Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 866 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jane Eyre - Charlotte Bronte

"Powieść Jane Eyre ukazała się po raz pierwszy w październiku 1847 roku w trzech tomach i okazała się wielkim wydawniczym sukcesem. Jane Eyre zbiera motywy, które są niezwykle romansowo nośne, na przykład trójkąt, uwiedzenie, mezalians, ustanawiające nieco perwersyjne i pełne erotycznego napięcia relacje między bohaterami. Te elementy fabuły potraktowane są jednak nieszablonowo: o istnieniu trójkąta przez dłuższy czas czytelnik nie wie, do uwiedzenia nie dochodzi, a mezalians w swym głównym, społecznym wymiarze jedynie w niewielkim stopniu jest sproblematyzowany. Podobnie rzecz się ma w przypadków częstych w romansach elementów baśniowych. Ich tropiciel dopatrzyłby się tu zapewne schematów Kopciuszka oraz Pięknej i Bestii. Co prawda dziwny to Kopciuszek, który ma bogactwo ukochanego za nic, zabiera pantofelek i ucieka, a zwłaszcza dziwna to piękna, która jest brzydka."

Opinie o ebooku Jane Eyre - Charlotte Bronte

Fragment ebooka Jane Eyre - Charlotte Bronte

Przełożyła

Gabriela Jaworska

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Jane Eyre

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:

Sylwia Ząbczynska, Adam Lis

Redakcja:

Paulina Małochleb

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-192-6

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax: (012) 266-62-94, tel.: (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

PRZEDMOWA AUTORA

DO DRUGIEGO WYDANIA

Pierwsze wydanie Jane Eyre nie zostało opatrzone wstępem, ponieważ nie było takiej potrzeby. Drugie wydanie wymaga umieszczenia kilku słów podziękowań i wyjaśnień.

Podziękowania należą się trzem grupom.

Czytelnikom - za przychylność okazaną prostej i  bezpretensjonalnej powiastce.

Dziennikarzom - za uznanie, które przed skromnym debiutantem otworzyło niejedne drzwi.

Wydawcom - za pomoc, takt, wysiłki, porady i wyrozumiałość, jakimi obdarzyli nieznanego i pozbawionego koneksji autora.

Dziennikarze oraz Czytelnicy są dla mnie postaciami nieokreślonymi, dlatego muszę im podziękować w ogólny sposób. Jednak Wydawcy to konkretni ludzie, podobnie jak niektórzy wspaniałomyślni krytycy, którzy we właściwy ludziom o wielkich sercach i szerokich horyzontach sposób dodawali mi otuchy. Właśnie do nich, do Wydawców i niektórych Recenzentów kieruje następujące słowa: dziękuję wam prosto z  serca.

Złożywszy podziękowania tym, którzy mi pomagali i pochwalali to, co robię, zwracam się teraz do innej grupy – choć z tego co wiem nie jest ona wielka, nie powinna zostać pominięta. Mam na myśli garstkę osób o ograniczonych czy też może nadmiernie krytycznych umysłach, którzy mają wątpliwości co do idei przyświecającej książkom takim jak Jane Eyre. W ich oczach to, co niezwykłe, jest złe; w ich uszach każdy protest przeciwko bigoterii – tego źródła zbrodni – jest obrazą przybytku Boga na ziemi. Takim niedowiarkom radzę dostrzec pewne rozróżnienia i nie zapominać o kilku prostych prawdach.

Konwencjonalność nie jest moralnością. Obłuda nie jest religią. Atakowanie tych pierwszych nie jest równoznaczne z napadaniem na drugie. Zerwanie maski z twarzy Faryzeusza to nie podniesienie bezbożnej ręki na Koronę Cierniową.

Te sprawy i uczynki są skrajnie odmienne; są od siebie tak różne, jak występek różny jest od cnoty. Ludzie zbyt często mylą je ze sobą – a nie powinni, bowiem pozory nie powinny być brane za prawdę. Ciasne ludzkie zapatrywania nie powinny zastępować mającej moc odkupienia wiary Chrystusa. Powtarzam – istnieje różnica i jest rzeczą nie złą, a dobrą rozgraniczyć te sprawy wyraźną i szeroką linią.

Światu może się nie spodobać rozdzielenie tych idei, bowiem przywykł on do mieszania ich ze sobą; ponieważ wygodniej jest brać grę pozorów za prawdziwą wartość – białe ściany za marmury kaplicy. Świat może nienawidzić tego, kto szuka i docieka – kto pozbywa się pozłoty i ukazuje kryjący się pod nią metal; kto przeszukuje grobowiec i wynosi na światło dzienne spoczywające w nim kości. Jednak mimo tej nienawiści i  tak winny jest mu wdzięczność.

Ahab nie lubił Michajasza, ponieważ ten nigdy nie przepowiadał mu dobrych, a jedynie złe rzeczy, król zaś wolał proroków sączących mu do ucha słodkie słówka. A jednak jeżeli tylko zamknąłby uszy przed pochlebstwem, a otworzył je na szczerą radę, uniknąłby krwawej śmierci.

Również w naszych czasach żyje człowiek, którego słowa nie chcą schlebiać i łagodzić. Człowiek, który – według mnie – góruje nad najwspanialszymi w społeczeństwie, tak jak Michajasz górował nad zasiadającymi na tronach królami Judy i Izraela; który objawia prawdy głębokie, prorocze i żywotne – czyn równie nieustraszony co śmiały. Czy w elitarnych kręgach satyryk „Vanity Fair” cieszy się poważaniem? Nie potrafię odpowiedzieć. Jednak uważam, że gdyby niektórzy spośród tych, na których miotał greckie ognie swojego sarkazmu i ciskał błyskawice swojej krytyki, na czas wzięliby sobie do serca jego przestrogi, zdołaliby uniknąć śmierci pod Ramot-Gilead.

Dlaczego o nim wspominam? Mówię o nim, Czytelniku, ponieważ wydaje mi się, że dostrzegam w nim intelekt bardziej szlachetny i niezwykły niż dostrzegają to jego współcześni; ponieważ uważam go za pierwszego społecznego reformatora naszych czasów – za generała, którego armia przywróci ład; ponieważ uważam, że nikt z komentujących jego utwory nie znalazł jeszcze odpowiedniego porównania, nie użył słów odpowiednio charakteryzujących jego talent. Porównuje się go do Fieldinga; mówi się o jego błyskotliwości, dowcipie, komizmie. Przypomina Fieldinga tak, jak orzeł przypomina sępa – Fielding mógłby pochylić się nad padliną, ale Thackeray nigdy tego nie robi. Jego błyskotliwość jest pogodna, jego dowcip lekki - jednak obie te cechy tak się mają do jego geniuszu jak promyczek światła igrający wokół letniej chmurki do naładowanej elektrycznością, niosącej śmierć błyskawicy drzemiącej w jej głębi. Ostatnim powodem, dla którego wspomniałam o panu Thackerayu jest fakt, że – jeśli zgodzi się on przyjąć hołd całkowicie nieznajomego mu człowieka – jemu dedykuję drugie wydanie Jane Eyre.

Currer Bell

21 grudnia 1847

NOTA AUTORA

DO TRZECIEGO WYDANIA

Pozwalam sobie wykorzystać okazję, jaką jest ukazanie się trzeciego wydania Jane Eyre, aby ponownie zwrócić się do Czytelników i wyjaśnić, że prawo do nazywania się powieściopisarzem zawdzięczam tylko i wyłącznie tej książce. Zatem przypisywanie mi autorstwa innych książek jest honorem całkowicie niezasłużonym i należącym się komu innemu.

To wyjaśnienie ma posłużyć naprawieniu błędów już poczynionych oraz zapobiegnięciu kolejnym.

Currer Bell

13 kwietnia 1848

TOM I

ROZDZIAŁ 1

To nie był dobry dzień na spacery. Rankiem, owszem, odbyliśmy godzinną przechadzkę wśród pozbawionych liści krzewów, jednak po kolacji (pani Reed, kiedy nie przyjmowała gości, jadała wcześnie) zimowy wiatr przywiał posępne chmury i lodowaty deszcz, tak więc nie mogło być mowy o ponownym wyjściu z domu.

Byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Długie przechadzki nigdy nie sprawiały mi przyjemności, a już na pewno nie w takie chłodne popołudnia. Przerażały mnie powroty do domu ze skostniałymi z zimna palcami u rąk i nóg, a także ze smutkiem w sercu z powodu połajanek naszej niani, Bessie, i poniżającą świadomością, jak słaba fizycznie jestem w porównaniu z krzepkim rodzeństwem Reed: Elizą, Johnem i  Georgianą.

Eliza, John i Georgiana zgromadzili się właśnie w salonie wokół matki, która w pozycji półleżącej odpoczywała na sofie koło kominka. Otoczona wianuszkiem swoich pociech (które w tym momencie nie kłóciły się ani nie wrzeszczały) wyglądała na całkowicie szczęśliwą. Mnie zabroniła wstępu do rodzinnego kręgu. Jak to ujęła: „Z całego serca żałowała, że jest zmuszona trzymać mnie z dala, jednak dopóki nie usłyszy od Bessie i nie zobaczy na własne oczy, że szczerze próbuję stać się – co przystoi dziecku – bardziej przymilna, że zachowuję się w przyjemniejszy sposób i jest we mnie więcej życia, a ponadto że stałam się mniej poważna i skryta, a za to bardziej naturalna, dopóty naprawdę musi wykluczyć mnie z kręgu swojej miłości, w którym jest miejsce tylko dla zadowolonych i radosnych dzieci”.

– A co, zdaniem Bessie, zrobiłam? – zapytałam.

– Jane, nie lubię wścibstwa. Poza tym, kto to widział, żeby dziecko odzywało się w ten sposób do dorosłych. Usiądź sobie gdzieś i dopóki nie nauczysz się odzywać w przyjemny sposób, nie odzywaj się wcale.

Wślizgnęłam się do sąsiadującego z salonem niewielkiego pokoju śniadaniowego. Stała w nim biblioteczka, w której szybko znalazłam książkę dla siebie, oczywiście z mnóstwem ilustracji. Wspięłam się na szeroki parapet i usiadłam po turecku, krzyżując nogi. Jeszcze tylko starannie zasunęłam uszyte z ciężkiego czerwonego materiału zasłony i  moje odosobnienie było całkowite.

