Jan Karski. Jedno życie. Tom 1. Madagaskar - Waldemar Piasecki - ebook

Jan Karski. Jedno życie. Tom 1. Madagaskar ebook

Waldemar Piasecki

4,8

Opis

Życie Jana Karskiego po raz pierwszy tak wspaniale opowiedziane, z fascynującymi detalami i wydarzeniami dotąd nieopisywanymi, a często wręcz nieznanymi.

Opatrzona przedmową laureata Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesela książka ­Waldemara Piaseckiego, najbliższego przyjaciela i współpracownika oraz organizatora działalności publicznej Jana Karskiego w ostatniej dekadzie jego życia, nie jest ani typową biografią, ani zwykłym historycznym opracowaniem.

To porywająca i kompletna opowieść o pełnym dramatycznych wydarzeń życiu legendarnego emisariusza, którą czyta się jak najlepszą beletrystykę.

Takiej książki o Karskim jeszcze nie było i już nie będzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0

Popularność




Waldemar Piasecki

Jan Karski

Jedno życie

kompletna opowieść

Tom I

(1914–1939) Madagaskar

Copyright © 2015 Waldemar Piasecki

Konsultacja historyczna dr hab. Adam Redzik

Indeks nazwisk opracował Bartosz Saulski

RedakcjaAgata Czuj, Danuta Porębska, Tomasz Porębski, Piotr Mocniak

Projekt i przygotowanie okładkiTomasz Brzozowski

Konwersja Pracownia 12A | pracownia12a.pl

Cyfrowa rekonstrukcja zdjęcia Jana Karskiego (okładka) Andrzej Dragan | andrzejdragan.com

Konsultacja munduru na okładce Piotr Dobrowolski | GRH 7. DAK

Munduru użyczył Grzegorz Jurkiewicz

Podziękowania dla Mateusza Rudzińskiego

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-63944-69-8

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon/fax +48 12 636 01 [email protected], www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_mediainstagram.com/insignis_media

Generałowi ludzkich sumień, Janowi Karskiemu (Kozielewskiemu); Tym, dla których zrobił wszystko, by ocalić ich od ludobójczej zbrodni Holocaustu; Tym, których ocalić chciał od sojuszniczej zdrady jałtańskiej; Jego bratu pułkownikowi Marianowi Kozielewskiemu, który go uformował; Dumnej Rodzinie Kozielewskich, która ich Obu na świat wydała; Mojej

„Patriotyzm to przekonanie, że kraj ten jest lepszy od wszystkich innych, bo się w nim urodziłeś”.

George Bernard Shaw

Gdyby więcej Karskich…

Dramat Holokaustu był dramatem obojętności. Wojnę tej obojętności wypowiedział dwudziestosiedmioletni dyplomata, emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego Jan Karski. Był naocznym świadkiem tragedii Żydów. W przebraniu trafił do getta i obozu, wysłuchał relacji i próśb żydowskich o ratunek, zabrał ze sobą ten przerażający bagaż prawdy do najwybitniejszych osobistości świata Zachodu, położył przed nimi, zdał raport. Nic się nie stało. Misja tego bohaterskiego Polaka, jeżeli mierzyć bezpośrednimi efektami, poniosła klęskę. Okazał się posłańcem z kart Franza Kafki. Przyniósł prawdę, której nikt nie potrzebował. Nie była to jednak misja daremna. Okazała się bezcenna: pokazała, do czego prowadzi obojętność.

Po wojnie Karski chciał zapomnieć. Wybrał karierę naukową w Georgetown University. Nikt z jego studentów i kolegów profesorów nie wiedział, kim był podczas wojny, co zrobił nie tylko dla Żydów, ale i całego świata.

W 1980 roku Narodowa Rada do spraw Holokaustu, której przewodniczyłem, z woli prezydenta Stanów Zjednoczonych przygotowywała Międzynarodową Konferencję Wyzwolicieli Obozów Koncentracyjnych. Zaprosiliśmy generałów, oficerów i prostych żołnierzy reprezentujących siły alianckie.

Podczas dyskusji, kogo bezwzględnie należy zaprosić, zauważyłem, że zapomnieliśmy o postaci, która mogłaby opowiedzieć o roli, jaką odegrały lokalne ruchy oporu w okupowanych krajach w otwieraniu bram obozowych. Byłem po lekturze wojennej książki Karskiego Story of a Secret State, studiowałem dostępne w archiwach dokumenty na temat jego misji.

„Chciałbym, abyśmy mieli na naszej konferencji kogoś takiego jak Jan Karski. Niestety, on już nie żyje” – powiedziałem przekonany, że tak jest. „Ależ on żyje! Byłem jego studentem w Georgetown University” – przerwał mi energicznie jeden ze współpracowników.

Postanowiłem zrobić wszystko, aby ten człowiek znów przemówił. Zadzwoniłem do Jana Karskiego. Chciałem, aby po latach znów złożył swój raport z tego, czego był naocznym świadkiem. Musiałem przekonywać go długo, nim się zgodził, nie bez oporów i wahania.

Kiedy jednak zaakceptował moje zaproszenie, zadał tylko jedno pytanie: „Jak długo mam mówić?”. „Ile czasu pan potrzebuje?” – niby pytałem, ale właściwie dawałem wolną rękę. „Potrzeba mi dwudziestu ośmiu minut” – odparł natychmiast.

Zaskoczył mnie szybkością i precyzją odpowiedzi. Wystąpienia pozostałych uczestników miały być sporo krótsze, ale to nie miało już znaczenia. „Skąd pewność, że nie będzie pan potrzebował nieco mniej lub więcej czasu?” – pytałem zaintrygowany. „Jestem polskim oficerem. Kiedy mówię, że dwadzieścia osiem minut, to będzie dwadzieścia osiem minut” – usłyszałem.

Było, jak powiedział.

Jego porywające wystąpienie podczas konferencji w październiku 1981 roku stało się jednym z najważniejszych wydarzeń w historii upowszechniania wiedzy o Holokauście.

Przykuł uwagę zebranych swoją opowieścią o wizytach w warszawskim getcie w przebraniu Żyda oraz w obozie w przebraniu strażnika. Przypomniał swoje spotkania z sędzią Sądu Najwyższego USA Felixem Frankfurterem i prezydentem Rooseveltem w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Jego pamięć okazała się zdumiewająco bogata. Był precyzyjny w każdym słowie i szczególe.

Potem spotykaliśmy się mnóstwo razy. Nigdy nie omieszkał przypominać „reanimowania” go.

Miałem świadomość, że zburzyło to także „spokój” Karskiego. Bóg jednak świadkiem, on – po tym, co zrobił dla ludzkości – na taki „spokój” nie… zasługiwał. Z upływem lat był niemal zapomniany. Z własnego wyboru. Nakład jego wojennego bestsellera Story of a Secret State od dawna był wyczerpany, a on sam nie robił nic, aby o sobie przypominać. Teraz znów stał się rozpoznawalny, otaczany czcią, uważnie słuchany, zapraszany. Historia na powrót się o niego upomniała.

Świat odzyskał Karskiego! Jednego ze swoich najwybitniejszych synów w XX wieku.

Połączyła nas serdeczna przyjaźń, z której nie przestanę być dumny do końca swoich dni.

Nie ma wątpliwości: gdyby było więcej Janów Karskich, byłoby mniej ofiar Hitlera.

Jak większość ludzkich wielkości, Karski był niepowtarzalny. Niepowtarzalny w swej odwadze i niepowtarzalnie samotny.

Heroiczna postać polskiego podziemia i emisariusz ludzkiej waleczności – Jan Karski przynosi zaszczyt wszystkim tym, którzy… honorują jego wojenną batalię o wolność. Także tym, którzy prawdę o nim chcą utrwalić. Służy temu właśnie biografia napisana z pasją i sercem przez jego najbliższego przyjaciela i powiernika Waldemara Piaseckiego. Trudno o człowieka, który znałby Jana lepiej niż on.

Elie Wiesel

Słowo o Jednym życiu

Najwybitniejszy przedstawiciel naszej rodziny, Jan Kozielewski – znany światu jako Jan Karski – doczekał się biografii. Napisał ją Waldemar Piasecki, najbliższy przyjaciel, współpracownik i organizator aktywności publicznej ostatniej dekady jego życia. „Przywrócił mnie świadomości moich rodaków” – mawiał przy licznych okazjach Jan Karski.

W rzeczy samej, kiedy po transformacji ustrojowej w 1989 roku Jan Karski zaczął regularnie odwiedzać Polskę, robił to w towarzystwie swego przyjaciela. Ten zaś nie ustawał w publikowaniu kolejnych artykułów i wywiadów z Janem. Przekonał go do konieczności wydania po polsku wojennego bestsellera Story of a Secret State, a następnie książkę przełożył i opracował, nadając jej trafniejszy tytuł: Tajne państwo. Zainicjował także powstanie telewizyjnego filmu dokumentalnego Moja misja, który zrealizował przy współpracy Michała Fajbusiewicza. Innym dziełem była wystawa Gabinet prof. Jana Karskiego w Muzeum Miasta Łodzi. Nie ma osoby, która zrobiłaby więcej dla wydobycia Jana Karskiego z cienia polskiej historii.

Obecność Profesora w III RP zaznaczyła się bezkompromisowym mówieniem prawdy, niezależnie od tego, komu się ona… należała, jak była bolesna i „oburzająca”. Nie zawsze był za to kochany. Niekiedy nawet poniżany, w tym przez osoby przedstawiające się jako jego towarzysze z Polski podziemnej. Historia zawsze pokazywała jednak, że to nie on był w błędzie.

Wiele czasu upłynęło, nim autor tej biografii przekonał jej bohatera, iż powinna powstać. Wynikało to zarówno ze skromności Jana Karskiego, jak i niechęci do wszelkiego patosu i przesady. Profesor uważał, że jego życie nie zasługuje na opisywanie.

Nie pytałam nigdy, jakich argumentów użył Waldemar Piasecki, by go przekonać, ale od kiedy wiedzieliśmy już, że pracują nad opowieścią o życiu od urodzenia do czasu teraźniejszego, gorąco temu kibicowaliśmy. Wiedzieliśmy, że nikomu Jan Karski relacji o swych losach dotąd nie powierzył i już nie powierzy. Nie przypuszczaliśmy, że ostatecznie będzie to czas przeszły dokonany, a w kończeniu biografii autor pozostawiony sam sobie. Wówczas zwrócił się do naszej rodziny. Poprosił o przywołanie wszystkiego, co pozostało w naszej pamięci. Prośbie odmówić nie mogliśmy. Odwołał się także do pamięci innych. Dotyczyło to często z pozoru mało znaczących epizodów.

