Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jane Austen i jej racjonalne romanse - Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Biografia jednej z najsłynniejszych angielskich pisarek, autorki m.in. Rozważnej i romantycznej

Opowieść o życiu Jane Austen, jednej z najpopularniejszych angielskich autorek, której książki były wielokrotnie przenoszone na ekran.

Anna Trzeciakowska – wybitna tłumaczka, autorka przekładów powieści Jane Austen, a także Williama Faulknera, Karola Dickensa,  Raya Bradbury’ego. Laureatka nagrody Polskiego PEN-Clubu.

Opinie o ebooku Jane Austen i jej racjonalne romanse - Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Fragment ebooka Jane Austen i jej racjonalne romanse - Anna Przedpełska-Trzeciakowska

Anna Przed­pełska-Trze­cia­kow­ska

JANE AU­STEN

i jej ra­cjo­nal­ne ro­man­se

Co­py­ri­ght © by Anna Przed­pełska-Trze­cia­kow­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

O książce

Ta książka nie ma am­bi­cji na­uko­wych. Jest opo­wieścią tłuma­cza, który spędził wie­le cza­su nad przekłada­mi utworów jed­nej au­tor­ki i który, rzecz ja­sna, mu­siał się in­te­re­so­wać hi­sto­rią jej życia, a także, roz­wiązując zawiłości języ­ko­we, szu­kać wspar­cia w pra­cach hi­sto­ryków, fi­lo­logów i kry­tyków li­te­rac­kich zaj­mujących się jej osobą. Nie ma w tym nic nie­zwykłego.

Nie­zwykła jest jed­nak oso­ba, która sta­no­wi przed­miot tej książki – ko­bie­ta żyjąca na przełomie XVIII i XIX wie­ku na głuchej pro­win­cji, pisząca książki, w których, mogłoby się zda­wać, nic szczególne­go się nie dzie­je. Naj­bar­dziej oczy­wistą cechą tych po­wieści jest ich zwy­czaj­ność. A jed­nak od dwu­stu lat Jane Au­sten, jak żaden inny an­giel­ski pi­sarz, ma wier­nych czy­tel­ników i od­da­nych wiel­bi­cie­li w każdym po­ko­le­niu. Krzy­wa jest zmien­na, ale tych, którym po­trzeb­ne jest jej to­wa­rzy­stwo, nig­dy nie brak­nie. Dla­cze­go?

Próbowałam od­po­wie­dzieć so­bie na to py­ta­nie, i stąd ta książka, bo kie­dy człowiek znaj­dzie się w to­wa­rzy­stwie Jane Au­sten, trud­no mu się z nią roz­stać. Łatwo jest za­do­mo­wić się w jej emo­cjach, a myliłby się ten, który uważałby je za po­spo­li­te.

W moim uzna­niu i po­dzi­wie dla pi­sar­stwa Jane Au­sten miałam nie­licz­nych, ale wy­bor­nych sprzy­mie­rzeńców. Wszy­scy już ode­szli, lecz nikt nie zo­stał za­po­mnia­ny.

Naj­ważniej­sza była moja mat­ka, która wal­nie przy­czy­niła się przed laty do języka mo­ich przekładów – od pani Ben­net z Dumy i uprze­dze­nia dzie­liły ją, licząc z grub­sza, trzy po­ko­le­nia, nie miała więc wątpli­wości, że pod pojęciem two co­ur­ses na obiad dla kon­ku­ren­ta córki kry­je się „ryba i pie­czy­ste”, a to, co do­sta­je młoda mężatka na oso­bi­ste wy­dat­ki, to „pie­niądze na szpil­ki”.

Kart­ka od Sta­nisława Balińskie­go upa­miętniająca dwu­setną rocz­nicę uro­dzin Jane Au­sten

Wspie­ra­li mnie też so­jusz­ni­cy w da­le­kim Lon­dy­nie, również nie byle jacy, bo moją opi­nię o twórczości Jane Au­sten po­dzie­la­li państwo Anie­la i Edward Ra­czyńscy – a więc pierw­sze oso­by w Rze­czy­po­spo­li­tej na uchodźstwie – oraz za­przy­jaźnio­ny z nimi pan Sta­nisław Baliński, zna­ko­mi­ty po­eta z gru­py ska­man­drytów, jakże niesłusznie dziś za­po­mnia­ny. To przede wszyst­kim on prze­syłał mi tytuły naj­now­szych wówczas prac na te­mat życia i twórczości Jane Au­sten, ko­pie ar­ty­kułów uka­zujących się w An­glii w związku z dwu­stu­le­ciem jej uro­dzin, wy­cin­ki pra­so­we, a także znacz­ki pocz­to­we emi­to­wa­ne na jej cześć – ewe­ne­ment w dzie­jach pocz­ty bry­tyj­skiej, powtórzo­ny tyl­ko raz, w 2013 roku, aby z ko­lei uho­no­ro­wać dwu­stu­le­cie wy­da­nia Dumy i uprze­dze­nia.

Pamięć tych czwor­ga wspa­niałych osób to­wa­rzy­szyła mi pod­czas pi­sa­nia tej książki.

Dziękuję pierw­szym kry­tycz­nym czy­tel­nicz­kom ma­szy­no­pi­su, pani pro­fe­sor Grażynie By­sty­dzieńskiej i pani Ewie Kra­sińskiej, za ich cen­ne uwa­gi. Dziękuję też mo­je­mu sy­no­wi An­drze­jo­wi, za pracę nad uporządko­wa­niem mo­je­go kom­pu­te­ro­we­go tek­stu, w którym osta­tecz­nie wszyst­kie zna­ki po­sta­wiła na właści­wych miej­scach pani re­dak­tor Elżbie­ta No­vak. Dziękuję wszyst­kim, którzy mi po­ma­ga­li.

Wresz­cie pragnę po­wie­dzieć czy­tel­ni­kom, że je­stem od­po­wie­dzial­na za tłuma­cze­nie za­war­tych w tej książce tytułów i cy­tatów z wyjątkiem tych, gdzie au­tor­stwo tłuma­cza zo­stało po­da­ne w przy­pi­sie. Sta­rałam się w ten sposób odciążyć książkę od zbędne­go ba­la­stu for­mal­nej na­uko­wości, by mogła być czy­ta­na tak, jak zo­stała pomyślana – jako to­wa­rzysz lek­tu­ry sześciu zna­ko­mi­tych po­wieści Jane Au­sten.

Anna Przed­pełska-Trze­cia­kow­ska

Początek

„Każdy, kto ośmie­la się pisać o Jane Au­sten, musi się li­czyć z tym, że spośród wszyst­kich wiel­kich an­giel­skich pi­sa­rzy właśnie ją naj­trud­niej uchwy­cić w chwi­li wiel­kości” – pisała Vir­gi­nia Wo­olf1.

Do­brze ro­zu­miem kłopot Vir­gi­nii Wo­olf, po­nie­waż całe moje za­wo­do­we życie jako tłumacz­ka spędziłam w to­wa­rzy­stwie Jane Au­sten i cho­ciaż wiem, że jest wielką pi­sarką, nie po­tra­fiłabym pośród nie­zli­czo­nych roz­praw na jej te­mat zna­leźć jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi na py­ta­nie, w czym leży jej wiel­kość. Może więc nie trze­ba mówić o wiel­kości, może trze­ba mówić o życiu i pi­sa­niu, o tym, co w li­te­ra­tu­rze za­stała i co zo­sta­wiła, a wte­dy wszyst­ko, co wniosła, wy­nu­rzy się bez ni­czy­jej po­mo­cy jak nowy frag­ment kra­jo­bra­zu mało dotąd uroz­ma­ico­ne­go, gdzie po­ja­wiają się, co pe­wien czas, ja­kieś za­ska­kujące zja­wi­ska, po­wstałe nie wia­do­mo jak i dla­cze­go. Jeśli w kul­tu­rze od­naj­du­je­my – i to nie­rzad­ko – jej głos, jeśli jej książki są wciąż chętnie czy­ta­ne, jeśli według nich po­wstają jakże lu­bia­ne i ce­nio­ne fil­my, to chy­ba coś jest na rze­czy. Może więc za­in­te­re­sują kogoś losy tej piętna­sto­lat­ki, która przed przeszło dwu­stu laty usiadła przy ma­lut­kim sto­licz­ku w sty­lu pem­bro­ke, przy­cięła gęsie pióro, za­nu­rzyła w kałama­rzu i zaczęła pisać. Może ktoś jest cie­kaw, co to było za pi­sa­nie.

„Pew­no jakaś cza­ro­dziej­ska wróżka, jed­na z tych, co to przy­sia­dają na skra­ju kołyski, za­brała ją za­raz po uro­dze­niu w lot do­okoła świa­ta, a kie­dy ją położyła z po­wro­tem w poście­li, mała Jane nie tyl­ko już wie­działa, jak wygląda cały wszechświat, ale do­ko­nała wy­bo­ru swo­je­go króle­stwa. Uznała, że jeśli będzie w nim mogła za­wsze pa­no­wać, nig­dy nie za­pra­gnie in­ne­go. Tak więc w wie­ku piętna­stu lat miała nie­wie­le złudzeń co do lu­dzi i żad­nych złudzeń co do sie­bie”. Tyle Vir­gi­nia Wo­olf2, wiel­bi­ciel­ka Jane Au­sten. Je­steśmy w do­brym to­wa­rzy­stwie.

Ja­kie to było króle­stwo? Nie­wiel­kie. „Trzy czy czte­ry ro­dzi­ny gdzieś na wsi” – tak wy­zna­czy później swój ulu­bio­ny te­ren. Hrab­stwa południo­wej An­glii, naj­bar­dziej an­giel­skie z an­giel­skich – Hamp­shi­re, Kent, Sur­rey. Mu­si­my je jesz­cze za­cieśnić do ob­sza­ru o pro­mie­niu kil­ku­na­stu mil. Cen­tral­ny punkt w małej wio­sce. Kil­ka far­mer­skich chat, dwór i sta­ry kościołek Świętego Mikołaja, a nie­opo­dal kościoła ple­ba­nia. I w tym właśnie miej­scu wszyst­ko się za­czy­na.

Na­pi­sa­no o niej wie­le książek, jej po­wieści sta­no­wiły te­mat se­tek roz­praw na­uko­wych i li­te­rac­kich, a prze­cież o jej pry­wat­nym życiu wciąż wie­my nie­mal tyle, co nic. No bo gdzież tu szu­kać tropów, jeśli zo­stały daw­no za­tar­te przez naj­bliższych, którzy sta­ran­nie prze­sia­li jej ko­re­spon­dencję i spa­li­li to, co naj­bar­dziej oso­bi­ste.

Trze­ba więc szpe­rać na własną rękę w tym, co po­zo­stało, trochę się domyślać, trochę do­czy­tać w jej twórczości – po­zwo­lić so­bie nie­kie­dy na za­ufa­nie wo­bec własnej in­wen­cji to­wa­rzyszącej prze­cież od tylu lat wszyst­kie­mu, co na­pi­sała. Po­czy­tać trochę uczo­nych ksiąg, po­szu­kać do­ku­mentów. I li­czyć na po­kre­wieństwo wy­obraźni z czy­tel­ni­ka­mi tych słów.

Czas i miej­sce uro­dzin wy­brała so­bie Jane Au­sten zna­ko­mi­cie. Czas – ostat­nie ćwierćwie­cze osiem­na­ste­go stu­le­cia; miej­sce – północ­ne Hamp­shi­re, wio­ska Ste­ven­ton, nie­zbyt od­legła i od Lon­dy­nu, i od Oks­for­du, ale leżąca od nich na tyle da­le­ko, by sta­no­wić osob­ny świat pro­win­cji, w którym mogła do­ra­stać przyszła pi­sar­ka.

Udało się jej doświad­czyć w życiu i wy­ko­rzy­stać w twórczości ostat­nie lata, ja­kie mieszczą się w sta­roświec­kim pojęciu Mer­ry Old En­gland. Była to An­glia dyliżansów, roz­ległych, jesz­cze nie­gro­dzo­nych zie­lo­nych pa­stwisk i buj­nych, pełnych ptac­twa żywopłotów, kryjących nie­ogra­ni­czo­ne możliwości wy­obraźni! An­glia kwitnącego ręko­dzieła i rze­miosła, za­cho­wująca wciąż swo­je ma­low­ni­cze piękno. Świat ko­lej­ne­go mo­nar­chy z dy­na­stii ha­no­wer­skiej, Je­rze­go III, który, je­dy­ny jak dotąd z Ha­no­wer­czyków, lubił swo­ich pod­da­nych i mówił ich języ­kiem, ale zwa­rio­wał. Świat, w którym pa­no­wał za­gwa­ran­to­wa­ny przy­zwo­le­niem większości porządek, krzepnący w ob­li­czu sza­leństwa i gwałtów, ja­kie działy się tuż za miedzą, we Fran­cji. Świat, którego ko­niec przyj­dzie niedługo, wraz z po­ko­jem na Kon­ty­nen­cie i pierw­szy­mi kro­ka­mi in­du­stria­li­za­cji, tego naj­większe­go za­grożenia dla jego uro­dy. Jakże ma­low­ni­czy świat!