Z prawej strony widziałam jedynie układającą się w fałdy szkarłatną draperię. Z lewej przejrzysta tafla szkła chroniła mnie, choć nie oddzielała, od smętnego listopadowego dnia. Przewracając kolejną kartkę, podnosiłam wzrok na zimowy krajobraz za oknem. W oddali widziałam jedynie bladą mgłę i chmury, bliżej był mokry trawnik, a na nim zamarznięty krzew – wszystko nieustannie obmywane przez deszcz, toczące niekończącą się walkę z potężnymi podmuchami wiatru.

Wróciłam do książki, Historii ptaków brytyjskic Bewicka. Całość nie wydawała mi się porywająca, a jednak nawet ja, dziecko, nie mogłam przejść obojętnie obok paru stronic wstępu. Tych mianowicie, na których opisano ptaki morskie, gnieżdżące się na „samotnych skałach i wzgórzach”; jedynymi mieszkańcami; na usianym wysepkami południowym wybrzeżu Norwegii: Lindesnäs, Naze aż po Północny Przylądek:

Gdzie spienione fale Północnego Oceanu

Otulają wyspę nagą, pełną smutku;

Tam gdzie na atlantyckiej fali

Tańczy sztorm wśród wody stuku.

Podobnie nie potrafiłam pozostać obojętna wobec wzmianki o lodowatych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii – „rozległych terenów arktycznych, opuszczonych przestrzeni, gdzie śnieg i zmarzlina zebrane podczas trwającej setki lat zimy tworzą twardą, wysoką niczym alpejskie szczyty pokrywę lodową, otaczającą biegun; panuje tam najokrutniejsza z zim”. Wyobrażałam sobie ten śmiertelnie biały obszar na swój sposób – w moim dziecięcym umyśle lęgły się nieco mgliste, a jednak niezwykle sugestywne obrazy. Słowa owego wstępu miały związek z następującymi potem winietami i nadawały sens samotnej skale, wynurzającej się z piany morskiej, zniszczonej łodzi, porzuconej na opustoszałym wybrzeżu i upiornemu księżycowi, obojętnie obserwującemu tonący statek.

Nie potrafię opisać uczuć, które mną targały na widok otoczonego zniszczonym murem samotnego cmentarza i tkwiącego na nim ozdobnego nagrobka; na tle nieba rysował się zarys furtki i dwóch drzew, a pojawienie się na niebie bladego sierpu księżyca zwiastowało nadejście szarej godziny. Dwa okręty, tkwiące nieruchomo na sennym morzu, wydawały się należeć do innego świata.

Szybko przerzuciłam kartkę z ilustracją przedstawiającą demona i jego piekielną świtę. Była zbyt przerażająca, podobnie jak czarne, rogate stworzenie usadowione na odległej skale, bacznie obserwujące zgromadzony pod szubienicą tłum.

Każdy obrazek opowiadał pewną historię, często niezrozumiałą dla mojego młodego umysłu i niewykształconych jeszcze uczuć, ale i tak niezwykle interesującą. Tak ciekawą, jak opowieści snute czasem w zimowe wieczory przez Bessie, kiedy zdarzyło się jej być w dobrym humorze. Rozstawiała wtedy przybory do prasowania koło kominka w pokoju dziecinnym, pozwalała nam usiąść koło ognia i – prasując koronkowe falbanki pani Reed i rurkując brzegi jej czepeczków – opowiadała nam historie o miłości i przygodach, które znała ze starych bajek i jeszcze starszych ballad, a może (jak to ostatnio odkryłam) wyczytanych w Pameli oraz Henryku, hrabim Moreland.

Z Bewickiem na kolanach czułam się na swój sposób szczęśliwa. Bałam się jedynie, że ktoś mi przeszkodzi, co się zresztą zaraz zdarzyło. Drzwi do pokoju śniadaniowego uchyliły się.

– Panno Płaczko! – wrzasnął John Reed, a następnie zamilkł. Najwyraźniej pokój wydał mu się pusty.

– Gdzie się, do diaska, podziała? – zapytał sam siebie. – Lizzy! Georgy! – ryknął w stronę sióstr – Jane tutaj nie ma. Powiedzcie mamie, że nieznośne stworzenie wybiegło na deszcz!

„Całe szczęście, że zaciągnęłam zasłony” – pomyślałam. Miałam nadzieję, że może nie odkryje mojej kryjówki, i – po prawdzie – tak by się stało, bo John Reed nie należał do najbystrzejszych i najbardziej spostrzegawczych. Jednak do pokoju zajrzała Eliza i od razu mnie zauważyła:

– Przecież ona siedzi na parapecie, John.

Natychmiast wyszłam, bo obawiałam się, że jeśli będę zwlekać, to zostanę stamtąd wywleczona przez niego.

– Czego chcesz? – zapytałam, zakłopotana i nieśmiała.

– Zapytaj raczej: „Czego pan sobie życzy, paniczu Reed?” – odpowiedział. – Chcę, żebyś tu podeszła.

Usadowił się w fotelu i wykonał gest oznaczający, że mam podejść i przed nim stanąć.

John Reed miał czternaście lat, o cztery więcej niż ja (liczyłam sobie wtedy dziesięć wiosen). Był jak na swój wiek wysoki i tęgi; miał bladą, niezdrową cerę, grubo ciosaną twarz, masywne kończyny oraz wielkie dłonie i stopy. Zazwyczaj objadał się bez opamiętania przy stole, przez co miał problemy z żółcią, jego oczy spoglądały w sposób mętny i zamglony, a policzki obwisały. Powinien być teraz w szkole, ale jego mama zabrała go na miesiąc czy dwa do domu „z uwagi na jego wątłe zdrowie”. Zdaniem pana Milesa, dyrektora szkoły, John radziłby sobie bardzo dobrze, gdyby z domu dostawał mniej ciastek i łakoci. Jednak serce matki odrzuciło ten surowy osąd i skłaniało się raczej ku subtelniejszemu wyjaśnieniu: żółtawa cera Johna była wynikiem zbytniej pilności oraz, być może, tęsknoty za domem.

John nie darzył wielką miłością matki i sióstr, natomiast ja budziłam w nim wręcz odrazę. Dręczył mnie i prześladował: nie dwa czy trzy razy na tydzień, nie raz czy dwa dziennie, ale nieustannie – każdy mój nerw wzdrygał się przed nim, każda cząstka ciała kurczyła się, kiedy był w pobliżu. Chwilami czułam się zupełnie bezbronna w obliczu zagrożenia, jakie dla mnie stanowił, ponieważ nie miałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc w sprawie pogróżek i razów, którymi mnie raczył. Służba nie chciała sprzeciwiać się swojemu młodemu paniczowi przez branie mojej strony, a pani Reed była ślepa i głucha na sprawki syna – nigdy nie widziała, że mnie bije, ani nie słyszała, że mnie wyzywa, choć od czasu do czasu robił to w jej obecności, jakkolwiek o  wiele częściej za jej plecami.

Przyzwyczajona do posłuszeństwa wobec Johna, podeszłam do niego. Przez mniej więcej trzy minuty pokazywał mi język, wyciągając go tak daleko, jak mógł to zrobić, nie narażając na szwank swojego zdrowia. Wiedziałam, że wkrótce mnie uderzy i oczekując na cios, myślałam o tym, jak mój oprawca obrzydliwie i wstrętnie wygląda. Zastanawiam się, czy wyczytał te myśli z mojej twarzy, bo całkiem nagle, bez choćby słówka ostrzeżenia, uderzył mnie gwałtownie i mocno. Zachwiałam się i aby odzyskać równowagę, zrobiłam krok czy dwa do tyłu.

– To za to, że tak bezczelnie odezwałaś się do mamy – poinformował. – I za to, że zakradłaś się za zasłonkę, i jeszcze za to, że od dwóch minut wlepiasz tak we mnie swoje oczka, ty szczurze!

Byłam przyzwyczajona do wyzwisk Johna, więc nie przyszło mi do głowy, żeby mu odpowiedzieć tym samym; skupiałam się raczej nad tym, jak przetrwać cios, który nastąpi nieuchronnie, kiedy tylko skończy mnie obrażać.

– Co robiłaś za zasłonką? – dopytywał.

– Czytałam.

– Pokaż książkę.

Podeszłam do okna i przyniosłam stamtąd książkę.

– Nie wolno ci dotykać naszych książek; mama mówi, że trzymamy cię z litości; nie masz pieniędzy, bo twój ojciec nic ci nie zostawił; powinnaś żebrać na ulicy, a nie mieszkać ze szlachetnie urodzonymi dziećmi, jak my, jeść to samo, co my i nosić ubrania, za które płaci nasza mama. Oduczę cię węszenia po moich półkach z książkami, bo one są m o j e, cały dom jest mój albo będzie taki za parę lat. Stań przy drzwiach, z dala od lustra i okien.

Posłuchałam go, z początku nieświadoma, co zamierza. Kiedy zobaczyłam, że podnosi tomiszcze, bierze zamach i ma zamiar nim cisnąć, instynktownie uskoczyłam na bok, krzycząc z trwogi. Jednak spóźniłam się, książka już była w powietrzu; dosięgła mnie i upadłam, raniąc głowę o drzwi. Popłynęła krew, a mnie przeszył ostry ból; przerażenie sięgnęło szczytu, zapomniałam o innych uczuciach.

– Nikczemny, okrutny chłopcze – wykrzyknęłam. – Jesteś jak morderca…, jesteś jak poganiacz niewolników…, jesteś jak rzymscy cesarze!

Byłam po lekturze Historii Rzymu Goldsmitha i miałam wyrobioną opinię na temat Nerona, Kaliguli i innych. Pewne analogie narzucały się same, ale nie sądziłam, że kiedyś powiem o nich głośno.

– Że co? Że co? – wrzasnął. – Czy ona powiedziała to do mnie? Eliza, Georgiana, słyszałyście? Powiem mamie, ale najpierw…

Runął w moją stronę. Chwycił mnie za włosy i za ramię, jednak nie przewidział, że nie jestem już tamtym potulnym stworzeniem. Naprawdę widziałam w nim tyrana i mordercę. Poczułam, że po szyi spływa mi krew z rany na głowie, dokuczał mi dotkliwy ból – te dwa odczucia wzięły górę nad strachem i zaczęłam się bronić jak szalona. Nie jestem pewna, co dokładnie zrobiłam z rękami, ale John krzyknął do mnie: „Ty szczurze” i głośno zawył z bólu. Nie musiał długo czekać na odwet – Eliza i Georgiana popędziły po panią Reed, która była na górze, a teraz wkroczyła na miejsce zbrodni w asyście Bessie i pokojówki, Abbot. Rozdzielono nas. Usłyszałam, jak mówią:

– O mój Boże, chyba wpadła w szał, żeby tak się rzucić na panicza Johna!