Jeszcze dziesięć dni przed śmiercią Niny Andrycz korygował z nią detale w rodzaju nazwy kawiarni, w której Karski spotkał ją po raz pierwszy, czy też protekcji artystki w zdobyciu biletu na głośne przedstawienie ze Zbigniewem Zapasiewiczem, którego ojca znał przed wojną.

Podobnie było, kiedy z synem Wojciecha Rankowicza, dowódcy Kozielewskiego z podchorążówki we Włodzimierzu, odtwarzał szczegóły wizyty Janka z narzeczoną w majątku korczowskim, dokąd kapitan ich zaprosił. Tak też było z rozmowami z córką konsula Karola Poznańskiego o londyńskim epizodzie biografii.

Żeby bliżej poznać dzieje przyjaźni szkolnej Janka z Izaakiem i Salomonem Fuchsami oraz koleje ich losów, odszukał ich córki i nawiązał z nimi cenny dla fabuły książki kontakt.

Nie mówiąc o godzinach rozmów z nami o wszystkim, co wiązało się z polskimi czasami biografii, w tym o tak ważnych faktach, jak choćby prawdziwa data urodzin Janka, czy o zdobywaniu nawet z zagranicy dokumentów pisanych ręką Jana Karskiego.

Doceniamy ten wysiłek i pasję autora w docieraniu do wszystkiego, do czego dotrzeć się da na temat Jana Karskiego, i odtwarzaniu dziejów jego życia, na ile to możliwe. Uważamy to za mądry nurt pamięci. Inny od pamięci gadżetowo-komiksowej, za której pomocą także podejmuje się próby budowania opowieści o Janie Karskim, a z czym my się nie identyfikujemy.

Nasza rodzina odczuwa satysfakcję, że mogła dopomóc w powstaniu Jednego życia. Czujemy się częścią życia wielkiego członka naszej rodziny. Mimo prób eliminowania nas z udziału w nim czy też prób „zastępowania” nas rzekomo w imieniu Jana Karskiego.

Wiesława Kozielewska-Trzaska

Life story…

„Jeżeli już muszę, chcę pozostać w ludzkiej pamięci, a nie tylko w… książce. Nie chcę, aby o mnie pisano po to, żeby było… napisane, tylko żeby ktoś to czytał. Jestem już zbyt stary i zbyt… próżny, aby tracić czas na coś innego…” – powiedział Jan Karski, kiedy ostatecznie zgodził się na powstanie jego biografii.

Wcześniej było parę lat przekonywania. Że warto, bo ktoś na to czeka.

Z pytaniem kto, Profesor miał zawsze problem. Nie wierzył, że jest Polakom potrzebny.

„Nie umiem chodzić w stadzie, śpiewać w chórze, pierwszy rzucać kamieniem w bliźniego ani go wychwalać, bo jest z mojego plemienia. Jestem nieudany. Do tego denerwujący. Kto takich ludzi potrzebuje?” – pytał.

Oczywiście była w tym jakaś nuta kokieterii. Od kiedy zaczął przyjeżdżać do Polski po – jak sam to określał – bezkrwawej rewolucji Solidarności, był rozchwytywany przez polityków, środowiska akademickie i media. Długa nieobecność w przestrzeni publicznej oraz paradoksalnie większa rozpoznawalność zagraniczna dopominały się o jakąś kompensację. W pewnym sensie stał się nią film dokumentalny, który zrealizowałem wspólnie z Michałem Fajbusiewiczem dla TVP, oraz powierzone mi przez Profesora tłumaczenie, opracowanie i przygotowanie polskiej wersji jego wojennej epopei Story of a Secret State, pod prostszym polskim tytułem Tajne państwo. Jednak i jedno, i drugie koncentrowało się na wycinku biografii obejmującym lata wojenne, a nie jej całość.

Ta całość była frapująca dla wielu. Towarzyszyły temu zachęty, aby ją pokazać, upublicznić. Ostatecznie Profesor uległ.

Warunkiem wstępnym Jana Karskiego była możliwie wartka forma podawcza, uwolniona od – jak powiadał – „nudy” opracowania naukowego z przypisami, komentarzami i analizami porównawczymi. Sam, zajmując się nauką niemal pół wieku, rozumiał dobrze, że ograniczenia narzucane przez „aparat” literatury naukowej nie sprzyjają na ogół popularności, zaś w roli obiektu takiej analizy czuł się zdecydowanie niekomfortowo. Dlatego już na początku zdecydowaliśmy, że książka nie będzie pracą naukową, lecz biograficzną opowieścią. Profesor miał zapewne w pamięci Tajne państwo, noszące w podtytule słowo „opowieść”, a być może także sukces czytelniczy, jaki odniosło. Chciał, aby w tekście nie było żadnych przypisów, a ewentualne inne niż jego pamięć źródła – sygnalizowane w samym tekście, tak jednak, aby nie zaburzać toku narracji.

W trakcie poszukiwania jej najbardziej odpowiedniej formy powstało parę wersji narracji tego samego początkowego okresu życia. Zdecydowaliśmy się na najbliższą gustom czytelniczym Profesora. Gotowy „produkt” miał on opatrzyć swoim wstępem, tak jak polską edycję Tajnego państwa, odnosząc się do tego, co napisałem. Niestety – nie zdążył. Starałem się jednak, aby pozostało tak, jak sobie życzył. Gdyby Jedno życie udało się ukończyć za życia jego bohatera, pewnie w jego przedmowie znalazłoby się stwierdzenie, że jest to „Life story: Karski by Piasecki”. Chętnie go używał. Niestety ta opowieść pozostała niedopowiedziana.

Zasadniczym źródłem narracji jest przekaz bohatera, to, co przez lata opowiadał o sobie: tak, jak było, tak, jak zapamiętał, że było, lub może niekiedy tak, jak chciałby, aby było. Oczywiście nieocenioną pomocą były jego archiwalia, przekazane krótko przed śmiercią do Instytutu Hoovera. Potem czerpałem już z tamtego źródła, przede wszystkim dzięki życzliwości doktora Macieja Siekierskiego, dyrektora Kolekcji Wschodnioeuropejskiej. Wiele materiałów w zbiorach Jana Karskiego pochodziło z londyńskiego Instytutu Sikorskiego czy warszawskiego Archiwum Akt Nowych.

Jeżeli Profesor uznawał, że coś trzeba sprawdzić, głównie w materii nazwisk i dat, tak się działo. Starałem się także weryfikować i uściślać niektóre z faktów pojawiających się podczas pracy w formie dygresji, anegdot czy – jak to określał – „bagateli”. Mieliśmy z Profesorem wielogodzinne dyskusje na temat tego, co jest w biografii istotne i ważne, a co jest kontekstem czy ową „bagatelą”. Skutkiem czego – czy i na ile potrzebna jest weryfikacja.

Zasadniczą kwestią w obszarze faktografii wojennej był obraz wyłaniający się z Tajnego państwa. Książki, która ukazała się wyłącznie dlatego, że uwzględniała interesy i kompromisy wielu stron nią zainteresowanych.

Po pierwsze rządu RP na wychodźstwie, którego Jan Karski był wysłannikiem i emisariuszem. Chodziło o prezentację fenomenu Państwa Podziemnego, jako unikatowego w skali całego świata wojennego i jego państw podbitych. Struktury konspiracyjnej, ale ze wszelkimi atrybutami państwa suwerennego. Z władzą prawodawczą, wykonawczą i sądowniczą oraz własną armią. Reprezentowanymi także na szczeblu terenowym. Państwa – ma się rozumieć – skutecznie funkcjonującego, efektywnie stawiającego czoła okupantowi oraz posiadającego poparcie społeczeństwa. Zatem – zasługującego nie tylko na sympatię zachodnich aliantów, ale także na konkretne wsparcie. Niestety, mającego także lokalnych rywali w postaci podziemia o promoskiewskiej afiliacji, zdecydowanie wrogiego wobec rządu londyńskiego, często szkodzącego strukturom krajowym. Ta wewnętrzna dywersja miała być pokazana w książce, jednak amerykański wydawca zdecydowanie zaprotestował. Uważał, że byłoby to antagonizowanie Związku Sowieckiego – sojusznika Stanów Zjednoczonych. Chcąc nie chcąc, i autor, i jego mocodawcy musieli się z tym pogodzić.

Sam rząd w Londynie, ostentacyjnie antysanacyjny, obarczający poprzednią ekipę wszelkim złem i odpowiedzialnością za klęskę, był w najmniejszym stopniu zainteresowany prezentowaniem w książce jakichkolwiek pozytywów. Dominować miał obraz klęski. Dlatego między innymi szlak bojowy macierzystej jednostki autora jest zniekształcony. 5. dywizjon artylerii konnej ulega rozbiciu podczas ataku lotniczego na koszary 1 września 1939 roku, a dalej żołnierze panicznie wycofują się na wschód, by 17 września dostać się w ręce sowieckie pod Tarnopolem. W rzeczywistości 5. DAK walczy dzielnie do 24 września na terenie Zamojszczyzny, w ogóle nie przekraczając linii Sanu i nawet nie zbliżając się do Tarnopola. Po prostu w książce miała być sanacyjna klęska i degrengolada. Z niej autor miał się podnieść. Oczywiście dzięki politycznym „pasterzom” z rządu RP na wychodźstwie. Po latach Jan Karski mówił, że ekipa Władysława Sikorskiego i jego gabinetu przy całym zrozumiałym i usprawiedliwionym krytycyzmie wobec poprzedników często z jakąś sadystyczną satysfakcją ich poniżała i niszczyła. Wymieniał jako specyficzny symbol tego „dzieła” obóz internowania dla sanacyjnych oficerów wtrącanych tam przez służbę lustracyjną generała Sikorskiego. „Polacy Polakom rękami Polaków…” – gorzko konstatował. Echa tego pobrzmiewają w książce. Wtedy musiał na to przystać, choć był przecież „dzieckiem sanacji”. W tej biografii już nie. Koryguje ona niektóre zniekształcenia i przerysowania z Tajnego państwa. Profesor uważał, że ma u schyłku swej drogi taki obowiązek.

Po drugie, swoje pomysły na wojenną książkę miał także wydawca. Nie był on szczególnie zainteresowany, a jak podejrzewał Karski, często znudzony, niuansami Polski podziemnej i wojennej drogi bohatera. Legendarna stała się, przytaczana jeszcze w przedmowie do Tajnego państwa, sytuacja, kiedy amerykański redaktor domagał się od Karskiego wprowadzenia do książki wątku erotycznego w celu jej uatrakcyjnienia. Dążył do uproszczeń łatwiejszych w przyswajaniu dla amerykańskiego czytelnika. Niestety, nie tylko w postaci nazw geograficznych, ale czasem także faktów. Dotyczy to między innymi obozu śmierci w Bełżcu, do którego miał wejść autor. Do tych kompromisów są odniesienia w Jednym życiu.