Uro­dziła się 16 grud­nia 1775 roku. Zima była mroźna, jak mówią ówcze­sne kro­ni­ki, wiały sil­ne wia­try i w małej wio­sce Ste­ven­ton wszyst­kie liście opadły już z drzew. Dziew­czyn­ka zo­stała na­tych­miast ochrzczo­na przez ojca, wie­leb­ne­go pa­sto­ra Geo­r­ge’a Au­ste­na, który z doświad­cze­nia wie­dział, że z chrztem zimą w jego pa­ra­fii nie należy zwle­kać. Ofi­cjal­na ce­re­mo­nia miała odbyć się w koście­le na wiosnę.

„Ko­cha­na sio­stro – pisał dzień później pa­stor Au­sten do swo­jej sio­stry Phi­la­del­phii miesz­kającej w Lon­dy­nie – pew­no już od ja­kie­goś cza­su ocze­ki­wałaś wia­do­mości z Hamp­shi­re i może trochę się dzi­wiłaś, że my, tacy sta­rzy, tak źle umie­my ra­cho­wać, bo też w rze­czy sa­mej Cas­sy spo­dzie­wała się roz­wiąza­nia już mie­siąc temu, lecz wresz­cie wczo­raj wieczór przy­szedł czas i bez dłuższych wstępów wszyst­ko się do­brze skończyło. Mamy drugą córeczkę (...) Na­zwie­my ją Jen­ny. Two­ja bra­to­wa czu­je się, Bogu dzięki, zupełnie do­brze po tym wszyst­kim”.

Oprócz wia­do­mości o przyjściu na świat córecz­ki otrzy­mu­je­my tu pierwszą in­for­mację, z której możemy wyciągnąć własne wnio­ski na te­mat at­mos­fe­ry pa­nującej na ple­ba­nii. Pa­stor, pisząc do sio­stry o żonie i córkach, używa zdrob­nień; pa­sto­ro­wa, Cas­san­dra, na­zwa­na jest piesz­czo­tli­wie „Cas­sy”, a ma­lut­ka Jane – „Jen­ny”, czy­li Jasią lub Ja­neczką. To ważna in­for­macja – sztyw­ny, pa­ter­na­li­stycz­ny język obo­wiązujący w osiem­na­sto­wiecz­nej ro­dzi­nie brzmi zde­cy­do­wa­nie ciepło w domu państwa Au­sten.

Mat­ka nie robiła wiel­kie­go za­mie­sza­nia wokół małego przy­by­sza. Było to jej siódme dziec­ko i te, które roiły się w domu, z pew­nością wy­ma­gały aż nad­to jej cza­su. Pa­sto­ro­wa Cas­san­dra Au­sten oka­zała się nie­zwy­kle prak­tyczną ko­bietą. Choć po­cho­dziła z bar­dzo do­brej ro­dzi­ny, przy­wykła do kłopotów fi­nan­so­wych, trud­ności i ogra­ni­czeń. Mając do wy­kar­mie­nia tak duże stad­ko, trzy­mała przy ple­ba­nii własną oborę, chlew, kur­nik i ogród wa­rzyw­ny. Sama szyła i ce­ro­wała pończo­chy i ka­fta­ni­ki swo­ich dzie­ci, w do­dat­ku robiła to jaw­nie, nie próbując ukry­wać tych nie­zgod­nych z jej po­zycją zajęć na­wet przy gościach. Z nad­mia­rem pra­cy dawała so­bie radę, sto­sując pew­ne uprosz­cze­nia, ak­cep­to­wa­ne w owych cza­sach z po­wo­dze­niem w wie­lo­dziet­nych ro­dzi­nach, a ta­kich w świe­cie pa­sto­ro­stwa Au­sten była większość. Postąpiła z małą Jane tak samo, jak postępowała do­tych­czas z ko­lej­ny­mi nie­mowlętami – wkrótce po uro­dze­niu oddała ją „na odchów” do mam­ki w wio­sce, u far­me­ra. Taki „odchów” trwał około roku i dziec­ko wra­cało do domu sil­ne i zdro­we. W ten sposób przeżyły swój pierw­szy rok wszyst­kie dzie­ci pa­sto­ro­stwa Au­sten, po ko­lei: Ja­mes, Geo­r­ge, Edward, Hen­ry, Cas­san­dra, Fran­cis i Jane, a po niej jesz­cze najmłod­szy Char­les. z całej ósem­ki tyl­ko Geo­r­ge oka­zał się nie­zdol­ny do nor­mal­ne­go życia – obciążony od uro­dze­nia nie­ule­czalną cho­robą, zo­stał od­da­ny pod opiekę far­mer­skiej ro­dzi­ny w nie­zbyt od­ległej od Ste­ven­ton wsi Monk She­re­bor­ne, gdzie prze­by­wał do śmier­ci. Dożył sędzi­we­go wie­ku, mu­siał więc być oto­czo­ny należytą opieką.

Tyle wie­my na pew­no z za­cho­wa­nych świa­dectw ro­dzin­nych i pa­ra­fial­nych, ale mu­si­my sięgnąć do in­nych, ob­szer­niej­szych źródeł, jeśli chce­my choć w przy­bliżeniu wy­obra­zić so­bie, jak wyglądał świat dzie­ciństwa Jane Au­sten, co kształtowało ówcze­sne gu­sty war­stwy, do ja­kiej z uro­dze­nia należała, wy­obra­zić so­bie życie i oby­cza­je domu i sąsiedz­twa. I może choćby rzu­cić okiem na te cza­sy, w których łaska­wy los po­zwo­lił jej żyć.

Trochę o epo­ce, trochę o oby­cza­jach, trochę o sztu­ce – dla za­in­te­re­so­wa­nych

Nie sposób ide­ali­zo­wać tych czasów i utrzy­my­wać, że pod ko­niec XVIII wie­ku pa­no­wały w An­glii po­wszech­ny spokój i do­bro­byt, ale An­glia pro­win­cjo­nal­na, An­glia rol­na przeżywała wówczas, jeśli ceny zboża nie spa­dały, okres praw­dzi­wej sta­bil­ności. Sta­bil­ny był ustrój społecz­ny – nikt nie próbował go pod­ważać, choć prze­cież różnice do­chodów były ogrom­ne: je­den – górny – pro­cent wszyst­kich miesz­kańców po­sia­dał czwartą część całego bo­gac­twa An­glii. Sta­bil­ny był też po­dział na tych, co pra­cują: far­merów i naj­mitów – ro­bot­ników rol­nych, oraz tych, którzy żyli z własności zie­mi dzierżawio­nej far­merom. Osiem­dzie­siąt pro­cent lud­ności miesz­kało na wsi, mia­sta – z wyjątkiem Lon­dy­nu – sta­no­wiły nie­wiel­kie sku­pi­ska i nie od­gry­wały poważniej­szej roli. Ten układ był ak­cep­to­wa­ny, dopóki w jego szpry­chy nie wsa­dzo­no kija, ja­kim oka­zała się ma­szy­na, pod­ważająca opłacal­ność ręko­dzieła. Re­wo­lu­cyj­ne wstrząsy społecz­ne w sąsied­niej Fran­cji i wresz­cie woj­na z Francją tyl­ko utrwa­liły na Wy­spie przy­zwo­le­nie na ist­niejący stan rze­czy, na przekór awan­tur­ni­kom zza Kanału. Mimo pro­wa­dzo­nych na Kon­ty­nen­cie wo­jen, mimo re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, mimo woj­ny z Ame­ryką, która za­pragnęła nie­pod­ległości – na Wy­spie rządził ład wy­ni­kający z ogólne­go usza­no­wa­nia pa­nującego porządku.

A kul­tu­ra kwitła. zmierzch myśli oświe­ce­nia i rodzący się nurt ro­man­ty­zmu przy­niosły ob­fi­te owo­ce we wszyst­kich dzie­dzi­nach sztu­ki, w mu­zy­ce sięgając na­wet na Kon­ty­nent: Ha­en­del prze­niósł się z Nie­miec do Lon­dy­nu i osiadł w An­glii na stałe, Au­striak Haydn pisał sym­fo­nie lon­dyńskie. W dru­giej połowie XVIII wie­ku nastąpiło na Wy­spie coś, co można by na­zwać erupcją ta­lentów, a wraz z nią roz­kwit wrażliwości es­te­tycz­nej Bry­tyj­czyków; do­ty­czyło to nie tyl­ko sztuk pięknych, ale, co tak ważne, sztu­ki użyt­ko­wej, świa­ta przed­miotów za­spo­ka­jających co­dzien­ne po­trze­by miesz­kańców. W pałacach, dwo­rach i zamożnych do­mach na wsi, od ary­sto­kra­cji i właści­cie­li wiel­kich majątków ziem­skich aż po pro­win­cjo­nal­nych dusz­pa­ste­rzy z do­brych ro­dzin ro­dziła się moda na piękne przed­mioty użyt­ko­we wy­ko­na­ne rękami ro­dzimych ar­tystów – ręko­dziel­ników. Po­pie­ra­nie ma­nu­fak­tu­ry własne­go kra­ju i używa­nie por­ce­la­ny z glin­ki hrab­stwa Staf­ford za­miast z Dre­zna czy Sèvres świad­czyło o do­brym sma­ku i właści­wym wy­bo­rze, którym należało się chwa­lić w to­wa­rzy­stwie, jak to będzie robił ge­ne­rał Til­ney w Opac­twie Nor­than­ger. Ta­len­ty rze­mieślników po­zwa­lały prze­no­sić w zgrzebną, użyt­kową co­dzien­ność osiągnięcia sztu­ki wy­so­kiej, zarówno własne, jak i zapożyczo­ne pod­czas tak mod­nych wojaży na Kon­ty­nent, zwłasz­cza do Włoch.

Gdzie szu­kać przy­czyn tego sta­nu rze­czy? Ze­brało się ich wie­le – można się ich do­pa­trzyć zarówno w do­bro­by­cie ary­sto­kra­cji i wyższej war­stwy kla­sy śred­niej, jak i, co ważne, w za­ni­ku do­tych­cza­so­wej pu­ry­tańskiej niechęci, a na­wet wro­gości wo­bec wszel­kich ozdób i upiększeń, która jesz­cze nie tak daw­no sku­tecz­nie tłumiła w An­glii sil­niej­sze ten­den­cje twórcze. Co­raz bar­dziej mod­ny, nie­mal wręcz obo­wiązujący młodych synów ary­sto­kra­cji i zie­miaństwa, zwy­czaj od­by­wa­nia edu­ka­cyj­nej podróży na Kon­ty­nent, do Fran­cji, Włoch i Szwaj­ca­rii, przy­no­sił czy to sno­bi­stycz­ne, czy au­ten­tycz­ne za­in­te­re­so­wa­nie sztuką.

Ro­dziło się za­po­trze­bo­wa­nie na piękno w zasięgu wzro­ku; za­czy­na­no do­strze­gać krasę własnej zie­mi, urodę kra­jo­bra­zu, który sta­wał się co­raz częściej te­ma­tem ma­la­rzy; z tego za­in­te­re­so­wa­nia i tego za­po­trze­bo­wa­nia po­wstała wówczas w An­glii wspa­niała szkoła pej­zażu. Wil­liam Tur­ner uro­dził się w tym sa­mym roku co Jane Au­sten, John Con­sta­ble rok później.

Styl, jaki się wte­dy zro­dził, na­zy­wa­ny jest sty­lem geo­r­giańskim, gdyż obej­mu­je w przy­bliżeniu okres spra­wo­wa­nia władzy czte­rech Je­rzych (Geo­r­ge’ów) z dy­na­stii ha­no­wer­skiej, która pa­no­wała po śmier­ci królo­wej Anny, ostat­niej z rodu Stu­artów. W tym okre­sie mieści się czas re­gen­cji, po 1811 roku, kie­dy to przyszły Je­rzy IV przejął jako książę re­gent władzę z po­wo­du cho­ro­by umysłowej swe­go ojca.

