wa­ny we­dług płci ję­zyk sta­no­wi pod­sta­wę sys­te­mu pre­cy­zyj­nie okre­śla­ją­ce­go, co jest wła­ści­we dla ko­biet i męż­czyzn. Za­cho­wa­nie Chi­zu­ko, z mo­jej per­spek­ty­wy odro­bi­nę prze­ry­so­wa­ne, o krok od prze­sa­dy, wy­da­wa­ło mi się jed­nak peł­ne wdzię­ku. Była ży­wym wcie­le­niem „ja­poń­skie­go goź­dzi­ka”, czy­li skrom­no­ści i de­li­kat­ne­go uro­ku, ja­kie po­win­ny ce­cho­wać mło­dą damę z do­brej ro­dzi­ny. Prze­cięt­na przed­sta­wi­ciel­ka kra­jów Za­cho­du ma co naj­wy­żej ma­tu­rę w dzie­dzi­nie tra­dy­cyj­nych ko­bie­cych ge­stów i za­cho­wań, pod­czas gdy dziew­czy­ny ta­kie jak Chi­zu­ko mają dok­to­rat. Po pew­nym cza­sie spę­dzo­nym w Ja­po­nii nie­któ­re ga­ijin­ki (na­wet te, któ­re były do­tąd mało „kwia­to­wa­te”) za­czy­na­ją do­strze­gać pew­ną zmia­nę we wła­snym spo­so­bie by­cia; nie­świa­do­mie upo­dab­nia­ją się do oto­cze­nia, nig­dy jed­nak nie osią­ga­jąc per­fek­cji swo­ich ja­poń­skich sióstr. Z całą fe­mi­ni­stycz­ną świa­do­mo­ścią tego, co zna­czą róż­ni­ce w te­atrze ko­bie­co­ści i mę­sko­ści, nie mo­głam po­ha­mo­wać po­dzi­wu dla mięk­kich, gład­kich, krą­głych ge­stów, ja­ki­mi zo­sta­łam oto­czo­na. Po ży­ciu w No­wym Jor­ku, gdzie cza­sem po dwóch go­dzi­nach roz­mo­wy nie mia­łam pew­no­ści, ja­kiej płci jest nowo po­zna­na oso­ba, a by­wa­ło, że w mia­rę roz­wo­ju zna­jo­mo­ści spra­wa jesz­cze bar­dziej się za­ciem­nia­ła, Chi­zu­ko sta­no­wi­ła cie­ka­wą od­mia­nę.

– Jo­an­na-sen­sei! – prze­mó­wi­ła, ukło­ni­ła się i po­wtó­rzy­ła, że bę­dzie moją se­kre­tar­ką, o czym od daw­na obie wie­dzia­ły­śmy. Ukło­nu, pod­czas któ­re­go dłu­gie czar­ne wło­sy Chi­zu­ko wy­ko­na­ły ta­necz­ne pas, nie by­ła­by w sta­nie pod­ro­bić żad­na cu­dzo­ziem­ka. Do­pie­ro po­tem prze­ko­na­łam się, jaką eks­tra­wa­gan­cją w Ja­po­nii było ob­sta­wa­nie Chi­zu­ko, ko­bie­ty po trzy­dzie­st­ce, przy tej pięk­nej, choć zu­peł­nie nie­mod­nej fry­zu­rze wy­róż­nia­ją­cej ją na tle krót­ko ostrzy­żo­nych pań w jej wie­ku. Sta­ła dwa kro­ki ode mnie, lek­ko po­chy­lo­na do przo­du, z twa­rzą wy­su­nię­tą w moją stro­nę jak w te­atral­nej etiu­dzie. Te­raz nie­wąt­pli­wie pora była na moją kwe­stię. I może po pro­stu bar­dzo po­trze­bo­wa­łam do­bre­go zna­ku, ale przy­się­gła­bym, że w oczach Chi­zu­ko cza­iła się je­śli już nie sym­pa­tia, to z całą pew­no­ścią – żywa, bły­ska­ją­ca czar­ny­mi ogni­ka­mi źre­nic – cie­ka­wość. Skon­cen­tro­wa­łam się więc na wy­do­by­ciu z sie­bie ja­poń­skiej for­muł­ki, któ­rej na­uczy­łam się na pa­mięć, wie­dząc, że Ja­poń­czy­cy z sym­pa­tią trak­tu­ją na­sze sta­ra­nia, by choć w ma­łym stop­niu opa­no­wać ich ję­zyk. Gdy pre­zen­ta­cji sta­ło się za­dość, Chi­zu­ko nie­spo­dzia­nie wy­cią­gnę­ła do mnie rękę, chcąc ja­poń­skie po­wi­ta­nie uzu­peł­nić za­chod­nim, i po­trzą­snę­ła moją dło­nią jak biz­nes­men ubi­ja­ją­cy in­te­res.