Po trzecie, w Tajnym państwie występował kamuflaż personalny, rozszyfrowywany w napisanym przeze mnie Kluczu, pokazującym, kto jest kim. Częściowo pozmieniane zostały nazwy miejscowości oraz sytuacje. Chodziło o nienarażanie ludzi w okupowanym kraju. W tej książce już takiej potrzeby nie było.

Mówiąc krótko, obraz wojennej drogi Jana Karskiego pokazany w Tajnym państwie został skorygowany i przybliżony rzeczywistości. W ścisłym słowa znaczeniu nie jest to książka w pełni dokumentalna. Autor opisywał zresztą część wszystkich ograniczeń i kompromisów związanych z powstawaniem książki w swoim raporcie w Londynu.

Również Jedno życie nie jest książką dokumentalną w pełnym znaczeniu tego słowa. Jest natomiast fabularyzowaną opowieścią biograficzną, bliską prawdy na tyle, na ile się to udało osiągnąć.

Po śmierci Jana Karskiego, kiedy on sam już nie mógł mi pomóc, musiałem zwrócić się o pomoc do innych osób. Dziękuję im w osobnym miejscu, teraz wymieniając tylko jego żyjących najbliższych spośród rodziny. Obie siostry: cioteczną Edwardę Natkańską i stryjeczną, studwuletnią nestorkę rodu Jadwigę Lenoch-Bukowską. Przede wszystkim zaś doktor Wiesławę Kozielewską-Trzaskę, bratanicę Jana Karskiego i jego córkę chrzestną. Pełną determinacji strażniczkę godności rodziny.

Przy temacie rodzinnym pewien wątek bliski temu nurtowi musi być poruszony… Zbierając materiał, zmagałem się z ortodoksją Profesora w kwestii spraw sentymentalno-uczuciowych. Uważał on, że dżentelmen w ogóle nie powinien mieć tej sfery życia. Z czasem łagodził stanowisko. Definiował kategorie związków przelotnych, dramatycznych i małżeńskich. Początkowo uważał, że jeżeli już, to możemy pisać tylko o jego drugim małżeństwie. Pierwsze bowiem się rozpadło, a on nie chce nawet wymieniać imienia i nazwiska żony, bo nie wie, jak odniosłaby się do tego jej rodzina. Ostatecznie podał. O swoich trzech narzeczonych nie chciał mówić w ogóle. Bo nie był pewien, czy one by… chciały. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że dwie zostawiły go przed wojną, a jedną – on, kiedy po wojnie pozostał w Ameryce. Cierpliwość popłacała.

Liberalizując standardy, zapytał kiedyś, czy „urządza mnie”, jeśli opowie o narzeczonych, ale… bez nazwisk. Oczywiście przystałem. Optymistycznie zakładałem, że kiedyś może mi je poda. Na sześć tygodni przed śmiercią, podczas podróży do Polski, podał jedno. Było to podczas uroczego przedstawienia dedykowanego Édith Piaf w warszawskim teatrze Ateneum. Niestety po powrocie do Waszyngtonu słabł już na zdrowiu, a zupełnie przybiła go wiadomość o śmierci księdza profesora Józefa Tischnera – pierwszego laureata Nagrody Orła Jana Karskiego. Narzeczona z lwowskich czasów studenckich sprzed sześćdziesięciu pięciu lat stała się jakby mniej ważna. Kiedy pisząc, starałem się zweryfikować usłyszane nazwisko wspólnie z wybitnym specjalistą od historii Lwowa i Uniwersytetu Jana Kazimierza profesorem Adamem Redzikiem, ten mimo wysiłków nie potrafił tego zrobić. Zwrócił mi uwagę, że mogło chodzić o inną osobę, odpowiadającą postaci sportretowanej w książce. Nie zdecydowałem się na dokonywanie zmiany. Zostało, jak usłyszałem pod wpływem impulsu, jakiemu uległ Jan Karski, któremu odtwarzająca Édith Piaf Katarzyna Groniec przypomniała nagle lwowską miłość.

Przykład ten zdaje się pokazywać, że bohater tej książki miał dobrze strzeżone strefy osobistej pamięci, do których znalezienie „kodu dostępu” było niełatwe, a często niemożliwe. Zwykle im bardziej próbowało się czegoś dociec, tym bardziej wywoływało to w Profesorze jakąś chłopięcą przekorę. „Jestem uparty jak kozioł. Nazwisko Kozielewski zobowiązuje” – żartował. Wtedy najlepiej było udawać brak zainteresowania. Istniała duża szansa, że sam powróci do tematu.

Z czasem stawało się to wszystko jakimś rodzajem gry. Nie powiem, że niewciągającej. Była to gra na jego warunkach. Opowiedział o sobie, ile chciał, dopowiedziałem, ile mogłem.

Przed wyjściem na kolację, która miała się okazać ostatnią, jaką zjedliśmy razem, nagle zaczął opowiadać o czasie swojej przyjaźni z młodymi debiutantami z Broadwayu: kompozytorem Leonardem Bernsteinem, choreografem Jerome’em Robbinsem i tancerzem Johnem Krizą. Wchodzili w 1944 roku na rynek swym głośnym musicalem Fancy Free. Jan Karski zaś – na rynek czytelniczy swym Story of a Secret State. Byli młodzi, pełni radości życia i fantazji.

Wiedziałem, w jakim kierunku zmierza opowieść. Znałem ją. Musiało w niej dojść do śmierci Johna. Kiedy już dobiegał sześćdziesiątki, a karierę tancerza miał za sobą, wypłynął na wody Zatoki Meksykańskiej tak daleko, aby nie móc już wrócić. Utonął. Było to w 1975 roku. Tyle że on o tym, jak umrze, miał opowiedzieć Janowi trzydzieści lat wcześniej.

„Nic o mnie nie wiesz...” – powiedział.

Nie wiem, czy gdyby przeczytał tę książkę, miałby inne zdanie.

Jedno życie składa się z trzech części. Pierwsza, do wybuchu wojny, nosi tytuł Madagaskar, bowiem Jan Karski uważał, że Polska prąca do posiadania Madagaskaru mentalnie sama się nim surrealistycznie stawała. Druga, wojenna, część to Inferno. Piekło. Trzecią, obejmującą czasy powojenne, jest Manhattan. Nie tylko jednak z powodu wyspy, która jest kwintesencją Nowego Jorku i Stanów Zjednoczonych, ale także ukochanego koktajlu bohatera o tej samej nazwie.

Kierując książkę do rąk Czytelnika, chcę się podzielić swoim obrazem Jana Karskiego, dziękując mu za lata serdecznej przyjaźni.

Nie muszę dodawać, że za wszelkie niedostatki tego obrazu odpowiedzialność ponosi tylko –

autor

Rozdział I

Zdążyć…

Był 9 lipca 2000 roku, tuż po dziewiętnastej. Restauracja „Julian” w podwaszyngtońskim Chevy Chase w ten weekendowy wieczór nie była przepełniona gośćmi. Profesor Jan Karski mieszał w koktajlowej szklance swój ulubiony Manhattan z dwiema kostkami lodu.

Główne danie nie było jeszcze zamówione, ale obaj wiedzieliśmy, że mimo bogatego menu w grę wchodzi tylko pieczona kaczka albo wątróbka cielęca.

– Już chyba nie zdążymy… – powiedział nagle.

– Z czym?

– Z tą książką… Chyba że będę ci opowiadał stamtąd. – Uniósł w górę wskazujący palec.

Zaprotestowałem ostro. Jak zawsze, kiedy stroił sobie z tego żarty. Żarty? Nigdy nie mówił: „kiedy umrę”, „kiedy odejdę”. Pokazywał w górę.

– Obiecaj mi jedno. Gdybyśmy nie zdążyli, nie opublikujesz książki o mnie wcześniej niż po dziesięciu latach. Do wszystkiego potrzeba dystansu. Jak go nie masz, widzisz drzewa, jak go masz, widzisz las… – użył swojej ulubionej metafory.

Dodał, że powinienem zmierzyć się z tym, co ludzie będą o nim mówić, kiedy go już nie będzie.

– Sir, czy mogę już przyjąć zamówienie? – usłyszeliśmy dyskretne pytanie kelnera.

– Calf’s liver… – Profesor wybrał wątróbkę.

Pozostałem przy kaczce.

Wróciliśmy do apartamentu Profesora około dwudziestej drugiej. Długo rozmawialiśmy. Miał poczucie uciekającego czasu. Śpieszył się.

Nic nie zabija prawdy skuteczniej niż banał… – mówił. – Nie wiem, jak można opowiedzieć coś o tym „łobuzie” Karskim, tak, by uniknąć banału. Próbuj, jak chcesz. Nie będę przeszkadzał… W końcu nikt nie wie o mnie tyle co ty.

Ustaliliśmy, że przyjadę po niego w następny czwartek i zabiorę do Nowego Jorku, tam popracujemy nad książką dłużej.

Wierzyłem, że w czasie tego pobytu uda się go namówić na wizytę u doktora Richarda Oresa, znanego nowojorskiego lekarza opiekującego się wieloma weteranami. Ores pochodził z Krakowa, ocalał z Holokaustu dzięki temu, że znalazł się na liście Schindlera, po wojnie dokończył medycynę w Szwajcarii, a karierę medyczną zrobił w Ameryce. Lubili się i darzyli szacunkiem. Tylko od niego Karski przyjmował lekarstwa, nie pytając, na co są i czy mu pomogą. Drugim lekarzem, któremu okazywał podobne zaufanie, był Marek Edelman, legendarny przywódca powstania w getcie warszawskim, potem znany łódzki kardiolog i strażnik żydowskich grobów w Polsce. „Od nich mogę wziąć wszystko i nic mnie to nie obchodzi. Nawet cyjankali…” – żartował.

Cierpiał na artretyzm i zmagał się z bólem. Pojawiły się problemy z krążeniem. Opuchnięte nogi często uniemożliwiały włożenie butów. Sądziłem, że Ores przekona Karskiego do solidnych badań. Były konieczne, a on sam nie miał zamiaru pójść do swojego nowego lekarza w Georgetown University Medical Center. Uważał, że nie ma z nim zbyt wiele do załatwiania, bo w zasadzie wszystko, czego od tego lekarza oczekiwał, to przygotowanie oświadczenia woli o zaniechaniu nienaturalnych działań reanimacyjnych na wypadek, gdyby choroba przeszkodziła w samodzielnym rozporządzaniu sobą. Taki „testament życia” Jan Karski podpisał.