Styl geo­r­giański w bu­dow­nic­twie, zarówno miej­skim, jak i pro­win­cjo­nal­nym, bo­ga­tym czy skrom­nym, po­le­gał na za­cho­wa­niu od­po­wied­nich pro­por­cji i tę regułę można w za­sa­dzie od­nieść do wszyst­kich ro­dzajów sztuk upra­wia­nych w tym okre­sie w An­glii, łącznie ze sztuką pi­sar­stwa.

Sta­bi­li­za­cja po­li­tycz­na sprzy­jała roz­prze­strze­nia­niu się no­wej mody – ary­sto­kra­cja i zie­miaństwo, nie­znające jesz­cze pojęcia am­bit­ne­go i bez­względne­go do­rob­kie­wi­cza, jaki po­ja­wi się nie­ba­wem, nada­wały in­te­lek­tu­al­ny i kul­tu­ral­ny ton w mieście i na pro­win­cji. Nastrój nie­za­grożone­go po­li­tycz­ne­go trwa­nia znaj­do­wał wy­raz w ówcze­snym piśmien­nic­twie: dok­tor John­son3 pisał Słownik języka an­giel­skie­go, a Fiel­ding i Smol­lett – po­wieści awan­tur­ni­cze i przy­go­do­we, w których da­rem­nie by szu­kać iskry bun­tu prze­ciw­ko rze­czy­wi­stości. Teo­rie fi­lo­zo­ficz­ne Sha­ftes­bu­ry’ego4 wspa­nia­le kom­po­no­wały się z kul­turą oby­cza­ju – ety­ka prze­ni­kała się z es­te­tyką, „zmysł mo­ral­ny”, we­dle fi­lo­zo­fa, wi­nien pro­wa­dzić człowie­ka ku pięknu i do­bru, a reguły mo­ral­ne – utożsa­miać się z regułami do­bre­go wy­cho­wa­nia i hu­ma­ni­stycz­nej ogłady.

Straż przed­nią no­we­go sty­lu sta­no­wiła ar­chi­tek­tu­ra i nic w tym dziw­ne­go, wziąwszy pod uwagę modę na an­tyk i ape­tyt na kla­sy­cyzm, zro­dzo­ne w XVIII wie­ku pod wpływem wojaży do Gre­cji i Włoch. „Pro­por­cja jest pierwszą za­sadą, a właściwe usy­tu­owa­nie po­szczególnych części składa się na sy­me­trię i har­mo­nię” – pisał w 1751 roku Ro­bert Mor­ris, an­giel­ski teo­re­tyk ar­chi­tek­to­nicz­ne­go sty­lu zwa­ne­go pal­la­dia­ni­zmem. Pro­por­cje geo­me­trycz­ne uważali wcześni geo­r­gia­nie za za­sadę, dzięki której w życiu co­dzien­nym można osiągnąć praw­dziwą do­sko­nałość for­my. Ufa­li, że wpro­wa­dzając w życie ma­te­ma­tycz­ne ideały, będą mo­gli od­zwier­cie­dlić ide­al­ne piękno Na­tu­ry, a więc zre­ali­zo­wać cel fi­lo­zofów końca XVII i początku XVIII wie­ku.

Założenia ar­chi­tek­to­nicz­ne usys­te­ma­ty­zo­wa­ne przez Mor­ri­sa były bar­dzo pro­ste – po­le­gały na za­cho­wa­niu pod­sta­wo­wych za­sad pro­por­cji, przy użyciu kwa­dra­tu i okręgu. W pro­jek­tach urba­ni­stycz­nych ta myśl wyrażała się w sy­me­trii i pro­sto­cie rzu­tu ulic, biegnących do sie­bie pro­sto­pa­dle i za­my­kających się pla­cem w kształcie kwa­dra­tu czy pro­stokąta, czy­li skwe­rem, albo też okręgu. Po­dob­nie w bu­dow­nic­twie – ty­po­wy dom geo­r­giański po­wsta­wał na pla­nie kwa­dra­tu lub półtora kwa­dra­tu, z drzwia­mi wejścio­wy­mi pośrod­ku i re­gu­lar­nie roz­sta­wio­ny­mi dwo­ma okna­mi po dwóch stro­nach na dwóch piętrach. Ten kla­sy­cyzm geo­r­giański, choć źródła miał włoskie, był przez długie lata i po­zo­stał ty­po­wy dla bry­tyj­skiej myśli ar­chi­tek­to­nicz­nej. Z po­wo­dze­niem sto­so­wa­no go też w za­chwy­cających nas dzi­siaj pro­jek­tach urba­ni­stycz­nych – prze­piękny Roy­al cre­scent zbu­do­wa­ny w Bath przez Joh­na Wo­oda aku­rat w roku uro­dzin Jane Au­sten (1775) zo­stał wy­ty­czo­ny na li­nii półokręgu z kla­sycz­ny­mi ko­lum­na­mi od fron­tu, tworząc ar­chi­tek­to­niczną całość. Pi­sar­ka będzie go wie­lo­krot­nie po­dzi­wiać, do­wie­my się o tym z jej ko­re­spon­den­cji i po­wieści.

Opi­sa­ne przez Mor­ri­sa pro­por­cje obo­wiązywały również w de­ta­lach – w ściśle określo­nym sto­sun­ku po­wierzch­ni okien do po­wierzch­ni ścian, po­wierzch­ni drzwi wejścio­wych do po­wierzch­ni fa­sa­dy. Kla­sycz­na sy­me­tria jest wszechobo­wiązująca i na­rzu­ca ka­non myśle­nia nie tyl­ko w ar­chi­tek­tu­rze, lecz także w in­nych dzie­dzi­nach sztuk, w tym w sztu­ce użyt­ko­wej. Twórcę i od­biorcę łączy ręcznie wy­ko­na­ne dzieło – nie ma jesz­cze pro­duk­cji ma­szy­no­wej, se­ryj­nej, po­wie­lającej je­den określony wzór. Każdy stołek, każde krzesło to dzieło sztu­ki.

Epo­ka ro­dzi lu­dzi i choć gust jest sta­no­wy, piękno po­zo­sta­je miarą zarówno w zie­miańskich dwo­rach, jak i, za­sadą na­czyń połączo­nych, pod strzechą. Po­wstają słynne do dzi­siaj sto­lar­nie me­blar­skie – Chip­pen­da­le’a, She­ra­to­na czy Hep­ple­whi­te’a. Me­ble z tych sto­lar­ni po­zo­staną wzo­rem pro­sto­ty oraz do­bre­go sma­ku i we wszyst­kich później­szych epo­kach będą sta­no­wić ozdobę do­mo­wych wnętrz. Por­ce­la­na stołowa We­dgwo­oda z de­li­kat­ny­mi, kla­sycz­ny­mi wzo­ra­mi lub por­ce­la­na z Der­by czy Wor­ce­ster, za­zwy­czaj zdo­bio­na sce­na­mi kra­jo­bra­zo­wy­mi, służy dwor­skim do­mow­ni­kom na co dzień i będąc sta­le na oczach służby, prze­ni­ka jako wzo­rzec na niższe szcze­ble społecz­nej dra­bi­ny, gdzie co­raz bar­dziej wra­sta w świat co­dzien­nych, do­mo­wych sprzętów. Po­chodzące z tego okre­su dzieła pro­win­cjo­nal­nych sto­la­rzy, sny­ce­rzy, ko­wa­li, sztu­ka­torów świadczą o bo­gac­twie ta­lentów dających znać o so­bie w rze­miośle. Tak się ro­dziło nowe za­po­trze­bo­wa­nie na pe­wien po­ziom es­te­ty­ki oto­cze­nia nie tyl­ko wśród lu­dzi bo­ga­tych, lecz i ta­kich jak pa­stor Au­sten, to zna­czy tych, którzy po­sia­da­li sta­tus dżen­tel­me­na i żyli, choć skrom­nie, to jed­nak zgod­nie ze swoją po­zycją. Tak się ro­dził ówcze­sny smak.

Wszyst­ko, co się mieściło w ka­te­go­riach sztu­ki i rze­miosła, miało pew­ne wspólne ce­chy. In­dy­wi­du­alizm twórcy mu­siał się za­mknąć w określo­nych ra­mach, jak w przy­pad­ku ar­chi­tek­tu­ry. W ce­nie były powściągli­wość, właściwe pro­por­cje, po­czu­cie mia­ry. Zna­cze­nia na­brały ele­gan­cja, pre­cy­zja i siła wy­ra­zu. Ce­chy te cha­rak­te­ry­zują zgod­nie sztukę i rze­miosło dru­giej połowy XVIII wie­ku. Tej zgod­ności da­rem­nie by szu­kać w cza­sach królo­wej Wik­to­rii.

Zna­leźć ją za to można w li­te­ra­tu­rze wie­ku oświe­ce­nia. Nie przy­niosła ona ta­kich owoców jak ar­chi­tek­tu­ra czy ma­lar­stwo, lecz zbu­do­wała mocną pod­wa­linę pod przyszłe pi­sar­stwo. Nie jest to jed­no­rod­na pod­wa­lina – dar­mo szu­kać for­mal­ne­go po­do­bieństwa między Ster­ne’em a Fiel­din­giem – ale to prze­cież właśnie w połowie wie­ku roz­po­czy­na się po­szu­ki­wa­nie for­my, w której uda się jak naj­na­tu­ral­niej za­mknąć od­bie­ra­ny prze­kaz, jakąś opo­wieść, hi­sto­rię, coś, co ma początek i ko­niec, co dzie­je się w określo­nym cza­sie. Pisząc o Jane Au­sten, nie sposób nie po­wie­dzieć, że to jej przede wszyst­kim za­wdzięcza­my nada­nie określo­ne­go kształtu for­mie po­wieści.

Nowe prądy w sztu­ce stwo­rzyły wśród zamożniej­szych warstw społeczeństwa bar­dzo ważną modę – modę na po­sia­da­nie bi­blio­te­ki. Nie tyl­ko wiel­kie dwo­ry, lecz także skrom­niej­sze domy zie­miańskie, jak również ple­ba­nie ob­sa­dzo­ne przez du­chow­nych o in­te­lek­tu­al­nych am­bi­cjach miały za punkt ho­no­ru po­sia­da­nie bi­blio­te­ki, której za­sob­ność zależała od zamożności właści­cie­la. Moda na bi­blio­tekę pełną opra­wio­nych w skórę fo­liałów nie ozna­czała, rzecz ja­sna, że te wszyst­kie fo­liały były przez do­mow­ników czy­ta­ne, pew­ne jest jed­nak, że w żad­nej in­nej epo­ce nie po­wstało tyle pry­wat­nych bi­blio­tek, wzbo­ga­ca­nych później przez następne po­ko­le­nia.

Bi­blio­te­ka pa­sto­ra Au­ste­na była za­sob­na i nie ogra­ni­czała się do pobożnych wy­daw­nictw. Nie zna­my pełnego spi­su wo­lu­minów, których było po­nad pięćset, wie­my jed­nak, że znaj­do­wały się w niej po­wieści osiem­na­sto­wiecz­nych re­alistów na równi z pam­fle­ta­mi re­li­gij­ny­mi i zbio­ra­mi kazań. Z pew­nością byli w niej zarówno Szek­spir, jak i Sha­ftes­bu­ry ze swo­imi do­stoj­ny­mi dy­ser­ta­cja­mi fi­lo­zo­ficz­ny­mi. No i na pew­no był dok­tor John­son. Jakże chętnie po­szpe­ra­li­byśmy w tej bi­blio­te­ce!

Możemy też so­bie bez tru­du wy­obra­zić, ile mogła wyciągnąć z oj­cow­skiej bi­blio­te­ki mała, in­te­li­gent­na dziew­czyn­ka, jeśli po­zwa­la­no jej tam zaglądać, a z za­cho­wa­nych wspo­mnień ro­dzin­nych oraz z później­szych, jak to określił oj­ciec, „elu­ku­bra­cji”, wy­ni­ka, że owszem, po­zwa­la­no. Bu­szo­wała swo­bod­nie pośród czci­god­nych i mniej czci­god­nych ksiąg, spi­sując swo­je do nich uwa­gi ze swo­bodą, jaka w pół wie­ku później za­dzi­wiłaby wik­to­riańską pa­nienkę w jej wie­ku.