– Widział kto taki napad wściekłości?

Wtedy pani Reed ucięła dyskusję:

– Zabrać mi ją zaraz do czerwonego pokoju i zamknąć na klucz.

Natychmiast w moją stronę wyciągnęły się dwie pary rąk i zostałam zaniesiona na górę.

ROZDZIAŁ 2

Po raz pierwszy w życiu przez całą drogę starałam się wyrwać, co pewnie utwierdziło w Bessie i pannę Abbot złą opinię, jaką o mnie miały. Tak naprawdę nie czułam się w tym momencie całkiem sobą: byłam świadoma, że chwilowy bunt sprowadzi na mnie nieznane mi jeszcze kary i jak każdy inny zbuntowany niewolnik, w swojej rozpaczy byłam gotowa na wszystko.

– Niechże pani chwyci ją za ręce, panno Abbot. Szarpie się jak dzikie kociątko!

– Co za wstyd, co za wstyd! – wykrzykiwała pokojówka. – Jakież to ohydne zachowanie, panienko Eyre, uderzyć młodego dżentelmena, syna panienki dobrodziejki! Panienki młodego pana!

– Pana! Czy on jest moim panem? Nie jestem służącą!

– Nie, jest panienka nawet mniej niż służącą, bo ona przynajmniej zarabia na swoje utrzymanie. Jesteśmy na miejscu, niech panienka tu posiedzi i przemyśli swoje nikczemne zachowanie.

Dotarłyśmy już do pokoju wskazanego przez panią Reed. Wepchnęły mnie na stołek; odruchowo próbowałam wstać, ale dwie pary rąk natychmiast mnie powstrzymały.

– Jeśli nie będzie panienka siedzieć spokojnie, będziemy musiały panienkę przywiązać – ostrzegła Bessie. – Panno Abbot, poproszę o pani podwiązki; moje zerwie w mgnieniu oka.

Panna Abbot odwróciła się, żeby pozbawić swe tęgie udo wspomnianego elementu garderoby. Te przygotowania do związania mnie oraz myśl o hańbie, jaka stałaby się moim udziałem, gdyby spełniły swoją groźbę, sprawiły, że nieco ochłonęłam.

– Proszę nie zdejmować – zaszlochałam. – Będę siedzieć spokojnie.

Na dowód tego ścisnęłam rękami siedzenie krzesła.

– Lepiej, żeby tak było – powiedziała Bessie i kiedy nabrała pewności, że naprawdę się uspokoiłam, jej uchwyt zelżał. Następnie ona i panna Abbot stanęły nade mną z rękami skrzyżowanymi na piersiach, spoglądając złowrogo i z powątpiewaniem, tak jakby nie wierzyły, że jestem przy zdrowych zmysłach.

– Nigdy wcześniej tak się nie zachowywała – zauważyła wreszcie Bessie, odwracając się do panny Abbot.

– Ale to zawsze w niej tkwiło – odpowiedziała pokojówka. – Często powtarzałam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani całkowicie się ze mną zgadzała. To podstępne stworzenie: nigdy nie widziałam tak skrytej dziewczynki w jej wieku.

Bessie nie odpowiedziała, jednak po chwili zwróciła się do mnie tymi słowy:

– Musi panienka pamiętać, że powinna być wdzięczna pani Reed, która ją utrzymuje. Gdyby nie zechciała więcej tego zajmować, skończyłaby panienka w przytułku.

Nie miałam na ten temat nic do powiedzenia. Nie pierwszy raz słyszałam taki argument: nawet gdy byłam malutkim dzieckiem, raczono mnie tego typu uwagami. Wypominanie, że jestem na utrzymaniu krewnych, było dla mnie jak dobiegający z oddali śpiew – bolesny i druzgocący, ale tylko po części zrozumiały. Panna Abbot nie omieszkała dorzucić swoich trzech groszy:

– I nie powinna sobie panienka myśleć, że ma takie same prawa jak panienki i panicz Reed, tylko dlatego, że pani łaskawie pozwala, żeby wychowywała się panienka razem z nimi. Oni w przyszłości będą mieli mnóstwo pieniędzy, a panienka – nic. Więc godzi się panience być pokorną i starać im się przypodobać.

– Mówimy to tylko dla panienki dobra – dodała Bessie głosem, w którym nie było już surowości. – Powinna panienka spróbować być użyteczną i miłą; bo jeżeli nadal będzie panienka porywcza i  niegrzeczna, pani ją odeśle, jestem tego pewna.

– A poza tym – uzupełniła panna Abbot – Bóg panienkę ukarze: może zesłać na panienkę śmierć w samym środku napadu złości i gdzie wtedy pójdzie dusza panienki? Chodźmy, Bessie, zostawmy ją samą; za nic nie chciałabym mieć serca tak twardego jak ona. Proszę się modlić, panienko Eyre, kiedy zostanie panienka sama, bo jeżeli nie okaże panienka skruchy, być może coś złego wkradnie się tu przez komin i porwie panienkę.

Wyszły, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz.

W czerwonym pokoju nikt nie mieszkał, bardzo rzadko nawet ktoś tam sypiał; równie dobrze można powiedzieć, że nigdy. Pokój był zamieszkany jedynie wtedy, gdy do Gateshead Hall zjeżdżali się goście i trzeba było zrobić użytek ze wszystkich pomieszczeń – jednak i tak była to jedna z najwspanialszych i najbardziej okazałych komnat dworu. Na środku, jak tabernakulum, stało łoże wsparte na masywnych kolumnach z mahoniu, z których zwisały adamaszkowe zasłony w odcieniu głębokiej czerwieni; dwa ogromne okna z zawsze opuszczonymi żaluzjami były spowite w girlandy i fale równie czerwonej draperii. Dywan był purpurowy; stół, znajdujący się u podnóża łoża, nakryto szkarłatnym obrusem. Ściany miały delikatny płowy kolor z nutką różowego, zaś szafę, toaletkę i krzesła wykonano z doskonale wypolerowanego, ciemnego, starego mahoniu. Ze spowijających wszystko głębokich cieni wyłaniały się wysokie, oślepiająco białe materace i poduchy spiętrzone na łożu, nakryte pikowaną narzutą śnieżnobiałej barwy. Niewiele mniej imponujące wrażenie robił szeroki, obłożony poduchami fotel, stojący niedaleko wezgłowia łoża – również biały, z podnóżkiem; wydawał mi się jakimś jasnym tronem.

W pokoju panował przenikliwy ziąb, ponieważ rzadko palono tu w kominku; było w nim cicho, gdyż znajdował się daleko od pokoju dziecinnego i kuchni; uroczyście, bo rzadko kto tu zaglądał. Przychodziła tu jedynie służąca, która w soboty wycierała ze zwierciadeł i mebli kurz, cicho opadający na sprzęty w ciągu tygodnia. Sama pani Reed od czasu do czasu odwiedzała komnatę, żeby przeglądnąć zawartość pewnej sekretnej szuflady w szafie, gdzie złożone były rozmaite dokumenty, jej szkatułka z klejnotami i miniatura przedstawiająca jej zmarłego męża. Właśnie w tych ostatnich słowach kryje się sekret czerwonego pokoju, zaklęcie, które uczyniło to pomieszczenie tak samotnym, pomimo jego świetności.

Pan Reed nie żył od dziewięciu lat i właśnie w tym pokoju wydał swe ostatnie tchnienie; tutaj było wystawione jego ciało i stąd wyniesiono go na cmentarz. Od tamtego dnia komnata owiana była mrokiem i  grozą, skutecznie chroniącymi ją od częstych odwiedzin.

Bessie i cierpka panna Abbot zostawiły mnie na niskiej otomanie, znajdującej się w pobliżu marmurowego kominka. Przede mną wznosiło się łoże; po mojej prawej stronie stała wysoka, ciemna szafa, po której lśniących deskach błąkały się przyćmione, rozproszone refleksy świetlne; po lewej znajdowały się zasłonięte okna. Stojące między nimi ogromne zwierciadło odbijało samotny majestat łoża i pokoju. Nie byłam pewna, czy zamknęły drzwi na klucz, więc, kiedy tylko ośmieliłam się poruszyć, poszłam to sprawdzić. Niestety nie zaniedbały tego – nie było na świecie lepiej strzeżonego więzienia. Kiedy wracałam, musiałam przejść obok lustra; zafascynowane oczy bez mojej zgody zajrzały w głębię zwierciadła. W jego nierealnej pustce wszystko wydawało się zimniejsze i ciemniejsze niż w świecie rzeczywistym. Ta dziwna, wlepiająca we mnie wzrok istotka, której biała twarz i ramiona przecinały mrok, a lśniące, przerażone oczy widziały wyimaginowany ruch w nieruchomym wnętrzu, wyglądała jak najprawdziwszy duch. Pomyślałam, że przypomina mi niewielką zjawę, po części wróżkę, po części chochlika, które w wieczornych opowieściach Bessie wychodziły z odludnych, porosłych paprocią kotlinek na wrzosowiskach i pojawiały się przed oczami spóźnionych wędrowców. Wróciłam na otomanę.

Czułam już zabobonny strach, ale jeszcze całkowicie mną nie zawładnął – krew ciągle mi wrzała w żyłach, a nastrój zbuntowanego niewolnika dodawał odwagi. Zanim posępne okoliczności, w jakich się znalazłam, miały zacząć budzić we mnie strach, musiałam opanować gwałtowny napływ myśli o tym, co się właśnie zdarzyło.

Brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, niechęć matki i stronniczość służby – wszystko to mieszało się w mojej przerażonej głowie jak mętny osad wirujący na dnie studni. Dlaczego zawsze cierpiałam, zawsze mnie zastraszano, zawsze oskarżano, zawsze potępiano? Dlaczego nigdy nikogo nie mogłam zadowolić? Dlaczego nie mogłam zdobyć niczyjej sympatii? Elizę, która była zawzięta i egoistyczna, szanowano. Georgianie powszechnie pobłażano, chociaż jej zachowanie cechowały podstępność i zuchwałość, a poza tym była zepsuta, cierpka i złośliwa. Każdy, kto na nią spojrzał, czerpał przyjemność z jej urody – różowych policzków i złotych loczków – i szybko zapominał o jej wadach. Johnowi nikt nie śmiał się sprzeciwić, a tym bardziej go ukarać, chociaż ukręcał łebki gołębiom, zabijał malutkie pawie, szczuł psy na owce, obrywał winogrona w oranżerii, strącał pąki najpiękniejszych kwiatów w cieplarni. Poza tym od czasu do czasu nazywał matkę „staruszką”, lżył ją za jej ciemną cerę, tak bardzo podobną do własnej, otwarcie lekceważył jej prośby, po wielokroć targał i plamił jej jedwabne suknie – mimo tego wszystkiego ciągle był „jej najsłodszym kochaniem”. Ja nie śmiałam popełnić żadnego błędu, próbowałam wykonywać wszystko, co do mnie należało, a i tak od rana do południa, a potem od południa do wieczora nazywano mnie nieposłuszną i uprzykrzoną, nadąsaną i podstępną.

Głowa ciągle mnie bolała, wciąż krwawiłam z powodu otrzymanego ciosu i upadku. Nikt nie skarcił Johna za brutalny atak, a ja, za to że zwróciłam się przeciwko niemu, aby uniknąć dalszej niezrozumiałej agresji, stałam się przedmiotem powszechnego potępienia.

„Niesprawiedliwość, niesprawiedliwość!” – podpowiadał mi rozum, któremu bolesne przeżycie udzieliło niezwykłej dla dziecka, acz chwilowej mocy, a podobnie roztrzęsiona wyobraźnia podsuwała mi dziwne sposoby na wyzwolenie się z opresji nie do zniesienia: ucieczkę, a jeżeli to by nie wyszło, zaprzestanie jedzenia i picia i doprowadzenie do własnej śmierci.

Jakże przerażona byłam w tamto mroczne popołudnie! Ileż rozterek kłębiło się w mojej głowie, jak zbuntowane było serce! A wszystkie te walki toczone były w ciemności, w całkowitej niewiedzy. Nie znałam odpowiedzi na pytanie, które sobie bez ustanku zadawałam – dlaczego tak cierpię? Teraz, z dystansu nie powiem ilu lat, znalezienie tej odpowiedzi jest dla mnie bardzo proste.

Nie pasowałam do Gateshead Hall, nie byłam podobna do nikogo we dworze – nie miałam nic wspólnego z panią Reed, jej dziećmi ani starannie przez nią dobranymi czołobitnymi sługami. Może i oni wszyscy mnie nie kochali, ale, szczerze mówiąc, ja też ich nie kochałam. Było pewne, że nie obdarzą uczuciem istoty, która nie czuje sympatii do nikogo z ich grona, różnej od nich, stanowiącej ich przeciwieństwo jeśli chodzi o temperament, zdolności i skłonności; nieużytecznej istoty, niezdolnej zachowywać się po ich myśli ani dostarczyć im rozrywki; szkodliwej osóbki, pielęgnującej urazę za sposób, w jaki była traktowana i kwestionującą ich osąd. Wiem, że gdybym była tryskającym radością, błyskotliwym, beztroskim, ładnym i swawolnym dzieckiem – choćby nawet tak samo ubogim i samotnym – pani Reed lepiej znosiłaby moją obecność, jej dzieci obdarzyłyby mnie serdeczniejszymi uczuciami, a służba byłaby mniej skłonna do robienia ze mnie kozła ofiarnego w pokoju dziecinnym.

Minęła już czwarta, światło dnia zaczęło powoli opuszczać czerwony pokój, chmurne popołudnie zamieniało się w mroczny wieczór. Słyszałam krople deszczu uderzające miarowo w okno na korytarzu nad schodami i wicher wyjący w gaju za dworem; było mi coraz zimniej, a wraz z ciepłem opuszczała mnie odwaga. Mój zwyczajny nastrój – uczucie poniżenia, zwątpienie w siebie, beznadziejne przygnębienie – przygasił ostatnie iskierki tlącego się we mnie gniewu. Wszyscy mówili, że jestem niegodziwa – całkiem możliwe, że tak było; a co by pomyśleli, gdyby wiedzieli, że właśnie rozważam możliwość zagłodzenie samej siebie na śmierć? To z pewnością była zbrodnia – jednak czy byłam gotowa umrzeć? Czy grobowiec pod prezbiterium kościoła w Gateshead był odpowiednim zakończeniem dla tej historii? Powiedziano mi, że w takim właśnie grobowcu pogrzebany został pan Reed. Zaczęłam wspominać wuja. Nie pamiętałam go, jednak wiedziałam, że był moim jedynym krewnym – bratem mojej matki – przyjął mnie pod swój dach, kiedy straciłam rodziców, i że w ostatniej chwili swego życia wymógł na pani Reed obietnicę, że będzie mnie wychowywać i traktować jak własne dziecko. Pani Reed prawdopodobnie święcie wierzyła, że dotrzyma obietnicy i pewnie dotrzymywała jej na tyle, na ile pozwalała jej na to własna natura. Jakże jednak mogła naprawdę polubić intruza, na dodatek nie związanego z nią – po śmierci męża – żadnymi więzami? Jak musiało ją to drażnić – z powodu wymuszonej przysięgi stała się matką dla dziwnego dziecka, którego nie mogła pokochać; musiała tolerować wrogiego odmieńca, który bez jej woli stał się częścią jej rodziny.

Wpadła mi do głowy osobliwa myśl. Nie wątpiłam – nigdy nie miałam co do tego ani cienia wątpliwości – że jeżeli pan Reed by żył, traktowałby mnie życzliwie. Teraz, kiedy tak siedziałam i patrzyłam na białe łoże i spowite w cienie ściany, od czasu do czasu odwracając zafascynowane spojrzenie w stronę świecącego zamglonym blaskiem lustra, zaczęłam sobie przypominać, co słyszałam o zwyczajach zmarłych, których spokój zakłóca świadomość, że nie spełniono ich ostatnich życzeń. Ponoć wracają na ziemię, żeby ukarać krzywoprzysiężców i pomścić uciśnionych. Pomyślałam, że dusza pana Reeda, nękana krzywdami, jakich doznaje dziecko jego siostry, może opuścić swoją siedzibę – czy to w kościelnym grobowcu, czy też w nieznanej krainie zmarłych – i stanąć przede mną w tej komnacie. Otarłam łzy i przestałam łkać, przestraszona, że oznaki gwałtownego smutku mogą obudzić pozaziemski głos, który zechce przynieść mi pociechę albo wywołać z mroku otoczone aureolą światła twarze, pochylające się nade mną z dziwną litością. Czułam, że choć myśl o nadchodzącej pomocy powinna być kojąca, w rzeczywistości napawało mnie to przerażeniem – całą mocą woli starałam się o tym nie myśleć, próbowałam być silna. Odgarnęłam włosy z czoła, podniosłam głowę i odważnie rozejrzałam się po ciemnym pokoju; w tym momencie na ścianie błysnęło światło. Czy to, zapytałam sama siebie, księżycowy promień, który się tu wślizgnął przez szparę w żaluzjach? Nie, światło księżyca jest nieruchome, a ten promyczek się poruszał – kiedy się weń wpatrywałam, prześlizgnął się na sufit i migotał nad moją głową. Teraz mogę bez trudu wysnuć przypuszczenie, że ta smuga światła padała najprawdopodobniej z latarni, którą trzymał w ręku służący idący przez trawnik. Wtedy jednak, gdy mój umysł spodziewał się czegoś przerażającego, a nerwy drżały z niepokoju, pomyślałam, że ten migotliwy zwiastunem jest promyczek jakiegoś widma nadchodzącego z innego świata. Serce mocno mi biło, do głowy uderzyło gorąco; jakieś dźwięki, które wzięłam za szelest wielu skrzydeł, wypełniły mi uszy – wydawało mi się, że coś się czai blisko mnie. Brakło mi tchu, a moja wytrzymałość sięgnęła kresu – z piersi wyrwał mi się dziki okrzyk, ruszyłam do drzwi i zaczęłam szarpać klamkę, rozpaczliwie pragnąc się wydostać. Usłyszałam kroki, ktoś nadbiegał korytarzem. W zamku przekręcono klucz i do pokoju weszły Bessie i Abbot.

– Panienko Eyre, czy coś panience dolega? – zapytała Bessie.

– Cóż za straszny hałas! Aż mnie ciarki przeszły! – wykrzyknęła Abbot.

– Proszę mnie stąd wziąć! Zabierzcie mnie do pokoju dziecinnego! – wyszlochałam.

– Dlaczego? Czy panienka się zraniła? A może coś zobaczyła? – dopytywała Bessie.

– Och, zobaczyłam światło i myślałam, że zjawi się tu duch – trzymałam dłoń Bessie, a ona jej nie wyrywała.

– Specjalnie narobiła takiego harmideru – oświadczyła z pewnym obrzydzeniem Abbot. – Cóż to był za wrzask! Można by to zrozumieć, gdyby coś ją bardzo bolało, ale jej chodziło tylko o to, żeby nas tu zwabić. Znam się na tych jej podstępnych sztuczkach.

– Co się tutaj dzieje? – stanowczo zażądał wyjaśnień inny głos. Przez korytarz przeszła pani Reed z wstążkami od czepka, fruwającymi wokół głowy i groźnie szeleszczącą koszulą.

– Abbot i Bessie, jak mniemam, wydałam polecenie, że Jane Eyre ma pozostać w czerwonym pokoju, aż sama do niej przyjdę.

– Panienka Jane tak głośno krzyczała, proszę pani – wstawiła się za mną Bessie.

– Zostawcie ją – powiedziała pani Reed odwracając się do mnie. – Dziecko, puść rękę Bessie. Bądź pewna, że nie uda ci się stąd wydostać takim sposobem. Podstępy napawają mnie wstrętem, a już szczególnie w wykonaniu dzieci. Moim obowiązkiem jest nauczyć cię, że takie sztuczki nie przynoszą rezultatu. Teraz zostaniesz tutaj o godzinę dłużej, a i tak uwolnię cię jedynie wówczas, jeśli przez ten czas będziesz całkowicie posłuszna i spokojna.