We wtorek 12 lipca 2000 roku około osiemnastej trzydzieści zadzwonił telefon. Z apartamentu Jana Karskiego w Chevy Chase telefonował Mariusz Handzlik, sekretarz Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Waszyngtonie. Toczył partię szachów z Profesorem. Dyplomata, najwyraźniej zaniepokojony stanem zdrowia przeciwnika – Profesor trząsł się z zimna – zadzwonił do mnie do Nowego Jorku z prośbą, abym wpłynął na niego, by zgodził się jechać do szpitala. Robiłem, co mogłem, ale przekonywanie go nie dawało rezultatu.

– Nie zawracaj pan dupy, tylko graj. Jest szach i pańska sytuacja niewesoła… – usłyszałem w tle jego podniesiony głos.

Wygrał tę partię. Około dwudziestej pierwszej, po kilku telefonicznych negocjacjach, dał się wreszcie zabrać do Georgetown University Hospital.

Następnego dnia rano Mariusz zadzwonił przed ósmą.

– Przyjeżdżaj jak najszybciej. Profesor jest nieprzytomny. Umiera. Lekarze mówią, że nie dożyje południa… Śpiesz się!

Po piętnastu minutach jechałem taksówką na Pennsylvania Station. Do pociągu wpadłem w ostatniej chwili…

Nie wierzyłem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Przypomniałem sobie, jak w dzieciństwie, gdy komuś z moich bliskich działo się coś złego, starałem się w myślach „opowiadać”, jak bardzo jest on ważny, po to, by „zagadać” zagrożenie, sprowadzić je do niesprawiedliwego absurdu. Wcisnąłem się w kąt siedzenia i zacząłem opowieść o Janie Karskim.

Rozdział II

Narodziny „apostoła”

Pili trzy dni. Zaczęli w sobotę 8 sierpnia, a skończyli w poniedziałek 10 sierpnia 1914 roku. Rzecz działa się na plebanii kościoła Świętego Krzyża w Łodzi. Najpierw jednak stawił się obywatel miasta, czterdziestoczteroletni Stefan Kozielewski, mistrz rymarski, który w obecności Tomasza Jasińskiego i Jakuba Pilarskiego, pełnoletnich obywateli miasta Łodzi, okazał dziecię płci męskiej urodzone z jego małżonki, trzydziestodziewięcioletniej Walentyny z Burawskich. Dano mu na chrzcie imiona Jan Romuald, za ojca chrzestnego obierając Tomasza Jasińskiego, za matkę chrzestną zaś Petronelę Bogdańską. Akt wszystkim przeczytał i w ich przytomności podpisał ksiądz Kazimierz Szmidel, proboszcz. Były to najprawdopodobniej ostatnie chwile pełnej świadomości. Pił ksiądz proboszcz, pił ojciec, ojciec chrzestny i dwaj świadkowie. Staropolskim obyczajem witano nowego członka wspólnoty Kościoła powszechnego.

Dziecko po przyjęciu sakramentu zostało zabrane do domu przez jego matkę, a męskie sprawy toczyły się już swoim rytmem. Kiedy ojciec wreszcie wrócił, matka postanowiła upewnić się, czy przyniósł metrykę chrztu. Przyniósł. Pierwszy rzut oka na dokument wywołał jednak okrzyk zgrozy Walentyny Kozielewskiej.

– Stefan, co to jest!? Przecież Jaś urodził się w dzień swojego patrona Jana Chrzciciela trzy godziny po północy. Tak chciałam doczekać, aby w ten dzień, a tu stoi, że… 24 kwietnia. Nie wiesz, kiedy ci się syn urodził, pijusie?

– Ja wiem, ale pewnie ksiądz Karol nie… dosłyszał – bronił kolegi plebana Kozielewski. – Czy o te głupie dwa miesiące będziemy ambarasować świętą osobę? Zapisy w księgach przerabiać? Metryki przepisywać? I cóż to zmieni? Najważniejsze, żeby się Janek dobrze chował…

Według rodzinnych przekazów Stefan nie był nadmiernie skrupulatny także w przypadku innej metryki. Aby „odmłodzić” córkę Laurę i przedłużyć jej panieńską atrakcyjność, zarejestrował ją… z datą niemal o dwa lata późniejszą niż rzeczywista data urodzenia.

Stan ducha najwyraźniej nie pozwalał już Kozielewskiemu na zmierzenie się z chętnie powtarzanym argumentem, że ma syna „wojennego”. Urodzonego bowiem ledwie cztery dni przed zamachem w Sarajewie, gdzie bośniac­ki terrorysta Gawriło Princip zastrzelił z Browninga austriackiego następcę tronu arcyksięcia Ferdynanda Habsburga i jego czeską małżonkę Zofię von Chotek. Dało to asumpt Austro-Węgrom do wypowiedzenia 28 lipca wojny Serbii, której obywatelem był Princip, wojny, nazwanej najpierw wielką, a potem światową. Kozielewski wysnuł nadzieję, że do gardeł skoczyć sobie muszą Niemcy i Rosjanie i z tego może się urodzić Polska. Na razie urodził się syn, którego ochrzcił.

Dwa dni przed chrztem z krakowskich Oleandrów wyruszyła w kierunku Królestwa Polskiego licząca stu czterdziestu czterech żołnierzy 1. Kompania Kadrowa Józefa Piłsudskiego. Tworzyła ją „strzelecka gromada”: słuchacze szkół oficerskich Strzelca i członkowie Polskich Drużyn Strzeleckich, do której Komendant tak przemawiał: „Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru, jako czołowa kolumna wojska polskiego idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny. Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko doświadczeńszym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach. Każdy z was może zostać oficerem, jak również każdy oficer może znów zejść do szeregowców, czego oby nie było… Patrzę na was jako na kadry, z których rozwinąć się ma przyszła armia polska, i pozdrawiam was jako pierwszą kadrową kompanię”.

Otrzymawszy najmłodszego syna, Kozielewski senior stracić miał niebawem z domu pierworodnego na rzecz Piłsudskiego. Do tej gromady gnał już bowiem sercem niewiele ponad szesnaście lat liczący Marian.

Ojciec padł na łóżko i zasnął.

Radość Walentyny z przyjścia na świat najmłodszego syna w święto jej ukochanego i darzonego największą estymą apostoła legła w gruzach. 24 kwietnia wypadały imieniny Grzegorza. Gdzie tu logika?

Odtąd przyszło jej objaśniać, skąd się wzięło imię syna. Z niezwykłym taktem tłumaczyła, że pomylił się wikary dokonujący wpisu do księgi parafialnej. O okolicznościach oczywiście nie wspominała.

Obstalunek Kozielewskiego na niemiecko-rosyjskie targanie się za łby zrealizował się szybko, i to tuż za progiem domu. W listopadzie i grudniu rozegrała się bitwa o Łódź, w której w ciągu niespełna czterech tygodni padło po obu stronach dwieście tysięcy żołnierzy: sto dziesięć tysięcy Rosjan i dziewięćdziesiąt tysięcy Niemców. Codzienne okładanie się ogniem artyleryjskim pochłaniało siedem tysięcy siedemset ludzkich istnień. 23 listopada 1914 roku ledwie dziewięciu godzin starczyło, by dwadzieścia tysięcy ludzi zginęło w lesie gałkowskim. Dla porównania, pod Verdun oddawało życie niewiele więcej niż trzy tysiące dziennie.

Zrównane z ziemią zostały podłódzkie miasteczka: Aleksandrów, Konstantynów i Zgierz, oraz wiele wsi. 30 listopada pociski posypały się na Łódź. Pod ostrzałem znalazło się centrum z ulicami: Piotrkowską, Narutowicza, Sienkiewicza, Widzewską, Przejazdem i aleją Kościuszki.

Ludzie chronili się w piwnicach. Matki niosły na rękach dzieci. Była wśród nich Walentyna Kozielewska z maleńkim Jankiem. Ocaliła dziecko.

Następnego dnia okazało się, że w mieście nie ma ani jednej całej szyby, za to ulice pokryte są szkłem i gruzem. Ostrzał kosztował życie stu dwudziestu kobiet i dzieci, trzydziestu mężczyzn cywili i dwudziestu ośmiu żołnierzy.

W grudniu 1914 roku Niemcy po raz pierwszy na polskich ziemiach użyli gazu bojowego. Było to pod Łodzią, a właściwie na jej przedmieściu. Na szczęście mróz i wiatr sprawiły, że gaz nie spełnił swego zadania; nikogo nie zabił. Zdał egzamin pół roku później pod Bolimowem, gdzie skonało od niego w nieludzkich męczarniach dziewięć tysięcy żołnierzy rosyjskich. Autorem wynalazku był wrocławski chemik Fritz Haber, profesor berlińskiego Instytutu Chemii Fizycznej, gdzie opracował technologię otrzymywania nawozów azotowych w procesie syntezy amoniaku. Dostał za to Nagrodę Nobla w 1918 roku. Na razie pola bitewne słał trupem inny wynalazek Habera. Jego żona nie mogła tego znieść i popełniła samobójstwo, przeklinając męża, który był z pochodzenia Żydem, a dla kariery przechrzcił się i ją również do tego zmusił. Zastrzeliła się z jego pistoletu służbowego. Nazajutrz po pogrzebie żony Haber wyjechał na front testować swoje gazy. Po wojnie uczony opracował technologię produkcji gazu dezynfekującego o nazwie cyklon B, który „sprawdził” się podczas kolejnej wojny. Zabił wielu jego krewnych. Po dojściu do władzy Hitler nie docenił zdolnego do wszystkiego chemika, który przy ogromie odkryć nie wymyślił formuły, jak z Żyda przekształcić się w prawdziwego Niemca. Wyrzucony z roboty, emigrował w 1934 roku do Szwajcarii, gdzie niebawem zmarł na zawał. Niemcy o nim zapomnieli, Żydzi przeklęli. Na razie jednak był grudzień 1914 roku i w mieście rozgrywały się iście dantejskie sceny. Wszystkie budynki publiczne zamieniono na prowizoryczne lazarety, w których wyło z bólu i konało co najmniej trzydzieści pięć tysięcy rannych. Łodzianki jako wolontariuszki zgłaszały się, by im pomagać bez względu na narodowość i religię. Była wśród nich Walentyna Kozielewska. Na jej rękach skonał kilkunastoletni rosyjski kozak „wyglądający na Mongoła”, który pod Łodzią po raz pierwszy w życiu zobaczył… las. Umierając, prosił Walentynę, aby go tam pochowano. Do końca trzymał ją za rękę i powtarzał: „Tangir, tangir, tangir…”. Kiedy zabierali jego zwłoki, Kozielewska zapytała, co znaczy to słowo. Tak brzmiało po prostu „dziękuję”. Po turkmeńsku.