Nim jed­nak do tego spi­sy­wa­nia doszło, mu­siała się na­uczyć czy­tać i pisać oraz nabyć roz­ma­ite umiejętności, ja­kie pan­na z jej śro­do­wi­ska nabyć po­win­na. Mu­si­my więc zro­bić to, co za­pew­ne będzie­my mu­sie­li jesz­cze kil­ka­krot­nie w tej książce zro­bić, by prześle­dzić naj­ważniej­sze wątki jej życia – zawrócić. Wy­pa­da się za­sta­no­wić, jak do­ra­stała pa­nien­ka, którą zo­sta­wi­liśmy na chwilę w bi­blio­te­ce jej ojca.

Dom

Jak i dom wy­cho­wał Jane Au­sten? Jaki był jego kli­mat? Z wszyst­kich dostępnych nam do­ku­mentów – listów, opisów, no­ta­tek – wy­ni­ka, że ciepły i po­god­ny. Panią domu, pa­sto­rową Au­sten, wi­dy­wa­no w wa­rzyw­ni­ku kopiącą mo­tyką kar­to­fle, gdy było trze­ba, i ce­rującą nie­zli­czo­ne pończo­chy swo­jej trzódki w ba­wial­ni. Łatała ka­fta­ni­ki, szyła chłopcom ko­szu­le, doglądała dzie­ci przyjętych na stancję. Czy­tała elu­ku­bra­cje swo­ich po­ciech, a także po­wieści wypożyczo­ne z czy­tel­ni w po­bli­skim mia­stecz­ku Ba­sing­sto­ke. Sama pi­sy­wała dow­cip­ne, nie­raz bar­dzo wymyślne wier­szy­ki dla ro­dzi­ny i sąsiadów. Pro­wa­dziła duży dom, skrom­ny jak na owe cza­sy i na po­zycję, jaka jej przysługi­wała, ale gwar­ny i liczący się w oko­licz­nym to­wa­rzy­stwie. Cas­san­dra Au­sten była prze­cież z domu Le­igh, a to zna­czyło, że ma ko­nek­sje ary­sto­kra­tycz­ne, że w jej ro­dzi­nie byli i są ucze­ni (jej zna­ko­mi­ty przo­dek sir Tho­mas Le­igh, bur­mistrz Lon­dy­nu, pro­wa­dził w 1558 roku Elżbietę I na mszę ko­ro­na­cyjną; jej stryj The­ophi­lus Le­igh pia­sto­wał od pięćdzie­sięciu lat sta­no­wi­sko rek­to­ra oks­fordz­kie­go col­le­ge’u Bal­liol), jed­nym słowem, że nie bra­ko­wało jej po­wodów do dumy, choć ta duma oraz wy­nie­sio­ne z domu wy­cho­wanie i wy­kształce­nie składały się na cały jej po­sag.

Pa­stor Geo­r­ge Au­sten nie mógł się po­szczy­cić taką pa­ran­telą, mimo że ge­ne­alo­gia jego ro­dzi­ny sięgała XVI wie­ku, kie­dy to Au­stenowie z hrab­stwa Kent do­ro­bi­li się majątku na han­dlu suk­nem, by w następnych po­ko­le­niach kupić zie­mię i dźwignąć się o szcze­bel wyżej w hie­rar­chii społecz­nej i to­wa­rzy­skiej jako właści­cie­le ziem­scy. Taka była zwykła ko­lej rze­czy, ale, co oczy­wi­ste, nie wszyst­kie od­no­gi i gałęzie ro­dzin­ne­go szcze­pu pięły się wzwyż równie szyb­ko. Byli tacy, którym się poszczęściło, i tacy, którym szczęście do­pi­sy­wało bar­dziej umiar­ko­wa­nie. Przyszły pa­stor Geo­r­ge Au­sten należał do tych dru­gich. Jego oj­ciec, Wil­liam Au­sten, le­karz, ożenił się z Re­beccą, wdową po le­karzu Wil­liamie Wal­te­rze, matką małego syna z pierw­sze­go małżeństwa, również Wil­liama. Re­becca Au­sten uro­dziła mu czwo­ro dzie­ci, z których po­zo­stało dwo­je: córka Phi­la­del­phia i syn Geo­r­ge, sama zaś zmarła po uro­dze­niu ostat­nie­go dziec­ka. W rok później Wil­liam Au­sten ożenił się po­now­nie z ko­bietą o trzy­naście lat od nie­go starszą. Po nie­całym roku zmarł, za­nie­dbaw­szy zmie­nić te­sta­ment. Dru­ga żona odzie­dzi­czyła po nim wszyst­ko oprócz zo­bo­wiązań wo­bec sie­rot.

Młody Geo­r­ge Au­sten

Mu­siała się nimi zająć dal­sza ro­dzi­na i to za­de­cy­do­wało o ich przyszłych lo­sach. Wil­liam Hamp­son Wal­ter, który odzie­dzi­czył nie­wiel­ki spa­dek po swo­im ojcu, in­te­re­su­je nas o tyle tyl­ko, że do końca życia utrzy­my­wał bli­skie kon­tak­ty z przy­rod­nim bra­tem Geo­r­ge’em, a częsta ko­re­spon­den­cja żon obu panów, następnie zaś ich córek stała się dla bio­grafów Jane Au­sten ważnym źródłem wia­do­mości o po­wsze­dnich wy­da­rze­niach ro­dzin­nych.

Na­to­miast Geo­r­ge Au­sten prze­bi­jał się przez szkołę i stu­dia uni­wer­sy­tec­kie sa­mo­dziel­nie. W wie­ku szes­na­stu lat otrzy­mał sty­pen­dium w St John’s col­le­ge w oks­for­dzie i dzięki ciężkiej pra­cy oraz ko­lej­nym zdo­by­wa­nym sty­pen­diom zaczął stu­dio­wać teo­lo­gię z myślą o przyszłych święce­niach. Dla mężczy­zny z jego śro­do­wi­ska, nie­po­sia­dającego majątku, zawód du­chow­ne­go sta­no­wił, oprócz służby w ma­ry­nar­ce, je­dy­ny możliwy wybór. Na roz­po­czy­na­nie ma­ry­nar­skiej ka­rie­ry było już trochę za późno. Geo­r­ge Au­sten przyjął święce­nia w 1754 roku. Od tej chwi­li miał zawód, po­zo­stało mu tyl­ko zdo­być dobrą pa­ra­fię.

I tu wresz­cie uśmiechnęło się do nie­go ro­dzin­ne szczęście. Młody, przy­stoj­ny, pra­co­wi­ty i ener­gicz­ny łatwo zy­ski­wał so­bie sym­pa­tię oto­cze­nia i bez­pośred­nią ludzką życz­li­wość. Jego cio­tecz­na sio­stra Jane Monk, żona nie­ja­kie­go Tho­ma­sa Kni­gh­ta, właści­cie­la dóbr ziem­skich God­mer­sham w hrab­stwie Kent oraz Chaw­ton i Ste­ven­ton w Hamp­shi­re, upro­siła męża, by ofia­ro­wał jej ku­zy­no­wi pa­ra­fię w Ste­ven­ton. Prośba zo­stała spełnio­na. Mało tego – dzięki przy­chyl­ności in­ne­go z zamożnych ku­zynów pa­stor Geo­r­ge Au­sten otrzy­mał pre­zentę5 na sąsied­nie ze Ste­ven­ton pa­ra­fie: De­ane i Ashe. Miał więc jako ple­ban trzy pa­ra­fie, skrom­ne, by nie rzec: ubo­gie, ale jed­nak przy­noszące stałą dzie­sięcinę. Te­raz mógł się żenić.

Nie wia­do­mo, gdzie i kie­dy po­znał swoją przyszłą żonę cas­sandrę Le­igh, córkę nie­za­możnego, lecz do­brze sko­li­ga­co­ne­go ple­ba­na w hrab­stwie Oks­ford. O pan­nie wie­my tyl­ko, że miała bra­ta i siostrę zamężną z do­brze sy­tu­owa­nym pa­nem Co­ope­rem, była bez­po­sażna, za to by­stra i dow­cip­na, zręcznie posługi­wała się piórem i miała orli nos, który, jak pisała jej pra­wnucz­ka Fan­ny Ca­ro­li­ne Le­froy, prze­ka­zała większości swo­ich dzie­ci. Po­bra­li się w 1764 roku w Bath w koście­le Świętego Swi­thi­na, w pa­ra­fii Wal­cot. Wie­my, że ślub był skrom­ny, że pan­na młoda za­miast muślinów, fal­ba­nek i ko­ro­nek miała na so­bie czer­woną wełnianą ama­zonkę, w której ru­szyła w podróż poślubną i która służyła jej przez długie lata, a później zo­stała, według ro­dzin­nych opo­wieści, prze­ro­bio­na na spodnie i kur­teczkę jeździecką dla syna.

Po­zo­sta­je nam jesz­cze do przed­sta­wie­nia jed­na po­stać z po­ko­le­nia ro­dziców Jane, a więc tych, którzy złożyli się na ro­dzin­ny po­sag jej wy­obraźni – sio­stra ojca, Phi­la­del­phia Au­sten.

W tym miej­scu mu­si­my się na chwilę za­trzy­mać. Wpro­wa­dza­my bo­wiem do na­sze­go dość jed­no­rod­ne­go to­wa­rzy­stwa osobę, która nie miała możliwości, by w nim zo­stać, po­nie­waż świat nie dawał jej na to szans. Phi­la­del­phia Au­sten była zbyt bied­na, by li­czyć na małżeństwo w swo­jej sfe­rze, a zbyt am­bit­na i nie­za­leżna, by szu­kać pra­cy jako dama do to­wa­rzy­stwa pod majętniej­szym da­chem, a więc go­dzić się na sta­no­wi­sko, które ozna­czało nie tyl­ko pod­ległość, lecz w pew­nym stop­niu także upo­ko­rze­nie. Podjęła więc de­cyzję, która wie­le mówi o cha­rak­te­rze ko­biet z rodu Au­sten – po­sta­no­wiła szu­kać szczęścia tam, gdzie miała na nie większe szan­se, czy­li na ru­bieżach mo­car­stwa, w In­diach. Po dojściu do pełno­let­niości zwróciła się, zgod­nie z ówcze­sny­mi wy­mo­ga­mi pra­wa, do Dy­rek­cji Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej z prośbą o ze­zwo­le­nie na podróż stat­kiem „Bom­bay Ca­stle” – „ce­lem od­wie­dze­nia przy­ja­ciół” w Ma­dra­sie. Wyp łynęła 18 stycz­nia 1752 roku, a dopłynęła do In­dii nie­całe pół roku później. Po następnych sześciu mie­siącach poślubiła star­sze­go od niej o dwa­dzieścia lat Ty­soe’a Sau­la Han­coc­ka, chi­rur­ga za­trud­nio­ne­go w Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej w For­cie St. Da­vid.

Na ra­zie nie ma w tej hi­sto­rii nic nie­zwykłego oprócz świa­dec­twa przed­siębior­czości i od­wa­gi Phi­la­del­phii Au­sten. Do­tkli­wie od­czu­wa­ny przez pan­ny z do­brych domów brak kan­dy­datów na mężów, młodych lu­dzi nie tyl­ko do­brze uro­dzo­nych, lecz również zdol­nych za­bez­pie­czyć byt ro­dzi­nie, brał się przede wszyst­kim ze sto­so­wa­ne­go w An­glii nie­mal po­wszech­nie pra­wa ma­jo­ra­tu, który miał na celu prze­ciw­działanie roz­drob­nie­niu majątków ziem­skich. Całość ro­dzin­nej sche­dy przej­mo­wał naj­star­szy syn, którego obo­wiązkiem było prze­ka­zać ją męskie­mu następcy w co naj­mniej ta­kim sa­mym, jeśli nie lep­szym sta­nie. Młodsi bra­cia mu­sie­li szu­kać za­wo­du po­zwa­lającego na utrzy­ma­nie własne i przyszłej ro­dzi­ny. Wybór dla dżen­tel­me­na po­zo­sta­wał nie­wiel­ki: ka­rie­ra w Koście­le lub woj­sku, kon­kret­nie zaś – w ma­ry­nar­ce.