– Och, cioteczko, miej nade mną zmiłowanie! Wybacz mi! Ja tego nie wytrzymam! Ukarz mnie w jakiś inny sposób! Ja zginę, jeśli…

– Cisza! Mierzisz mnie.

I tak bez wątpienia naprawdę było. W jej oczach byłam małą aktorką; szczerze wierzyła, że jest we mnie jadowita furia, podłość i  niebezpieczna obłuda.

Bessie i Abbot odeszły, a pani Reed, zirytowana moją szaleńczą rozpaczą i niemożliwym do powstrzymania szlochem, bezceremonialnie wepchnęła mnie z powrotem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz, nie wdając się w dalszą dyskusję. Słyszałam jak się oddala i jak przypuszczam, kiedy tylko echo jej kroków umilkło, dostałam jakiegoś ataku – wszystko przykryła ciemność.

ROZDZIAŁ 3

Następne, co pamiętam, to fakt że przebudziłam się z uczuciem, jakby dręczył mnie straszliwy koszmar senny. Zobaczyłam przed sobą przerażającą czerwoną łunę, poprzecinaną szerokimi, czarnymi prętami. Słyszałam również głosy, jednak były dziwnie puste, jakby stłumione przez pędzący wicher albo wodę. Wzburzenie, niepewność, a przede wszystkim przerażenie odebrały mi zdolność pojmowania rzeczywistości. Po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś próbuje mnie podnieść i usadowić; robił to z delikatnością, jakiej jeszcze w życiu nie dane mi było zaznać. Oparłam głowę o poduszkę lub czyjeś ramię i  odetchnęłam z ulgą.

W ciągu kolejnych pięciu minut oszołomienie minęło: wiedziałam już, że jestem we własnym łóżku i że czerwona poświata to ogień płonący w kominku dziecinnego pokoju. Była noc – na stole paliła się świeca. U stóp łóżka stała Bessie trzymając miskę, a obok mojej poduszki na krześle siedział jakiś dżentelmen i pochylał się w moją stronę.

Świadomość, że w pokoju jest obcy człowiek, ktoś nie mieszkający w Gateshead i nie spokrewniony z panią Reed, sprawiła mi niewysłowioną ulgę, dając kojące poczucie bezpieczeństwa. Odwróciłam wzrok od Bessie (choć jej widok był mi dużo milszy niż byłby, powiedzmy, widok Abbot) i przyjrzałam się twarzy owego dżentelmena. Znałam go: to był pan Lloyd, aptekarz, po którego pani Reed posyłała, kiedy ktoś ze służby zaniemógł. Ją i dzieci zawsze leczył doktor.

– Poznaje mnie panienka? – zapytał.

Wymieniłam jego imię, podając mu jednocześnie rękę. Z uśmiechem ujął ją i powiedział:

– Wkrótce poczujesz się bardzo dobrze. – z tymi słowami pomógł mi się położyć, a następnie zwrócił się do Bessie i nakazał jej mieć baczenie, żeby nic mi nie zakłóciło nocnego spoczynku. Udzielił jej jeszcze innych wskazówek, napomknął, że wpadnie nazajutrz, po czym, ku mojemu rozczarowaniu, wyszedł. Gdy tak siedział na krześle obok mojej poduszki, czułam, że nic mi nie grozi i że jestem otoczona życzliwością, natomiast gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, pokój pogrążył się w ciemności, a moje serce w niewysłowionym smutku.

– Czy ma panienka ochotę zdrzemnąć się teraz? – zapytała łagodnym głosem Bessie.

Bałam się odpowiedzieć, bo myślałam, że jej następne zdanie będzie szorstkie, więc nieśmiało powiedziałam:

– Spróbuję.

– Może ma panienka ochotę się czegoś napić albo coś zjeść?

– Nie, dziękuję, Bessie.

– W takim razie chyba się położę, bo minęła już północ; ale proszę mnie zawołać, jeśli panienka będzie czegoś w nocy potrzebować.

Cóż za przemiła uprzejmość! Ośmieliłam się zadać pytanie:

– Bessie, co się ze mną dzieje? Czy jestem chora?

– Zachorowała panienka w czerwonym pokoju, pewnie z tego płaczu. Na pewno wkrótce poczuje się panienka lepiej.

Bessie odeszła do znajdującego się obok pokoju służącej. Słyszałam, jak mówi:

– Saro, pójdziesz ze mną na noc do pokoju dziecinnego? Za nic nie chciałabym spędzić dzisiejszej nocy sama z tym małym biedactwem; przecież ona w każdej chwili może umrzeć. To takie dziwne, że miała ten atak. Tak się zastanawiam się, a może jednak coś zobaczyła? Pani była dla niej zbyt surowa.

Wróciły razem; wślizgnęły się do łóżka i przez pół godziny, dopóki nie usnęły, coś do siebie szeptały. Słyszałam jedynie skrawki wypowiedzi, z których jednak łatwo było odgadnąć temat ich rozmowy: „Coś się o nią otarło, całe w bieli, po czym rozpłynęło się we mgle”, „tuż za nim czaił się ogromny, czarny pies”, „trzy głuche łupnięcia w drzwi”, „światełko na cmentarzu, dokładnie nad jego grobem” i tak dalej, i tak dalej.

W końcu obie zasnęły; ogień na kominku i świeca zgasły. Jednak ja tej straszliwej nocy nie zdołałam zmrużyć oka – moje uszy, oczy i rozum oczekiwały czegoś przerażającego. Bałam się tak, jak jedynie dziecko potrafi się bać.

Nie zachorowałam ciężko czy przewlekle po zajściu w czerwonym pokoju, był to tylko wstrząs dla moich nerwów, jednak jego skutki odczuwam do dnia dzisiejszego. Tak, pani Reed, to właśnie pani zawdzięczam lęki, które od czasu do czasu przeszywają moją duszę. Jednak powinnam pani wybaczyć, bo nie wiedziała pani, co czyni. Targając moje nerwy, sądziła pani, że jedynie wykorzenia moje naganne skłonności.

Następnego dnia w południe, ubrana i otulona w szal, siedziałam przy kominku w pokoju dziecinnym. Czułam się słaba i wyczerpana, ale najbardziej dolegało mi trudne do opisania rozbicie psychiczne, które wyciskało z moich oczu ciche łzy – gdy tylko otarłam z policzka jedną słoną kropelkę, w jej miejsce zjawiała się kolejna. A przecież, myślałam sobie, powinnam być szczęśliwa, bo w pobliżu nie było żadnego z Reedsów; wszyscy odjechali powozem ze swoją mamą. Również Abbot zajęła się szyciem w innym pokoju, a Bessie, która krzątała się obok mnie, odkładając na miejsce zabawki, od czasu do czasu rzucała w moją stronę życzliwe słówko. Wszystko to razem wzięte powinno mi się wydać rajem na ziemi, przywykłam bowiem do ciągłych połajanek i harówki, za którą nikt mi nigdy nie dziękował, jednak moje udręczone nerwy były w takim stanie, że nawet panujący spokój nie mógł przynieść im ukojenia, a przyjemność z  przebywania w samotności nie była w stanie przynieść im radości.

Bessie przyniosła z kuchni kawałek placka na barwnym porcelanowym talerzu: widok namalowanego na nim rajskiego ptaka, który przycupnął na wieńcu uwitym z powoju i pączków róży zwykle wywoływał u mnie oczarowanie i podziw. Nie raz błagałam, żeby pozwolono mi potrzymać ten talerz, bo chciałam dokładnie mu się przyjrzeć, ale, aż do tej chwili, nigdy nie uznano mnie za godną tego przywileju. Teraz drogocenne naczynie spoczywało na moich kolanach, a ja sama zostałam serdecznie zachęcona, żeby skosztować okrągłego, delikatnego ciastka, które na nim leżało. Jednak na nic mi się nie zdała ta niespodzianka. Tak jak to bywa z większością długo oczekiwanych i wymarzonych przywilejów, został mi on nadany zbyt późno. Nie mogłam przełknąć ani kęsa ciasta, a piórka ptaka i barwy kwiatów wydawały mi się dziwnie przygasłe, dlatego odłożyłam talerzyk wraz z przysmakiem. Bessie zapytała, czy chciałabym poczytać książkę; na dźwięk słowa książka ożywiłam się na moment i poprosiłam, żeby przyniosła mi z biblioteczki Podróże Guliwera. Była to powieść, którą wciąż od nowa z rozkoszą czytałam; sądziłam, że opisuje ona prawdziwe wydarzenia i uważałam, że jest ciekawsza niż bajki, pod których wpływem szukałam elfów między liśćmi naparstnicy i wśród leśnych dzwonków, pod kapeluszami grzybów i pod listkami bluszczu oplatającego stare mury domu, aż wreszcie doszłam do smutnego wniosku, że wszystkie uciekły z Anglii do jakiegoś dzikiego kraju, w którym lasy są starsze i gęstsze i gdzie żyje mniej ludzi. Natomiast święcie wierzyłam, że kraje Liliputów i Brobdingnag to prawdziwe krainy i nie wątpiłam, że pewnego dnia ruszę w daleką podróż by na własne oczy zobaczyć malutkie pola, domki i drzewa, miniaturowych ludzi i maciupeńkie krówki, owce i ptaszki w jednym królestwie, a pola kukurydzy wysokiej jak drzewa, potężne dogi angielskie, monstrualne koty, mężczyzn i kobiety wysokich niczym wieże – w drugim. Jednak teraz, gdy umiłowany tom znalazł się w moich dłoniach, gdy przewracałam stronice, aby odnaleźć w cudownych ilustracjach czar, który jak dotąd zawsze tam był – wszystko nagle wydało mi się upiorne i ponure. Olbrzymy zamieniły się w posępne gobliny, pigmeje w nieprzyjazne i straszliwe chochliki, a Guliwer stał się najbardziej samotnym z podróżników, zagubionym w przerażających i niebezpiecznych krainach. Nie śmiałam już więcej zaglądać do książki, więc zamknęłam ją i odłożyłam na stół, obok nietkniętego ciastka.