– By­ło­by bar­dzo miło, gdy­byś mo­gła przy­je­chać do Ja­po­nii – po­wie­dzia­ła. Nie­za­mie­rzo­na am­bi­wa­len­cja tych mi­łych słów ka­za­ła mi po­szu­kać ukry­te­go w nich zna­cze­nia. Nie­wła­ści­wa kon­struk­cja gra­ma­tycz­na, ja­kiej Chi­zu­ko uży­ła, wi­ta­jąc mnie swo­im nie­do­sko­na­łym an­giel­skim, była bez wąt­pie­nia przy­pad­ko­wa, ale cza­ił się w niej prze­wrot­ny sens. Ta czar­no­wło­sa ko­bie­ta, wy­glą­da­ją­ca jak per­so­ni­fi­ka­cja za­chod­nich ma­rzeń ero­tycz­nych na te­mat Wscho­du, w pierw­szym zda­niu po­wie­dzia­ła mi bo­wiem, że tak na­praw­dę nig­dy nie uda mi się przy­je­chać do Ja­po­nii, mimo iż by­ło­by miło, gdy­bym mo­gła; że je­stem obca i co­kol­wiek zro­bię, taka po­zo­sta­nę. Ga­ijin­ka na za­wsze „nie stąd”, ska­za­na na nie­speł­nial­ne ma­rze­nie o kra­ju, w któ­rym miesz­ka Słoń­ce.

IITokio jest jak Mars

Wszyst­ko jest tak dzi­wacz­ne i prze­ciw­staw­ne, że prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, do nas nie są po­dob­ni w ni­czym. […] Otóż to wszyst­ko nie by­ło­by zdu­mie­wa­ją­ce, gdy­by byli po­dob­ni in­nym bar­ba­rzyń­com. Ale co mnie za­dzi­wia, to fakt, że we wszyst­kich tych spra­wach za­cho­wu­ją się jak bar­dzo po­wścią­gli­wi i kul­tu­ral­ni lu­dzie.

Ales­san­dro Va­li­gna­no, Hi­sto­ria del Prin­ci­pio

gejsza i Barbie

Zu­peł­nie zbi­ta z tro­pu za­trzy­my­wa­łam się na uli­cy gdzieś w Gin­zie. A może to była Hi­biya. Albo Shim­ba­shi. Jak mo­głam być pew­na, sko­ro sta­cja me­tra, któ­rą – przy­się­gła­bym – wi­dzia­łam tuż za ka­wiar­nią Star­buck’s, w cią­gu go­dzi­ny zni­kła jak kam­fo­ra. Na jej miej­scu wy­ło­nio­na z nie­by­tu re­stau­ra­cja za­chę­ca­ła wi­try­ną z pla­sti­ko­wy­mi atra­pa­mi po­traw; hi­per­re­al­ny ma­ka­ron w jed­nym z ta­le­rzy uno­si­ły pa­łecz­ki trzy­ma­ne nie­wi­dzial­ną dło­nią. Sta­nę­łam tam, by po­my­śleć, co da­lej. Ślicz­ne pla­sti­ko­we po­tra­wy, do­sko­nal­sze niż praw­dzi­we, za­czę­ły wzbu­dzać we mnie głód. Mi­nę­ły mnie dwie ko­bie­ty w ki­mo­nach; na twa­rzach mia­ły bia­łe chi­rur­gicz­ne ma­secz­ki i roz­ma­wia­ły przez te­le­fo­ny ko­mór­ko­we. Po nich prze­ma­sze­ro­wał od­dział uczniów w woj­sko­wych mun­dur­kach i żół­tych ka­pe­lu­si­kach, tak rów­nym kro­kiem, jak­by za­czę­ła się mo­bi­li­za­cja. Dziew­czy­na w ró­żo­wym ko­stiu­mie i bia­łych rę­ka­wicz­kach wrę­czy­ła mi opa­ko­wa­nie chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych, krzy­cząc coś z uśmie­chem. Dwaj pod­chmie­le­ni star­si pa­no­wie wy­to­czy­li się z re­stau­ra­cji, za­trzy­ma­li się nie­opo­dal i unie­śli w górę te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, by zro­bić so­bie na­wza­jem zdję­cie na jej tle, a po­tem się po­że­gna­li, kła­nia­jąc się chwiej­nie, lecz z upo­rem. Po wia­duk­cie tuż nad moją gło­wą prze­to­czył się srebr­ny po­ciąg ko­lej­ki Yama­no­te; stło­czo­ne twa­rze w jego oknach mi­gnę­ły i zni­kły jak fa­ta­mor­ga­na. Na wiel­kim bil­l­bo­ar­dzie re­kla­mo­wa­no kel­ne­ra ro­bo­ta, któ­ry ser­wo­wał kawę dwoj­gu zie­lo­nym ko­smi­tom śpie­wa­ją­cym po an­giel­sku: Cof­fee, Cof­fee, la­la­la. Przy­po­mnia­ła mi się ab­sur­dal­na, wy­rwa­na z kon­tek­stu roz­mo­wa z ja­poń­skie­go fil­mu, któ­re­go ty­tuł i cała resz­ta umknę­ły z mo­jej pa­mię­ci.

– To­kio jest jak Mars – mówi bo­ha­ter w jed­nej ze scen.

– Ta da­le­ka pla­ne­ta? – upew­nia się bo­ha­ter­ka.

– Nie, jak ba­to­nik Mars.

– Dla­cze­go? – pyta dziew­czy­na.

– Nie wiem – od­po­wia­da jej roz­mów­ca.

Wła­śnie. Jak opi­sać mia­sto nie­moż­li­we? To py­ta­nie, z któ­rym musi się zmie­rzyć każ­dy ga­ijin, któ­re­mu przyj­dzie do gło­wy sza­lo­ny po­mysł uchwy­ce­nia w sło­wa cze­goś, co z każ­dej sie­ci opi­su wy­my­ka się szyb­ciej niż rtęć.