W cza­sach, o których mówimy, cza­sach Je­rze­go III, kie­dy to An­glia pro­wa­dziła nie­mal bez­u­stan­nie wojnę na mo­rzu, mężczyźni po­trzeb­ni byli nie tyl­ko na lądzie, jako rol­ni­cy, kup­cy, dusz­pa­ste­rze czy właści­cie­le ziem­scy, lecz w równej mie­rze we flo­cie, na pokładach an­giel­skich okrętów, pod żagla­mi czy to ma­ry­nar­ki han­dlo­wej, czy wo­jen­nej, zwy­kle bez względu na ro­dzaj ban­de­ry, łupiącej Fran­cuzów lub Hisz­panów. Mo­rze nie było je­dy­nie te­re­nem wo­jen­nym, lecz także, a może przede wszyst­kim, te­re­nem trans­por­tu niezbędnym dla funk­cjo­no­wa­nia han­dlu i an­giel­scy kup­cy żądali, by państwo za­pew­niało bez­pie­czeństwo ich mniej czy bar­dziej le­gal­nym frach­tom.

(Te mniej le­gal­ne to nie­wol­ni­cy prze­wożeni do ko­lo­nii hisz­pańskich w Ame­ry­ce Południo­wej.) W dru­giej połowie XVIII wie­ku, a następnie pod­czas woj­ny z Francją i toczących się nie­mal nie­prze­rwa­nie walk na mo­rzu, na pokładzie fre­ga­ty, bry­gu czy in­ne­go okrętu, którego przy­dat­ność wo­jenną określała licz­ba dział, tam właśnie mężczyźni, również ci nie­po­sia­dający ani majątku, ani pa­ran­te­li, mo­gli robić ka­rierę i piąć się po ko­lej­nych stop­niach służby, by po la­tach mor­der­czych wysiłków zdo­być ofi­cer­skie szli­fy, jak również, jeśli Bóg dał, pokaźne udziały w zdo­byczy – pry­zo­we6 – a więc majątek. Ginęli często nie tyl­ko w wal­ce z wro­giem, lecz także od ple­niących się na stat­kach chorób zakaźnych. Ile to razy echa tego, co na mo­rzu, dojdą nas z twórczości na­szej bo­ha­ter­ki!

Wra­caj­my jed­nak do dziel­nej sio­stry pa­sto­ra Geo­r­ge’a Au­ste­na. Phi­la­del­phia – obec­nie Han­cock – po­zo­sta­je w In­diach i przez kil­ka lat pro­wa­dzi z mężem wy­god­ne, choć bez­po­tom­ne życie. Po pew­nym cza­sie prze­noszą się obo­je do Ben­ga­lu, gdzie zawiązują bliską przy­jaźń z człowie­kiem, który wie­le zaważył nie tyl­ko na lo­sach ich ro­dzi­ny, lecz również ich kra­ju, War­re­nem Ha­sting­sem.

War­ren Ha­stings to jed­na z naj­wy­bit­niej­szych po­sta­ci w po­wstającym właśnie Im­pe­rium Bry­tyj­skim, w isto­cie jego bu­dow­ni­czy, człowiek, który zro­bił w In­diach ogromną ka­rierę – po­li­tyczną i fi­nan­sową. W 1772 roku zo­stał gu­ber­na­to­rem Ben­ga­lu, a w 1773 – pierw­szym gu­ber­na­to­rem In­dii Wschod­nich. Roz­bu­do­wał Kom­pa­nię Wschod­nio­in­dyjską, zre­for­mo­wał ad­mi­ni­strację, zwiększył zy­ski Kom­pa­nii, która, prak­tycz­nie rzecz biorąc, przejęła kon­trolę nad In­dia­mi. Z pasją i bez naj­mniej­szych skru­pułów two­rzył im­pe­rium. Ten ener­gicz­ny młody wdo­wiec, który stra­cił nie­daw­no córeczkę Elizę, bar­dziej niż dok­tor Han­cock od­po­wia­dał wie­kiem Phi­la­del­phii Au­sten, nie dzi­wi więc, że się za­przy­jaźnili. Jak bli­sko – nie wie­my, ale krążyły pogłoski, że uro­dzo­na w 1761 roku córecz­ka Phi­la­del­phii jest w isto­cie jego córką. Zo­sta­je jej oj­cem chrzest­nym – mała otrzy­mu­je imię jego zmarłej córecz­ki Eli­zy – i za­bez­pie­cza ją później majątko­wo za­pi­sem dzie­sięciu tysięcy funtów.

Wszyst­ko, co się z nim łączy, będzie się później wsączać w szpa­ry ple­ba­nii Ste­ven­ton – nie tyl­ko jego bo­gac­two, lecz także oso­bi­ste i związane z nim pu­blicz­ne spra­wy. Po po­wro­cie do An­glii cze­ka go ciężkie oskarżenie. Pad­nie prze­ciw­ko nie­mu z ust wschodzącej gwiaz­dy po­li­tycz­nej, Ed­mun­da Bur­ke’a, posła do Izby Gmin, który za­rzu­ci mu łama­nie pra­wa, ne­po­tyzm i ko­rupcję pod­czas spra­wo­wa­nia władzy w In­diach. Pro­ces prze­ciw­ko nie­mu będzie się przez długie lata to­czyć przed obie­ma izba­mi Par­la­men­tu i położy się cie­niem na życiu oso­bi­stym jego i tych, którzy byli z nim naj­bliżej związani. Nie omi­nie również ple­ba­nii Ste­ven­ton.

Jane Au­sten przyszła na świat o wie­le później. Nie mogła uczest­ni­czyć w przeżyciach ro­dzin­nych, ja­kie to­wa­rzy­szyły wy­jaz­do­wi ciot­ki do In­dii, nie mogła dzie­lić roz­te­rek swe­go ojca, który za­pew­ne mu­siał na wy­jazd sio­stry wy­ra­zić zgodę. Miała jed­nak, po la­tach, własne zda­nie w tej ma­te­rii i dała mu wy­raz w jed­nym ze swo­ich naj­wcześniej­szych opo­wia­dań – Ca­the­ri­ne, w którym z za­ska­kującą doj­rzałością opi­sała po­czu­cie krzyw­dy i upo­ko­rze­nia, ja­kich mu­siała doświad­czyć jej ciot­ka jadąca na ko­niec świa­ta w po­szu­ki­wa­niu mężczy­zny zdol­ne­go za­bez­pie­czyć jej byt.

W 1765 roku państwo Han­cock wrócili – ra­zem z War­re­nem Ha­sting­sem – do An­glii i za­miesz­ka­li w Lon­dy­nie. W ro­dzi­nie Au­stenów za­gnieździł się wspa­niały, eg­zo­tycz­ny ptak: mała Eli­za Han­cock.

Pa­stor Geo­r­ge Au­sten i pa­sto­ro­wa Cas­san­dra Au­sten

Tym­cza­sem w Ste­ven­ton zaczęły ko­lej­no przy­cho­dzić na świat owo­ce małżeńskie­go związku pa­sto­ra Geo­r­ge’a Au­ste­na i jego żony Cas­san­dry.

Pierw­szym był Ja­mes w 1765 roku, po nim Geo­r­ge, da­lej Edward w 1767 roku, następnie, w 1771 roku, Hen­ry, ob­da­rzo­ny naj­większym wdziękiem spośród bra­ci, wresz­cie w 1773 roku pierw­sza córka, Cas­san­dra, po niej, w 1774 roku, Fran­cis (w ro­dzi­nie zwa­ny Fran­kiem), później­szy ad­mi­rał flo­ty, w rok po nim – Jane, wresz­cie, w 1779 roku – ostat­ni, Char­les, ko­lej­ny ma­ry­narz. W ciągu czter­na­stu lat ro­dzi­li się je­den po dru­gim mali Au­ste­no­wie i to z pewną re­gu­lar­nością, widać pa­sto­ro­stwo nie zde­cy­do­wa­li się na osob­ne sy­pial­nie, wchodzące ostat­nio w An­glii w modę, a sta­no­wiące osiem­na­sto­wiecz­ny sub­sty­tut an­ty­kon­cep­cji. Spo­ra gro­mad­ka.

Tę gro­madkę trze­ba ubrać, wyżywić i wy­kształcić. A również wy­cho­wać na pan­ny z do­bre­go domu i małych dżen­tel­menów. To ostat­nie do­ko­nu­je się nie­ja­ko au­to­ma­tycz­nie – po­przez od­dy­cha­nie at­mos­ferą tego domu, bra­nie wzo­ru z ojca i mat­ki, ich postępo­wa­nia i za­cho­wa­nia, z nie­wi­dzial­ne­go, ale prze­cież nie­wzru­szo­ne­go i przy­swa­ja­ne­go w sposób na­tu­ral­ny porządku rze­czy, który jest co­dzien­nością, kie­dy to oby­czaj do­mo­wy prze­kształca się w od­ruch, w przy­zwy­cza­je­nie. Wszyst­ko, co się tu dzie­je, będzie de­cy­do­wać o tym, ja­ki­mi ludźmi staną się w przyszłości.

I cho­dzi nie tyl­ko o nor­my postępo­wa­nia, o umiejętność za­cho­wy­wa­nia się i po­ru­sza­nia w różnych sy­tu­acjach i śro­do­wi­skach czy na­wet o zbiór za­sad i prawd wia­ry, ja­kie pa­stor mu­siał swo­im dzie­ciom wpa­jać jako oj­ciec i jako dusz­pa­sterz. Cho­dzi przede wszyst­kim o to, że się bar­dzo ko­cha­li. Pa­stor nie przy­wiązywał za­pew­ne prze­sad­nej wagi do obo­wiązków związa­nych z za­wo­dem du­chow­ne­go ani też nie przyj­mo­wał nad­mier­nie bo­go­boj­nej po­sta­wy, bo cza­sy i Kościół an­gli­kański nie na­rzu­cały w tej mie­rze szczególnie su­ro­wych wy­ma­gań, lecz jed­no wy­nieśli z tego domu wszy­scy – sil­ne wza­jem­ne uczu­cie, które kazało im się wza­jem­nie wspie­rać „w doli i nie­do­li”, bez afek­ta­cji, rozsądnie, na miarę swo­ich możliwości, ale nig­dy nie mniej.

Toteż fakt, że ro­dzi­na to miej­sce, w którym lu­dzie się ko­chają i po­ma­gają so­bie wza­jem­nie, mu­siał być dla przyszłej pi­sar­ki oczy­wi­sty. Oczy­wi­ste mu­siało być i to, że dzie­ciom wie­le wol­no. Swo­bo­da, jaką cie­szyła się ta gro­mad­ka, jest za­ska­kująca, gdy pomyśleć o czających się za drzwia­mi cza­sach królo­wej Wik­to­rii, kie­dy to su­ro­wość oby­czajów za­sznu­ru­je dzie­ciom gor­se­ty, które do­pie­ro następne po­ko­le­nia będą pomału roz­luźniać. Trochę z tej at­mos­fe­ry po­god­ne­go, uda­ne­go dzie­ciństwa można zna­leźć na pierw­szych stro­nach Opac­twa Nor­than­ger, kie­dy oj­ciec uczył małą Ka­ta­rzynę pi­sa­nia i ra­chunków, a mat­ka fran­cu­skie­go, kie­dy bo­ha­ter­ka czy­tała „wszyst­kie książki, których zna­jo­mość jest niezbędna”, i kie­dy „naj­większą przy­jem­ność znaj­do­wała w tur­la­niu się z po­rosłego trawą zbo­cza na tyłach ple­ba­nii”. Do­bre, szczęśliwe cza­sy dzie­ciństwa, bez­tro­skie i roześmia­ne, pod opieką ro­zum­nych ro­dziców i wśród bar­dzo zżyte­go ro­dzeństwa.

Ja­mes, pier­wo­rod­ny, o dzie­sięć lat star­szy od Jane, zdol­ny i pra­co­wi­ty, zo­stał w wie­ku czter­na­stu lat im­ma­try­ku­lo­wa­ny w po­czet stu­dentów col­le­ge’u St John’s w oks­for­dzie. Dzięki po­kre­wieństwu z ro­dziną założycie­la col­le­ge’u (po­przez ro­dzinę mat­ki, Le­ighów) mógł stu­dio­wać bezpłat­nie; z tego przy­wi­le­ju, nie­zmier­nie istot­ne­go dla do­mo­we­go budżetu, sko­rzy­sta również Hen­ry, czwar­ty z ko­lei syn Au­stenów.

Pa­sto­ro­wa kie­dyś w jed­nym z listów opi­sała swo­ich dwóch star­szych synów: „Edward ma czyn­ny umysł, ja­sno wi­dzi i zdro­wo ro­zu­mu­je, to po pro­stu człowiek in­te­re­su. Ja­mes, od­mien­nie, po­siadł wiedzę kla­syczną, smak li­te­rac­ki i zna­ko­mitą umiejętność pi­sar­skiej twórczości. Obaj w równej mie­rze za­cni i mili, ob­da­rze­ni naj­lep­szym uspo­so­bie­niem”.