W takiej atmosferze upływały pierwsze miesiące życia chłopca.

Jan był najmłodszym z ośmiorga dzieci Kozielewskich. Ojciec chwalił się, że ma zamiar spłodzić jedenastu synów.

– Dlaczego jedenastu? – pytano go.

– Bo tylu było apostołów…

– Ależ ich było dwunastu…

– Jedenastu! Judasz był… Żydem – odpowiadał, ponoć śmiertelnie poważnie, w pełnym przekonaniu, że „żydostwo” i „judaszostwo” trwale wyłączają z apostolstwa.

Żona Walentyna, ilekroć to słyszała, dodawała, że Żydami byli także Jezus i Maryja, co na ogół kończyło dalsze dywagacje. Janka wychowywała w swojej interpretacji Pisma Świętego.

W domu wiele mówiło się o dziadku, Andrzeju Kozielewskim, ojcu Stefana. Gospodarzył na niewielkim majątku szlacheckim pod Szadkiem, niedaleko Sieradza. Znany był powszechnie jako dobry Polak i niezłomny patriota. Sam, będąc synem powstańca listopadowego, ruszył do powstania styczniowego na czele oddziału sformowanego z kilkunastu sąsiadów. Ścigany przez carskie wojska ekspedycyjne i potem ochranę, musiał uchodzić z rodziną z majątku. Mieszkali przez czas jakiś w Kaliszu, a w latach dziewięćdziesiątych XIX stulecia ściągnęli do Łodzi.

Andrzej i Petronela Kozielewscy mieli pięcioro dzieci. Dwie córki: Marię i Kazimierę, oraz trzech synów: Bronisława, Karola i najmłodszego Stefana.

Umierając w 1908 roku, Andrzej był święcie przekonany, że Polska odzyska wolność. Na łożu śmierci mówił do żony: „Nie wolno ci przyjąć żadnej zapłaty za to, co robiłem dla Polski. Zawsze walczyłem o jej wolność, a nie o profity dla siebie czy rodziny”. Umarł dumny. Babka Petronela egzekwowała jego kult bezwzględnie.

Dziadek po kądzieli, Cyprian Burawski, był „tylko” młynarzem. W atmosferze skandalu i mezaliansu poślubił Aurelię Pilecką, pochodzącą z rodu szlacheckiego, i to na dodatek zasłużonego dzielną służbą u boku Napoleona. Bracia Aurelii wsławili się bohaterstwem na polach bitew, a po klęsce cesarza chcieli iść z nim jeszcze na wygnanie. Zaszczytu tego mogli jednak dostąpić tylko Francuzi, więc Pileccy wrócili do domu. Jak relikwie Aurelia przechowywała przywiezione przez nich monety z czasów wojennych przygód Napoleona. Jedną z nich otrzymał od babki Janek Kozielewski.

Aurelia imponowała starannym wychowaniem i edukacją. Biegle posługiwała się francuskim, niemieckim i rosyjskim. Posiadła zupełnie wyjątkową jak na ówczesną kobietę wiedzę o świecie, orientację w polityce i wielką dumę. Z całą pewnością nie była młynarzową, ale imperatorową na młynie.

Dziećmi Cypriana i Aurelii Burawskich byli: Walentyna (najstarsza) oraz Narcyz i Edward. Po przedwczesnej śmierci męża i sprzedaży młyna Aurelia z dziećmi osiadła w Zgierzu. Warunki życia zmusiły tę dzielną kobietę do podjęcia pracy w… przędzalni. Trafiła tam do pracy także nastoletnia Walentyna. Narcyz poszedł do terminu szewskiego, a Edward na naukę do malarza.

Dwudziestopięcioletni Stefan Kozielewski poprosił o rękę trzy lata młodszej Walentyny Burawskiej w 1896 roku i poślubił ją po półrocznym narzeczeństwie. Rok później urodził się ich pierworodny, Marian. Stefan był już wtedy dość znanym łódzkim rzemieślnikiem branży skórzanej. Na przedmieściu miał garbarnię, a z wyprawianych w niej skór wytwarzał galanterię skórzaną. Przede wszystkim znane w Łodzi i okolicy siodła. Jego warsztat znajdował się w podwórzu posesji przy Widzewskiej 71, a sklep od frontu. W kamienicy tej mieszkali także Kozielewscy.

Wkrótce po Marianie urodził im się Edmund (1899), potem zaś Józef (1902), Cyprian (1904), Stefan (1906) i Laura (1908). W 1911 roku przyszedł na świat Bogusław, który zmarł w niemowlęctwie. Ostatni był urodzony w 1914 roku Jan.

Janek nie miał szczególnie długiego kontaktu z rodzeństwem. Najstarszy Marian uciekł do Legionów Piłsudskiego krótko po jego narodzinach. Nim po raz pierwszy poszedł do szkoły, wyjechali Edmund z Józefem. Kiedy rozpoczynał w niej naukę, piętnastoletni wówczas Stefan uciekł na Wybrzeże i zaciągnął się do marynarki. Szybko wyfrunęła z domu siostra Laura. Ogromne nadzieje wiązano z Cyprianem, utalentowanym w wielu kierunkach, w tym plastycznie i muzycznie. Wróżono mu wielką karierę. Niestety zmarł, kiedy Janek był ośmiolatkiem. Dzieciństwo upływało mu właściwie tylko z matką. Ojca na ogół w domu nie było.

Przez większość swego dorosłego życia Jan Karski trzymał się wersji, że ojciec zmarł, kiedy on miał pięć lat. Najwyraźniej unikał rozwijania tematu. Dopiero w 1999 roku, kiedy do Instytutu Hoovera wysyłana była część jego archiwum, wśród rozmaitych papierów osobistych natrafiłem na jeden z datą śmierci Stefana Kozielewskiego – 25 grudnia 1929 roku. Wynikało jasno, że Janek był już piętnastolatkiem, kiedy odszedł ojciec. Czekałem jakiejś okazji, aby sprawę wyjaśnić. Obiecywał, że do tego wrócimy. Zabrakło czasu. Pomogła mi najbliższa żyjąca rodzina, siostra cioteczna Edwarda Natkańska i bratanica doktor Wiesława Kozielewska-Trzaska. Opowieść ilustrowała stan niełatwych relacji synowsko-ojcowskich. Stefan Kozielewski był postacią barwną, skłonną do fantazji i szaleństw. Niestety nie na tyle zamożną, aby mogły się one spełniać bez finansowych konsekwencji dla rodziny. Kiedy sunął po Łodzi fiakrem, krzycząc: „Z drogi, król Stefan Batory jedzie!”, a potem stawiał wszystkim w knajpie, a opłaceni muzykanci rżnęli zamaszyście, może parę godzin dobrze się bawił. Potem jednak żona musiała pożyczać pieniądze od sąsiadów, co już zabawne nie było. Znaczna część niezłych dochodów ze sklepu przetracana była na zabawy i biesiady. Interes trzymał się głównie dzięki determinacji i zapobiegliwości Walentyny. Z czasem rolę ojca zaczął przejmować Marian. Nawiasem mówiąc, w planach ojcowskich, podobnie jak Józef i Edmund, szykowany do rymarstwa i kaletnictwa. Nie miał na to najmniejszej ochoty.

Kiedy zapowiedział, że idzie do Piłsudskiego, a matka sprzeciwiła się kategorycznie, przezornie chowając mu na noc buty, uciekł w kapciach. Po kilku dniach dotarł do obozu legionistów.

Doprowadzono go do Komendanta, który od razu zapytał, dlaczego nie ma butów. Marian opowiedział historię o ucieczce z domu, na co Piłsudski wstał, podszedł do niego i wytargał za ucho.

– Matki trzeba słuchać! – powiedział surowo.

Chłopak był przerażony. Drżał jak osika, spodziewając się odesłania do domu, ale się nie rozpłakał. Zrobiło to najwyraźniej wrażenie na Piłsudskim.

– Zapisać nazwisko i datę. No i jakiś mundur mu wyfasować… – rzucił adiutantowi, odchodząc.

Marian był w siódmym niebie. Zaczynała się jego droga legionowa w 3. Batalionie I Brygady.

W sierpniu 1915 roku zostaje ranny. Na kilka miesięcy trafia do niemieckiego szpitala. Wychodzi wiosną następnego roku i chce wracać do służby. Problem polega na tym, że nie ma żadnych dokumentów potwierdzających tożsamość, a znajduje się na terenie Niemiec. Aby je zdobyć, zgłasza się do pracy w kopalni węgla w Saksonii. W grudniu 1916 roku, krótko przed Bożym Narodzeniem, staje w drzwiach rodzinnego mieszkania. Matka wita syna bohatera znakiem krzyża. Proboszcz, przyjaciel rodziny, poświęca mu niedzielne kazanie.

Święta spędzi otoczony nimbem bohatera, rodziną i znajomymi, ale jeszcze przed Nowym Rokiem zgłosi się do służby. Zdrowie nie pozwoli na powrót do piechoty. Przez parę miesięcy będzie pracował w legionowym biurze werbunkowym w Łodzi, by trafić wreszcie do 2. Dywizjonu 1. Pułku Artylerii Legionów jako kanonier.

W lipcu 1917 roku, po odmowie złożenia przysięgi niemieckiemu cesarzowi, Legiony Polskie trafiają do obozów internowania. Komendant Józef Piłsudski do twierdzy magdeburskiej, kanonier Marian Kozielewski do Szczypiorna. Tak jak większość tam internowanych szybko „zarazi” się od Niemców nowym sportem – piłką ręczną. Legioniści błyskawicznie nazwą ją „szczypiorniakiem” od nazwy miejsca swego przymusowego kwaterowania. Ze Szczypiorna Kozielewski zostanie przeniesiony do Łomży.

W marcu 1918 roku wycygani zwolnienie z powodów zdrowotnych i skierowanie na leczenie. Oczywiście nigdy na nie nie dotrze. Wraca do Łodzi i zgłasza się do Polskiej Organizacji Wojskowej. Zostaje dowódcą plutonu, kompanii i na koniec grupy POW w Rogowie koło Łodzi. Cały czas poszukiwany przez niemiecką żandarmerię i policję, która kilkakrotnie zastawia na niego pułapki. Marian uchodzi z nich dzięki doskonałej znajomości miasta, sprytowi i świetnemu posługiwaniu się pistoletem.