Szłam da­lej, szu­ka­jąc sta­cji, któ­ra zni­kła, i po­cie­sza­jąc się, że na jej od­na­le­zie­nie mam dwa lata, znaj­do­wa­łam inną, rów­nie do­brą dla ko­goś, kto nie wie za bar­dzo, do­kąd chce je­chać. W ręce ści­ska­łam zu­peł­nie nie­przy­dat­ny na po­cząt­ku atlas To­kio. Na moje oko każ­da stro­na wy­glą­da­ła tak, jak­by mapę eu­ro­pej­skie­go mia­sta ktoś po­ciął w nisz­czar­ce do do­ku­men­tów i po­skle­jał na chy­bił tra­fił. Raz po raz pró­bo­wa­łam bez po­wo­dze­nia zlo­ka­li­zo­wać swo­je „ja”, co­raz głę­biej wsy­sa­ne w to­kij­ski la­bi­rynt bez wej­ścia i wyj­ścia. Przez cały czas to­wa­rzy­szy­ło mi wra­że­nie, że pły­nę pod prąd tłu­mu po­ru­sza­ją­ce­go się we­dług ja­kichś in­nych za­sad niż te, któ­re znam. Nie tyle cho­dzi­ło przy tym o ko­niecz­ność trzy­ma­nia się le­wej stro­ny, ła­twą do opa­no­wa­nia, co o ja­kąś sub­tel­niej­szą wła­ści­wość ja­poń­skich ciał przy­zwy­cza­jo­nych do mniej­szej prze­strze­ni oso­bi­stej, zgrab­niej i w in­nym ryt­mie po­ru­sza­ją­cych się w tłu­mie. Za­rzu­ca­jąc szal na ra­mię, po­wo­do­wa­łam więc małe ka­ta­stro­fy wśród lu­dzi za­cho­wu­ją­cych się tak, by nie wa­dzić in­nym. Tra­ci­łam po­czu­cie cza­su i prze­strze­ni; re­zy­gno­wa­łam z przy­go­to­wa­nej wcze­śniej mar­szru­ty i da­wa­łam się nieść mia­stu jak pa­pie­ro­wa łód­ka rze­ce.

W któ­ryś z pierw­szych to­kij­skich dni, dry­fu­ją­cych ku po­god­ne­mu wie­czo­ro­wi, tra­fi­łam w ten spo­sób do Asa­ku­sy, wy­rzu­co­na na jej brzeg z za­tło­czo­ne­go po­cią­gu. Ta po­ło­żo­na w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści To­kio dziel­ni­ca kie­dyś była ki­pią­cym ży­ciem cen­trum shi­ta­ma­chi, tra­dy­cyj­ne­go „dol­ne­go mia­sta”, a dziś kur­czy się pod na­po­rem no­wo­cze­sno­ści, du­szo­na wiel­ki­mi bu­dyn­ka­mi ze sta­li i szkła. Tu­ry­ści i to­kij­czy­cy cią­gle jed­nak tłum­nie tu przy­jeż­dża­ją ze wzglę­du na słyn­ną świą­ty­nię Sen­sōji, po­świę­co­ną Kan­non, bo­gi­ni mi­ło­sier­dzia. Dla wie­lu pro­wa­dzą­ca do niej ma­je­sta­tycz­na i zdob­na w wiel­kie czer­wo­ne la­tar­nie Ka­mi­na­ri­mon, czy­li Bra­ma Boga Bu­rzy, po­zo­sta­ła sym­bo­licz­nym wej­ściem do shi­ta­ma­chi. Le­gen­da mówi, że pod fun­da­men­ta­mi świą­ty­ni ukry­to zło­ty wi­ze­ru­nek bo­gi­ni, któ­ry w VI wie­ku dwaj bra­cia ry­ba­cy wy­ło­wi­li z wód po­bli­skiej Su­mi­dy. Głów­ny bu­dy­nek Sen­sōji wy­bu­do­wa­no cał­kiem nie­daw­no, ale dla wier­nych nie on jest waż­ny, lecz świę­tość miej­sca, na któ­rym stoi. Tak jak w ca­łym To­kio prze­strzeń sa­crum, przy­na­leż­ną bó­stwom, dzie­li tu od pro­fa­num mniej niż krok, a jed­na sfe­ra nie­po­strze­że­nie prze­ni­ka dru­gą. W okre­sie Edo (1600–1867) w tych wła­śnie oko­li­cach po­wsta­ła Yoshi­wa­ra, jed­na z naj­słyn­niej­szych na świe­cie dziel­nic roz­pu­sty, te­raz zre­du­ko­wa­na do kil­ku­dzie­się­ciu ero­tycz­nych przy­byt­ków. Po­zba­wio­ne są wpraw­dzie splen­do­ru i wy­ra­fi­no­wa­ne­go wdzię­ku ze sta­rych drze­wo­ry­tów, lecz ob­da­rzo­ne za to w nad­mia­rze szem­ra­nym cza­rem ro­dem z fil­mów o ja­poń­skich gang­ste­rach. Oko­li­ca ta na­wet nie nosi już daw­nej na­zwy, a przy­najm­niej nie ofi­cjal­nie. Uży­wa­ją jej nadal za­trud­nio­ne tam oso­by, ale na współ­cze­snych ma­pach To­kio Yoshi­wa­ra to pro­za­icz­ne Sen­zo­ku 4-Chōme, po­ło­żo­ne nie­co na pół­noc od cen­trum Asa­ku­sy, sku­pi­sko do­mów pu­blicz­nych o pre­ten­sjo­nal­nych na­zwach typu „Ver­sa­il­les” lub „Scar­lett” i ki­czo­wa­tej ar­chi­tek­tu­rze ja­kichś zwa­rio­wa­nych za­mecz­ków, fran­cu­skich pa­ła­cy­ków, mek­sy­kań­skich bur­de­li, stat­ków ko­smicz­nych, ozdo­bio­nych pla­sti­ko­wą gło­wą sfink­sa. Te zbu­do­wa­ne w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach bu­dyn­ki z be­to­nu, pla­sti­ku i bóg wie cze­go jesz­cze, byle ja­kie, spra­wia­ją­ce wra­że­nie skle­co­nych na­pręd­ce i tym­cza­so­wych, ob­le­pio­ne są szyl­da­mi i re­kla­ma­mi ze zdję­cia­mi pół­na­gich dziew­cząt. Egip­skie, ja­poń­skie i eu­ro­pej­skie mo­ty­wy zdob­ni­cze two­rzą nie­sa­mo­wi­ty misz­masz sty­lów i ko­lo­rów; wszyst­ko jest tu nowe, lecz lek­ko nad­psu­te, z ob­ła­żą­cy­mi pła­ta­mi far­by, peł­ne za­cie­ków wil­go­ci i ru­da­wych plam rdzy. Trud­no so­bie wy­obra­zić, że w tej oko­li­cy znaj­do­wa­ła się ty­le­kroć opi­sy­wa­na, ma­lo­wa­na i fil­mo­wa­na en­kla­wa płat­nej mi­ło­ści, la­bi­rynt drew­nia­nych do­mów, do któ­rych sa­mu­ra­je za­kra­da­li się, by w ra­mio­nach wy­ra­fi­no­wa­nych mi­strzyń sztu­ki ero­tycz­nej za­żyć za­bro­nio­nych im uciech. Te­raz Yoshi­wa­ra to be­to­no­wa kra­ina sa­ra­rii­ma­nów. Sa­ra­rii­man, sło­wo made in Ja­pan, nie­ist­nie­ją­ce w ję­zy­ku an­giel­skim, po­cho­dzi od an­giel­skie­go sa­la­ry (pen­sja) i man (czło­wiek, męż­czy­zna) i okre­śla się nim eta­to­wych pra­cow­ni­ków biu­ro­wych, tych – tak cha­rak­te­ry­stycz­nych dla To­kio – po­nu­rych pa­nów w iden­tycz­nych gar­ni­tu­rach, któ­rzy do­pie­ro pod wpły­wem wie­czor­nej czar­ki sake za­czy­na­ją się uśmie­chać.