Tymczasem Bessie skończyła ścierać kurze i porządkować pokój, umyła ręce, po czym otworzyła pewną małą szufladkę pełną przepysznych skrawków jedwabiu i atłasu i zajęła się szyciem nowego czepeczka dla lalki Georgiany. Nuciła sobie przy tym piosenkę, której słowa brzmiały tak:

Gdyśmy błądzili jak Cyganie

Długi ach długi temu czas…

Często słyszałam tę piosenkę, a jej słuchanie zawsze sprawiało mi prawdziwą przyjemność, bo Bessie miała słodki głos – przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak w tamtej chwili, chociaż jej głos nie stracił nic ze swej słodyczy, odnalazłam w tej melodii trudny do opisania smutek. Bessie, pochłonięta pracą, śpiewała refren bardzo niskim głosem i  wyjątkowo powoli;długi, ach długi temu czas brzmiało jak najsmutniejszy hymn pogrzebowy. Tymczasem ona przeszła do kolejnej ballady, tym razem naprawdę rzewnej.

Stópki mam zmęczone, a nóżki znużone,

Droga jest taka długa, a  góry tak dzikie;

Wkrótce noc zapadnie bez księżyca, straszna

Nad drogą małego sierotki.

Dlaczego mnie wysłano w samotną wędrówkę, daleko,

Tam gdzie wrzosy i spiętrzone skały?

Ludzie nie mają serca i tylko anioły

czuwają nad krokami małego sierotki.

Delikatny wietrzyk gdzieś z daleka wieje,

Niebo jest bezchmurne, za to gwiazdy świecą;

Bóg w swej łaskawości okazuje łaskawość,

Pociesza i przytula małego sierotkę.

Nawet jeśli upadnę gdy most nagle pęknie,

Lub zaginę na bagnach przez błędne ogniki

To i tak dobry ojciec mi pobłogosławi

I przygarnie do serca małego sierotkę.

Nieważne, że brak siły zaczyna doskwierać,

Nieważne, że nie ma domu ni schronienia.

Niebo jest moim domem, tam znajdę spoczynek,

Bo Bóg jest przyjacielem biednego sierotki.

– Ejże, panienko Jane, proszę nie płakać – powiedziała Bessie, kiedy skończyła śpiewać. Równie dobrze mogłaby zakazać ogniowi płonąć; jednak skądże miała wiedzieć, jak straszliwe cierpienie trawi moją duszę? Tego poranka odwiedził mnie ponownie pan Lloyd:

– A cóż to, już na nogach? – zapytał, wkraczając do pokoju dziecinnego. – Bessie, jak się miewa nasza mała pacjentka?

Bessie odrzekła, że miewam się bardzo dobrze.

– Jeśli tak, to powinna być weselsza. Proszę tu podejść, panno Jane. Masz na imię Jane, prawda?

– Tak, proszę pana. Jane Eyre.

– Widzę, że płakałaś, panno Jane Eyre. Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego? Czy coś cię boli?

– Nie, proszę pana.

– Och, ani chybi płacze, bo pani Reed nie wzięła jej ze sobą na przejażdżkę powozem – wtrąciła się Bessie.

– Nie może być! Przecież jest już za duża na takie dąsy.

W pełni się z nim zgadzałam, a ponieważ poczułam się urażona fałszywym oskarżeniem, bezzwłocznie sprostowałam:

– Nigdy w życiu nie płakałam z takiego powodu. Nienawidzę przejażdżek powozem. Płaczę, ponieważ jestem nieszczęśliwa.

– A fe, panienko – żachnęła się Bessie.

Zacny aptekarz wydawał się być nieco skołowany. Stałam przed nim, a on utkwił we mnie nieruchome spojrzenie – miał niewielkie, szare oczy. Może nie lśnił w nich blask mądrości, ale teraz wiem, że były przenikliwe. Miał trochę toporną w rysach, ale dobrotliwą twarz. Przez dłuższą chwilę nad czymś dumał, aż wreszcie się odezwał:

– Dlaczego wczoraj zachorowałaś?

– Przewróciła się – ponownie wtrąciła się Bessie.

– Przewróciła się! Przecież na to też jest za duża! Czy nie nauczyła się jeszcze chodzić? Musi już mieć osiem albo nawet dziewięć lat.

– Zostałam przewrócona – urażona duma nie pozwoliła mi zachować tej wiadomości dla siebie. – Ale to nie upadek sprowadził na mnie chorobę – dodałam; pan Lloyd w tym czasie zażył szczyptę tabaki.

Kiedy wkładał tabakierkę do kieszonki w kamizelce, zadźwięczał głośny dzwonek wzywający służbę na kolacje. Pan Lloyd wiedział, co to oznacza:

– To chyba na ciebie dzwonią, Bessie – zwrócił się do niani. – Możesz odejść. Pogawędzę z panną Jane do twojego powrotu.

Bessie wolałaby zostać, ale musiała iść, ponieważ w Gateshead Hall surowo przestrzegano punktualnego przychodzenia na posiłki.

– To nie upadek spowodował twoją chorobę. Co ją w takim razie wywołało? – dopytywał pan Lloyd po wyjściu Bessie.

– Zamknięto mnie w pokoju, w którym straszy; byłam tam, kiedy zapadł zmrok.

Pan Lloyd jednocześnie uśmiechał się i zmarszczył brwi:

– Straszy! Cóż, w końcu jesteś tylko dzieckiem. Boisz się duchów?

– Boję się ducha pana Reeda. Umarł w tamtym pokoju, a potem leżał tam na katafalku. Ani Bessie, ani nikt inny z własnej woli nie wszedłby tam w nocy. To było okrutne, zamknąć mnie tam samą i bez świecy, tak okrutne, że nigdy o tym nie zapomnę.

– Bzdury. I to z tego powodu jesteś taka nieszczęśliwa? A teraz, w biały dzień, czy ciągle się lękasz?

– Nie, ale wkrótce znowu nadejdzie noc. A poza tym, czuję się nieszczęśliwa z innych powodów.

– Jakież to powody? Opowiesz mi o nich?

Tak bardzo chciałam mu wszystko opowiedzieć! Jednak trudno było znaleźć odpowiednie słowa. Dzieci mają uczucia, ale nie potrafią ich analizować, a jeżeli już dokonają w myślach częściowej analizy, nie wiedzą, w jakie słowa ubrać efekt swoich przemyśleń. Jednak ja, przestraszona, że stracę pierwszą i jedyną szansę pożalenia się komuś i podzielenia się moją niedolą po chwili niezręcznego milczenia zdołałam sformułować skromną, choć niewątpliwie prawdziwą odpowiedź:

– Po pierwsze, nie mam ojca ani matki, braci ani sióstr.

– Masz dobrą ciotkę i kuzynów.

Ponownie zamilkłam, po czym z  zakłopotaniem wyznałam:

– Ale to John Reed mnie przewrócił, a ciotka zamknęła mnie w czerwonym pokoju.

Pan Lloyd po raz drugi wyjął tabakierkę.

– A nie uważasz, że Gateshead Hall to piękny dom? – zapytał. – Czy nie jesteś wdzięczna, że możesz mieszkać w takim wspaniałym miejscu?

– To nie jest mój dom, proszę pana. Abbot mówi, że nawet służący mają większe prawo tutaj mieszkać.

– Ha! Nie możesz chyba być tak głupiutka, żeby chcieć się wyprowadzić z takiego wspaniałego dworu?

– Jeżeli tylko miałabym dokąd pójść, z chęcią bym go opuściła. Niestety, będę to mogła zrobić dopiero, kiedy dorosnę.

– Być może mogłabyś… kto wie? Czy oprócz pani Reed masz jakichś innych krewnych?

– Raczej nie, proszę pana.

– Nikogo od strony ojca?

– Nie wiem. Raz zapytałam o to ciotkę Reed; odpowiedziała mi, że być może mam jakichś biednych krewnych o nazwisku Eyre, ale ona nic o  nich nie wie.

– Jeżeli tacy by istnieli, czy chciałabyś się do nich przenieść?

Zastanowiłam się. Ubóstwo wydaje się przygnębiające w oczach dorosłych, a tym bardziej dzieci, które nie mają pojęcia o istnieniu chętnych do pracy, ciężko zarabiających na swoje utrzymanie, godnych szacunku biedaków. Dzieciom bieda kojarzy się wyłącznie z łachmanami, głodem, wygasłym paleniskiem, grubiańskimi manierami i zgnilizną moralną – dla mnie bieda była synonimem upodlenia.

– Nie, nie chciałabym żyć z biedakami. – tak brzmiała moja odpowiedź.

– Nawet jeżeli byliby dla ciebie dobrzy?

Potrząsnęłam głową: nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób biedni ludzie mogliby być zdolni do okazywania dobroci. Poza tym – mówić jak oni, przejąć ich maniery, nie zdobyć wykształcenia, stać się jedną z tych nieszczęsnych kobiet, które czasem widziałam, karmiące piersią dzieci albo robiące pranie przy drzwiach swoich chałup w wiosce Gateshead. Nie, nie pragnęłam wolności aż tak, by jej szukać poza swoją sferą.

– Jednak czy twoi krewni są tak bardzo biednymi ludźmi? Czy pracują?

– Nie umiem powiedzieć. Ciotka Reed mówi, że o ile mam krewnych, to muszą być nędzarzami. A ja nie chcę zostać żebraczką.

– A może chciałabyś wyjechać do szkoły?

Ponownie się zastanowiłam; nie bardzo rozumiałam, czym jest szkoła. Bessie czasem opowiadała o niej jako o miejscu, gdzie młode damy karano, sadzając je w dybach lub karząc im nosić przewieszone przez szyje tablice i gdzie oczekiwano od nich, że będą niebywale dystyngowane i dokładne. Wiedziałam, że i John Reed nienawidził swojej szkoły i lżył jej przełożonego, jednak jego upodobania nie stanowiły dla mnie wskazówek. Nawet jeżeli rewelacje Bessie na temat szkolnej dyscypliny (czerpała wiedzę z opowieści młodych dam z rodziny, z którą mieszkała zanim zjawiła się w Gateshead) były cokolwiek zatrważające, to szczegóły dotyczące umiejętności zdobytych przez te właśnie panny były, moim zdaniem, bardzo pociągające. Wychwalała pod niebiosa pejzaże i kwiaty, które malowały, pieśni, które potrafiły wyśpiewać i melodie, które potrafiły zagrać, sakiewki, które potrafiły wydziergać, francuskie książki, które potrafiły przetłumaczyć – kiedy tak jej słuchałam, budziło się we mnie pragnienie, aby im dorównać. Poza tym, szkoła całkowicie zmieniłaby moje życie – odbyłabym długą podróż, aby do niej dotrzeć i na zawsze uwolniłabym się od Gateshead – rozpoczęłoby się dla mnie zupełnie nowe życie.