Ple­ba­nia Ste­ven­ton od fron­tu (szkic Anny Le­froy)

Ple­ba­nia Ste­ven­son od ogro­du

Nie­wie­le mamy ro­dzin­nych za­pisów z tego naj­wcześniej­sze­go okre­su ist­nie­nia domu, który dla Jane Au­sten był naj­ważniej­szym miej­scem na świe­cie przez pierw­szych dwa­dzieścia pięć lat. Wie ś Ste­ven­ton – i jej oko­li­ce w północ­nym Hamp­shi­re – była w owych cza­sach, sądząc z ry­sunków i za­cho­wa­nych świa­dectw pa­ra­fial­nych, za­padłą dziurą. Roz­rzu­co­ne bez ładu i składu cha­ty kry­te strzechą, wy­bo­iste dro­gi, ani go­spo­dy, ani le­ka­rza, ani skle­pu, ani szkoły. Mężczyźni zaj­mo­wa­li się uprawą roli i ho­dowlą owiec, ko­bie­ty – go­spo­dar­stwem, przędze­niem owczej wełny i tkac­twem. Za wsią, w nie­wiel­kiej od niej od­ległości, stoi trzy­na­sto­wiecz­ny kościółek pod we­zwa­niem Świętego Mikołaja, gdzie zna­le­zio­no cen­ne pamiątki po córce pa­sto­ra Au­sten – za­ba­zgra­ne przez małą Jane kościel­ne for­mu­la­rze aktów małżeństwa, w których wpi­sy­wała wy­ima­gi­no­wa­ne na­zwi­ska swo­ich przyszłych mężów. Można tam między in­ny­mi zna­leźć na­zwi­sko Hen­ry’ego Fre­de­ric­ka Ho­war­da Fit­zwil­lia­ma z Lon­dy­nu, widać od dzie­ciństwa do­brze brzmiało w jej uszach. Z tej błahej, ale pew­nej in­for­ma­cji mamy pra­wo wyciągnąć kon­kret­ny wnio­sek – pa­stor Au­sten mu­siał być bar­dzo pobłażli­wym oj­cem, sko­ro po­zwa­lał córce mar­no­wać na ba­zgroły tak kosz­tow­ny w owym cza­sie pa­pier. Nie mógł prze­cież przy­puścić, że te ba­zgroły będą kie­dyś sta­no­wić cen­ny ele­ment zbiorów To­wa­rzy­stwa im. Jane Au­sten.

Ple­ba­nia stała przy wy­bo­istej, grząskiej dro­dze wiej­skiej, z której pro­wa­dził pod drzwi wejścio­we półko­li­sty pod­jazd. Dom był duży, mu­ro­wa­ny, piętro­wy z nie­wielką man­sardą. Za­cho­wało się kil­ka jego ry­sunków ro­bio­nych ręką naj­star­szej bra­ta­ni­cy Jane, Anny, która przeżyła tu dzie­ciństwo. Na par­te­rze od fron­tu znaj­do­wały się trzy po­ko­je – ja­dal­nia, ba­wial­nia i kuch­nia, w głębi, za nimi, od stro­ny ogro­du – ga­bi­net pa­sto­ra z oknem w pięknym wy­ku­szu, dru­ga kuch­nia i scho­dy. Ta dru­ga kuch­nia służyła za­pew­ne za pral­nię. Można so­bie wy­obra­zić, ja­kie to sto­sy do­mo­wej i oso­bi­stej bie­li­zny mu­siała przy­chodząca re­gu­lar­nie pracz­ka wy­prać, wy­go­to­wać, wy­kroch­ma­lić, prze­ciągnąć i upra­so­wać. Pral­nia i pra­nie to po kuch­ni i spiżarni naj­większy kłopot go­spo­dy­ni; usłyszy­my później, pod­czas cho­ro­by mat­ki, uty­ski­wa­nia Jane, która w pro­wa­dze­niu go­spo­dar­stwa wyraźnie się nie spraw­dzała.

Na piętrze mieściło się sie­dem sy­pial­ni, a na man­sar­dzie – trzy do­dat­ko­we. Ob­szer­ny, pro­sty bu­dy­nek po­zwa­lał na wy­god­ne życie dużej ro­dzi­ny. Anna pod­kreślała jego su­ro­wość – spo­in między ścia­na­mi a su­fi­tem nie zdo­biły stiu­ki, na ścia­nach na­wet śladu sztu­ka­te­rii, a bel­ki stro­po­we w po­ko­jach na górze tyl­ko po­bie­la­ne. To wy­star­czy, żebyśmy wy­ro­bi­li so­bie zda­nie o sy­tu­acji ma­te­rial­nej tu­tej­szych miesz­kańców: w tym domu się nie prze­le­wało.

„okno w wy­ku­szu na par­te­rze spoglądające na rozsłonec­nio­ny ogród i da­lej, na główną ścieżkę pro­wadzącą do ze­ga­ra słonecz­ne­go, po której obu stro­nach leżały grządki tru­ska­wek – to było okno ga­bi­ne­tu dziad­ka. Ten pokój należał wyłącznie do nie­go – tu chro­nił się przed do­mo­wym zamętem. Pokój stołowy, czy też duża ba­wial­nia, znaj­do­wała się od fron­tu i miała dwa skrzydłowe okna. Główne drzwi wejścio­we pro­wadziły z zewnątrz wprost do małej ba­wial­ni. Nieczęsto ocze­ki­wa­no tu gości i nie bywało ich wie­lu, ale bab­cia za­wsze witała ich z równą gościn­nością, na­wet jeśli za­sta­li ją tuż za drzwia­mi z igłą w ręku, szyjącą lub ce­rującą odzież”7.

Pa­ra­fia Ste­ven­ton i sąsied­nie pa­ra­fie De­ane i Ashe, a w nich zamożniej­sze i mniej zamożne domy – re­zy­den­cje do­brych ro­dzin, a nie­kie­dy uboższej ary­sto­kra­cji – sta­no­wiły świat Jane Au­sten, w którym do­ra­stała, doj­rze­wała i który w sie­bie wchłaniała. Był jej pi­sar­skim po­lem doświad­czal­nym, bo choć nie miesz­kała tu przez całe życie i cho­ciaż sądzi się, że miej­scem, gdzie, for­mal­nie, na­pi­sała naj­więcej, było później­sze Chaw­ton – to jed­nak nie ma wątpli­wości, że naj­bar­dziej za­sobną spiżarnią jej pi­sar­skiej wy­obraźni był ten właśnie skra­wek Hamp­shi­re, leżący pięćdzie­siąt mil od Lon­dy­nu, ani szczególnie piękny, ani ob­fi­ty w za­byt­ki, w którym spędziła pierw­sze dwa­dzieścia pięć lat życia.

„Do­brze wy­brać Oso­by, ze­brać je w miej­scu, ja­kie mi jest naj­bliższe – trzy, czte­ry ro­dzi­ny gdzieś na wsi – to jest właściwy ma­te­riał dla pi­sa­rza”8. Taki ma­te­riał zna­lazła w Ste­ven­ton i oko­li­cach. Z tego ma­te­riału ule­piła wszyst­kie swo­je po­sta­cie i wymyśliła o nich opo­wieści. Jakiż jest atry­but pi­sar­ski cen­niej­szy od pamięci? Życie w Ste­ven­ton to wiel­ki ma­ga­zyn pro­win­cjo­nal­ne­go te­atru, cu­dow­ny la­mus Jane Au­sten.

Dzie­ciństwo

Próba od­two­rze­nia jej od­le­glej­szych ro­dzin­nych re­la­cji przy­po­mi­na wejście do roj­ne­go ula. Wkra­cza­my w nie­prze­bra­ny gąszcz dal­szych cio­tek i wujów, ku­zy­nek i ku­zynów – gdzie każdy po­sia­da własną miarę bo­gac­twa, wpływów oraz sym­pa­tii pi­sar­ki! Do głębszej kon­fu­zji przy­czy­niają się sta­le po­wta­rza­ne w ro­dzi­nie imio­na – Wil­liam, Cas­san­dra, Eli­sa­beth, Jane, Phi­la­del­phia, Char­les, Ja­mes i Hen­ry. Do­dat­kową kom­pli­kacją jest roz­ma­itość na­zwisk; w XVIII wie­ku na­zwisko względnie łatwo można było w An­glii zmie­nić, choć wy­ma­gało to zgo­dy Par­la­men­tu. Sięgano po ta­kie roz­wiąza­nie wówczas, gdy bez­dziet­ne małżeństwo chciało przy­spo­so­bić na dzie­dzi­ca kogoś z in­nej gałęzi ro­dzi­ny, na przykład z li­nii żeńskiej, za­cho­wując jed­nak ciągłość ro­do­we­go na­zwiska. Rzecz była istot­na z in­nej jesz­cze, bar­dziej przy­ziem­nej przy­czy­ny, gdyż nie­rzad­ko po śmier­ci be­ne­fak­to­ra zgłasza­li się z rosz­cze­nia­mi bliżsi krew­ni, pod­ważając pra­wa wy­bra­ne­go spad­ko­bier­cy. W wy­pad­ku ro­dzi­ny Geo­r­ge’a Au­ste­na częsta zmia­na na­zwiska jed­ne­go z jej członków wywołała na­wet kąśliwą uwagę pew­ne­go posła do Par­la­men­tu: „Tyle mamy kłopotów z tym dżen­tel­me­nem, że pro­po­nuję wydać akt po­zwa­lający mu używać każdego na­zwiska, na ja­kie mu przyj­dzie ocho­ta”. Ta spra­wa nie jest w życiu Jane Au­sten bez zna­cze­nia, gdyż właśnie jed­ne­mu z jej bra­ci przy­pad­nie w udzia­le po­dob­ne do­bro­dziej­stwo i wszyst­kie wy­ni­kające z nie­go ko­rzyści i kłopo­ty. Jane będzie mogła dzięki temu po­znać bez­pośred­nio uro­ki co­dzien­ne­go życia w bo­ga­tym zie­miańskim dwo­rze, a także, jak można przy­pusz­czać, skrzętnie skry­wa­ny, lecz za­pew­ne owoc­ny dla jej pi­sar­stwa smak przy­na­leżności do „uboższej” części ro­dzi­ny.

Wróćmy jed­nak na naszą ple­ba­nię, gdzie do­ra­stała cała gro­mad­ka młodych Au­stenów, po­god­na i szczęśliwa, choć dom był pro­wa­dzo­ny oszczędnie, a pa­stor szu­kał do­dat­ko­we­go za­rob­ku, gdzie się tyl­ko dało – na­wet tam, gdzie nie po­wi­nien był szu­kać, gdyż oprócz do­chodów ze Ste­ven­ton przyj­mo­wał dzie­sięcinę z pa­ra­fii De­ane, da­ro­wa­nej mu przez bo­ga­te­go ku­zy­na po­dob­nie jak Ste­ven­ton. Wio­ska De­ane leżała w sąsiedz­twie Ste­ven­ton, jed­nak fakt, że ple­ban nie miesz­kał wśród swo­ich owie­czek i przy­jeżdżał tyl­ko po to, by od­pra­wić nie­dziel­ne nabożeństwo i wygłosić ka­za­nie, był mo­ral­nie na­gan­ny. Wie­le lat później jego córka wy­po­wie się w Mans­field Park o ta­kich prak­ty­kach zde­cy­do­wa­nie kry­tycz­nie. Tym­cza­sem jed­nak bez wda­wa­nia się w szczegóły for­mal­nych wy­ma­gań Kościoła an­gli­kańskie­go wyciągnij­my tyl­ko je­den wnio­sek, do ja­kie­go mamy pra­wo: pa­stor Geo­r­ge Au­sten miał w związku z roz­ra­stającą się ro­dziną i spa­dającymi na nie­go obo­wiązka­mi kłopo­ty fi­nan­so­we.