Za­pa­la­ły się ko­lej­ne neo­ny, gru­py roz­ocho­co­nych męż­czyzn zni­ka­ły w ba­rach i klu­bach, ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny z roz­ja­śnio­ny­mi wło­sa­mi, eks­tra­wa­ganc­ko ubra­ni chłop­cy, cie­ka­wi, co przy­nie­sie noc, krą­ży­li jak ćmy w gęst­nie­ją­cym mro­ku, by dać się po­chło­nąć przez pla­my świa­tła w otwie­ra­nych drzwiach. Nie­bo zmie­ni­ło bar­wę z se­le­dy­no­wo­ró­żo­wej na per­ło­wo­sza­rą, w świe­tle neo­nów mię­kły be­to­no­we kon­tu­ry do­mów, a ja znów na chy­bił tra­fił skrę­ci­łam w ja­kąś ulicz­kę wsy­sa­ją­cą w swo­ją gar­dziel ciem­ność nocy. Była spo­koj­niej­sza niż po­zo­sta­łe, a wej­ścia do lo­ka­li dys­kret­niej­sze, po­zba­wio­ne krzy­kli­wych ozdób. Brak sztucz­nych kwia­tów, por­ce­la­no­wych „wi­ta­ją­cych ko­tów” ma­ne­ki neko czy zwie­rzą­tek ta­nu­ki – śmiesz­nych kuno-psów eks­po­nu­ją­cych piw­ne brzusz­ki i wiel­kie ją­dra, ozna­czał, że w głę­bi znaj­du­ją się przy­byt­ki nie­po­trze­bu­ją­ce re­kla­my, bo za­re­zer­wo­wa­ne dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Pod jed­ną z bram pod­je­chał wła­śnie ciem­ny mer­ce­des, wy­peł­nia­jąc ulicz­kę nie­mal od kra­wę­dzi do kra­wę­dzi swo­im me­ta­lo­wym ciel­skiem, któ­re nie­mal przy­gnio­tło mnie do muru. Uchy­li­ły się au­to­ma­tycz­nie otwie­ra­ne tyl­ne drzwi i wy­sia­dła z nich gej­sza. Spie­szy­ła się za­pew­ne na przy­ję­cie urzą­dza­ne przez ko­goś bo­ga­te­go na tyle, by so­bie po­zwo­lić na jej to­wa­rzy­stwo, i na­le­żą­ce­go do kur­czą­cej się gru­py ko­ne­se­rów tra­dy­cji, dla któ­rych jest ono nadal po­żą­da­ne i atrak­cyj­ne. Z wdzię­kiem wy­su­nę­ła się z wnę­trza sa­mo­cho­du, a jej ma­lut­kie stóp­ki w śnież­no­bia­łych skar­pe­tach tabi i san­da­łach jed­no­cze­śnie do­tknę­ły chod­ni­ka. Kie­dyś sta­ły ele­ment w pej­za­żu mia­sta, dziś gej­sza jest wi­do­kiem tak rzad­kim, że moż­na spę­dzić w To­kio całe lata i nie spo­tkać żad­nej. Co ro­bi­ła w Yoshi­wa­ra? Je­śli w ogó­le, bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że moż­na by ją zo­ba­czyć w ele­ganc­kiej Aka­sa­ce, a nie tu. Po­trak­to­wa­łam ten nie­spo­dzie­wa­ny ob­raz jak pre­zent od losu dla ga­ijin­ki szu­ka­ją­cej ja­kich­kol­wiek dro­go­wska­zów. Dla nas gej­sza nadal ucie­le­śnia Ta­jem­ni­cę Wscho­du, pod­czas gdy więk­szość Ja­poń­czy­ków wi­dzi w niej ana­chro­nizm, cza­sem wręcz tro­chę śmiesz­ny, a na pew­no ma­ją­cy nie­wie­le wspól­ne­go ze współ­cze­snym ży­ciem. Przez mo­ment wi­dzia­łam jej ala­ba­stro­wą twarz, wy­so­ką fry­zu­rę, rę­kaw zło­ta­we­go ki­mo­na z wła­ści­wym dla je­sie­ni mo­ty­wem li­ści klo­nu. W dło­ni trzy­ma­ła pa­ku­nek za­wi­nię­ty w je­dwab­ną chust­kę fu­ro­shi­ki; nie oglą­da­jąc się, zni­kła w oszklo­nych drzwiach. Czy ta chwi­la zda­rzy­ła się na­praw­dę? W tym sa­mym mo­men­cie od­bi­ła się w szy­bie twarz prze­cho­dzą­cej nie­opo­dal blond Ja­pon­ki w mi­ni­spód­nicz­ce.