11 listopada 1918 roku Marian Kozielewski ze swoimi żołnierzami bierze udział w zdobywaniu dworca Łódź Fabryczna. Czteroletni wówczas Janek tak to będzie pamiętał:

Słychać było jakieś pojedyncze strzały. Matka zamknęła drzwi na zamki, zasuwę i łańcuch. Nie pozwalała wyglądać przez okna. Siedzieliśmy w pokoju stołowym i czekali. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Matka nakazała ciszę. Wtem usłyszeliśmy: „Otwierajcie. To ja, Marian!”. Istotnie, w drzwiach stał brat z bronią w ręku. Był w euforii. Krzyczał: „Łódź nasza! Wygrywamy! Lada dzień Polska będzie wolna!”. Matka nie ulegała patosowi chwili. Rzekłszy, że będzie, jak Bóg da, nakazała mu odłożyć rewolwer i pośpiesznie wcisnęła w rękę pajdę chleba i kawał kiełbasy. Brat wydawał mi się jakimś półbogiem…

Z Łodzi Marian poszedł ze swoim oddziałem do Rogowa i tam także opanował stację kolejową. Zabezpieczali ją przez kilka następnych dni. Stamtąd przeniesiono go do Brzezin, gdzie został komendantem garnizonu POW. Stąd przeszedł z dwiema kompaniami do 28. Pułku Piechoty Strzelców Kaniowskich.

W lutym 1919 roku, w wieku dwudziestu dwu lat, zwolniono go ze służby jako niezdolnego do noszenia broni. I… natychmiast przydzielono do formującego się właśnie korpusu policji młodego państwa. Kozielewski wyspecjalizował się w organizowaniu jednostek policyjnych w miastach powiatowych. Pierwszą założył w Kozienicach, potem we Włoszczowej, Opatowie i Będzinie.

Kiedy latem 1920 roku sowiecka armia Tuchaczewskiego ciągnęła na Warszawę, Marian Kozielewski zaangażował się w formowanie 213. Policyjnego Pułku Piechoty, którego dowódcą został były pułkownik carskiej armii, oficer niepodległej Polski i nadkomisarz łódzkiej policji Brunon Betcher, a jego zastępcą komendant tejże policji, podinspektor Ryszard Gallera. Kozielewski stanął na czele jednej z kompanii. Walczył od sierpnia do grudnia 1920 roku w obronie Warszawy, pod Radzyminem i w innych bitwach kampanii, która powstrzymała sowiecki podbój Europy. W 1922 roku otrzymał nominację na komendanta policji w Nowogródku, a w 1927 w podobnym charakterze trafił do Będzina.

Marian postanowił także zadbać o karierę braci. Nie wróżąc im wielkiej przyszłość w charakterze czeladników własnego coraz częściej tracącego kontakt z rzeczywistością ojca, obu wciągnął do policyjnej służby. Uważał, że po pierwsze, wypełnia ojcowskie zadania, jakie nań – nolens volens – spadły. Po drugie, kierował się względami praktycznymi: policyjna posada dawała stałą pracę i przyzwoite zarobki. W wolnej, dźwigającej się na nogi, ale wciąż przeraźliwie biednej Polsce były to ważne argumenty. Edmund robił karierę w służbie mundurowej, doszedł do stanowiska komendanta policji – podobnie jak Marian – w Będzinie. Józef natomiast szybko przeszedł do tajnej policji i nigdy potem w mundurze nie chodził. Ostatnie lata przedwojenne przesłużył w Warszawie.

Podobną karierę wybrał Marian dla siostry Laury, posyłając ją do Centrum Wyszkolenia Wojsk Łączności w Zegrzu pod Warszawą. Ukończyła tam elitarną szkołę juzistek, której komendantką była Wanda Gertz – legendarna bohaterka walcząca w męskim przebraniu u boku Piłsudskiego, potem jego zaufana sekretarka. „Juzem” nazywano powszechnie amerykański telegraf Hughesa operujący normalnym alfabetem, a nie – jak telegraf Morse’a – ekwiwalentem kropkowo-kreskowym poszczególnych liter. Było to rewolucyjne rozwiązanie. Polska armia szybko zrozumiała przydatność aparatu Juza i zaczęła szkolić także kobiety do jego obsługi. Błyskawicznie zawód juzistki stał się marzeniem młodych kobiet. Na każde miejsce przypadało kilkadziesiąt chętnych, nic więc dziwnego, że nabór poprzedzała ostra selekcja, w tym predyspozycji psychologicznych. Pierwszeństwo miały sieroty po wojskowych poległych za ojczyznę lub córki inwalidów wojennych. W dalszej kolejności – córki pozostających w służbie lub ich siostry. Aby dostać się do szkoły, trzeba było mieć obywatelstwo polskie oraz przejść sprawdzenie kontrwywiadowcze. Następnie kandydatki poddawano testowi sprawności dłoni oraz egzaminowano z matematyki, języka polskiego, geografii i wiedzy ogólnej. W szkoleniu partycypowało Ministerstwo Poczt i Telegrafów, do którego trafiała pewna część absolwentek. Zostawały telegrafistkami pocztowymi. Z kolei najlepsze z pionu wojskowego zostawały szyfrantkami. Wśród nich znalazła się młoda Kozielewska, wyznawczyni komendantki Gertz, a ta ostatnia miała wielki wpływ na rozkwit rogatego charakteru dziewczyny.

Marian Kozielewski, mając trzydzieści lat, pozycję i karierę przed sobą, myślał, że w zasadzie „ustawił” także rodzeństwo znajdujące się w stosownym do tego wieku. Mylił się jednak. Nim się spostrzegł, imiennik ojca piętnastolatek Stefan postanowił ustawić się sam. Zwiał z domu i zaciągnął się do marynarki wojennej, wykorzystując do tego zabraną z domu metrykę… Mariana. Bądź co bądź pomoc najstarszego brata okazała mu się bardzo potrzebna. Kiedy uderzył prześladującego go oficera i groziło mu więzienie, Marian, klnąc, na czym świat stoi, zdecydował się jednak na interwencję i wyciągnął Stefana juniora z opresji. Z marynarki wyleciał, ale siedzieć nie poszedł – zaciągnął się do floty handlowej.

Ustawianie życiowe nie dotyczyło jeszcze za młodego na to Janka. Wiedział już jednak, że to na Mariana, a nie ojca może liczyć.

– Tak bardzo chciałem mieć ojca i tak bardzo go nie miałem… – wspominał kiedyś gorzko Jan Karski.

Chodziło jednak o coś więcej niż długość życia Stefana Kozielewskiego.

Rozdział III

Cały świat

Łódź była dla Jana całym światem. Światem dumnej i szczęśliwej młodości.

Ten świat zaczynał się dla mnie przy ulicy Widzewskiej 71, w 1925 roku przemianowanej na Jana Kilińskiego… Miała ona sześć kilometrów długości i już wtedy nazywano ją najbardziej łódzką ulicą Łodzi… – mówił po latach w Nowym Jorku. – Oczywiście wiedziałem, że Łódź jest miastem „prawie półmilionowym”, a większa jest w Polsce od niej tylko Warszawa. Wiedziałem, że w Łodzi żyją nie tylko Polacy, lecz także Żydzi, Niemcy, Rosjanie; dla wszystkich w mieście było to zresztą oczywiste.

Polacy stanowili większość i było ich w mieście około sześćdziesięciu procent, Żydów połowę tego, około ośmiu procent Niemców i dwa procent Rosjan. Niedaleko naszej kamienicy, w której mieściła się mała synagoga, stała prawosławna cerkiew Świętego Aleksandra Newskiego, pamiętająca czasy zaborów i rosyjskiej dominacji w Łodzi. Przy Widzewskiej było jeszcze siedem żydowskich świątyń.

Kamienica stała dokładnie naprzeciw stacji kolejowej Łódź Fabryczna. To tu docierała pociągami bawełna i stąd wyjeżdżały w świat powstałe z niej tkaniny i tekstylia. Stacja była kwintesencją tego miasta.

Sama kamienica była typowa. Posiadała część frontową i podwórze z oficynami. Mieszkało w niej ponad trzydzieści rodzin, z czego dwie trzecie żydowskich. Polacy i Żydzi mieszkali tu razem i jednocześnie osobno. Wszyscy mówili po polsku, kłaniali się sobie, pozdrawiali. Pomiędzy sobą Żydzi rozmawiali w jidysz. Obie społeczności starały się trzymać siebie i unikały fraternizacji.

Kiedy dopytuję Jana Karskiego o nazwiska mieszkańców, nie ma specjalnych problemów z ich wymienieniem. Pamięta polskie rodziny: Dąbrowskich, Dobrowolskich, Kapuścińskich, Klajnertów, Mockiewiczów, Olszewskich, Pietraszewskich, Przybyszów, Sadłowskich, Wolińskich czy Zaniewskich. Podobnie jak żydowskich sąsiadów: Borzykowskich, Borensztajnów, Dembińskich, Dereszów, Kaszów, Kopelów, Melów, Orensztajnów, Rozenbergów, Rozentalów, Saksów, Szajnfeldów, Szczupaków, Wajsów, Weinstadtów, Zajdenfeldów, Zylbersztejnów. Długa lista.

Pamiętam, że kiedy matka posyłała mnie po jakąś drobną pożyczkę sąsiedzką, jakieś dwa jajka, szklankę cukru czy mąki, zawsze kierowała mnie do polskich lokatorów. Chciała pewnie, aby jej brak zapobiegliwości jako gospodyni nie był znany żydowskim sąsiadkom, a zwłaszcza pani Racheli Szczupakowej, z którą łączyła ją szczególna sympatia – kontynuował.

Dzieci polskie i żydowskie również starały się trzymać w swoich grupach. Wspólne zabawy należały raczej do rzadkości, choć niczym się nie różniły.

Obok kamienicy było wejście na most łączący obie strony ulicy. Stanowił on chłopięcą atrakcję i ważny element w zawodach: kto pierwszy z bramy kamienicy dobiegnie na stację. Szczególnej inspiracji dostarczał położony opodal niej park Kolejowy. Prostokątny plac pomiędzy ulicami Widzewską, Narutowicza, POW i Składową był ulubionym miejscem zabaw chłopaków z tej części ulicy. Najczęściej bawili się w chowanego, a było to tym bardziej emocjonujące, że krycia się po krzakach absolutnie nie tolerował stróż parkowy.

Stróżem był pan Wojciech, zdaje się, Tudruj… – snuł swą opowieść Jan Karski. – Nie wiem, czy to było prawdziwe nazwisko, ale my tak je zapamiętaliśmy od starszych chłopaków. Od nich też przejęliśmy rymowankę doprowadzającą go do białej gorączki. Brzmiała: „Tudruj, dupę se wypudruj!”. Oczywiście należało krzyczeć z takiej odległości, aby mieć szansę ucieczki. Kto nie zdążył, dostawał od Tudruja pasem po tej części ciała, co to stróż miał sobie wypudrować.