Szu­kając więc do­dat­ko­wych za­robków, zde­cy­do­wał się, wzo­rem wie­lu wy­kształco­nych du­chow­nych, na przyj­mo­wa­nie dzie­ci z „naj­lep­szych, wy­bra­nych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych zna­jo­mych ro­dzin” na naukę i stancję, in­ny­mi słowy, założył na ple­ba­nii Ste­ven­ton nie­wielką męską szkołę z in­ter­na­tem. Nie było w tym nic nie­zwykłego, wy­kształcony i mądry dusz­pa­sterz mógł się nie­kie­dy oka­zać naj­lep­szym men­to­rem dla młodych chłopców, zwłasz­cza ta­kich, których ro­dzi­ce szczególnie dba­li o wy­kształce­nie i wy­cho­wa­nie syna, za­nim posłali go na uni­wer­sy­tet, a nie stać ich było na re­no­mo­wa­ne szkoły w Win­che­ste­rze czy Eton. Za pół wie­ku tym pro­ble­mem zaj­mie się Geo­r­ge Eliot z całą na­ukową su­mien­nością i każe swo­je­mu bo­ha­te­ro­wi, młyna­rzo­wi znad rze­ki Flos­sy, szu­kać wy­cho­waw­cy dla syna po ko­lej­nych ple­ba­niach – ze skut­kiem naj­gor­szym z możli­wych.

Wy­da­je się jed­nak, że pa­stor Au­sten wywiązywał się bar­dzo rze­tel­nie z podjętego za­da­nia. Jego ga­bi­net w Ste­ven­ton był wy­po­sażony w no­wo­cze­sne przyrządy na­uko­we, między in­ny­mi w mi­kro­skop, pod którym młodzi lu­dzie mo­gli oglądać naj­mniej­sze dro­bi­ny, stwo­rze­nia żyjące w kro­pli wody, i jak na­ka­zy­wał podręcznik Hen­ry’ego Ba­ke­ra do obsługi­wa­nia mi­kro­skopu: wyciągać z tego wi­do­ku pobożne wnio­ski, widząc zdu­mie­wającą Moc i Do­broć Stwórcy, który w tej sa­mej mie­rze trosz­czył się o pchłę, ko­ma­ra i wesz, co o wie­lo­ry­ba, słonia i lwa.

De­cy­zja pa­sto­ra przy­niosła również ko­rzyści obu pan­nom, gdyż Cas­san­dra i Jane po po­wro­cie z krótkie­go po­by­tu na pen­sji mogły prze­by­wać, za zgodą ojca, z jego ucznia­mi w po­ko­ju szkol­nym i ko­rzystać z jego nauk i mi­kro­sko­pu. W ga­bi­ne­cie znaj­do­wał się również glo­bus, na którym Jane wy­ty­czała później tra­sy mor­skich podróży swo­ich bra­ci, a który po­zwo­lił pa­sto­ro­wi udo­ku­men­to­wać od­po­wiedź na za­da­ne mu ponoć przez sąsied­nie­go far­me­ra py­ta­nie: „Pa­sto­rze, pan je­steś człowiek uczo­ny. Po­wiedzże, czy Paryż jest we Fran­cji, czy Fran­cja w Paryżu, bo żona nie daje mi o to spo­ko­ju”.

Na­uki, ja­kie dawał pa­stor Au­sten, mu­siały być, jak na te cza­sy, no­wo­cze­sne, opar­te na ostat­nich zdo­by­czach Wie­ku Ro­zu­mu. Przyj­mo­wa­ni na stancję chłopcy po­cho­dzi­li z do­brych domów, były to dzie­ci bliższych i dal­szych zna­jo­mych państwa Au­sten, toteż obie pan­ny mu­siały się swo­bod­nie czuć w ich to­wa­rzy­stwie. Wśród nich są czte­rej bra­cia Fow­le, sy­no­wie uni­wer­sy­tec­kie­go ko­le­gi pa­stora Au­stena, mniej więcej równo­lat­ko­wie jego synów. Je­den z nich, Tom Fow­le, bli­ski przy­ja­ciel Ja­me­sa, do­ko­na później naj­większe­go w swo­im życiu pod­bo­ju: zdobędzie względy Cas­san­dry, choć jest tak samo jak ona nie­za­możny i bez wi­doków na przyszłość. Pójdzie do Oks­for­du, zo­sta­nie pa­storem – jaką inną drogę może wy­brać syn dżen­tel­me­na? – ale przy­pad­nie mu z ro­dzin­nych działów tyl­ko ma­lut­ka, ubo­ga pa­ra­fia w Wilt­shi­re. Jane, sądząc z jej za­cho­wa­nej ko­re­spon­den­cji i za­cho­wa­nych świa­dectw oto­cze­nia, nig­dy nie czuła się skrępo­wa­na w obec­ności młodych mężczyzn i obce jej były wszel­kie pozy, choć znała gra­ni­ce, w ja­kich wol­no się było po­ru­szać pan­nie z jej sfe­ry, cze­mu dawała wy­raz nie­mal we wszyst­kich swo­ich po­wieściach.

Na­uka należała do obo­wiązków pa­sto­ra, ale uczniów trze­ba było na­kar­mić, oprać i ob­ce­ro­wać. Te za­da­nia spa­dały, rzecz ja­sna, na pa­sto­rową, która, jak o tym świadczą wspo­mnie­nia jej współcze­snych, nie bała się żad­nej pra­cy, była osobą prak­tyczną, rozsądną i po­dob­nie jak pa­sto­rowa Mor­land w Opac­twie Nor­than­ger – długo ciesząca się do­brym zdro­wiem. Dodać tu trze­ba ko­niecz­nie, że również po­czu­ciem hu­mo­ru, cze­mu dawała świa­dec­two w oko­licz­nościo­wych wier­szy­kach, ja­ki­mi opa­try­wała ważniej­sze wy­da­rze­nia do­mo­we. Można so­bie wy­obra­zić, jak w tym nie­mal wyłącznie męskim to­wa­rzy­stwie do­ra­stała mała, in­te­li­gent­na, by­stra dziew­czyn­ka i jak sil­nie to męskie oto­cze­nie wiązało ją ze starszą o dwa lata siostrą Cas­sandrą.

Sięgając do Opac­twa Nor­than­ger, do­wia­du­je­my się nie­co więcej o tym, jak mogło wyglądać wy­cho­wa­nie i edu­ka­cja przyszłej pi­sar­ki w naj­wcześniej­szym okre­sie życia. za­pew­ne pierwszą jej men­torką i na­uczy­cielką była mat­ka, która, choć bez for­mal­ne­go wy­kształce­nia, mu­siała wy­nieść z oświe­co­ne­go (dziś po­wie­dzie­li­byśmy: in­te­li­genc­kie­go) domu do­bre wy­cho­wa­nie i do­bry smak, zna­jo­mość fran­cu­skie­go, umiejętność właści­we­go posługi­wa­nia się języ­kiem oj­czy­stym i zamiłowa­nie do lek­tu­ry, choć nie mogła mieć na nią wie­le cza­su. Mamy też pra­wo przy­pusz­czać, że pre­nu­me­ro­wała pi­smo „The Mir­ror”, po­nie­waż dwu­na­sty jego nu­mer z 6 mar­ca 1770 roku mat­ka Ka­ta­rzy­ny Mor­land przy­niosła córce jako le­kar­stwo dla pan­ny, której wy­so­kie zna­jo­mości przewróciły w głowie.

Edu­kację w pojęciu kla­sycz­ne­go wy­kształce­nia, zna­jo­mość łaci­ny i hi­sto­rii mu­siała Jane otrzy­mać od ojca. Dwu­krot­nie posyłano ją, wraz z Cas­sandrą, do szkoły: raz do nie­ja­kiej pani Caw­ley w Oks­for­dzie – gdy miała sie­dem lat i nie­mal cu­dem uniknęła śmier­ci w cza­sie epi­de­mii dy­fte­ry­tu – i dru­gi raz do nie­ja­kiej pani La­to­ur­nel­le w Re­ading, gdzie dziewczęta uczo­no czy­tać, szyć, grać na pia­ni­nie i tańczyć. Wspo­mnie­nia tej szkoły to za­pew­ne okru­chy, z ja­kich będzie two­rzyła w przyszłości wątek Opac­twa Nor­than­ger – szkoła pani La­to­ur­nel­le, Ab­bey Scho­ol, mieściła się w bu­dyn­ku ro­man­tycz­ne­go opac­twa, a właści­wie je­dy­nej po­zo­stałej jego części leżącej w roz­ległym ogro­dzie, w którym dziew­czyn­ki mogły bie­gać i bawić się do woli. Pani La­to­ur­nel­le, właści­ciel­ka i przełożona, za­pi­sała się w ich pamięci tym, że miała sztuczną nogę i zamiłowa­nie do sztuk te­atral­nych. Mimo fran­cu­skie­go na­zwi­ska nie znała żad­ne­go języka ob­ce­go i nie po­tra­fiła prze­ka­zać swo­im uczen­ni­com żad­nej kon­kret­nej wie­dzy, umiała im jed­nak wpoić zamiłowa­nie do sys­te­ma­tycz­ności i porządku, co niewątpli­wie bar­dzo im się w życiu przy­dało we wszyst­kich wspo­mnie­niach o Jane pod­kreśla się jej schlud­ność i aku­rat­ność. Pani La­to­ur­nel­le była sym­pa­tyczną, zacną osobą, nie­zbyt wy­ma­gającą na­uczy­cielką i to ją pew­no miała w oczach Jane, gdy ry­so­wała po­stać pani God­dard w Em­mie – prak­tycz­nej, rze­tel­nej, choć wyraźnie pro­win­cjo­nal­nej przełożonej szkoły, w której uczen­ni­ce otrzy­my­wały „rozsądną miarę wie­dzy za rozsądną cenę”.

Naj­cie­kaw­szym wy­da­rze­niem związa­nym z rocz­nym po­by­tem dziewcząt w Ab­bey Scho­ol była wi­zy­ta ich bra­ta Edwar­da z ku­zy­nem, którzy za zgodą pani przełożonej za­bra­li pan­ny na obiad do go­spo­dy. W pu­blicz­ne miej­sce! Taka eska­pa­da byłaby nie do pomyśle­nia w nie­od­ległym cza­sie pa­no­wa­nia królo­wej Wik­to­rii i war­to o tym pamiętać, za­sta­na­wiając się, co się zmie­niło w poglądach Jane Au­sten pomiędzy okre­sem, kie­dy pisała Roz­ważną i ro­man­tyczną, a tym, kie­dy pisała Mans­field Park.

Na tym zo­stała zakończo­na szkol­na edu­ka­cja Jane. Resz­ty mu­siał do­ko­nać dom. Na czym po­le­gała edu­ka­cja do­mo­wa młodych pa­nien na głuchej pro­win­cji? Pa­nien, których głównym ce­lem było zdo­by­cie męża zdol­ne­go za­pew­nić byt przyszłej ro­dzi­nie? Do tego, w grun­cie rze­czy, wy­star­czała wie­dza do­mo­wa, której nie należy trak­to­wać lek­ko, bo za­wie­rała nie­mało. Pro­wa­dze­nie na wsi dużego domu, nie­mal samowy­star­czalnego or­ga­ni­zmu, sta­no­wiło poważną umiejętność i wy­ma­gało zna­jo­mości wie­lu prak­tycz­nych dzie­dzin, a nie­kie­dy i dużej in­wen­cji. Trze­ba było znać się na kuch­ni, wa­rzyw­ni­ku, kur­ni­ku i obo­rze, umieć za­pla­no­wać ko­lej­ne eta­py wiel­kie­go pra­nia, doglądać służby i pil­no­wać czy­stości i porządku, ba, trze­ba było nie tyl­ko nad­zo­ro­wać ku­charkę, lecz także wie­dzieć, jak się robi mydło czy pro­szek do zębów, czer­nidło do butów czy atra­ment, bo wszyst­kie te naj­po­trzeb­niej­sze ar­ty­kuły wy­twa­rza­no wówczas w domu. A do tego jesz­cze co­dzien­na ko­niecz­ność: szy­cie. Nie tyl­ko haft czy obrębek, lecz także ni­co­wa­nie, prze­ra­bia­nie sta­re­go na nowe – proszę mi po­ka­zać dzi­siejszą pannę, która będzie umiała to wszyst­ko i w do­dat­ku czy­tała Sha­ftes­bu­ry’ego!

Taką wiedzę mogła i mu­siała im prze­ka­zy­wać mat­ka, sama do­sko­nała go­spo­dy­ni, za­pew­ne nie­ja­ko „przy oka­zji”, w miarę upływających lat. Ale pan­ny Au­sten otrzy­my­wały w domu nie tyl­ko „wiedzę do­mową”, nie tyl­ko na­uki o pro­wa­dze­niu go­spo­dar­stwa. Pa­stor Geo­r­ge Au­sten nie był prze­ciętnym, pro­win­cjo­nal­nym sługą bożym, a jego żona je­dy­nie sprawną wy­ko­naw­czy­nią do­mowych obo­wiązków. oby­dwo­je po­sia­da­li coś więcej – am­bi­cje Au­stenów i dow­cip Le­ighów, a ta mie­szan­ka mu­siała za­owo­co­wać czymś szczególnym w at­mos­fe­rze domu i po­kie­ro­wać za­in­te­re­so­wa­nia ich dzie­ci w wyższe re­jo­ny.