Ta­kie wła­śnie jest To­kio: jak Bar­bie i jak gej­sza. Nie moż­na jed­nak ufać swo­im oczom, bo może się oka­zać, że pięk­ność ku­szą­ca nasz wzrok to tak na­praw­dę męż­czy­zna w prze­bra­niu ko­bie­ty. Albo ko­bie­ta uda­ją­ca męż­czy­znę w prze­bra­niu ko­bie­ty. Albo zu­peł­nie od­wrot­nie.

imēji cheinji i czytanie na stojaka

Mia­sto gę­ste, praw­dzi­wa se­mio­tycz­na dżun­gla, mia­sto wspa­nia­łe, mia­sto pan­de­mo­nium. Mię­dzy­na­ro­do­we i hi­per­no­wo­cze­sne. Ale peł­ne szcze­lin, przez któ­re są­czy się prze­szłość. Wiel­ko­miej­skie jak Man­hat­tan i krok da­lej ma­ło­mia­stecz­ko­we ni­czym Ra­dom­sko, z fu­to­na­mi wie­trzą­cy­mi się na ra­mach ro­we­rów. Po­zba­wio­ne „sta­rów­ki” z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a peł­ne śla­dów prze­szło­ści wpi­sa­nej w pej­zaż, któ­ry jed­nak pra­wie w ca­ło­ści jest dzie­łem ostat­nie­go pół­wie­cza. Be­to­no­wa no­wo­cze­sność i cią­gle żywa prze­szłość to dwie twa­rze To­kio, nie­roz­dziel­ne i tak samo praw­dzi­we. Na­kła­da­ją się na sie­bie i prze­drzeź­nia­ją. Ko­kie­tu­ją i uwo­dzą. Spra­wia­ją, że bled­ną i od­cho­dzą w nie­pa­mięć uro­ki in­nych miast, któ­re kie­dyś się lu­bi­ło. Nowy Jork wy­da­je się prze­wi­dy­wal­ny, Pa­ryż wręcz nud­ny. Zmia­na, flu­idal­na wła­ści­wość wody, trwa­łość w nie­trwa­ło­ści two­rzą me­ga­po­lis, przez nie­któ­rych zwa­ne Mia­stem Przy­szło­ści.