– Owszem, chciałabym wyjechać do szkoły – w lakoniczny sposób wyraziłam swoje przemyślenia.

– Hmmm, w takim razie, kto wie, co się może zdarzyć? – powiedział pan Lloyd, podnosząc się z krzesła. – Dziecko potrzebuje zmiany powietrza i otoczenia – szepnął do siebie. – Jej nerwy nie są w  najlepszym stanie.

Wróciła Bessie, w tym samym momencie dał się słyszeć stukot kół. Powóz wjechał na wysypany żwirem podjazd.

– Czy to wasza pani, Bessie? – zapytał pan Lloyd. – Chciałbym przed wyjściem zamienić z nią słówko.

Bessie zaprosiła go do pokoju śniadaniowego, a następnie pokazała mu drogę. Z późniejszego biegu wydarzeń domyśliłam się, że aptekarz odważył się wówczas wspomnieć pani Reed, iż dobrze by mi zrobiło, gdyby posłano mnie do szkoły, a pomysł ten okazał się niewątpliwie bardzo po myśli ciotki. Podobnie powiedziała Abbot, kiedy pewnej nocy ona i Bessie omawiały tę kwestię, szyjąc w pokoju dziecinnym. Myśląc, że śpię rzuciła znad igły: „Pani jest zadowolona, że może pozbyć się takiego uprzykrzonego, niemiłego dziecka, które bez przerwy wszystkim się przygląda i najpewniej potajemnie snuje jakieś intrygi”. Abbot, jak sądzę, uważała mnie za rodzaj dziecięcego Guya Fawkesa.

Tamtego wieczora z opowieści panny Abbot dowiedziałam się również, że mój ojciec był ubogim pastorem, a matka poślubiła go wbrew woli bliskich, którzy uważali, że nie stanowi on odpowiedniej dla niej partii. Dziadka Reeda tak rozwścieczyło jej nieposłuszeństwo, że od tej pory nie dał jej ani szylinga. Kiedy rodzice byli rok po ślubie, ojciec, odwiedzając biednych w wielkim przemysłowym mieście, w którym znajdował się jego wikariat, zaraził się zbierającym tam śmiertelne żniwo durem brzusznym. Matka zaraziła się od niego; oboje umarli w ciągu miesiąca.

Bessie wysłuchała tej opowieści, westchnęła i powiedziała:

– Biedna panienka Jane, nad nią też trzeba się ulitować.

– Owszem – odrzekła Abbot. – Gdyby była miłym i ładnym dzieckiem, można by się litować nad jej samotnością. Ale trudno się przejmować losem takiego małego brzydactwa!

– Bardzo trudno, to na pewno – przytaknęła Bessie. – Z całą pewnością taka ślicznotka jak panna Georgiana budziłaby więcej współczucia, gdyby to ją spotkał taki los.

– O tak, uwielbiam pannę Georgianę! – wykrzyknęła gorliwie Abbot. – Prawdziwy z niej aniołeczek, z tymi długimi lokami, błękitnymi oczętami i różowymi policzkami: śliczna jak obrazek! Bessie, mam apetyt na welsh rabbit na kolację…

– Ja też, z przypieczoną cebulką. Chodźmy na dół!

Tak też zrobiły.

ROZDZIAŁ 4

Rozmowa z panem Lloydem i przytoczony powyżej dialog pomiędzy Bessie i Abbot tchnęły we mnie tyle nadziei, że zebrałam siły i wróciłam do zdrowia – wydawało się, że nadchodzi zmiana, pragnęłam jej i spokojnie na nią czekałam. Jednak mijały dni i tygodnie, ja już całkowicie odzyskałam zdrowie, a nikt nic nie mówił o sprawie, która tak zaprzątała mój umysł. Pani Reed mierzyła mnie od czasu do czasu surowym wzrokiem, ale rzadko się do mnie zwracała – od czasu mojej choroby, aby jeszcze bardziej oddzielić mnie od swoich dzieci, kazała mi sypiać samotnie w komórce, jeść w samotności i przebywać cały czas w pokoju dziecinnym, podczas gdy kuzynostwo bawiło się w salonie. Chociaż nawet nie wspomniała o wysłaniu mnie do szkoły, instynktownie przeczuwałam, że nie wytrzyma ze mną długo pod jednym dachem, ponieważ kiedy na mnie patrzyła, w jej spojrzeniu głębokiej niechęci było więcej niż zwykle.

Eliza i Georgiana, najwyraźniej posłuszne poleceniom, rozmawiały ze mną tak niewiele, jak to było możliwe. John na mój widok wypychał językiem policzek, a raz próbował poczęstować mnie kuksańcem, ale kiedy natychmiast zwróciłam się przeciwko niemu, wiedziona tym samym uczuciem głębokiego gniewu, które poprzednio doprowadziło mnie do wybuchu, wolał raczej porzucić swój zamiar i uciec, złorzecząc i zarzekając się, że rozbiłam mu nos. Prawdę powiedziawszy, tak właśnie było, używając całej siły mojej piąstki uderzyłam w tę wydatną część jego twarzy. Kiedy zobaczyłam, że to zniechęciło go do dalszego dokuczania, miałam ochotę nie poprzestać na takiej nauczce – jednak on był już przy swojej mamie. Słyszałam, jak wśród szlochów zaczyna opowiadać zmyśloną historię, o tym, jak „ta szkaradna Jane Eyre” rzuciła się na niego jak wściekła kotka, jednak ciotka bezceremonialnie mu przerwała:

– Nic mi o niej nie mów, John. Powiedziałam ci, żebyś się do niej nie zbliżał, bo nie jest warta naszej uwagi. Nie życzę sobie, aby moje dzieci się z nią zadawały.

W tym momencie przechyliłam się przez poręcz, po czym gwałtownie i bez zastanowienia wykrzyknęłam:

– To oni nie są godni, żeby się ze mną zadawać!

Pani Reed należała do tęgich kobiet, jednak na dźwięk tych zuchwałych słów zwinnie wbiegła na schody, porwała mnie niczym trąba powietrzna do pokoju dziecinnego i cisnęła na brzeg łóżka, ostrzegając, abym do końca dnia nie ważyła się stamtąd ruszyć ani odezwać choćby jednym słowem.

– Co by na to powiedział wuj Reed, gdyby żył? – zapytałam nie całkiem dobrowolnie. Mówię, tak, ponieważ miałam wrażenie, że choć moje usta sformułowały to pytanie, odbyło się to bez udziału mojej woli; tak jakby przemówiło przeze mnie coś, nad czym nie byłam w stanie zapanować.

– Co? – wyszeptała pani Reed. W jej szarych oczach, zwykle chłodnych i spokojnych, błyszczał strach. Zdjęła dłoń z mojego ramienia i wpatrywała się we mnie, jakby nie była pewna, czy jestem dzieckiem, czy też może demonem. Jednak mnie nie można już było powstrzymać.

– Wuj Reed jest w niebie i widzi wszystko, co ciotka robi i myśli; tak samo tata i mama: wiedzą, że zamykasz mnie na cały dzień i że życzysz mi śmierci.

Pani Reed szybko oprzytomniała: mocno mną potrząsnęła, dała mi po uszach, po czym bez słowa wyszła. Później Bessie wygłosiła na mój użytek godzinne kazanie, w którym ponad wszelką wątpliwość dowiodła, że jestem najnikczemniejszym i najbardziej zepsutym dzieckiem, jakie kiedykolwiek chodziło po świecie. Prawie jej uwierzyłam, ponieważ w moim sercu naprawdę kłębiły się wyłącznie złe uczucia.

Minął listopad, grudzień i pół stycznia. W Gateshead Boże Narodzenie i Nowy Rok świętowano jak zwykle hucznie i wesoło – obdarowywano się nawzajem prezentami, zapraszano gości na kolacje i przyjęcia. Oczywiście ja byłam wykluczona z każdej przyjemności – mój udział w powszechnej radości polegał jedynie na podziwianiu strojów Elizy i Georgiany i przyglądaniu się, jak schodzą do salonu wystrojone w sukienki z cienkiego muślinu, przewiązane szkarłatnymi szarfami, z fryzurami pełnymi misternie ułożonych loczków. Potem mogłam słuchać dobiegających z dołu dźwięków fortepianu lub harfy, kroków krzątających się lokajów, pobrzękiwania szkła i porcelany, kiedy goście raczyli się napojami orzeźwiającymi oraz przytłumionego szumu rozmów, kiedy otwierano i zamykano drzwi do salonu. Kiedy mnie to znudziło, porzucałam swoje miejsce na szczycie schodów i wracałam do samotnego i cichego pokoju dziecinnego. Czułam pewien smutek, ale nie byłam nieszczęśliwa. Szczerze mówiąc, nie miałam najmniejszej ochoty dołączać do towarzystwa na dole, ponieważ rzadko mnie tam zauważano. Jeżeli tylko Bessie byłaby w dobrym i towarzyskim nastroju, możliwość spędzenia cichego wieczoru z nią uważałabym za przywilej, w odróżnieniu do wieczoru spędzonego po groźnym okiem pani Reed w salonie wypełnionym damami i dżentelmenami. Jednak Bessie, kiedy tylko skończyła ubierać swoje młode podopieczne, zwykle udawała się do miejsc bardziej tętniących życiem, jak kuchnia czy pokój gospodyni, najczęściej zabierając ze sobą świecę. Siedziałam wtedy z lalką na kolanach; czekałam, aż wygaśnie ogień i od czasu do czasu rozglądałam się dookoła, żeby sprawdzić, czy w mrocznym pokoju nie czai się coś złego. Kiedy ogień dogorywał, rozbierałam się w pośpiechu, z całej siły szarpiąc węzełki i tasiemki, po czym chroniłam się przed zimnem i ciemnością we własnym łóżku. Zawsze zabierałam tam ze sobą lalkę – człowiek musi kogoś darzyć miłością, a ja, z braku istoty bardziej godnej mojego uczucia, znalazłam przyjemność w przelewaniu całej miłości na tę wyblakłą zabawkę, potarganą jak miniaturowy strach na wróble. Dzisiaj trudno mi uwierzyć, jak niedorzecznie szczerą miłością obdarzałam tę lalkę; tak jakbym wierzyła, że jest żywa i ma uczucia. Nie mogłam zasnąć, dopóki nie otuliłam ją swoją koszulą nocną; kiedy zaś dopilnowałam, żeby znalazła się w ciepłym i bezpiecznym miejscu, czułam się stosunkowo szczęśliwa, bo wierzyłam, że i ona doznaje uczucia szczęścia.