Chłopaki kopały także szmaciankę, ale rzadko udawało się to robić dłużej niż kwadrans, bo zaraz nadciągał Tudruj i pędził ich na cztery wiatry. Mały Kozielewski, powszechnie zwany Koziołkiem, nie miał wielkiego talentu piłkarskiego. Do drużyny wybierano go w trzeciej, czwartej kolejności. Niekwestionowanym gwiazdorem był niejaki Kobylarz. Przewyższał wszystkich o głowę i był niezwykle silny. Odbierał piłkę przeciwnikom łatwo, a turbował dotkliwie. Mało kiedy przyjmował do wiadomości, że kogoś sfaulował. Oczywiście każdy chciał być z nim w jednej drużynie.

Któregoś dnia trafił do niej i Janek. Po kolejnej dynamicznej akcji Kobylarza kopnięta przez niego szmacianka poszybowała w kierunku alejki, którą szły elegancka kobieta z dziewczynką. Obie jadły lody.

Z przerażeniem śledziliśmy lot piłki. Trafiła w kapelusz tej pani, ten spadł na lody, a potem wraz z nimi na ziemię. Kobieta podniosła krzyk, dziecko zaczęło płakać. Tudruj już nadbiegał. Klął jak szewc, zmierzając w kierunku Kobylarza. Kiedy mnie mijał, moja noga automatycznie, bez mojej wiedzy wysunęła się w bok. Poczułem uderzenie buta i zobaczyłem walącego się na trawnik stróża. Podciąłem go. Tak mnie to przeraziło, że rzuciłem się do ucieczki. Nim się podniósł, dystans był już zbyt duży, by mnie dogonić. Krzyczał, że mnie zna i kiedyś dopadnie. Do domu wracałem okrężną drogą, oglądając się za siebie… – opowiadał.

Park Kolejowy jako miejsce zabaw był na jakiś czas spalony. Chłopaki straciły też szmaciankę. Janek stał przed bramą kamienicy, nie wiedząc, co ma robić, kiedy podszedł do niego Kobylarz.

– Koziołek, cwaniak jesteś. Jakby nie ty, Tudruj by mnie dostał. Możesz do mnie mówić Wicek. – Wyciągnął rękę.

Był to oczywisty zaszczyt. Nikt z kolegów nie znał imienia Kobylarza, a jego nazwisko funkcjonowało jako podwórkowa ksywa. Tak rozpoczęła się bliższa znajomość Janka Kozielewskiego z Wincentym Kobylarzem. Przybierała różne fazy i przetrwała do gimnazjum. Miała też walor poznawczy. Dzięki niemu Janek zobaczył, jak żyją niziny społeczne, o których istnieniu oczywiście wiedział, ale kontaktów z nimi nie planował. Matka bez przerwy ostrzegała go przed „chłopakami z ulicy” i tym, co może wyniknąć ze styczności z nimi. O przyjaźni z Wickiem nic jej nie powiedział. Przypuszczał, że taka informacja mogłaby ją zabić.

Ojciec Kobylarza był złodziejem i właśnie siedział w więzieniu. Matka zajmowała się domem i czwórką dzieci. Pracowała jako bufetowa w podłej knajpie na Bałutach. Starszy brat Wicka miał siedemnaście lat i woził węgiel. O rok młodsza siostra uczyła się na krawcową. Z kolei młodszy brat chodził do pierwszej klasy. Rodzina zajmowała jeden pokój z kuchnią przy ulicy Składowej. Bieda aż piszczała.

Ku wielkiemu zdziwieniu odkryłem, że Wicek przy całej swojej zwalistej sylwetce, wątpliwej aparycji i ulicznym języku jest czułym synem. Zwierzył mi się kiedyś, że marzy o tym, by kupić matce… bukiet róż, kwiatów eleganckich, ale i bardzo drogich. Za jakiś czas pomogłem mu to marzenie spełnić – wspominał przy swoim ulubionym Manhattanie Jan Karski.

Własnego świata Janek uczył się oczywiście także w domu. Kiedy dopytywałem, jakie wydarzenie związane z ojcem z tego domu zapamiętał najlepiej, odpowiedział, że wizytę w garbarni, do której go zabrał.

Długo jechali dorożką gdzieś na przedmieście, potem szli, brnąc w błocie. Zakład zionął smrodem skór i garbarskich chemikaliów. Uwijali się w nim robotnicy, ze względu na temperaturę rozebrani do pasa. Używali okropnego języka, klęli bez przerwy. Janka zupełnie zszokował sposób załatwiania przez nich potrzeb fizjologicznych. Sikali do stojącego w kącie wiadra, nie robiąc sobie nic z kolegów.

Byłem poruszony tym widokiem – opowiadał. – Na moje zdumienie zareagowali śmiechem i wulgarnymi żartami. Ojciec nic nie powiedział. Kiedy wyszliśmy, poczułem się niedobrze. Walczyłem ze sobą, by nie zwymiotować. Nie pojmowałem, dlaczego mnie tu zabrał. Czułem bezsilną dziecięcą złość.

Druga część interesu, ta przy Widzewskiej, wyglądała już zupełnie inaczej. Od frontu zapraszała do środka obszerna witryna wystawowa, której głównym elementem dekoracyjnym było bogato zdobione, paradne siodło. Janek rósł z dumy, kiedy koledzy z podwórka i sąsiednich kamienic wystawali przed wystawą, gapiąc się na nią jak sroka w kość.

Siodło miało silny wpływ na dziecięce marzenia Janka. Postanowił zostać… kowbojem. Nie polskim kawalerzystą, ale amerykańskim kowbojem. Zagościł on w wyobraźni chłopca po tym, jak matka po raz pierwszy zabrała go do kina. Mieściło się ono przy ulicy Zielonej, przemianowanej potem na Legionów. Nazywało się Corso. Pokazywano film ze słynnym Eddiem Polo, gwiazdą niemego westernu, który był nieustraszonym kowbojem gromiącym Indian i bandytów. Szybko stał się idolem Janka.

Wśród łódzkich chłopaków krążyła pogłoska, że „Polo” to pseudonim aktorski, bo tak naprawdę Eddie to… Polak, który wyjechał do Ameryki i tam zrobił wielką karierę.

Święcie w to wierzyłem – mówił mi po latach. – Wyobrażałem sobie, że Eddie Polo to ktoś na miarę Józefa Piłsudskiego, który otaczany był u nas w domu kultem absolutnym za sprawą brata Mariana, jego wiernego żołnierza, i matki, która nie powiedziała o Komendancie inaczej niż „Ojciec Ojczyzny”. Oczami wyobraźni widziałem, jak Polo jedzie na koniu ulicą Kilińskiego, staje przed naszą kamienicą, a ja zdejmuję z wystawy siodło mego ojca i wręczam Eddiemu. Ten zakłada je na swego wierzchowca i ściska mi dłoń. W innej wersji zabiera mnie na konia i razem odjeżdżamy z Łodzi na Dziki Zachód.

Janek z niedowierzaniem przyjmował wariant żydowskich kolegów, że Polo nie jest Polakiem, urodził się w Wiedniu i naprawdę to on jest… Weimer czy Wyman. Nawet znali jego rodzinę z Łodzi. W domyśle: żydowską. Odwzajemniał się przechwałką, że on z kolei koresponduje z aktorem i że pojedzie do niego do Ameryki. Tak naprawdę kowboj Polo nie był ani polskiego, ani żydowskiego, ale niemieckiego pochodzenia. Wychował się w rodzinie cyrkowców i wykonywał akrobacje na trapezie. Już w Ameryce był dublerem hollywoodzkich aktorów. Postanowiono dać mu szansę aktorską, której nie zmarnował. Stał się gwiazdą tuż po pierwszej wojnie i pozostał nią do wejścia filmu dźwiękowego. Niemy film był jego sojusznikiem, bo nikt nie słyszał, jak mówi. Dźwiękowy – wrogiem, bo słyszeli wszyscy… W kinie „Corso” był królem.

Co ciekawe, właścicielem iluzjonu był Julian Szrojt, wuj Juliana Tuwima, po którym ten nosił imię. Młody Julian przesiadywał tu całymi dniami. Był ode mnie równo dwadzieścia lat starszy i kiedy ja biegałem do Corso, on już robił karierę poetycką w Warszawie, o czym w Łodzi mówiło się z dumą. Tuwim był moim „sąsiadem z ulicy”. Urodził się przy Widzewskiej 46. Jego ojciec, Izydor, pracował w banku, matka, Adela, zajmowała się domem. Moi rodzice ich znali. Matka wspominała o tym, zawsze z szacunkiem dodając, że Tuwimowie są dobrymi Polakami mojżeszowego wyznania – zapamiętał.

Walentyna Kozielewska, całkowicie skoncentrowana na swoim najmłodszym synu, prócz pasji kinowej zaszczepiła mu także niezwykły pęd do nauki pisania i czytania. Całkiem dobrze składał już litery jako pięciolatek, a rok później nie tylko czytał i pisał, ale zadziwiał recytacjami poezji Adama Mickiewicza. Bez najmniejszego problemu poszedł rok wcześniej niż rówieśnicy do pierwszej klasy Szkoły Powszechnej nr 4 przy ulicy Targowej 14. Szybko został prymusem. Był nie tylko ponad wiek rozwinięty intelektualnie, ale wykazywał także wychodzące daleko poza szkołę powszechną zainteresowania…

Oprócz aktora kowboja miał też drugiego amerykańskiego idola: Herberta Hoovera. Był on niemal rówieśnikiem Eddiego Polo. Obaj urodzili się w odstępie paru miesięcy w 1874 i 1875 roku. Znany orędownik przywrócenia Polski na mapę Europy po latach zaborów, do czego zachęcał, jak mógł, prezydenta Woodrowa Wilsona. Filantrop i organizator wielkiej pomocy dla dźwigającej się z powojennej ruiny i nędzy, zmagającej z głodem i zarazą – wreszcie wolnej i niepodległej Polski.

Matka uważała go za wybawcę i przypisywała właściwości niemal boskie. Hoover ratował polskie dzieci od głodu, walczył z epidemiami zabierającymi je masowo do grobu. Sprowadzał pomoc humanitarną, dostarczając ludziom artykułów pierwszej potrzeby, ale także organizował pomoc gospodarczą dla kraju. Dzięki niemu w 1919 roku Łódź otrzymała sześćdziesiąt milionów funtów bawełny. Potrzebowała jej jak ryba wody. Pozwoliło to rozpocząć produkcję włókienniczą, okiełznać dramatyczne bezrobocie i poskromić przestępczość, jaką rodziło. Kiedy dotarła do miasta wieść, że „bawełna już idzie”, w łódzkich kościołach katolickich i protestanckich, cerkwiach i synagogach modlono się za Hoovera. Sam zostałem zabrany na dwa czy trzy takie nabożeństwa przez matkę… – wspominał.