Spo­tka­nej na wa­ka­cjach pa­rze Ame­ry­ka­nów, któ­rzy dwa lata temu miesz­ka­li w tej sa­mej to­kij­skiej dziel­ni­cy, co ja, pró­bo­wa­łam wy­tłu­ma­czyć, gdzie do­kład­nie znaj­du­je się mój dom. Nie bar­dzo mo­gli­śmy się po­ro­zu­mieć, bo co rusz oka­zy­wa­ło się, że pa­mię­ta­my zu­peł­nie inne punk­ty to­po­gra­ficz­ne. Ja nie by­łam w sta­nie przy­po­mnieć so­bie, bym kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła kwia­ciar­nię o na­zwie Flo­wer Ho­use, a oni upie­ra­li się, że sa­lon gry pa­czin­ko znaj­do­wał się z le­wej, a nie pra­wej stro­ny sta­cji. Do­pie­ro po po­wro­cie przy­czy­na tych nie­po­ro­zu­mień sta­ła się dla mnie ja­sna. Przez kil­ka ty­go­dni moje są­siedz­two zmie­ni­ło się na tyle, że po­czu­łam się zdez­o­rien­to­wa­na. Tam, gdzie nie­daw­no sta­ły drew­nia­ne rusz­to­wa­nia, te­raz były trzy sze­re­go­we dom­ki w bu­dy­nio­wym ko­lo­rze i już miesz­ka­li w nich lu­dzie, za to sta­ry i trosz­kę pod­upa­dły sklep z tofu, do któ­re­go zdą­ży­łam się przy­zwy­cza­ić, prze­stał ist­nieć. Zda­łam so­bie spra­wę, że mają ra­cję ci, któ­rzy pi­szą, że pew­nie żad­na inna sto­li­ca świa­ta nie ewo­lu­uje w ta­kim tem­pie jak To­kio. W żad­nym też in­nym kra­ju mody nie po­ja­wia­ją się i nie zni­ka­ją z szyb­ko­ścią po­rów­ny­wal­ną do tej w Ja­po­nii. Imēji che­in­ji, czy­li ima­ge chan­ge, zmia­na wi­ze­run­ku, to – jak pi­sze Do­nald Ri­chie w The Ima­ge Fac­to­ry – naj­po­pu­lar­niej­szy slo­gan współ­cze­snej Ja­po­nii. Miesz­ka­ją­cy od trzy­dzie­stu lat w To­kio Ri­chie miał dużo cza­su, by się o tym prze­ko­nać, ale każ­da ko­bie­ta lu­bią­ca ob­ser­wo­wać modę za­uwa­ży, że mod­ne w sierp­niu asy­me­trycz­ne blu­zecz­ki fir­my Milk lub Bet­sy Blue są zu­peł­nie pas­sé w po­ło­wie li­sto­pa­da, gdy – na ko­lej­ne parę ty­go­dni – obo­wiąz­ko­we sta­ją się ko­ron­ko­we spód­nicz­ki no­szo­ne na ce­lo­wo za dłu­gie dżin­sy. Tak dłu­gie, że ro­lu­ją się na łyd­kach i są przy­dep­ty­wa­ne pię­ta­mi. Mło­dych Ja­poń­czy­ków nie dzi­wi, że uwiel­bia­ne­go w grud­niu mo­de­lu te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go nikt po­waż­nie trak­tu­ją­cy swój wi­ze­ru­nek nie chce w stycz­niu. Co to za przy­jem­ność roz­ma­wiać albo ese­me­so­wać z nie­mod­ne­go te­le­fo­nu?

Moda zwią­za­na z ko­mór­ka­mi na prze­ło­mie wie­ków przy­bra­ła nową cie­ka­wą po­stać. Po­ja­wi­ła się wów­czas ke­itai sho­set­su, po­wieść na te­le­fon. To zu­peł­nie nowa for­ma li­te­rac­ka – ke­itai sho­set­su czy­ta się na ekra­nie, a pi­sze na ma­lut­kiej kla­wia­tu­rze te­le­fo­nu. Pi­szą je i czy­ta­ją przede wszyst­kim mło­de ko­bie­ty. Po­wieść ścią­ga się z jed­nej ze stron in­ter­ne­to­wych, gdzie w od­cin­kach za­miesz­cza­ją je au­tor­ki ama­tor­ki. Czy­tać ke­itai sho­set­su moż­na w dro­dze do pra­cy albo ze szko­ły. Pi­sać też moż­na wszę­dzie, wy­star­czy, że ma się ze sobą swój ke­itai, ko­mór­kę. Ke­itai, ja­poń­skie sło­wo na okre­śle­nie te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go, ozna­cza do­słow­nie „coś, co no­si­my ze sobą”. Te­le­fon ko­mór­ko­wy w Ja­po­nii ko­ja­rzo­ny jest przez mło­dych lu­dzi nie tyl­ko, czy na­wet nie przede wszyst­kim ze swo­bo­dą po­ru­sza­nia się. Jego czy­sto prak­tycz­na funk­cja ma zna­cze­nie dru­go­rzęd­ne. Ke­itai to przede wszyst­kim in­tym­ny ga­dżet, a w Ja­po­nii uwiel­bia się ga­dże­ty. Ke­itai to coś oso­bi­ste­go, wła­sne­go. Ma­lut­ki pry­wat­ny świat wy­no­szo­ny w prze­strzeń pu­blicz­ną. Ke­itai ozda­bia się, do­cze­pia­jąc doń przy­wiesz­ki. Hel­lo Kit­ty, Po­ke­mon, mi­sie o dzie­cin­nych buź­kach, błysz­czą­ce ko­ra­li­ki. Są w sprze­da­ży fu­te­ra­ły, ubran­ka, sto­ja­ki, ma­leń­kie ście­recz­ki do prze­cie­ra­nia ekra­nu. Gdy mamy przy so­bie ke­itai, na­wet w naj­bar­dziej za­tło­czo­nym me­trze mo­że­my się za­nu­rzyć we wła­snym świe­cie. Są w nim, obec­ni wir­tu­al­nie, nasi przy­ja­cie­le. Je­ste­śmy wśród in­nych, ob­cych, ale u sie­bie. Za­mknię­ci jak w ko­ko­nie Ja­poń­czy­cy w mil­cze­niu kli­ka­ją w kla­wia­tur­kę ke­itai. Wpa­tru­ją się w lśnią­cy błę­ki­tem ekra­nik.