Kiedy tak leżałam, czekając na wyjście gości i nasłuchując kroków służącej na schodach, godziny ciągnęły się w nieskończoność. Od czasu do czasu zaglądała do mnie Bessie, żeby poszukać naparstka lub nożyczek czy też przynieść mi kolację składająca się z bułeczki albo ciastka z serem. Podczas gdy ja jadłam, ona siedziała na brzegu łóżka, a kiedy skończyłam, otulała mnie, a dwa razy nawet pocałowała na dobranoc ze słowami: „Przyjemnych snów, panienko Jane”. Gdy była taka miła, wydawała mi się najlepszą, najładniejszą, najbardziej uprzejmą istotą na świecie i z całego serca pragnęłam, żeby zawsze była taka życzliwa i przyjazna, zamiast mnie poganiać, łajać czy też obarczać zbyt trudnymi zadaniami, jak to zbyt często robiła. Sądzę, że Bessie Lee była dziewczyną bystrą i dobrą z natury, bo zręcznie wywiązywała się ze swoich obowiązków i miała niezwykły dar opowiadania, a przynajmniej opowieści, jakie snuła w pokoju dziecinnym, robiły wtedy na mnie ogromne wrażenie. O ile dobrze pamiętam jej twarz i sylwetkę, była też całkiem ładna. Zapamiętałam ją jako zgrabną, młodą kobietę o czarnych włosach, ciemnych oczach, delikatnych rysach twarzy i gładkiej, jasnej cerze. Była jednak kapryśna, nie zastanawiała się długo nad tym, co robiła i nie bardzo dbała o zasady czy sprawiedliwość. Jednak pomimo wszystkich jej wad i  tak lubiłam ją bardziej od innych mieszkańców Gateshead Hall.

Był piętnasty stycznia, mniej więcej dziewiąta rano. Bessie była na śniadaniu, a kuzyni nie zostali jeszcze wezwani przez swoją mamę. Eliza właśnie zakładała czepek i ciepły płaszczyk, ponieważ szła nakarmić swój drób – bardzo lubiła to zajęcie, podobnie jak sprzedawanie jajek gosposi i gromadzenie zdobytych w ten sposób pieniędzy. Miała żyłkę do interesów, lubowała się również w oszczędzaniu – nie tylko sprzedawała jajka i kurczęta, ale również zawzięcie podbijała ceny nasion i sadzonek ogrodnikowi, któremu pani Reed nakazała kupować od młodej damy wszystko, co ta zechciała sprzedać. Eliza sprzedałaby własne warkocze, gdyby ktoś zaproponował jej dobrą cenę. Jeśli chodzi o pieniądze, to początkowo owijała je w stare szmaty lub papiloty i ukrywała w najdziwniejszych miejscach, ale gdy pokojówka odkryła niektóre z tych pakuneczków, Eliza wystraszyła się, że pewnego dnia ktoś może przywłaszczyć sobie jej skarby i zgodziła się powierzyć je matce, pobierając za to lichwiarską opłatę w wysokości pięciu czy sześciu procent. Prowizję tę pobierała raz na kwartał, skrupulatnie zapisując sobie wszystko w małym zeszyciku.

Georgiana siedziała przed lustrem, czesała włosy i przyozdabiała je sztucznymi kwiatami oraz wyblakłymi piórami, które znalazła w jakiejś szufladzie na strychu. Ja zajęta byłam ścieleniem swojego łóżka – Bessie surowo nakazała mi uporać się z tym zadaniem do jej powrotu (teraz często traktowała mnie jako coś w rodzaju własnej służącej, tak więc sprzątałam pokój, ścierałam kurz z krzeseł i wykonywałam inne tego typu czynności). Kiedy przykryłam już łóżko narzutą i równiutko złożyłam swoją koszulkę nocną, podeszłam do parapetu, żeby uporządkować porozrzucane tam książki z obrazkami i mebelki z domku dla lalek. Jednak Georgiana stanowczo zabroniła mi dotykać swoich zabawek (maleńkie krzesełka i lustra, filigranowe talerzyki i filiżaneczki należały właśnie do niej), więc porzuciłam to zajęcie. Nie miałam nic do roboty, dlatego zabawiałam się chuchaniem na szybę, na której mróz w nocy wymalował kwiaty, a potem robiłam kółeczko, przez które mogłam wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć nieruchomy, zamarznięty, zimowy świat.

Z okna widać było stróżówkę i podjazd. Właśnie kiedy udało mi się roztopić tyle mroźnych płatków, że mogłam zerknąć na zewnątrz, brama otworzyła się i wjechał powóz. Obojętnie patrzyłam, jak zbliża się do dworu – różne powozy często przyjeżdżały do Gateshead, jednak żaden nigdy nie przywiózł gości, którymi byłabym zainteresowana. Pojazd przystanął przed domem a dzwonek, ogłaszający przybycie gościa zabrzęczał głośno. Dla mnie nie miało to żadnego znaczenia i wkrótce moją uwagę przykuł malutki, głodny rudzik, który świergotał na pozbawionej liści czereśni, rosnącej nieopodal okna. Na stole ciągle leżały resztki mojego śniadania, na które składał się chleb i mleko, więc pokruszyłam kawałek bułki i właśnie próbowałam otworzyć okno, żeby wysypać okruszki na parapet, kiedy do pokoju dziecinnego wpadła Bessie.

– Panienko Jane, proszę zdjąć fartuszek… Co też panienka wyrabia? Czy panienka umyła dziś rano ręce i buzię?

Zanim odpowiedziałam, jeszcze raz szarpnęłam za sznur, bo chciałam mieć pewność, że ptaszek dostanie swój chleb. Okno ustąpiło; wysypałam okruszki, których część spadła na kamienny parapet, a inne na gałęzie czereśni. Zamknęłam okno i odpowiedziałam:

– Nie, Bessie. Dopiero skończyłam ścierać kurze.

– Nieznośne, bezmyślne dziecko! A teraz co robisz? Jesteś czerwona, całkiem jakbyś miała coś na sumieniu: po co otwierałaś okno?

Nie musiałam odpowiadać, bo Bessie za bardzo się spieszyła, żeby wysłuchać moich wyjaśnień; zaciągnęła mnie do miednicy i bezlitośnie – ale na szczęście szybko – wyszorowała mi buzię i ręce wodą z mydłem, a następnie wytarła szorstkim ręcznikiem, przygładziła moje włosy szczotką, zerwała ze mnie fartuszek i pociągnęła w stronę schodów, nakazując szybko zejść na dół, ponieważ oczekiwano mnie w pokoju śniadaniowym.

Chciałam zapytać, kto chce się ze mną spotkać; dowiedzieć się, czy jest tam pani Reed, jednak Bessie zniknęła za drzwiami pokoju dziecinnego, które zamknęła mi przed nosem. Powoli zeszłam na dół. Od prawie trzech miesięcy prawie nie widywałam pani Reed. Nie wychodziłam z pokoju dziecinnego od tak dawna, że pokój śniadaniowy, jadalnia i salony wydawały mi się przerażającymi miejscami, bałam się tam wejść nieproszona.

Teraz stałam w pustym holu; zalękniona i drżąca zatrzymałam się przed drzwiami prowadzącymi do pokoju śniadaniowego. Strach, który zrodził się z niesprawiedliwej kary, zrobił ze mnie żałosnego, małego tchórza. Bałam się wrócić do pokoju dziecinnego, bałam się również wejść do salonu; zmieszana i niepewna, stałam tam jakieś dziesięć minut. Wreszcie w pokoju śniadaniowym rozległ się gwałtowny dźwięk dzwonka i to pomogło mi podjąć decyzję – teraz musiałam wejść do środka.

Któż to może chcieć się ze mną spotkać? – zadałam sama sobie pytanie, kiedy obiema rękami próbowałam przekręcić sztywną gałkę, przez sekundę czy dwie opierająca się moim wysiłkom – Kogo tam zobaczę oprócz ciotki Reed – mężczyznę czy kobietę? Gałka wreszcie ustąpiła, drzwi rozwarły się na oścież, a ja weszłam do pokoju, dygnęłam, podniosłam wzrok i ujrzałam… czarny słup! – a przynajmniej tym w pierwszej chwili wydała mi się wyprostowana, chuda i otulona w sobole futro postać, stojąca na dywanie. Wieńcząca słup groźna twarz robiła wrażenie wyrzeźbionej maski, którą ktoś umieścił na górze zamiast kapitelu.

Pani Reed jak zwykle zajmowała miejsce obok kominka. Gestem ręki nakazała mi podejść, a kiedy to zrobiłam przedstawiła mnie kamiennemu nieznajomemu:

– To właśnie dziewczynka, w której sprawie zwróciłam się do pana.

Mężczyzna – bo domniemany słup okazał się być istotą ludzką – powoli odwrócił głowę w moją stronę i przyjrzał mi się badawczo swoimi szarymi oczami, które błyszczały pod parą krzaczastych brwi, po czym odezwał się uroczyście niskim głosem:

– Wzrostu jest lichego… w jakim jest wieku?

– Dziesięć lat.

– Aż tyle? – w jego głosie brzmiała wątpliwość. Jeszcze kilka minut przypatrywał mi się uważnie, w końcu zwrócił się do mnie: – Jak się nazywasz, dziewczynko?

– Jane Eyre, sir.

Przedstawiając się, podniosłam wzrok – wydawał mi się wysokim mężczyzną, ale ja sama byłam wtedy bardzo mała; jego twarz miała grube rysy i była, jak i każda inna część jego ciała, surowa i sztywna.

– Cóż, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dzieckiem?

Nie mogłam odpowiedzieć twierdząco – ludzie, z którymi mieszkałam byli przeciwnego zdania – więc nie odpowiedziałam wcale. Pani Reed zrobiła to za mnie, energicznie potrząsając głową i mówiąc:

– Panie Brocklehurst, prawdopodobnie czym mniej zostanie na ten temat powiedziane, tym lepiej.

– Jakże przykro mi to słyszeć! Muszę z nią porozmawiać – to mówiąc zgiął się wpół i usadowił w fotelu, naprzeciwko pani Reed. – Podejdź tutaj, dziecko.