Wkrótce amerykańskiego dobroczyńcę Polacy zaczną upamiętniać w poezji i pieśni, a Antoni Orłowski zyska sławę poematem Herbert Hoover. W 1921 roku wiersza masowo uczyć się będą w szkołach polskie dzieci. Nie zabraknie wśród nich siedmioletniego Janka Kozielewskiego. Sześćdziesiąt pięć lat później, odwiedzając rodzinną Łódź już jako Profesor Jan Karski, nie będzie miał problemu, by z pamięci deklamować:

Herbert Hoover! Żywiciel! Dźwięk tego imienia Wdzięcznym echem rozbrzmiewa na obu półkulach. Gdy Europa skrwawiona szamota się w bólach, Czyny i siły złożył bliźnim na ofiarę, By odkupić ludzkości Kainowe grzechy. – I przez świat z Chrystusowej miłości sztandarem Wśród zgliszcz i trupów idzie – jak zwiastun pociechy. Herbert Hoover! Żywiciel! Po całej Europie Krząta się jego liczna dobroczynna armia; Ogrody lepszych uczuć w duszach ludzkich kopie Miliony zebrał Hoover i ciągle je zbiera, Na dokarmianie dzieci, na cele Hoovera Herbert Hoover to człowiek najszczęśliwszy na świecie, Bo wielką jest i płodną jego pracy gleba! On odczuł boleść matki, gdy zgłodniałe dziecię Łzawą skargą na próżno domaga się chleba. On nie z krwawym Kainem – z Chrystusem w przymierzu Krzepi siły, podobny kojącemu snowi – Tysiące polskich dzieci w codziennym pacierzu Szepcze: „Boże, daj zdrowie panu Hooverowi!”.

Zakończy, dodawszy od siebie: „Amen!”. Zaciągnie się papierosem, wypuści kłąb dymu i zapyta: „Czyż to nie piękne?”.

Hoover otrzyma honorowe obywatelstwo Rzeczypospolitej i kilku miast, zostanie wyróżniony kilkoma honorowymi doktoratami, w centrum Warszawy przy Krakowskim Przedmieściu powstanie skwer Hoovera, a uświetni go pomnik Wdzięczności Ameryce dłuta Xawerego Dunikowskiego.

Wizyta Herberta Hoovera w Polsce w 1919 roku stanie się powszechną demonstracją uwielbienia. Pojawią się nawet głosy, że naród polski powinien zaproponować mu… prezydenturę.

Hoover oczywiście był zjawiskiem nie z tej ziemi. Słyszałem o tym niemal codziennie od matki, kiedy dostawałem amerykański tran. Mój brat chwalił go za to, że dla polskich policjantów wystarał się o pulę bardzo dobrej broni Colta, notabene znanej mi już dzięki filmom Eddiego Polo, choć nie wiedziałem, czy akurat takiej samej… – wracają wspomnienia.

Jak się okaże po latach, los osobiście zwiąże go z Herbertem Hooverem. Pozna także w Stanach drugiego idola z dzieciństwa – Eddiego Polo.

Miał Janek jeszcze jednego bohatera. Był to jego ulubiony pisarz.

Jak ktoś mówi, że w latach dwudziestych czy trzydziestych takie chłopaki jak ja zaczytywały się tylko Sienkiewiczem, odpowiadam: „Bzdura!”. Królem naszej wyobraźni był wtedy zdecydowanie Karol May. Wiem, jak bardzo może to być patriotycznie niepoprawne. Przecież May był Niemcem, a na dodatek siedział w więzieniu za szwindle i kradzieże, na żadnej wojnie nie walczył, a przeciw zaborcom nie konspirował. Ale jak pisał! – zapalał się.

Karol May tym się różnił od pozostałych idoli Janka Kozielewskiego: Piłsudskiego, Hoovera i Polo, że… już nie żył. Żyli jednak na łamach książek Winnetou i Old Shatterhand, którzy reprezentowali go jak najlepiej. Brat Marian nieustannie przypominał Jankowi o kryminalnej przeszłości Maya, ale nie robiło to na chłopcu szczególnego wrażenia. Już raczej to, że pochodził z biednej włókienniczej rodziny; mając niespełna rok, zapadł na ślepotę głodową, a wzrok odzyskał w wieku pięciu lat po udanej operacji okulistycznej.

O ile Henryk Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu polskich serc, o tyle Karol May ku porywowi serc chłopięcych – wspominał szkolne lata. – Rycerze Kmicic, Skrzetuski, Wołodyjowski i Zagłoba byli w stanie zająć uwagę polskiego czytelnika. Przy okazji chłopięcego. Dzielny Apacz Winnetou i jego biały „brat krwi” Old Shatterhand porywali wszystkich, budzili uczucia ponadnarodowe, byli uniwersalni.

May w swym pisaniu był bardzo „łódzki”. Janek dostrzegał u niego analogie do tego, co się działo w jego najbliższym otoczeniu.

Czasami przychodziło mi do głowy, że takimi Apaczami mogliby z powodzeniem być moi koledzy Żydzi… – mówił.

Życie samo pisało sceny podobne do tych z Dzikiego Zachodu…

Rozdział IV

Adres

Szczury spadały z nieba. Czteroletni Srulek Wajs gotów był przysiąc, że lecą wprost ze słońca. Patrzył w jego świetlistą kulę, starając się jak najdłużej nie zamknąć oczu, kiedy dostał szczurem w głowę. Krzyknął tylko i przewrócił się. Z szałasu wybiegła Małka, jego matka, i podbiegła do dziecka z krzykiem przerażenia. Dostała szczurem w plecy. Gdzieś z góry dobiegło: „Ej, ty, Żydzie w szałasie, twoja dusza we kwasie”. I śmiech. Małka wrzasnęła: „Poznam was, łobuzy!”. Gryzoń spadł obok jej nóg. Inny głos wołał z góry: „Ej, ty, Żydzie w namiocie, twoja dusza na płocie”.

Dobiegły odgłosy szamotaniny. „Koziołek, ty zdrajco! Z Żydami trzymasz!? Oddaj worek!” – krzyczał chłopięcy głos.

Odkąd pamiętał, gdy przychodziło Święto Kuczek, Żydzi stawiali na podwórzu ich kamienicy swoje namioty na pamiątkę koczowania po wyjściu z niewoli egipskiej. Zawsze wzbudzało to rozmaite reakcje polskich współlokatorów. Żydowskie szałasy w studni podwórka były dobrze widoczne z okien klatki schodowej. Nie tylko zresztą widoczne. Sklecone z desek, przykryte gałęziami, były też łatwo dostępne. Kiedy rzuciło się coś z drugiego, trzeciego piętra, bez trudu wpadało to przez „dach” do środka. Zabawa była, kiedy nie tylko wpadło, ale też przestraszyło przebywających w szałasie. Najlepsze do tego były zdechłe szczury.

Nie brakowało ich w piwnicach. Mieszkańcy kamienicy walczyli z nimi wszelkimi sposobami. Najczęściej podkładając resztki jedzenia z trucizną. Potem zbierało się trupy gryzoni i wyrzucało na ulicę. W Kuczki można je było rzucać z okien do żydowskich szałasów. Było to ulubione zajęcie chłopaków. Po każdym celnym trafieniu podnosiły się wrzaski przerażenia i oburzenia, a z namiotów wypadali Żydzi, złorzecząc napastnikom.

Problemem był Koziołek, jak na podwórku nazywali małego Kozielewskiego. Nie tylko nie chciał rzucać szczurami w Żydów, ale jeszcze innym nie pozwalał.

Polscy lokatorzy kamienicy, choć na ogół zgadzali się, że Żydom nie powinno się przeszkadzać w świętowaniu, to jednak nie reagowali zdecydowanie na poczynania swoich latorośli. Dość osobliwym wyjątkiem była Walentyna Kozielewska. Kiedy Janek zapytał ją, co się wyprawia na podwórzu, dostał lekcję ekumenizmu. „Widzisz, chłopcze, Pan Bóg jest jeden. Jeden dla wszystkich. Dla nas, dla Niemców, Rosjan, Chińczyków, Arabów, Żydów. Każdy wierzy w Niego po swojemu, inaczej się modli, o innym czasie. Nie wolno nikomu dokuczać dlatego, że inaczej się modli. Teraz nasi sąsiedzi świętują na pamiątkę tego, że Pan Bóg wyprowadził ich z egipskiej niewoli. Jak uciekali, mieszkali w podobnych szałasach. Nie wolno im dokuczać. Kto tak robi, popełnia grzech. Pan Bóg ukarze tych, co podnoszą rękę na święto naszych sąsiadów, a będzie Mu miły każdy, kto łobuzom przeszkodzi. Masz gnać tych, co rzucają szczury. Masz mi mówić, kto to robi!” – kładła mu do głowy.

Słuchałem tego z wypiekami na twarzy – wspominał po latach. – Matka mówiła to głosem tak poważnym, że aż… strasznym. I wtedy doznałem olśnienia. Przecież ci Żydzi w szałasach mogliby być… Indianami u Karola Maya. Jak będę ich bronił, to tak, jakbym walczył po stronie Apaczów, których napadają złe blade twarze.

Chłopak wziął to sobie do serca. Pilnował klatki schodowej, wypatrując chłopaków skradających się z workiem kryjącym szczurze truchła. Gdy za pierwszym razem próbował perswazji wobec trzech starszych kolegów, używając argumentów matki, dostał kopniaka, a kiedy nie dawał za wygraną i dalej wyrywał im worek, otrzymał celne trafienie w nos. Zaczęła się szarpanina. Janek zaczął głośno wykrzykiwać imiona rzucających szczurami. To najwyraźniej zaskoczyło napastników i zwiali.

Do domu wracał z poczuciem bohatersko wypełnionej misji. Nie był pewny, czy powinien chwalić się matce. Nie było potrzeby. Słyszała krzyki z klatki schodowej. Wystarczył rzut oka na poszarpane ubranie i pokiereszowaną twarz syna. „Idź się umyj i przyjdź coś zjeść” – usłyszał. W kuchni czekała wielka kromka chleba z masłem i wiśniowymi konfiturami, dość rzadki, ulubiony delikates Janka. Matka stała z butelką wody utlenionej i kawałkiem gazy. Przemyła zadrapania na twarzy chłopca. „To był dobry uczynek” – powiedziała.

Nie zawsze jednak Janek musiał występować przeciwko starszym. Zabawa podobała się także szczeniakom niechodzącym jeszcze do szkoły. Z tymi ośmiolatek radził już sobie bez trudu.