W ja­poń­skich mia­stach te­le­fon ko­mór­ko­wy nie słu­ży do gło­śnych roz­mów. W miej­scach pu­blicz­nych obo­wią­zu­je za­sa­da mil­cze­nia. Świat dzie­li się na wnę­trze domu i świat ze­wnętrz­ny. Pa­nu­ją w nich inne za­sa­dy. Ten, kto na­ru­sza tę gra­ni­cę, jest czło­wie­kiem po­zba­wio­nym po­czu­cia de­co­rum. Nie­grzecz­nym i śmiesz­nym. Nie ucho­dzi więc krzy­czeć na uli­cy. W środ­kach ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej gło­śne kon­wer­sa­cje i dzwo­nią­ce te­le­fo­ny są wy­jąt­ko­wo źle wi­dzia­ne. W wa­go­nach to­kij­skie­go me­tra ko­ją­cy ko­bie­cy głos in­for­mu­je zresz­tą na każ­dym przy­stan­ku o ko­niecz­no­ści po­wstrzy­ma­nia się od roz­mów. To, że co chwi­lę włą­cza się wiel­ka „mama na­uczy­ciel­ka” i za­kłó­ca ci­szę, nie wy­da­je się pa­ra­dok­sem. Trze­ba jed­nak wi­dzieć te spoj­rze­nia, gdy ja­kiś cu­dzo­zie­miec naj­pierw szu­ka wście­kle dzwo­nią­cej ko­mór­ki, a po­tem wrzesz­czy w tło­ku. Co za bar­ba­rzyń­ca nie­czu­ły na dys­kom­fort są­sia­dów, któ­rych zmu­sza do słu­cha­nia pry­wat­nej roz­mo­wy!

Wo­bec wy­mo­gu za­cho­wa­nia ci­szy w miej­scach pu­blicz­nych te­le­fon ko­mór­ko­wy słu­ży mło­dym Ja­poń­czy­kom przede wszyst­kim do ese­me­so­wa­nia i sur­fo­wa­nia po in­ter­ne­cie. W Ja­po­nii po­dob­ny jak na Za­cho­dzie pro­cent lu­dzi po­sia­da te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, ale o wie­le, wie­le wię­cej uży­wa ich do ko­mu­ni­ka­cji in­ter­ne­to­wej. Po­dróż to­kij­skim me­trem po­zwa­la przyj­rzeć się mło­dym Ja­poń­czy­kom, na­zy­wa­nym „ple­mie­niem po­słu­gu­ją­cym się kciu­kiem” – oy­ay­ubi zoku. Ale kciu­kow­cy, bez­gło­śni użyt­kow­ni­cy ko­mó­rek, kli­ka­ją nie tyl­ko w me­trze. Nie wi­dzą nic dziw­ne­go w kli­ka­niu pod­czas jaz­dy na ro­we­rze. Albo jed­ną ręką wy­wi­ja­ją pa­łecz­ka­mi, wcią­ga­jąc klu­ski, a dru­gą kli­ka­ją. Po­noć oko­li­ce skrzy­żo­wa­nia na­prze­ciw sta­cji Shi­buya w To­kio, któ­re jest ulu­bio­nym miej­scem mło­dzie­żo­wych spo­tkań, to w so­bot­nie po­po­łu­dnia naj­więk­sze za­gęsz­cze­nie te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych na świe­cie. Dzi­ko pul­su­ją­ca sieć wi­docz­na z ko­smo­su.

Ke­itai to je­den z do­wo­dów na po­my­sło­wość ja­poń­skiej kul­tu­ry. Ja­poń­ska ko­mór­ka to nie tyl­ko in­ter­net, apa­rat, ka­me­ra i mp3, lecz tak­że kar­ta płat­ni­cza – za po­mo­cą te­le­fo­nu przy­ło­żo­ne­go do czyt­ni­ka moż­na w nie­któ­rych skle­pach za­pła­cić za za­ku­py. Nie spo­sób żyć bez swo­je­go ke­itai. Jest dziś naj­waż­niej­szym ga­dże­tem.

Nie przez przy­pa­dek ke­itai sho­set­su po­ja­wi­ła się jako nowy trend li­te­rac­ki wła­śnie w Ja­po­nii. Po­wieść na te­le­fon świet­nie wpi­su­je się w ja­poń­ską tra­dy­cję czy­ta­nia w miej­scach pu­blicz­nych. Ta­chiy­omi, czy­li „czy­ta­nie na sto­ją­co”, to czyn­ność, z któ­rej sły­ną miesz­kań­cy ja­poń­skich miast, i w żad­nym in­nym kra­ju nie wi­dzia­łam tylu czy­ta­ją­cych lu­dzi w prze­strze­ni pu­blicz­nej, tylu nie wi­du­je się chy­ba na­wet na ame­ry­kań­skich kam­pu­sach. Ja­poń­czy­cy to na­ród, w któ­rym po­ziom anal­fa­be­ty­zmu wy­no­si zero pro­cent i lu­dzie ocho­czo ko­rzy­sta­ją z umie­jęt­no­ści czy­ta­nia, do­sto­so­wu­jąc swo­ją pa­sję do oko­licz­no­ści. Eme­ry­ci czy­ta­ją na ław­kach w par­ku, ja­dą­cy do pra­cy na pe­ro­nie, w ko­lej­ce przed kasą bi­le­to­wą lub w ba­rach, gdzie po­ły­ka­ją szyb­ki lunch, go­spo­dy­nie do­mo­we w księ­gar­niach w po­bli­żu swych do­mów, na ulicz­nych sto­iskach z pra­są i ko­mik­sa­mi. Ja­poń­czy­cy po­tra­fią czy­tać w wa­run­kach eks­tre­mal­nych. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by ka­mi­ka­dze za­bie­ra­li w ostat­ni lot ja­kąś lek­tu­rę dla za­bi­cia cza­su przed za­bi­ciem sie­bie. Po­dej­rze­wam, że ja­poń­scy hi­ma­la­iści i spe­le­olo­dzy czy­ta­ją, gdy tyl­ko mają jed­ną wol­ną rękę i tro­chę świa­tła, a nie­bo w wer­sji ja­poń­skiej to wiel­ka bi­blio­te­ka w oto­cze­niu do­brych re­stau­ra­cji. Jest to przy tym je­dy­na wi­zja nie­ba, do któ­rej da­ła­bym się prze­ko­nać.