Nie wie­my, czy do pa­nie­nek przy­jeżdżali jacyś pre­cep­to­rzy oprócz na­uczy­cie­la ry­sun­ku i na­uczy­cie­la mu­zy­ki. Mało to praw­do­po­dob­ne przy stałym de­fi­cy­cie budżeto­wym pa­sto­ra. Na pew­no nie miały gu­wer­nant­ki. Niezbędne dla młodych dam umiejętności, które za­my­kały się w pojęciu „kunsztów” – śpiew, ry­su­nek, szy­dełko­wa­nie, piękne ka­li­gra­ficz­ne pi­smo, trochę fran­cu­skie­go – zdo­były częścio­wo u pani La­to­ur­nel­le w Re­ading, resz­ty mu­siała do­ko­nać nie­zmor­do­wa­na pa­sto­ro­wa.

Na­to­miast na­uki kla­sycz­ne od­bie­rała Jane, odkąd wróciła ra­zem z Cas­sandrą ze szkoły, już tyl­ko pod okiem ojca. Ja­kież to mogły być na­uki? Zważyw­szy, ile obo­wiązków miał pa­stor, wy­cho­waw­ca nie tyl­ko własnych, lecz i cu­dzych, po­wie­rzo­nych mu w opiekę synów, możemy przyjąć, że po­zwa­la­no jej i Cas­sandrze brać udział w niektórych lek­cjach, ja­kie pro­wa­dził z chłopca­mi. Pa­nien­ki mogły się więc na­uczyć tyle, co oni. Oni jed­nak kształcili się nadal: Ja­mes i Hen­ry w col­le­ge’u w Oks­for­dzie, przy­go­to­wując się do ewen­tu­al­ne­go przyjęcia święceń, Fran­cis i Char­les – w Roy­al Na­val Aca­de­my w Por­ts­mouth, szy­kując się do ka­rie­ry w ma­ry­nar­ce, a Edward będzie uczył się świa­ta, od­by­wając niezbędną dla młode­go, zamożnego człowie­ka „Grand Tour”, czy­li podróż po Fran­cji i Włoszech. Tego dal­sze­go wy­kształce­nia Jane Au­sten nie mogła otrzy­mać, mogła jed­nak, i niewątpli­wie to robiła, ko­rzy­stać z bo­ga­te­go księgo­zbio­ru ojca.

W za­sob­nej, bo sys­te­ma­tycz­nie uzu­pełnia­nej, a wkrótce liczącej po­nad pięćset wo­lu­minów bi­blio­te­ce znaj­do­wała po­zy­cje, do których miała nie­ogra­ni­czo­ny dostęp. Ja­kie to były po­zy­cje – możemy się z dużym praw­do­po­do­bieństwem domyślać. Pew­no Myśli o wy­cho­wa­niu Loc­ke’a, może też li­sty lor­da Che­ster­fiel­da do syna. Z pew­nością Ka­za­nia wie­leb­ne­go Hugh Bla­ira, o których wspo­mi­na już w 1792 roku, pisząc Ka­ta­rzynę lub al­tankę, jak też przemądrzałe ka­za­nia Ja­me­sa For­dy­ce’a, które będzie czy­tał pa­stor Col­lins w Du­mie i uprze­dze­niu, wy­szy­dzo­ne przez Mary Wol­l­sto­ne­craft. Naj­bar­dziej to praw­do­po­dob­ny ma­te­riał edu­ka­cyj­ny i dy­dak­tycz­ny u pa­sto­ra an­gli­kańskie­go, który po­dej­mo­wał się nie­ja­ko za­wo­do­wo wy­cho­wy­wa­nia młodzieży. Za­pew­ne są też w pa­stor­skiej bi­blio­te­ce do­stoj­ne dy­ser­ta­cje fi­lo­zo­ficz­ne, może Wstęp do Wy­bo­ru kazań dok­to­ra Which­co­te, słynne dzieło Sha­ftes­bu­ry’ego, a może również wiel­kie dzieło Sa­mu­ela John­so­na – Słownik języka an­giel­skie­go. Jeśli nie Słownik, to już na pew­no Ras­se­las, po­wieść jego pióra – Jane wspo­mi­na o za­ku­pie tej książki w jed­nym ze swo­ich listów. John­son będzie za­wsze punk­tem od­nie­sie­nia dla pan­ny Au­sten, w grun­cie rze­czy dla wszyst­kich członków ro­dzi­ny. Ale oprócz re­li­gij­nych pam­fletów i kazań, dy­ser­ta­cji fi­lo­zo­ficz­nych i esejów musi się w bi­blio­te­ce znaj­do­wać po­ezja. Wy­star­czy po­znać pierw­sze stro­ny Opac­twa Nor­than­ger, by się do­wie­dzieć, co czy­tała piętna­sto­let­nia pa­stor­ska córka. To, co pan­na w jej wie­ku czy­tać po­win­na, a więc Pope’a, Graya, Cow­pe­ra, Thom­so­na – za­pew­ne w wy­bra­nych uryw­kach wy­da­wa­nych w ele­ganc­kich zbior­kach po­etyc­kich. Nie jest możliwe, by w oj­cow­skiej bi­blio­te­ce za­brakło Szek­spi­ra i w przyszłości czy­tając Mans­field Park, do­wie­my się, że „An­glik po­zna­je Szek­spi­ra w sposób nieświa­do­my. Szek­spir sta­no­wi po pro­stu część an­giel­skiej oso­bo­wości”. Zwróćmy jed­nak uwagę na ga­tu­nek, w którym roz­gości się – i to wkrótce – przyszła pi­sar­ka: na prozę.

Młoda czy­tel­nicz­ka bu­szująca w oj­cow­skiej bi­blio­te­ce i czy­tająca, co tyl­ko jej w ręce wpadło, zna­lazła się na początku dro­gi, na której po­wsta­wał no­wo­cze­sny utwór epic­ki na­zy­wa­ny po­wieścią. Wyszły już z mody długie epo­sy i ro­man­se hi­sto­rycz­ne, w których czas i miej­sce nie od­gry­wały szczególnej roli. W dru­giej połowie XVIII wie­ku twórca zaczął osa­dzać swo­ich bo­ha­terów w określo­nej rze­czy­wi­stości i wy­zna­czać ak­cji określony czas trwa­nia. Po­wieść re­ali­stycz­na na­bie­rała po­wo­li i nie­zdar­nie kształtów. Tak nie­zdar­nie, że Haz­zlit pisał, iż pro­za Ri­chard­so­na „brzmi jak od­czy­ty­wa­nie ze­znań w sądzie”, i to porówna­nie wy­da­je się cel­ne. W po­wieści, w której za­czy­tu­je się mała Jane, bo­ha­terka, Cla­ris­sa Har­lo­we, bro­ni przed pa­nem Lo­ve­la­ce’em swej cno­ty w czte­rech opasłych to­mach, w których pre­cy­zyj­nie i roz­wle­kle opi­sa­ne są jej, istot­nie bar­dzo przy­kre, doświad­cze­nia sek­su­al­ne. Jesz­cze ele­gan­cja i do­bry smak nie wzięły góry nad skłonnością do szczegółowe­go za­pi­sy­wa­nia zda­rzeń, jesz­cze nar­ra­cja snu­je się nie­pew­nie po krętych ścieżkach, jesz­cze się szu­ka dro­gi.

Po­wieść. A no­vel. Nowość. Nowością jest za­mknięcie fabuły w określo­nym cza­sie i określo­nej prze­strze­ni. Prze­cie­rają tę drogę naj­więksi: Ster­ne, De­foe, Fiel­ding, Ri­chard­son, ale wokół tych ol­brzymów po­ja­wiają się małe, drob­ne ryb­ki. Są to damy. Po­wieścio­pi­sar­ki.

Nie może to być za­sko­cze­niem. Przy­najm­niej nie po­win­no być. W zmie­niającym się, co praw­da, po­wo­li, ale prze­cież nie sta­tycz­nym społeczeństwie ko­bie­ty miały naj­więcej cza­su i ocho­ty na czy­ta­nie. Mężczyźni zaj­mo­wa­li się po­lo­wa­niem, pracą, po­li­tyką, in­te­re­sa­mi; pa­nie za­czy­nały wy­wie­rać co­raz większy wpływ na to, co na­zwa­li­byśmy tworzącym się właśnie ryn­kiem wy­daw­ni­czym. W cza­sach kie­dy mała Jane zaczęła za­czy­ty­wać się w po­wieściach, w An­glii, liczącej wówczas za­le­d­wie dzie­więć mi­lionów miesz­kańców, czy­tało książki, według Ed­mun­da Bur­ke’a, około osiem­dzie­sięciu tysięcy osób. Spo­re wy­zwa­nie dla nowo po­wstających ofi­cyn wy­daw­ni­czych. Spo­re wy­zwa­nie dla nowo po­wstających w małych mia­stecz­kach wypożyczal­ni książek.

Ko­bie­ty po­wieścio­pi­sar­ki ak­cep­to­wały założenia przyjęte przez mężczyzn i bu­do­wały na ich pod­sta­wie co­raz bar­dziej fan­ta­stycz­ne kon­struk­cje, ule­gając przy tym fali sen­ty­men­ta­li­zmu, która na­pie­rała co­raz sil­niej. Fran­ces Bur­ney – z męża ma­da­me d’Ar­blay – opi­sała przy­pad­ki Ewe­li­ny, czy­li Wyjście młodej pan­ny na scenę świa­ta9 w czte­rech to­mach, w których z tru­dem po­mieściła opi­sy wy­zna­czo­nych bo­ha­ter­ce nieszczęść i kom­pli­ka­cji losu, nie licząc nie­pra­wych dzie­ci i be­ze­ceństw nie­mal prze­kra­czających fiel­din­gowską miarę. Strach i gro­za co­raz częściej to­wa­rzyszą pro­zie przed­ro­man­tycz­nej – czy­tel­ni­ka, a ra­czej czy­tel­niczkę należy przede wszyst­kim porządnie na­stra­szyć. Tak po­wsta­je Ca­stle Rac­krent Ma­rii Ed­gworth, po­wieść równie prze­rażająca, jak sen­ty­men­tal­na, tak po­wsta­je Ital­czyk pani Radc­lif­fe10, w którym rolę po­nu­rych an­giel­skich po­ry­wa­czy przej­mują za­kon­ni­cy, prze­wrot­ni pa­pie­scy skry­tobójcy. W in­nej słyn­nej po­wieści należącej do tego ga­tun­ku, Ta­jem­ni­cach zam­ku Udol­pho11, której akcję umieściła au­tor­ka w XVI wie­ku, we Fran­cji, bo­ha­ter­ka musi odbyć podróż po Lan­gwe­do­cji i przeżyć licz­ne mrożące krew w żyłach przy­go­dy po to, by na ko­niec do­wie­dzieć się, skąd po­cho­dzi! In­try­gi, kno­wa­nia, nie­pra­we dzie­ci i tru­ci­zna. Jest tam wszyst­ko i to na sied­miu­set stro­nach. „Trud­no się dzi­wić, że pi­sarz nie­ustan­nie natężający wy­obraźnię, by naj­pierw wymyślić ta­jem­nicę, a po­tem nam ją wyjaśnić, nie ma cza­su na sub­tel­ności sztu­ki” – na­pi­sze po la­tach Vir­gi­nia Wo­olf.12

Jane Au­sten położy temu kres. Naj­pierw wszyst­ko wyśmie­je, po­tem da czy­tel­ni­ko­wi do wy­bo­ru to, co sama na­pi­sze – sześć utworów, w których wy­ko­rzy­sta swo­je doświad­cze­nie wy­nie­sio­ne z lek­tu­ry wiel­kich po­przed­ników i roz­pra­wi się z ich nie­pra­wy­mi dziećmi, używając swe­go ulu­bio­ne­go narzędzia – drwi­ny. Po­zwo­li czy­tel­ni­ko­wi śle­dzić nie tyl­ko losy swo­ich bo­ha­terów, lecz także prze­mia­ny, ja­kie do­ko­nują się w ich głowach i emo­cjach, w nich sa­mych, w ich spo­so­bie myśle­nia; pan­na Jane Au­sten będzie prze­cie­rać drogę no­we­mu ro­dza­jo­wi po­wieści: po­wieści psy­cho­lo­gicz­nej.