To­kij­czy­cy czy­ta­ją wszę­dzie. W po­ran­nym tło­ku to­kij­skiej ko­lej­ki Yama­no­te ści­śnię­ci cia­ło przy cie­le. W bli­sko­ści, któ­ra wy­sta­wia na pró­bę wy­uczo­ny dy­stans i po­wścią­gli­wość. Ple­cy w ple­cy, brzuch w brzuch z są­sia­dem. Ile trze­ba akro­ba­cji, by unik­nąć nie­grzecz­ne­go spoj­rze­nia w twarz są­sia­da. Nikt nie prze­kli­na i nie na­rze­ka. Z gąsz­czu ciał fa­lu­ją­cych w rytm po­cią­gu wy­sta­ją ra­mio­na z książ­ka­mi. Obo­jęt­ni na wbi­ja­ją­ce się pa­ra­so­le, tecz­ki i łok­cie współ­pa­sa­że­rów, lu­dzie czy­ta­ją. Jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych „po­wie­ści te­le­fo­nicz­ne” ro­bią fu­ro­rę w Ja­po­nii, jest fakt, iż nie wszy­scy Ja­poń­czy­cy czy­ta­ją książ­ki. Po­nad czter­dzie­ści pro­cent ryn­ku wy­daw­ni­cze­go to man­ga. Ko­mik­so­wa for­ma nie ozna­cza jed­nak nie­po­waż­nej tre­ści. W man­dze przed­sta­wia się nie tyl­ko przy­go­dy an­dro­idów i lo­li­tek, lecz tak­że ta­kie na przy­kład pro­ble­my jak glo­bal­ne ocie­ple­nie, edu­ka­cja sek­su­al­na czy głód w Afry­ce. Man­ga to nie tyle kul­tu­ra „ni­ska”, co żywa kul­tu­ra, któ­ra prze­ni­ka wszyst­kie sfe­ry ży­cia i od­po­wia­da jego współ­cze­sne­mu sty­lo­wi. Man­gę moż­na czy­tać szyb­ko, nie prze­szka­dza w tym ko­ły­sa­nie po­cią­gu. Co łą­czy man­gę i po­wie­ści te­le­fo­nicz­ne? Obie te for­my opie­ra­ją się na mak­sy­mal­nej skró­to­wo­ści opi­su. Ich sed­nem jest dia­log, dzia­nie się i emo­cje. Żad­nych opi­sów przy­ro­dy, za­cho­dów słoń­ca i we­wnętrz­nych roz­te­rek na dzie­sięć stron. Za­rów­no w man­dze, jak i w po­wie­ści te­le­fo­nicz­nej gra­ni­ca mię­dzy zna­kiem a ob­ra­zem za­cie­ra się. W man­dze usta po­sta­ci za­mie­nia­ją się w znak krzy­ku czy zdzi­wie­nia, a zna­ki ja­poń­skie­go pi­sma przy­bie­ra­ją an­tro­po­mor­ficz­ne kształ­ty. W po­wie­ści te­le­fo­nicz­nej mamy po­dob­ną sy­tu­ację – tu emo­cje bo­ha­te­rów wy­ra­żo­ne są przez emo­ti­ko­ny. Za­miast psy­cho­lo­gicz­nych opi­sów po­ja­wia­ją się uśmiech­nię­te lub za­pła­ka­ne bu­zie, pod­ska­ku­ją­ce lub wi­ru­ją­ce sło­necz­ka. Pu­sta prze­strzeń na ekra­nie ke­itai zna­czy, że bo­ha­ter za­sta­na­wia się nad czymś i mil­czy. Man­ga nie po raz pierw­szy zresz­tą wy­wie­ra wpływ na ja­poń­ską li­te­ra­tu­rę. Książ­ki Ba­na­ny Yoshi­mo­to, do któ­rej wró­cę tu jesz­cze, uwa­ża się nie­kie­dy za ko­miks dla dziew­cząt w po­sta­ci po­wie­ści. Ko­miks pe­łen emo­cji od­fil­tro­wa­nych ze zbęd­nych słów. Au­tor­ka słyn­nej Kuch­ni po­twier­dza, że man­ga dla dziew­cząt to jed­na z jej głów­nych in­spi­ra­cji. Pro­ste zda­nia i po­sta­ci jed­no­cze­śnie prze­ry­so­wa­ne i pła­skie to rów­nież ce­cha cha­rak­te­ry­stycz­na li­te­ra­tu­ry dużo wyż­szych lo­tów upra­wia­nej przez Ha­ru­kie­go Mu­ra­ka­mie­go. Ale o ja­poń­sko­ści ke­itai sho­set­su świad­czy nie